Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 189 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kwitnące łany rzepakowych pól - Teresa Rutkowska-Wojciechowska

W latach 70-tych XX wieku, młoda dziewczyna z hutniczego miasta, wyjeżdża na wakacje na Mazury. Zaprzyjaźnia się ze swoim bliskim kuzynem. Kiedy przyjaźń przeradza się w miłość, nie wraca po wakacjach do domu. Rzuca szkołę, zrywa więzi z najbliższą rodziną i zostawia ukochanego. Bez pieniędzy, obarczona traumą po tragicznych wydarzeniach w rodzinnym mieście, szuka pomocy u człowieka poznanego na dworcu kolejowym.

Opinie o ebooku Kwitnące łany rzepakowych pól - Teresa Rutkowska-Wojciechowska

Fragment ebooka Kwitnące łany rzepakowych pól - Teresa Rutkowska-Wojciechowska

Teresa Rutkowska-Wojciechowska

Kwitnące łany rzepakowych pól

© Teresa Rutkowska-Wojciechowska, 2018

W latach 70-tych XX wieku, młoda dziewczyna z hutniczego miasta, wyjeżdża na wakacje na Mazury. Zaprzyjaźnia się ze swoim bliskim kuzynem. Kiedy przyjaźń przeradza się w miłość nie wraca po wakacjach do domu. Rzuca szkołę, zrywa więzi z najbliższą rodziną, zostawia ukochanego. Bez pieniędzy, obarczona traumą po tragicznych wydarzeniach w rodzinnym mieście, szuka pomocy u człowieka poznanego na dworcu kolejowym.

ISBN 978-83-8155-190-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

.

Rozdział I

Pociąg pośpieszny z Krakowa, przez Kielce, Skarżysko Kamienna, Radom, do Warszawy Wschodniej wjedzie na tor czwarty przy peronie drugim. Prosi się o zachowanie ostrożności i nie zbliżanie się do linii peronu. Tośka nasłuchiwała, co mówi przez głośnik kobieta, dziecko a może jakiś kastrat z pełnymi ustami. Nic nie rozumiała, jedynie bełkot.

Stacja kolejowa Skarżysko Kamienna dobrze oświetlona. Na wiadukcie przyśpieszają ostatni pasażerowie, którzy chcą jechać w kierunku Warszawy. Na peron dochodzą ludzie z walizkami, torbami, neseserami, siatkami. Stacja węzłowa, stąd wielki hałas. Pociągi pasażerskie przyjeżdżają i odjeżdżają, towarowe przetaczają wagony. Sapanie parowozów, pisk kół, prace przeładunkowe, sygnały zawiadowcy stacji zezwalające na odjazdy pociągów, nikomu tu nie przeszkadzają.

Tośka przekroczyła białą linię namalowaną na peronie. Chciała zobaczyć czy nadjeżdża pociąg, który kilka minut temu był zapowiedziany. Być może stoi gdzieś przed semaforem i nie wjeżdża na peron. Poczuła, że ktoś chwyta ją za przegub ręki.

— Dziewczyno, życie ci niemiłe? Pociąg już nadjeżdża.

Mężczyzna w cywilnym ubraniu lekko przyciągnął ją do siebie i powiedział, aby odsunęła się od krawędzi peronu. Dopiero w tej chwili zorientowała się, że pociąg nadjeżdża z drugiej strony, z tej, z której ona przyjechała. Zobaczyła jasne światła dojeżdżającej czarnej, dymiącej lokomotywy, z pełnym składem wagonów pasażerskich. Pociąg zaczął hamować z przeraźliwym piskiem. Podeszła do ławki na której wcześniej siedziała, wzięła z niej swoją podróżną torbę i ustawiła się w kolejkę przed drzwiami wagonu, z którego bez końca wysiadali pasażerowie. Po wyjściu ostatniego, szturm zaczął napierać na drzwi. Wątłą Tośkę o mało nie wepchnęli między peron a koła pociągu. Próbowała się wycofać, nie mogła. Skulona przytuliła się do ściany wagonu i w duchu prosiła Boga, aby jej nie stratowali. Gdy nieco się rozluźniło, wycofała się na koniec kolejki. Do wagonu wsiadła jako ostatnia. O miejscu siedzącym nie miała co marzyć. Ze stojącymi w korytarzu było mniej problemu. Szczęśliwa przycupnęła na swojej, nowo kupionej, beżowej torbie.

Sto czterdzieści dwa kilometry to nie tak daleko, choć prawie trzy i pół godziny jazdy. Da radę, jest młoda. Monotonny stukot kół usypiał pasażerów. Jej oczy też się zamykały, ale nie spała. Co jakiś czas musiała podnosić się i stawać prawie na baczność, gdy kolejne pielgrzymki pasażerów zmierzały do Warsu tam i z powrotem.

Jak się wybiera w podróż, to powinno się zabierać prowiant a nie chodzić po zatłoczonym pociągu. Pomyślała. Ona zaopatrzyła się w kanapki i termos z herbatą. Gdyby ktoś był bardzo głodny, mogłaby się z nim podzielić bułką z żółtym serem, czy jajkiem ugotowanym na twardo. Takie jedzenie najbardziej bezpieczne w podróży. Szybko się nie psuje.

Spojrzała w okno. W oddali widać sporo świateł, co znaczy, że pociąg dojeżdża do kolejnego miasta. Ruch na peronie duży, tak jak na poprzedniej stacji. Z pociągu wysiadło wiele osób, wsiadło mniej. Wyraźnie zrobiło się luźniej. Wszyscy gdzieś znaleźli miejsca siedzące, tylko ona jedna, ze swoim bagażem została na korytarzu. Musiała chwilę się zdrzemnąć, bo gdy usłyszała nad sobą głos — kontrola biletów, podskoczyła ze strachu. Podała bilet konduktorowi.

— Legitymację proszę.

Zaczęła szukać w torebce, ale legitymacji tam nie znalazła. Przecież była pewna, że ją ma. W poprzednim pociągu, którym jechała do Skarżyska, też konduktor żądał legitymacji.

— No to piszemy mandacik.

Ze strachu ugrzązł jej głos w gardle. Popatrzyła błagalnym wzrokiem na mężczyznę wydobywającego z kolejarskiej torby notes przepasany gumką.

— Jak się nie ma legitymacji uprawniającej do zniżki, należy kupować bilet normalny.

— Tak. Ale…

Nie dokończyła zdania, bo w obronie dziewczyny stanął jeden z pasażerów.

— Chyba widzi pan konduktor, że to młoda dziewczynka i na pewno uczennica.

— Może widzę, może nie. Jest bilet ze zniżką, brak legitymacji do niej uprawniającej, to mandat. Dyskusja zbędna.

Odwróciła głowę w stronę dobiegającego głosu. To ten sam mężczyzna, co odciągnął ją za białą linię peronu na stacji w Skarżysku. Pewnie wtedy myślał, że chce popełnić samobójstwo i rzucić się pod pociąg. W tej samej chwili przypomniała sobie, że w bluzce ma kieszonkę. Włożyła do niej rękę. Pod palcami poczuła plastikową oprawkę legitymacji szkolnej. Głęboko odetchnęła. Konduktor już prawie kończył wypisywanie mandatu, gdy podała mu legitymację. Wziął ją do ręki i zaczął wzrokiem prześwietlać z każdej strony, jakby miał w oczach wiązkę promieni rentgenowskich.

— No widzi konduktor, po co tak stresuje pan dziewczynę?

Odstąpił od dalszego wypisywania mandatu.

— Ma pani szczęście, że legitymacja się znalazła. Osiemdziesiąt złotych byłoby już nie pani.

Uśmiechnął się, ale jej nie było do śmiechu.

— Tu w moim przedziale jest trzy wolne miejsca.

