Złotowłosa czarownica z Glarus - Leo Belmont - ebook

Złotowłosa czarownica z Glarus ebook

Leo Belmont

5,0
9,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj historię Anny Göldi – ostatniej „czarownicy" skazanej na śmierć w Europie. 13 czerwca 1782 roku w Glarus odbyła się egzekucja ostatniej kobiety oskarżonej o czary w Szwajcarii. Annę na szafot zaprowadziły zmyślone zeznania kilkulatki, którą piastowała.

Leo Belmont stworzył fabularyzowaną opowieść o życiu i tragicznej śmierci Anny Göldi, ubierając ją w ramy romansu kryminalnego. Jak pisze autor w przedmowie, jest to próba zbudowania pomnika symbolicznej ofierze – jednej z milionów, które zginęły niewinnie, nie rozumiejąc za co. Opowieść o Annie Göldi jest próbą przywrócenia głosu tym, które zostały zapomniane. Przypomina o mrocznych, niechlubnych czasach, gdy żadna z europejskich kobiet nie mogła czuć się bezpiecznie. Jest też przestrogą dla współczesnych. Pokazuje dokąd prowadzą uprzedzenia, naiwność zabobonów i zwykła nienawiść wobec drugiego człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 297

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Leo Belmont

Złotowłosa czarownica z Glarus

Saga

Złotowłosa czarownica z GlarusZdjęcia na okładce: Shutterstock Copyright © 1932, 2019 Leo Belmont i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711676974

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Czcigodnemu Człowiekowi, malarzowi czarownic

MARJANOWI WAWRZENIECKIEMU

to dzieło wdzięcznem sercem poświęcam.

Ja zabitą prawdę stroję w krepy..

Tłum Twych widzów, o Mistrzu, był ślepy! —

Bo nie dojrzał przez przepych Twych barw,

Że-ś jest Światła ognistym probierzem,

Że-ś był w walce o Prawdę szermierzem,

Zdarł z przesądów wiekowych sto larw!

Idjotyczne szemrały wciąż głosy:

Przecz malujesz tortury i stosy,

Zamiast kwiatów z bezmyślności łąk?

Nie widziano, że stawiasz ołtarze

Świętej Prawdzie — że Twój pędzel karze

Złą ciemnotę, tę twórczynię mąk!...

Tyś mi rzekt — a jasne miałeś lice, —

Że nie zgasną moje błyskawice,

Słów mych gromy znajdą jutro wtór...

Jutro! jutro!... o, marna pociecho!

Lecz wystarcza, że w Twem sercu echo, —

Kiedy-ś słuchat — obudził mój twór!

Twoją barw, a moją słów jest zbroja...

Ale poszła ,,Czarownica“ moja

Przez Twych natchnień, przez Twej myśli szlak

Z łzą i grotem śmiechu — między ślepych...

Idąc, Tobie za barw Twoich przepych —

Krwawą głową, daje bratni znak!

Leo Belmont.

PRZEDMOWA AUTORA.

Krew mrozi w żyłach ta opowieść, jakkolwiek przebiega niekiedy szlakami humoru, bawi, śmieszy, zadziwia, zanim napnie się do najwyższego szczytu tragedji, aby targnąć sercem czytelnika, wycisnąć łzy niepowstrzymane, wstrząsnąć myślą, pozostawić niezatarte wspomnienie głębokiej nauki o zbiorowej psyche ludzkiej w dziwacznych gzygzakach jej powolnego rozwoju, w poszukiwaniu prawdy, która jawi się oku w coraz to innych kształtach błędnych ogników wieczystej złudy. Jest ona w każdym calu wolnomyślicielską, ale jest czemś znacznie więcej, aniżeli to zdawkowe określenie krótkowidztwa — bądź przyklaskującego jej walce z zabobonami wszystkich wiar, bądź żachającego się przed jej rzekomem zuchwalstwem, obnażającem grzechy wszystkich wyznań — powiedzieć może. Sięga bowiem dalej, niż mówią pozory: nie chodzi tu o walkę z ciemnotą i krzywiznami kleru, tak wpływowego w dziejach, a popychającego tylekroć masy do szału i zbrodni, bądź nieświadomie - zbożnie, bądź też świadomem oszustwem w celach zazdrośnie bronionej potęgi i chciwości materjalnych zysków. Stoi ona na tej wyżynie, z której padł bolesny i litościwy okrzyk zadumy mędrca nad bezradnością umysłu ludzkiego, dręczonego majakami wyobraźni od wyjścia z kolebki aż po dzień dzisiejszy drobnych promyków światła, przedzierających się przez ocean mgły i krwawe topieliska bratobójczych walk we wszystkich epokach i na wszystkich pasach globu — ów okrzyk:

,,Niechaj nikt się nie pyszni, że ludzką złość i głupotę

,,Zdołał zgłębić do dna... albowiem jest nieskończona“. 1 .

W głównych zarysach, w linjach zasadniczych, powieść nasza, aczkolwiek wydaje się stekiem nieprawdopodobieństw, opiera się najściślej na faktach historycznych, na zeznaniach świadków, zapisanych w aktach procesu rzekomej czarownicy Anny Göldi, nieszczęśliwej służącej doktora praw w Glarus, którą zaprowadziło na szafot — rzecz nie do wiary! — oskarżenie z ust dziewięcioletniego dziecka, złośliwej i histerycznej dziewczynki, Miggeli Tschudi. W genialnej książce W. E. H. Lecky‘ego „Dzieje Wolnej myśli w Europie“, najwybitniejszego znawcy historji powstania i stopniowego zaniku wiary w czarnoksięstwo, do tej właśnie sprawy stosuje się znamienny przypisek autora na str. 66, oparty na podaniu Micheleta w księdze „Sorcière“:

„Ostatni sądownie przeprowadzony wyrok śmierci w Europie odbył się podobno w Szwajcarji w r. 1782. Ostatnia ustawa, odnosząca się do czarów, Statut irlandzki, została zniesiona dopiero w 1821 r.“ 2

Dodajmy szczegół charakterystyczny: wyrok na Annę Göldi padł poza ustawą, już zniesioną na ziemiach Szwajcarskich, zapomocą intryganckich naciągnięć procedury. Przedostatnim krajem, który poszedł śladami protestanckich Niemiec, znoszących oskarżenia o czary potem, gdy najsrożej zapisał się we wściekłych podrygach prześladowania nieszczęśliwych, Bogu ducha winnych, zidjociałych lub histerycznych kobiet, niemiec, inkwizytor Sprenger, autor wiekopomnego ,,Młotanaczarownice“ i kodyfikator ustaw, wymuszających zeznania odnośne torturami — była Polska w roku drugiego rozbioru, a więc za rządów światłego króla Stanisława Augusta. Dopiero pod koniec tych rządów zagasły ognie ostatnich stosów, na których skwierczały palone żywcem ciała osądzonych przez gminę pod przewodem dziedziców włościanek, z których jednej „przyśniły się anioły, ugniatające w nieckach ciasto“ — druga „nocką rzuciła pchły na oborę sąsiadki, rażąc bydło“ i t. p. — bo takie były zarzuty i dowody czarowania. 3

Tedy w utrzymaniu okrutnego zabobonu, który zresztą gdzieindziej na cywilizowanym zachodzie pochłonął znacznie więcej ofiar dzięki większej sprawności sędziów duchownych i świeckich — dała się Polska „wyprzedzić“ tylko równie katolickiej Irlandji.

