Korepetycje - Roj Rojkowski - ebook

Korepetycje ebook

Roj Rojkowski

0,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Są granice, których przekroczenie zmienia wszystko. I są lekcje, które pamięta się do końca życia. Dla Anny korepetycje z Markiem miały być tylko zwykłą naukową rutyną — do momentu, gdy pod podszewką chłodnego profesjonalizmu zaczęło tlić się niebezpieczne, tłumione napięcie. Jedno popołudnie w jego mieszkaniu wywraca jej świat do góry nogami. Gdy kontrola całkowicie wymyka się z rąk, a tłumione dotąd, licealne fantazje stają się brutalną i zmysłową rzeczywistością, granica między dominacją a spełnieniem zaciera się nieodwracalnie. Kiedy jednak opadną emocje, a chłodne słowa sprowadzą ją na ziemię, pozostanie tylko jedno pytanie: czy po tak gwałtownym przekroczeniu własnych granic można jeszcze wrócić do dawnej siebie? Prowokująca, gęsta od napięcia opowieść o uległości, zatartych granicach pożądania i wspomnieniu, które pozostaje na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 52

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Roj Rojkowski

Korepetycje

Copyright © 2026 by Roj Rojkowski

All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.

First edition

This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com

Contents

1. Chapter 1

1

Chapter 1

Siedziałam w tramwaju jadącym w stronę Wrzeszcza, opierając czoło o chłodną, lekko drgającą szybę. Za oknem przemykały znajome ulice Gdańska, tonące w szarym, popołudniowym półcieniu. Deszcz smużył po szkle, rozmywając czerwone i żółte światła samochodów stojących w korkach. W torbie na ramieniu ciążył mi gruby, oprawny w twardą okładkę notes w kratkę, w którym jeszcze wczoraj wieczorem usiłowałam bezskutecznie rozwikłać macierze i całki oznaczone. Prawda była jednak taka, że matematyka stanowiła zaledwie pretekst. Doskonałą, całkowicie bezpieczną wymówkę, by po dwóch latach znów stanąć przed jego drzwiami i sprawdzić, czy wspomnienia, które pielęgnowałam w głowie, miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

Marek był w naszym liceum kimś więcej niż tylko nauczycielem. Pojawił się w szkole, gdy byłam w drugiej klasie – młody, trzydziestokilkuletni mężczyzna z pasją, który potrafił zamienić nudne wykresy funkcji w fascynującą opowieść o strukturze świata. Dla większości moich koleżanek z klasy był obiektem cichych westchnień i ukradkowych spojrzeń rzucanych znad podręczników. Miał w sobie absolutną charyzmę: nienagannie skrojone koszule z podwiniętymi na przedramionach rękawami, niski, spokojny głos, który potrafił natychmiast uciszyć największy hałas w sali, oraz ten trudny do zdefiniowania uśmiech – lekko pobłażliwy, a zarazem niezwykle ciepły.

Ja jednak nie tylko na niego patrzyłam. Ja go chłonęłam.

Siedziałam zawsze w pierwszej ławce, tuż pod jego katedrą, udając, że każda moja uwaga skrupulatnie dotyczy ciągów geometrycznych czy rachunku prawdopodobieństwa. W rzeczywistości rejestrowałam każdy jego gest. Sposób, w jaki obracał w palcach kawałek kredy, zostawiający biały pył na jego ciemnych spodniach. Zapach jego perfum – mieszankę nut drzewnych, tytoniu i świeżej kawy – który zostawał w klasie długo po tym, jak zadzwonił dzwonek na przerwę. Każde jego spojrzenie rzucone w moją stronę, gdy podchodziłam do tablicy, sprawiało, że serce podchodziło mi do gardła.

Wtedy jednak istniała granica nie do przebycia. I nie chodziło tylko o różnicę wieku czy relację nauczyciel–uczennica, choć obie te rzeczy tworzyły gruby mur profesjonalizmu. Największą i najboleśniejszą barierą była obrączka na jego serdecznym palcu. Prosty, złoty krążek, który błyszczał w słońcu, gdy pisał na tablicy wzory.

Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się o jego żonie. To był początek wiosny. Marek przyniósł do klasy stertę sprawdzianów, a na jego biurku, obok kubka z parującą herbatą, leżał telefon. Gdy pisał coś w dzienniku, ekran zaświecił się, ukazując zdjęcie roześmianej, eleganckiej kobiety o ciemnych włosach, otulonej jasnym szalem. Marek spojrzał na ekran, a na jego twarzy pojawił się uśmiech zupełnie inny niż ten, który widywaliśmy na co dzień – pełen bliskości, spokoju i absolutnej przynależności do kogoś innego. Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie zazdrości tak ostre, że aż zabrakło mi tchu.

