Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Zosia pleciona to przedziwna powieść, w której przenikają się dwa światy: szarej i smutnej rzeczywistości i kolorowego, niemal bajkowego obszaru marzeń, gdzie każdy cud ma szansę się ziścić. Akcja powieści rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą z nich stanowi smutna popegeerowska wioska, w której wszystkie elementy - tak charakterystyczne dla tego i tysiąca podobnych miejsc w całej Polsce, jak bezrobocie, bieda i szukanie zapomnienia w alkoholu - jedynej rozrywce i ucieczce od rzeczywistości - przeplatają się ze światem fantazji, w którym wystarczy wypowiedzieć magiczne zaklęcie, by spełnić najskrytsze marzenie.
Wszystko to dzieje się za sprawą tytułowej bohaterki, nastoletniej Zosi, której wyobraźnia i chęć zmiany otaczającej rzeczywistości zwyciężają i czynią świat piękniejszym i lepszym. Trudno dociec, jakim sposobem udało się autorowi, umieszczającemu tę historię w tak niewesołych realiach, nie wywołać w czytelniku wrażenia przygnębienia, a jedynie nadzieję i uśmiech. Może wynika to z faktu, że pozwolił on swojej Zosi uwierzyć w siłę wyobraźni?
[opis wydawcy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Rok wydania: 2003
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZOSIA PLECIONA
• • • Media Rodzina
Copyright © 2003 by Zdzisław Domolewski
Projekt okładki Iwona Rybczyńska
Ilustracje Zdzisław Domolewski
ISBN 83-7278-081-1
Harbor Point Sp. z o.o. Media Rodzina ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. (061) 827-08-60, faks (061) 820-34-11 e-mail: [email protected]
Łamanie komputerowe perfekt s.c.
Poznań, ul. Grodziska 11
Druk i oprawa ABEDIK Poznań, ul. Ługańska 1
Jeżeli czegoś nie ma, to nikt tego nie zobaczy. A jak coś można zobaczyć, to znaczy, że to jest. Czarować człowiek nie może. Nikt nie może fruwać albo zaklinać. Oczywiście, że czarodziejów, wiedźm, wróżek, wodników, kosmitów też nie ma. Zresztą, nikt ich nie widział. Nie dajcie się oszukiwać. Sztuczki robić może każdy, jak się nauczy. A jeżeli ktoś myśli, że jest czarodziejem i chce coś zaczarować — na pewno mu się nie uda. Nikomu. Czasem ktoś wymyśla jakieś dziwne stworzenia, małe czy wielkie, czarujące, znikające czy zmieniające się cudownie. Ich nigdzie nie ma. I pamiętajcie, gdy ktoś wam opowiada coś nienormalnego, to chce was oszukać, żebyście się dziwili i chcieli go słuchać. Albo mówi, że można zobaczyć coś, co stało się dawno temu, albo to, co się kiedyś stanie. To też oszustwo. Nikt nie może wiedzieć tego, co będzie, nikt nie może zamienić swojej twarzy na inną, piękniejszą lub straszniejszą. Nikt nie może w jednej chwili być staruszkiem, potem znowu zrobić się dzieckiem albo malutkim karzełkiem i znowu potem wielkoludem. To się nie uda nikomu. Wszyscy to wiedzą, a jednak się oszukują. Ja bym chciała, żeby były niezwykłe rzeczy i dziwne wydarzenia, ale ich nie ma i co? Mam wierzyć w coś, czego nie ma? Siebie oszukiwać? Czasem bardzo łatwo uwierzyć komuś w nieprawdę i to nie jest żaden wstyd, ale gdy ktoś wie, że się go oszukuje, i wierzy? To jest najgorsze.
Oczywiście, że bardzo bym chciała wiedzieć, co będzie za kilka lat albo nawet jutro. Chciałabym też wiedzieć, jak wszystko wyglądało wtedy, gdy moja mama miała tyle lat, co ja. Chciałabym, ale to niemożliwe. Mogę tylko zgadywać, domyślać się, ale wszystko mogło być zupełnie inaczej niż przypuszczam.
Wokół wszystko jest tak zrobione, jakby coś chciało ludzi ciągle oszukiwać. Już książki są oszukańcze, ale filmy, to zupełnie! W nich wszystko jest zrobione ze sztuczek — wszystko! Nawet nie ma zapachów, prawda? Więc widzicie. Dorośli robili tak z dziećmi zawsze. Bujali, zmyślali różne urządzenia, wróżki, latające istoty, mówiące przedmioty. To jest ciekawe, czasem straszne, wesołe, ale naprawdę jest zwyczajnym oszukiwaniem, żeby dzieci czymś zająć, żeby nauczyły się same siebie oszukiwać i gdy potem wyjdą przed dom albo pójdą do szkoły, wszystko wydaje się nudne, nieruchome i nigdzie nie ma nic ciekawego.
Jeżeli o mnie chodzi, powiedziałam sobie, że gdy będę dorosła, nie oszukam żadnego dziecka. Będę mówić tylko prawdę, nawet najstraszniejszą i najsmutniejszą. Sami wiecie, jak to jest, gdy jesteście dziećmi i zapytacie dorosłego o coś poważnego, będzie kręcił, wymyślał, byle nie powiedzieć prawdy. A ja będę inna, trochę taka, jak wujek Darek. On jeden nie oszukuje. Czasem nas odwiedza, przyjeżdża swoim fordem i pyta mnie na przywitanie:
— I co, Zosiu, tata pijany?
— Nie pijany — mówię czasem, ale czasem muszę powiedzieć, że niestety, pijany. Gdy tata nie jest pijany, wujek Darek mówi:
— O, to dobrze, świetnie, ale to dziwne.
No i rzeczywiście, to jest dziwne. Bo mój tata pije alkohol. Nie codziennie — nie myślcie tak! — ale czasami to się zdarza. O wiele rzadziej niż tata Bożenki. Ale i tak często. A już najwięcej pije tata Piotrka Firleja! Codziennie.