Konduktor, chcąc zrehabilitować się w oczach dziewczyny, wziął jej torbę i podprowadził do przedziału. Włożył bagaż na górną półkę. Usiadła przy drzwiach. Przykryła kolana swetrem. Na kolejnej stacji pasażerowie wysiadali w pośpiechu, bo pociąg miał wyjątkowo krótki postój. W przedziale zostali tylko ona i ten „obrońca uciśnionych kobiet”. Właśnie tak go nazwała w Skarżysku Kamiennej. Przesiadła się bliżej okna. Na dworze już zaczęło świtać. Nie drzemała, patrzyła na mijające wsie, drzewa, pola, polne drogi. Podziwiała wschód słońca. Mężczyzna od uciśnionych kobiet próbował nawiązać z nią pogawędkę. Początkowo rozmowa się nie kleiła. Na większość pytań odpowiadała tak lub nie. To u Tośki normalne. Nie lubiła rozmawiać z nieznajomymi. Nie można powiedzieć że był bezczelny. Wręcz przeciwnie, był bardzo miły. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu można ufać. Od razu po nim widać było, że to nie jakiś robotnik z Huty Marcelego Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, czy Fabryki Samochodów Ciężarowych Star w Starachowicach z niedomytymi, spracowanymi rękami i brudem pod paznokciami. Wyjęła z torebki książkę i zaczęła czytać. Spod oka spoglądała na towarzysza podróży. Ciekawe czy ma dzieci i żonę? Kim może być? Ma może 40 — 45 lat. Niczego sobie. Lekarzem, adwokatem, prawnikiem pewnie nie. Nie podróżowałby przecież drugą klasą. Tacy jeżdżą pierwszą klasą i w podróży czytają gazety, albo książki naukowe. Tylko plebs jeździ w drugiej klasie i to jeszcze siedząc większość drogi w korytarzu, na torbie z ciuchami. Musiała się uśmiechnąć z własnych rozmyślań, bo natychmiast zareagował.

— Chyba ciekawa książka i wesoła?

— Dlaczego pan tak myśli?

— Patrzę na panią, jej pogodną twarz i ten delikatny uśmiech.

— Nie, to nie z książki, ani do książki.

— To co panią tak rozwesela?

— Coś bardzo banalnego.

Zawsze nieśmiała, teraz wypaliła.

— Zastanawiam się kim pan jest. Adwokatem, lekarzem, sędzią, architektem, naukowcem a może księdzem?

— Ja?

Mogę zaspokoić pani ciekawość. Na pewno nikim z tych profesji, które pani wymieniła. A już na pewno nie księdzem. Nosiłbym sutannę, albo przynajmniej koloratkę. Jestem rolnikiem.

Wow. Rolnikiem? I taki elegancki? Musiała zrobić nietęgą minę.

— To co pan hoduje? Krowy, kury, konie, gęsi?

Teraz on się uśmiechnął. Miała wrażenie że rozbawiła go jej szczerość.

— Nic co trzeba karmić. Zajmuję się rzepakiem o niskiej zawartości kwasu erukowego.

Tośka w tej chwili wolałaby się wycofać z rozmowy. Co to jest rzepak? Nie miała zielonego pojęcia. Pewnie jakaś roślina, bo chyba nie zwierzę. Tam gdzie jeździła na wieś, było żyto, owies, jęczmień, pszenica, seradela. Ale rzepak?

— Przepraszam, nie wiem o czym pan mówi. Jestem z miasta i ziemię moja mama miała tylko w doniczkach, na okiennych parapetach.

— Rzepak to taka sobie roślinka z rodziny kapustowatych, żółto kwitnąca.

— Powiedziała Pani, że mama miała, już nie ma kwiatów?

— Miała, ale jej już nie ma, zmarła kilka lat temu. Ja zapominałam o ich podlewaniu, kwiaty cierpiały. Najstarsza siostra zabrała je do swojego domu.

— No tak. Jest prawdą, że przyrody nie da się oszukać. Podlewać kwiaty trzeba wtedy, kiedy one potrzebują wody, nie kiedy my mamy na to czas, albo nam się przypomni.

— Pewnie tak.

Zaczęła nerwowo przekładać kartki książki, jakby czegoś w niej szukała. Wyjęła zdjęcie, które służyło jej za zakładkę. Pokazała towarzyszowi podróży.

— To moja mama i ja ze starszą siostrą.

— Jedyna pani siostra?

— Nie. Mam trzy siostry i brata. Jesteśmy rodziną wielodzietną.

Popatrzył na zdjęcie.

— Taka młoda kobieta i nie ma jej wśród nas. Ja też pochodzę z rodziny wielodzietnej. Mam pięć sióstr.

Nie zadawał żadnych pytań na temat rodziny i rodzeństwa. Widać było, że albo jest taktowny, albo dobrze wiedział, że dziewczyna więcej nie będzie się zwierzała. Wrócił do tematu rzepaku i próbował jej obrazowo opisać jak wygląda ta roślina. Jest to roślina oleista. Z nasion tłoczy się olej jadalny, a z niego również wytwarza się margarynę i tłuszcze kuchenne. W przemyśle używa się go do produkcji pokostu. Jest też rośliną miododajną. Ze względu na duże obszary upraw, ustawia się ule w pobliżu pola rzepakowego i pszczoły wytwarzają z niego miód. Są rzepaki jare i rzepaki ozime. Te drugie sieje się w sierpniu, zimują pod śniegiem. Słuchała z zaciekawieniem, choć i tak nie mogła w żaden sposób skojarzyć sobie pól z roślinami żółto kwitnącymi. Pewnie w okolicznych wsiach Ostrowca Świętokrzyskiego nikt takich roślin nie uprawiał.

— A pani co porabia?

— Mam wakacje.

— No tak, tyle to mogę się domyśleć. Młodzi ludzie w lipcu i sierpniu odpoczywają po ciężkiej pracy w szkole.

Pierwszy raz usłyszała, że nauka jest ciężką pracą. Zawsze wszyscy mówią, że młodzież nic nie robi tylko się obija, wagaruje, ignoruje szkołę.

— Uczy się pani w szkole średniej, czy już studiuje?

Spojrzała na niego i wydawało jej się, że mówi poważnie, nie kpi. Przecież nie ma jeszcze matury a ten myśli, że jestem studentką? Nie musi przecież wszystkiego wiedzieć i ona nie musi mówić prawdy.

— Tak, studiuję, na pedagogice.

— A jakiej?

— Ważnej dla mnie.

— Skoro pani sobie wybrała taki kierunek studiów, to na pewno ważny dla pani.

Nie miała pojęcia jakie są kierunki studiów pedagogicznych, więc nie próbowała zmyślać.

— Moi rodzice są nauczycielami. W rodzinie mówi się, że mój ojciec ma zawód dyrektor. Od zawsze, jak pamiętam był i jest dyrektorem szkoły. Mama nauczycielką.

Tośka nie wiedziała czy mówi prawdę, czy ściemnia. Ojciec dyrektor szkoły, matka nauczycielka, szóstka dzieci i syn rolnik. Coś tu nie pasuje. Wszyscy nauczyciele, których znała i zna mają najwyżej trójkę dzieci.

Pociąg dojechał do stacji Warszawa Zachodnia. Sporo ludzi wysiadło. Wagony opustoszały. Tylko pojedyncze osoby jechały dalej.

Na stacji kolejowej Warszawa Wschodnia pociąg skończył bieg.

— Czy to dla pani ostatni przystanek w podróży?

— Nie. Mam przesiadkę. Następny pociąg będzie późnym popołudniem. Jadę jeszcze dalej, do Olsztyna.

Była przekonana, że uwolni się od starszego pana i nie będzie więcej jej zawracał głowy.

— Dobrze się składa, bo ja też do Olsztyna.

Kurcze, czy on się ode mnie nie odczepi? A może tylko tak mówi. Może to jakiś zboczeniec co poluje na młode dziewczyny? Tyle przeróżnych rzeczy czytała w Słowie Ludu, lokalnej gazecie. Wewnątrz czuła niepokój. Nie chciała tego po sobie pokazać, choć po ciele przeleciał ją dreszcz.

On patrzył na nią i nie wyczuwał w jej zachowaniu sprytu, nieszczerości, cwaniactwa. Miała w sobie wdzięk. Nie była ubrana jak rozhukana nastolatka z ruchu hippisowskiego ale skromnie, w spodniach i koszulowej bluzce z kieszonką na lewej piersi.

— Przepraszam, muszę pożegnać pana, mam trochę wolnego czasu. Najpierw pojadę do rodziny, do Anina, potem będę kontynuowała podróż.

— A zna pani Warszawę? Jak nie, to pani pomogę. Tu dosyć często przyjeżdżam w sprawach służbowych.

