Dwóch normalnych poproszę - Roj Rojkowski - ebook

Dwóch normalnych poproszę ebook

Roj Rojkowski

0,0

Opis

Magda ma czterdzieści cztery lata, świeży rozwód i absolutnie żadnego planu na nowe życie. Iwona, jej najlepsza przyjaciółka i samozwańcza ekspertka od mężczyzn, ma za to plan aż za dobry: prosecco, Tinder i powrót na „rynek”. Szybko okazuje się, że randkowanie po czterdziestce to świat pełen własnych zębów, zdjęć z rybami, fatalnych randek i zaskakująco dobrych decyzji podejmowanych w bardzo złych momentach. „Dwóch normalnych poproszę” to bezczelna, zabawna i ciepła opowieść o przyjaźni, pożądaniu i kobietach, które odkrywają, że wcale nie muszą znaleźć idealnego faceta. Najpierw muszą odnaleźć siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 246

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Roj Rojkowski

Dwóch normalnych poproszę

Copyright © 2026 by Roj Rojkowski

All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.

First edition

This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com

Contents

1. Sernik po rozwodzie

2. Tylko jeden drink

3. Wszystkie zęby

4. Ekspertka

5. Pytania kontrolne

6. Zaryzykuj

7. Sobota

8. Ramen

9. Dzień po

10. Nie tylko mama

11. Hot mama

12. Ten Bartek

13. To nadal ja Bartek

14. Drugie randki są gorsze

15. Tomasz

16. Tylko kawa Bartek

17. Marek

18. Głupi pomysł

19. Kac

20. Prawda

21. Ekspertka bez instrukcji

22. Dwóch normalnych poproszę

23. SERNIK

1

Sernik po rozwodzie

Magda jadła sernik łyżką.

Nie widelczykiem deserowym. Nie elegancko odkrojoną porcję z talerzyka. Łyżką. Bezpośrednio z plastikowego pudełka, w którym na dnie zostało już tylko tyle ciasta, żeby człowiek mógł sobie wmówić, że właściwie nic nie zjadł.

Siedziała na kanapie w szarych spodniach dresowych i koszulce z napisem „PARIS”, choć w Paryżu nigdy nie była. Miała czterdzieści cztery lata, kredyt hipoteczny, córkę studiującą we Wrocławiu, fikusa, który od trzech lat próbował umrzeć, oraz rozwód.

Rozwód był najnowszy.

Jeszcze pachniał urzędem.

— Wiesz, co jest najlepsze w rozwodzie? — zapytała.

Iwona zdjęła płaszcz.

— Alimenty?

— Nie mam alimentów.

— To źle zaczęłaś.

— Iwona.

— No co? Pytasz, odpowiadam.

Magda oblizała łyżkę.

— Najlepsze jest to, że wszyscy ci mówią: „Teraz możesz zacząć nowe życie”.

— Bo możesz.

— Gówno mogę.

Iwona zatrzymała się w połowie drogi do kuchni.

— Oho.

— Co?

— Pierwsze „gówno” przed osiemnastą. Jest gorzej, niż myślałam.

Położyła na stole butelkę prosecco.

Magda spojrzała na nią z dezaprobatą.

— Mówiłam, że nie piję.

— Wiem.

— To po co przyniosłaś?

— Dla siebie.

— Całą?

— Nie wiedziałam, jak długo będziesz marudzić.

Iwona miała czterdzieści sześć lat i tę szczególną odmianę pewności siebie, która pojawia się u kobiet po serii życiowych katastrof, kiedy człowiek orientuje się w końcu, że skoro przeżył tamto wszystko, to naprawdę nie ma już powodu przejmować się cellulitem.

Była wysoka, szczupła, miała krótkie blond włosy i czerwone paznokcie. Twierdziła, że mężczyzn można podzielić na trzy kategorie: tych, z którymi można żyć, tych, z którymi można spać, i tych, którym pod żadnym pozorem nie wolno dawać numeru telefonu.

Magda podejrzewała, że Iwona najczęściej wybierała trzecią kategorię.

— Ja już nie chcę faceta — oznajmiła.

Iwona otworzyła prosecco.

Korek wystrzelił i odbił się od kuchennej szafki.

— Oczywiście.

— Mówię serio.

— Ja też.

— Nie potrzebuję mężczyzny.

— Absolutnie.

— Dam sobie radę sama.

— Bez dwóch zdań.

Magda zmrużyła oczy.

— Dlaczego mówisz do mnie jak psychiatra do kobiety stojącej na parapecie?

Iwona nalała sobie wina.

— Bo siedzisz w dresie, jesz sernik łyżką i od dwudziestu minut tłumaczysz mi, jak bardzo nie potrzebujesz mężczyzny.

— Bo nie potrzebuję.

— W takim razie świetnie. Napijmy się za to.

Magda wyciągnęła rękę po drugi kieliszek.

— Tylko jednego.

— Naturalnie.

Dwadzieścia siedem minut później butelka była pusta.

Sernika również nie było.

— Powiem ci coś — powiedziała Magda.

— Wiedziałam, że prosecco zadziała.

— Nie chodzi o seks.

Iwona odstawiła kieliszek.

— Cholera. A już zaczynało być interesująco.

— Chodzi mi o to, że ja nie wiem, jak to się teraz robi.

— Seks?

— Poznaje ludzi!

— Aaa.

— Kiedy ostatnio byłam sama, miałam dwadzieścia trzy lata. Nie było aplikacji. Nie było tych wszystkich… przesunięć.