Powiem wam. Nie mieszkam w dużym miejscu, mieszkam w wiosce. Nasza wioska nazywa się Swiniary. Czy to nie głupia nazwa? Może tak, ale ja ją lubię. My się nie musimy przed nikim tłumaczyć, ponieważ wszyscy nasi mieszkańcy urodzili się w Świniarach i tutaj mieszkają. I nie trzeba długo myśleć, by zgadnąć, od czego wzięła się nazwa naszej wioski. Ale Warszawa, jak się pomyśli, wcale nie jest lepszą nazwą. Albo — Kraków. Albo — Poznań. Bo dlaczego, czy w Poznaniu ludzie się poznają; a w Krakowie — kraczą? A w Warszawie to już naprawdę nie można pomyśleć, co mogliby robić ludzie z Warszawy? Warkotać albo pracować w warsztatach? A Łódź? Miasto pływające? Też coś! Albo Tatry? — co to znaczy? Albo jeszcze coś głupszego: Karkonosze. Czy to dlatego, że ktoś pochwalił się, że nosi karki? Ale z Bałtykiem, naszym morzem, to jest trochę inaczej. Kiedyś była burza, mama leżała, taty nie było, Romek też gdzieś poszedł. Było strasznie, a ja siedziałam i się bałam, a tutaj zegar tykał: tyk... tyk... I wtedy mi się ułożyło, bałam się, to znaczy — bał i tyk — tykanie zegara. Bał-tyk, bał-tyk. Bałtyk. Oczywiście, że nie od tego wzięła się nazwa morza. Może stąd, że nad morzem są jakieś dziwne odgłosy? Jak będziecie nad nim, na piasku, posłuchajcie, może coś takiego usłyszycie? Piszę to do tych, którzy mieszkają nad morzem albo jeżdżą tam na wczasy. Ja jeszcze nad morzem nie byłam. W prawdziwych górach też nie, ale widziałam filmy. Wydaje mi się, że tam jest pięknie, ale straszniej. U nas wszystko jest zwyczajne, wychodzę z domu, idę ulicą, obok kościoła, do sklepu pani Tobańskiej, na mostek, do stolami. Naprawdę, gdy kiedyś do nas przyjedziecie, nie przestraszycie się ani jednej rzeczy. Chyba że jakiegoś psa. Ale nasze psy szczekają tylko na pijanych. O nie, oczywiście, że nie na każdego pijanego człowieka, ponieważ wtedy by musiały szczekać cały czas. Szczekają na tych pijaków, których nie lubią. Najbardziej na pana Szczęśniaka. Ale jego to nie mogą lubić żadne zwierzęta. Nawet nie powiem wam, co on robi z niektórymi.
I popatrzcie tylko, jak coś próbuje oszukiwać: pomyśli ktoś, że pan Szczęśniak to człowiek, co przynosi szczęście albo sam jest szczęśliwy, a przecież jest zupełnie inaczej. Ciągle pije alkohol, jego żona odeszła, dzieci też. Nie chodzi do kościoła, nawet gdy był pogrzeb pana Wolskiego, siedział pijany w rowie. To samo w Boże Ciało, podczas procesji. Taki wstyd!
Gdy już wam powiedziałam, gdzie mieszkam, możecie sobie pomyśleć, że jestem jakaś inna — tak ludzie myślą o tych, co mieszkają gdzieś indziej. Jestem normalna. Chodzę do trzeciej klasy i uczę się bardzo dobrze.
Ale się pochwaliłam! Nie myślcie, że jestem chwalipiętą, wcale nie. Ale jeżeli człowiek uczy się dobrze, to ma się czego wstydzić? Człowiek może się wstydzić wielu rzeczy, ale nie tego, że jest dobry. To źli ludzie powinni spalać się ze wstydu. Bandyci i złodzieje są źli. Złodziej, gdy coś mówi, obiecuje albo nawet się uśmiecha — oszukuje. O właśnie! — zmyśla jak w jakimś filmie i trzeba uważać, żeby mu nie wierzyć. Bo na przykład, weźmie od was klucz do domu albo zapyta, gdzie mama chowa pieniądze, i gdy się dowie, na pewno ukradnie. A cała rodzina zostanie wtedy bez pieniędzy na życie. I za prąd się nie zapłaci, za gaz, nawet chleb trzeba będzie kupować na kredyt.
— Weź, Zosiu, co trzeba, zapłacisz, gdy mama dostanie rentę — powie do mnie pani Tobańska. W jej sklepie wszyscy wszystko kupują i ona wie, kto ma pieniądze, a kto nie. Więc wezmę zakupy, nie płacąc, ale później oddam, gdy listonosz przyniesie mamie rentę. Zakupy należą do mnie, ponieważ moja mama jeździ na wózku inwalidzkim. Po prostu jest chora, nie może chodzić, więc na mnie to wszystko spada. A do sklepu pani Beaty Tobań-skiej trzeba wejść po trzech schodkach. Więc gdy czasem idziemy z mamą, ja popycham, ale mama i tak zostanie przy schodkach, tylko pokazuje, co mam jeszcze kupić. Wtedy kupuje się najprzyjemniej, bo zawsze kończymy jakąś niespodzianką. Na przykład kupujemy sobie lody. Albo wafle teatralne czy sok w pudełku.
Wiem, że gdyby mama nie zachorowała, miałabym dużo rodzeństwa. A tak, nie urodziła się ani jedna moja siostra, ani jakiś brat. Może nawet byliby bliźniacy? Albo i trojaczki? Przez chorobę mamy jestem samotna. Mam Romka, ale on jest ode mnie dużo starszy. I jeszcze coś: mój tata nie jest tatą Romka.
Czasem lubię myśleć, że mam rodzeństwo. Na przykład dwie siostry, jedna jest starsza, druga młodsza. Tym średnim musi być najlepiej. Chociaż moja mama była średnią siostrą, a tylko ona zachorowała. Jej dwie siostry, moje ciocie, chodzą normalnie, są zdrowe, ale bardzo rzadko nas odwiedzają. Mieszkają za daleko, wyprowadziły się do miast, nie mają czasu. Zresztą po co byłyby nam potrzebne? Jakoś sobie radzimy, a nawet czasem jest tak wesoło, że trudno uwierzyć. Na przykład wczoraj. Mama trzymała szklankę z herbatą, z łyżeczką, z cukrem i siedziała tam, dokąd ją zawiozłam, na progu. Ja sobie chodzę po ogrodzie, zbieram kwiaty, patrzę, czy mamy wózek nie zjedzie przypadkiem ze schodków; podparłam koło cegiełką, ale nigdy nie wiadomo. Więc mama trzyma szklankę w palcach i patrzy na mnie, ja patrzę na mamę, aż tu — nie uwierzycie! — w jednej chwili szklanka wypadła z jej ręki i leci na betonowy próg. Mojej mamie bardzo często wypadają z dłoni różne przedmioty. Ale i ja, gdybym mogła coś robić tylko lewą ręką i to niewiele, na pewno bym miała kłopot. Więc szklanka leci, a ja zdążyłam tylko pomyśleć, że już po niej, a tutaj... nic! Naprawdę, upadła na próg i stoi, z łyżeczką, ani drgnie, jak gdyby nie upadła, ale ktoś ją postawił na progu i odszedł na chwilę. Aż zaniemówiłam! Podchodzę, może to jakiś cud, może niesamowita szklanka albo coś jeszcze innego, a tutaj nic takiego, szklanka jak szklanka, tyle że się nie potłukła.