O O O O… Zaświeciło się w jej głowie światełko. Niebezpieczny facet. Przyczepił się, udaje grzeczniutkiego bajeranta. Myśli, że uda mu się wykorzystać jakąś tam nieporadną dziewczynkę. Na tyle, żeby dojechać do Anina znała drogę i wiedziała jak dojść do przystanku autobusowego.

— Dziękuję panu. Poradzę sobie sama.

— Jak będzie pani w Olsztynie a będzie potrzebowała pomocy, to proszę mój numer telefonu. Do mojej pracy, bo prywatnego jeszcze się nie dorobiłem. Czekam w kolejce na założenie telefonu już kilka lat. Nie wiem kiedy go będę miał. Dał jej wizytówkę. Spojrzała i przeczytała nazwisko, imię, nazwę instytucji z numerem telefonu.

— O! Jakie ładne imię, jak polski poeta, nasz wieszcz.

— A pani jak ma na imię?

— Mówią na mnie Tośka. W dokumentach nieco inaczej.

— Tosia, Antosia, Antonina.

— No właśnie, Antonina. Antonina, co rozstroiła w swojej szkole wszystkie pianina.

Zaczęła się chichotać.

— Czyżby pani była muzykiem?

— Nie. Nie muzykiem, tylko muzykantem z bożej łaski, jak mówi mój ojciec.

Podziękował za wspólną podróż i życzył wspaniałych oraz bezpiecznych wakacji. Ona też go pożegnała mówiąc do widzenia. Poszła na przystanek autobusowy.

Uff. Wreszcie uwolniła się od intruza. Nerwowo rozglądała się, czy gdzieś w pobliżu nie krąży. W autobusie ciągle odwracała się do tyłu i na boki, patrzyła, czy nie ma „obrońcy uciśnionych kobiet”. Dojechała do Marysina. Na przystanku oprócz niej wysiadło jeszcze dwie kobiety. Intruza nie było.

Ciotkę zastała przy maszynie do szycia. Modziła jakąś elegancką sukienkę. Choć była niezapowiedzianym gościem, nie okazała niechęci, wręcz przeciwnie, bardzo się ucieszyła, że wreszcie przyjechała. Wielokrotnie ją zapraszała. Przytuliła ciepło do siebie. Jakiś dziwny prąd przeszył Tośkę. Miała wrażenie, że przytula się do swojej mamy.

— Jesteś głodna? Zrobię ci jakieś kanapki. Obiad nastawiłam, ale będzie dopiero, jak Mirek wróci z pracy.

— Nie, dziękuję, nie jestem głodna.

— Nie jesteś głodna, ale i tak ci zrobię kanapki. Mam też placek drożdżowy z kruszonką.

Tośka opowiedziała o przygodzie w podróży, o intruzie, który się do niej przyczepił. Nie wiedziała jak się od niego uwolnić, wymyśliła przyjazd do cioci, do Anina.

— Musiałam trochę skłamać i dlatego podałam inną dzielnicę.

— Dobrze dziecko zrobiłaś.

Teraz nie wiadomo komu można ufać. Warszawa nie jest bezpiecznym miastem, trzeba uważać na złodziei i zboczeńców.

— Mirek przyjedzie z pracy to się ucieszy. Często o tobie rozmawiamy. Możesz u nas zostać nawet na całe wakacje.

— Dziękuję bardzo, ale nie. Jeszcze nigdy nie byłam na Warmii i Mazurach. Chciałabym wreszcie zobaczyć krainę tysiąca jezior.

— Nigdy nie byłaś? Naprawdę? Tam jest tak pięknie. My często tam jeździmy. Mirek każdego roku, czasami kilka razy w roku. Ja rzadziej, bo ciągle praca i praca. Jak był studentem, to obowiązkowo siedział tam przez prawie całe wakacje. Pomagał przy żniwach, pracach gospodarskich, naprawiał maszyny rolnicze. Teraz, jak pracuje, mniej ich odwiedza, ale zawsze część urlopu tam spędza.

— Muszę dzisiaj jechać, bo bilet mi przepadnie.

— E tam. Mirek pracuje w Dyrekcji PKP więc myślę, że coś zaradzi. Oddasz bilet i dostaniesz zwrot części pieniędzy.

Ciotka zobaczyła przez okno wjeżdżający na posesję samochód. Wyszła z domu.

— Mirek! Mirek! Nie wjeżdżaj do garażu. Przyjechała Tosia. Może trzeba będzie ją podwieźć na dworzec PKP.

— Tosia? Z Ostrowca Świętokrzyskiego? Niemożliwe.

Przywitali się ciepło. Całusy w lewy policzek, prawy, znowu w lewy. O Boże, jak ona tego nie lubiła. Chciał ją w uścisku trochę przytrzymać, ale odsunęła się.

Nareszcie jest. Doczekałem się. Pomyślał.

— Zmieniłaś się i urosłaś.

Oblała się rumieńcem. Tak już jest w życiu człowieka, że rośnie i starzeje się.

— Ja już przestałam rosnąć. Skończyłam osiemnaście lat, a kobiety podobno rosną do osiemnastki.

Musiała patrzeć na niego do góry. Między jej 162 cm wzrostu a jego 192 cm była spora różnica.

— Chodźcie dzieci na obiad.

Umyli ręce i siedli do stołu. Ciotka zjadła tylko zupę. Przeprosiła, że musi ich zostawić, by wyjść do pasmanterii. Czegoś zabrakło jej do szycia. Powiedziała czego, ale było to fachowe określenie, nikt go nie znał oprócz niej.

Antosia poczuła się trochę nieswojo. Wolała, jak była ciotka. Ona i młody mężczyzna, tylko we dwoje w dużym domu, to dla niej mało komfortowo.

— Antonina? Dlaczego masz takie imię?

— Myślę, że otrzymałam go przez przypadek. Nie mieli lepszego pomysłu.

Kiedyś nawet się nad tym zastanawiałam, ale nic mądrego nie wymyśliłam.

— Wiesz, jakie znaczenie ma twoje imię?

Pokręciła przecząco głową.

— Ja wiem, kilkakrotnie czytałem w różnych książkach.

— Jakie?

— Antonina to żeński odpowiednik imienia Antonin. Pochodzi od nazwy rodu Antoniuszów. Imię to oznacza: wspaniała, doskonała, wybitna. Nie unosi się pychą i jest wyjątkowo dobroduszna oraz bezinteresowna. Ogólnie rodzinna i oddana najbliższym, mimo to, z łatwością wybiera samotne życie. Potrafi obdarzyć drugiego człowieka czułością oraz bliskością, chociaż pod wpływem doświadczeń ciężko jej komukolwiek zaufać. Ma dar wygaszania napięć i przywracania spokoju. Zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Jest cierpliwa i opanowana, toteż sprawdza się w każdym zawodzie. To subtelna i delikatna kobieta, która tworzy silne oraz stabilne więzi partnerskie. Poszukuje stałości i bezpieczeństwa.

— E tam. Jakieś brednie. Nie wiem czy to prawda.

— A ja w to wierzę.

Według mnie w styczniu skończyłaś 19 lat. Prawda?

— Tak?

— Studiujesz?

— Nie. Nie mam jeszcze matury. Po śmierci mamy zawaliłam rok. Nie chciało mi się już żyć. Chciałam zejść z tego świata. Moje marzenie o mało co się spełniło. Rozchorowałam się i to dość poważnie.

Zakręciły jej się łzy w oczach.

— Byłam wiele tygodni w śpiączce.

Kiedy wybudzała się ze śpiączki, ojciec trzymał ją za rękę, prosił aby wreszcie otworzyła oczy, nie odchodziła, bo tego nie zniesie, nie przeżyje. Nie wierzyła własnym uszom. Zawsze myślała, że ojciec potrafi tylko dostarczyć środki finansowe na utrzymanie rodziny i nic poza tym. Nie podejrzewała go, że ma jakiekolwiek wyższe uczucia dla niej, że kocha swoją najmłodszą córkę. Według niej on tylko kochał swoją pracę w hucie, a popołudniami grę na skrzypcach.

— Antosia. Chciałaś popełnić samobójstwo?

— Nie. No co ty. Tego nie potrafiłabym zrobić. Do tego trzeba być silnym, odważnym. I … Zabrakło jej słów. Mirek miał wrażenie że gdzieś się oddaliła, na chwilę odeszła i nie była obecna. A może tylko mu się tak wydawało.