Wykonała palcem nieokreślony ruch w powietrzu.

— Swipe’ów.

— Właśnie. Ludzie poznawali się normalnie.

— Czyli po pijaku w akademiku?

— Ja poznałam Pawła na urodzinach Kaśki.

— I zobacz, jak się skończyło.

Magda spojrzała na nią.

— Bardzo wspierające.

— Staram się.

Zapadła cisza.

Za oknem sierpniowy Gdańsk powoli zmieniał kolor. Nad dachami Wrzeszcza wisiało jeszcze jasne niebo, ale na ulicy zapalały się już pierwsze światła. Tramwaj przejechał gdzieś niedaleko, charakterystycznie zgrzytając na zakręcie.

Magda podciągnęła kolana pod brodę.

— Po prostu nie wyobrażam sobie randki.

— Dlaczego?

— O czym miałabym z nim rozmawiać?

— O czymkolwiek.

— Na przykład?

— „Czym się zajmujesz?”, „Masz dzieci?”, „Dlaczego twoja była żona przebiła ci opony?”.

— Iwona.

— Ostatnie pytanie opcjonalne.

Magda parsknęła śmiechem.

Pierwszy raz tego wieczoru.

Iwona natychmiast to zauważyła.

— Dobra. Dawaj telefon.

— Po co?

— Dawaj.

— Nie.

— Magda.

— Nie.

— Magdalena.

— Jak mówisz do mnie Magdalena, brzmisz jak moja matka.

— Twoja matka ma rację w wielu sprawach.

— Moja matka uważa, że mikrofalówka powoduje raka.

— W jednej czy dwóch może się mylić. Telefon.

Magda przycisnęła komórkę do piersi.

— Nie założysz mi żadnego Tindera.

Iwona uśmiechnęła się.

— Nie powiedziałam Tinder.

— Ale pomyślałaś.

— Pomyślałam trzy aplikacje.

— Nie.

— Jedną.

— Nie.

— Założymy profil i tylko popatrzymy.

— To brzmi dokładnie jak „wejdziemy tylko na jednego drinka”.

— I ile razy świetnie się potem bawiłaś?

— Raz obudziłam się w Helu.

— Ale żyłaś.

— Nie miałam buta.

— Szczegóły.

Magda zaczęła się śmiać.

I to był błąd.

Bo Iwona wykorzystała moment, wyrwała jej telefon i odskoczyła za stolik.

— Oddaj!

— Kod.

— Nie ma mowy.

— Znam twoją datę urodzenia.

— Zmieniłam.

Iwona spojrzała na ekran.

Telefon się odblokował.

— Nie zmieniłaś.

— Kurwa.

— Drugie „kurwa”. Robisz postępy.

Magda rzuciła w nią poduszką.

Iwona zrobiła unik.

— Zdjęcie.

— Nie.

— Potrzebujemy zdjęcia.

— Nie dam ci zdjęcia.

— Masz ich tysiąc.

— Mam zdjęcia z wakacji.

— Świetnie.

— Z Pawłem.

— Jego wytniemy. Symbolicznie i cyfrowo.

Usiadły obok siebie.

Magda początkowo protestowała, potem zaczęła protestować trochę ciszej, aż w końcu sama przewijała galerię.

— To odpada.

— Dlaczego?

— Mam grube ramię.

— Masz normalne ramię.

— Tutaj wyglądam staro.

— Masz czterdzieści cztery lata.

— Dzięki.

— Mam napisać, że dwadzieścia osiem?

— Nie.

— To przestań wybierać zdjęcia tak, jakbyśmy sprzedawały mieszkanie i próbowały ukryć wilgoć.

W końcu znalazły fotografię z zeszłego lata.

Magda stała na plaży w Brzeźnie. Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy. Miała białą koszulę narzuconą na kostium kąpielowy i śmiała się do kogoś poza kadrem.

Nie pozowała.

I właśnie dlatego wyglądała dobrze.

Iwona przyjrzała się zdjęciu.

— To.

— Mam zmarszczki przy oczach.

— Bo się śmiejesz.

— Widać brzuch.

— Magda, szukamy faceta, nie chirurga plastycznego.

— Możemy trochę przyciąć?

— Możemy przyciąć Pawła.

Na skraju fotografii rzeczywiście znajdował się fragment męskiego ramienia.

Iwona przesunęła palcem.

Paweł zniknął.

Obie przez moment patrzyły na ekran.

— O — powiedziała Magda.

— Co?

— Nic.

Ale coś było.

Pierwszy raz zobaczyła zdjęcie z tamtych wakacji bez niego.

I nagle nie wyglądało jak zdjęcie z ich małżeństwa.

Wyglądało jak zdjęcie jej.

— Dobra — powiedziała cicho. — To może być.

Iwona nie skomentowała. Wiedziała, kiedy żartować, a kiedy nie.

Po chwili stuknęła w ekran.

— Teraz opis.

— Napiszę sama.

— Proszę bardzo.

Magda wzięła telefon.

Zastanawiała się chwilę.

Napisała:

„Magda, 44. Księgowa. Lubię książki, kino, spacery nad morzem i dobrą kawę. Szukam kogoś normalnego do rozmowy i może czegoś więcej.”

Iwona przeczytała.

Milczała.

— Co?

— Nic.

— Widzę twoją minę.

— Jaką?

— Tę minę.