Mama patrzy na mnie, jej oczy są takie wesołe i szczęśliwe, jak gdyby stało się coś wspaniałego.
Podniosłam szklankę, pomieszałam, popatrzyłam — ani jednego pęknięcia, a próg jest naprawdę twardy i chropowaty. Więc co się stało? Patrzymy na siebie z mamą i śmiejemy się, ja — aż mnie coś łaskotało w brzuchu, a mama po swojemu, mrużąc oczy i otwierając usta. I to wydarzyło się naprawdę, bez czarów, bez żadnego zaklęcia. Mama nie wypiła herbaty, popchałam wózek do kuchni, postawiłam szklankę na stole i tak sobie stała, a my co na nią spojrzymy — znowu jest nam do śmiechu. Cały dzień był wesoły. Po cichu poszłam ze słoikiem po dżemie na próg. Puściłam go i potłukł się — oczywiście — miałam tylko dużo sprzątania szkiełek. I pomyślcie, słoik był grubszy od szklanki, a jednak pękł jak skorupka. Nie mogłam o czymś innym myśleć, tylko o tej szklance. Chyba nikomu na święcie nie udałoby się coś takiego, choćby próbował milion razy. Ale kto wie? Może takich dziwnych wydarzeń jest na świecie dużo więcej?
Chciałabym być trochę inna, mieć gęstsze włosy, być tajemnicza, żeby inni zastanawiali się, co myślę. Chodziłabym sobie po Świaniarach jak zagadka, nie wiadomo, co robię, co mi chodzi po głowie, nawet nie wiadomo, jak dokładnie wyglądam. Tylko niektórzy zobaczyliby moją twarz i opowiadaliby potem, że jestem nadzwyczajnie piękna.
Jestem podobna do mamy, ale też i trochę do taty. Jestem wymieszana. No i dobrze, a gdyby moi rodzice nigdy się nie spotkali? Gdyby mama została żoną innego mężczyzny, czy wtedy urodziłaby mnie taką, jaka jestem? A czy córka taty z inną żoną byłaby mną? Czy jest ktoś, kto mógłby to wiedzieć? Bo popatrzcie, Romek nie jest synem mojego taty, a jednak są do siebie podobni. Może ludzie upodabniają się do siebie, gdy są blisko? Może i w Świniarach jesteśmy wszyscy do siebie jakoś podobni? My tego nie wiemy, ale ktoś, kto nas zobaczy, od razu powie: ten pan urodził się w Świniarach, ta dziewczynka — to o mnie — na pewno mieszka w Świniarach, a nawet pan Szczęśniak... No nie, na pewno nie jestem podobna do niego. Poza tym, wtedy nie tylko z ludźmi byłoby tak samo. Na przykład z psami, prawda? A przecież nasze psy są zupełnie różne. Chociaż na pewno są spokrewnione. Wystarczy popatrzyć, co się dzieje, kiedy jakaś suka ma cieczkę. Wszystkie psy zbiegają się do niej i choćby nie wiem co, tatą jej szczeniaków musi być któryś z psów miejscowych. Ale na pewno zauważyliście, u psów wszystko jest o wiele bardziej pomieszane. Psie rodzeństwo jest takie różne! Ta sama matka, ojciec, a jeden psiak biały, inny czarny, kudłaty, gładki; jeden ma długie łapy, inny jamnikowate, jeden gryzie i jest zły, drugi odwrotnie. Poza tym na pewno wiecie, zdarza się, że psie rodzeństwo żeni się ze sobą i ma wspólne dzieci. A u ludzi takie wydarzenie byłoby dziwne, prawda?
Ponieważ nie mam prawdziwego rodzeństwa, nie mogę wam tutaj za dużo powiedzieć, ale czasem patrzę, jak to jest w rodzinach, gdzie jest dużo dzieci. Na przykład u Walczaków. Trudno pomyśleć, że Kazik Walczak mógłby zakochać się w swojej siostrze Małgosi. Tłuką się, ona zamyka mu łyżeczką drzwi, gdy on siedzi w ubikacji, Kazik ją gania, ciągnie za włosy, plują na siebie, a nawet przezywają się tak, że lepiej nie powtarzać. Zresztą, nie tylko oni. U Jankowskich, gdzie jest ośmioro dzieci, wszystkie się ze sobą biją. Chociaż, kiedy ktoś zaczepi któregoś Jankowskiego w szkole, wtedy wspólnie bronią swojego. No, ale gdybym dowiedziała się, że Magda Jankowska bierze ślub z Kamilem Jankowskim, chyba bym nie wytrzymała ze śmiechu! Ale gdy się dowiem, że Magda Jankowska wychodzi za Sebastiana Marianowicza, nie będzie w tym nic dziwnego. Ona jest u nas najładniejsza, a on też z wszystkich naszych chłopaków wydaje się najlepszy. Kiedy się ubie-rze schludnie, wszystkie dziewczyny patrzą na niego, ale on nie spojrzy na żadną. Jego siostra, Sabina, jest do niego podobna. Ale chyba zauważyliście, że to, co pasuje w urodzie do chłopca, czasem nie pasuje do dziewczyny. Sabina jest podobna do Sebastiana, ale nikt nie powie, że jest ładna. A Sebastian jest naprawdę przystojny.
Siedzę przy oknie, piszę i patrzę na Piotrka Firleja, który idzie na pastwisko po krowy i strzela z bata. Nauczył się tego i gdy mija nasz dom, próbuje się popisać. Jeżeli o mnie chodzi, chyba najlepiej z wszystkiego umiem pleść różne przedmioty z gałązek, kwiatów, witek. Patrzyłam, jak pan Karolkiewicz, który jest niemową i do tego nie słyszy, wyplata koszyki. Podglądałam, a potem spróbowałam i uplotłam koszyczek, potem większy, a potem jeszcze większy, prawie na kartofle. Zrobiłam wiele plecionych przedmiotów: tacki pod doniczki, na chleb, owoce; zamykającą się skrzyneczkę, plecioną ramkę do mojej fotografii z Pierwszej Komunii, trzepaczkę i inne rzeczy. Zbieram witki i mogę z nich zrobić różne rzeczy. A już z kwiatów czy z trawek wychodzą mi takie wianki, że trudno uwierzyć! Nakładam wianek na głowę mamy, drugi na swoją, i tak wędrujemy ścieżkami. Gdy wrócimy do domu, zdejmuję i układam te wianki na słupkach naszego ogrodzenia, a one usychają i tak sobie wiszą. Teraz, gdy patrzę za okno, są już bezbarwne.