Zatem ów ostatni proces o czary w Glarus datą swoją zbliża się niemal do progów roku 1789-go, kiedy to powiał nowy duch genjuszu, dążącego śladami sceptyka Montaigne‘a i wielkiego wątpiciela Hobbesa — zwycięski duch Woltera, i wymiótł z zatęchłych kątów ostającego się pod koniec XVIII wieku średniowiecza cuchnące śmiecie barbarzyństwa i niewoli duchowej, zanim w pomście za kajdany przeszłości popadła Francja w podrygi szału na nowem tle: rzekomej „wolności i równości“, przeobrażających się w potokach krwi w nowy rodzaj tyranji pod dyktaturą „pilnującego praw Opatrzności“ Robespierre‘a.

Jako pono ostatni, proces ów posiada znaczenie poprostu symboliczne. Akta jego ogłosił, opatrując je złośliwemi komentarzami niepośledniego umysłu autor ,,Ludzkiej Tragikomedji“, świetny stylista i zajmujący historjograf, Johann Scherr. 4 Po materjał do naszej powieści sięgnęliśmy do jego rewelacyj.

Oczywiście wypadło nam suchość kronikarskiego sprawozdania zastąpić opowieścią barwniejszą — odtworzyć psychologję wieków, podających wiarę oskarżeniom o czary, ku czemu tak wybornie posłużyło nam dzieło Lecky’ego, — uwyraźnić ducha epoki i koloryt miejsca, ożywić charaktery ludzkie uczestników tej tragedji dziejowej. Musieliśmy powołać ku pomocy przenikliwość wyobraźni, która uprawnia i zarazem zobowiązuje twórcę romansów historycznych do odgadnięcia tego wszystkiego, co stanowi lukę w skąpych dokumentach historycznych; należy bowiem mieć na względzie, że za kulisami tragicznego procesu ukryły się mnogie sprężyny indywidualnej i zbiorowej psychologji, które spowodowały fatalny efekt: cała historja choroby „urzeczonego“ dziecka jest wysoce zagadkowa — tak bardzo tajemnicza, że bodaj my, współcześni, bylibyśmy gotowi skazać biedną Annę Göldi za czary, gdyby nie ustąpił był duch łatwowierności i nie kazał nam szukać innych, naturalnych dla nas przyczyn wypadku, odmiennych od tych, które były naturalnemi dla najświatlejszych głów minionego czasu i danego miejsca. Wypadło w zgodzie z naszą obecną znajomością psychopatologi odbudowywać zdarzenia niewidoczne i niezrozumiałe dla oczu współczesnych procesowi — ożywić postaci, odgadnąć przeszłość „winowajczyni“ z jej lakonicznych wypowiedzeń przed sądem i niedopowiedzeń aktów sądowych; trzeba było idee owej epoki, że tak rzekę, postawić na nogi żywych ludzi. Odgadująca w ten sposób fantazja winna stać się prawdziwszą i rzeczywistszą, niż sama prawda, ubogo wypowiadająca się w urywkach pozostałych na piśmie danych dokumentalnych i w nieśmiałych hipotezach ścisłej historjografji.

* * *

Zbudowaliśmy tedy pomnik naiwnej i nieszczęśliwej prostaczce, pracowitej służącej Annie Göldi, pisząc romans kryminalny jej życia. Jako symboliczna ofiara — jedna z miljonów, dosłownie z miljonów, które zginęły podobnie za nic, nie rozumiejąc, za co ginęły niewinnie, jak ci, którzy je skazywali, nie rozumieli okrucieństwa i niesprawiedliwości swoich wyroków — zasługuje ona z pewnością na to, aby jej los wraził się w pamięć ludzką pod jej imieniem symbolicznem, ku nauce i przestrodze wieków przed fanatyzmem i krwiożerczością, rozszalałemi w imię „idei“. Niechaj choćby Jedna imienna na kartach powieści przemówi do mas swoją męką, niech stanie się ofiarą wykupną za grzechy mas — gdyż masy grzeszą, idąc na pasku prowodyrów ciemnoty i rozpalając w niszczący żar iskry siane przez tamtych — niechaj zastąpi wspomnienie tylu, tylu innych bezimiennych, których krzywdy nikt się nie ujął, których mogił nikt nie zna, które zostały zapomniane na wieki, którym odmówiła imion skąpa sprawiedliwość historji, których prochy rozwiały wszystkie wiatry świata, na których nazwiska natrafia jeno rzadki szperacz, grzebiący się w kurzach archiwów sądowych, w nieodwiedzanych zakątkach starych bibljotek, w ocalałych wypadkiem od pożarów, od zębów szczurzych i od niszczącego działania czasu — resztkach szpargałów...

Cudowne słowa poświęcił tym wszystkim nieszczęśliwym wspomniany wyżej Lecky:

„Gdy pomyślimy o niezliczonych męczennikach, którzy zginęli w więzieniu lub na stosie, o miljonach tych, którzy padli w wojnach religijnych, o zarodkach niezniszczalnej niemal nienawiści, które rzucone zostały między tyle szlachetnych narodów, — los kilku tysięcy niewinnych ludzi, żywcem spalonych w tym, lub owym kraju, w epoce zamierzchłej — może nam się wydać stosunkowo drobnostką.

„A jednak żadne chyba ofiary nie znosiły mąk tak strasznych i tak zupełnie pozbawionych wszelkiej ulgi. Dla nich nie istniała siła dzikiego fanatyzmu, hartująca duszę dobrowolnych męczenników idei na niebezpieczeństwa i znieczulająca nawet ciało na cierpienia. Nie istniała nadzieja wspaniałego żywota w wieczności, dozwalająca męczennikowi w uniesieniu egzaltacji widzieć w buchających płomieniach ognisty wóz Eljasza, na którym duszą wzleci ku niebu. Nie istniała nawet ta marna pociecha, że przyjaciele opłakiwać będą ich stratę, ani świadomość, że pamięć ich zazna szacunku i współczucia potomności. Umierali samotni, znienawidzeni, nieżałowani. Cała ludzkość uważała ich za najgorszych zbrodniarzy. Najbliżsi nawet krewni cofali się przed nimi, jako przed wyrzutkami i wyklętymi. Przesądy, nabyte w dzieciństwie, mieszały się ze złudzeniami starości i grozą położenia, każąc im często wierzyć, że są istotnie zaprzedani djabłu i oto swe męczarnie na ziemi zamienić mają na mękę równie straszną a wieczną — w piekle...