— Po prostu zastanawiam się, czy dopisać grupę krwi.

— Co jest złego w tym opisie?

— Nic. Jeśli szukasz siedemdziesięcioletniego bibliotekarza po operacji biodra.

— Sama napisz.

Iwona zabrała telefon.

Palce zaczęły jej latać po ekranie.

— Co piszesz?

— Poprawiam.

— Pokaż.

— Chwila.

— Iwona.

— Gotowe.

Podała telefon.

Magda przeczytała:

„44 lata. Podobno wyglądam lepiej na żywo, ale opinię wydała moja przyjaciółka po dwóch kieliszkach. Lubię morze, dobrą kawę i mężczyzn, którzy potrafią napisać coś więcej niż «hej». Nie szukam księcia. Wystarczy dorosły facet z poczuciem humoru, własnymi zębami i bez żony.”

Magda przeczytała drugi raz.

— „Własnymi zębami”?

— Ważne.

— „Bez żony”?

— Bardzo ważne.

— Brzmię jak desperatka.

— Brzmisz jak kobieta.

— Usuń zęby.

— Zostają.

— Iwona!

— Dobrze.

Usunęła.

Po chwili profil był gotowy.

Na ekranie pojawiło się pierwsze zdjęcie mężczyzny.

Łysy.

Okulary przeciwsłoneczne.

Samochód.

— Nie — powiedziała Magda.

— Dlaczego?

— Nie wiem.

— Doskonałe kryterium.

Przesunęła.

Drugi.

Broda. Tatuaż. Zdjęcie bez koszulki przed lustrem.

— O.

— Co „o”?

— Nic. Analizuję.

— Co analizujesz?

Iwona przybliżyła fotografię.

— Warunki lokalowe.

— Przestań!

— Ma czystą łazienkę. To dobrze rokuje.

Magda wyrwała jej telefon.

Trzeci mężczyzna miał czterdzieści osiem lat i pozował z ogromnym szczupakiem.

Magda skrzywiła się.

— On ma zdjęcie z rybą.

— Duża?

— Ryba?

Iwona upiła ostatnią kroplę prosecco.

— Na początek nie bądźmy drobiazgowe.

Magda wybuchnęła śmiechem.

Tak mocno, że musiała odstawić telefon.

I wtedy telefon zawibrował.

Obie spojrzały na ekran.

Masz polubienie.

— Nie — powiedziała Magda.

Drugie wibracje.

Masz polubienie.

Trzecie.

Czwarte.

Piąte.

Magda patrzyła na telefon, jakby właśnie zaczynał odliczanie do eksplozji.

— Co się dzieje?

— Jesteś kobietą w aplikacji randkowej.

— Minęła minuta!

— Czterdzieści sekund.

Telefon zawibrował ponownie.

Tym razem pojawiła się wiadomość.

Iwona rzuciła się pierwsza.

— Czytaj!

— Nie będę.

— Czytaj.

— Ty przeczytaj.

Iwona otworzyła.

Przez moment patrzyła na ekran.

Potem uniosła brwi.

— O.

— Co?

— Nic.

— Iwona.

— Pan jest bezpośredni.

— Co napisał?

Iwona odchrząknęła teatralnie.

— „Hej piękna. Jesteś otwarta na przygodę?”

Magda zakryła twarz dłońmi.

— Usuń konto.

— Absolutnie nie.

— Natychmiast.

— Poczekaj.

— Na co?!

Iwona weszła w profil mężczyzny.

— Ma czterdzieści jeden lat.

— Nie interesuje mnie to.

— Sto osiemdziesiąt sześć centymetrów.

— Iwona!

— Lubi podróże.

— Usuń.

— Ma psa.

— USUŃ.

Iwona przesunęła niżej.

Zamilkła.

— Co?

— Nic.

— Znam to twoje „nic”.

— Jest jeszcze jedno zdjęcie.

— Jakie?

Iwona powoli odwróciła ekran.

Magda spojrzała.

Facet stał na plaży w samych kąpielówkach.

Nie był modelem. I całe szczęście. Miał trochę włosów na klatce piersiowej, lekko miękki brzuch i szerokie ramiona. Wyglądał jak ktoś, kto ćwiczy, ale nadal potrafi zjeść pizzę bez liczenia kalorii.

Magda patrzyła sekundę za długo.

Iwona zauważyła.

Oczywiście, że zauważyła.

— No?

— Co „no”?

— Nic.

— Nie podoba mi się.

— Oczywiście.

— Wcale.

— Naturalnie.

— Po prostu patrzyłam.

— Analitycznie.

— Tak.

— Jak księgowa.

Magda oddała jej telefon.

— Napisz, że nie jestem zainteresowana.

Iwona zaczęła pisać.

— Co piszesz?

— Że nie jesteś zainteresowana.

— Pokaż.

— Nie ufasz mi?

— Ani trochę.

Magda wyrwała telefon.

Na ekranie widniało:

„Zależy, co rozumiesz przez przygodę.”

— IWONA!

— Co?! To pytanie otwarte!

Magda skasowała tekst.

I właśnie wtedy pojawiła się kolejna wiadomość.

Od innego mężczyzny.

Marek, 47.

Bez zdjęcia z rybą.

Bez nagiego torsu.

Na głównym zdjęciu siedział przy stoliku gdzieś nad Motławą, w granatowej koszuli z podwiniętymi rękawami. Uśmiechał się lekko, jakby fotograf powiedział coś zabawnego sekundę przed zrobieniem zdjęcia.

