9,99 zł
Opowieść o życiu słynnej francuskiej kurtyzany Ninon de Lenclos.
Historia kobiety znanej z urody, dowcipu i inteligencji, uwielbianej przez wielkie postacie XVII wieku m. in. Moliera czy Nicolasa Boileau.
Autor opisuje losy de Lenclos, począwszy od młodości aż po późną starość, wplatając w nie subtelnie obraz Francji pod rządami Ludwika III i jego następcy, Ludwika IV.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 309
Leo Belmont
SAGA Egmont
Kapłanka miłości
Copyright © 2018 Leo Belmont i SAGA
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788711676776
1. Wydanie w formie e-booka, 2018
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.
SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont
Nazywam się Anna de Lenclos. Urodziłam się w r. 1612 w Paryżu. Jak przez mgłę wspominam swoje dzieciństwo w małym domku dzielnicy Nôtre Dame. Mój ojciec, poczciwy szlachcic z Touraine i żołnierz duchem i ciałem, spędził żywot w bojach. Awanturnik z zamiłowania, rzucał się w tysiące niebezpieczeństw i gotów był służyć szablą pierwszej lepszej szalonej głowie z ówczesnych magnatów, dzierżących najemne wojska. Dobroduszny i radosny swoim śmiechem zarażał towarzyszy broni. Wśród ustawicznych wojen swojej epoki, przebywając stałe w obozach, pod murami miast obleganych i w polu, to w Langwedocji, to przy La Rochelle, to w Piemoncie — miał niewiele czasu, aby nas odwiedzać. Z rozrzewnieniem wspominam te gorąco wyczekiwane jego odwiedziny, podczas których obsypywana byłam przezeń pieszczotami i czekoladkami, tańczyłam na jego kolanach, jak na koniku, śpiewałam i słyszałam z jego ust zwrócone ku mnie słodkie imię: „Ninon!” Jego krótki pobyt był zawsze przeniknięciem słonecznego promienia w chmurne życie, jakie wiodłyśmy obie — ja i matka.
Pani Lenclos pochodziła ze znanej w Orleanie rodziny Abra de Raconis. Ojciec poślubił ją ze względów stanowych, nie z miłości. W tego rodzaju małżeństwach zawsze jedno jest ofiarą; rola ta z winy ojca przypadła mej matce, która, spostrzegłszy chłód męża, starała się swój żal zagłuszyć przesadną pobożnością. Trzy razy dziennie chodziła na mszę do katedralnego kościoła; odmawiała dziesięć razy koronki; zniewalała mnie do udziału w tych pobożnych praktykach niewątpliwie w zasadzie budujących, ale dziecko w moim wieku napełniających nudą. Wynik starań był odwrotny, albowiem odwrócił mnie od zainteresowania się sprawami religii. Bywałam w życiu pobożna tylko przez kaprys, a kaprysy moje nigdy nie były długotrwałe.
Moim podręcznikiem przy nauce czytania był traktat św. Franciszka Salezego, a ćwiczenia pisemne były westchnieniami modlitewnymi. Po półrocznej nauce napisałam do ojca, bawiącego wówczas w obozie pod Tours, list następującej treści:
Wielce Szanowny Ojczulku!
Mam jedenaście lat, jestem zdrowa i mocna. Ale na pewno rozchoruję się, jeżeli będę zmuszona nadal co ranka uczęszczać trzy razy na mszę, odprawianą przez podagrycznego kapłana, który zużywa 12 minut na przejście ód listów apostolskich do ewangelii, przy czym my, dzieci, musimy wstawać za każdym jego przyklęknięciem. Wszystko to, włącznie z późnymi powrotami na śniadanie skutkiem jego powolnych ruchów, wcale mnie nie bawi. Ze względu na zdrowie swojej córki musisz temu rychło położyć kres. Ojcze! Ale jak?… Nic prostszego! Wyobraź sobie, że niebo zamiast mnie dało Ci chłopca. Wtedy musiałabym być wychowywana nie przez matkę, lecz przez Ciebie, i już dziś władałabym bronią i jeździłabym konno, co przypadłoby mi bardziej do smaku, niż to wieczne przesuwanie paciorków przy Ave, Pater i Credo. Słowem, ten list oświadcza Ci krótko, że nie chcę być dziewczyną. Miej tedy na względzie mój zamiar zostania chłopcem i pomyśl nad tym, jak masz mi dać najprędzej wychowanie odpowiednie do mojej nowej płci.
Pełna poważania dla Ciebie
Twoja mała Ninon
W tydzień po wysłaniu przeze mnie w tajemnicy tego wspaniałego listu, pan de Lenclos przybył do nas, objął mnie radośnie i zawołał: „Zwiąż prędzej swoje manatki. Zabieram cię do Tours”.
Moja matka krzyczała, płakała, przytaczała tysiące rozsądnych argumentów, powoływała się nawet na stos Joanny d’Arc, aby dowieść mi, że moje miejsce jest przy niej. Ale wbrew wszystkiemu jeszcze tego wieczora opuściłam tonącą we łzach biedną kobietę i rącze konie pocztowe uniosły mnie wraz z ojcem w wymarzoną podróż.
— Więc stanowczo zamierzasz być mężczyzną? — pytał.
— Stanowczo, ojcze!
— Uznajesz to za możliwe?
— Jeśli ty się zgodzisz…
— Ba! naturalnie… Ale musiałabyś zdjąć kieckę…
— Zdejmę!
— I włożyć spodnie i kaftan.
— Włożę!
— Ach, ty głupiutka! — śmiał się.
— Tato! Biorę tę rzecz poważnie.
— Widzę. To mi wystarcza, mała. Daję słowo honoru, odtąd jesteś chłopakiem! A gdybyś zechciała znów stać się dziewczyną, będziesz miała do czynienia ze mną!
Był w siódmym niebie, bawił się wybornie.
W Tours najlepszy krawiec postawił siedmiu pomocników na nogi, abym nazajutrz po obudzeniu się już miała kostium wytwornego szlachcica. Nie brakło niczego — ani kapelusza filcowego z pióropuszem, ani szarawarów, satynowego kaftana, płaszcza z jedwabiu, ani wreszcie szabli. Z początku moje pięty kłóciły się z szablą, ale po kilku uwagach ojcowskich nauczyłam się nosić ją jak należy.
Oficerowie regimentu pana de Lenclos nie szczędzili mi pochwał z powodu mojej pięknej postawy. Uważałam się szczerze za mężczyznę i postępowałam odpowiednio. Ojciec zabierał mnie na parady. Nauczyłam się fechtunku i jazdy konnej. Współzawodniczyłam z mężczyznami w klęciu i wyzwiskach. Żywością i niepohamowaniem zdobyłam miano „wcielonego diablątką”. Pragnęłam, aby to moje koszarowe życie dłużyło się bez końca. Niestety! Hugenoci powstali przeciw królowi i pułk ojcowski otrzymał rozkaz wyruszenia w pole. Pan de Lenclos oświadczył mi, że nie może mnie zabrać ze sobą w bój. Rozpłakałam się.
— Więc mam znowu zostać dziewczyną?! Powrócić na msze do katedry?!