„Należy zważyć przytem, jaką grozą zabobon czarów przejmować musiał szerokie masy, wżyć się w okropną trwogę matki, wierzącej, że istota przez nią obrażona a niewidzialna (za lada zboczeniem ze szlaków pobożności) posiada moc zdruzgotania przedmiotu jej umiłowania — dziecka w jej łonie, wyobrazić sobie przedewszystkiem, jak straszny cień rzucać musiał na ludzi sam lęk przed oskarżeniem i jaką goryczą zatruwał osłabione siły starości, smutną dolę samotności i opuszczenia. Wszystkie te cierpienia były wynikiem jednego jedynego zabobonu, który został zniesiony przez ducha racjonalizmu“. 5

Czy zupełnie zniszczony?... czy upiory nie odradzają się stale w innych, przecież analogicznych kształtach? Nikt sumiennie badający życie, nie waży się zaprzeczyć z ręką na sercu, iż stare szkodliwe dla postępu życia błędy pokutują w myśli rzekomych nauczycieli cnót i „prawdy“, w sercach ciemnych i zawsze gotowych do zbrodni mas!

A dlatego — budując pomnik Złotowłosej Czarownicy z Glarus — jednocześnie przy całej naszej wyrozumiałości na błędy ślepej wiary, uderzyliśmy z należytą mocą w źródła, z których wygląda po dziś dzień upiór ciemnoty i stale wynikają odrodzone zbrodnie nienawiści międzyludzkiej, chociażby owe źródła temu lub owemu wydawały się szczerze świętością, lub obłudnie podawane bywały za świętość celem wyzyskania głupoty tłumów.

Nie znaczy to jednak wcale, abyśmy chcieli puszczać wodę na młyn nowego rodzaju fanatyków — fanatyków świeckiego autoramentu, którzy wymyślili sobie nowe gatunki heretyków i czarowników już w innych dziedzinach życia, a którzy — brodząc po kostki we krwi — śmią twierdzić zuchwale, iż wiodą w ten sposób ludy do ideału prawdy i szczęścia. A tworzą li dla życia narodów nowe ciasne formułki, nowe dogmaty teoryjek, nowe więzy dla myśli ludzkiej — nowe „nienaruszalne“ świętości!...

Leo Belmont.

Dn. 20 października 1931 r.

CZĘSĆ PIERWSZA.

ROZDZIAŁ I.

Kazanie, które nie ustaje przez dwa tysiąclecia...

„...Gnojowiskiem żądz jest ciało twoje!... O nędzniku pyszny! jeszcze chadzasz po świecie, dumny i wyniosły... I nie myślisz o tem, że śmierć przyjdzie po ciebie niespodzianie, może w tym roku, może w tym miesiącu, może w tym tygodniu jeszcze — i złupi cię z wszelkiej ozdoby twojej, czy to z wdzięków twarzy, czy z wziętości u ludzi, czy z wyniesienia władzy, czy z wszelakich innych wielkości tego świata; złupi cię ze wszystkiego i ciśnie tobą, zgniłym i cuchnącym trupem, w grób ciemny, gdzie nie będziesz już jaśniał ani światłością, ani wielmożnością twoją; lecz będziesz pastwą robactwa i kupą gnoju, wreszcie garstką popiołu — i znikniesz!“...

W przednich ławach, w których usadowiła się elita stołecznego miasta kantonu Glarus, bladły twarze męskie, chyliły się głowy kobiet. Gdzieś w dalszych szeregach ław, zajętych przez prostactwo, słychać było pojękiwania i cichy płacz bab; surowe oblicza pracowitych Szwajcarów stawały się bardziej jeszcze posępne; stwardniałe od roboty ręce zaciskały kurczowo udzielane przez zarząd zboru na czas nabożeństwa modlitewniki. Cała świątynia, zatłoczona przez pobożnych, była jednem zasłuchaniem się w słowa kaznodziei.

Ten, który grzmiał tak nad głowami swoich owieczek z wyżyn rzeźbionej z czarnego drzewa kazalnicy i piorunowem słowem roztaczał wizje nieubłaganej śmierci, — był jeszcze człowiekiem młodym; mógł mieć lat najwyżej 25, a cieszył się już sławą pierwszorzędnego teologa i krasomówcy. Twarz jego, blada i szczupła — twarz ascety — nosiła znamię swoistego piękna: była niejako prześwietlona „uduchowieniem“. Oczy, osadzone głęboko, płonęły, jak dwie żagwie. Ciemna opończa obwisała na jego chudej postaci; jeno u szyi bielały na niej zwisające końce tradycyjnej pastorskiej befki. Wydawał się niby cieniem, oderwanym od olbrzymiego cienia, który na gołych ścianach starodawnego kościoła, przejętego w czasach Reformacji przez zbór ewangielicki od stopniałej gminy katolickiej, — odznaczał się przez grę świec, zapalonych na skromnym ołtarzu. Nad ołtarzem, oczyszczonym od licznych rzeźb i malowideł świętych poprzedniego kultu, zwisał od stropu jedyny tutaj obraz: Jezus, zdejmowany z krzyża przez gromadkę wiernych uczniów; — obok zalane łzami Macierz Boża i pokutnica święta, Magdalena.

Pastor odchrząknął, wyciągnął subtelne palce obu rąk i rzucił ponowny grom na głowy słuchaczy:

„A czyliz opływający we wszystkie skarby i rozkosze, we wszelką cześć i sławę, we wszelką władzę i potęgę, Król Żydowski, Salomon, nie ogłosił był światu:

„Marność nad marnościami i wszystko marność!“ Nie pouczył-że nas o znikomości wiekopomnej słowy: ,,Jakoś wyszedł nagi z żywota matki swej, tak wrócisz, a nic nie weźmiesz z pracy swojej“. 6

,,O głupi człowiecze, wspomnij na słowa proroka Jezajasza: „Stargana jest do piekła pycha twoja, upadł trup twój: pościelą twoją będą mole, a przykryciem twojem — robacy!“ 7

,,Idź-że, duszo moja, do grobu swego i oglądaj przed czasem trup swój. Przyjrżyj-że się nareszcie, człowiecze, czem jest to cielsko twoje, dla miłości którego wystawiasz się na niebezpieczeństwo potępienia wiecznego! Spójrz: to dwie studnie robactwa — to były oczy twoje, może bezwstydne, ciskające strzały na zabicie niewinności, miotające błyskawice ognia wszetecznego! Te czarne strzępki przegniłego mięsa — były to usta twoje, lubieżne i łakome, i ten twój język złośliwy a brudny! To wielkie gniazdo robactwa — to był brzuch twój, któregoś miał za Boga twego!“.