Wiadomość była krótka.

„Hej. Obiecuję, że mam własne zęby i nie mam żony. Czy to wystarczy, żeby dostać kawę?”

Magda przeczytała.

Potem jeszcze raz.

Iwona zajrzała jej przez ramię.

— O.

— Nie zaczynaj.

— Nic nie mówię.

— Właśnie powiedziałaś „o”.

— Bo to jest dobre „o”.

Magda kliknęła profil.

Marek.

Czterdzieści siedem lat.

Gdańsk.

Rozwiedziony.

Jedno dziecko.

Lubi gotować, biegać i „rozmowy, które przypadkiem kończą się o drugiej w nocy”.

— Biega — powiedziała Magda.

— Wybaczymy mu.

— Ma dziecko.

— Ty też.

— Jest rozwiedziony.

— Jeszcze lepiej. Wie, ile kosztuje prawnik.

Magda ponownie spojrzała na zdjęcie.

Granatowa koszula.

Ręce.

Uśmiech.

Coś poczuła.

Nie motyle.

Bez przesady.

Raczej jednego motyla.

Starego.

Trochę zdezorientowanego.

Ale zdecydowanie żywego.

— Odpisać? — zapytała Iwona.

Magda przygryzła wargę.

— Nie wiem.

— To znaczy „tak”.

— Nie.

— To dlaczego się uśmiechasz?

Magda natychmiast przestała.

— Nie uśmiecham się.

— Magda.

— Co?

— Odpowiedz facetowi.

— Co mam napisać?

Iwona wzruszyła ramionami.

— Prawdę.

Magda spojrzała na ekran.

Przez dwadzieścia jeden lat była czyjąś żoną.

Przez ostatnie osiem miesięcy była kobietą, której małżeństwo się rozpadało.

Przez ostatnie trzy tygodnie była rozwódką.

A teraz siedziała na własnej kanapie, lekko pijana, z pustym pudełkiem po serniku na stole i obcym mężczyzną czekającym po drugiej stronie ekranu na jej odpowiedź.

Nagle poczuła coś dziwnego.

Nie strach.

Nie smutek.

Ciekawość.

Napisała:

„Zęby i brak żony to mocny początek. Z kawą jeszcze się zastanowię.”

Przeczytała.

— Wysyłaj — powiedziała Iwona.

— Może bez „mocny”.

— Wysyłaj.

— Może dodam emotkę?

— Żadnych emotek.

— Dlaczego?

— Nie wiem. Ale brzmię wtedy jak ekspertka.

Magda roześmiała się.

I nacisnęła Wyślij.

Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.

Potem pod wiadomością pojawiło się:

Marek pisze…

Magda wyprostowała się na kanapie.

— O Jezu.

Iwona sięgnęła po pustą butelkę.

— Mamy jeszcze wino?

— Nie.

— To mamy problem.

Telefon zawibrował.

Marek odpisał:

„W takim razie muszę poprawić ofertę. Mam też samochód, pracę i umiem wymienić pościel bez pomocy kobiety.”

Magda przeczytała wiadomość.

I uśmiechnęła się.

Tym razem nawet nie próbowała tego ukryć.

Iwona wstała.

— Ubieraj się.

— Co?

— Idziemy po drugą butelkę.

— Jest prawie dziewiąta.

— Magda.

— No?

— Właśnie wróciłaś na rynek.

Spojrzała na pustą butelkę, potem na telefon.

— A rynek, moja droga, wymaga płynności finansowej.

— To było straszne.

— Jestem z siebie dumna.

Magda ponownie spojrzała na ekran.

Marek pisze…

I po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślała, że może nowe życie wcale nie zaczyna się od wielkich decyzji.

Może czasami zaczyna się od sernika.

Dwóch kieliszków prosecco.

I faceta, który ma własne zęby.

2

Tylko jeden drink

Problem z określeniem „tylko jeden drink” polegał na tym, że w historii Magdy i Iwony nigdy nie oznaczało ono jednego drinka.

Raz oznaczało cztery.

Innym razem siedem.

A pewnego pamiętnego wieczoru w Sopocie oznaczało drinki, kebab, kąpiel w morzu o drugiej w nocy oraz powrót do domu taksówką w towarzystwie dmuchanego flaminga, którego pochodzenia żadna z nich do dziś nie potrafiła wyjaśnić.

Dlatego kiedy Iwona powiedziała:

— Ubieraj się. Idziemy tylko na jednego.

Magda powinna była wiedzieć.

— Nigdzie nie idę.

— Idziesz.

— Jestem w dresie.

— Dlatego powiedziałam „ubieraj się”, a nie „chodź”.

— Mam mokre włosy.

— Wyschną.

— Nie mam makijażu.

— Zrobisz.

— Jestem po rozwodzie.

Iwona zatrzymała się.

— Tego akurat w łazience nie naprawimy.

Magda pokazała jej środkowy palec.

— O! — ucieszyła się Iwona. — I właśnie tę energię zabieramy ze sobą.

Czterdzieści minut później Magda stała przed lustrem w sypialni.

— Nie.

— Tak.

— Absolutnie nie.

— Absolutnie tak.

— Widać mi cycki.

— Masz cycki. Trudno, żeby ich nie było widać.

Magda pociągnęła w górę dekolt czarnej sukienki.

— Dawno jej nie miałam.

— Wiem.

— Jest za ciasna.

— Nie jest.