Po odejściu mamy, spotkała ją okropna rzeczywistość. Straciła nadzieję, ogarniała ją pustka i mrok. To wszystko było dla niej trudne. Nie poddawała się, nigdy nie myślała o tym, że śmierć mogłaby ją wybawić z tęsknoty, rozpaczy za ukochaną mamusią i przytłaczającą pustką. W szkole nauczyciele nie podali ręki. Ciągle pytali, dlaczego zmarła. Miała wrażenie, że robią z tego sensację. Oczekiwali opowieści o szczegółach choroby. Zabrali stypendium, bo sytuacja materialna w rodzinie się poprawiła, ubyła jedna osoba.

Obcowanie ze śmiercią poprzez przesiadywanie ciągle na cmentarzu przy grobie mamy czasami ją podbudowywało, choć miała momenty zwątpienia. Widziała codziennie pogrzeby, zarówno osób starszych, jak i młodszych, również dzieci. Te przeżywała najbardziej.

— Życie jest najwyższą wartością i uważam, że powinniśmy się nim cieszyć tak długo, jak Pan nam pozwala. On wie, kiedy nas stąd zabrać.

— Pięknie to powiedziałaś. Nie wyjeżdżaj dzisiaj. Zostań na kilka dni. Pokażę ci Warszawę. Porozmawiamy. Jesteś fajną dziewczyną.

— A bilet? Zmarnuje się.

— Pojedziemy na dworzec Warszawa Wschodnia i oddamy w kasie. Zwrócą pieniądze. Proszę. Zostań. Mama się ucieszy. Do południa będziesz z nią urzędować, po południu poszalejemy po Warszawie.

— Dobrze. Jak się wam znudzę, to sami mnie wyprawicie. Jestem nudną i marudną dziewczyną.

Tośka była szczupła, miała włosy ciemnobrązowe, jak kasztany, które wypadły przed chwilą z zielonej skorupki. Grube, sięgały do ramion. Kiedy jej przeszkadzały, lub było bardzo gorąco, wiązała w kucyk. Cieszyła się, że została. Napawała się radością przebywania w luksusowym domu. W salonie i innych pokojach wisiały obrazy, stały antyki, porcelana. Było bogato, perskie dywany, ozdobne poduchy i adamaszkowa pościel. Ciotka bez przerwy wymyślała jakieś atrakcje, żeby jak najdłużej tu ją zatrzymać. Chodziły razem po zakupy, pojechały do Anina. Pokazała jej willę Piotra Jaroszewicza. Uszyła spodnie i sukienkę, dwa razy były zaproszone do znajomych na kawę. Lubiła przebywać w warsztacie ciotki. Był ciekawie wyposażony w różne krawieckie maszyny. Nie przyszywała guzików ręcznie, tylko guzikarką. Nie obrębiała ręcznie, tylko szyła owerlokiem. Wszystkie maszyny do szycia nie przypominały tych domowych. Były o wiele większe i spełniały różne, nieznane Tosi funkcje. Różnej wielkości manekiny a na nich poupinane sukienki lub spódnice najbardziej ją intrygowały. Każda klientka mogła zobaczyć swoją suknię przed uszyciem upiętą na manekinie. Chodząc z ciotką do jej znajomych zobaczyła jak żyją bogaci warszawiacy. Była pod wrażeniem. Popołudniami z Mirkiem zwiedzała Warszawę, który był w swoim żywiole, pełniąc rolę przewodnika po stolicy. Każdego dnia w innej kawiarni na ciastkach. Pączki u Blikle jadła codziennie. Dla niej były pyszne. Mówiła, że ich się nie da przejeść. Zaprosił ją do kina. Jest kinomanem w pełni tego słowa znaczeniu. Nie opuszcza żadnego nowo wyświetlanego filmu. W kinie próbował wziąć ją za rękę. Delikatnie ją odsunęła. Ciemność nie jest jej sprzymierzeńcem. Poczuła na sobie dreszcz. Zachowała się jak dzikuska.

Zaprowadził ją do Grobu Nieznanego Żołnierza. Dowiedziała się od niego, że ideą warszawskiego Grobu Nieznanego Żołnierza jest uczczenie pamięci poległych w walce o niepodległość. Idea grobu nieznanego żołnierza zrodziła się we Francji po bitwie pod Verdun. Wówczas poległo tam ponad pół miliona ofiar. Po I wojnie światowej pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu złożono ciało bezimiennego żołnierza i wmurowano tablicę z napisem: „Tu leży Nieznany Żołnierz”

Równolegle z Francją utworzono miejsca hołdu bezimiennym żołnierzom w Wielkiej Brytanii

Warszawski Grób Nieznanego Żołnierza został odsłonięty pod kolumnadą Pałacu Saskiego. Złożono do niego szczątki bezimiennego żołnierza, sprowadzone podczas specjalnej ceremonii z Cmentarza Obrońców Lwowa. Obecnie stanowi trójarkadowy fragment ocalałej kolumnady Pałacu Saskiego. Przy Grobie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa z Batalionu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego. W święta państwowe odbywa się jej uroczysta zmiana z udziałem najwyższych władz państwa.

Mirek ciągle i wszędzie ją bacznie obserwował. Niezależnie czy było to w domu, w ogrodzie, sklepie, kawiarni, kinie, czy gdziekolwiek. Widział, że nie jest flegmatykiem a mimo to nigdy się nie spieszy. Powoli, małymi łyczkami pije herbatę, nie wkłada całego ciastka do ust, nigdy nie mówi z pełnymi ustami, jeśli coś robi, stara się to robić bardzo precyzyjnie. Mówi spokojnie, odpowiada na pytania rzeczowo, chyba, że się droczy. Widać, że czyta książki, bo czasami zaskakuje go wiedzą, której na pewno nie wyniosła ze szkoły.

Ostatniego dnia, przed wyjazdem na Mazury, wieczorem, kiedy już zasypiała słyszała rozmowę Mirka ze swoją mamą. Tosia jest taktowna, bardzo nieśmiała, wycofana, zamknięta w sobie i bardzo bojaźliwa. Boi się wszystkiego, nawet boi się własnego cienia. Szkoda tak sympatycznej dziewczyny. Ona w tym Ostrowcu się marnuje. Bardzo przeżywa śmierć mamy, nie może się z tym pogodzić.

W sobotę, co było dla niej niespodzianką, dowiedziała się, że Mirek jedzie z nią na Mazury. Wziął urlop i zawiezie ją samochodem do cioci Stasi. Będzie tam tydzień.

— Jak ci się wiocha znudzi, to wróć z Mirkiem do Warszawy. Na pożegnanie z uśmiechem powiedziała ciotka.

— Jesteś u nas mile widziana.

Cieszyło ją, że nie będzie się tłukła zatłoczonym pociągiem, z drugiej jednak strony przeszywał ją strach. Ona sama z Mirkiem, tyle godzin w samochodzie. Przecież nie wiadomo, gdzie ją dowiezie.

Stasia, ciocia Krysia i mama Tośki były siostrami. Wszystkie zapracowane. Gdy założyły swoje rodziny, rzadko się spotykały. Stasia miała dwoje dzieci, Krysia troje, Janina piątkę. Po jej śmierci najmłodsza Tośka nie mogła się pogodzić z losem. Wychowywała ją o 14 lat starsza siostra, która już miała swoją rodzinę. Ojciec co prawda finansował, ale nie potrafił sprostać wychowaniu dorastającej córki. W drodze do Szczytna kilkakrotnie się zatrzymywali. Mirosław od trzech lat magister inżynier, szukający dziewczyny opowiadał o studiach, pociągach, wojażach po Polsce, wyjazdach służbowych za granicę i swojej wymarzonej pracy.

— Masz chłopaka?

— Nie mam.

— A miałaś już kiedyś wcześniej chłopaka?

— Nie miałam.

— Dlaczego?

— Bo chodzę do szkoły. Mamusia jak umierała, mówiła, że najważniejsza jest nauka.

— To było dawno. Akurat młodzież słucha mamusi.

— Dawno? A może dawno albo i nie dawno?

— Dziewczyny w twoim wieku mają chłopaków.

— Pewnie mają.

— To w czym problem, że ty nie masz?