— Nie! Pociesz się, dziecko. Jutro zawiozę cię do siostry, baronowej de Montaigu, która w Loches posiada zamek na brzegu Indry. Jest bezdzietna; rada będzie cię poznać, bo jesteś jej spadkobierczynią. Zostaniesz u niej do końca wojny. Kiedy rozgromimy tych błaznów, hugenotów, wrócę po ciebie.
Nazajutrz już w różowym humorze jechałam przez piękną aleję, wśród wspaniałych kasztanów, na końcu której spostrzegłam skromny, ale świadczący o dobrobycie i wygodach zameczek. Wyszła nam na spotkanie dama o miłej powierzchowności, mogąca liczyć około czterdzieści pięć lat. Objęła ojca i obsypała mnie pocałunkami. Była to moja ciotka. Wdowa od lat piętnastu pocieszyła się dawno po stracie męża. Uśmiechała się tak, jak mój ojciec. Po godzinie znajomości byłyśmy już przyjaciółkami.
Wiedząc o moim kaprysie, potrafiła go uszanować, nazywając mnie z poważną miną swoim „drogim i ślicznym bratankiem”. Jako takiego przedstawiła mnie młodemu księciu de Marsillac, którego matka, księżna Larochefoucauld a przyjaciółka baronowej, przysyłała co roku na czas letnich ferii do zamku nad Indrą.
Franciszek Larochefoucaulda książę de Marsillac, wychowanek kolegium jezuickiego w Laflèche, był ode mnie o rok starszy. Z twarzy jego tchnęła nieśmiałość i serdeczna miękość, które byłyby odpowiedniejsze na moim obliczu. Kosztowało mnie to nieco trudu, zanim skłoniłam go, aby bawił się ze mną.
Wiedziałam, że ćwiczył się nieco w fechtunku, i udałam, że wątpię w jego umiejętności w tej sztuce. Urażony pobiegł po swoją szpadę.
I odtąd biliśmy się na szpady od rana do wieczora w salonie, korytarzach, wszędzie, a tak bezustannie, że moja ciotka i matka Franciszka, zmęczone ustawicznym szczękiem, od którego pękały im głowy, musiały uciec się do surowego zakazu, aby położyć kres tej bijatyce.
Ciotka z każdym dniem była mniej zachwycona z powodu metamorfozy, która tak bawiła mego ojca. Ten — mówiąc nawiasem — nazajutrz po przywiezieniu mnie odjechał do pułku. Porzuciwszy fechtunek, uprawiałam inne zajęcia również nieodpowiednie dla mojej płci. Wdzierałam się na drzewa po pisklęta z gniazd, sama puszczałam się łodzią na jezioro, szłam strzelać do saren w lesie, wziąwszy potajemnie gwintówkę gajowego.
Pewnego dnia zamknięto mnie wraz z małym księciem w bibliotece za karę. Nie pomogły nasze obietnice, iż zaprzestaniemy figlów. Nigdy słońce nie wydało się nam jaśniejsze, a książki nudniejszymi. Wabił nas pogodny dzień i zielony ogród. Zmierzyłam wysokość okna pierwszego piętra nad ziemią. Wynosiła 15—18 stóp. „Wyskoczymy!” — rzekłam do Marsillaca. Lękał się, że złamiemy kark. Stanęłam na parapecie i pociągnęłam go za sobą. Upadek był straszliwy. Na szczęście, upadliśmy na trawnik, co zapobiegło fatalnym skutkom. Ochłonąwszy, zawołałam: „Żyjemy! A więc żywo… nogi za pas! Inaczej chwycą nas i znowu uwiężą”.
Nie wiem, ile zadeptaliśmy wówczas pięknych klombów, obierając najkrótszą drogę. Marsillac szedł za mną. Jak dwie szybkobieżne gazele przemknęliśmy obok domku ogrodnika. Nie zauważeni, znaleźliśmy się wnet za bramą parkową.
— Dokąd teraz? — spytałam towarzysza.
— Wszędzie, dokąd zechcesz — odparł.
— Więc do Tours!
— Zgoda. Ale co tam będziemy robili?
— Na honor! Będziemy walczyli w armii królewskiej.
— Ależ… jesteśmy zbyt młodzi.
— Co?! Masz dwanaście lat, ja — jedenaście. Władamy szablą. Czego więcej trzeba?
— Do Tours jest jednak 9 mil drogi. A mnie już nogi bolą.
— W pierwszej napotkanej wsi weźmiemy powóz.
— Ba! A czym zapłacimy? Mam tylko talara.
— A ja złoto!
Pokazałam dwa luidory, pozostawione mi przez ojca na wyjezdnym. Marsillac nie miał już nic do nadmienienia. Luidor oznaczał wolność i jej rozkosze. Księcia już nie bolały nogi. Nie zastanowiwszy się nad tym, że nasza swawola zmartwi baronową i mamę Larochefoucauld, z rozkoszą zagłębiliśmy się w gąszcz lasu, nie dbając o cierniste krzaki, które drapały nam twarze i rozdzierały szaty. Byle najdalej od zamku, aby sparaliżować pogoń. Była noc, gdy wyszliśmy z leśnej gęstwy na drogę.
Wokół nas była pustka i cisza. Nigdzie śladów człowieka. Marsillac gwizdał. Czułam, że dodaje sobie odwagi. Mnie również ogarnął lęk. Drzewa sprawiały wrażenie olbrzymów, gałęzie zdawały się ich rozpostartymi rękami, aby mnie porwać. Gdzieś w zmierzchu zamajaczył cień skały. Szepnęłam z trwogą:
— Zdaje się, że wilk zagradza nam drogę.
— To prędzej lew! — odparł z powagą mój towarzysz.
To mnie rozśmieszyło. Lęk przeszedł. A kiedy Marsillac westchnął: „Jak wygodnie i bezpiecznie byłoby siedzieć teraz w fotelu w salonie” — zgromiłam go surowo: „Wstydź się! Jesteś tchórzem… i nie rozumiesz rozkoszy wolności”.
Zawstydził się. Szliśmy dalej, udając przed sobą odwagę i wesołość, choć oczekiwaliśmy w każdej chwili napadu wilków lub bandytów. Naraz serca zabiły nam radośniej. Ujrzeliśmy w dali światełko. Zwiastowało ono zagrodę włościańską. Przyspieszyliśmy kroku i znaleźliśmy się wkrótce przed wrotami jakiejś chatki. Ale radość ustąpiła przerażeniu. Wpadły na nas z wyciem dwa buldogi. Za chwilę, przewróceni natarciem, leżeliśmy oboje w błocie.
Nie wiem, co by się stało, gdyby jakiś męski głos nie odwołał psów. Na progu chaty stał wieśniak. W pierwszej chwili wziął nas za włóczęgów i zgromił ostro. Nasze umorusane twarze i podarta odzież nie świadczyły o nas dobrze. Ale niebawem zrozumiał swój błąd i zaprosił nas do domowego ogniska.
— Zajmij się, Żaklino, tymi paniczykami! — wołał do żony. — Nasze psy poturbowały te biedactwa. Przede wszystkim trzeba je przebrać.
Stara poczciwa kobieta, na zlecenie męża, dała nam w zamian za naszą zniszczoną odzież ubrania syna, który — jak nas poinformowano — został zabity na wojnie rok temu.