Opasła jejmość, o twarzy, zapłyniętej tłuszczem, z dwoma nad miarę wydatnemi podbródkami, licząca przeszło czterdzieści wiosen, w przestronnej różowej sukni, zdającej się morzem falbanek, poruszyła się tak żwawo na galerji i tak głośno cmoknęła z zachwytu, że zwróciło to niemal powszechną uwagę. Aptekarz, siedzący na dole, podniósł łysą głowę o klinowatej bródce, spojrzał na wzruszoną głęboko damę świdrującemi oczkami i nie bez złośliwości pomyślał:

,,Ma na myśli swoją połowicę“.

W istocie dama, która zajmowała stale co Niedziela miejsce na galerji nawprost kazalnicy, aby nie tylko słyszeć każde słowo, ale widzieć dokładnie podczas kazania wymownego pastora — była małżonką tego ostatniego. Jej łakomstwo stało się przysłowiowem w mieście Glarus i powszechnie żałowano nowego kaznodzieję, wezwanego z gminy Zurichskiej przed paru miesiącami zaledwo, z powodu tak niedobranego małżeństwa. Wtajemniczeni jednak rozumieli konieczność losu: ubogi seminarzysta, pałający chęcią naprawienia grzesznego świata, a nie znajdujący pola dla rozwinięcia swoich naturalnych zdolności i podjęcia swojej przyrodzonej misji, poślubił przed kilku laty postarzałą wdowę superintendenta w Zurychu, co otworzyło mu wreszcie wrota karjery duchownej w przepełnionych kadrach kleru i utorowało drogę do objęcia probostwa w gminie Glarus. Aptekarz, jedyny w tem mieście człowiek, zarażony skrycie nowinkami genewskiemi, które z lekkiej ręki zmarłego przed trzema zaledwo laty (w roku 1778) pana Voltaire‘a już rozlewały się niszczącym jadowitym potokiem na arystokrację Francji, — nie zdając sobie sprawy z tego, że mówca trawestował ustęp o ,,brzuchu“ z listu św. Pawła do Philippensów (Rozdz. III, 19), zastosował go swobodnie w myśli do małżonki pastora. Nikomu jednak nie zwierzyłby się ze swawolnej swojej interpretacji, gdyż był człowiekiem rozsądnym i praktycznym, nie zamierzał wcale narazić się na utratę klienteli w pobożnem miasteczku Glarus, a może i na inne niedogodności zbyt swobodnego trybu myślenia. Dbały o dobra doczesne, nie przepuszczał nigdy nabożeństwa niedzielnego w kościele, gdzie tyle prawiono o dobrach wiecznych. To też kiedy obok niego siedzący doktór praw i sędzia z „trybunału pięciu“ Ruodeli Tschudi, zauważył po przytoczonym ustępie: „Cudownie mówi!“ — aptekarz obłudnie naśladował cmoknięcie pani pastorowej Bleihand i potwierdził:

— „A, cudownie!“

Nie było przyjętem wogóle krytykować kazań, a tembardziej, mieć wątpliwości co do krasomówstwa pastora Bleihand, który w istocie władał słowem religijnem niepospolicie i w ciągu kilku tygodni zawojował opinję całej inteligencji w Glarus. Miejscowy kanonik katolicki Haller zasłyszał coś o potędze kaznodziei ewangielickiego, a zetknąwszy się z nim przypadkiem i usłyszawszy odeń niezwykle tolerancyjne wyznanie, że ,,pomimo wszelkich różnic dogmatycznych między obu kościołami“, uczony teolog wiary Luterańskiej, „nie waha się wzorować kazań swoich na stylu ćwiczeń duchownych św. Ignacego, chwały Kościoła Rzymskiego“ — uczynił nawet próbę zjednania go dla opoki św. Piotra, jako że ta w Glarus, niestety, pozbawioną była mówcy, tak potężnie działającego na serca i umysły. Ale ten szczery a niezwykły z ust przedstawiciela innej konfesji komplement rozbił się o „upór luterski“ znakomitego kaznodziei. Kanonik z odrobiną zazdrości, o ile ta przystała stanowi duchownemu i potrafiła być w trosce o własne owieczki piękną, myślał o tem, jak ,,przybysz z Zurychu“ zagarnia pod skrzydła swego wyznania rzesze ludzkie, powodując nawet liczne odstępstwa od „jedynie prawdziwej wiary“ śród miejscowych katolików.

Pastor Bleihand malował obecnie przed słuchaczami wizje piekła, grożącego niewiernym w myśl słów ewangelji św. Mateusza:

„Idźcie ode Mnie przeklęci, w ogień wieczny, który zgotowany jest djabłu i aniołom jego. 8 .

„Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem przestronna jest brama i szeroka droga, która prowadzi na zatracenie, i wielu jest, którzy nią wchodzą. 9 .

Na tej części kazania odbiły się płomiennym stylem i wiedzą doskonałą o życiu pozagrobowem studja Bleihanda nad ćwiczeniami św. Ignacego Lojoli. Nie podając źródła — jako że pożyczka obrazów w zamiarach tak budujących była całkiem usprawiedliwioną i źródło nie odgrywało roli — pastor głosił zebranym:

„Aniołowie po pierwszym i jedynym i samą tylko myślą popełnionym grzechu wrzucani są do piekła na wieki; a tobie nędznikowi Bóg tysiące grzechów, najszkaradniejszych gizechów, najłaskawiej odpuścił!“ 10

„...Ale kara wieczna nie minie cię, grzeszniku. Dusza twa goreć będzie w ogniu wiecznym!

„Lecz czem-że w porównaniu z utratą szczęścia oglądania Boga w niebie są wszelakie ognie i stosy smolne, nagotowane dla ciebie w piekle? 11

„Boleść z tej utraty jest nieskończona!