— Po pierwsze, nie chcę mieć chłopaka. Po wtóre w tym problem, że ja na rękawie mam czerwoną tarczę szkoły średniej z napisem LWP. Po ostatnie, nie potrafię z chłopakami rozmawiać. Oni zresztą są infantylni. Mają tylko w głowie głupoty.

— Jakie głupoty?

— No chociażby takie, żeby zbajerować dziewczynę, ośmieszyć, potem zostawić ją dla innej. Dla nich ważny tylko seks, seks, seks. Dla mnie faceci to krętacze i wyspecjalizowani kłamcy. Niektórzy bandyci i oprawcy.

Zaczął się śmiać.

— Jesteś szczera do bólu.

— Znam to z autopsji i moich odczuć. Dlatego jest to szczera prawda.

— Jak będziesz tak myślała o mężczyznach, to nigdy sobie nie znajdziesz partnera. Masz już 19 lat.

Musiała zrobić nieciekawą minę.

— Przepraszam. Nie lubisz chłopaków? Wolisz dziewczyny?

— A co ty myślisz, że ja jestem „homo nie wiadomo”, lesbijka?

— Nic nie myślę, tylko po prostu pytam.

— A dlaczego jesteś taki ciekawy?

— Nie wiem jak tam u was na prowincji, ale tu, w Warszawie osiemnastoletnie dziewczyny, na pewno dziewiętnastoletnie przerzucają i zmieniają chłopaków często. Niektóre są żonami, niektóre mają już dzieci.

— Uprawiają seks, to mają dzieci.

— Kobiety to dopiero potrafią kłamać i tworzyć mity.

— Ja nie wiem jak u nas na prowincji jest. I jak jest w Warszawie. Ja wiem tylko o sobie, że nie mam chłopaka, bo jestem uczennicą i nie mam czasu na nic innego, tylko na naukę.

— To znaczy, że jesteś kujonem?

— Może jestem mało zdolna i muszę więcej czasu poświęcać na naukę niż inni.

— E tam, gadasz. Mało zdolna?

Ty i twoje rodzeństwo jesteście wyjątkowo zdolni.

— Ciekawe skąd ty to wiesz?

— Ja wiele rzeczy wiem.

— Akurat.

— Słyszałem, że zdobywałaś pierwsze miejsca na konkursach wojewódzkich z matmy, polskiego, języka rosyjskiego. Jeden raz byłaś trzecia a w drugim roku zajęłaś drugie miejsce na ogólnopolskiej olimpiadzie przedmiotowej z matematyki.

— Eeee. Udało mi się. Niewielkie to osiągnięcia. Nie byłam nigdy pierwsza. Zżerała mnie trema i zabrakło sprytu.

— Dziewczyny zazdroszczą ci twoich sukcesów?

One niczego nie zazdroszczą, poza tym, że jak ktoś ma jakiś osiągnięcia, to trzeba go zniszczyć, zdołować, opluć. Nie warto się wychylać, trzeba równać do głupszych od siebie, do tych, którzy mają dobrze ustawionych rodziców.

— Co jesteś taka smutna?

— Nie, tak tylko się zamyśliłam.

— No to wróćmy do tej twojej czerwonej, szkolnej tarczy. Jako grzeczna uczennica musisz taką nosić na rękawie fartucha.

— Noszę czerwoną tarczę z napisem LWP w Ostrowcu Świętokrzyskim na fartuszku i ubraniu wierzchnim.

— Próbował rozszyfrowywać skrót.

Liga Wielmożnych Panien, Ludowe Wojsko Polskie, Liceum Wielobranżowe Pszczelarskie. Bez końca tworzył dziwne nazwy. Wiedziała, że się bawi i chce ją zdenerwować.

— To wreszcie powiesz mi co to za szkoła?

— Liceum Pedagogiczne dla Wychowawczyń Przedszkoli.

— OOO! Szacun. Przyszła przedszkolanka.

— Nie przedszkolanka, nie przedszkolanka. Byłam nią między trzecim a siódmym rokiem życia. Teraz będę nauczycielką przedszkola.

Powiedziała to tak poważnie i stanowczo, że zamiast patrzeć przed siebie, spojrzał się w jej stronę i o mało nie wylądowali w przydrożnym rowie.

— Pani pedagog, nauczycielka przedszkola. Szlachetny zawód wybrałaś. Praca z małymi dzieciakami to nie tam takie siedzenie za biurkiem i picie kawy czy herbaty.

— A ty masz dziewczynę?

— Nie mam.

— Kłamiesz.

— Nie kłamię. Mówię prawdę.

— Dlaczego nie masz dziewczyny? Panowie w twoim wieku są mężami i ojcami dzieci, nawet wielodzietnych rodzin. Mój ojciec w twoim wieku miał troje dzieci.

— Na pewno tak jest jak mówisz, ale ja jestem wolnym człowiekiem.

— Nie odpowiedziałeś na pytanie. Dlaczego nie masz dziewczyny? Nie lubisz dziewczyn, wolisz chłopaków?

Dołożyła mu tak, jak on pytając ją, czy woli dziewczyny.

— Jesteś złośliwa.

— Nie, tylko szczera do bólu.

— Kiedyś zauroczyłem się jedną dziewczyną. Była sympatyczna, urocza i sporo ode mnie młodsza. Wiedziałem, że nie mam żadnych szans. Chciałem jakoś zapomnieć. Niestety, nie było to łatwe, nawet prawdę mówiąc niemożliwe. Poznałem inną. Nie wyszło.

— O! To jednak interesują cię dziewczyny.

— Młoda, nie dokazuj.

— Jestem z krwi i kości facetem, więc płeć piękna mnie interesuje. Nie jestem, jak ty to powiedziałaś homo nie wiadomo.

— Szukasz księżniczki z bajki?

— Nie. Chcę dziewczynę skromną, mądrą i stąpającą po ziemi, nie bujającą w obłokach.

— Jesteś przystojny, nawet bym powiedziała, że bardzo. Nic ci nie brakuje. Masz pracę i możesz tak naprawdę mieć każdą dziewczynę.

— Bez przesady. Nie schlebiaj mi.

— Nie chcę każdej. Chciałbym tylko tą jedną.

— Chłopaki ciągle mówią, że tego kwiatu to pół światu. Mają w czym wybierać.

— Ja kiedyś, jako nastolatek też tak mówiłem. Potem zmieniłem postrzeganie świata i inaczej zacząłem patrzeć na dziewczyny.

— Znaczy, że nie wolno rozmyślać, tylko łapać, łapać chwile.

— Od niedawna też tak myślę.

Wjechał na stację benzynową.

— Może lepiej późno niż wcale.

Poczekaj. Zatankuję.

Lepiej późno niż wcale. Lepiej późno niż wcale. Nie zrozumiała tego. Po chwili zaskoczyła, że pewnie chodzi o paliwo. Musi zatankować, bo jak braknie benzyny, to daleko nie zajadą.

Zatankował do pełna. Zapytał pracownika stacji benzynowej czy w pobliżu jest jakiś zajazd, restauracja, bar.

Wyperswadowała mu jedzenie obiadu. Przecież jak dojadą, pierwszą i najważniejszą rzeczą będzie zjedzenie obfitego posiłku przygotowanego przez ciotkę Stasię. Wie o naszym przyjeździe. Początkowo nie chciał o tym słyszeć, ale jakoś mu przetłumaczyła.

— Jesteś oszczędna, nie wydajesz pieniędzy? Prawda?

— Prawda. Ale nie z oszczędności, tylko z ich braku.

— E tam z braku. Ojciec nie dał ci nic na wakacje?

— Trochę dał, ale nie tyle, by zaszaleć.

— A brat sypnął groszem?

— Dał mi, nawet sporo, ale kupiłam sobie torbę podróżną i inne rzeczy.

— Jakie rzeczy?

— No różne. Kostium kąpielowy i tam takie różne ciuchy.

— A co byś chciała kupować gdybyś miała swoje pieniądze

— To co wszystkie dziewczyny, ubrania, buty, kosmetyki, torebki. Uwielbiam ładne buty,

Tośka nie miała pojęcia jak długo samochodem jedzie się do Szczytna, nie zwracała też uwagi na przydrożne tablice z nazwami miejscowości, ani na znaki drogowe które mijali. Wreszcie wjechali do Olsztyna i zatrzymali się w pobliżu poczty.