— Iwona, ja w niej nie oddycham.

— Oddychanie jest przereklamowane.

Magda spojrzała na swoje odbicie.

Sukienka rzeczywiście była dopasowana. Może nawet trochę bardziej niż trzy lata wcześniej, kiedy kupiła ją na firmową kolację Pawła.

Ale nie wyglądała źle.

Talia nadal była tam, gdzie powinna. Biodra również. Piersi…

No cóż.

Piersi zdecydowanie stawiły się na spotkanie.

— Za dużo — stwierdziła.

— Czego?

— Mnie.

Iwona stanęła za nią.

— Magda.

— Co?

— Przez dwadzieścia lat ubierałaś się tak, żeby Paweł powiedział, że wyglądasz ładnie.

Magda spojrzała na nią w lustrze.

— A teraz?

— Teraz ubierz się tak, żebyś ty powiedziała, że wyglądasz dobrze.

To było zaskakująco rozsądne jak na kobietę, która dziesięć minut wcześniej doradzała jej stanik push-up słowami: „Nie po to grawitacja z nami wygrywa, żebyśmy jej jeszcze pomagały”.

Magda jeszcze raz spojrzała w lustro.

Poprawiła włosy.

— Dobrze wyglądam.

— Nie słyszałam.

— Dobrze wyglądam.

— Głośniej.

— Nie przesadzaj.

— Wiedziałam, że się wycofasz.

Magda odwróciła się.

— Wyglądam zajebiście.

Iwona uśmiechnęła się szeroko.

— I teraz możemy jechać.

Gdańsk w sobotni wieczór był pełen ludzi.

Ciepłe powietrze pachniało jedzeniem, wodą i końcówką lata. Nad Motławą spacerowały pary, grupki turystów fotografowały wszystko, co miało cegłę albo żurawia w tle, a ogródki restauracyjne były wypełnione niemal do ostatniego miejsca.

Magda szła obok Iwony i czuła się dziwnie.

Nie źle.

Po prostu dziwnie.

Przez lata wychodziła wieczorem jako żona.

Z mężem.

Do znajomych.

Na kolację.

Na firmową imprezę.

Zawsze istniał jakiś powód.

Teraz powodem było…

— Właściwie po co my idziemy? — zapytała.

— Na drinka.

— Ale dokąd?

— Tam, gdzie będą faceci.

— To bardzo precyzyjne.

— Mam doświadczenie.

— W czym?

— W znajdowaniu facetów.

— Iwona, jesteś sama od sześciu lat.

— W znajdowaniu. Nie w zatrzymywaniu. To osobne kompetencje.

Magda roześmiała się.

Telefon w torebce zawibrował.

Nie wyjęła go.

Po kilku krokach zawibrował ponownie.

Iwona spojrzała na nią.

— Marek?

— Nie wiem.

— Wiesz.

— Nie sprawdzałam.

— Dlaczego?

— Bo nie chcę wyglądać na zdesperowaną.

— Przed kim?

— Przed nim.

Iwona zatrzymała się.

— Magda. On nie widzi, kiedy wyjmujesz telefon z torebki.

— Ale zobaczy, że przeczytałam.

— I?

— I będzie wiedział, że czekałam.

— A czekałaś?

Magda milczała.

— No właśnie.

Wyjęła telefon.

Marek.

„Skoro kawa jest jeszcze negocjowana, mogę zaproponować spacer. Publiczne miejsce, dużo świadków. Bezpieczniej się nie da.”

Magda uśmiechnęła się.

— Co napisał?

— Nic.

— Daj.

— Nie.

— Magda.

— Nie dostaniesz już mojego telefonu.

— To przeczytaj.

Magda przeczytała.

Iwona skinęła głową.

— Rozsądny.

— Mhm.

— Zabawny.

— Trochę.

— Podoba ci się.

— Nie znam go.

— Nie powiedziałam, że go kochasz. Powiedziałam, że ci się podoba.

Magda schowała telefon.

— Nie odpisuję teraz.

— Bardzo dobrze.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Teraz mamy inne zadanie.

— Jakie?

Iwona wskazała ogródek jednego z lokali.

— Badania terenowe.

Usiadły przy stoliku.

Zamówiły po ginie z tonikiem.

— Jeden — powiedziała Magda do kelnera.

— Każda — doprecyzowała Iwona.

— To było oczywiste.

— Z tobą nigdy nie wiadomo.

Kiedy kelner odszedł, Iwona pochyliła się nad stolikiem.

— Zasady.

— Jakie zasady?

— Wieczoru.

— Nie wiedziałam, że są zasady.

— Od teraz są.

Uniosła palec.

— Po pierwsze: nie mówimy o Pawle.

— Dobrze.

— Po drugie: nie mówimy o pracy.

— Dlaczego?

— Bo jesteś księgową.

— I?

— Nikt jeszcze nie został uwiedziony amortyzacją środków trwałych.

— Zdziwiłabyś się.

Iwona uniosła drugi palec.

— Po trzecie: jeśli jakiś facet postawi ci drinka, nie oznacza to, że jesteś mu cokolwiek winna.

Magda spoważniała.

— To akurat wiem.

— Wiem, że wiesz. Ale zasada jest dobra.

Trzeci palec.

— Po czwarte: nie wybieramy żonatych.

— Oczywiście.

— Nawet przystojnych.

— Iwona.

— Nawet bardzo przystojnych.

— Czy ty mówisz to do mnie, czy do siebie?