„Miljony wieków przepłyną, a z morza wieczności nie ubędzie ani kropla jedna. Miljony miljonów wieków nie skończą, a potępieńcy zawsze będą potępieńcami... 12

„Jako przyrzeki był prorok Izraelski: „aby wiedziało wszelkie ciało, że Ja, Pan, dobyłem miecza mego z pochew jego, który nie może być wrócon... 13

Blada twarz mówcy stała się jeszcze bledsza. Cień na pobielanej ścianie zdawał się rosnąć bez końca. Kaznodzieja trząsł się w transie natchnienia, opisując mroki, ognie, lody i tortury piekieł z potęgą wizjonerską Danta — sięgał do pisarza z II wieku po Chrystusie, który pouczył wieki całe nieśmiertelnemi słowy o rozkoszy, jaka będzie udziałem sprawiedliwych i zbawionych, gdy oglądać będą z wyżyn nieba owe męki potępieńców wiecznych:

„Jakże wspaniała będzie ta scena! Jakże będę się śmiał i radował! Jak triumfować będę, gdy grzesznicy płonąć będą w ogniu stokroć gorszym, niż ten ziemski, w którym palili świętych!... Wtedy tragicy pogańscy wydawać będą jęki straszniejsze, niż te, co ongi rozbrzmiewały w teatrach, a zręczność komedjantów uwydatni się jeszcze lepiej, gdy płomień uczyni ich zwinniejszymi! 14

Przerażenie i groza padały na pobladłe twarze słuchaczy. Kilka dziewcząt w głębi mrocznej nawy zaniosło się płaczem. Mężczyźni bili się ze skruchą w piersi. Starsze kobiety przyklękały.

W kościele, wypełnionym ludźmi po brzegi, zrobiło się duszno. Majestatyczny kustosz, pomny na nierzadkie wypadki omdlenia podczas kazań, postąpił na palcach ku drzwiom i otworzył je naoścież — zwłaszcza mając na uwadze, iż bliski był koniec nabożeństwa.

Struga świeżego powietrza wdarła się zwycięsko do świątyni. Przed oczyma kaznodziei, wyprostowanego na kazalnicy, zarysowały się czarowne, zielone wzgórza — białe domki, rozsypane na zboczach i w dolinie, — cały uśmiechnięty w złocie strzał słonecznych plac przed kościołem — i na horyzoncie wspaniałe szczyty gór, zarosłe kędzierzawą krasą sosen i świerków, powyżej spowite wiecznym śniegiem, skrzącym się w tej chwili w świetle pogodnego jesiennego poranka.

On jednak, zda się, nie widział całego tego piękna — tych bujnych skarbów życia, rozsypanych szczodrą ręką Niewiadomego Stwórcy...

On mówił o stosach piekielnych i wiecznych mękach grzesznego ciała... o śmierci i karze zagrobowej, jako spuściźnie pierworodnego grzechu, grzechu wypędzonych z raju naszych rodziców!...

ROZDZIAŁ II.

Dziewczyna, która śpiewa.

Mówca wzburzony umilkł na chwilę i wielką kolorową chustą obcierał pot z wysokiego czoła.

A w tej samej chwili stało się coś dziwnego...

Przez otwarte wrota świątyni wpadł do wnętrza śpiew...

Nie żaden śpiew pobożny — ale prostacka swawolna piosenka, jedna z tych, od których Glarus już był odwykł za ostatnich miesięcy pod cnotliwemi wpływami nowego proboszcza. Albowiem w kawiarniach prowadzono teraz stale dyskusje na tematy pobożne — w winiarniach mieszano wodę do wina, nie upijano się po dawnemu — znikła ochota taneczna, nie nuciły dziewczęta ludowych piosenek — spacery przeobrażały się w procesje, śpiewające psalmy lub pieśni Marcina Lutra.

A tu — naraz — jakby korzystając z chwili ciszy, gdy kaznodzieja zbierał siły do dalszej przemowy i słuchacze odzyskiwali stłumiony przez czas dłuższy oddech — z poza ogrodzenia kościoła doleciała pieśń, nucona świeżym i słodkim głosem kobiecym:

Słońce jasne ma promienie.

Ptak ma dźwięczny głos...

Świecić — słońca przeznaczenie.

Śpiewać — ptaka los...

Ty masz serce do kochania,

Do wianeczka skroń...

Usta masz do całowania,

Do pieszczoty dłoń...

Szmer oburzenia zawisł w powietrzu. Rozpaliły się oczy kaznodziei i jakoś głębiej zapadły oczodoły.

Młoda dziewczyna, w haftowanej w kwiaty, wielobarwnej chusteczce na głowie, okrążała kościół wolnym krokiem i w zapomnieniu śpiewała.

Była przedziwnie urodziwa — przedziwnie, gdyż naogół dziewczęta szwajcarskie, zwłaszcza w surowszym klimacie Kantonu Glarus, nie odznaczają się krasą. Na ich twarzach, na postaciach, zastyga pieczęć surowej pracy, do której przyzwyczajają się od lat najmłodszych.

Ale Anna Göldi stanowiła wyjątek. Nie była coprawda wyjęta z pod prawa ciężkiej pracy, Bo-ć i ona nie pokładała nigdy rąk — nie uchylała się od licznych obowiązków, które spadły na nią od dziecka, jako że pochodziła z ubogiej rodziny, a obecnie ciążyły na osieroconej wcześnie, jako służącej w domu doktorstwa Tschudi, pod okiem kapryśnej i wymagającej pani doktorowej. Ale biła z niej jakaś dziwna ochota — wesoły temperament wybijał się ponad wszystkie zawody i gorycze jej wcale zawiłych losów życiowych. Pochodziła z południowego kantonu, gdzieś z nad granicy Włoch — była dzieckiem nieślubnem z niewiadomego ojca — budziła zdumienie złotą barwą swoich włosów, które i w tej chwili rozsypywały się z pod chusty, stanowiąc dziwny kontrast z parą czarnych, błyszczących oczu, jakie zwykły płomienieć żądzą życia na twarzach rodowitych Włoszek. Była kształtna i wysoka — posiadała lekki chód górskiej kozicy, jaką być się zdawała, gdy wdzierała się szalonym biegiem na skały i urwiska w jedynym dniu wolnym od pracy na przestrzeni tygodnia — w Niedzielę.

Nie czuła zbytniego nabożeństwa do kościoła — i bodaj tylko spacerem, w zapamiętaniu, obrała drogę w góry przez plac zboru. Ujrzawszy naraz otwarte wrota kościoła, przystanęła ciekawie na progu. Jakiś dziwaczny uśmiech przewinął się po jej kraśnych ustach: nie była miłośniczką kazań pastora, ale znała go dobrze: mieszkał przecież na pierwszem piętrze domu doktorstwa, u których służyła, i nieraz wieczorami przysłuchiwała się kazaniom, które pastor wygłaszał wobec małżonki, przygotowując się przy otwartych oknach do kampanji Niedzielnej.