— Oto nauka dla was — mruczał stary — aby nie opuszczać domu rodziców i nie wyrywać się do awantur wojennych.
— Wasz syn umarł na polu chwały, a król potrzebuje żołnierzy! — przerwałam. — Dajcie nam lepiej jeść, bo umieramy z głodu.
Zaproszono nas do stołu i uraczono wyborną sarniną. Nasyciwszy się, wpadłam w zapał wojenny i opowiadałam, jak to zamierzamy wygarbować skórę Hiszpanom. Stara Żaklina załamała ręce: „Co też takie dzieciaki mogą napleść, zlituj się Boże!”
— Dzieciaki?!… Masz szczęście, pani Żaklino — zawołałam — że nie nosisz brody. Inaczej wypadłoby ci odpowiedzieć za takie słowa!
— No, no! Nie gniewaj się, młodzieńcze! — odparła dobrotliwie stara. — Lepiej pomyślmy o tym, jak was umieszczę na noc, abyście się wygodnie przespali.
Stary gdzieś się zawieruszył, a pani Żaklina zajęła się słaniem łóżek.
— Mam dwa łóżka. Jedno wam odstąpię. A sama prześpię się przy moim starym.
Rumieniec wstydu wystąpił mi na twarz. Dopiero teraz oceniłam wyniki mojej żądzy przygód — naraziłam swoją niewinność na niebezpieczeństwo. Zawstydzona uczyniłam propozycję, która wbrew mojej dobrej woli zabrzmiała jak bezwstyd.
— Wolałbym podzielić łoże z panią!
— Co takiego? — oburzyła się Żaklina. — Nie jestem jeszcze taka stara. Cóż by mąż mój powiedział na to?
Marsillac śmiał się.
— No, to proszę o inny pokój! — rzekłam.
— Ależ mamy tylko jeden pokoik. Nie kapryś, młodzieńcze, i rozbieraj się. Pora spać!
— Zapłaćmy za wieczerzę i udajmy się w dalszą drogę do Tours — zwróciłam się do Marsillaca.
— Ani myślę! — zawołał. — To szaleństwo! Jestem zmęczony. Kładę się spać. A i tobie radzę uczynić to samo.
Za chwilę leżał w łóżku.
— O, co za miękkie posłanie! — rozkoszował się. — No kładź się przy mnie. Jutro czekają nas wielkie trudy podróżne. Musimy się wyspać.
Pojmowałam, że dalszy opór może zdradzić moją tajemnicę. Szybko i dyskretnie rozebrałam się i zawinęłam w kołdrę, zajmując miejsce przy Marsillacu.
A zaraz potem dało się słyszeć szczekanie psów — następnie zaś słowa gospodarza, zapraszającego kogoś do wnętrza: „Tutaj! tutaj!”… Nim zdołałam zastanowić się nad tym, jakich to gości sprowadził nam gospodarz, czyjeś ręce odsłoniły firanki alkowy i zabrzmiał mi nad uchem oburzony głos ciotki:
— Fe! Potworna dziewczyno! Śpisz z chłopcem?!
Wraz z ciotką przybyła pani de Larochefoucauld i służba. Tej ostatniej, która chichotała zbyt głośno z powodu zabawnej sytuacji, w której nas zastano, zgorszone damy poleciły wyjść. Ciotka wyciągnęła mnie z łóżka. To samo uczyniła z synem matka Marsillaca. Cała ta eskapada miała żałosny wynik. Ciotka rozwinęła pakiet, przyniesiony przez służbę, i odezwała się surowo:
— Nie sądź, że będę znosiła dłużej twoje błazeństwa. Masz tu odzież, która przystoi twojej płci. Ubierz się żywo!
Miałam łzy w oczach. Marsillac nachylił się ku mnie:
— Więc ty byłaś dziewczyną?! Czemuś mi tego nie powiedziała?
— Wyszło mi to z pamięci! — zaniosłam się od płaczu.
— Uspokój się! Będę cię kochał teraz tysiąc razy bardziej! — zawołał Marsillac.
Obie panie spojrzały po sobie.
— Ależ to są jeszcze dzieciaki — rzekła pani de Larochefoucauld. — Nie było się o co niepokoić.
Przed chatą oczekiwała karoca, otoczona przez hajduków, trzymających zapalone pochodnie. Jak dowiedziałam się później, była to wyprawa, urządzona przez ciotkę po spostrzeżeniu naszej ucieczki. Wieśniak, który dał nam gościnę, był gajowym ciotki i sprowadził pościg na właściwą drogę.
Wsiadłam do karocy milcząca i bezwolna. Wszystkie moje marzenia były zdruzgotane doszczętnie. Myślałam z przerażeniem o swoim przyszłym losie. W sukniach niewieścich czułam się jak lis schwytany w zastawione sidła. Ale Marsillac zdawał się być zadowolony z całego obrotu rzeczy. Wyczuwałam, jadąc naprzeciw niego w karecie z ciotką i jego matką, że kolana jego od czasu do czasu pieszczotliwie tuliły się do moich…
Przy wysiadaniu zdołał mi szepnąć: „Kocham cię! Jesteś piękna jak anioł!” Przy tych słowach serce zabiło mi osobliwie. Znalazłszy się w swojej sypialni, przejrzałam się w lustrze. Potwierdziło ono opinię Marsillaca o mnie. Obudził się we mnie nagle instynkt kobiecości. Sny o życiu żołnierskim pierzchły. Przez całą noc marzyły mi się piękne suknie i wstążki. Natura mściła się, biorąc powrotnie panowanie nad moją płcią.
Nazajutrz rano przez otwarte okno mego pokoju wpadł bukiet. Wyjrzałam na ogród. Był to Marsillac. Przesłał mi całusa ręką i zniknął. Drżącą dłonią podniosłam kwiaty. Znalazłam wśród nich karteczkę, która zapraszała mnie na schadżkę przy żywopłocie podczas poobiedniej drzemki ciotki i pani Montaigu.
Ogarnęły mnie radość i przestrach. Wiedziałam, że nie uchodzi przyjmować zaproszeń na schadzkę, ale za nic w świecie nie mogłabym się jej wyrzec. Z jaką niecierpliwością oczekiwałam nadejścia umówionej godziny. Aby nie wzbudzić podejrzeń, starałam się tego dnia być najpokorniejszą siostrzenicą. Zapewniłam ciotkę, że wywietrzały mi już z głowy dawne głupstwa i że wstydzę się, iż tak długo grałam rolę chłopca. Była niezmiernie z tego rada.
— Zauważyłaś pewnie — rzekła — że w nowych szatach jesteś piękna jak amorek. Nieprawdaż, margrabino?
Pani Larochefoucauld kiwnęła głową. Marsillac miał minę pełną powagi i tylko ukradkiem spoglądał na mnie. Ja również nie zdradzałam niczym wzruszenia. Nie wiem, kiedy zdobyłam sztukę niewieściej obłudy. Oboje czekaliśmy chwili, gdy nasze opiekunki zdrzemną się po obiedzie. Marsillac wymknął się pierwszy z domu…
Przy spotkaniu długo nie mogliśmy przemówić do siebie słowa. Młody książę pierwszy przerwał milczenie:
— O, jakże ciebie kocham! Więc naprawdę jesteś dziewczyną? Pozwól, że ci się przyjrzę, że poznam cię na nowo. Ach! To nie sen… to cudowna prawda!