A Piotrek już zniknął za laskiem, chmury są coraz większe, mama śpi na tapczanie i jest tak cicho, że aż
Siedzę przy oknie, piszę i patrzę na Piotrka Firleja, który idzie na pastwisko po krowy i strzela z bata.
słychać, że jest coś dziwnego we wszystkim, co się dzieje. Ale co?
Siedzę więc sobie i rysuję. Narysowałam spadającą szklankę. Możecie pomyśleć, że znowu się chwalę, ponieważ czegoś takiego nie umiałabym narysować. A ja potrafię. Gdybyście popatrzyli na szklankę, aż by was zatkało — błyszczy, łyżeczka jest jak z metalu, a herbata przezroczysta, jak prawdziwa.
Dawniej nie wiedziałam, że potrafię rysować. Czasem tylko rysowałam na lekcjach. Kiedyś jednak pomyślałam, jak bardzo mama się męczy, żeby coś komuś powiedzieć. Od trzech lat nie może mówić. Jest sparaliżowana. Widzi i słyszy, wszystko rozumie, ale powiedzieć nie potrafi. Poznawałam po jej oczach, czego potrzebuje. Pytałam ją i zgadywałam, czy chce zjeść tarte jabłko, pojechać do ubikacji, napić się? Może popchać cię do okna? Chcesz na spacer? Włączyć telewizor? Chcesz pojechać do sklepu? Do kościoła? Nałożyć ci inną bluzeczkę? Chcesz powąchać kwiaty? Zgadywałam i zgadywałam, patrzyłam na mamy oczy, aż mrugnie. Kiedy mrugnęła, wtedy już wiedziałam, że zgadłam, chce tego, o co zapytałam. Czasem jednak zupełnie nie wiedziałam, o co mamie chodzi. Zimno ci? Mama nie mruga. Chcesz posiedzieć w kuchni? Nie mruga. Źle się czujesz? Może cię uczesać? Wymyć twarz? Co mamo, wydaje ci się, że okno jest brudne? Coś śmierdzi? Może mam ci pośpiewać? Pytasz, czy tata w domu? Zgadywałam wszystko, a mama cały czas nie mruga. Nie wiedziałam już, co jeszcze, każdą rzecz musiałam wymyślić, aż już mnie głowa od tego bolała, i ciągle nie mogłam zgadnąć. Wymyć podłogę? — pytam dalej. Otworzyć okno? Wyjąć ze skrytki pieniądze? Opowiedzieć ci jakąś bajkę? A może poczytać książkę? A może chciałabyś, źebyśmy mieli akwarium? Może pojedziemy za granicę?
Mogłam wymyślać różne głupstwa, wszystko, co się może wydarzyć albo i nie, a mama i tak nie potrafiła mi powiedzieć, czego pragnie. A — na przykład — okazywało się, że pod jej łóżkiem złapała się mysz i trzeba ją było wyjąć. Albo mama chciała pooglądać swoje zdjęcia z młodości.
Powiedzcie mi, jak można odgadnąć takie pragnienie? No i wtedy pomyślałam, że można to wszystko narysować, każą rzecz, której mama może zapragnąć. Więc narysowałam to w dwóch zeszytach. Na każdej stronie są rysunki, ja przewracam kartki, mama patrzy i mruga, gdy pokaźę ten odpowiedni. A na rysunku jest, na przykład, jabłko, więc już wiem, na co mama ma chęć. Albo pokazuję narysowany sklep pani Tobańskiej — mama mruga. Idziemy do sklepu, ja wchodzę do środka, mama zosta-je przy schodkach. Prawie zawsze kupujemy to samo. Kupiłam już wszystko, wychodzę i pytam: zrobimy sobie niespodziankę? Mama mruga. Wszystkie niespodzianki narysowałam na dwóch ostatnich stronach zeszytu. Pokazuję narysowane ciastko — mama nie mruga. Sok w pudełku — nie. Czekoladki — nie. Lody — mama mruga i już wiem, że ma ochotę na lody. Kupuję więc i tak sobie wracamy, liżąc lody. Te rysunki bardzo nam pomagają. Narysowałam różne miejsca w Świniarach. Kościół, mostek nad kanałkiem, domy wszystkich sąsiadów, przystanek autobusowy i wzgórek, skąd widać najwięcej, nawet wieżę w Stawarkach. Może to najpiękniejsze miejsce w Świniarach? Dlatego ten rysunek jest chyba najlepszy, aż się nie mogę nadziwić, że sama go zrobiłam.
Mamy dwa lasy: jeden sosnowy, drugi, gdzie są graby i dęby. Więc musiałam je narysować odmiennie, ale od razu widać różnicę. Mama woli chodzić do grabowego. Pokazuję narysowane grzyby — mama mruga. Biorę więc koszyk, który sama uplotłam, i idziemy do lasu. Ja zbieram, mama siedzi na ścieżce i cieszy się, gdy coś znajdę. Kiedyś pokazywałam jej grzyby niepewne. — To trujący? — mama mruga i już wiem, że znowu znalazłam psiaka. Wyrzucam. Teraz już nie pytam, ponieważ sama się poznałam na grzybach.
Narysowałam różnych znajomych ludzi. Wujka Darka też, oczywiście. Kiedy przyjeżdża, biegnę do mamy, pokazuję rysunek z jego podobizną i już mama się cieszy. Mama wujka bardzo lubi, a on siada, opowiada jej różne rzeczy, patrzy na nią tak, jak gdyby mama była ciągle zdrowa, ładna i bardzo mu się podobała.