Zaczekaj w samochodzie jak chcesz, albo chodź ze mną na pocztę. Muszę zatelefonować do Warszawy.

— Poczekam w aucie.

— Połączenie otrzymał bardzo szybko.

Choć bardzo nie chciała, musiała z nim iść do restauracji „Pod żaglami” na dobry obiad. Potem pochodzili po Starym Mieście, poszli na dziedziniec zamkowy. Ogromna lipa rzucała błogi cień. Zajrzała do studni. Wrzuciła pieniążek na szczęście. Przeczytała informację, że zamek w Olsztynie wybudowany był w połowie XIV wieku w stylu gotyckim przez kapitułę warmińską, która była jego właścicielem kilka wieków. Zamek pełnił funkcje obronne oraz był siedzibą administratora dóbr kapituły. Najsławniejszym mieszkańcem zamku był Mikołaj Kopernik, który pełnił obowiązki administratora. Z zamku wyszli na most nad Łyną. Rzeka pierwotnie była po części fosą. Zwiedzili olsztyńską Katedrę. Weszli do sklepu obuwniczego. Tośka patrzyła na buty. Zauważył zachwyt w jej oczach, jak brała do ręki letnie, skórzane buciki. Gdyby miała pieniądze, pewnie by sobie jakieś kupiła.

— No młoda, które ci się podobają? Bierz jakie chcesz, ja płacę.

Musiała mieć zdziwioną minę, bo chyba ze dwa razy powtórzył, żeby nie marnowała okazji, on płaci. Wybrała sobie klapki na koturnie z kolorowymi paseczkami. Były hitem tego lata. Jak je ubrała, to przy nim nie była już taka niska. Namówił ją jeszcze na inne i małą torebkę na długim pasku. Trochę było jej głupio, że kuzyn dla niej kupuje buty. Kiedyś mama mówiła, że jak dają trzeba brać, jak biją to uciekać. Jak otworzył przy kasie portfel to prawie z wrażenia oniemiała. Tyle pieniędzy u swojego ojca nigdy w portfelu nie widziała. Zjedli kremówki w koktajlbarze i wypili truskawkowy koktajl na kefirze. Pochodzili jeszcze po innych sklepach, popatrzyli na Ratusz i mury więzienne przylegające do sądu.

— Jak będziesz niegrzeczna, to tu trafisz.

— Albo ty. Ja jestem bardzo grzeczną osobą.

Po osiemnastej ruszyli w dalszą drogę. Przejeżdżali obok Planetarium i nowo budującej się hali widowiskowo sportowej, fabryki opon samochodowych OZOS. Olsztyn dla Tośki wydawał się bardzo dużym miastem.

Rodzina cioci Stasi nie mogła się doczekać na ich przyjazd. Fiacik, zwany maluchem niby niewielki samochód był bardzo pakowny. Z bagażnika wyciągał prezenty dla dwójki dzieciaków, dla cioci, wujka, dla Antosi oraz inne bagaże. Było tego sporo, aż dziw, że wszystko się tam zmieściło. Tośka otworzyła dużą papierową torbę z jakimiś zagranicznymi napisami, gdzie było trzy rodzaje tkanin na spodnie, sukienki czy bluzki.

— Nie rzucaj się na mnie i nie dziękuj. To nie ode mnie a od mojej mamy.

Ciocia Stasia jest zobowiązana do końca wakacji uszyć ci z tego co zechcesz. Ciotce wręczył list od mamy, w którym prosiła, żeby w wolnych od pracy chwilach, uszyła dla Tosi jakieś ubrania.

Wakacje nieźle się zaczęły. Warszawa, Olsztyn i odpoczynek u cioci Stasi we wsi Małszewo, w gminie Jedwabno, powiecie szczycieńskim. Zjedli kolację, gadali, gadali i gadali, aż Tośce zaczęły kleić się oczy.

— Dziecko idź spać. Powiedziała ciocia Stasia.

— Hej Tośka, bierz ręcznik, idziemy nad jezioro. Popływamy, nie musimy potem się myć przed spaniem. Wieś, to nie wygodne łazienki i prysznice. To miski, balie i woda ze studni. Najlepsza woda do mycia w jeziorze, wyjątkowo czysta a o tej porze roku ciepła. Powiedziała Maryśka, córka cioci Stasi.

Mirek pierwszy się zorganizował i czekał na dziewczyny, by iść nad jezioro. Przeszli przez podwórko między zabudowaniami gospodarczymi. Tośka pierwszy raz zobaczyła niesamowite drewniane molo wychodzące z podwórka na wodę. Gdy stanęła i popatrzyła na kołyszącą taflę jeziora, zakręciło jej się w głowie. Wycofała się, zeszła na przybrzeżny piasek.

— Czy coś nie tak?

Zatroskany Mirek natychmiast znalazł się przy niej. Wyciągnęła lekko rękę, jakby wskazywała mu, że do tego miejsca to jej przestrzeń, której nie wolno mu przekraczać.

— Wszystko dobrze, spokojnie, tylko w głowie mi się kręci.

— Mirek, no chodź.

Zawołała Marysia.

— Delikatna mieszczka boi się wody.

Mirek wszedł  na molo, podbiegł na jego koniec i razem z Marysią wskoczyli do jeziora. Płynęli obok siebie oddalając się od brzegu. Tośka patrzyła na oddalające się osoby. Opłukała się nagrzaną słońcem wodą, wytarła ręcznikiem i wróciła do domu. Porozmawiała jeszcze chwilę z ciotką i położyła się na skraju łóżka. Natychmiast zasnęła. Marysia z Mirkiem wrócili na brzeg. Jeszcze długo rozmawiali, śmiali się, dokazywali.

Rano obudził ją chichot za drzwiami. Maryśka i mała Krysia wtargnęły do pokoju gdzie spała Tośka.

— Co tak długo spisz? Wstawaj, dzisiaj na śniadanie będzie węgorz.

Tośka otworzyła oczy. Zrobiły jej się ogromne, jakby chciały wylecieć z oczodołów. Zbladła. Zobaczyła na ręce dziewczyny długą, ponad metrową rybę. Myślała, że to wąż. Zakryła kołdrą głowę. Pomimo że miała tyle lat co miała, pierwszy raz widziała prawdziwego, dającego jeszcze oznaki życia węgorza. W jej domu ryby jadło się tylko w wigilię Świąt Bożego Narodzenia. W mieście, w którym mieszkała, było dwa sklepy rybne. Nigdy nie było w nich tłoku. Marysia zawsze wesoła i wielka psotnica musiała zauważyć przerażenie w oczach Tośki. Wycofała się z pokoju i dała jej spokój.

— Mieszczka boi się węgorza.

Powiedziała uradowana swojej mamie.

Ciocia Stasia na Mazury dodarła z nakazu pracy po skończonej szkole ekonomicznej. Tu założyła rodzinę i od lat mieszka. Dobrze wiedziała, że w kieleckim nie jadło się ryb w takich ilościach jak nad jeziorami, czy morzem.

Ciotka zaprosiła męża i młodzież na śniadanie. Wszyscy wcinali usmażonego węgorza i inne ryby. Tosia z ugotowanego jajka na miękko odcięła nożem górną część, zdjęła i położyła na talerzyku. Łyżeczką wybierała ze skorupki lejące żółtko a później ścięte białko. Na końcu zjadła odkrojoną część, która leżała na talerzyku. Przegryzała chlebem z masłem. Piła z kubeczka kakao, powoli, małymi łyczkami, jakby celebrowała smak. Dbała o to, by palce nie sterczały i nie odstawały od ucha kubka.

Po śniadaniu było losowanie, kto będzie zmywał naczynia. Wypadło na Mirosława. Bez problemu wykonał obowiązki dyżurnego i zadeklarował się, że może dzisiaj to robić po wszystkich posiłkach. Wszyscy się ucieszyli, choć Maryśce coś nie pasowało.

— Wiem, wiem dlaczego Mirek chce myć naczynia.

— Tak, masz rację, dlatego. Odpowiedział.

Maryśka zdębiała usłyszawszy taką odpowiedź. Nie drążyła tematu. Spojrzała tylko na Tośkę, która nie wiedziała o co w tym wszystkim chodzi. Ciocia Stasia pracowała w PGR. Nie poszła dzisiejszego dnia do pracy.