Obsypał pocałunkami moje ręce, oczy, czoło. Drżąc, odpowiadałam na jego pocałunki. Wreszcie wyrwałam się z jego uścisków.
— Lękam się, że ciocia i twoja mama obudzą się…
— Cóż z tego? — odparł. — Gdyby mi chciano ciebie zabrać to… odbiję cię ze szpadą w ręku!
— Przerażasz mnie, Franciszku!
— Czemu tak drżysz?
— Wstydzę się… Czynimy źle…
— Nieprawda! Dobrze!
— Gdy się czyni dobrze, nie trzeba się kryć. A my…
— Ach! Klnę się, że będziesz moją żoną.
— Ale kiedy?
— Choćby zaraz… Uciekaj ze mną… Poszukamy księdza…
— Ksiądz nie da nam ślubu. Jesteśmy za młodzi…
— Do licha! Nie byliśmy za młodzi na żołnierzy.
— To co innego. Prawą kościelne są niezłomne.
— Więc co poczniemy, nieszczęśliwi?
— Marsillac! Będziemy czekali cierpliwie i tymczasem nie będziemy się całowali. Pocałunek jest dozwolony dopiero po ślubie.
— Kto ci powiedział takie głupstwo?!
— Jeanetta, pokojówka baronowej powiedziała to ogrodnikowi Marcelemu, gdy ją całował tak jak ty mnie…
— A on co na to?
— Śmiał się i całował ją dalej.
— A widzisz!
— Lecz on nie miał słuszności. Chcesz?… Zapytamy spowiednika mojej cioci.
Na te słowa padł na ławkę i zalał się łzami.
— Jezu! Co ci jest? — pytałam z trwogą.
— Czy to ja jestem winien temu, że zmieniłaś się w dziewczynę? Że jesteśmy za młodzi? Jeżeli nie pozwolisz, abym cię całował, wracam do siebie i przebiję się szpadą.
— Na Boga!… Nie chcę, abyś umierał. Całuj mnie, całuj…
Pokój był zawarty. Powróciliśmy do domu po wielu pocałunkach. Na szczęście nasze panie jeszcze spały…
Tak zaczęła się moja pierwsza miłość. Owe dni, spędzone na zamku Loches, były najszczęśliwszymi w moim życiu. Nasze pocałunki były czyste jak nasze dziecięce dusze. Spotykaliśmy się co dnia na miejscu pierwszej schadzki dla tych niewinnych pieszczot i błogich snów. Ostatni miesiąc wakacyjny był rajskim miesiącem dla nas obojga.
Ale oto zaczęto mówić o wyjeździe Marsillacą. I łzy zastąpiły radość.
— Ninon! Co pocznę z dala od ciebie?
— A ja? O, Marsillac! Czeka mnie gorzkie życie.
— Nie zapomnisz mnie, Ninon?
— Nigdy!
— Ach! Daj mi pamiątkę, którą mógłbym przycisnąć do ust. Kosmyk twoich włosów.
— Utnij sobie sam, Marsillac.
Podałam mu złote nożyczki, dar baronowej. Oboje łkaliśmy. Uchylił mego kapturka i ściął ze skroni włosy tak obficie, że bodaj wyłysiałam w tym miejscu. Jemu zdawało się, że posiadł bogactwa całego świata.
Kolegium jezuickie nastawało na obecność uczniów przy wznowieniu zajęć. Rozłąka musiała nastąpić. Wylewaliśmy oboje gorzkie łzy przy pożegananiu. Matka Marsillaca i moja ciotka przypisały to uczuciu przyjaźni. Odprowadziłam kochanego spojrzeniami rozdzierającej tęsknoty, dopóki uwożący go wraz z matką pojazd nie zniknął na zakręcie alei. W uszach brzmiała mi, jako jedyna osłoda smutku, rzucona szeptem przy pożegnaniu obietnica:
— Będziemy korespondowali… Znalazłem sposób…
Niedługo łamałam sobie głowę nad tym, jaki to był sposób. Bo rychło potem przywiozła mi list od Marsillaca pokojówka baronowej, Jeanetta, oświadczając, że mogę z całym zaufaniem przesyłać przez nią odpowiedzi. Skorzystałam z tego skwapliwie.
Monotonię mego życia na zamku w Loches przerwał niespodziewanie przyjazd mego ojca. Ranny dość poważńie w walce z hugenotami, otrzymał urlop i zjechał w gościnę do siostry. Zdziwił się, zastawszy mnie w niewieścich szatach. Ale pogodził się z tym szybko. Wysłuchawszy opowieści ciotki o moich figlach w roli chłopca, śmiał się do rozpuku i oświadczył: „Gdyby wytrzymała w tej roli do lat osiemnastu, wyrosłaby z niej śliczniutka herod-baba!”
Nie mogąc nalegać na to, abym wiodła żywot sprzeczny z moją płcią, pragnął jednak przejąć mnie męskim hartem i męskim sposobem myślenia. Przez cały rok, który zszedł na leczeniu jego ran, zajmował się głównie moim wychowaniem. Spędzaliśmy całe dni razem w bibliotece. Nie przyszło mi już na myśl wyskakiwać z jej okien. Czytaliśmy we dwoje studia Montaigne’a i rozprawy Charrona. Filozofia obu tych myślicieli pociągała mnie. Ale bodaj najbardziej czarowały mnie wyjaśnienia pana de Lenclos, którego epikurejskie wolnomyślicielstwo i radosny zapał zapobiegły nudzie wykładów.
„Drogie dziecko — mówił — życie jest krótkie. Czas posiada skrzydła. Unosi szybko nasze radości. A gdy nie wiadomo kiedy przeminą, jedyną mądrością jest nie poświęcić nigdy dziś dla jutra. Nie będziemy zatem skąpi i oszczędni w używaniu szczęścia, którego udziela nam los, bo pewnego dnia ucieknie od nas niepostrzeżone…”
Te zasady moralne wydały mi się bardzo przyjemne i łatwe do przyjęcia. Ślad nauk pana de Lenclos przetrwał w całym moim życiu. Jeżeli chwilami odstępowałam od nich, to tym chętniej powracałam później na tory wskazane mi przez ojca.
Poza tym mój ojciec był mistrzem w grze na lutni. Gdy poważne studia nas nużyły, uczył mnie muzyki. Przejęłam szybko jego umiejętność, a bodaj po półrocznych ćwiczeniach — jak sam twierdził — prześcignęłam go w grze na lutni. Następnie posiadłam tajemnice gry na pianinie, teorbanie i gitarze, jak skończoną wirtuozka. Nie donosiłam o moich postępach muzycznych Marsillacowi, licząc na to, że olśnię go niespodzianką przy spotkaniu.
Upłynęło sześć okrutnych miesięcy od naszej rozłąki. Myśl o naszym spotkaniu przepełniała mnie szczęściem. Ach! Nie przewidywałam rozczarowania, które gotował mi los.