Ponieważ w Glarusie uchodziła za „troszkę pomieszaną“, acz w pomieszaniu swojem „spokojną i porządną dziewczynę“ — oburzenie, które obudziła, wdzierając się w nastrój pobożny swoją swawolną piosenką i niemal zalotnem wejściem w progi kościoła — wnet opadło. Jednakże pod wrażeniem surowego spojrzenia, które pobiegło ku niej od kazalnicy — ona sama jakoś zmieszała się... Zacisnęła usta, na których urwała się piosenka — i niepewna zastygła na progu...

Pani sędzina Tschudi nachyliła się ku swojej sąsiadce, żonie burmistrza, pani Wetterhorn, i oznajmiła jej szeptem:

— Zmyję jej głowę w domu porządnie. A wie pani, dziewczyna zaczyna się zaniedbywać. Onegdaj w mleku, które podała mojej Marjetce, znalazł się wielki gwóźdź..

— To okropne! — zauważyła szeptem burmistrzowa — ależ dziecko mogło to przypłacić życiem.

— Oczywiście... ale Anna przysięgła, że sama nalewała mleko ze szkopka i gwoździa nie było... Mógł spaść z powały... Mój mąż ujął się za służącą — i nie będąc pewną jej winy, pozostawiłam ją u siebie nadal...

— O, dziewczyna jest sprawna... Widziałam, że pracuje za dziesięć...

Doktór Tschudi, siedzący obok żony, odwrócił się i spojrzał na nią z lekkiem zgorszeniem. Dopiero teraz obie panie zauważyły, że pastor przemawia dalej — i umilkły.

Anna Göldi stała wciąż blisko progu i skręcała w zakłopotaniu nerwowo rogi chusteczki.

Bleihand grzmiał z kazalnicy:

,,...Chcesz-li wiedzieć, jaką jest ta twoja spuścizna grzechu pierworodnego?

,,Tedy zgromadź wszystkie koście umarłych, wszystkie zarazy, głody, powodzie, pożary, wojny i mory; wszystkie spustoszenia tylu krajów, wszystkie perzyny tylu miast i grodów, tylu lepianek i tronów; wszystkie mrozy zimowe i upały letnie; wszystkie choroby, boleści i męki tylu cierpiących i męczenników tylu; wszystkie, nakoniec, klęski i nędze, które gdyby potopem wciąż zalewają ziemię; zbierz to wszystko złe, pod którem ludzkość jęczała, jęczy i jęczeć będzie aż do skończenia wieków; dodaj do tego piekło... wszystko to jest dziełem jedynego grzechu Ewy i Adama! Taki to róg obfitości zostawili nam niepokorą swoją pierwsi rodzice nasi. Ziemia stała się przez nich grobem wszystkich żyjących i mieszkaniem śmierci!... 15 .

Na ustach Anny Göldi znowu przemknął ten sam lekki, zagadkowy uśmiech. A w uśmiechu tym, w przekrzywieniu ust — było coś jeszcze prócz lekkomyślnego niedowierzania, był wyraz niesmaku i obrzydzenia. Szczęściem, nikt zgoła nie patrzył na nią — wszystkie spojrzenia zawiesiły się na krasomówczym kaznodziei. Ten już zbierał skrypty swoje, pełne cytat ze Starego i Nowego Testamentu, z proroków i ewangielistów; jął schodzić zwolna po kręconych schodach.

Anna Göldi skorzystała z chwili, gdy pobożni zagłębili się w psałterzach i zaintonowali pieśń nabożną — zakręciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła z kościoła.

Tuż za kościołem pięła się w górę śród gęstych krzów wąska ścieżyna, prowadząca do ruin starego klasztoru — z którego zaledwo ocalały pokruszone zębem czasu i zarosłe zielskami gołe ściany z niegładzonego kamienia. Droga była trudna i stroma — zwaliska nie cieszyły się dobrą sławą; utarła się legenda śród ludności, że w miejscach tych „djabeł straszy“. Swawolna i odważna Anna Göldi obrała tę dróżkę dla spaceru — lubiła samotność.

Z kościoła biegł za nią śpiew chóralny pobożnych, któremu towarzyszyły dźwięki organów:

,,Ojca czcij i matkę swoją,

To jest powinnością twoją;

Więc rodziców nie gniewajmy

I panami nie wzgardzajmy,

Służmy im i ich szanujmy,

Ich słuchajmy i miłujmy,

Aby nam się dobrze działo.

Serce, czyś to w myśli miało?“ 16

Dziewczyna ukazała się wyżej na występie skały. Ogarnął ją jakiś szał wesela — wyciągnęła ramiona ku błękitowi nieba, na którym płonęło żółte oko słońca i zaniosła się pustym śmiechem.

Ze świątyni, z której wyszedł bocznemi drzwiami z zakrystji pastor, znużony po spełnieniu nader ciężkiego obowiązku, w jaki wkładał całą swoją duszę — jeszcze biegły ostatnie dźwięki organów i końcowe słowa pieśni, którą z głębi podniesionych serc słała pod stropy pobożna gmina:

„Więc serdeczne Tobie dzięki,

Panie, za zebrany plon:

Za Twe rany, za Twe męki,

Za męczeński gorzki skon.

Za twą trwogę, za Twe drżenie,

Tysiąckrotne udręczenie,

Za przelanie Twojej krwi,

Wieczne wieczne dzięki Ci!“ 17

ROZDZIAŁ III.

Pokusa biesa zmysłowości.

Jeszcze tłum nie wysypał z kościoła...

Pastor Bleihand przystanął i wachlował się szerokiem rondem czarnego kapelusza. Oddychał ciężko. Był wyczerpany po niezmiernym wysiłku. Zaprawdę nie szczędził nerwów własnych, wydobywając ze zgorączkowanej wyobraźni straszliwe wizje, któremi sugestjonował swoje owieczki, szczerze dbając o ich zbawienie wieczne. Z czułością ogarnął wzrokiem gotyckie wieżyczki kościołka, w którym pełnił sumiennie swoją odpowiedzialną misję.

Poczem zwolna przeniósł spojrzenie na sąsiednie wyżyny górskie, panujące nad całą kotliną Renu i uroczą doliną Klönthal, przeciętą srebrnym pasem hałaśliwej rzeki Linth. Naraz przeraził się...

Na sterczącym z pośród olbrzymich sosen głazie zwisała niemal napoły ciałem Anna Göldi, zaglądająca ciekawie w przepaść.

Zakrzyknął na nią głosem stłumionym, tyleż w lęku, aby zawołana tak nagle nie runęła głową wdół, co i w obawie, że nieprzestrzeżona zawczasu może ulec wypadkowi:

— Nieszczęśliwa dziewczyno, bój się Boga! Co tam robisz?