Iwona zastanowiła się.

— Zapiszmy jako zasadę ogólną.

Drinki przyszły.

Stuknęły się szklankami.

— Za co? — zapytała Magda.

Iwona pomyślała.

— Za drugi pierwszy raz.

Magda spojrzała na nią.

— Co?

— Pierwszy pierwszy raz miałaś dwadzieścia parę lat i nie wiedziałaś, czego chcesz. Teraz masz czterdzieści cztery i przynajmniej wiesz, czego nie chcesz.

Magda uśmiechnęła się.

— Za drugi pierwszy raz.

Wypiły.

I wtedy podszedł do nich facet.

Tak po prostu.

Magda niemal się zakrztusiła.

Miał około pięćdziesiątki. Wysoki. Siwiejące włosy. Biała koszula. Zegarek wyglądający na taki, którego właściciel lubił, kiedy ludzie pytali, ile kosztował.

— Dobry wieczór — powiedział.

— Dobry — odpowiedziała Iwona.

Magda tylko się uśmiechnęła.

— Mogę postawić paniom drinka?

Iwona spojrzała na Magdę.

Magda spojrzała na Iwonę.

To trwało może sekundę, ale odbyły w tym czasie całą rozmowę.

Co robimy?

Nie wiem.

Ty jesteś rozwódką.

A ty ekspertką.

Teoretyczną.

— Może pan — powiedziała w końcu Iwona.

Mężczyzna uśmiechnął się.

— Robert.

— Iwona.

— Magda.

— Miło poznać. Jestem tu z kolegą.

Wskazał stolik kilka metrów dalej.

Siedział tam mężczyzna.

Odwrócił się.

Magda poczuła lekkie rozczarowanie.

Kolega wyglądał, jakby właśnie wrócił z zebrania wspólnoty mieszkaniowej, na którym przez trzy godziny kłócił się o miejsce na śmietnik.

— Andrzej — powiedział Robert.

Andrzej pomachał.

Magda pomachała odruchowo.

Iwona kopnęła ją pod stołem.

— Au.

— Przepraszam.

— Za co?

— Skurcz.

Robert przysunął krzesło.

— Możemy?

Iwona uśmiechnęła się.

— Jasne.

Andrzej dołączył.

I tak rozpoczęły się badania terenowe.

Po dwudziestu minutach Magda wiedziała o Andrzeju następujące rzeczy:

Miał pięćdziesiąt jeden lat.

Prowadził hurtownię materiałów budowlanych.

Jeździł BMW.

Był na Teneryfie osiem razy.

Uważał, że kobiety są „zdecydowanie bardziej skomplikowane od mężczyzn”.

I mówił.

Bez przerwy.

— Bo ja pani powiem, pani Magdo, dzisiaj ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać.

— Mhm.

— Telefony.

— No.

— Internet.

— Tak.

— Facebook.

— Mhm.

— Tinder.

— Prawda.

— Ja nie korzystam.

— Rozumiem.

— Wolę kontakt bezpośredni.

Magda zerknęła na Iwonę.

Iwona rozmawiała z Robertem.

A właściwie Robert mówił, a Iwona przyglądała się jego lewej dłoni.

Nagle jej twarz się zmieniła.

Minimalnie.

Magda znała ten wyraz.

Oznaczał: Mamy problem.

Iwona spojrzała na nią.

Potem znacząco na rękę Roberta.

Magda zerknęła.

Obrączka.

Nie.

Nie obrączka.

Ślad po obrączce.

Bardzo wyraźny.

Jaśniejszy pasek skóry.

Iwona uniosła brew.

Magda prawie parsknęła śmiechem.

— Robert — powiedziała Iwona słodko. — Jesteś żonaty?

Robert zamarł.

Andrzej przestał mówić.

To było imponujące.

Pierwszy raz od dwudziestu minut.

— Ja?

— Ty.

— Nie.

— Na pewno?

— Oczywiście.

Iwona wskazała jego dłoń.

— A to?

Robert spojrzał na palec, jakby widział go pierwszy raz w życiu.

— Aaa, to.

— Tak. To.

— Jestem w separacji.

Iwona spojrzała na Magdę.

Magda napiła się ginu.

— Od kiedy? — zapytała Iwona.

— To skomplikowane.

— Czyli od kiedy?

— Formalnie mieszkamy razem.

Magda zamknęła oczy.

Iwona skinęła głową.

— Oczywiście.

— Ale praktycznie jesteśmy osobno.

— Śpicie razem?

— No…

— W jednym łóżku?

— To nie ma znaczenia.

— Uprawiacie seks?

Robert zakrztusił się drinkiem.

Magda omal nie spadła z krzesła.

Andrzej zainteresował się nagle własnym telefonem.

— Iwona! — syknęła Magda.

— Co? Ustalam status prawny.

Robert otarł usta serwetką.

— To bardzo osobiste pytanie.

— A zapraszanie dwóch obcych kobiet na drinka podczas mieszkania z żoną jest mało osobiste?

— Mówiłem, że jesteśmy w separacji.

— W jednym łóżku.

— Mamy duży dom.

— To zmienia wszystko.

Magda już się śmiała.

Nie potrafiła przestać.

Robert wstał.

— Chyba się nie dogadamy.

— Też mam takie przeczucie — powiedziała Iwona.

Robert odszedł.

Andrzej spojrzał za nim.

Potem na kobiety.

— To ja może też…

— Jesteś żonaty? — zapytała Iwona.