Jego żona miała na imię Marta. Z czasem, z drobnych wzmianek rzucanych przez innych nauczycieli na korytarzu czy opowieści starszych klas, dowiedziałam się o niej więcej. Była architektką, kobietą pewną siebie, odnoszącą sukcesy. W moich nastoletnich oczach wydawała się niedoścignionym ideałem. Kimś z dorosłego, niedostępnego dla mnie świata, do którego Marek wracał każdego popołudnia po zamknięciu drzwi sali numer 204. Widywałam ją czasem, gdy przyjeżdżała po niego pod szkołę swoim ciemnym autem. Stałam wtedy przy oknie na drugim piętrze, chowając się za firanką, i patrzyłam, jak Marek wsiada do samochodu, nachyla się i całuje ją w policzek. Każdy taki widok działał jak zimny prysznic, a jednocześnie wzniecał we mnie dziwną, masochistyczną fascynację.

Przez dwa lata liceum żyłam w zawieszeniu między twardą rzeczywistością a własną wyobraźnią. Na lekcjach byłam wzorową uczennicą – tą, która zawsze miała odrobione zadanie, która zgłaszała się do najtrudniejszych zadań i która zasługiwała na jego pochwalne: „Świetnie, Anno, dokładnie o to chodziło”. Te słowa były dla mnie jak paliwo. Analizowałam każdy jego akcent, każde powstrzymane uśmiechnięcie się, szukając w nich choćby najmniejszego śladu tego, że widzi we mnie coś więcej niż tylko zdolną nastolatkę.

Bywały sekundy, w których wydawało mi się, że łapię taki sygnał. Gdy poprawiał mi dłoń trzymającą cyrkiel, a jego palce opierały się na moich o ułamek sekundy za długo. Gdy podczas rozmów po lekcjach, kiedy zostawałam, by dopytać o trudniejszy materiał, jego wzrok zatrzymywał się na moich ustach, zanim wrócił do moich oczu. Ale potem przychodził chłodny powrót do rzeczywistości – powrót do domu, do nauki, do świadomości, że on wraca do Marty, do ich wspólnego mieszkania, do ich poukładanego życia.

Moje uczucie do niego było dojrzałe i dziecinne zarazem. Dziecinne w swojej bezradności i potajemnych zachwytach, dojrzałe w tym, jak mocno mnie ukształtowało. Zamiast szukać relacji z rówieśnikami, którzy wydawali mi się niedojrzali i głośni, zamykałam się w świecie swoich myśli, porównując każdego chłopaka do Marka. Żaden nie miał jego spokoju, jego intelektu, jego tembru głosu.

Kiedy odebrałam świadectwo maturalne i po raz ostatni uścisnęłam jego dłoń na szkolnym korytarzu, czułam, jakby coś we mnie pękło.

– Powodzenia na studiach, Anno. Wiem, że poradzisz sobie ze wszystkim – powiedział wtedy, patrząc na mnie z powagą.

– Dziękuję, panie profesorze – odparłam tylko, chociaż w głowie krzyczałam tysiące słów, których nigdy nie powinnam była wypowiedzieć.

Przez kolejne dwa lata próbowałam układać sobie życie na nowo. Poszłam na studia, poznałam nowych ludzi, przeżyłam nawet krótki, bezbarwny związek, który szybko rozpadł się z braku prawdziwego zaangażowania z mojej strony. Ale Marek nie znikał z mojej pamięci. Pojawiał się w snach, w zapachu parzonej kawy, w cichych wieczorach spędzanych nad książkami.

A potem, kilka miesięcy temu, od wspólnego znajomego ze szkoły dowiedziałam się czegoś, co zmieniło wszystko.

Marek i Marta się rozwiedli. Rozstali się cicho, bez skandalu, po prostu rozchodząc się w dwie różne strony. Złota obrączka zniknęła z jego palca.

Ta wiadomość uderzyła we mnie jak grom. Mur, który wydawał się nie do przebicia, nagle przestał istnieć. Nie było już żony, nie było już szkolnych murów, nie było statusu niepełnoletniej uczennicy. Dzisiaj byłam dwudziestoletnią kobietą na drugim roku studiów – tą samą Anną, ale z zupełnie nową odwagą. Gdy na uczelni pojawił się problem z wymagającym egzaminem z analizy matematycznej, nie szukałam pomocy u znajomych z roku. Wiedziałam dokładnie, do kogo napiszę.

Kiedy pisałam do niego wiadomość z pytaniem o korepetycje, ręce trzęsły mi się tak mocno, że ze trzy razy kasowałam ten sam tekst. Pytanie było proste, niemal chłodne i formalne. Odpowiedź nadeszła po zaledwie minucie:

„Dla ciebie zawsze, Anno. Wpadnij do mnie w czwartek o dziewiętnastej”.