Jeanetta wyszła za mąż za ogrodnika. Był to zazdrosny głuptas. Wyobraził sobie, że pisuje do niej kochanek. Przejął list Marsillaca do mnie i, będąc niepiśmienny, zaniósł go mojej ciotce. Ta odczytała go. Stąd skandal. Pokazała list memu ojcu, wołając w gniewie:
— Oto piękne owoce twego wychowania! Zarumień się, panie bracie, że masz taką córkę. Ninon nie ma jeszcze 12 lat, nie była u komunii, a już — słyszane to rzeczy — nawiązała stosunek romansowy. Proszę, przeczytaj sam. Mowa tu o schadzce, całusach, loku… Ślicznie nią pokierowałeś. Jeżeli nie powierzysz mi wyłącznej opieki nad nią, wydziedziczę ją. To moje ostatnie słowo!
Wyszła z zapowiedzią, iż napisze do pani Larochefoucauld, aby nie przywoziła syna dla uniknięcia zgorszenia. Ojciec wziął mnie na kolana.
— A to diablica! — mruknął. — A ty, biedne dziecko, otrzyj łezki. Masz już historię miłosną… w twoim wieku. Ha! Ha! To zabawne. Czemuś to ukryła przede mną? Czy twój książę jest piękny?
— Ojczulku! On nie przyjedzie, umrę z żałości.
— Te-te-te! Bzdury — umierać. Oto pierwsza sposobność do wcielenia w życie mych zasad, a ty… sprawiasz wstyd swemu mistrzowi filozofii.
— Ależ nie pisać do niego, nie widzieć go!
— To przykre, zgoda na to! Ale filozof nie ubolewa; wśród burzy wyczekuję promienia słońca… Jakże ci mam pomóc, mała? Do obozu cię nie zabiorę. Zawieźć cię do Paryża? Ach! Mama cię zamęczy swoją bigoterią. Zostań lepiej u baronowej. Jej kaprys jest przemijający. I pani Ląrochefoucauld tylko na pewien czas zamknie syna, potem się udobrucha. Bądź rozsądna, poddaj się na razie żądaniom baronowej. Doczekasz się… powróci twój książę i będzie cię mocniej kochał.
— Ale kiedy, ojczulku?!
— Prędko… ręczę za to. Tymczasem pomyśl, że mój majątek i twojej matki wynosi niewiele wobec bogactw twojej ciotki, której jesteś jedyną spadkobierczynią. Konkluzją: zostajesz w Loches i czekasz dnia swojej niezależności.
Ojciec zawsze potrafił mnie przekonać. Poddałam się woli baronowej, załagodziłam jej gniew i poczęłam przygotowywać się na jej życzenie do pierwszej komunii.
Pan de Lenclos, wyleczony, odjechał do garnizonu w Tours. Mnie wypadało prowadzić żywot tak smutny, jak ongiś przy boku matki.
Duchowny baronowej z początku napawał mnie strachem — mroziła mnie jego kanciasta blada twarz i chmurne oczy. Ale ojcowski ton słodkawej mowy usunął z czasem to przykre wrażenie. Był rad z mojej skruchy i pouczył, że wina moja była większa niż sądziłam. Gdy go słuchałam, zdawało mi się, że tylko osobliwa łaska nieba powstrzymała mnie na samym skraju przepaści. Wprawdzie łamałam sobie na próżno głowę, jaki to straszliwy grzech zamierzałam uczynić. Niepewność przepełniła mą duszę. Pokutując, rozsnuwałam obce mi dotąd myśli na temat wszelkich możliwych grzechów.
Mój pasterz, rozpowiadając o piękielnych karach, grożących za rozpustę, sprawił zamęt w mojej dziecinnej główce. Modliłam się przez całe dni i nieraz przez pół nocy. Biłam się w piersi i błagałam Boga o przebaczenie za pocałunki, które pozwoliłam sobie zrabować. We łzach siliłam się wyrwać ze swego serca przeklętą miłość do Marsillaca. Po pół roku takiego życia schudłam jak szkielet, ale stałam się pobożna jak anioł.
Wreszcie kapłan dopuścił mnie do Stołu Pańskiego jako dostatecznie skruszoną. A w dwa dni potem poważnie się rozchorowałam. Skutkiem mojego pokutniczego żywota wzorem Magdaleny była niebezpieczna gorączka. Tylko pieczołowita opieka ciotki wyrwała mnie z objęć śmierci. Wyzdrowiałam, ale utraciłam radość życia na długo. Teraz nauki pana de Lenclos wydały mi się szczytem nierozsądku. W tym przekonaniu utwierdził mnie kapłan.
Baronowa, poprzednio zaniepokojona moją lekkomyślnością, obecnie zatroskana była moją manią świętości. Napisała, prosząc o radę, do biskupa diecezji Tours. Zacny ten człowiek udzielił naszemu suchemu kapłanowi innego probostwa, a w zastępstwie przysłał nam brzuchatego mnicha, którego uśmiechnięte oblicze i całkiem inne ujęcie religii po trzech spowiedziach odpędziły mój smutek. Przytyłam i na mojej twarzy znów pojawiły się rumieńce.
Ten dzielny pasterz nie mówił nigdy o piekle, nakładał na mnie lekkie pokuty, sławił Boga za to, że dał nam serce do miłości i zmysły do sycenia się doczesną radością. Zapowiadał nagrody na sądzie ostatecznym. Twierdził, że melancholia nie przystoi moim latom. Na ogół w pojęciach zbliżał się do mego ojca. Może z tego względu najmocniej oddziałał na mój umysł. Już miłość do Marsillaca nie wydawała mi się tak grzeszna. Czytałam znowu Montaigne’a i grywałam na harfie. Ciotka w lecie przyjmowała sporo miłych gości z miasta; oddawaliśmy im wizyty w stolicy naszej prowincji. Poza tym, zgodnie z życzeniem mojego ojca, pobierałam u mnicha lekcje łaciny.
Tak upłynęły dwa lata. Pani Larochefoucauld odwiedzała nas w tym czasie nieraz, ale zawsze bez syna. Wiedziałam, że ceni swoje szlachectwo wyżej, niźli nasze, że w moim związku ślubnym z księciem dopatrzyłaby się mezaliansu. To podnieciło mój dumny opór przeciw marzeniom mego serca. Zresztą wspomnienia z czasem przybladły. Religijność i rozwaga uczyniły mnie dojrzalszą. Czułam, że staję się kobietą. Właściwa mej płci powściągliwość zastąpiła wybryki marzycielstwa i dziecinne fantazje.
Na szczęście, w naturze mojej tkwił pociąg do krańcowości. Obecnie drżałam pod wejrzeniem mężczyzny; nie pozwoliłabym mu ucałować mojej ręki. Śmielsze słówko męskie wywoływało moją ucieczkę z rumieńcami na twarzy. Swawolne odezwanie się kobiety było powodem oburzenia i milczącej wzgardy. Słowem byłam na najlepszej drodze do stania się typem pruderyjnej niewiasty.