— Nie.

— Narzeczona?

— Nie.

— Partnerka?

— Nie.

— Ktoś, kto uważa, że jest twoją partnerką, mimo że ty masz inną definicję?

Andrzej zastanowił się.

Za długo.

— Dobranoc, Andrzej — powiedziały obie jednocześnie.

Kiedy zostali sami, Magda wybuchnęła.

Śmiała się tak, że bolał ją brzuch.

— „Ustalam status prawny”?!

— No co?

— Zapytałaś obcego faceta, czy śpi z żoną!

— I dzięki temu oszczędziłyśmy czas.

— Jesteś niemożliwa.

— Ale skuteczna.

Magda otarła łzę.

— Boże.

— Widzisz?

— Co?

— Pierwsze badanie zakończone.

— Wynik?

Iwona uniosła szklankę.

— Rynek trudny. Dużo towaru z wadami prawnymi.

Magda ponownie wybuchnęła śmiechem.

— Jesteś idiotką.

— Ale szczęśliwą.

— Jeszcze jeden?

Iwona spojrzała na nią z dumą.

— Wiedziałam.

— Jeden.

— Oczywiście.

Zamówiły drugi.

Po drugim Magda była już rozluźniona.

Po trzecim stwierdziła, że muzyka jest naprawdę dobra.

Iwona powiedziała, że mówiła to od początku.

— Nie mówiłaś.

— Myślałam.

— To się nie liczy.

— U mnie się liczy.

Telefon Magdy ponownie zawibrował.

Tym razem wyjęła go bez udawania, że nie czekała.

Marek.

„Nie chcę naciskać. Jeśli zmienisz zdanie w sprawie kawy albo spaceru, propozycja aktualna. Dobrego wieczoru, Magda.”

Przeczytała dwa razy.

— Podoba mi się — powiedziała.

Iwona spojrzała na nią.

— Co?

Magda zorientowała się, że powiedziała to na głos.

— Wiadomość.

— Oczywiście.

— Naprawdę. Podoba mi się wiadomość.

— Magda.

— No?

— Możesz powiedzieć, że facet ci się podoba. Policja nie przyjedzie.

Magda spojrzała ponownie na jego zdjęcie.

Granatowa koszula.

Ten uśmiech.

— Trochę mi się podoba.

Iwona stuknęła swoją szklanką o jej.

— Alleluja.

— Nie przesadzaj.

— Jeszcze tydzień temu powiedziałaś, że „wszyscy faceci po czterdziestce albo mają żony, albo problemy z prostatą”.

— Byłam zdenerwowana.

— A dziś?

Magda pomyślała.

— Dzisiaj wiem, że niektórzy mają żony i zdejmują obrączki.

— Postęp.

Magda zaczęła pisać.

„Spacer brzmi dobrze.”

Skasowała.

Napisała:

„Może kawa.”

Skasowała.

— Kurwa.

— Co?

— Nie umiem flirtować.

— Umiesz. Po prostu przez dwadzieścia lat nie używałaś tej funkcji.

— Co mam napisać?

— Daj telefon.

— Nie ma mowy.

— To sama kombinuj.

Magda popatrzyła chwilę na ekran.

W końcu napisała:

„Jutro około 16 mogłabym sprawdzić, czy naprawdę masz wszystkie zęby.”

Pokazała Iwonie.

Ta przeczytała.

— Bardzo dobrze.

— Nie brzmi głupio?

— Brzmi jak ty.

Magda wysłała.

Odpowiedź przyszła po niespełna minucie.

„Umowa stoi. Brzeźno? Kawa i spacer?”

Magda poczuła to znowu.

Motyla.

Tym razem chyba młodszego.

— Jutro — powiedziała.

— Co jutro?

— Mam randkę.

Iwona wydała z siebie dźwięk, który spowodował, że ludzie przy sąsiednim stoliku odwrócili głowy.

— Ciszej!

— MOJA DZIEWCZYNKA MA RANDKĘ!

— Zamknij się!

— Musimy kupić prezerwatywy.

— Iwona!

— Co?

— Idę na kawę!

— Każdy kiedyś idzie tylko na kawę.

— Nie będę z nim spała.

— Nie mówię, że będziesz.

— To po co prezerwatywy?

Iwona wzruszyła ramionami.

— Gaśnica też wisi na ścianie i nikt nie planuje pożaru.

Magda otworzyła usta.

Zamknęła.

— Tego nawet nie skomentuję.

— Rozsądnie.

I właśnie wtedy ktoś stanął obok ich stolika.

— Przepraszam.

Obie podniosły głowy.

Mężczyzna.

Może czterdzieści kilka lat.

Ciemne włosy.

Lekko siwiejące skronie.

Biała koszulka.

Dżinsy.

Bez zegarka wielkości talerza.

Bez kolegi.

Bez widocznego śladu po obrączce.

Uśmiechnął się do Magdy.

Nie do Iwony.

Do Magdy.

— Mogę o coś zapytać?

Magda zerknęła na Iwonę.

Iwona zrobiła minę niewiniątka.

— Jasne — odpowiedziała Magda.

— Ta sukienka…

Magda zesztywniała.

— Co z nią?

— Nic. Właśnie dlatego podszedłem.

Uśmiechnął się.

— Chciałem powiedzieć, że wyglądasz w niej naprawdę świetnie.

I odszedł.

Po prostu.

Nie poprosił o numer.

Nie zaproponował drinka.

