Żona profesora - Teresa Rutkowska-Wojciechowska - ebook

Żona profesora ebook

Teresa Rutkowska - Wojciechowska

0,0

Opis

Dla profesora medyny i nauczycielki jest to drugie małżeństwo. Dojrzała miłość nie jest pozbawiona nieporozumień, które potrafią rozwiązywać i wzajemnie się wspierać. On wie, że żonie zawdzięcza swój rozwój naukowy i zawodowy. Obsypuje drogimi prezentami, jednocześnie chce całkowicie ją sobie podporządkować. Ona po przebytej operacji kręgosłupa i wielu innych chorobach potrzebuje jego pomocy medycznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Teresa Rutkowska-Wojciechowska

ŻONA PROFESORA

© Teresa Rutkowska-Wojciechowska, 2020

Dla profesora medyny i nauczycielki jest to drugie małżeństwo. Dojrzała miłość nie jest pozbawiona nieporozumień, które potrafią rozwiązywać i wzajemnie się wspierać. On wie, że żonie zawdzięcza swój rozwój naukowy i zawodowy. Obsypuje drogimi prezentami, jednocześnie chce całkowicie ją sobie podporządkować. Ona po przebytej operacji kręgosłupa i wielu innych chorobach potrzebuje jego pomocy medycznej.

ISBN 978-83-8221-093-4

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział I

Niespodziewany wyjazd Antoniny zdenerwował Wojciecha. Cholera, czy u niej spośród około dwudziestu tysięcy genów, uaktywnił się gen ucieczki? Kartka, którą zostawiła na szafce, nie była żadnym usprawiedliwieniem. Gdyby nie informacja, że wyjeżdża i żeby jej nie szukał, pewnie by uruchomił służby specjalne. Chodził po mieszkaniu i nie wiedział co ze sobą zrobić. Ojciec pewnie dałby klapsa w tyłek swojemu dzieciakowi, że go nie słucha, ale własnej żonie? Wykonał do niej kilkanaście połączeń telefonicznych. Żadnego nie odebrała. Zawsze włączała się poczta głosowa, w niej ciepły głos. „Przepraszam, teraz nie mogę rozmawiać. Proszę zadzwonić później albo zostawić wiadomość. Antonina”.

Usiadł na kanapie, podparł głowę rękami i sam do siebie mówił. Antoniu, moja miłości, odbierz telefon albo napisz SMS. Daj mi znać, że wiesz o mojej próbie skontaktowania się z tobą. Napisz, czy nie potrzebujesz mojej pomocy. Martwię się o ciebie i twoje zdrowie.

Bez przerwy spoglądał na komórkę, w której panowała głucha cisza.

Oprócz Aldony, w Warszawie nie miała bliskich przyjaciółek. Znał numer telefonu do doktor Elżbiety, nikogo innego z jej grona znajomych w Olsztynie nie poznał bliżej. Po południu odwiedził Mirka. Zamienił z nim kilka słów, zostawił alkohol, który otrzymał w prezencie od pacjenta. Zadzwonił do kolegów z kryminalnej. Poprosił o namierzenie numeru telefonu jego żony. Nie czekał długo. Rysiek, bliski znajomy, po kilkunastu minutach połączył się z profesorem i poinformował, że telefon z numerem o który pyta, jest w Krakowie.

— W Krakowie? Konkretnie gdzie?

— W obrębie budynków klasztornych, żeńskiego zgromadzenia sióstr zakonnych.

Przekazał dokładną lokalizację, łącznie z numerami telefonów stacjonarnych. Określił, w jakiej dzielnicy Krakowa znajdują się budynki klasztoru.

— Profesorze, jeśli będzie potrzebna pomoc, proszę dzwonić. Uruchomimy kolegów z Krakowa.

— Dziękuję bardzo za pomoc. Myślę, że sam sobie poradzę. Jeśli siostry zakonne nie będą chciały ze mną rozmawiać, jeszcze raz się z tobą skontaktuję.

Antonina w młodości marzyła o wstąpieniu do zakonu. Stan zdrowia jej nie pozwalał. Czyżby teraz chcąc mu zrobić na złość, zaszyła się w murach klasztornych na zawsze? Zadawał sobie pytania i sam na nie odpowiadał. Może zadzwonić do Krakowa, ale o co ma zapytać? Zakonnice pomyślą, że jakiś wariat nęka wielebne siostry. Wystukał numer telefonu do Ostrowca, może od jej najstarszej siostry czegoś się dowie?

— Dzień dobry Wiesiu. Mówi Wojciech Wojecki. Możesz mi powiedzieć, czy ktoś z waszej rodziny mieszka w Krakowie?

— Mamy w Krakowie dwie kuzynki i kuzyna. Jedna mieszka w Krakowie, druga kilka kilometrów za miastem. Z kuzynem nie utrzymujemy kontaktu, z kuzynkami czasami się spotykamy.

— Czy Antonina rozmawiała z tobą, że chce spełnić swoje młodzieńcze marzenia i wstąpić do zakonu?

— W młodości marzyła o tym. Wiedziała, że nie ma żadnych szans.

Pewnie od proboszcza dostałaby rekomendację i błogosławieństwo. Chodziła na religię, śpiewała w kościelnym chórze, systematycznie uczęszczała na msze i nabożeństwa, należała do wspólnoty młodzieżowej przy parafii. Nękające ją choroby, uniemożliwiały spełnienie marzeń. Z jej stanem zdrowia było to niemożliwe, by mogła wstąpić do zakonu. Kilkakrotnie była u sióstr zakonnych na rekolekcjach. Razem ze swoim pierwszym mężem i córką jeździli do jego siostry, która jest zakonnicą. Klasztor, gdzie przebywa szwagierka Antosi, znajduje się w okolicach Krakowa, może w samym Krakowie. Dokładnej lokalizacji nie zna.

— Po śmierci Adama często tam wyjeżdżała?

— Tego nie wiem. Ona zawsze była tajemnicza, nieodgadniona.

— I taka nadal jest.

— A jak siostra Adama się nazywa?

— Prywatnie nazywa się Antonina Piotrkowska. Imię zakonne ma Albertyna. Jest dosyć wysoko postawiona w hierarchii zgromadzenia sióstr zakonnych.

— Antonina? Tak samo jak moja Tosia?

— Tak. Zawsze z uśmiechem mówiła, że ma dwuczłonowe nazwisko, żeby w rodzinie nie było dwóch Tosiek Piotrkowskich.

— Tego mi nigdy nie mówiła.

— Pewnie gdybyś ją zapytał, dlaczego miała dwuczłonowe nazwisko, powiedziałaby.

— Dziękuję bardzo za rozmowę.

— A czy coś się stało z Antoniną? Jest chora? Chcecie jechać do Krakowa, odwiedzić nasze kuzynki?

— Nie. Tak tylko pytam. Pozdrawiam całą rodzinę. Do widzenia.

Pomimo wahania, zdecydował, że zadzwoni do klasztoru w Krakowie. Przedstawił się kim jest i poprosił o rozmowę z siostrą Albertyną. Zapytał, czy przypadkiem nie przyjechała do niej Antonina Wojecka?

— Tak. Przyjechała. Już śpi. Czy mam ją obudzić i poprosić do telefonu?

— Nie. Pewnie jest zmęczona podróżą. Proszę jej nie budzić.

Rozmowa z siostrą Albertyną przedłużała się. Najpierw mówił o sobie, później o swojej żonie, jej stanie zdrowia, leczeniu. Nie zapomniał dodać, że mają ślub kościelny. Prosił, aby przypominała jej o lekarstwach, które powinna codziennie zażywać. Przyjedzie po nią w czwartek, nie może wcześniej, bo ma napięty grafik operacji. Lepiej by było, aby wracali do domu razem samochodem, nie sama pociągiem, czy PKS-em.

— Gdyby miała kłopoty ze zdrowiem, proszę wezwać prywatnie lekarza i mnie poinformować. Ureguluję wszystkie wydatki. Ona w życiu tak wiele wycierpiała, dlatego o nią bardzo dbam.

— Miło mi było poznać pana profesora i oczywiście będę czuwała nad zdrowiem Antoniny. Mogę również jej powiedzieć o naszej rozmowie i poprosić, żeby zatelefonowała do męża.

— Nie. Proszę jej nie mówić, bo z przekory zrobi akurat odwrotnie. Nie lubi, jak ją ktoś poucza.

Rano siostra Albertyna przypomniała jej o lekarstwach.

— Skąd wiesz, że przyjmuję codziennie lekarstwa?

— Kochana Tosiu. W naszym wieku, prawie wszyscy zażywamy lekarstwa. Na cukrzycę, reumatyzm, nadciśnienie, cholesterol, czy inne choroby gastryczne, kardiologiczne.

— Ty też bierzesz leki?

— Pewnie. Od lat, na serce.

Odpowiedź zakonnicy uśpiła jej podejrzenia. Rzeczywiście, prawie wszyscy znajomi Antoniny przyjmują leki, najczęściej na nadciśnienie, zbyt wysoki cholesterol albo tarczycę. Jej Wojtuś systematycznie nie zażywa żadnych lekarstw. Od kiedy są małżeństwem, tylko jeden raz widziała, jak robił sobie kroplówkę, aby nie mieć kaca. Być może było to inne lekarstwo, tego nie wie dokładnie. Uwierzyła wówczas w to, co mówił.

W czwartek rano Wojciech wyjechał z Warszawy. W Kielcach zrobił przerwę na odpoczynek. Zjadł w restauracji obiad i pochodził po sklepach. Zajrzał do Jubilera. Obejrzał wyroby ze złota. Wiele mu się podobało. W gablocie ze srebrem wyeksponowany był dosyć gruby łańcuch, z oryginalnie oprawionym bursztynem. Zdecydował, że kupi swojej żonie. Dobrał do wisiora prawie identyczne kolczyki i bransoletę. Ekspedientka ułożyła komplet biżuterii w opakowaniu wyściełanym niebieskim aksamitem. Wisior z bursztynem bardzo okazały, jest pewny, że spodoba się żonie. Zapłacił i podziękował za miłą obsługę. Zapytał ekspedientkę, jak dojechać do galerii handlowej.

— Najłatwiej dojść na piechotę. Jest bardzo blisko.

Wojciech z Tosią zawsze razem kupują ubrania. Zna jej rozmiary. Obejrzał kilkanaście sukienek, spódnic, spodni. Kupił bluzkę z długim rękawem. Na manekinie wyeksponowana była z koralami. Bursztynowy wisior, który wcześniej kupił, do bluzeczki pasuje idealnie.

Z Kielc do Krakowa jechał trasą przez Miechów, Jędrzejów i Chęciny. Jej długość to około sto piętnaście kilometrów. Trasa prowadzi drogą krajową Nr 7 i nie zawiera odcinków płatnych. Około godziny czternastej dotarł na miejsce. Przywitał się z siostrą przełożoną i siostrą Albertyną. Zakonnice zapisały w księdze wejść na teren klasztoru: dane osobowe z numerem dowodu osobistego, miejsce zamieszkania profesora, cel wizyty. Antonina pokazywała wcześniej Albertynie różne zdjęcia, między innymi swojego męża, ich ślub kościelny, który udzielał ksiądz Szymon, Annę ze swoim Krzyśkiem i synkiem. Siostry nie musiały się niczego obawiać. Profesor, to ten sam mężczyzna, którego Albertyna widziała na zdjęciach.