Narysowałam także główki mojego taty. Pierwsza główka patrzy w okno, druga — tata uśmiechnięty, trzecia — trzyma przy ustach butelkę, czwarta — krzyczy, piąta — widać, że tata pił alkohol, szósta główka ma złe oczy, siódma ma oczy zamknięte — śpi, ósma — płacze, dziewiątej i dziesiątej wam nie opiszę, nie ma po co. Na drugiej stronie jest jeszcze pięć portretów mojego taty. Ale nie mogę ich wam opowiedzieć, ponieważ sama nie wiem, co tata na nich robi. Tak tatę podglądałam i sobie po cichu narysowałam, na pamiątkę. Tata jest bardzo, bardzo przystojny. Naprawdę, nie dziwię się, że moja mama zakochała się w nim i zostawiła tatę Romka. Romek jest synem innego mężczyzny, którego mama kochała, potem mama pokochała mojego tatę i urodziłam się ja. Jakie to dziwne, prawda? A teraz mama siedzi zamknięta jak szkatułka i nie można się od niej niczego dowiedzieć. Jest tajemnicza jak zaklęta księżniczka.
Nikt na świecie nie chciałby bardziej niż ja, żeby były czary. Może przeczyta to, co piszę, osoba, której mama, tata albo siostra też nie może niczego samodzielnie zrobić czy powiedzieć. W takim razie im też może tak bardzo zależeć na czarowaniu jak mnie. Ale czy ktoś inny może tak bardzo potrzebować prawdziwych zaklęć?
Wyobrażam sobie, że wymawiam tajemnicze słowa — abarakarpa albo martenidarar — albo daję mamie uzdrawiający napój i ona wolno, ostrożnie, nie wierząc w to wszystko, wstaje z wózka i nagle moje życie i wszystko wokoło zostaje odmienione. I mama odzywa się do mnie swoim pięknym głosem.
Jeszcze pamiętam głos mamy. Mówiła tak ładnie! Chociaż nie wiem, jakie głupstwa by opowiadała, o obierkach ziemniaczanych, o tym, jak wiatr zrzucił pościel ze sznura, albo o musze, która nie dała jej pospać, dzisiaj słuchałabym jej głosu jak najwspanialszego dźwięku na świecie. Gdyby to było tylko możliwe. Ale możliwe nie jest. Nie wierzę nikomu, kto mówi, że są jakieś cuda święte. Modlę się codziennie, chodzę do kościoła, robię wszystko jak najlepiej, proszę Matkę Boską, a jednak nic się nie zmienia. Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się, że po procesji, gdzie niosłam kosz z płatkami kwiatów i cały czas myślałam o mamie, jej palec się poruszył. Siedziałam na tapczanie, mama oglądała serial, a tutaj na podłodze coś się porusza. Pomyślałam, że mysz, i że Wydmuszka, nasza kotka, naprawdę do niczego się nie nadaje. Ale to nie była mysz. Więc co? Nie było w pobliżu niczego, co mogłoby drgnąć. Tylko mamy stopa w kapciu, który sama jej nałożyłam. Ale to niemożliwe, mamy stopy są zimne, nieruchome. Już o tym zapomniałam, patrzyłam na serial, a tu znowu coś drgnęło.
— Mamo, nie poczułaś czegoś? — zapytałam szybko i popatrzyłam w jej oczy, ale mama nie mrugnęła.
Tamtego dnia narysowałam mamę stojącą. Aż sama nie mogłam uwierzyć w to, co narysowałam, i chciałam rysunek wyrzucić, ale tylko go schowałam. Przecież w takim rysunku może być odrobina mamy, już jej podobieństwo coś znaczy. Miałabym więc porwać to albo spalić? Aż się przestraszyłam takiego pomysłu.
Ale narysowałam Piotrka Firleja! Na pierwszej karteczce ma jedną nogę z tyłu, drugą z przodu, a na drugiej karteczce — odwrotnie, pierwszą z tyłu, drugą z przodu. Kiedy szybko zmieniam karteczki przed oczami, wydaje się, że Piotrek naprawdę idzie i idzie, chociaż wciąż jest na tym samym miejscu. Bawiłam się narysowanym Piotrkiem długo, aż zbudziła się mama. Pokazałam jej, ale patrzyła tak dziwnie, jak gdyby nie wiedziała, o co chodzi.
A potem przyszedł tata.
Nie lubię, gdy jest taki wesoły. Wszedł i opowiada, śmieje się, obiecuje, daje mi pieniądze na lody, chce żebym przytuliła się do niego, potem chodzi po pokoju i mówi do mamy. Wydaje mu się, że jest wesoły, że ma coś ciekawego do powiedzenia. A cały pokój, wszystko w domu zaczyna cuchnąć tym alkoholem. Mama siedzi w wózku, tata chodzi, zapala papierosa za papierosem, krzyczy, jakby chciał, żeby wszyscy usłyszeli, co ma do powiedzenia, a opowiada, że chciałby pojechać za granicę, pracować na budowie, chociaż nigdy niczego nie wybudował, nawet nasze mieszkanie jest odrapane. Tata nie nadaje się do takich rzeczy, o jakich myśli.
Poszedł do drugiego pokoju, włączył na cały głos telewizor, rozmawiał jeszcze ze sobą, śmiał się do siebie, wypalił kilka papierosów i zasnął, a ja poszłam zdjąć mu buty i przykryć kocem. Telewizor zgasiłam.
W Świniarach był kiedyś pegeer. Jeszcze dzisiaj są wszystkie budynki, niektóre zajęte, inne bez okien, a wokół hula wiatr, jak powiedział kiedyś wujek Darek.
W pegeerze hodowano wiele świń i czasem śmierdziało, ale tam mój tata kiedyś miał pracę. Oczywiście, kiedy człowiek zastanowi się nad życiem tych świń, prosiaczków... lepiej o tym nie myśleć, ale przecież nie ma na to rady, po to są świnie. Kury, kaczki, krowy, owce, nawet ryby i raki — wszystkie stworzenia są na święcie po coś i nic się nie wymyśli. Każdy człowiek, nawet głupie komary są po coś, chociaż nikt nie wie, po co.
Ja myślę, że mój tata był po to, żeby zajmować się chlewnią w pegeerze. A potem pegeer zlikwidowano, pozamykano, wszystkie świnie zniknęły i tata stracił pracę. Odtąd tak sobie siedzi, patrzy w okno, chodzi przy domu, naniesie szczap, porozmawia z kimś, popatrzy na mnie, kiedy robię lekcje, a potem — nie wiadomo kiedy — wychodzi i wraca po alkoholu. Wtedy zachowuje się tak, jak dzisiaj, wygląda tak, jak na jednym moim portrecie, i zasypia.