— Mam wolne i wam daję wolne. Od jutra trzeba będzie zwozić siano. Wszystkie ręce do pracy są potrzebne.

— Tośka nie da rady. Delikatna mieszczka będzie bała się żaby, która wyskoczy jej spod grabi, a może nawet i motyla. A jak zobaczy kroczącego łąką bociana, to pomyśli, że przyniósł komuś dziecko.

— Maryśka, nie bądź złośliwa. Skarciła ją mama.

— E tam złośliwa. Przecież widzę, że to takie chucherko, lżejsze od skrawka kartki urwanego z zeszytu. No ale jak się tak mało je, jedno jajeczko i kubeczek kakałka, to nic dziwnego, że się jest takim chuchrem. Boi się ryby, jeziora, ciemności i wszystkiego.

Jeszcze nie dodała, że boję się panicznie mężczyzn. Przeleciało przez myśl Tosi.

Była bardzo delikatna. Ostatnie, najmłodsze, chorowite, wychuchane przez starsze rodzeństwo dzieciątko rosło do pewnego czasu w błogim spokoju. Po śmierci mamy musiała życiu stawić czoła, nie jako herszt baba, ale jako dziewczyna, która sama powinna zadbać o swoją przyszłość. Rodzeństwo przez cały czas traktowało i traktuje ją jak małą, pokrzywdzoną przez los dziewczynkę. Nie musiała nigdy sprzątać w domu, myć naczyń po obiedzie, zmieniać pościeli, trzepać dywanów czy robić prania. Jej obowiązki to chodzenie do szkoły, uczenie się i zdawanie z klasy do klasy. Ojciec nie był do końca z niej dumny. Nie chciał nawet chodzić na wywiadówki, bo jak mówił, nie jest prymusem. Matematyka, polski, rosyjski to i owszem, ale chemia i biologia zawsze położone na łopatki. Bardzo często odwiedzał szkołę tej drugiej, o trzy lata starszej. Była najlepszą uczennicą w technikum i swoją nauką, również pracą społeczną podnosiła jakość pracy szkoły. Dwie siostry chodzące do średnich szkół, ale jak różne. Starsza, mniejsza od Tośki, potrafiąca rozpychać się łokciami, wiedziała, że nauka jest najważniejsza, dlatego zgarniała ją całymi garściami. Miała wyznaczony cel, dostać się na studia i wyjechać do Krakowa. Uniwersytet Jagielloński był w jej zasięgu ręki. Tośka zupełnie inna. Wycofana, wątła, bojąca się własnego cienia, prowadzona całe życie za rączkę, mało asertywna, chorobliwie nieśmiała. Nauka nie sprawiała jej trudności, ale nie potrafiła swojej wiedzy nigdy sprzedać za najwyższą szkolną ocenę. Każde niepowodzenie kończyło się omdleniami, bądź krwotokami z nosa i prawie zawsze płaczem.

Jako przyszła nauczycielka przedszkola uczyła się grać na pianinie. Nie miała instrumentu w domu W godzinach popołudniowych zmuszona była chodzić do szkoły, by ćwiczyć. Grała przyzwoicie i był to jedyny przedmiot szkolny, który lubiła. Ciągle skarżyła się nauczycielowi instrumentu, że pianina są rozstrojone. Mówili na nią Antonina, co rozstraja wszystkie pianina. Początkowo denerwowała się, nawet po kątach ryczała. Wychowawczyni podbudowała ją mówiąc, że to fajnie, że tak na nią mówią, to znaczy, że systematycznie gra, potrafi to robić i ma dobry słuch. Czuje instrument. Przedszkolne piosenki „Poszła Ola do przedszkola”, „Idzie Jaś, idzie Staś”, „Dwa kasztanki” i inne, to codzienny repertuar, który wygrywała dzieciom na praktykach w przedszkolu ćwiczeń.

— Tosia, idziesz z nami do lasu na jagody?

— Pewnie.

— Można tam spotkać żabę, zaskrońca, padalca, jaszczurkę.

Zaczęła straszyć ją Maryśka.

— Trudno. Można też tam spotkać pracowite mrówki, żuki i pająki na pajęczynach rozwieszonych między drzewami. Dopowiedziała Tośka.

— I jeszcze wiem, że najbardziej niebezpieczne gady, płazy i obleńce podobno są te, na dwóch nogach.

Tośka czasami miała cięty język. Musiała się jakoś bronić.

W ich rodzinie ojciec z dziećmi chodził na jagody, grzyby, jeżyny. Z lasu też przywoził drewno do pieca i do rozpałki pod kuchnią kaflową. Musiał w życiu mieć przecież jakieś obowiązki, poza hutą i skrzypcami.

Każdy od cioci dostał słoik a Mirek, jako najsilniejszy, dodatkowo białe emaliowane wiaderko. Już na samym skraju lasu było czarno od jagód. Dorodne, okrągłe granatowe kulki czekały, aby je zebrać do wiaderka. Ciotka i Marysia miały specjalne zbieraczki do jagód. Szło im bardzo szybko. Wydmuchiwały jedynie zielone listki. Pozostali musieli zbierać ręcznie. Ciotka Stasia, choć przyjechała na Mazury z kieleckiego, dobrze znała historię wsi i pobliskich miejscowości. Zaczęła opowiadać, że przed wiekami i przybyciem tu Krzyżaków okolice te zamieszkiwało plemię Galindów. Wieś została założona w 1383 roku na 50 łanach nadanych braciom, niejakiemu Janowi i Jakubowi. Jej nazwa pochodzi od jeziora, nad którym ją założono, w języku Prusów zwanego Malsobe. W XV wieku, jeden z kolejnych właścicieli — Jurga z Bratjan — zamienił Małszewo na 52 łany w Turznicy. Zakon Krzyżacki przekształcił wieś po części w wieś czynszową oraz po części w ziemiańską. Prawdopodobnie przed 1511 rokiem istniała we wsi karczma, a w 1601 roku wybudowano młyn. Niektóre źródła mówią, że młyn został wybudowany wcześniej. W późniejszym czasie ziemianie z Małszewa otrzymali prawo połowu ryb na Jeziorze Małszewo. Na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku utworzono Państwowe Gospodarstwo Rolne. Małszewo zaczyna od kilku lat wykorzystywać swoje położenie geograficzne i zwraca się ku turystyce. Pojawiają się pierwsze domy letniskowe. W lasach między dwoma wsiami Małszewo i Łajs przebiega „Szlak Tatarski”. To pokłosie wydarzeń, kiedy Małszewo ucierpiało podczas najazdu tatarsko — polskiego na Prusy Książęce w 1656 roku. Tędy jesienią tegoż roku podążali Tatarzy, grabiąc, łupiąc, zabijając miejscową ludność. Małszewo do 1945 roku nazywało się Malschöwen.

Warszawiaku i góralko świętokrzyska, jesteście więc na Mazurach, choć tuż, tuż jest granica prowadząca na Warmię.

— Och ciocia, słyszałam, że przy ognisku opowiadasz historię Warmii i Mazur. Chciałabym kiedyś posłuchać twoich historycznych opowieści.

— Pewnie. Czasami w wiejskiej świetlicy opowiadam dzieciakom historię Mazur, Warmii i Polski. Byłam również zapraszana do szkół. Nawet kiedyś był ze mną wywiad w gazecie.

— A skąd to wszystko ciocia wie.

Zaśmiała się.

— Jak człowiek coś chce wiedzieć, to wie. Są przecież książki. Jeżdżę do biblioteki do Szczytna i do Olsztyna. W Olsztynie korzystam z biblioteki uczelnianej, pedagogicznej i miejskiej.

Przy opowiadaniach ciotki, czas zbierania jagód upływał bardzo szybko. Tośka usiadła blada na mchu.

— Coś nie tak?

— Spokojnie, tylko lekko zakręciło mi się w głowie.

Mirek wsypał swoje jagody do jej słoika.

— Odpoczywaj, ja sobie dozbieram.

Wracając do domu, oprócz pełnego wiadra, każdy niósł ze sobą wypełniony, z meniskiem wypukłym słoik jagód. Dzisiejszy dzień jest jagodowy. Kluski z jagodami, pierogi z jagodami, które też lepiła Tośka, placek drożdżowy z jagodami, który upiekła ciocia i koktajl na śmietanie, specjalność Marysi.