Podziękował za proponowany posiłek, mówiąc, że jadł na trasie i nie jest głodny. Nie odmówił czarnej, mocnej kawy. Siostra przełożona była do profesora niezmiernie miła. Razem z Albertyną zaprowadziły go do refektarza.

Żona siedziała sama przy stole, w skupieniu jadła obiad. Podszedł do niej. Jak go zobaczyła, wstała od stołu i przyjaźnie się uśmiechnęła.

— Mój małżonek? Dzień dobry kochanie. Cieszę się, że przyjechałeś.

Cmoknęła go w policzek. Gdyby byli w innym miejscu, pewnie pocałowała by go w usta. Złość ją minęła już dawno. On pocałował ją w rękę, policzek i przytulił do siebie. Szepnął do ucha, że wreszcie znalazł swoją uciekinierkę.

— Mogę usiąść obok ciebie?

— Tak. Proszę bardzo, ale bez zbędnych, pouczających kazań i wymówek.

Siostry poszły do swoich zajęć. Wojciech przysiadł się do stołu. Antonina jadła powoli, spoglądając na męża, jakby czekała na reprymendę za wyjazd z domu. Młoda siostra przyniosła dla gościa kubek z czarną kawą, na stole postawiła cukier i ciasteczka.

— Widzę, że dobrze tu karmią.

— Bardzo dobrze.

Uśmiechnęła się. Po obiedzie spacerowali po przyklasztornym parku. Zapytał żonę o samopoczucie i czy systematycznie brała lekarstwa.

— Chcesz do jutra zostać w klasztorze, czy dzisiaj wracamy do Warszawy?

— Zawsze będziesz mnie śledził i za mną się włóczył?

— Tak. Chyba nie jesteś zaskoczona, że przyjechałem?

— Z jednej strony nie, bo chodzisz za mną jak cień. Z drugiej jednak strony, jestem bardzo zaskoczona. Ciekawi mnie, jak mnie tu znalazłeś? Skoro po mnie przyjechałeś, nie będziemy intruzami w klasztorze. Za dużo wolnych kobiet, nie przystoi przebywać tu mężczyźnie. Jestem zazdrosna.

Zaczęła się śmiać. On pogłaskał ją po policzku.

— Moja miłości. Taką cię kocham: spokojną, uśmiechniętą, serdeczną. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo za tobą tęskniłem.

— Zakonnice pożerają cię wzrokiem. Nie powiem, jest na kim oko zawiesić. Ładnie jesteś ubrany i taki wypachniony.

— Dla swojej żony tak się wyelegantowałem.

Złożył pocałunek na przedramieniu, około dziesięć centymetrów wyżej dłoni.

— Nie umizguj się do mnie, w tym miejscu nie wypada. Zakonnice na ciebie patrzą.

— Niech patrzą. Jesteś moją żoną.

— Tego nie musisz mi przypominać. To akurat wiem, że jestem twoją żoną.

— A ty jeśli nie wiesz, to kolejny raz ci mówię, że bez ciebie nie potrafię funkcjonować. Dom zrobił się zimny, pusty i smutny.

— Jak w nim jestem, o jedną osobę jest więcej. Nie zawsze jednak jest wesoły i ciepły. Wszystko przez twoje gderanie.

Powiedział, że przysięgała mu miłość i to dwa razy. Jeden raz w Rzymie, kiedy brali ślub cywilny, drugi raz, przy ołtarzu w kościele.

— To prawda. Przysięgałam i przysięgi dotrzymuję, co nie znaczy, że nie mogę sama myśleć, wypowiadać swoich racji, być sobą.

Poprosił żonę, aby spakowała swoją walizkę. Wcześniej obiecał siostrze przełożonej, że zbada dwie zakonnice, które kilka dni temu zarejestrowały się do specjalisty neurologa. Terminy przyjęć do poradni specjalistycznych są bardzo odległe. Jedną z nich na cito skierował do szpitala. Drugiej wypisał lekarstwa i skierowanie na rehabilitację. Ma podpisany kontrakt z NFZ, skierowanie napisał legalnie, na ubezpieczenie. Żegnając się, przekazał w kopercie datek pieniężny za pobyt żony w klasztorze. Siostra przeora nie chciała przyjąć, tłumacząc, że już sowicie się odwdzięczył, badając chore zakonnice.

— Proszę wykupić za te pieniądze dla chorej siostry lekarstwa. Jeśli będzie musiała długo czekać na zabiegi rehabilitacyjne, proszę z tych pieniędzy wykupić je w prywatnej przychodni. W takich przychodniach zawsze kolejka jest krótsza. Jak siostry będą miały potrzebę konsultacji medycznych, służę swoją wiedzą i doświadczeniem.

Wyjął z portfela wizytówkę i wręczył siostrze przełożonej. Przeora serdecznie podziękowała i zachęcała, aby częściej odwiedzali ich klasztor. Tu są warunki do odpoczynku i wyciszenia.

— Ile włożyłeś pieniędzy do koperty?

— Dużo.

— Powiedz ile?

— Jesteś dla mnie bezcenna. Nie pożałowałem i sypnąłem kasą za pobyt oraz opiekę nad tobą. Trochę jeszcze nam zostało, na życie w tym miesiącu wystarczy.

Uśmiechnął się i cmoknął żonę w policzek.

— Gdyby nie to, że chcę mojej żonie zapewnić godne życie, nie musiałbym pracować. Mnie nic do życia nie jest potrzebne, tylko twoja obecność przy mnie. Jestem bardzo szczęśliwy, że odnalazłem moją uciekinierkę.

— Wracamy do domu, czy zostajemy w Krakowie?

— Nie było ciebie, dlatego siedziałem całymi dniami w klinice. Możemy kilka dni odpocząć w Krakowie.

— Chcę wrócić do Warszawy. Tęskniłam za tobą i za naszym domem.

Przytuliła się do męża i w myślach dziękowała Bogu, za wysłuchanie prośby, aby po nią przyjechał. Czekała i myślała, czy będzie jej szukał, czy choć trochę mu na niej zależy.

— Jesteś dla mnie najważniejsza, jedna, jedyna. Nawet jak jestem na ciebie wściekły, to i tak niepokorną żonę kocham.

Zaproponował wyjazd do Wieliczki. Zwiedzą kopalnię soli, jutro albo pojutrze wrócą do domu. Był zmęczony podróżą. Wieliczka od Krakowa jest oddalona około trzynaście kilometrów, to prawie rzut beretem. Ona wyszła z propozycją, by pojechać do Częstochowy. Przenocują dwie noce w hotelu, później wrócą do Warszawy. Doszli do porozumienia, że dzisiaj pojadą do Wieliczki, pójdą zwiedzić kopalnię soli, jutro natomiast pojadą do Częstochowy.

W Wieliczce zwiedzili dwa kościoły, Pałac Żupny, spacerowali uliczkami miasta. Kopalnia soli była już zamknięta. Po spacerze pojechali do hotelu. Wręczył jej prezent, który kupił w Kielcach. Bardzo się ucieszyła. Przymierzyła bluzeczkę i naszyjnik z bursztynem.

— Dziękuję za prezent. Marzyłam o takim ogromnym bursztynie.

Uśmiechnął się. Cmoknęła go w policzek.

— Mówisz, że prezent ci się podoba, to dlaczego taki słaby całus?

Przylgnęła do jego ust i zaczęła namiętnie całować.

— Ty wymuszaczu, o swoje umiesz się upominać. A w ogóle, od kogo dowiedziałeś się, gdzie jestem?

— Policja kryminalna cię namierzyła. Naprawdę, nie kłamię.

Był bardzo szczęśliwy, że są razem. Rano ubrała bluzeczkę, nałożyła naszyjnik i bransoletkę, które dostała od męża. Kilkakrotnie dziękowała za piękny podarunek. On cieszył się za trafiony prezent dla żony. Po śniadaniu poszli zwiedzać kopalnię soli. Wypili kawę w kawiarni, pospacerowali po miasteczku, kupiła sobie balerinki i rajstopy.

Wojciech wielokrotnie był w Częstochowie i zawsze chciał tam wracać. Telefonicznie zamówił nocleg w hotelu, blisko Sanktuarium. Tosia była w Częstochowie tylko jeden raz, z wycieczką szkolną. Niewiele pamięta, dlatego z chęcią pomodli się na Jasnej Górze. Wyjeżdżając z Wieliczki, dała do zrozumienia, że jeśli cokolwiek będzie gderał o tym, co zrobiła, będzie musiał sam wrócić do Warszawy. Nie chce wysłuchiwania morałów.

Wojciech tęsknił za żoną, nie przyjechał po to, aby robić jej wymówki. Cieszy się, że jest zdrowa, wypoczęta. Kilka dni pobytu w klasztorze, w spokoju, bez gderania męża, pomogły wyciszyć nerwy.

— Ja nie chcę, żebyś mnie zostawiała samego. Nie mogłem pracować i martwiłem się o ciebie. Olek od razu zauważył, że coś jest na rzeczy, bo byłem rozkojarzony, nie mogłem logicznie myśleć. Zamiast o pacjentach, myślałem o tobie.

— Nabroiłeś, to potem nie mogłeś się skupić, byłeś rozkojarzony. Zawsze coś ci nie pasuje. Nie chcę tak, że zawsze ja mam być posłuszna swojemu mężowi.

Wojciech zaczął się śmiać.

— Kochanie moje. Nie ty, ale zawsze ja jestem żonie posłuszny i uległy. Czasami muszę twoje bujanie w obłokach sprowadzić na ziemię. Powiedz mi, kiedy byłem nie fer w stosunku do ciebie? Co złego zrobiłem, że zbulwersowana wyjechałaś?

— W Lidzbarku Warmińskim zachowywałeś się jak pijak, który nie potrafił poradzić sobie z alkoholem. Chodziłeś zygzakiem, obraziłeś mnie dając do zrozumienia, że nie jesteś moim synkiem. Nie życzysz sobie pouczeń.

— Raz jedyny nie zapanowałem nad alkoholem. Nie pamiętam tego, o czym mówisz. Byłem wówczas do ciebie miły i chciałem tylko pocałować. To było bardzo dawno, nawet nie wiem jak dawno temu. Byliśmy kilka miesięcy po ślubie, na etapie budowania naszych relacji małżeńskich. Dlatego teraz wyjechałaś sobie do Krakowa?

— Nie ironizuj i nie mieszaj faktów. Odpowiedziałam na zadane pytanie, kiedy byłeś niezbyt sympatyczny do mnie. Dlaczego teraz wyjechałam, doskonale wiesz.

— A pamiętasz jak było w szpitalu? Praktycznie cię nie odstępowałem. Wszystkie twoje prośby i zachcianki spełniałem. To był początek rozpieszczania, może psucia mojej kobiety.

— Akurat psucia. Jestem dla ciebie aniołem, najlepszym z serafinów.

— Kim jesteś?

— Serafiny, to anioły miłości, światła, ognia i wysublimowanego poziomu duchowego.

— Miłości, światła i wysublimowanego poziomu duchowego, to może być. Ale dlaczego ognia? Wszystko rozpalasz?