Od góry poleciał ku niemu wesoły głos:

— A nic... patrzę w przepaść. Tak przyjemnie zawraca się w głowie.

Miał wrażenie, że szczerzyła zęby drwiącym uśmiechem.

— Zejdź... nie kuś złego!

— Ani myślę... Idę wyżej... do obłoków.

Dziewczyna powstała.

Z ust pastora pobiegła naraz wgórę odpowiedź, której on sam się nie spodziewał.

— A to poczekaj na mnie... Pójdę z tobą!

Głos pastora był dziwnie drżący — oczy spuścił.

— A juści! — parsknęła śmiechem Anna Göldi — pójdziecie?... Droga nie dla was — stroma.

— Spróbuję!...

I naprawdę jął dźwigać się po ścieżce w górę, choć droga była wyboista i pełna wielkich zwałów kamiennych, które osuwały się z pod jego stóp i z hukiem spadały na dno strumienia, wijącego się w przepastnym wąwozie.

Oczekiwała, pewna, że żartuje, lubo przekonana, że rychło znuży się niezwykłym dlań i trudnym spacerem. „Taki chuderlak“, — myślała ze złośliwą uciechą.

Ale on pokonywał trudności drogi. Chwytał się zwisających nad jego głową grubych gałęzi świerków — i wspinał się z pośpiechem, sapiąc ciężko, lecz zdecydowany dotrzeć do niej po tej stromej ścieżce. Jakby jakiś zew nieodparty, wabiła go jej czerwona spódnica, odbijająca jaskrawą plamą od ciemnej zieleni drzew. Kilkakrotnie, jakby z niepokojem, obejrzał się za siebie — osłaniały go gąszcze drzew, które pozostawił za sobą. Nikt z dołu nie mógł go dojrzeć. Nikt nie poszedł jego śladem. Nie kłopotał się, że małżonka może zaniepokoić się jego nagłem zniknięciem po nabożeństwie. Przyzwyczajona była do tego, że po kazaniu niedzielnem uchodził na kilka godzin w góry, aby odetchnąć; wracał do domu dopiero w godzinie obiadu.

Ale Anna Göldi — odważna Anna — doznała naraz ucisku serca. Ten chudy człowieczek w czarnej opończy, który darł się ku jej samotnej wyżynie, wydawał się jej jakimś upiorem, wyrosłym z przepaści. Prawdę mówiąc, nie lubiła go. Nazywała go w duchu — nie śmiałaby tej myśli powierzyć nikomu nagłos — „straszydłem na wróble“. Przeważnie śmieszył ją, o ile nie przerażał, kiedy prała w strumyku na tyłach podwórza bieliznę państwa i małej Marjetki, a z rozwartych okien dolatywały ją jego histeryczne okrzyki i monotonne posępne teksty przygotowywanych przezeń kazań. Jeszcze jedno zdejmowało ją lękiem napoły, napoły bawiło: zdarzyło się parokrotnie, że pastor Bleihand zetknął się z nią w sionce domu, niemal otarł się o jej sukienki — nie widziała wówczas na twarzy jego wyrazu wstrętu; przeciwnie, oczy nauczyciela cnoty gorzały jakimś dziwnym blaskiem, w którym wyczytała coś nakształt żądzy. Może to właśnie było powodem jej zagadkowego i lekceważącego uśmiechu, kiedy przystanęła dziś na progu świątyni i usłyszała go każącego przeciw rozpuście grzesznego cielska.

Jakkolwiek mocną czuła się fizycznie, zdjął ją nagle przestrach na widok tego niepojętego człowieka, który tak płomiennie karcił ludzkie namiętności, a teraz — niby cień groźny — stąpał uparcie jej śladami, zaciąwszy usta, wyciągając drapieżnie ręce i goniąc ją spojrzeniami gorejących oczu. Więc w miarę, jak zbliżał się do niej, pomykała coraz chyżej, pragnąc za wszelką cenę uniknąć z nim spotkania. Lecz ten bieg ją zmęczył — kilkakrotnie potknęła się boleśnie o kamień — zgubiła w biegu jeden sabot i już z większym trudem zdążała po zasypanej szczątkami skał, ginącej śród zielsk i korzeni, dróżce.

Naraz na zakręcie drogi znikł jej z oczu. Stała właśnie obok drewnianego krzyża z wizerunkiem Męki Pańskiej, postawionego tu dawno przez pobożność okolicznych mieszkańców ku odstraszeniu złego ducha. Tuż zaraz poczynały się ruiny.

Uspokoiła się — odetchnęła i przysiadła na odłamku starego muru. „Głupia jestem!... czego się boję!“ — zgromiła siebie samą.

I zanuciła ludową piosenkę:

A gdybym była ptaszyną,

Gdybym skrzydełka miała,

Jak wicher gna doliną,

Do ciebie bym leciała!...

Juchhe! juchhej!...

Przechodzą dni i noce,

Leżę samotna w komorze...

Serduszko tęsknie łopoce...

Mój Hans pojechał za morze

Oj-oj! oj-oj! oj-oj!

Lecz przyjdzie noc radosna,

Zapuka ktoś w okienko...

To jego dłoń miłosna...

Zwabię go mą piosenką...

Juch-he! juch-he... he-e-ej!...

Głos jej stał się przedziwnie rzewny... Przemawiała przez nią jakaś tajona przed wszystkimi tęsknota... Serce wydzierało się ku komuś dalekiemu... Było w jej śpiewaniu zawodzenie nad jakąś wielką utratą — jakiś żal głęboki do kogoś, kto uwiódł i oszukał... I w trylowaniu nizkim altowym głosem na wzór alpejskich pasterzy, w owem krzykliwie-junacko wzywającem: ,,juch-hej!“ była uparta nadzieja, że ów ktoś, co zwiódł młode serce, przypomni, pożałuje, powróci...

. . . . . . . . . . . . . .

Naraz z poza przeciwległego muru wynurzyła się ciemna sylwetka. Przed nią stanął pastor... Serce jej zabiło trwogą — umilkła.

— Boisz się mnie?... Uciekasz!

Wzięła ją złość.

— A, nieprawda!... nieprawda! — rozkrzyczała się. Nie boję się was wcale... Nie boję się samego Belzebuba.

Skrzywił się gorzko i postąpił ku niej:

— Nie należy wymieniać imienia złego ducha — pouczył ją uroczystym głosem, krzywiąc cienkie bezkrwiste wargi.

Milczenie.

,,...A skoro nie boisz się mnie — podjął nanowo — zatem pozwolisz mi lec tu zbliska?...

Już opanowała lęk. Znowu wydał się jej mały i śmieszny z tym swoim tonem żebrzącym o pozwolenie na rzecz tak prostą.