— Kto cię tak ładnie nauczył kleić pierogi? Taka ładna koronka dodaje apetytu.

— Zawsze w kuchni pomagałam mamie. I to ona wydziwiała różne koroneczki na brzegach pierogów. Ta koronka jest dla pierogów z owocami i serem. Dla pierogów z mięsem, czy kapustą jest inna. Zademonstrowała, jak się ją robi. U ciotki pierogi kleiło się widelcem, nie było czasu na ozdobne zaklejanie. Według ciotki, koroneczki na pierogach to zabawa i strata czasu. Chociaż patrząc na takie cuda, ślinka sama leci. Dodatkowo jeszcze każdy mógł sobie pojeść jagody z cukrem i śmietaną. Po obiedzie, jak co dzień wylegiwanie się na molo. Tośka rozłożyła sobie leżak. Próbowała nie patrzeć na taflę jeziora. Jak zawsze, również i teraz ruchy fal wywoływały u niej mdłości. Wolała wpatrywać się w litery książki.

— Tośka, chodź popływać.

— Nie, dziękuję. Wolę odpoczywać po swojemu.

Mieszczkę pewnie znów boli głowa, albo coś w tym rodzaju. Może ma globusa albo innego histericusa, pomyślała Marysia. Kolejne dni nie były już tak sielankowe. Trzeba było zabrać się do pracy. Grabienie siana na łące nie było dla Tośki ciężkie. Nie zmuszano jej jednak, aby układała go na furze a potem jechała na szczycie naładowanego po brzegi drabiniastego wozu. Zresztą, w każdej trudnej sytuacji przychodził jej z pomocą Mirek. Zauważyła to Marysia i choć początkowo chichotała się z tego, z czasem, dała sobie na spokój. W sobotę wieczorem, we wsi zorganizowano zabawę z kapelą ludową. Oczywiście poszła na nią cała rodzina, z ciocią, wujkiem, Marysią i małą Krysią, no i oczywiście Mirek z Tosią. Wiejska zabawa to zabawa wielopokoleniowa. Przychodzą całe rodziny, by odpocząć i oderwać się od ciężkiej pracy na roli. Dziewczyny zestroiły się w sukienki. Tośka miała jasną sukienkę w granatowe cętki, z przedłużanym stanem. Spódniczka plisowana w czasie tańca czasami za wysoko się unosiła, ale nigdy tak, żeby było widać majtki. Mirek był cholernie szarmancki. Najpierw poprosił do tańca ciotkę, oczywiście wcześniej pytając o pozwolenie wujka. Potem Marysię i młodszą Krysię. Przecież był u nich gościem. Ostatnią w kolejności była Tośka, ale za to obtańcowywał ją do samego końca imprezy. Ładnie tańczył, miał poczucie rytmu. Zauważył, że w tańcu musi być chociaż minimalna przestrzeń między ich ciałami. Gdy Tośka czuła spoufalającą bliskość, odsuwała się.

— Tosia, już niedługo wracam do Warszawy. Będę za tobą tęsknił. Tu jest tak super. Postaram się do końca wakacji przyjeżdżać w piątki późnym popołudniem i będę wracał do Warszawy w niedzielę.

— A czemu tak będziesz kursował? To sporo kilometrów.

— Bo wiem, że potrzebujesz opiekuna. Maryśka nie da ci spokojnie żyć. To wiejska dziewczyna i trochę zazdrosna o twoją delikatność, subtelność, poczciwość. Jesteś taka anielska i ją to po prostu drażni.

Na policzkach Tośki pojawił się delikatny rumieniec.

— Nie przesadzaj. Jestem normalną, najnormalniejszą na świecie dziewczyną. Dam sobie radę z Maryśką. Dla mnie nie musisz się fatygować. Psychicznie staram się być silna i nie daję sobie wejść na głowę. Zresztą nie takie przeciwności losu odpierałam. Dla mnie nie musisz się poświęcać.

Czy ta dziewczyna ma oczy? Czy ona naprawdę nic nie rozumie? Cmoknął ją w policzek. W tłumie nikt tego co prawda nie zauważył, ale poczuła się jeszcze bardziej zawstydzona.

W niedzielę wrócili ze spaceru. Przedpokój wypełniony był smakowitym zapachem pieczonej kaczki. Maryśka pomagała mamie. Obłok pary wydobywający się z odcedzanych ziemniaków roznosił się po kuchni i osadzał na szybach.

Na stole było kolorowo. Półmisek ze złocistą kaczką ułożoną na sałacie. Talerze białe z motywem różowych kwiatków, taka sama waza z zupą i dzbanek z kompotem. Rosół, ziemniaki do kaczki, dwie miski sałaty ze szczypiorkiem i rzodkiewką, kompot z jabłek. Wszystko pyszne, palce lizać.

Późnym popołudniem, swoim błyszczącym, czerwonym fiacikiem, Mirek odjechał do Warszawy. Tośka wiedziała, że teraz będzie musiała sama stawić czoła przytykom Marysi. Nikt jej nie będzie bronił. Kolejne dni upływały w spokoju i pracy. Ciotka nie pozwoliła jej się forsować.

— Potrafisz oskubać kurę z piór? Zapytała Marysia.

— Nigdy tego nie robiłam, ale jak mi pokażesz, to pewnie podołam.

— Nie jadacie kur w mieście?

— Jadamy, ale nigdy nie widziałam, jak się to robi.

Zabitą na drewnianym pniaku kurę, z wiszącym łbem przyniosła na werandę. Trochę Tośkę zemdliło, ale stawiła czoła. Kolejno tak, jak jej pokazała, pióro po piórze, skubała wcześniej oblanego gorącą wodą ptaka. Zapach nie przypominał perfum „Być może” ani żadnej innej wody kolońskiej.

— Jak chcesz, to możesz popatrzeć, jak się patroszy kurę.

Marysia naostrzyła nóż na osełce. Taką samą wujek ostrzył kosę. Przecięła kurę od strony brzucha w dwóch miejscach, przy szyi oraz kuperku i ręką wypatroszyła wszystkie wnętrzności. Odcięła od reszty serce, żołądek, wątróbkę. Pozostałość wrzuciła do wiadra, gdzie były kurze pióra. Pokazała Tośce jak trzeba wyczyścić żołądek. Nacięła go i wyskrobała jego treść. Wewnętrzną, szaro żółtawą skórę trzeba zerwać do końca, bo inaczej będzie zaciągało goryczką.

— Jeśli możesz, skocz do ogródka i przynieś warzywa.

— Jakie?

— Wszystkie, które potrzebne są do rosołu.

Marchewka, pietruszka są jeszcze małe, ale je przynieś. I urwij z kapusty włoskiej jednego liścia. A z selera urwij tylko nać, nie wyrywaj całego. Pora też całego nie wyciągaj z ziemi, tylko kilka liści urwij. Niech do jesieni jeszcze rośnie. Tośka przyniosła wszystkie warzywa o których mówiła Marysia, dodatkowo cebulę i czosnek. Obrała, wymyła, wrzuciła do garnka poza cebulą, którą wrzuca się pod koniec gotowania.

Marysia położyła na stół stolnicę i wałek. Przyniosła mąkę, jajka i wodę. Zaczęła ugniatać ciasto na kluski. Tośka usiadła na krześle przy stole i patrzyła na jej zwinne ręce. Podsuszone placki ciasta zwijała w rulon i energicznie kroiła w cienkie, długie nitki.

— Trudno żyć bez mamy?

— Bardzo. Choć minęło już kilka lat, nie mogę się z tym pogodzić. Najgorzej było na samym początku. Myśl o tym, że została zakopana pod kupą piachu, że leży w ciemnym, zimnym grobie przejmowało mnie niepokojem, strachem, przygnębieniem. Czułam się z tym okropnie. Później, ciągle w samotności rozmyślałam, że pewnie można ją było uratować. Nie mogłam spać, miałam senne mary, problemy z koncentracją uwagi, kłopoty z nauką, bez przerwy coś mnie bolało.

— Też bym nie potrafiła pogodzić się z taką sytuacją.

Szczerze ze sobą rozmawiały. Tosia zauważyła, że po wyjeździe Mirka, kuzynka stała się dla niej zupełnie inna. Teraz ona przejęła nad nią opiekę i jej pomagała.

— Nie gniewasz się, że mówię czasami