Nawiązała do poezji baroku, mówiąc, że ogień jest symbolem miłości. Metaforyka „płomienna” pojawia się w poezji bardzo często. Symbolika słowa „ogień”, to żywioł miłości płomiennej, żar, który rozpala serca i dusze. Również symbolizuje cierpienie.

— Swojego męża potrafiłaś sobie podporządkować do niewyobrażalnych granic. A podporządkowanie jest zagrożeniem. Nie odpowiedziałaś mi, dlaczego wyjechałaś.

— Zagrożeniem czego?

— Wolności słowa, postępowania, logicznego myślenia.

— Jeśli tak uważasz, mogę zwrócić ci wolność. Nie musisz przecież chodzić w obrączce.

— Może ty byś chciała uciekinierko. Ja na pewno nie. W naszym przypadku, nie da się zwrócić wolności. Nie ma między nami zdrady małżeńskiej, różnicy światopoglądów i charakterów, agresji fizycznej ani psychicznej, nieróbstwa jednego z nas, bezpłodności. O dzieci się nie staramy, bo jesteśmy w poważnym wieku.

Zaczął się śmiać.

— Rozwodu mój serafinie żaden sąd ci nie udzieli, bo nie znajdzie powodu. Najwyżej skieruje na terapię małżeńską. Będziemy chodzili na sesje terapeutyczne, żeby uczyć się akceptacji i słuchania drugiej osoby, rozmawiania ze sobą.

— Zawsze można znaleźć jakiś powód.

— Nie można.

Uderzył dłonią o kierownicę. Tośka zaczęła się śmiać.

— Ja przecież nie chcę rozwodu. Pomimo ubolewania, że jesteś podporządkowany, co jest nieprawdą, chcę być z tobą. A terapeutę my możemy nauczyć, jak ludzie powinni funkcjonować w małżeństwie.

Wojciech jest podporządkowany żonie w sposób aktywny. Podąża za nią powoli i zmienia się. Pierwsze co zrobił, odstawił alkohol. Skoro jego żona nie pije, postanowił, że również nie będzie pił. Ona ma z nim być szczęśliwa. Nie chce być pasywny, zdominowany przez nakazy i zakazy, jakie stosują nauczyciele swoim uczniom. Chce sam naśladować jej dobre postępowanie, które wcześniej było mu obce. Rozumieją się bez słów. Budują swój związek każdego dnia. Żadne z nich nie uważa, że coś zbudowane będzie wieczne. To coś, trzeba całe życie pielęgnować i oni to robią.

Antonina uwielbia poezję, on również wciągnął się w czytanie wierszy. Wszystkie wiersze Szymborskiej czytał wielokrotnie. Lubi Miłosza, Pawlikowską-Jasnorzewską, Asnyka i wielu innych poetów. Byli w Leśniczówce Pranie, gdzie znajduje się muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jest celem pielgrzymek miłośników poety. Ona kocha muzykę poważną. On słucha jej w domu, również w swoim gabinecie, w samochodzie. Systematycznie chodzą do Filharmonii na koncerty. Tosia nie jest muzykiem, choć w jej domu muzyki było pod dostatkiem. Ojciec grał na skrzypcach i innych instrumentach. Ona grała na pianinie piosenki przedszkolne i lekkie melodie wpadające w ucho. Lata szkolne córki przepełnione były muzyką, koncertami, konkursami muzycznymi. Nie są na przysłowiowym dorobku, nie muszą pracować od rana do wieczora, bo brakuje na życie. Ona nie żąda od niego milionów. Ich wspólne dochody, są wystarczające na bezstresowe życie, spotkania towarzyskie, wycieczki, markowe ciuchy, muzyczne koncerty, dobre spektakle teatralne i filmy.

W drodze do Częstochowy opowiadała mężowi o tym, że w nocy źle się czuła w klasztorze. Miała wrażenie, że z każdego kąta patrzą na nią zmarłe zakonnice, które kiedyś tu mieszkały. Cisza w nocy, także w dzień, była nie do zniesienia. Grube mury, surowe pomieszczenia z prostymi łóżkami i krucyfiksami na ścianach, dają wrażenie chłodu. Rano przejścia zakonnic ze śpiewem do kaplicy, ogłaszają rozpoczęcie dnia. Jeden, jedyny mężczyzna w klasztorze, to ksiądz na porannej i wieczornej mszy. Nie miała odwagi zapytać, czy mieszka na terenie klasztoru, czy każdego dnia przychodzi z pobliskiego kościoła.

— Myślisz, że one interesują się mężczyznami?

— Myślę, że są z krwi i kości kobietami. Niektóre kobiety zmieniają partnerów jak rękawiczki, są również takie, które przez całe życie nie mają żadnego. Zakonnice oddają się modlitwie i Bogu, nie mężczyznom. Obcowanie z Bogiem i Maryją, daje im szczęście.

— Nie wiedzą co tracą.

— Ciekawe co takiego tracą?

— Oj Tosia, Tosia. Masz drugiego męża, tobie nie muszę mówić co tracą.

— Czy mężczyzna, to naprawdę takie wielkie szczęście?

— Dla niektórych kobiet, mężczyzna jest niezbędny jak powietrze, dla innych niekoniecznie. Ty chyba do tych drugich się zaliczasz.

— Dla mnie jesteś bardzo potrzebny, ale tylko ty. Żaden inny osobnik w spodniach mnie nie interesuje. Jeśli nie byłoby ciebie, nie byłoby żadnego innego. To prawda, nie lubię facetów. Toleruję co niektórych, prawdziwie kocham tylko ciebie. Chciałabym wiedzieć, co tracą kobiety, które nie mają mężczyzny?

Patrzyła na męża i sama sobie odpowiedziała, że zazwyczaj pranie jego bielizny, prasowanie, gotowanie, sprzątanie, realizowanie jego zachcianek, wysłuchiwanie narzekań, patrzenie jak czyta gazetę, ogląda telewizję, pije piwo, przychodzi do domu pijany. Czasami nie dba o higienę osobistą.

— Kobieta lubi się realizować jako gospodyni domowa. Jak ma męża, to ma więcej pracy zarówno przy dzieciach, jak i przy nim.

— Dzięki za takie przyjemności, jak odór piwa i spoconych nóg męża. Nie zmieniane kilka dni slipki i serek na członku, czy brud za paznokciami. Chciałeś powiedzieć, że to kobiety tracą?

— Serek na członku? Nie wiem o czym mówisz?

— Nie wiesz, co to jest mastka?

— Zadziwiasz mnie. Ja wiem, uczę studentów medycyny. A ty naprawdę wiesz? No powiedz mi, co to jest ta mastka?

— Proszę uprzejmie panie profesorze. Mastka, to mazista, biała lub żółta serowata wydzielina gruczołów apokrynowych, gromadząca się u mężczyzn pod napletkiem, głównie w rowku zażołędnym członka. Składa się z mieszanki stłuszczonych i złuszczonych komórek nabłonkowych napletka, flory bakteryjnej oraz łoju. Zawiera także resztki moczu, również spermy.

— No pięknie Antoniu. Zadziwiasz mnie swoją wiedzą.

— Boże! Gdybym takiego brudnego penisa zobaczyła, chyba bym się zrzygała. Przepraszam, że wyrażam się tak kolokwialnie.

Swoim krótkim wywodem zbiła go z pantałyku. Nie odpowiedział, co tracą kobiety nie mając mężczyzny. Powiedział, czego mężczyźni oczekują od kobiet.

Jedną z najważniejszych rzeczy, których nie wiedzą kobiety, jest to, że księżniczki nie istnieją. Gdyby istniały, na pewno te które myślą, że są księżniczkami, nimi by nie były. Mężczyźni nie lubią kobiet, które nic sobą nie prezentują, poza udami i tyłkiem bez cellulitu. Cellulit dla mężczyzn nic nie znaczy. Biust D czy DD jest ciekawy u tych kobiet, które są szczęśliwe i dają szczęście innym. To nie jest puste zdanie. To fakt zgodny z powiedzeniem: “Znajdź kobietę, która ma mózg — ona też będzie miała tę część ciała, bez której mężczyźni nie potrafią się obejść”.

— Kobiety też czasem pachną rybą, co oznacza, że zbierają swój serek, tzn. mastkę?

— Te które się nie myją, mają taki zapach. Ale profesor pewnie wie, że taki zapach może oznaczać stan zapalny pochwy, spowodowany bakteriami lub rzęsistkiem. Może pojawiać się również wtedy, kiedy kobieta stosuje antybiotyki, środki antykoncepcyjne lub w okresie menopauzy, czy stosowania leków hormonalnych.

— Zadziwiasz mnie. Skąd masz taką wiedzę?

— Z książek, które znajdują się w domowej bibliotece. Jak mam czas, to czytam. Zgłębiam wiedzę, nie tylko w internecie.

Kiedy była żoną  inżyniera rolnictwa, zgłębiała wiedzę o rzepaku, zbożach i hodowli zwierząt. Ukończyła nawet kurs rolnika kwalifikowanego. Teraz w domu ma do dyspozycji ogromny zbiór książek medycznych. Czasami z ciekawości zagląda do nich i czyta o chorobach, farmakologii czy rehabilitacji.

Zrobił żonie wykład, jaka powinna być kobieta. Przede wszystkim powinna być piękna wewnętrznie, to oznacza mądra, wrażliwa, rozsądna. Nie musi mieć długich blond włosów. Ważne, żeby była czysta i estetycznie ubrana. Potrafiła mówić o swoich odczuciach, czego oczekuje od mężczyzny, wówczas on czuje się komfortowo. Każdy mężczyzna lubi kobiety skromne i naturalne. Pociągają ich te, które mogą zadowolić i uszczęśliwić, ale również takie, przy których czują sukces, związany z usatysfakcjonowaniem partnerki. Ponadto, pewna doza niepewności wzbudza w nich instynkt łowcy.

— Ty właśnie taka jesteś. Autentyczna. Nie grasz paniusi dobrze ubranej, jesteś szczera do bólu, masz ogromną wiedzę zawodową, jak również życiową. Jesteś inteligentna. Twoje ucieczki spędzają mi sen z powiek.

— Jedna poważna. Myślę, że dobrze wiesz, dlaczego tak się stało?

— Wiem. Nie potrafiłaś sobie poradzić z emocjami i po prostu wyjechałaś. Może lepiej byłoby się ostro pokłócić.

— Nie. Powiedziałabym ci to, czego nie chciałbyś usłyszeć. To rzutowałoby na nasze życie. Jesteś pamiętliwy, ciągle byś do tego wracał i mnie dręczył.

— Ja ciebie dręczył? Co byś mi powiedziała?

— Człowieka w złości różne myśli nawiedzają i plecie co mu ślina na język przyniesie. Czasami mówi bezmyślnie i później żałuje. Zamiast się kłócić, lepiej wyjść z domu.

— Teraz to trochę wyolbrzymiasz. Dla ciebie jestem tolerancyjny i wszystko co nieprzyjemne, natychmiast zapominam.

— Akurat.

— No to powiedz, czego nie zapomniałem, co wykorzystuję i wypominam.

— To, że kiedy miałam dziewiętnaście lat, byłam dziewczyną Mirosława. Ja tego nie pamiętam, ty ciągle mi to przypominasz. A tak naprawdę, wówczas mnie nie znałeś.