Ten mój nowy obłęd powstał na gruncie żałosnej mody mego czasu, polegającej na pozorach cnoty. Byłam zbyt młoda na to, aby przejrzeć, ile obłudy kryło się pod maską świątobliwości kobiet z towarzystwa. Potępienia miłości, rzucane tak łatwo przez egoizm wzgardzonych i mściwość zazdrosnych, brałam za szczerą monetę. Nie wiedziałam jeszcze o tym, że prawdziwa cnota jest zawsze wyrozumiała i dobra, że nielitościwa jest właśnie maskująca się grzeszność. Zbyt prostolinijna i nie podejrzewająca fałszu, przytakiwałam słusznym wszędzie przyganom i krytykom, zwłaszcza że pozostał jeszcze na dnie mej duszy kwaśny osad bigota, który udzielał mi pierwszych nauk religii.
Wreszcie doświadczenie udzieliło mi lekcji, która wyleczyła mnie na całe życie z moich błędnych sądów. Było to pewnego wieczoru w Tours. Udałyśmy się z ciotką w odwiedziny do miasta. W owym czasie głośna była historia pewnej młodej wdowy, hrabiny de Montbreuil, którą złośliwość przyjaciółki — tak bywa zwykle — naraziła na to, że zastano ją na schadzce z pewnym oficerem.
Gdy hrabina zjawiła się w salonie, naraz ostre sądy o niej, które słyszałam przed chwilą, umilkły. Tylko po kątach szeptano złośliwe plotki i ukradkiem rzucano na nią zgorszone spojrzenia. Ale na pozór przyjęto ją z przyjaznym szacunkiem. Postanowiłam dać wszystkim lekcję szczerości, podejrzewając, że nikt nie posiada śmiałości jawnego potępienia grzechu.
Zwróciłam się do otaczających dam w tonie uszczypliwie-dobrodusznym, który do dziś dnia jest mi właściwy:
— Czy w Tours nie ma klasztoru Karmelitanek?
— Z jakiego powodu pani o to pyta?
— Bowiem dziwi mnie, że pewne osoby, którym przydałaby się surowa reguła takiego klasztoru wraz z samobiczowaniem, wolą zjawiać się w salonie i wywoływać publiczne zgorszenie.
Moje spojrzenie, za którym poszły inne, nie pozostawiało wątpliwości, w kogo godzą moje słowa. Nieszczęsna pani de Montbreuil stanęła w purpurze rumieńca. Ja zaś rada z tego, że ją poniżyłam, wyszłam dumnym krokiem do ogrodu.
W pomroce lipowej alei ktoś dotknął mego ramienia. Odwróciłam się. Przede mną stała pani de Montbreuil.
— Moja ty szczera dzieweczko! Nie przychodzę czynić ci wyrzutów, lecz pragnę udzielić ci rady.
W oburzeniu odrzekłam:
— Nie potrzebuję pani rad!
Przytrzymała mnie za ręce.
— Jesteś zbyt surowa, bo sądzisz, że jesteś cnotliwa.
— Oczywiście!… I nie chcę pani słuchać…
— Ach, dziecko! Musisz mnie wysłuchać, aby pozbyć się iluzji.
Ton jej mowy był tak serdeczny, w głosie było tyle szczerego wzruszenia, że nie miałam odwagi odejść, nie wysłuchawszy jej. Usadowiła mnie na ławce przy sobie i uderzyła mocą swej wymowy:
— Dziecko! Jeszcze nikt prócz zwierciadła nie powiedział ci, że jesteś piękna. I dlatego serce twoje nie rozwinęło się i nie zabrzmiał w tobie krzyk natury. Jeżeli w tym położeniu przetrwasz, ręczę za twą cnotę. Ale skoro twa dusza obudzi się, a pięknym oczom doda wyrazu uczucie, gdy cię pożerać pocznie tajna tęsknota — wyrozumialsza staniesz się na błędy innych. Zrozumiesz własną słabosć i twoja cnota nie wyda ci się tak nietykalna. Zważ jeszcze: czy wolno nazywać odważnym człowieka, który nigdy nie stanął oko w oko z niebezpieczeństwem? I czy możesz się nazwać cnotliwą, skoro żaden mężczyzna nie dokonał jeszcze natarcia na twoją cnotę?
Zadrżałam. Pomyślałam o nieświadomości Marsillaca i zadałam sobie w duchu pytanie: co by się stało, gdyby był śmielszy? Nie chciałam jednak zdradzić mego niepokoju.
— Z tego, co pani mówi, wynikałoby, że nie ma kobiet cnotliwych.
— Może, moje dziecko. Czyż jest zasługą jednych, iż natura uczyniła je zimniejszymi, a przeto mocniejszymi? I czyż winne są te, które są słabsze, gdyż mają gorętszy temperament? Czyż to od naszej woli zawisło, iż nie potrafimy się oprzeć głosowi, prośbom, śmiałości mężczyzny, który wywarł na nas urok? Można by równie dobrze rzec, iż żelazo nie powinno dać się pociągnąć magnesowi.
— Pani ma słuszność! — rzekłam wzruszona.
— Cnota jest darem nieba tak samo jak geniusz i piękność! — mówila dalej. — Nie potępiaj więc tych, które nieszczęśliwie uwikłały się w sieciach wielkiej namiętności i smutne są, że nie mogą wydrzeć się z nich z chwałą dla siebie.
Czułam łzy w jej głosie. Padłam jej do nóg, wołając: „Przebacz mi, pani!”
— O, dziecko! Zawiniła twoja głowa, nie serce. Powstań, proszę…
— Wróćmy do salonu. Naprawię wszystko… odwołam!
— Ach, droga maleńka! Nie chcę twego poniżenia. I byłoby ono zbędne. Nie odmieni złośliwych. Mnie chodziło tylko o jedno… o wzruszenie twego serca, które jest czyste i dobre. Chciałam pouczyć cię o względności wszystkiego. Bądź zdrowa! Przebaczam ci!…
Pocałowała mnie w czoło. Poczułam, że spadła na nie jej łza.
Ten wypadek miał w moim życiu rozstrzygające znaczenie. Od owej chwili powzięłam gorącą nienawiść do złośliwych języków i oduczyłam się pruderii. Po odejściu hrabiny zamierzałam powrócić do salonu. Ale w przedsionku zastałam moją ciotkę. Trzymała w ręku list, przyniesiony przez gońca.
— Jedziemy do domu. Twój ojciec na nas czeka.
Jak wicher pobiegłam ku karecie. Nie widziałam ojca od trzech lat.
W powrotnej drodze do zamku rozmyślałam o moim monotonnym życiu w Loches przy ciotce. Gdyby ojciec zechciał mnie zabrać do miasta, w którym urodziłam się, do olbrzymiej, błyszczącej bogactwem, gwarnej stolicy, do Paryża — serca Francji, środowiska uciech życia. Chyba matka dałaby mi teraz więcej wolności. Nie jestem przecie już dzieckiem!
Pan de Lenclos jakby odgadł moje myśli. Objął mnie i zaraz na wstępie rzekł:
— Droga Ninon! Mój pułk wraca do Paryża. Jadę tam również. Ale obowiązki moje nie pozwolą mi zająć się, jak należy, mamą, która jest niestety, niezdrowa. Wprawdzie nie jest to nic poważnego, ale zdrowie jej wymaga czułej opieki. A nie ma przy niej nikogo prócz starej służącej. Przygotuj się… pojedziesz ze mną do matki.
Baronowa rozrzewniła się przy rozstaniu.
