Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Po wypadku Ewa zamieszkuje u córki i zięcia. To miała być tylko tymczasowa pomoc — kilka tygodni pod jednym dachem, rehabilitacja i powrót do normalnego życia. Problem w tym, że Marek zaczyna patrzeć na swoją pięćdziesięciosiedmioletnią teściową zupełnie inaczej niż dotąd. Ewa również szybko odkrywa, że po latach bycia żoną, matką i wdową wciąż potrafi wzbudzać pożądanie — i coraz mniej ma ochotę odmawiać sobie tego, czego chce. Jedno spojrzenie prowadzi do kolejnego. Jedna przekroczona granica sprawia, że następna staje się jeszcze łatwiejsza do pokonania. Tylko jak długo można ukrywać sekret przed kobietą, która jest jednocześnie jego żoną i jej córką? „Matka mojej żony” to odważna historia o zakazanym pożądaniu, rodzinnych granicach, zdradzie i cenie, jaką czasem trzeba zapłacić za własne pragnienia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Roj Rojkowski
Matka mojej żony
Copyright © 2026 by Roj Rojkowski
All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.
First edition
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
1. Chapter 1
2. Chapter 2
3. Chapter 3
Telefon zadzwonił kilka minut po dziewiętnastej.
Marek siedział przy kuchennym stole z laptopem przed sobą i od dobrych dziesięciu minut wpatrywał się w tę samą tabelę, nie rejestrując już właściwie żadnej z liczb. Z salonu dochodził cichy dźwięk telewizora, w którym jakiś prezenter z przesadną powagą omawiał wydarzenia dnia. Za oknem było już prawie ciemno. Początek jesieni zdążył zabrać wieczorom tę przyjemną, letnią długość, kiedy nawet po dwudziestej człowiek miał wrażenie, że dzień jeszcze się nie skończył.
Agnieszka stała przy blacie kuchennym i kroiła pomidory.
— Odbierzesz? — zapytała, nie podnosząc głowy.
Marek spojrzał na swój telefon.
— To nie mój.
Dopiero wtedy Agnieszka zerknęła na aparat leżący przy ekspresie do kawy. Na ekranie wyświetlało się jedno słowo.
Mama.
— Pewnie znowu chce zapytać, czy w niedzielę przyjedziemy — powiedziała Agnieszka.
Wytarła dłonie w ręcznik i odebrała.
— Cześć, mamo.
Marek wrócił wzrokiem do ekranu laptopa.
Nie zdążył jednak przeczytać nawet pierwszego wiersza.
— Słucham?
Ton głosu żony sprawił, że natychmiast uniósł głowę.
Agnieszka przestała się uśmiechać.
— Ale jak to?
Przez kilka sekund stała nieruchomo.
Marek zamknął laptop.
— Co się stało?
Agnieszka nie odpowiedziała.
— Gdzie jesteś? — zapytała do telefonu. — Mamo, powoli. Powiedz jeszcze raz.
Marek już wstawał.
Znał swoją żonę wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że coś było nie tak. Nie chodziło o zwykłe zdenerwowanie. Twarz Agnieszki zrobiła się nagle blada, a palce zacisnęły się mocniej na telefonie.
— Który szpital?
Marek podszedł bliżej.
Agnieszka spojrzała na niego.
— Mama miała wypadek.
Nie powiedziała tego dramatycznie. Właściwie powiedziała bardzo cicho.
I właśnie dlatego zabrzmiało gorzej.
— Co się stało?
Agnieszka uniosła dłoń, prosząc go, żeby przez chwilę nie mówił.
— Dobrze. Jedziemy. Nie, nie ruszaj się nigdzie. Oczywiście, że przyjedziemy.
Rozłączyła się.
Przez moment patrzyła tylko na telefon.
— Agnieszka?
— Samochód.
— Co z nią?
— Podobno nic bardzo poważnego.
Marek wypuścił powietrze.
— Podobno?
— Jakiś facet wymusił pierwszeństwo. Uderzył w bok samochodu. Mama ma złamaną nogę i coś z ręką. Robili jej badania. Zostawiają ją chyba do jutra.
— To jedziemy.
Nie było czego ustalać.
Marek zamknął komputer, Agnieszka wyłączyła kuchenkę, choć nic się na niej nie gotowało, a kilka minut później byli już w samochodzie.
Przez pierwsze kilometry prawie się nie odzywali.
Agnieszka siedziała obok z telefonem w dłoni, co chwilę odblokowując ekran, jakby spodziewała się kolejnej wiadomości.
— Dzwoniła sama? — zapytał Marek.
— Tak.
— To dobry znak.
— Wiem.
— Skoro mogła zadzwonić, mówi normalnie i lekarze mówią o złamaniach, to naprawdę mogło skończyć się dużo gorzej.
— Wiem, Marek.
Tym razem było w jej głosie trochę irytacji.
Marek nie odpowiedział.
Nie miał jej tego za złe. Sam pewnie reagowałby podobnie.
Ewę znał od siedemnastu lat.