— Bo tego się nie da zapomnieć. Jedno co w tym jest najlepsze, że od niego odeszłaś. On nie był ciebie wart i nie umiałby cię kochać tak jak ja. Próbował cię kupić, ale przy swoim stanowczym charakterze, nie dałaś się nabyć za złoto, ciuchy za dolary, torebki skórzane, słodycze.

— Oczywiście. Ty wiesz wszystko najlepiej.

Wojciech nie kupował jej złotem, ciuchami, butami. Wchodził do serca przez żołądek. Chodzili po restauracjach i czasami mówił, jakie potrawy ma sobie wybierać. W domu też przygotowywał wykwintne jedzenie.

Kobiety lubią od mężczyzn otrzymywać drogie prezenty. Buty również, choć jak niektórzy mówią, przed ślubem nie powinno się ofiarować obuwia, bo na pewno wcześniej, czy później osoba obdarowana, odejdzie od partnera. Wycieczki, dobre jedzenie i długie rozmowy, były dla nich najważniejsze. Przed ślubem Antonina krępowała się, że za nią płaci w restauracji. Uważała, iż jest na tyle samowystarczalna, że nie musi nic jej fundować. Dla niego byłoby ujmą, gdyby za siebie regulowała rachunki w restauracjach, do których on zapraszał. Za to prezent ślubny i wszystkie inne prezenty, które od niego otrzymuje, są niezwykle kosztowne. Uważa, że wygląd żony zależy od zasobności kieszeni męża, dlatego nie szczędzi pieniędzy na to, żeby była elegancka, piękna, dystyngowana. Kiedy bywają na różnych oficjalnych i mniej oficjalnych spotkaniach, Antonina wyróżnia się zarówno ubiorem, biżuterią, przede wszystkim włosami, niejednokrotnie artystycznie wymodelowanymi. W upinaniu włosów jest mistrzynią, potrafi wyczarowywać na głowie cuda. Jest zarejestrowana na portalu internetowym „Fryzury”. Eksperymentuje i co jakiś czas, wymyśla nowe upinanie swojego długiego i grubego warkocza. Niejednokrotnie zadziwia fryzjerkę, kiedy odwiedza ją, by wyrównać, czy nałożyć na włosy jakąś maskę. Zazwyczaj nosi ubrania jasne, tuszujące niedoskonałości minionej młodości. Z lekkich, gładkich tkanin lub w drobny rzucik, stwarzają wrażenie delikatności i łagodności. Jest z niej dumny i w jej obecności czuje się szczęśliwy. Antonina nie jest przysłowiową laleczką swojego męża, który sprawia, że żyje w luksusie. Jest kobietą nie pozbawioną realnej oceny świata. Widziała ciężką pracę hutników, potrafi docenić pracę zwykłego człowieka. Sama ciężko pracowała fizycznie, choć nikt jej do tego nie zmuszał. W odróżnieniu do wielu kobiet, które poznała poprzez swojego męża, na świat patrzy trzeźwo, ocenia ludzi nie po tym, ile mają pieniędzy, jakimi samochodami jeżdżą, skąd pochodzą i gdzie wyjeżdżają na wczasy.

— Słyszałeś o nowej orientacji seksualnej? Tak myślę sobie, że ty też byłeś trochę sapioseksualny. Teraz ze mną jesteś heteroseksualny.

— Kim byłem?

Zaczął się śmiać.

— Byłem i jestem heteroseksualny. Zawsze interesowała mnie płeć przeciwna. W połowie mojego życia zainteresowała mnie najbardziej cudowna kobieta, dlatego z nią związałem się na zawsze. Daje mi czasami do wiwatu, każdego dnia ją więcej kocham. Do tej pory znałem takie orientacje seksualne, jak: heteroseksualizm, homoseksualizm, biseksualizm. Ostatnio mówi się także o aseksualności, jako czwartej orientacji seksualnej. Osoby aseksualne nie odczuwają pożądania seksualnego w kierunku swojej, czy odmiennej płci. Osobą aseksualną nie jest natomiast ktoś, kto posiada potrzeby seksualne, ale z jakichś powodów rezygnuje z ich realizacji na przykład: lęk, że się nie sprawdzi, czy celibat z powodów religijnych.

— Antoniu, wiesz co to jest biseksualność?

— Pewnie, że wiem. Mnie się wydaje, że biseksualista kobietę porzuci dla mężczyzny lub mężczyznę dla kobiety. To taki tchórz, który boi się określić, kim jest naprawdę, boi się jasno powiedzieć, że jest gejem.

— Skąd moja kobieto masz taką wiedzę?

— Na pewno nie ze świętych ksiąg Kościoła.

Zawsze, gdy jej zadaje pytanie skąd coś wie, ma jedną, właśnie taką odpowiedź.

— Pewnie nie wiesz, co to jest sapioseksualizm.

— Nie wiem.

— Sapioseksualizm, to pociąg seksualny do osób z wysokim ilorazem inteligencji.

— A to skąd wiesz? Chyba nie ze świętych ksiąg Kościoła?

Zaczął się śmiać.

— Jak będziesz się śmiał, nie będę z tobą rozmawiała. Czy ja śmieję się, jak mi opowiadasz jakieś nieznane historie, czy ciekawostki?

— Przepraszam. Jesteś bardziej taktowna ode mnie i bardziej poważna. Mów kochanie, zamieniam się w słuch.

Sama nazwa tego rodzaju seksualności o tym świadczy. Z łaciny „sapiens”, to znaczy myślący. W bezpośrednim tłumaczeniu, sapioseksualiści przy doborze partnera, zwracają szczególną uwagę na elokwencją i erudycją. Osoba o tych skłonnościach, nie skupia się na wyglądzie partnerki, lecz bardziej na zamiłowaniu do wiedzy i sposobie myślenia. Interesująca rozmowa może być o wiele cenniejsza, niż stosunek płciowy. Oczywiście nie chodzi o to, że osoby z tą skłonnością nie lubią przygód, czy seksu. Inteligencja i mądrość partnera budzi pożądanie i to jest największy afrodyzjak.

— Jak mnie poznałeś, byłam chora, zdołowana życiem i chorobą, smutna, na wózku inwalidzkim i skromnie ubrana.

— Zanim cię poznałem, wcześniej wiele o tobie słyszałem. Nawet to, że lubiłaś chodzić w krótkich spodenkach, miałaś zgrabne nogi i ciuchy szyte przez matkę Sadora. Ona ubierała elity warszawskie, więc i ty na pewno miałaś modne ubrania.

— Wow. Nieźle z Mirosławem musieliście plotkować na mój temat.

— A siostra Albertyna? Co o niej wiesz?

— Wiem od Adama, że jest osobą bardzo dobrze wykształconą. Ukończyła na uniwersytecie sinologię, teologię i pedagogikę.

Na Akademii Muzycznej ukończyła klasę organów. Ma doktorat z pedagogiki. Teraz jest na emeryturze. Z wielkim szacunkiem wszyscy się do niej odnoszą.

— Po co jej ta sinologia?

— Miała być misjonarką i wyjechać na kilka lat do Chin. Później coś się zadziało i została powołana na wyższe stanowisko. Wyjeżdżała do Chin tylko na krótkie wizyty misjonarskie. Teraz jest na emeryturze. O Chinach wie bardzo dużo. Potrafi opowiadać tak, jakby tam mieszkała na stałe.

— Zawiedziona miłość pokierowała ją do zakonu?

— Nie. Prawdziwe powołanie. Podobno była fajną i bardzo ładną dziewczyną, nawet potrafiła z chłopakami grać w piłkę i wspinać się na drzewa. A potem wiedziała, że dla niej jest tylko zakon i życie w zgromadzeniu. Nigdy nie miała żadnego wahania. Kocha Boga ponad wszystko.

Adam kiedyś opowiadał, że przed ślubami wieczystymi, razem z rodzeństwem chcieli ją uprowadzić z klasztoru. Niestety, nie udało się. Ona nie chciała. Mówiła, że droga, którą podąża u boku Matki Bożej i Jezusa, jest właściwa i przez całe życie tą drogą chce iść, modląc się. Wszystkie swoje studia realizowała jako siostra zakonna. Ojciec wnosił do zgromadzenia ogromne pieniądze. Mieli rodzinę w Ameryce. Dolary płynęły przez ocean. Tkaniny na jej habit i to nie jeden, pościel, cała wyprawa, również dostarczane były z Ameryki.

— Muszę powiedzieć, że Albertyna jest inteligentną i pomimo swojego wieku, bardzo ładną kobietą. Złote oprawki okularów dodają jej uroku i powagi.

— To tak jak mnie? Prawda?

— Twoje okulary są ładniejsze i ty jesteś ładniejsza. Z twojej twarzy można wyczytać mądrość. Naprawdę. Olek mówi, że on z twarzy potrafi wyczytać inteligencję człowieka.

Życie zakonne jest trudne. Inne siostry potrafią dokuczyć, upokorzyć. Nawet siostra przełożona bez powodu kontroluje swoje podwładne. Tak samo jak w życiu świeckim, przełożona czuje się nieomylna i zawsze wie, co jest wolą Boga. Podwładne nie mają prawa wyrazić niezadowolenia. Siostrę przełożoną trzeba traktować jako istotę boską. W jej woli, należy widzieć wolę Najwyższego Pana.

— Kobiety takie są. Potrafią sobie uprzykrzać życie. Mężczyźni są inni. Moja skrytko, jestem pod wrażeniem, że tak dużo wiesz o życiu w zakonie.

Cmoknął żonę w policzek.

Tośka wielokrotnie myślała, żeby wstąpić do zgromadzenia sióstr zakonnych. Wiedziała, że są Dominikanki, Katarzynki, Urszulanki, Wizytki, Klaryski. W jej młodości nie było skąd czerpać informacji na temat życia zakonnego.

Siostry w wolnym czasie, kiedy nie są pod okiem przeoryszy, między sobą rozmawiają bardzo swobodnie. Zdarzają się przekleństwa, komentowanie wyglądu facetów, opowiadanie o swoich fantazjach i doświadczeniach. Niektóre mówią wprost, że związały się z Kościołem, bo żaden mężczyzna ich nie chciał. Targają nimi emocje, takie same jak ludzi świeckich. Potrafią się mścić i upokarzać. Jedną z początkujących, siłą rozebrały i schowały jej ubranie. Wszystko dlatego, że okazała się donosicielką. Skarżenie na innych jest powszechne. Zawsze trafi się ulubienica przełożonej, która dla niej szpieguje. Zakon to prawie jak dom z Big Brothera. Wszystko o tobie wiedzą i chętnie to wykorzystują.

— Jak normalni ludzie mają też popęd seksualny. Znikanie z kuchni warzyw i owoców o fallicznym kształcie, to wcale nie legenda. Najczęściej giną ogórki i banany. Podobno nie dochodzi się, która ukradła. Pewnie winną zakonnicę sumienie gryzie i z tego się spowiada.

— A myślisz, że są samobójstwa w zakonach?

— Tego nie wiem. To jest owiane tajemnicą. Pewno są jakieś statystyki, ale nie miałam okazji się z takimi spotkać. W złośliwych artykułach na temat Kościoła Katolickiego, można spotkać tematykę nienarodzonych przez zakonnice dzieci. W to nie wierzę, ale być może tak jest.

— Bananem, czy ogórkiem nie można zrobić dziecka. Po wtóre, są bardziej przyjazne w dotyku niż żółta gromnica, no może mniejsza świeca.