Mój tata bardzo szybko chodzi. Naprawił furtkę, ale tak, że teraz musimy wchodzić przez sad; furtka się nie otwiera. Może to i lepiej? Sadem jest równiej, kółka wózka się nie potykają, no i zawsze można coś ciekawego znaleźć.
Kiedyś popychałam mamę, mówiłam jej o czymś, aż tu nagle coś zabłyskało w trawie, jak jabłko ze szkła.
— Mamo, widziałaś? — zapytałam i pobiegłam, żeby sprawdzić. A to była kula ze szkła, a w niej, w środku, poruszały się jakieś malutkie ludziki. Oczywiście, że nie żadne krasnale czy jakieś stworzenia, ale sztuczne, z plastiku, poubierane dziwnie, umocowane drucikami, a kiedy poruszyło się kulą, padał mały śnieg; aż się wypadał. Wtedy trzeba było znowu potrząsnąć i znowu opadał.
— Kula, widzisz? — zapytałam mamę, a ona się uśmiechnęła. — Skąd tu w sadzie taka kula? — pytałam. Widzicie, jak to jest, gdy czegoś chcę się od mamy dowiedzieć, a sama już nie wiem, jak zapytać? Cokolwiek by mama wiedziała, sama muszę wcześniej wpaść na ten pomysł. Jak gdybym wyczarowywała jakieś zdarzenia, a przecież nie jestem wróżką. Żeby jednak odgadnąć prawdę, którą zna mama, muszę próbować.
— Czy wcześniej ona też tu była? — zapytałam. Mama mrugnęła.
Jak to — zastanawiałam się — leżał tu taki przedmiot, tyle czasu?
— Ale to nasza kula, z naszego domu? — spytałam. Mama mrugnęła.
— Mamo, to twoja kula?
Mrugnięcie.
No i okazuje się, że odnalazłam kulę, która należała do mamy.
Muszę wam powiedzieć, że moja mama urodziła się w naszym domu, a tata przybył z innej miejscowości, więc dzieciństwo mamy było trochę podobne do mojego: jako dziewczynka biegała po tych samych miejscach i chodziła tą samą dróżką do sklepu. Czy spodziewała się, że będzie kiedyś mieć taką córkę? Gdy czasem zajdę gdzieś w zarośla albo nad staw, widzę wydeptane, ledwie widoczne ścieżki. Wiem wtedy, że mama i jej siostry chodziły tymi ścieżkami, będąc w moim wieku. Zastanawiam się, co myślały, czego szukały, czy też wszystko wydawało się im takie zwyczajne, a jednak tajemnicze?
Poruszałam kulę przed oczami mamy i śnieg opadał na malutkie istotki. Oczy mamy zrobiły się takie wesołe! Postawiłam kulę na toaletce, blisko mamy, ale — niestety — ktoś musi potrząsnąć, żeby śnieżek padał, a kiedy tego się nie zrobi, światek w środku kuli jest nieruchomy, jakiś smutny. Więc lepiej, żeby mama na to nie patrzyła. Ukryłam kulę na półce, za książką, żeby Romek nie znalazł. On czasem robi coś tak głupiego!
Już wam zdradziłam, że tak całkowicie, do końca, nie jest moim bratem. Nawet nazwisko ma inne. Poza tym jest moim jedynym rodzeństwem i wiem, że gdyby coś mi się stało, byłby bardzo smutny. Ostatecznie człowiek przywiązuje się do psa, do kurczaków, nawet do pająka, który pobędzie w pokoju dłużej. Mój brat często mnie denerwuje, bo jest bardzo leniwy. Ale chyba go kocham. Nawet kiedy mnie rozzłości, nie myślę o jakichś strasznych karach dla niego. Wystarczy, że się pośliźnie na krowim placku, albo wyłączą prąd, gdy on chce akurat obejrzeć mecz, już jest wystarczająco ukarany za swoje. Gdyby jednak spotkała go większa kara, pobiegłabym go ratować.
Romek nie jest wysoki ani silny, nie jest też nadzwyczaj przystojny, ale chyba sobie znajdzie jakąś nie najgorszą dziewczynę. Jest bardzo śmieszny i wszyscy go lubią. Opowiada czasem świńskie rzeczy, więc wtedy nie słucham, po co mam się spowiadać? On sam nie chodzi do kościoła, nie spowiada się, ale w święta idzie na mszę.
Kiedyś na święta mama wszystko pięknie urządzała, gotowała, sprzątała. Teraz święta są inne, a czasem wydaje się, że ich nie ma. Ostatnio tata poszedł po choinkę i... To
były smutne święta. Wpadłam wtedy przy stole, gdy tata ciągle nie przychodził, na pomysł i rysowałam różne rzeczy, a potem pokazałam mamie, żeby ją rozbawić. Narysowałam więc Mikołaja, który zagląda do naszego domu, a my siedzimy grzecznie przy stole. Potem Mikołaj odszedł, a my pod choinką znaleźliśmy prezenty. Romek dostał rózgę, ale Mikołaj tylko go oszukał, prawdziwym prezentem dla Romka był komputer i rower górski. Tata dostał pracę. To było trudne do narysowania. Sama nie wiem, co tata chciałby robić, więc narysowałam go, jak wychodzi uśmiechnięty z bramy naszego pegeeru, a w dali widać pełno świń i jeżdżą traktory. Mama dostała pojazd, którym mogła poruszać się wszędzie, z daszkiem, z szybkami, z telewizorem, z różnymi antenami. Pojazd ten sam wchodził po schodach, przepływał przez rzekę, w zimie był ogrzewany, a latem miał wiatraczki, żeby mamie nie było za gorąco. Nie narysowałam wszystkich szczegółów, niektóre opowiadałam mamie. Mogła więc mama dojechać wszędzie, nawet nocami, wtedy sobie w swoim pojeździć spała, a on sam odnajdywał drogę.
Poza tym pojazdem mama dostała kosmetyki i całą lodówkę różnych lodów.
Ale i tak, gdy już pozostałam sama, pomyślałam, że zamiast wszystkich tych przedmiotów mama wołałaby swoje zdrowe nogi, ręce i głos. No i zrobiło mi się bardzo smutno. Bo przecież taki pojazd, ubrania, lody, wszystko to może się kiedyś spełnić, ale mamy zdrowie już chyba nigdy nie wróci.