— Drogi bracie! Żal mi oddać ci ją, gdyż patrzyłam na nią, jako na podporę mej starości. Ale cóż począć? Przed czterema laty powierzyłeś mi ją jako diablątko; szalone, fantastyczne, kapryśne. Zwracam ci ją jako młode, rozsądne, skromne dziewczę, które poznało u mnie wszystkie przywileje cnoty. Rada jestem, że możesz liczyć w przyszłości na rozum i rozsądek twojej małej Ninon.
Biedna kobieta, jakże srogo musiała się rozczarować.
Mój ojciec nie znosił omnibusów, wlokących się ślimaczo do Paryża. Jechaliśmy we dwoje ekstrapocztą. W drodze zadał mi pytanie:
— Cóż tam z twoją miłością?
— Ach! Marsillac nie myśli o mnie.
— Bez wykrętów! A ty?
— Skłamałabym, gdybym rzekła, że nigdy nie myślę o nim.
— Czemu przypuszczasz, że on nie myśli o tobie?
— Jest dojrzały. W tym wieku wychodzi się spod opieki. Gdyby mnie kochał, dałby mi znak życia, nie dbałby o zakazy. Z pewnością tak samo jak jego matka sądzi, że jego tarcza herbowa stoi powyżej małżeństwa ze mną.
— Et! Po cóż zaraz myśleć o małżeństwie?
Popatrzyłam zdumiona na ojca. Gwoli wierności prawdzie nie ukryję, że nie cofnął się, lecz udzielił mi tych niebezpiecznie paradoksalnych nauk, które stanowiły jego system filozoficzny.
— Moja córko. Mówię do ciebie imieniem mądrości. Stoisz w zaraniu życia, a doświadczenie zjawia się nam dopiero pod wieczór, jako wskazująca drogę gwiazda polarna. Staremu ojcu przystoi, aby uchronił cię od niebezpieczeństw, które cię mogą oczekiwać. A więc… strzeż się małżeństwa. Ono jest nieszczęściem!
— Ojcze! Więc doradzasz mi nie kochać?
— Ależ!… Mój system nie wzbrania miłości.
— Nie rozumiem, ojcze.
— Ba! Wiem, że przesąd społeczny jest przeciw mnie. Ale świat jest pełen głupców, którzy rozbijają głowy o tę samą skalę. Jakiś zły duch pędzi ich na nią.
— Czyż małżeństwo jest takim okrutnym stanem?
— Niewątpliwie. Zwłaszcza dla kobiety. Tyranizuje ją płeć silniejsza. Dla niej głównie przeznaczone są kajdany nudy… gorzkie rozczarowania… skrępowanie sił fizycznych i moralnych.
— Litości, ojcze. Co za okropny obraz!
— Prawdziwy. Mężczyzna podpisuje oszukańczo kontrakt, którego nie dotrzymuje. Nie zamyśla poważnie oddać swojej wolności. Nie uznaje z góry obowiązków wierności. Niewierność nie pohańbią go w opinii ludzi.
— To prawda. Jakkolwiek jestem młoda, widziałam tego dowody.
— A więc… gdzież jest sprawiedliwość? Czy kobieta mająca zdrowy rozsądek i wyższy umysl powinna przyjąć więzy takiej nierówności?
— Gdy je odrzuca, jest poniżona w oczach opinii.
— W moich nie! — odparł dumnie. — Wysłuchaj mnie, Ninon. Jesteś mądra, to mnie raduje. Wychowanie mojej siostry nie stępiło, na szczęście, wielkich darów twojej natury. Nie sądzisz chyba, że chcę cię nakłonić do niemoralności.
— A więc?…
— Zrozum mnie. Wcale nie jestem wyrodnym ojcem, ani moja filozofia nie dyktuje ci hańby. Lecz marzyłem o tym, aby mieć syna. A w tym dniu, gdy niebo obdarzyło mnie córką, błagałem je, aby dało mi moc do zaoszczędzeńia ci cierpień, które społeczność narzuca twojej płci. Dążyłem do tego, aby uczynić cię duchowo mężczyzną. Nie zaprzeczaj mi, że zaszczepiłem w tobie krzepkie i zdrowe zasady. Przekonany jestem, że przy sposobności rozpoznasz je sama.
— To prawda!
Na dowód opowiedziałam mu koniec mojej rozmowy z panią Montbreuil. Był rad, że mój rozum zwyciężył.
— Pięknie!… Moje nauki przyniosły owoc. Streśćmy mój światopogląd: zbierać w życiu róże, usuwając kolce. Mój Boże! Nie będziemy trudzili się, aby reformować świat, skoro podoba mu się grzęznąć w nieporozumieniach, ale dlaczego sami, przejrzawszy, nie mamy używać życia?!
— Lecz co o tym mówi religia?
— Czy religia może nas zmusić do przyjęcia klątwy? Zresztą dwa piekła to za wiele. A małżeństwo jest jednym. Uniknijmy najpierw ziemskiego, a poradzimy sobie jakoś i z pozaziemskim…
— Jednak, ojcze… lękam się.
— Czyń zresztą, jak chcesz. Moją rzeczą jest tylko uprzedzić cię o niebezpieczeństwie. Moje refleksje nie są przepisami dla ciebie. Chciałem tylko wyrazić pogląd, że kobieta mocnego ducha może podnieść się na taką wyżynę, iż wzgarda społeczeństwa jej nie dotyka. Szacunek dla siebie zmusza świat do szacunku. Filozofia Epikura nie jest tak głupia, jak się może wydawać.
— Chrystus nie był mniej filozofem od Epikura, a jego nauka jest odmienna.
— Jeżeli tak sądzisz, córko, to lepiej wstąp do klasztoru, zostań oblubienicą Chrystusa, niż miałabyś być żoną mężczyzny.
— Namyślę się jeszcze. Mam czas! — roześmiałam się.
Na tym skończył się nasz dyskurs o małżeństwie. Byłoby nieszczerością z mej strony, gdybym nie wyznała, że od owej chwili liczyłam się z zasadami mego ojca bardziej niż z moimi. Czy miał słuszność, wdrażając mi je, czy nie miał słuszności niechaj sądzą czytelnicy.
Po dwóch dniach podróży przybyliśmy do Paryża. Matka przyjęła mnie serdecznym uściskiem. Niezbyt wiele użyłam rozrywek na spacerach z ojcem, gdyż wypadło mu zaraz wracać do koszar. Ja zaś podjęłam obowiązki pielęgniarki przy matce. W obszernej i zacisznej sypialni z ciężkimi portierami na zakratowanych oknach, nie dopuszczającymi promieni słońca — pośród posępnych portretów moich czcigodnych przodków, nudziłam się śmiertelnie. Aby ukryć przed matką swoją nudę, żaliłam się obłudnie, iż dręczy mnie niemożność odwiedzania z nią katedry podczas mszy świętej. Chwaliła mój pobożny zapal i pocieszała mnie:
— Dziś wieczorem przyjdzie do mnie najczcigodniejszy z kapłanów świata. Poradzisz się go. Jest to wzór cnót ewangelicznych. Od lat dwudziestu osusza łzy nieszczęśliwych. Podjąwszy najświętszą misję, nie ogranicza się do Paryża. Jako apostoł objechał Francję, poszukując chorych, więźniów, nawet zbrodniarzy, skazanych na galery przez sądy; wszystkim niósł pociechę.