— Jesteś wstrętny.

Wojciech dziwnie się uśmiechnął.

— Oj Tosienko. Nie wiesz, co lekarze znajdują w pochwach kobiet.

— Chciałabym wiedzieć. W pochwach kobiet, to nie znaczy w pochwach zakonnic.

— Przecież nie powiedziałem, że zakonnic, tylko ogólnie, kobiet. Tampony i to kilka jednocześnie wepchane jeden za drugim. Stare prezerwatywy, być może zsunięte z banana lub ogórka. Agrafki, banknoty, zakrętki od dezodorantów, pierścionki i inną biżuterię, narkotyki w woreczkach foliowych, nawet szyszki i telefony komórkowe, kleje w sztyfcie, buteleczki plastikowe, kulki gejszy.

— Zmyślasz. Rozsiewasz plotki. Nie jest to w porządku. Zakonnice są porządnymi kobietami. Ci ludzie, którzy roznoszą plotki są wredni.

— Nie powtarzam plotek, wiele jest artykułów na ten temat. Takie jest życie. To są fakty autentyczne. O tym mówi się w gronie medyków. Można wyczytać w artykułach i w książkach o różnego rodzaju powikłaniach po obcych ciałach, które znajdowały się w pochwach kobiet.

Wojciech jest neurochirurgiem, nie ginekologiem. Czyta książki medyczne nie tylko o chorobach neurologicznych, lecz także o innych schorzeniach, również różnego rodzaju statystyki. Nigdy nie spotkał się z materiałami dotyczącymi aborcji wśród kobiet w habitach. Pewnie nikt takich nie prowadzi.

— Ja wiem o jednym, dopuszczonym przez naukę, obcym ciele w pochwie kobiety. Penisie.

— Z punktu widzenia Kościoła, jeśli nie służy do prokreacji, pewnie jest to ciało obce, ale z innego punktu, jeśli penis jest męża, nie zalicza się do ciała obcego.

— To znaczy „swoje” ciało obce, niech ci tak będzie. Każde tłumaczenie jest dobre.

Zakonnice, które odchodzą z zakonu, nie mają łatwego życia. Siostry od początku pracują ponad siły, często po dziesięć godzin dziennie, na rzecz wspólnoty. Codziennie modlą się przynajmniej kilka godzin. Nie mają swoich pieniędzy, niczego w życiu się nie dorabiają. Wszystko jest obowiązkiem, nawet czas wolny jest zaplanowany. Chore zakonnice często opuszczają klasztor ze względu na choroby, również z innych powodów.

— Te, które odchodzą z zakonu, dostają wyprawkę na zagospodarowanie się w cywilu?

— Nie dostają żadnej wyprawki. Jeśli pracowały w instytucjach poza murami klasztoru, mogą nadal tam pracować. Nie mogą być katechetkami.

Dwie siostry zakonne, które zbadał Wojciech, mają chore kręgosłupy. Nie od leżenia, lecz ciężkiej, fizycznej pracy. Jedną skierował do szpitala. Bez zabiegu neurochirurgicznego się nie obędzie.

— A w swojej karierze zawodowej robiłeś operacje wielu zakonnicom?

— Nie wiem. Dla mnie pacjent, to pacjent. Nie ważne kim jest: premierem, członkiem rodziny królewskiej, dyrektorem, zakonnicą, biskupem, czy sprzedawczynią.

Pamięta jedynie zakonnicę z Olsztyna. To znaczy mówiła, że jest zakonnicą i jej wierzył. Była sympatyczna i miała niesamowicie ciepły głos. Na twarzy widać było ogromny ból i cierpienie. Pomimo tego, logicznie myślała i nawet była dowcipna. To co zobaczył na zdjęciach tomografu komputerowego, zmroziło mu krew w żyłach. Pytał, gdzie będzie operowana. Wiedział, że nie będzie to łatwa operacja. Bez wysoce specjalistycznego sprzętu, prowincjonalni lekarze nie poradzą sobie. Ona beztrosko odpowiedziała, że niezależnie gdzie będzie operowana, wszystko będzie w rękach Boga. Kiedy dostał zaproszenie z olsztyńskiego szpitala, nie był pewny, czy wszystko się powiedzie. Na sali operacyjnej przez chwilę pomyślał o tym, kim ona jest i również o tym, że wszystko jest zapisane w niebiosach. Jedyny raz po operacji płakał ze szczęścia, że się udało. Przede wszystkim z wyprowadzenia ustania akcji serca. Zadzwonił do Szymona z prośbą o modlitwę i mszę za jej powrót do żywych.

— Oj Tosia, ale nakręciłaś mi w głowie. Uwierzyłem, że jesteś skrytką. Kiedyś myślałem o twoim zakonie. Ty nie potrafiłabyś być zakonnicą. Jesteś za delikatna. Przeorysza zajechała by cię na śmierć. Takie wrażliwe jak ty dziewczyny, nie powinny trafiać do zakonu.

— Ty jesteś prawie taki, jak siostra przełożona w klasztorze, wiesz więcej niż inni.

— O życiu wiem trochę więcej niż ty. Zawsze byłaś pod czyimiś skrzydłami. Najpierw mała Tosia, co z gołą pupą biegała przy narzeczonym najstarszej siostry.

Spojrzała na swojego męża zdziwiona.

— Skąd masz taką wiedzę?

— Od twoich sióstr.

Ona zna to z opowiadania. Podobno miała cztery lata i chciała zaimponować tym, że dostała w pośladek kolejny zastrzyk. Miała wtedy poważną anemię, nawet podejrzewano początek białaczki. W tym dniu była bohaterką, bo dwa razy dziennie dostała jakieś bolące witaminy w zastrzyku i nie uroniła ani jednej łezki.

— Potem Sador rozpieszczał cię prezentami za dewizy i od Jubilera.

— Akurat. Dał mi jeden pierścionek i łańcuszek z zawieszką. Więcej złota nie przyjęłam, choć na siłę próbował mi wcisnąć. To co od niego dostałam, też nie powinnam wziąć. Ciuchy brałam, bo w przeciwnym razie dwie kuzynki, Marysia i mała Krysie by nic nie dostały. W ich domu nie przelewało się.

Peweks był marzeniem niejednej dziewczyny, żeby mieć z tego sklepu ciuchy, przede wszystkim oryginalne jeansy. Lubiła Mirka, ale nie znosiła prezentów, które jej wręczał. Nie potrafiła za nie dziękować. Przez dwa wakacyjne miesiące było trochę sielanki, ale również doświadczyła niemiłych spotkań z jego matką. Przy osobach trzecich, ciotka była milutka i opiekuńcza do córki swojej zmarłej siostry. Kiedy były sam na sam, nie przebierała w słowach pogardy.

— Nie kupił mnie złotem, markowymi ciuchami, słodyczami. Wówczas tego tak naprawdę nie potrzebowałam.

— A czego potrzebowałaś? Pocałunków, seksu?

Spojrzała na męża chłodnym wzrokiem.

— Nie. Potrzebowałam kontaktu słownego. Rozumienia moich emocji, czasami dalekich, czy nieadekwatnych do sytuacji w danej chwili. Troski o moje samopoczucie, opiekuńczości. Trochę podziwu, tolerancji do niepokoju i zmiennych nastrojów. Najważniejsze było poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że może to być dziwne dla młodego chłopaka, ale on nie był młokosem, miał dwadzieścia sześć, czy dwadzieścia siedem lat. To czego od niego oczekiwałam, dał mi Adam. Teraz dajesz mi ty.

— Seks jest największym dobrem, które kobieta może zaoferować mężczyźnie. Każda kobieta ma w sobie swoje mechanizmy, bardzo rozważnego gospodarowania tym dobrem. Mężczyzna czasami nie może pogodzić się, że kobieta uniemożliwia mu swoją dostępność seksualną. My z natury jesteśmy egoistami i biorcami. Uważamy, że od swojej żony, czy partnerki, seks nam się należy, kiedy chcemy i jak chcemy.

— Możecie tak sobie myśleć. Kobieta nie jest niczyją własnością, nawet swojego męża. Dla mnie wówczas nie był potrzebny seks. Ja miałam niespełna dziewiętnaście lat.

— Aż dziewiętnaście lat. Ty nie wiesz, co dziewczyny wówczas w twoim wieku robiły?

— Ja wiem, czego ja nie robiłam. Było mi z tym, czego nie robiłam bardzo dobrze. Nie byłam córą Koryntu, dziwką ani …

— Dobrze kochanie, nie nakręcaj się. Byłaś niedoświadczoną dziewczynką ze średniej szkoły i Mirosław nie miał u ciebie żadnych szans. Zresztą nie tylko on u ciebie nie miał żadnych szans. Ciekawi mnie, jak Adam to zrobił, że poszłaś z nim do łóżka?

— Noooo. Miał problem. Nawet po ślubie musiał trochę poczekać. Był bardzo cierpliwy, czekał i czekał, aż się doczekał. Białe małżeństwo trwało trochę.

— Jak długo?

— To już nie twoja sprawa.

Pewnie inny mężczyzna wziąłby na siłę, to co mu się należało od swojej żony. Adama można było podziwiać, inny zakończyłby małżeństwo bardzo szybko.

— Bolała mnie głowa.

Zachichotała.

— Ból głowy jest tylko wymówką od uprawiania z mężem seksu. Niejednokrotnie w takich sytuacjach mężczyzna pokazuje swoje prawdziwe oblicze, co przejawia się w złym traktowaniu kobiety, dochodzącym do wrzasku, czy nawet rękoczynów.

Kobiety przecież przez niejednego mężczyznę traktowane są jak istoty głupie, czy gorsze. Ich potrzeby się nie liczą. Najważniejsze są potrzeby mężczyzny, które powinny być przez partnerkę zaspokojone.

— Powiem ci, czego nikomu w życiu nie mówiłam. Nawet lekarzowi, kiedy leżałam na neurologii. Czasami widok zbliżającego się do mnie mężczyzny, powodował paniczny strach, omdlenia i pojawiającą się ślinę w prawym kąciku ust. Czasami było jej kilka kropelek, czasami ciekła cienką strużką. Tego strachu nie mogłam opanować. W większości przypadków znam to z opowiadania, bo zazwyczaj kończyło się to utratą przytomności. Z wiekiem, strach nie ustępował. Kiedy czułam zagrożenie, miewałam takie ataki. Nawet jak już byłam bardzo dorosła, nie potrafiłam tego opanować.

— Tak. Widziałem to w Lidzbarku. Tego panicznego strachu w twoich oczach nigdy nie wymażę z pamięci.

Lekarz o takich objawach najczęściej dowiaduje się z opowiadania pacjenta, lub kogoś innego z rodziny. Wojciech widział na własne oczy. Spazm twarzy, wytrzeszcz oczu i postawa wystraszonej, delikatnej kobiety broniącej się przed napastnikiem, zostanie w jego pamięci na zawsze. Od razu postawił trafną diagnozę, szybko trafiła do szpitala.

— Od tamtego czasu ani razu nie miałaś takiego ataku. Ja taki nie jestem, jak egoistyczni faceci. Szanuję ciebie i twoje potrzeby.

Zapytała, czy się nie pogniewa jak mu szczerze coś powie?