A dla siebie narysowałam też rower, no i mój wymarzony domek dla lalek. Ale wpadłam na taki pomysł, żeby do-mek nie był mały, lecz taki sam, jak nasz prawdziwy dom. Wszystkie pokoje, okna, zasłonki... Oczywiście ściany byłyby pomalowane, drzwi szczelne, kuchnia odmieniona, ubikacja, łazienka — wszystko ulepszone, ale jednak takie same. A lalki? Wymyśliłam, żeby lalki były podobne do nas: mama, tata, Romek i ja. Poza tym jeszcze kilka mniejszych laleczek — to dzieci, które mama urodziłaby... Aha, zapomniałam: mama w tym domku byłaby zdrowa, więc laleczek dzieci byłoby pięć. Poza tym jeszcze jakaś lalka babcia, no i najśmieszniejsza lalka — wujek Darek ze swoim samochodem. Wujek jest zawsze w garniturze i pachnie elegancko, jest gładziutko ogolony, więc i jego laleczka musiałaby tak samo pachnieć, tylko słabiej, leciutko, gdyby się ją wzięło na ręce i zbliżyło, wtedy można by poczuć.
Chciałabym kiedyś mieć sklep i sprzedawać ludziom wiele rzeczy. Oczywiście, że byłoby mi głupio, gdyby pani To-bańska dowiedziała się, że mam takie plany. Dwa sklepy w Świniarach? — to na pewno za dużo. Gdybym chciała sprzedawać rzeczy, których nie ma u pani Tobańskiej, na pewno bym nie zarobiła. U niej nie ma — na przykład — ubrań, mebli, instrumentów muzycznych, książek, ciekawszych zabawek... poza tym można kupić wszystko, co potrzebne: artykuły spożywcze, kosmetyki, programy telewizyjne, papier toaletowy, nawet żyłki i haczyki do ryb, ale robaków nie ma.
Więc co, żeby pani Tobańska nie miała do mnie pretensji, w moim sklepiku mogłabym sprzedawać ubrania, meble, instrumenty, książki, zabawki, robaki...?! To by był sklep!
Wszyscy przychodziliby do mnie kupić ubranie. Radziłabym, co komu pasuje, do tego spinki, broszki i kolczyki. Mogłabym też sprzedawać buty, peruki, różne przebrania, okulary, sztuczne wąsy i brody, a nawet ręce, gdyby komuś piła ucięła, jak panu Walczakowi, który ma stolarnię. On lewą rękę ma zawsze w rękawiczce, bo jest sztuczna.
Jedni ludzie kupowaliby u mnie eleganckie stroje, a inni różne przebrania, gdyby nie chcieli, żeby ich ktoś rozpoznał. Wstajemy rano, idziemy, a tutaj wszędzie nieznani ludzie, nikogo znajomego nie widać, jak gdyby w Świnia-rach zamieszkali sami nieznajomi. Tu ktoś w wysokim kapeluszu, tam ktoś z wąsami, w czarnych okularach, a tam dalej panie w złotych sukniach do ziemi, z parasolkami. Idzie ktoś, a na oku ma czarną opaskę, jak pirat. Co tu się stało? — myślałabym, patrząc zdziwiona. — Czy ja śnię? Przecież u nas nigdy nie było takich dziwnych mieszkańców! Tam ktoś z całą głową obandażowaną, a tam ktoś z wielkim, czerwonym nosem. Tutaj idzie jakiś rycerz, a obok księżniczka w czubatej czapce. Co się stało? — zastanawiałabym się, aż tu nagle sobie przypominam! Przecież wczoraj sprzedałam w swoim sklepie te przebrania, wszystkie, i ludzie nałożyli je, i dlatego Swiniary wyglądają jak jakieś wymyślone miejsce. Ale nasze psy nie dałyby się zmylić. Pana Szczęśniaka, nawet gdyby udawał fruwającego czarodzieja i naprawdę unosił się nad trawą, i tak by poznały i oszczekiwały, tak go nie lubią.
Tylko taki zwariowany sklep mogłabym mieć dzisiaj. Gdybym chciała sprzedawać lody, pani Tobańska miałaby do mnie pretensje, z chlebem, wędlinami, napojami — tak samo.
I zapomniałam o najważniejszym, w moim sklepie byłoby wiele przedmiotów, które sama bym wyplotła. Od koszyczków na doniczki, nawet meble, żyrandole, psie budy, karmniki dla ptaków, szafki; nawet nie wiecie, ile rzeczy da się wypleść z gałązek! Niekiedy idę sobie i rozglądam się, a tu stoi piękny samochód. I od razu przychodzi mi do głowy, żeby taki sam zrobić z plecionki. Na pewno nie będzie identyczny, ale bardzo, bardzo podobny, tej samej wielkości, szybki można wstawić, w środku
Wstajemy rano, idziemy, a tutaj wszędzie nieznani ludzie, nikogo znajomego nie widać, jak gdyby w Swiniarach zamieszkali sami nieznajomi.
fotele. Zapytacie, a po co komuś taki pleciony samochód? Sama nie wiem, ale na pewno wszyscy by się dziwili i chyba zrobiłoby się im wesoło. Albo plecione konie, krowy, owieczki? Całe plecione domy, stodoły, wszystko wyplecione i nikt nie wie, po co. Nawet pleciony telewizor! Płotki plecione to już są, u pana Karolkiewicza, na którego ludzie mówią Pleciuga. Wyplótł sobie cały ogródek i wygląda to niezwykle! Zimą płotek stoi w puszystym śniegu, a latem w zieleni, obrasta kwiatkami. Pan Ka-rolkiewicz powiesił plecione domki dla ptaszków, zrobił pleciony wiatraczek, a nawet okręt, który nie pływa, stoi tylko między grządkami, jak gdyby sałata, szczypior, kapusta czy dynie to były wielkie, morskie fale. I nikt nie wie, po co pan Karolkiewicz to robi, ponieważ jest głuchoniemy.