— Mamo! Malujesz portret świętego.
— On nim jest, córkol W Marsylii słyszał żale galernika, stęsknionego do żony i dzieci; zajął dobrowolnie jego miejsce na galerze.
— Czyż to możliwe? Dał się zakuć?!
— Tak jest. Potwierdzi to cały Paryż, który przed jego cnotami pada na kolana.
— Któż go uwolnił?
— Sam król, kochanie. Ludwik XIII, wzruszony jego poświęceniem, mianował go wielkim jałmużnikiem galer. Później Wincenty à Paulo — takie jest jego imię — przybył do nas. Mam szczęście należeć do tej gromady chorych, których on sam odwiedza i pociesza u łoża cierpień. Ale zdaje mi się, że słyszę jego kroki…
Drzwi się otworzyły i na progu ukazał się w istocie dostojny Wincenty à Paulob.
Był to człowiek pięćdziesięcioletni. Rysy jego bladej twarzy tchnęły łagodnością. Odziany był skromnie, jak mnich. Szła od niego jakaś cisza, czystość, promienne wesele — godne anielskiej duszy.
— Mój ojcze! — rzekła pani de Lenclos, podniósłszy się z miejsca na jego widok mimo słabości — oto moja córka. Pobłogosław ją.
Przeszedł mnie dreszcz, że apostoł wyczyta obłudę w moim sercu. Oblana zimnym potem, objęta naraz czcią wobec świętego, upadłam przed nim na kolana.
— Wstań, dziecię! — rzekł. — Godzi się klękać tylko przed Panem, a nie przed jego grzesznym sługą.
Położył dłoń na mej głowie. Słyszałam jak szeptał uroczystym tonem:
— Panie! Daj temu dziecku cnoty pobożnej matki! Uchroń jego duszę od błędnych nauk, od zgubnych pokus świata, od próżnych uciech! Uczyń ją szczerą chrześcijanką! Pomóż jej łaską swoją, Boże!
Łzy ciekły po jego licach. Doznałam wstrząsu skruchy. Coś krzyczało w głębi mego serca.
Matka jęła mnie wychwalać: „Moje pobożne dziecko cierpi, że nie może uczęszczać na mszę do katedry”. Święty przyrzekł, iż przyśle od czasu do czasu siostrę miłosierdzia, która zastąpi mnie przy łożu matki. Palił mnie wstyd. Myślałam, że jeżeli nie przyznam się do mojej obłudy, błogosławieństwo świętego spełznie na niczym. Ale nie miałam odwagi uczynić wyznania, szatan trzymał mnie w pętach i nie dopuścił do Boga. Zresztą udało mi się ujrzeć świętego jeszcze tylko dwa razy: w założonym przezeń domu podrzutków i w domu starców. Alę w obu tych przypadkach otaczał go tak gęsty tłum ludzi, pragnących chociażby dotknąć jego szat, że nie znalazłam w sobie odwagi, aby zbliżyć się doń i wyjawić mu grzeszność młodej dziewczyny, za którą modlił się do Pana nad Pany.
Zresztą wrażenie odwiedzin świętego pierzchło nazajutrz, gdy porwał mnie przedsmak radości, wieszczonych mi w naukach ojca. Zwolniona od posług przez przybycie pielęgniarki, udałam się do miasta. Pani de Lenclos za towarzyszkę dała mi swoją starą niańkę, Magdalenę, ograniczoną, półślepą i półgłuchą. Pierwszego dnia poszłyśmy do katedry, gdzie odprawiał mszę znajomy mi proboszcz, jeszcze bardziej dręczony podagrą niż dawniej i nakazujący dłuższe pozostawanie na klęczkach. Nazajutrz wymogłam łatwo na niańce, że udałyśmy się do innego kościoła, wprawdzie położonego dalej, Saint-Germain-l‘Auxerrois… Sprzeciw starej z powodu słabości nóg przemogła lektyka — niedawno wprowadzony nowy sposób lokomocji. Bawiło ją kołysanie się na barkach dwóch muskularnych drągali. Mój wybór kościoła miał tajny motyw. W okręgu probostwa l‘Auxerrois spodziewałam się dostać adres pani Larochefoucauld. W dalszym ciągu marzenie ukazywało mi oparcie się na ręce młodego rycerza Marsillaca, miast służenia ślepej babinie za Antygonę. Zaraz w nawie kościelnej wcisnęłam złotą monetę w łapę kustoszowi i otrzymałam adres pani Larochefoucauld.
— Ba! Księżna bywa u nas co niedzielę. Ma aksamitny fotel na chórze. Mieszka w Champfleury obok Luwru.
Stara ani nie widziała mojej konfidencji z kustoszem, ani nie słyszała rozmowy. Jako że była głucha, gestami nakazałam jej pozostanie w kościele i oczekiwanie mego powrotu. Za chwilę stukałam do wspaniałej bramy portyku książęcego domu. Serce biło mi okrutnie. Przez zakratowane okienko wyjrzała twarz odźwierngo.
— Księżna jest. Proszę wejść.
Zmieszałam się. Dopiero teraz przyszło mi na myśl, że moja samotna wizyta wywoła zdziwienie księżnej.
— Nie! Nie wejdę… Chciałam tylko dowiedzieć się, czy młody książę bawi w Paryżu.
— Gdzie tam! Jest dawno na wojnie. Bije się jak diabeł.
— Gdzie? W Poitou?
— Ależ! W Wetlinie, we Włoszech.
Okienko zamknęło się. A we mnie jakby piorun ugodził — ledwo utrzymałam się na nogach. Jak się to stało, że Marsillac znalazł odwagę, aby na pierwsze boje wyruszyć na tak odległe pola okrutnych bitew?
Powracałam smutna ze łzami w oczach. Koło Luwru spostrzegłam, że idzie za mną jakiś wykwintnie odziany młodzieniec. Wyraźnie mnie śledził. Przerażona przyspieszyłam kroku. Odnalazłam Magdalenę. Ale jakież było moje zdumienie, gdy przy wyjściu z lektyki przed domem mignął mi przed oczyma tenże nieznajomy i zuchwale przesłał mi całusa ręką od ust.
Nazajutrz pozostałam przy chorej. Nie miałam zamiaru wyjść tego dnia. Ale wypadło mi na życzenia matki tylekroć odmówić „Ojcze nasz”, że poczułam się znużona. Udawszy ból głowy, poprosiłam Magdalenę, aby mi towarzyszyła w spacerze. Myśl o kołysaniu się w lektyce sprawiała starej rozkoszny zawrót głowy. Udałyśmy się przez ulicę Saint-Jacques do jednej z bram parku. Tam wczoraj wpadł mi w oko nieznajomy. Tajny instynkt podszeptywał mi, że w tym ustronnym miejscu znów go spotkam.
Półślepa Magdalena, jak się okazało, w jednym wypadku miała dobre oczy. Pociągnęła ją z otwartych drzwi sklepu lada z napisem:
Boli serce, czy też ząb,
Czy tez jakieś trapią smutki,
Tu na chwilkę do mnie wstąp,
Wychyl szklankę dobrej wódki!