Nie spytał, czy jest otwarta na przygodę.

Powiedział i odszedł.

Magda patrzyła za nim.

Potem na Iwonę.

— Co to było?

Iwona powoli uniosła szklankę do ust.

— Rynek.

— Co?

— Rynek właśnie dokonał wstępnej wyceny.

Magda roześmiała się.

Ale po chwili spojrzała w dół.

Na swoją sukienkę.

Na dekolt, który godzinę wcześniej próbowała zasłonić.

Na nogi, które jeszcze w domu wydawały jej się zbyt grube.

Potem zerknęła w stronę mężczyzny.

Już go nie było.

I stało się coś niewielkiego.

Tak niewielkiego, że Iwona nawet tego nie zauważyła.

Magda wyprostowała plecy.

Wracały po północy.

Szły powoli przez rozświetlony Gdańsk, trochę zmęczone, trochę pijane i zdecydowanie zbyt głośne.

— Podsumowanie — zarządziła Iwona.

— Nie.

— Robert: żonaty.

— Separacja łóżkowa.

— Andrzej: potencjalnie problematyczny.

— Teneryfa osiem razy.

— Nie skreślaj człowieka za Teneryfę.

— Osiem razy, Iwona.

— Dobra. Podejrzane.

Magda uśmiechnęła się.

— Nieznajomy: plus.

— Duży plus.

— Marek…

Zawahała się.

— Marek: jutro.

Iwona objęła ją ramieniem.

— Boisz się?

Magda pomyślała.

— Tak.

— To dobrze.

— Dlaczego?

— Bo jakbyś się nie bała, znaczyłoby, że masz to gdzieś.

Przeszły kilka kroków.

— Iwona?

— Mhm?

— Naprawdę dobrze wyglądałam w tej sukience?

Iwona zatrzymała się.

Spojrzała na nią.

— Nie.

Magdzie zrzedła mina.

Iwona wytrzymała dwie sekundy.

— Wyglądałaś zajebiście.

— Jesteś kretynką.

— Wiem.

Ruszyły dalej.

Telefon Magdy zawibrował.

Marek.

„To jutro o 16. I uprzedzam: zęby będę miał przy sobie.”

Magda uśmiechnęła się do ekranu.

Jutro miała pierwszą randkę od dwudziestu jeden lat.

I dopiero wtedy dotarło do niej coś znacznie bardziej przerażającego niż aplikacje, żonaci faceci czy rozmowa z obcym mężczyzną.

Nie pamiętała, jak wyglądała nago przy zapalonym świetle.

A Marek miał zobaczyć ją przecież tylko na kawie.

Oczywiście.

Tylko na kawie.

3

Wszystkie zęby

O godzinie 14:07 Magda wiedziała już, że popełniła błąd.

O 14:32 była tego pewna.

O 15:11 rozważała emigrację.

— Napiszę, że boli mnie brzuch.

Iwona westchnęła.

— Nie.

— Głowa.

— Nie.

— Dostałam gorączki.

— Magda, pięć minut temu wysłałaś mi zdjęcie termometru.

— Mogła wzrosnąć.

— Miałaś trzydzieści sześć i sześć.

— To było pięć minut temu.

— Nie dostaje się sepsy w pięć minut.

Magda siedziała przed lustrem w samej bieliźnie, z telefonem opartym o pudełko kremu.

Iwona obserwowała ją przez wideo rozmowę.

— Po co ja się na to zgodziłam?

— Bo ci się spodobał.

— Zdjęcie mi się spodobało.

— Od czegoś trzeba zacząć.

— Może na żywo jest idiotą.

— Wtedy wypijesz kawę i wrócisz.

— Może ja mu się nie spodobam.

Iwona zamilkła.

Magda spojrzała na ekran.

— Halo?

— Jestem.

— Czemu nic nie mówisz?

— Zastanawiam się, czy odpowiedzieć delikatnie, czy normalnie.

— Delikatnie.

— To nie pierdol.

— Iwona!

— Prosiłaś o delikatnie.

Magda wstała.

Podeszła do szafy.

— Dżinsy?

— Tak.

— Czy sukienka?

— Dżinsy.

— Wczoraj kazałaś mi założyć sukienkę.

— Wczoraj szłaś pić. Dzisiaj idziesz na spacer.

— Czyli dżinsy.

— Tak.

— Te ciemne?

— Tak.

— Nie pogrubiają?

— Nie.

— A jasne?

— Magda.

— No?

— Jeśli jeszcze raz zapytasz mnie, czy coś cię pogrubia, rozłączę się.

Magda wyjęła ciemne dżinsy.

— Bluzka?

— Biała koszula.

— Za oficjalnie.

— Rozepnij dwa guziki.

— Iwona.

— Jeden.

— To randka o szesnastej.

— Biust nie ma godzin pracy.

Magda parsknęła śmiechem.

I dokładnie tego potrzebowała.

O 15:48 była gotowa.

Dżinsy.

Biała koszula.

Białe sneakersy.

Lekki makijaż.

Włosy rozpuszczone.

Stanęła przed lustrem.

Wyglądała…

Normalnie.

Nie jak kobieta idąca uwodzić.

Nie jak rozwódka.

Nie jak czterdziestoczteroletnia kobieta próbująca udowodnić światu, że jeszcze może.

Po prostu jak ona.

Telefon zawibrował.

Iwona.

„Pamiętaj: nie mów o Pawle.”

Po chwili druga wiadomość.