Kiedyś próbowałam nic nie mówić przez pół dnia. Dla mnie to nie jest trudne, moja mama przecież nie mówi, Romek też tylko coś odburknie, tata — wiadomo. Więc siedzę w domu i nic, nawet do Wydmuszki, która wylegiwała się na stole, też się nie odezwałam. No, ale pan Karolkiewicz nic też nie słyszy. Więc wsadziłam do uszu watę, aż zrobiło się zupełnie cicho, jakbym siedziała pod wodą albo w jakimś szczelnym pomieszczeniu. Milczałam i nic nie słyszałam, mogłam tylko patrzeć. A tu znienacka coś mi przelatuje przed nosem, a to Wydmuszka skoczyła, jak jakiś szary gałgan. Wszystko mnie zaskakiwało. Idę do sadu, a tu coś wyrasta przede mną: Borys, pies Walczaków, podbiegł i uciekł, a ja może i krzyknęłam, ale nie słyszałam swojego krzyku? Boże — pomyślałam, pan Karolkiewicz wszystko ma tak znienacka. Siedzi sobie w domu, plecie koszyki i o czymś myśli, wydaje mu się, że jest sam, odwraca się, a tutaj w izbie kilku sąsiadów, siedzą i gadają, znienacka. Idzie z koszami do autobusu, psy szczekają, a on nie słyszy. Radio gra, nie słyszy, idzie orkiestra z trąbami, bębnami, a dla niego to nic, jakby ktoś ściszył telewizor albo jeszcze inaczej? A gdyby tak jeszcze nie widział?
Zawiązałam sobie oczy szalikiem i usiadłam na progu. Siedzę w ciszy, w ciemności i myślę o różnych sprawach, o swoich znajomych, o Sabinie, dlaczego obcięła sobie swoje śliczne włosy, o mamie, czy już się obudziła, dokąd poszedł tata? Myślę, myślę, a może i zasnęłam? Jakieś dziwne rzeczy zaczęły mi się wydawać, aż zdjęłam szalik z oczu i popatrzyłam na sad. Wszystko było takie cudowne, kolorowe, wyraźne i pachniało. Właśnie, pachniało owocami. Popatrzyłam na sad jak na najcudowniejsze miejsce, chociaż nasz sad nie jest zadbany, a nawet wygląda jak gąszcz, ale był piękny. Narysowałam go wtedy, na osobnej kartce, duży, cały sad, taki jakiś pękaty, jak gdyby nadymał się i nadymał, żeby spod jego skorupki wyszło coś jeszcze piękniejszego. Od tamtego dnia sad wydaje mi się brzuchaty.
Może dla pana Karolkiewicza wszystko jest jakieś inne niż dla nas? Może wszystko inaczej, po swojemu, nazywa? My mówimy: trawa, a on na trawę w swoich myślach mówi, na przykład, mięciucha. Na krowy mówi bawamy. Na słońce ogocioł czy jakoś inaczej. Idziecie gdzieś, patrzycie wokół i każda rzecz jest jakoś nazwana. Nawet jak nie wiecie, jak nazywa się pewna roślina, powiecie na nią: krzak albo kwiat, albo zielsko. Idzie nieznany człowiek, gruby, pomyślicie — grubas. Idzie jakieś nieznane dziecko, a jest zapłakane, pomyślicie — beksa. A jeżeli mijacie znanych ludzi, nie zastanawiacie się, tylko myślicie — pani Nowa-kowa, pan Mielcarek, Walczak, po kolei o każdym.
Wchodzę do sklepu, a w nim uśmiecha się pani Beata Tobańska. A gdyby zamiast niej stał za ladą ktoś obcy?
Od razu bym myślała, że państwo Tobańscy sprzedali sklep i wyjechali, ponieważ i tak nie mieli go komu zostawić. Bo coś zdradzę, państwo Tobańscy nie mają dzieci. Nie są jeszcze starzy, ale nie mają i nie będą mieć, niestety, czasem to się zdarza w małżeństwie. Może dlatego pani Tobańska tak lubi inne dzieci, rozmawia z nami, ale myśli sobie: dlaczego jestem taka pokrzywdzona, dlaczego nie mogę choć jednej rzeczy ze sklepu podarować swojemu dziecku? Żal mi jej, ponieważ wiem, jak dla dorosłych ludzi ważne są dzieci.
I popatrzcie: coś tak sprawiło, że są samotni, a mają pieniądze, ładny dom, samochód, są dobrzy i na pewno swoje dzieci dobrze by wychowali, ale ich nie mają. Kiedyś się zestarzeją — nie myśłcie, że tego chcę, ale tak już niestety jest — i nie będą mogli pracować w swoim sklepie. Wtedy już będę dorosła i wtedy ja otworzę swój sklep i będę sprzedawać to, co teraz sprzedaje pani Tobańska. Poza jednym: u mnie nie będzie alkoholu, za to będą te inne przedmioty, o których już wam wcześniej powiedziałam.
Ale i ludzie bezdzietni mają rozwiązanie. Mogą sobie wziąć dziecko z domu dziecka. Pojadą tam, popatrzą na wszystkie samotne dzieci i wybiorą, jakie im się będzie podobało. Takie dziecko może się nazywać jak oni, może potem dostać ich dom, sklep, wszystko. Dziecko z domu dziecka może być nawet dużo lepsze od własnego. Może dla niego taka odmiana to coś najwspanialszego na święcie? Żyło sobie, nie myśląc, że wszystko może się odmienić. Aż przyjeżdżają jacyś ludzie, przyglądają się i zabierają je do siebie, jak własne. Dziecko takie nagle dostaje swój pokój, zabawki, wspaniałe rzeczy, jest jak w bajce.
Jak ja przeżyłabym coś takiego? Zostaję samotna, rodzice mnie porzucili, albo stała się jakaś tragedia i trafiam do domu dziecka. Jestem smutna, samotna, nic mi się nie chce. Aż tutaj nagle podjeżdża wspaniały samochód, wysiadają z niego jacyś ludzie, piękna, elegancka pani i jej mąż, w garniturze, krawacie, z pierścionkiem na palcu. Chodzą i chodzą, i nagle patrzą na mnie. Okazuje się, że postanowili uznać mnie za swoje dziecko. Jadę więc z nimi ich pięknym samochodem i cokolwiek zechcę, już spełniają. Zatrzymujemy się w wielkim sklepie, gdzie mogę wybrać sobie ubranie, jakie chcę, zabawki, najróżniejsze przedmioty. Nagle wszystko jest możliwe. Jedzie-my i jedziemy, a okolica jest coraz ładniejsza, jak w bajce. Słońce zachodzi jak na najpiękniejszym obrazku, w jeziorach odbijają się drzewa, pływają łabędzie, unoszą się różowe ptaki, a za białymi płotami biegają przepiękne konie. Wydaje się, że jestem w zaczarowanym świecie, a tutaj ukazuje się piękny pałac, z wieżyczkami, z wielkimi, świecącymi oknami. To mój nowy dom. Pokoje w nim są takie wielkie! Biegam po nich jak mała laleczka, a moi nowi rodzice patrzą na mnie, cieszą się, przygotowują niespodzianki.