— Nie jest do końca prawdą co mówisz. Uważasz, że miłość, którą mnie obdarowujesz, upoważnia cię czasami, do traktowania mnie jak głuptaska.

— Nieprawda. Jak małą, nieporadną dziewczynkę może tak, ale nie jak głupiutkie dziewczątko. Jesteś mądrą kobietą i niejednokrotnie mam przy tobie kompleksy. Kiedyś miałem więcej. Mężczyźni nie lubią silnych osobowości. Wolą głupiutkie dziewoje, którymi można manipulować. Ty nie dajesz sobą manipulować, czasami w odpowiedziach jesteś bezwzględna. Po latach wspólnego życia wiele się od ciebie nauczyłem i ciągle uczę. Niejednokrotnie mnie zaskakujesz. Wiesz dlaczego tak szybko chciałem żebyśmy się pobrali?

— Nie wiem.

— Abyś nie miała za dużo czasu na myślenie, poznawanie mnie, ocenianie. Po roku, czy dwóch, pewnie byś mnie rzuciła. Wiedziałem, że masz zasady, których nie złamiesz. Jeśli będę twoim mężem, nie zostawisz mnie. Nie mając ślubu, mogłabyś sobie odejść, bo nie miałabyś żadnych zobowiązań.

— Jest takie coś jak rozwód.

— Jest. Nie w naszym przypadku, raczej nie w twoim. Jesteś poważna, lojalna i zbyt dumna, żeby odejść. Nie mogłabyś znieść krytyki, że jesteś rozwódką. Zresztą o czym my mówimy. Jesteśmy idealnym małżeństwem. Wszyscy to wiedzą i niektórzy nam zazdroszczą.

— Jacy wszyscy?

— Twoje siostry, moje siostry, moja mama, nasze dzieci, moi znajomi, nasi wspólni znajomi, doktor Elżbieta i jej mąż, no i oczywiście Mirosław Sador.

— Powiedziałeś, że gdybym cię lepiej poznała, pewnie bym cię zostawiła i odeszła. Co miałeś na myśli?

— Muszę odpowiedzieć?

— Chciałabym wiedzieć.

— Lubiłem koniaki i inne dobre trunki, często wychodziłem, bo w domu nie było spokoju. Przesiadywałem u Mirka, graliśmy w szachy, czasami w karty, byłem ogólnie niepokorny i uważałem, że nikt mnie nie będzie uczył życia. Nie angażowałem się w prace domowe, byłem bałaganiarzem, nie potrafiłem kobiecie przyznać racji.

Kiedy cię odnalazłem, powiedziałem sobie, że przy tobie się zmienię. Do końca sam w to nie wierzyłem.

— No tak. Wiem, że nie powiedziałeś prawdy, ale nie będę dociekała. Trochę się zmieniłeś.

— Trochę? Zmieniłem się całkowicie. Jestem przy tobie innym człowiekiem.

Nie chciał nic więcej mówić o sobie. Zapytał, czy za murami klasztornymi tęskniła za swoim mężem?

— Nie powiem ci, bo wcześniej już mówiłam.

— Powiedz. Proszę. Ja bardzo za tobą tęskniłem. Nie mogłem w nocy spać. Choć w tym samym dniu ustaliłem gdzie jesteś, bałem się, żeby nie spotkało cię nic złego. Bałem się przede wszystkim o twoje zdrowie. Nie mogłem natychmiast przyjechać, bo pilne operacje. Również pomyślałem, że skoro zdecydowałaś się wyjechać, miałaś potrzebę odpocząć ode mnie. Dlatego nie szalałem, dopiero przyjechałem w czwartek. Przez cały czas byłem w kontakcie z siostrą Albertyną.

— Ona mi nic nie mówiła o tym, że jesteście w kontakcie. Pewnie się męczyła tym, że mnie oszukuje. Teraz musi się spowiadać. Zastanawiałam się, skąd ona wie, że biorę lekarstwa. Pytała mnie, czy już zażyłam po śniadaniu i kolacji?

— Powiedziałem jej, że czasami zapominasz o lekach, dlatego pewnie pytała.

Powiem ci coś o miłości, naszej miłości. Krótki wierszyk. Czasami sobie tworzę teksty wierszowane, nie zawsze rymowane.

Śpiew duszy

W ramionach kochanka,

należy rozumieć ( W ramionach Wojciecha),

pocałunkami obsypywana,

wśród białych płatków róży

pachnących na pościeli,

zniewolona pragnieniem miłości,

słyszy śpiew duszy,

kochaj mnie tak samo,

jak ja ciebie kocham.

— Tośka, moja miłości! Jesteś najcudowniejszą żoną pod słońcem. Tylko nie wiem, dlaczego unosisz się honorem i wyjeżdżasz. Przecież możemy rozmawiać i wyjaśniać sobie rozbieżności poglądów.

— Mdli mnie. Możesz się zatrzymać?

— Za chwilę będzie stacja benzynowa, tu jest zakaz zatrzymywania się i postoju.

Otworzyła schowek i sięgnęła po torbę plastikową. Choroba lokomocyjna niejednokrotnie ją dręczyła. Zawsze w aucie ma przygotowaną torbę foliową, aby nie zabrudzić auta.

— Jak zdecydowałaś się na wyjazd z domu, to dobrze się czułaś? Nie myślałaś o tym, że możesz zachorować? Nie mdliło cię, prawda?

— Nie psuj miłej atmosfery. Już ci się coś odmieniło? Naprawdę źle się czuję.

Minęli znak informujący o stacji benzynowej. Skręcił w prawo. Przed wjazdem na stację, zjechał na pobocze. Wysiadając z auta, chlusnęła z niej zielona treść żołądkowa.

— Przepraszam. Myślałem, że kłamiesz i szukasz współczucia.

— Nie ufasz mi? Nic nie mów, bo cię znienawidzę!

Wojownicza natura odezwała się w małżonce. Otworzył bagażnik, wyjął dwie butelki wody mineralnej. Klęczała skulona na trawie, chusteczką wycierała usta. Nadjechał wóz policyjny. Mundurowy zapytał, czy w czymś pomóc. Może wezwać karetkę pogotowia?

— Dziękuję. Jestem lekarzem. Wszystko mam pod kontrolą.

Kiedy doszła do siebie, podjechali do stacji benzynowej. Zatankował do pełna.

— Kochanie proszę, wypij wodę mineralną. Nie możesz się odwodnić.

— Chciałabym zjeść trochę rosołu. Jeśli nie ma, kup mi gorzką herbatę.

Prośba żony, jak zawsze mówi, jest dla niego rozkazem. Sam miał apetyt na flaczki, ale zrezygnował z zachcianki, by nie robić jej apetytu. Tak jak prosiła, kupił dla niej herbatę, dla siebie kawę.

— Mam w bagażniku prowiant od Albertyny. Zobaczę co nam przygotowała na podróż.

W torbie termicznej były kabanosy, w papierowej ciasto, owoce i suchary. Chyba wiedziała, że suchary w drodze się przydadzą.

— Uważnie słuchała. Opowiadałam jej, że w podróży czasami dopada mnie choroba lokomocyjna i wymiotuję.

Wojciech zjadł kawałek ciasta, Antonina trzy suchary. Widać, że były swojej roboty, nie kupione w sklepie. Były rumiane, chrupiące i wyglądały apetycznie. Powiedział jej wierszem:

Ty to masz szczęście,

że w tym momencie,

masz suchary,

do przegryzienia,

ty to masz szczęście.

Ona mu odpowiedziała.

Ty to masz szczęście,

że w tym momencie,

jesteś ze mną,

tą, która kocha,

ty to masz szczęście.

A potem razem śpiewali, tak jak to czasami robią w domu.

„Ty, to masz szczęście,

że w tym momencie,

żyć Ci przyszło,

w kraju nad Wisłą…

Ty, to masz szczęście…

Nasz kraj szczęśliwy,

piękny, prawdziwy,

ludzie uczynni,

w sercach niewinni…

Nasz kraj szczęśliwy…”[1]

— Musimy się zgłosić na festiwal piosenki kreatywnej. Na poczekaniu potrafimy dobierać teksty znanych piosenek do zaistniałej sytuacji i je wykonywać.

Zauważył, że kleją jej się oczy. Opuścił oparcie siedzenia. Zasnęła. Wjeżdżając do Częstochowy, w pierwszej aptece zrobił zakupy. Wyjął z bagażnika ciśnieniomierz i zmierzył żonie ciśnienie. Było wysokie i wymagało natychmiastowej interwencji. Zrobił jej zastrzyk.

— Łał. Boli.

Miał trudności z wtłoczeniem zawartości strzykawki. Trafił w zrost, zmienił igłę i jeszcze raz wkuł. Powoli wciskał tłoczek strzykawki. Pomógł poprawić spodnie.

— Posiedzimy chwilę w aucie. Będę na ciebie patrzył, czy ci odchodzi ból głowy. Jeszcze zmierzę cukier.

— Nie jestem chora na cukrzycę.

— Wiem. Czasami poziom cukru się podnosi, albo spada.

Glukometr wskazywał dziewięćdziesiąt.

— Masz ze mną same kłopoty.

— Trochę mam. Sama się prosisz, żeby cię bolała głowa. Nie pierwszy raz dopada cię choroba lokomocyjna i skacze ciśnienie. Dobrze, że cukier masz w normie.

— A kochasz mnie taką cierpiącą?

— Wolę jak nie cierpisz, ale taką też cię kocham.

— Taką cierpiącą powinieneś bardziej kochać, bo potrzebuję twojej pomocy.

— Jestem egoistą i wolę cię zdrową.

— Też ci kiedyś tak powiem, jak będziesz chory i potrzebował mojej pomocy. Zobaczysz, że będzie ci bardzo przykro.

— Stęskniłem się za tobą i chciałbym… A tak, to tylko będę mógł na ciebie patrzeć.

— Wojciechu. Nie zachowuj się jak młody i głupi napaleniec. Pomyśl, ile masz lat?

— Po co myśleć.

Od lat badania naukowe dowodzą, że seks nie tylko jest przyjemny, ale też korzystnie wpływa na zdrowie człowieka. Bez względu na wiek, osoby, które czują się niekochane i niechciane, są w gorszej kondycji fizycznej i psychicznej. Aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie. Seks i orgazm wywołują w leczeniu bólu, podobny efekt do zażycia dwóch tabletek aspiryny. Uprawianie seksu, może też złagodzić różnego rodzaju bóle. W czasie jego trwania spalamy tyle kalorii, ile przy aktywnej gimnastyce czy joggingu. Regularne współżycie wzmacnia mięśnie całego ciała, stajemy się bardziej elastyczni i odporni na zmęczenie. Pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i łagodnie wkroczyć w starszy wiek.

— Czasami zapominam, że jesteś lekarzem i zawsze wiesz, co odpowiedzieć na trudne pytania związane z funkcjonowaniem organizmu. Czy zawsze mówisz prawdę, nie wiem.

Uśmiechnął się.

— Jutro z Częstochowy zawieziesz mnie do Olsztyna?

— Nie ma mowy, twoje miejsce jest w Warszawie, przy mężu.

— Boję się jechać do domu. Teraz jesteś grzeczny, w chacie będziesz gderał.

— Od samego Krakowa zapewniam cię o mojej miłości i o tym, jaki jestem szczęśliwy, że jesteśmy razem. Ani jednego złego słowa nie powiedziałem na temat twojego wyjazdu. Tosieńko, cieszę się, że wracasz ze mną do domu.

— W domu wstępuje w ciebie diablisko i ciągle masz do mnie jakieś ale.

— Kto we mnie wstępuje?

— Demon. Jak go zwał, tak go zwał.

— Przyrzekam, że nie będę miał żadnego, jak ty to mówisz „ale”. Co nie znaczy, że się cieszę z tego, co zrobiłaś. Zauważyłem, że od pewnego czasu jesteś kapryśna.

— Nie podobałam ci się zdecydowana, teraz nie podobam ci się rozkapryszona?

— Podoba mi się twoje zachowanie dziewczynki, ale nie rozkapryszonej laleczki.

— Traktujesz mnie jak córeczkę, nie jak żonę. Czasami mam wrażenie, że zachowujesz się do mnie jak tatuś nastolatki, który ciągle dziewczynkę ustawia w pionie. Najpierw robisz wszystko, aby mnie rozbestwić, potem nad tym ubolewasz.

— Bo jesteś moją żoną i córeczką też. Szczególnie jak jesteś chora, to jesteś taka nieporadna, szukająca we mnie opiekuna i tatusia. Chcę być dla ciebie opiekunem, ale czasami też mężem.

Położył na jej brzuchu rękę i powoli zsuwał w dół.

— Zachowuj się jak na profesora przystało.

Jak zawsze i tym razem rytualnie odpowiedział, że ten profesor jest mężczyzną i mężem własnej żony.

— Powiedziałaś mi, że będziesz mnie kochała w zdrowiu, chorobie i akceptowała takiego, jaki jestem.

— Może i tak było. A ty mi powiedziałeś, że będziesz idealny. Ale do ideału jeszcze ci daleko.

— Cały czas pracuję nad sobą. Nie piję alkoholu, wracam z pracy do domu, nie krzyczę na własną żonę.

— Jeszcze by tego brakowało, żebyś krzyczał.

— Gotuję, kupuję wszystko co tylko chcesz, miłuję nad życie, obsypuję biżuterią, wożę jako kierowca, leczę, pielęgnuję jak pielęgniarz, kocham cię jak chcesz i kiedy chcesz, nie pozwalam myć okien, sprzątać, chodzę z tobą do kina, teatru, na imprezy, całuję, czeszę, obcinam u nóg paznokcie.

— Ja tobie też.

— Czytam wiersze, śpiewam piosenki.

— Teraz ja. Decydujesz gdzie mamy chodzić, bez mojej konsultacji kupujesz mi biżuterię taką, jaka tobie się podoba.

— Bo nie chcesz chodzić do sklepów z biżuterią. Jak pójdziesz, to mówisz, że nic nie potrzebujesz, bo w domu masz tego pod dostatkiem.

— Nie pozwolisz mi założyć kolczyka w pępek.

— Nie, absolutnie nie i basta. Musiałbym być największym głupcem, żebym pozwolił, abyś się okaleczała. Tosieńko, nie jesteś nastolatką. Dla mnie, taniec brzucha możesz robić bez błyskotki w pępku.

Spojrzała na niego złowrogo.

— Myślisz, że kolczyk w pępku jest mi potrzebny do wykonywania erotycznych tańców? Czuję się obrażona.

— Możesz się obrażać. Mojego przyzwolenia na założenie sobie kolczyka przy pępku, nie dostaniesz. Na co zmarł Adam?

— Został w szpitalu zainfekowany sepsą.

— Dlatego błagam cię na wszystkie świętości, nie igraj z ogniem. Nie okaleczaj się sama, tym bardziej w tym miejscu. Proszę, przysięgnij mi, że nigdy tego nie zrobisz.

— Dobrze, nie zrobię. A ty nie myśl za mnie i pozwól mi czasami gdzieś samej wyjechać.

— Jesteś moją żoną i zawsze razem. Chyba nie chcesz, aby cię ktoś zbałamucił albo fizycznie skrzywdził. Wszystko wskazuje, że nie ma na świecie drugiego takiego zakochanego wariata jak ja. To po pierwsze. A po drugie, po tym co zobaczyłem w Lidzbarku, przyrzekłem sobie, że nigdy w życiu nie pozwolę, abyś cierpiała, że będę ci służył do ostatniej sekundy życia.

— A zdradziłeś mnie?

— Jakiej oczekujesz odpowiedzi, takiej ci udzielę.

— Chcę usłyszeć prawdę. Wahasz się? Bądź szczery.

— Nigdy w życiu. Nawet z moją neurochirurgią nie. Jesteś od niej ważniejsza.

— A z pielęgniarką, lekarką, inną kobietę?

— Nie jestem kamikadze. Nie ma takiej kobiety na świecie, z którą mógłbym iść do łóżka, czy zdradzić inaczej. Nie mógłbym ci spojrzeć w oczy. Straciłbym na zawsze kobietę, o której marzyłem kilkanaście, może więcej niż dwadzieścia lat.

— A z Zośką? No na przykład myślą?

— Ani razu o niej nie myślałem. Ja tej kobiety nienawidzę, brzydzę się.

— Ona jest matką twoich synów.

— Prawda. I tylko to nas ze sobą związało i przez lata trzymało. Dla niej miałem zero uczucia. Dawałem pieniądze, ale nie wszystkie. Miałem swoje konto, o którym nie wiedziała. Żeby się nie czepiała, dostawała moją pensję i trochę innych dochodów. Gdybym tak nie robił, zostałbym goły i wesoły.

Później jak już był sam, konto szybko się napełniało. Dolary, które zarobił w Ameryce, starczyły na zakup apartamentu i jego urządzenie. Zapytała męża, czy teraz też ma lewe konto, o którym ona nie wie?

— Nie. O wszystkich moich kontach bankowych wiesz i masz na wszystkie upoważnienia. Nawet jakbyś mnie ogołociła do zera i zostawiła, bym ci wybaczył. Mnie w życiu nic nie jest potrzebne, tylko ty. Jesteś moją miłością, ufam ci. Wiem, że nigdy mnie nie skrzywdzisz, bo jesteś bardzo ułożoną i honorową kobietą.

— Mam jedną prośbę. Nie zabieraj mnie więcej do Sadora. Może się to dla nas źle skończyć. Albo ja go zabiję, albo ty. No może być też inna opcja. On zabije ciebie, potem ja jego i pójdę do więzienia.

Podjechał pod hotel. Do pokoju sam wniósł wszystkie bagaże. Na chwilę położyła się do łóżka. Poszedł zobaczyć co serwują w restauracji. Jak wrócił, pomógł żonie zmienić ubranie. Założyła inną bluzkę, czarne wąskie spodnie i balerinki. Uczesał jej włosy. Uwielbia to robić, przede wszystkim gładzić szczotką i upinać wsuwkami.

— Jesteś moją, moją, moją cudowną kobietą.

Zeszli do restauracji na obiad. Obowiązkowo musiała zjeść rosół. Od rana chodził za nią zapach i smak klarownego rosołu. Jak zawsze, również i dzisiaj w czasie posiłku rozmawiali.

Opowiedziała mężowi, że Mirosław wszystkie precjoza, które ma w swoim domu, chciałby jej przekazać. W ostateczności i tak przepisze jej w testamencie to, co dla niej przez lata kupował. Wie jednak, że będzie musiała od tego odprowadzić podatek. Jeśli weźmie to za jego życia, nie musi przecież zgłaszać do fiskusa.

— To bierz. Sama mówiłaś, że jak dają to się bierze, jak biją to trzeba uciekać.

— Według mnie za darmo nikt nikomu nic nie daje. Zawsze jest coś za coś.

Chciałby jej to wszystko ofiarować za opiekę, jak już będzie mu się stan zdrowia pogarszał. To co ma, wystarczy na opłacenie dobrego domu opieki. Ktoś jednak będzie musiał tym zarządzać. Na kontach ma sporo oszczędności, również obcą walutę i niejedno mieszkanie.

— Gromadzony przez lata majątek, chciałby uporządkować, dlatego pomyślał o tobie.

— Dlaczego ja? Ma siostrę i brata.

— Im nie ufa, tobie tak.

— To może ty poproś, aby tobie powierzył taką zaszczytną funkcję, opiekę do końca życia.

— Jakby mi sprezentował swojego dwuletniego Lexusa, albo twoje dwa olejne portrety, mieszkanie, to bym wziął z zamkniętymi oczami. Biżuteria jest dla kobiet.

Była zdziwiona rozmową ze swoim mężem. Myślała, że się za chwilę zdenerwuje i zacznie wygadywać dyrdymały. Upewniła się dzisiaj, że to on macza w tym palce.

Za drugie danie podziękowała. Rosołek był pyszny. Spróbowała od niego surówki i jeden kęs mięsa. Gdyby to było w innych okolicznościach, pewnie by się denerwował, że wyjada mu z talerza. Zawsze dba o należyte zachowanie, szczególnie w miejscach publicznych. Teraz cieszy się, że troszeczkę zjadła.

— Kup mi ugotowanego brokuła, polanego masłem i tartą bułką.

— W menu nie ma takiego dania.

— Proszę, zapytaj. Może mi przygotują?

Zapytał kelnera, czy jest taka możliwość. Żona uwielbia brokuły. Po kilku minutach, kelner powiedział, że brokuł już się gotuje.

— Widzisz, jak chcesz to potrafisz.

— Kochanie, dla ciebie wszystko potrafię. A ty co dla mnie?

— Jeszcze więcej. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile potrafię. Mogę się poświęcić i będę opiekunką Mirka. Nawet jak będzie taka potrzeba, będę zmieniała mu pampersy.

— Chciałabyś robić takie rzeczy? Zatrudnisz pielęgniarkę.

— A może będę chciała popatrzeć, co w życiu straciłam?

Wojciech przyjmował teksty Antoni z uśmiechem na twarzy. Ze swoim Adamem była związana uczuciowo i ponad dwadzieścia lat spała w jednym łóżku. Przy jej charakterze wie, że tego Mirkowi by nie robiła, pewnie by się brzydziła. Pogadać i podroczyć się z mężem bardzo lubi.

— Naprawdę jesteś ciekawa?

— Nie jestem ciekawa. Żartowałam. Gdybym była, zaspokoiłabym swoją ciekawość dawno temu. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Znam budowę anatomiczną mężczyzny.

— Polemizowałbym z tobą na temat twojej wiedzy. Miałaś w życiu dwóch facetów. Może jest obrzezany? Widziałaś kiedyś obrzezanego mężczyznę?

Zrobiła wielkie oczy. Nie wiedziała co odpowiedzieć.

— Widziałaś? Twój Adam był obrzezany?

— Nie widziałam. Adam był katolikiem. W jego religii nie ma takiego rytuału.

— No widzisz kochanie. Nie jest prawdą, że nic co ludzkie nie jest ci obce.

— On jest pochodzenia żydowskiego?

— O ile mi wiadomo, jest Polakiem i katolikiem.

— Jest obrzezany? Skąd wiesz?

— Nie wiem. Zapytałem ciebie, czy widziałaś takiego mężczyznę. Powiedziałaś przecież, że nic co ludzkie nie jest ci obce. To ci odpowiedziałem, że nie jest to prawdą.

Po posiłku poszli do Sanktuarium. Było niedaleko. Cały czas trzymali się za ręce. To jest u nich normalne. Zawsze kiedy idą razem, trzymają się za ręce. Czasami puszczają sobie tak zwaną iskierkę miłości, ściskając dłonie. Dopytywał się, czy się dobrze czuje. Późnym wieczorem wrócili do hotelu. Po drodze musiał jej przysięgać, że nie będzie gderał o jej wyjeździe do Krakowa. Jak tylko coś niestosownego powie, to się na niego pogniewa i będą mieli ciche dni. Był bardzo ciekawy, jak te dni będą wyglądały w jej wydaniu. Do tej pory nigdy takich nie mieli.

— Nie będę nic do ciebie mówiła i nie pozwolę, abyś ty się do mnie odzywał.

— Coś nowego. A w łóżku?

— Spanie oddzielnie.

Koledzy niejednokrotnie mówili, że mają ciche dni, on nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Z Zośką miewali burzliwe dni. Z Antonią ani cichych, ani nadmiernie głośnych. W nocy miała niespokojny sen. Obudziła się spocona.

— Wojtuś. Obudź się. Bardzo się boję.

— Czego się boisz? Śpij.

— Za ścianą ktoś głośno się kłóci i krzyczy. Chyba nawet ktoś, kogoś bije.

— Jesteśmy w hotelu.

Wojciech zatelefonował na recepcję. Za chwilę przyjechała policja i wyprowadziła pijanych delikwentów. Do rana nie mogła spać, leżała wtulona w ramionach męża. Rano zeszli na śniadanie. Pani z recepcji przepraszała za zakłócanie ciszy nocnej. Po opuszczeniu hotelu, powiedział żonie, że zapłacił tylko 50% doby hotelowej. Przed wyjazdem z Częstochowy jeszcze raz poszli do Sanktuarium Maryjnego. Schodziły się pierwsze grupy pielgrzymkowe, śpiewano pieśni kościelne ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej. Na Tośkę największe wrażenie zrobił oprócz Obrazu Matki Boskiej, uroczysty hejnał, tzw. Intrada Królewska, który towarzyszył odsłonięciu obrazu. Słuchając hejnału i patrząc na otwierający się obraz, przeszedł ją dziwny dreszcz. Częstochowa dla Antoni to magiczne miejsce, nie miała chęci wracać do domu.

Osiem kilometrów za miastem zasnęła. Obudziła się przed Tomaszowem Mazowieckim.

— Przepraszam, że spałam. Noc była dla mnie koszmarem. Boję się krzyków i kłótni. Zatrzymaj się gdzieś na kawę.

— W czasie śniadania piłaś kawę z mlekiem.

— Proszę. Chciałabym wypić taką z pianką, cappuccino, albo ze spienionym mlekiem i czekoladą. Kocham cię za to.

— Za kawę?

— Za kawę też, przede wszystkim za to, że po mnie przyjechałeś i za to, że byliśmy w Częstochowie. Szkoda, że mnie jeszcze nie przeprosiłeś.

— Ja ciebie, czy ty mnie powinnaś przeprosić?

— Ty mnie.

— Ja? Za co?

— Za to, że wyjechałam. Cierpiałam duchowo, skazana byłam na zakonnice, potem w drodze powrotnej wymiotowałam, rozhuśtało mi się ciśnienie.

— Ja ciebie? Chyba ty mnie.

Powtórzył z uśmiechem.

— Przemyśl, kto jest winny. Jeśli mnie nie przeprosisz, to ….

— To co?

— Sam zobaczysz co. Radzę mnie przeprosić.

— Dobrze kochanie. Jak dojedziemy do domu, to cię będę przepraszał do samego rana.

W restauracji zjedli ciepły posiłek i wypili kawę. On czarną, ona z czekoladą i mlekiem. Pospacerowali po mieście. Kupiła sobie w Galerii handlowej rękawiczki z delikatnej skórki. Namawiała go na ładny krawat, ale nie chciał, bo stwierdził, że jest z byle jakiej tkaniny.

W Warszawie, blisko domu zrobili w Lidlu zakupy. Absolutnie nie pozwolił jej nic dźwigać. Nie jedli kolacji. Umyli się i poszli spać. Przeprosin z jego strony nie było końca. Wielokrotnie prosił, aby wypowiedziała słowo przepraszam, była nieugięta. On natomiast przepraszał ją za wszystko. Nawet mu się to bardzo podobało. Na dobranoc powiedział, że sam nie wie, jak bardzo ją kocha, bo przystaje na przeprosiny, choć to ona jest winna.

— Wszystko dla ciebie zrobię. Dopiero teraz, jak jestem z tobą, uwierzyłem w siebie, uwierzyłem w miłość i chcę moja uciekinierko, aby zawsze tak było, do końca świata i jeden dzień dłużej.

— Mój bajerancie. Nie przymilaj się.

— Naprawdę. Po tym co przechodziłem w przeszłości, ty jesteś dla mnie aniołem. Czuję, że jestem ci potrzebny, ale ty dla mnie bardziej.

Rano przyszła pani Bronia. Pierwsze co zrobiła, wywiesiła na balkonie pościel. Przygotowała Antoninie śniadanie. Włączyła pralkę.

— Tosieńko? Nie będę przeszkadzała, jak odkurzę salon?

— Nie. Proszę bardzo. Ja sobie jeszcze poleżę.

— Źle się pani czuje?

Pani Bronia raz mówiła do Tosi po imieniu, czasami na pani, innym razem zwracała się bezimiennie.

— Dobrze. Dlaczego dzisiaj pani tak wcześnie przyszła?

Nim zdążyła odpowiedzieć, Tośka sama to zrobiła.

— Mój mąż prosił, żeby mnie pani pilnowała?

— Pilnowała? Nie. Prosił, abym z panią pobyła, bo może Tosieńka źle się czuć. Podróże bardzo ją męczą. W razie co, mam do profesora zatelefonować.

— To znaczy kiedy i gdzie?

— Jak pani się będzie gorzej czuła. On wie, że żona sama nie zadzwoni, bo nie lubi się skarżyć na złe samopoczucie.

Rano, około szóstej wezwali go do szpitala. Zbiorowy wypadek, każde ręce do pracy w szpitalu potrzebne. Włączyła telewizor. Mówili o karambolu w Warszawie. Tośka słuchała wypowiedzi męża, na temat operacji pacjenta poszkodowanego w wypadku. Była z niego dumna.

— A pani daje zastrzyki?

— Potrafię to robić. Jestem emerytowaną pielęgniarką. Razem z Wojciechem pracowałam na jednym oddziale.

Opowiedziała o tym, jak młody Wojciech Wojecki przyszedł do nich na oddział i robił specjalizację neurologa i jednocześnie neurochirurga. Bardzo zdolny, zadziwiał przełożonych, miał i ma niesamowitą rękę do skalpela.

— Jego żonę pani znała?

— Tak. Nie była dobrą kobietą. Nie szanowała go. Był przez to nerwowy i zaglądał do kieliszka. Kłócili się często. Teraz jest taki inny. Wesoły, wyciszony. Kocha Antonię nad życie.

— Ma pani dzieci?

— Mam syna. Jest lekarzem. Mieszka w Warszawie, blisko mnie. Pracuje w tej samej klinice co profesor, na innym oddziale. W związku z karambolem, też go rano wezwali do szpitala.

— Syn ma dzieci?

— Ma dwoje.

— A męża pani ma?

— Nie mam. Byłam rozwiedziona. Teraz mam status wdowy, bo zmarł kilka lat temu.

— Miał inną żonę, dzieci?

— Był draniem, żadna kobieta go nie chciała. Profesora traktuję tak, jak syna. Jest ode mnie młodszy osiem lat. Jak przyszedł na oddział, był takim młokosem, zdolnym i bardzo pracowitym.

Wszyscy go lubili. Doktorat zrobił szybko. Często wyjeżdżał do Anglii, Ameryki, Kanady. Zarabiał dużo pieniędzy. Dla jego żony było ciągle mało. Był również taki czas, że nie wracał do domu. Koniaki i inne trunki, które dostawał od pacjentów, spijali z bratem swojej żony. Wyjeżdżał zamiast z rodziną, ze swoim szwagrem w góry, nad morze, na wycieczki zagraniczne. Dzieci wychowywała opiekunka i babcia. Żona po pracy miała swoje towarzystwo. Potem nie wiadomo dlaczego, przestał pić. Coraz mniej chodził do szwagra. Zajął się pisaniem książek medycznych. Żona go zostawiła dla innego, ciemnoskórego lekarza, z którym wyjechała do USA. Wojciech stawał się znanym neurochirurgiem. Był jednym z pierwszych lekarzy w Warszawie, którzy obsługiwali tomograf komputerowy. Został konsultantem Ministra Zdrowia. Bardzo lubił jeździć do Olsztyna. Znajomość ze swoją Tosią utrzymywał w tajemnicy. Nikt o niej nie wiedział, aż do przyjazdu z Włoch, w obrączce na palcu. Choć mówią, że mężczyzna to stała niezmienna, profesor bardzo się zmienił i to na korzyść. Miło patrzeć jak uwielbia swoją żonę. Pani Bronia od wtedy, kiedy przywiózł do swojego domu Antoninę, poczuła się potrzebna i szczęśliwa. Bardzo lubi do nich przychodzić, rozmawiać, cieszyć się jego i Tosi sukcesami. Uważa, że są cudownym małżeństwem. Antonina lubi panią Bronię. Mycie okien zawsze sprawiało jej trudność. U siebie w Olsztynie, Anna myła za mamę okna i drzwi. Wcześniej, jak Ania była młodsza, robił to Adam. Wchodzenie na wysokości, podnoszenie rąk w górę, wprawiało ją w zakłopotanie. Bała się, aby nie spaść ze stołka albo drabinki. Czasami miała zawroty głowy. Początkowo krępowała się, że starsza od niej kobieta będzie robiła rzeczy, które może zrobić albo ona sama, albo jej mąż. Bronia wykonuje u nich praktycznie wszystko, jedynie nie trzepie dywanów, bo do tego wynajmowani są studenci ze spółdzielni studenckiej. Gotowanie sprawia jej przyjemność. Szybko poznała ulubione dania Tosi i zaczęła coraz częściej je serwować. Wojciech wcześniej nie jadał pierożków ze szpinakiem, czy truskawkami. Przy żonie nauczył się jeść potrawy mączne, od których wcześniej stronił. Bronia bez pracy nie może usiedzieć, uwielbia w garderobie układać ubrania profesora. Koszule składa co do milimetra, jak w ekskluzywnym sklepie. Ubrania Antoni prawie wszystkie wiszą na wieszakach. Czasami tylko posegreguje je kolorami. Antonina nigdy nie była taką perfekcjonistką, teraz szanuje wkład pracy starszej pani i jak sama mówi, nie bałagani. Jedynie czego nie może się oduczyć, to gubienia długopisów i ołówków, którymi robi zapiski. Zawsze położy w miejscu, do tego nie przeznaczonym. Potem szuka i obwinia męża, że jej zabrał. Nawet się z tego powodu nie denerwuje, bo wie, że to jej wina. Jak zguba się odnajdzie, nigdy nie przyznaje się, że w nieodpowiednie miejsce położyła. On się świetnie przy tym bawi i całą winę bierze na siebie, mówiąc, że Tonia — Antonia ma zawsze rację.