— A czemu nie?... Trawy dość... dla wszystkich. Zwolna, oględnie, podesławszy sobie fularową chustę pod głowę, ułożył się tuż pod złomkiem muru, na którym siedziała kołysząc obiema gołemi nogami, gdyż pozostały jej chodak niosła w ręku. Tak leżąc, zaglądał jej w oczy.

— Śpiewasz brzydkie, pogańskie pieśni, dziewczyno.

Obraziła się nie na żarty.

— Ot, gadasz po próżnicy! — mówiła doń obcesowo na ,,ty“, bez krzty poszanowania, jakby upoważniły ją do poufałości jego ,,bezecne oczy“, jak je nazywała w duchu po pierwszych z nim spotkaniach w sionce, gdy powiało na nią od tego cnotliwca znajomą jej z częstych a próżnych do niej zalotów obywateli z Glarusu ordynarną żądzą męską.

Uderzyła się w piersi:

— Chrześcijanką jestem... i niezgorszą!

I na stwierdzenie tej pochwały pod własnym adresom, wyciągnęła śpiewnym głosem:

Jezu drogi, myśmy się

Słuchać słów twych tu zebrali...

Nakłoń serce, byśmy Cię

Godnie teraz uwielbiali...

Wolni od powszedniej troski,

Niech słyszymy głos Twój boski!...

Podniósł się powoli — przysiadł. Głową pokiwał aprobująco, jakkolwiek jakiś cień mignął w jego oczach i zdawał się wyrażać pewne niezadowolenie, że właśnie w tej chwili ta dziewczyna, bełtająca w pobliżu bosemi nogami i dysząca nań żarem swego młodego ciała, przypominała mu, iż ,,zebrali się tu słuchać Jezusa“.

— Dobrze! dobrze! — przerwał jej. Wierzę ci... Jesteś więc wyznania Augsburskiego.

Wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, co to znaczy.

— Mój dziad był katolikiem — i moja matka tyż.

— A ty?...

— Byłam w waszym kościele. Doktór Tschudi przeinaczył mnie — tak chciał, więc posłuchałam go. Zapisali mnie w ewangieliki.

— A!... to dobrze... to dobrze... Tem bardziej dziw mnie — dodał z naciskiem po namyśle — że stronisz odemnie. Nie bywasz w kościele na nabożeństwie... Wstępujesz na moment — to nieładnie...

— A bo mi się nie podoba tam!

Otworzył oczy ze zdumieniem.

— Dlaczego?!

— Bo mówicie takie rzeczy straszne, okrutne...

— Moje dziecko! Życie jest okrutne... nie ja!... Zwiesiła naraz smętnie głowę. Łzy zakręciły się jej w oczach. Jakby nagłe wspomnienie musnęło ją skrzydłem żałobnem.

— Oj, to prawda! to prawda, panie pastorze! Tym razem ton jej był pełen szacunku.

— Zdawało mi się, że jesteś wesoła, dziewczyno... zbyt wesoła! — przemówił pastor głosem łagodnym. A teraz tyle smutku słyszę w twym głosie...

— Bo ja już jestem taka zatracona dziewczyna! — spowiadała się w potrzebie szczerości pod wpływem obudzonych w niej gorzkich wspomnień. Jestem sobie taki urwis... często zapominam się, potrzebuję gwaru, krzyku, Ale naprawdę, panie pastorze, to ja jestem biedna, nieszczęśliwa, zmarnowana na nic kobieta... Miałam życie ciężkie... bardzo ciężkie...

Zaciekawił się — nasłuchiwał z powagą:

— Aż tak ciężkie?...

W głosie jego była teraz wielka jakaś czułość, która niespodzianie ujęła naiwne serce Anny Göldi. Tedy wysypała przed nim naraz mnóstwo skarg swoich gorzkich, z których nie zwierzała się dotąd nikomu w obcem środowisku, gdzie żyła jako służąca, wyzyskiwana i poniewierana wbrew wszelkim pozorom dobroci jej państwa.

— Było nas ośmioro rodzeństwa. Ja — najstarsza harowałam zawsze, pomagając matce... Ojczym zawdy był niezadowolony ze mnie, choć nie leniłam się nigdy i wszelkiemi sposobami starałam się mu dogodzić. Ale odkrył grzech maminy — jako że byłam dzieckiem przedślubnem... Odkrył, choć mama taiła długo przed nim, żem jej rodzona córka. Jeno że on był pijak i okrutnik. Matce zmarło się, gdyż pobił ją raz do nieprzytomności. Ojczym uciekł i przepadł. Była nędza. Całą dzieciarnię, której ja matkowałam, zastępując chorą rodzicielkę, wzięli krewniacy i sąsiedzi — rozleciało się to wszystko po ludziach. Ja zostałam samotna na tym Bożym świecie...

Pastor był wzruszony... Miał ochotę wziąć tą żałośnie skarżącą się, ładną dziewczynę w ramiona i przytulić. Otwierały się w nim jakieś tajne źródła ciepłych uczuć, którym nie pozwolił bić z dna duszy surowy żywot, na jaki skazał sam siebie dobrowolnie odmłodu.

Dziewczyna opowiadała dalej, smętnie zapatrzona w obłoki, jakby skarżyła się już nie temu człowiekowi, który powstał i przysiadł się do niej na złomku muru, lecz zwierzała skargi swoje owemu błękitowi nieba, rozpostartemu szeroko nad wyżami górskiemi.

— Cóż było potem? — napędził ją do spowiedzi dalszej pastor, gdy umilkła na chwilę...

— Potem?... potem to w wielkim kłopocie udałam się w góry do dziada, który swego czasu wyklął matkę moją za grzech, iż wydała mnie na świat... dziecko nieślubne.

— A, grzech! grzech! — potwierdził z przekonaniem pastor.

Odparła mu z jakąś złośliwą ironią:

— Grzech!... grzech!... Ale też i on był pies!

Pastor ze zdziwieniem zapytał:

— Nie przyjął cię?...

— Owszem, przyjął!... Stary dziad mieszkał w Graubünden — na wyżynie. Miał kuźnię i kilka krów. Byłam u niego pomywaczką... służebną... Pasałam jego krowy... Odwdzięczył mi się za to... Oj, odwdzięczył!...

— Cóż takiego uczynił ci?

Naraz wpatrzyła mu się w oczy zuchwale, ostro... Jakby swojem pytaniem dotknął nieostrożnie jakiejś niezabliźnionej rany jej serca. Machnęła ręką z gestem niemal rozpaczliwym:

— At, wszystko jedno!... Żre teraz ziemię...

I dodała z triumfem: