Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dla otoczenia Alicja to wzór cnót – żona wziętego gdańskiego architekta i idealna matka. Pod fasadą luksusu skrywa jednak potworną nudę. Gdy zamyka drzwi sterylnej willi, zmienia kartę SIM i staje się Eleną: ekskluzywną kurtyzaną, dla której mroczna gra władzy w trójmiejskich hotelach to jedyna ucieczką od codzienności. Wszystko rozsypuje się w pył, gdy przyjmuje zlecenie od tajemniczego klienta VIP. Człowiek w czarnej masce balowej brutalnie przejmuje nad nią kontrolę. Zna jej prawdziwe imię, adres i najgłębsze sekrety. Podczas pełnego wyuzdania weekendu w odizolowanej posiadłości nad orłowskim klifem, szantażysta zaczyna ujawniać intymne szczegóły z jej małżeńskiego łoża. Alicja wpada w psychiczny amok. Kim jest człowiek, który zamienił jej sekret w pułapkę bez wyjścia? Duszny, prowokujący thriller o przekraczaniu granic, z finałem o wiele bardziej perwersyjnym, niż potrafisz sobie wyobrazić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 151
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Roj Rojkowski
Złota Klatka
Copyright © 2026 by Roj Rojkowski
All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.
First edition
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
1. Chapter 1
2. Chapter 2
3. Chapter 3
4. Chapter 4
5. Chapter 5
6. Chapter 6
7. Chapter 7
8. Chapter 8
9. Chapter 9
10. Chapter 10
11. Chapter 11
Promienie czerwcowego słońca idealnie cięły salon, kładąc się jasnymi, geometrycznymi pasami na skandynawskim, dębowym stole. Na jego idealnie wywoskowanym blacie nie było ani jednego okruszka, ani jednej smugi, która mogłaby zaburzyć pedantyczny ład tego wnętrza. Dom pachniał nowością, drogimi materiałami wykończeniowymi i aromatycznym woskiem o zapachu białej szałwii, który Alicja zapalała każdego wieczoru, by zabić naturalne zapachy życia. Wszystko tutaj miało swoje miejsce. Książki na półkach były poukładane według klucza kolorystycznego, poduszki na ogromnej, szarej sofie stały idealnie równe, spulchnione i symetryczne.
Alicja stała przy marmurowej wyspie kuchennej, miarowo krojąc dojrzałe awokado. Każdy ruch her dłoni był precyzyjny, niemal mechaniczny, wyreżyserowany przez lata małżeńskiej i macierzyńskiej rutyny. Miała na sobie jedwabny szlafrok w kolorze pudrowego różu – luksusowy, kosztowny, zakupiony w jednym z sopockich butików, ale jednocześnie niezwykle zachowawczy. Żadnych głębokich dekoltów, żadnych rozcięć odsłaniających zbyt wiele uda. Przynajmniej nie o wpół do siódmej rano, kiedy dom budził się do życia, a ona musiała odgrywać swoją najważniejszą, życiową rolę.
Srebrne ostrze noża gładko wchodziło w zielony miąższ owocu. Stuk. Stuk. Stuk. Monotonny dźwięk uderzania o drewnianą deskę rezonował w jej głowie jak tykanie zegara odliczającego czas do wyroku. Alicja patrzyła na swoje dłonie. Miała nienagannie wypielęgnowane paznokcie, pociągnięte lakierem w kolorze subtelnego beżu. Na serdecznym palcu prawej dłoni lśnił platynowy pierścionek zaręczynowy z brylantem, a tuż obok niego klasyczna, gładka obrączka. Te dwa symbole stabilizacji czasami wydawały jej się tak ciężkie, jakby były wykute z ołowiu.
– Mamo, gdzie mój worek na basen? I te nowe okularki? – Głos ośmioletniego Kuby brutalnie rozciął poranną ciszę. Towarzyszyło mu ciężkie, głuche tąpnięcie rzuconego na podłogę plecaka, który z impaktem uderzył o gresowe płytki w przedpokoju.
Alicja nawet nie drgnęła. Nóż ani na milimetr nie zboczył z wyznaczonego toru. Przez lata nauczyła się panować nad odruchami. Wyparła z siebie nagłą falę irytacji, zastępując ją wyuczoną, uniwersalną łagodnością. Nałożyła na twarz ten sam, niezmienny od lat uśmiech, który jej rodzina traktowała jak oczywistość – jak powietrze, którym oddychają, nie zastanawiając się nad jego składem.
– W szafie w przedpokoju, synku. Na dolnej półce, w tej szarej szufladzie, tam gdzie zawsze. Okularki schowałam do bocznej kieszeni plecaka jeszcze wczoraj wieczorem, żebyś o nich nie zapomniał – odpowiedziała. Jej głos był uosobieniem matczynego spokoju. Ciepły, miękki, kojący, pozbawiony jakichkolwiek kantów. Głos kobiety, która nie ma innych zmartwień poza logistyką domowego ogniska.
Kuba fuknął coś pod nosem i pobiegł do przedpokoju, a jego małe stopy uderzały o podłogę z głośnym łomotem. Chwilę później do kuchni weszła dwunastoletnia Julia. Dziewczynka poruszała się jak zombie, z dwiema bezprzewodowymi słuchawkami w uszach, całkowicie odcięta od rzeczywistości, wpatrzona z otępieniem w ekran swojego najnowszego smartfona. Nawet nie spojrzała na matkę. Burknęła tylko coś, co przy odrobinie dobrej woli można było uznać za „dzień dobry”, i opadła na wysokie, tapicerowane krzesło barowe przy wyspie. Tuż za nią, krokiem pewnym, niespiesznym i pełnym naturalnej pewności siebie, wkroczył Marek.
Mąż Alicji wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać wzięty, odnoszący sukcesy architekt z luksusowych przedmieść Gdańska. Nienagannie skrojona, błękitna koszula z włoskim kołnierzykiem, perfekcyjnie wyprasowane spodnie z cienkiej wełny, zapach drogich, ciężkich cytrusowych perfum z nutą drzewa sandałowego i ten sam, lekko nieobecny, skupiony wyraz twarzy, który towarzyszył mu od dobrych kilku lat. Marek żył swoimi projektami, budżetami, przetargami i spotkaniami z majętnymi inwestorami, którzy płacili mu małe fortuny za projektowanie domów ociekających minimalistycznym luksusem. Takich samych jak ich własny.
– Pachnie wybornie – mruknął Marek, podchodząc do Alicji od tyłu.
Objął ją w pasie, przyciągając lekko do swojego ciała. Jego dłonie były ciepłe, znajome. Zbyt znajome. Alicja poczuła, jak na ten dotyk jej ciało reaguje automatycznym, podskórnym skurczem. To nie był strach, nie była to nawet nienawiść. To było coś znacznie gorszego, coś, co zabijało ją od środka każdego dnia: potworna, mdła, paraliżująca nuda. Każdy jego ruch był doskonale przewidywalny. Gdyby zamknęła oczy, mogłaby z dokładnością do sekundy określić, co się wydarzy. Wiedziała, że zaraz poczuje jego usta na swoim prawym policzku, tuż pod kością jarzmową, a potem jego dłoń przesunie się o trzy centymetry w górę, gładząc jej biodro przez śliski materiał jedwabiu. I dokładnie tak się stało. Ten dotyk nie wywoływał już w niej żadnych dreszczy. Był jak tarcie dwóch gładkich powierzchni. Suchy, sterylny, pozbawiony jakiegokolwiek ładunku elektrycznego.
– Twoja kawa. Świeżo mielona, ta z palarni, którą tak lubisz – powiedziała Alicja, płynnym, pełnym wdzięku ruchem wysuwając się z jego uścisku pod pretekstem podania mu porcelanowej filiżanki.
Marek cmoknął ją w policzek. Szybko, rutynowo, bez cienia prawdziwej pasji. To był pocałunek człowieka, który odhacza kolejne punkty na niewidzialnej, życiowej liście porannych zadań. Kochać żonę – odhaczone. Zjeść zdrowe śniadanie – odhaczone. Pojechać do biura, zarobić kolejne tysiące, utrzymać ten wysoki standard życia – w trakcie realizacji.
Alicja usiadła przy stole, nakładając dzieciom i mężowi idealnie równe porcje sałatki z awokado, jajkiem w koszulce i świeżymi ziołami. Sama ledwo tknęła swoją porcję. Patrzyła, jak jej rodzina przeżuwa jedzenie, jak Kuba bawi się widelcem, rozmazując żółtko po talerzu, a Julia bezmyślnie przewija powiadomienia na TikToku czy Instagramie. Słuchała ich rozmów, ale te dźwięki docierały do niej jakby zza grubej, szklanej szyby. Rozmawiali o planach lekcji, o zbliżających się egzaminach Julii, o gigantycznych korkach na obwodnicy Tri-City i o tym, że trzeba w końcu wezwać ogrodnika, bo automatyczny system nawadniania trawnika znowu zaczął szwankować i na idealnej zieleni pojawiły się lekko zżółknięte plamy.
Siedziała wśród nich jak duch, jak obca istota zamknięta w ciele perfekcyjnej pani domu. Wszystko wokół nich było idealne. Designerskie, robione na zamówienie lampy wiszące nad stołem, lśniące sprzęty AGD w zabudowie, wielkie, panoramiczne okna, za którymi rozciągał się widok na soczyście zielony trawnik, docięty co do milimetra przez kosiarkę automatyczną. I ta wszechobecna, sterylna czystość… Ta potworna, dusząca biel ścian, ten brak jakichkolwiek skaz, który z każdym dniem coraz bardziej przypominał jej luksusowy, doskonale wyposażony grobowiec.
Jednak pod gładką, nawilżoną drogimi kremami skórą, pod tym pudrowym jedwabiem szlafroka, krew Alicji zaczynała krążyć szybciej. W dolnej części brzucha, głęboko w podbrzuszu, narastało znajome, pulsujące, niemal bolesne napięcie. To nie była nienawiść do męża czy dzieci. Kochała ich na swój własny, stłumiony sposób. Troszczyła się o nich, prała ich ubrania, gotowała wymyślne obiady, pilnowała wizyt u lekarzy. Ale to wszystko było tylko rolą. Czymś, co robiła, bo tak należało. To, co czuła w tej chwili, to był głód. Pierwotny, dziki, palący głód brudu, grzechu, niebezpieczeństwa i autentycznego bodźca, którego to sterylne, przewidywalne do mdłości życie nie mogło jej dać. Pragnęła poczuć, że żyje. Pragnęła, by ktoś na nią spojrzał nie jak na matkę, nie jak na żonę, nie jak na partnerkę do rozmów o kredycie hipotecznym, ale jak na samicę. Jak na obiekt czystego, zwierzęcego pożądania.
W jej umyśle nagle pojawiło się wspomnienie sprzed dwóch lat. Wspomnienie tamtego pierwszego razu, kiedy przekroczyła granicę. Pamiętała każdy szczegół. To był deszczowy wtorek. Miała za sobą kolejny nudny tydzień, kolejną kłótnię z Markiem o jakąś bzdurę – o to, że kupiła złe rolety do sypialni. Czuła wtedy, że jeśli czegoś nie zrobi, po prostu wyskoczy przez okno. Znalazła ogłoszenie agencji przez przypadek. Zadzwoniła z drżącym głosem. Pierwszy klient był starszym, obrzydliwie bogatym Niemcem w hotelu Sofitel w Sopocie. Kiedy dotknął jej ud swoimi szorstkimi, starymi dłońmi, zamiast obrzydzenia poczuła eksplozję adrenaliny. Zapłacił jej wtedy dwa tysiące euro za dwie godziny. Kiedy wracała do domu, trzęsła się tak mocno, że musiała stanąć na stacji benzynowej. Ale to nie był strach przed przyłapaniem. To było czyste, nieskażone podniecenie. Tamtego dnia Alicja zrozumiała, że ta mroczna, ukryta strona jest jej prawdziwym paliwem.
– Mamo? Słuchasz mnie w ogóle? – Głos Julii gwałtownie wyrwał ją z retrospekcji.
Alicja mrugnęła powiekami, natychmiast przywołując na twarz wyraz pełnego, matczynego skupienia. Lata praktyki zrobiły z niej genialną aktorkę.
– Tak, kochanie. Przepraszam, zamyśliłam się nad listą zakupów do ogrodu. Co mówiłaś o tej bluzie?
– No mówię, że wszystkie dziewczyny z klasy ją mają. Tę czarną z kapturem i tym dużym logo. Musimy jechać w sobotę do Galerii Bałtyckiej, obiecałaś mi to już tydzień temu – westchnęła nastolatka, przewracając oczami z typową dla swojego wieku, ostentacyjną pretensją.
– Oczywiście, pojedziemy. W sobotę po południu będę cała dla ciebie, zrobimy sobie babski dzień – skłamała gładko Alicja, nie mrugnąwszy nawet okiem. Sobotnie popołudnie miała już zarezerwowane, ale zupełnie dla kogoś innego i w zupełnie innych okolicznościach. Agencja wspominała o stałym kliencie z Warszawy, który przyjeżdżał na weekend do Trójmiasta i zażyczył sobie jej obecności na jachcie. Ale Julia nie musiała o tym wiedzieć. Dla Julii była mamą, która kupuje bluzki i robi kakao.
Marek dopił swoją kawę, odstawił porcelanową filiżankę na podstawek z cichym, czystym brzękiem i spojrzał na zegarek. Rolex na jego nadgarstku, prezent od niej na czterdzieste urodziny, lśnił w porannym słońcu.
– Muszę uciekać. Dziś to ważne spotkanie z inwestorem w Sopocie, potem nadzór na budowie tego nowego kompleksu apartamentowców w Gdyni. Pewnie wrócę późno, koło dziewiętnastej, może dwudziestej. Nie czekajcie na mnie z kolacją – powiedział, wstając od stołu i gładząc dłonią koszulę na brzuchu, by upewnić się, że nigdzie się nie podwinęła.
– Dobrze, kochanie. Powodzenia na spotkaniu. Oby inwestor podpisał umowę – odpowiedziała Alicja, również wstając.
Podała mu ciężką, skórzaną aktówkę, odprowadziła do drzwi wejściowych. Kuba i Julia już stali w progu, kłócąc się o to, kto pierwszy wejdzie do busa. Alicja ucałowała dzieci w czoło, poprawiła Kubie kołnierzyk od koszulki polo. Marek rzucił jeszcze krótkie, rzucone w przestrzeń „cześć”, musnął jej usta swoimi – znowu ten sam suchy dotyk – i wyszedł. Wsiadł do swojego czarnego Audi Q8. Chwilę później ciężka, aluminiowa brama wjazdowa zamknęła się za nim z cichym, hydraulicznym sykiem.
Dom opustoszał. Ciężkie, dębowe, antywłamaniowe drzwi odcięły Alicję od świata zewnętrznego. Cisza, która nagle zapadła w tych trzystu metrach kwadratowych luksusu, nie była kojąca. Była duszna, gęsta, wręcz namacalna. Ściany z betonu i szkła zdawały się powoli kurczyć, napierać na jej klatkę piersiową, próbując odebrać jej tlen.
Alicja odetchnęła głęboko, wypuszczając powietrze przez rozchylone usta. Dopiero teraz, gdy była całkowicie sama, pozwoliła swoim ramionom opaść. Nienaganna, wyprostowana postawa idealnej matki ustąpiła miejsca czemuś innemu – kociej, drapieżnej płynności ruchów. Podeszła wolno do wielkiego lustra w przedpokoju, oprawionego w surową, czarną stalową ramę. Spoglądała na swoje odbicie przez bardzo długą chwilę, jakby próbowała przebić się wzrokiem przez zewnętrzną powłokę.
Widziała w nim atrakcyjną, niezwykle zadbaną czterdziestolatkę. Delikatny, ledwo widoczny makijaż typu no-makeup, jasne włosy spięte w gładki, elegancki kok, symetryczne, wręcz arystokratyczne rysy twarzy. Klasyczna piękność, ikona klasy średniej-wyższej, ozdoba każdego oficjalnego przyjęcia i wzorowa matka z bogatego osiedla. Kobieta, której zazdrościły koleżanki z pracy i sąsiadki. Kobieta, która miała wszystko.
– Już czas – szepnęła cicho do pustego, echa korytarza.
Gdy wypowiadała te słowa, jej twarz zmieniła się nie do poznania. Kąciki ust uniosły się w ledwo zauważalnym, drapieżnym, cynicznym uśmiechu. Oczy, przed momentem ciepłe, matczyne i pełne troski, ściemniały, nabierając zimnego, drapieżnego blasku. To była chwila, w której zrzucała skórę.
Zgasiła światło w kuchni, zostawiając brudne naczynia w zmywarce – zajmie się nimi wieczorem, teraz nie miała na to czasu, każda minuta była na wagę złota. Ruszyła na piętro, do swojej garderoby. To było jej prywatne królestwo, wielkie pomieszczenie wyłożone miękką, jasną wykładziną, z rzędami szaf podświetlanych ledami. Wszystko było tu posegregowane kolorami: od bieli, przez beże, aż po bezpieczne pastele. Jednak na samym końcu, za rzędem lnianych garniturów i letnich sukienek od projektantów, wisiały rzeczy, których Marek nigdy nie widział. Rzeczy, które kupowała za gotówkę i przynosiła do domu w torbach z innych sklepów, ukrywając je przed jego wzrokiem.
Zrzuciła z siebie jedwabny szlafrok. Materiał zsunął się z jej ramion, opadając cicho na podłogę. Przez dłuższą chwilę stała zupełnie naga przed kolejnym, wielkim lustrem, przyglądając się swojemu ciału z chłodną, niemal kliniczną oceną. Dzięki katorżniczym treningom z trenerem personalnym trzy razy w tygodniu, restrykcyjnej diecie i drogim zabiegom medycyny estetycznej, jej skóra była idealnie jędrna, a brzuch płaski i lekko zarysowany mięśniami. Miała ciało, które wzbudzało pożądanie, ciało dwudziestolatki zamknięte w dojrzałej, świadomej formie. Ale Marek patrzył na to ciało jak na element wyposażenia domu – jak na ładną, drogą sofę czy luksusowy obraz, który dobrze komponuje się z resztą wnętrza. Nie widział w niej samicy. Nie miał najmniejszego pojęcia, jakie demony drzemią pod tą gładką, pachnącą balsamami powierzchnią.
Zamiast codziennej, bezpiecznej, bawełnianej bielizny, Alicja sięgnęła do głęboko ukrytej, podwójnej szuflady z fałszywym dnem. Wyciągnęła stamtąd komplet od Agent Provocateur – czarną, niezwykle skąpą, koronkową bieliznę, która więcej odsłaniała, niż zakrywała. Materiał był szorstki, drapał jej delikatną skórę, wywołując natychmiastową, fizyczną reakcję. Jej sutki stwardniały pod wpływem dotyku luksusowego, czarnego tiulu. Gdy zapinała haftki stanika, poczuła, jak fala palącego gorąca rozlewa się z podbrzusza po całym ciele. To było jak włączenie zasilania.
Następnie włożyła dopasowany, ciemnoszary kostium ze spódnicą kończącą się tuż przed kolanem – z pozoru skromny, biznesowy, idealny na spotkanie z klientem w biurze. Jednak krój był zdradziecki. Materiał przy każdym ruchu opinał się na jej pośladkach i udach w sposób niezwykle sugestywny, podkreślając każdy ruch bioder. Włosy zostawiła spięte w kok, ale wypuściła kilka luźnych pasm, które okalały jej twarz. Na koniec mocniej podkreśliła usta szminką w kolorze głębokiej, matowej, niemal krwistej czerwieni. Narzuciła na ramiona lekki, czarny płaszcz i włożyła buty na niebotycznie wysokiej, cienkiej szpilce od Christiana Louboutina. Czerwone podeszwy butów stukały o gresowy gres z głośnym, agresywnym, podniecającym kliknięciem. Klik. Klik. Klik. To był dźwięk wolności.
Wychodząc do garażu, czuła, jak jej serce przyspiesza bieg, uderzając mocno o żebra. Adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach z pełną mocą. To był moment przejścia. Granica między nudą a absolutnym, grzesznym samowolą.
Wsiadła do swojego wielkiego, białego Volvo XC90. Zapach luksusowej, skórzanej tapicerki, zmieszany z jej nowymi, mocniejszymi perfumami o nucie piżma, czarnego pieprzu i opium, zadziałał na nią jak sygnał startowy. Uruchomiła silnik. Basowy mruk trzylitrowej jednostki napędowej zawtórował jej wewnętrznemu rozedrganiu. Kierownica pod jej dłońmi wydawała się przyjemnie chłodna.
Wyjechała z osiedla, mijając identyczne, luksusowe, otoczone idealnie przyciętymi tujami domy sąsiadów. Widziała sąsiadkę z naprzeciwka, która w szarym dresie zbierała psie odchody z trawnika, wyglądając przy tym na skrajnie zmęczoną życiem. Alicja pomyślała z dreszczem obrzydzenia, że jeszcze dwa lata temu mogłaby być na jej miejscu, zatracona w codzienności, planując obiad, rozmawiając o promocjach w marketach i zastanawiając się, czy kupić mężowi nowe skarpetki. Ta myśl sprawiła, że mocniej nacisnęła pedał gazu.
Gdy tylko skręciła w stronę drogi szybkiego ruchu wiodącej do centrum Gdańska, nie pojechała prosto. Ruch na głównej trasie był gęsty, ale ona znała trójmiejską topografię doskonale. Po przejechaniu niespełna trzech kilometrów zjechała na pobocze bocznej, rzadko uczęszczanej drogi gruntowej, chowając wielkie, białe auto pod osłoną gęstych, rozłożystych wierzb, które całkowicie odgradzały ją od widoku z głównej szosy.
Wyłączyła silnik. W samochodzie zapadła nagła, gęsta cisza, przerywana jedynie jej własnym, przyspieszonym oddechem i cichym cykaniem stygnącego wydechu. Alicja sięgnęła po swoją luksusową, skórzaną torebkę od Prady, która spoczywała na siedzeniu pasażera. Wyciągnęła z niej prywatnego, eleganckiego iPhone’a w jasnym, kobiecym etui – telefon, na który dzwoniła szkoła, Marek, koleżanki z rady rodziców, kosmetyczka i instruktor jogi. Położyła go ekranem do dołu. Ten telefon musiał zamilknąć.
Następnie, głęboko wewnątrz torebki, odszukała ukrytą pod czarną podszewką, zapinaną na mały, magnetyczny, niewidoczny zatrzask kieszonkę. Wyjęła z niej drugie urządzenie. Był to mały, tani, pozbawiony jakichkolwiek cech charakterystycznych smartfon marki Xiaomi, kupiony za gotówkę w małym, podejrzanym komisie na gdańskiej Oruni. Telefon, o którego istnieniu nikt na świecie – a już na pewno nie jej mąż, który uważał się za geniusza kontroli – nie miał prawa wiedzieć.
Wypuściła głośno powietrze z płuc, opierając głowę o zagłówek fotela. Jej palce lekko drżały z podniecenia, gdy za pomocą małej, metalowej igły wysuwała tackę na kartę SIM. Z małego, srebrnego puzderka po tabletkach miętowych, które nosiła na dnie torebki, wyciągnęła zupełnie inną kartę. Nie była zarejestrowana na jej nazwisko – agencja, z którą współpracowała, dbała o absolutną, niemal paranoidalną anonimowość swoich najdroższych, elitarnych “pracownic”. Karta była zarejestrowana na jakiegoś słupa, opłacona na rok z góry.
Wcisnęła tackę z powrotem na miejsce i przytrzymała przycisk zasilania. Ekran rozbłysnął zimnym, błękitnym światłem w lekko przyciemnionym przez przyciemniane szyby wnętrzu samochodu.
W tym dokładnie momencie Alicja, matka dwójki dzieci, żona szanowanego architekta, sąsiadka z luksusowego osiedla, przestała istnieć. Z każdym procentem paska ładowania systemu, z każdym logowaniem do ukrytej, zaszyfrowanej sieci VPN, stawała się Eleną. Kobietą bez przeszłości, bez moralnych barier, bez zobowiązań. Towarem z najwyższej półki, na który stać było tylko nielicznych. Elitarną panią do towarzystwa, której stawka za noc przewyższała miesięczną pensję niejednego urzędnika.
Telefon wibrował bez przerwy przez blisko minutę, przyjmując zaległe powiadomienia, e-maile na tajną skrzynkę i zaszyfrowane wiadomości z aplikacji Signal od koordynatorki agencji oraz od kilku stałych, prywatnych klientów, którzy potrafili zapłacić tysiące euro za kilka godzin jej specyficznego towarzystwa.
Alicja – a raczej już Elena – przesunęła palcem po ekranie, odblokowując urządzenie za pomocą skomplikowanego wzoru geometrycznego. Ignorując wiadomości od stałych biznesmenów, którzy chcieli po prostu pogadać przy drogim winie i uprawiać klasyczny, choć luksusowy seks, otworzyła powiadomienie z samej góry, oznaczone czerwoną ikoną wykrzyknika. Wiadomość pochodziła bezpośrednio od szefowej agencji, „Madame” Sylwii. Sylwia była kobietą bezwzględną, ale płaciła na czas i gwarantowała dyskrecję, jakiej nie oferował nikt inny w Polsce.
„Elena, mamy dla Ciebie coś specjalnego na dziś. Godzina 11:00. Penthouse na najwyższym piętrze w hotelu Hilton nad samą Motławą. Klient VIP z zagranicy, zapłacił potrójną stawkę za profil ‘Dojrzała, dystyngowana dama z sekretnym, mrocznym obliczem’. Ma bardzo konkretne, surowe wymagania dotyczące stroju i ról. Szczegóły w załączonym, szyfrowanym pliku tekstowym. Potwierdź albo odrzuć w ciągu 5 minut. Jeśli odmówisz, mam dwie inne dziewczyny na Twoje miejsce, ale on chciał konkretnie Ciebie po przejrzeniu Twojego ukrytego portfolio.”
Elena kliknęła w załącznik. Im głębiej wczytywała się w chłodne, niemal techniczne, pozbawione emocji opisy fantazji klienta, tym bardziej czuła, jak jej ciało drży, a skóra pokrywa się gęsią skórką. Klient oczekiwał pełnego podporządkowania. Gra miała polegać na udawaniu porwania, całkowitym unieruchomieniu, związaniu i oddaniu kontroli w ręce obcego mężczyzny w luksusowym pokoju hotelowym. Miał przynieść własne, skórzane akcesoria. Wszystko miało odbyć się w absolutnym milczeniu, bez używania prawdziwych imion, z użyciem tylko jednego słowa-klucza bezpieczeństwa, gdyby ból lub strach stały się nie do zniesienia. Słowo brzmiało: Karmin.
Maska idealnej matki pękła ostatecznie, rozpadając się na milion drobnych kawałków, które zostały gdzieś na dywanikach luksusowego Volvo. Elena poczuła, jak w jej ustach zasycha, a między udami, na delikatnej koronce od Agent Provocateur, pojawia się paląca wilgoć. To było dokładnie to, czego potrzebowała. Ryzyko, które przekraczało granice zdrowego rozsądku. Mrok, który całkowicie pochłaniał jej nudną, sterylną egzystencję i pozwalał jej wreszcie oddychać pełną piersią. Wizualizacja tego, co ten obcy mężczyzna zrobi z jej ciałem za kilka godzin, sprawiła, że jej oddech stał się krótki i rwany.
Szybkim, pewnym ruchem odpisała tylko jedno słowo: „Będę.”
Włożyła telefon z powrotem do ukrytej kieszeni Prady, wrzuciła bieg i gwałtownie nacisnęła pedał gazu. Szerokie koła suva zabuksowały na szutrowym poboczu, wzniecając chmurę kurzu, a samochód z impaktem włączył się do ruchu na głównej szosie. Pędziła w stronę centrum Gdańska, czując, jak z każdym kilometrem zbliża się do swojego prawdziwego, mrocznego sanktuarium, zostawiając Alicję i jej idealną fasadę daleko w tyle.
