Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Janek ma dziewiętnaście lat i od miesięcy nie potrafi przestać myśleć o Monice — swojej nauczycielce WF-u, starszej od niego o dwadzieścia osiem lat. Dopóki trwa szkoła, między nimi istnieje granica, której żadne z nich nie przekracza. Wszystko zmienia się po maturze. Podczas wyjazdu absolwentów nad jezioro nie ma już dziennika, ocen ani słów „proszę pani”. Jest noc, muzyka, taniec i napięcie, które narastało zbyt długo. A kiedy Monika zaprasza Janka do swojego pokoju, oboje wiedzą, że po tej nocy nic nie będzie już takie samo. „Po dzwonku” to krótka, intensywna historia o fascynacji, różnicy wieku i fantazji, która mogła spełnić się dopiero wtedy, gdy zabrzmiał ostatni szkolny dzwonek.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 63
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Roj Rojkowski
Po dzwonku
Copyright © 2026 by Roj Rojkowski
All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.
First edition
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
1. Chapter 1
PO DZWONKU
Zapach w hali sportowej zawsze był taki sam: mieszanka pasty do podłóg, gumy z podeszew parkietowych trampków i chłodnego, lekko wilgotnego powietrza wpadającego przez wysokie, uchylone okna pod sufitem. Dla większości chłopaków z klasy trzaski odbijanej piłki do koszykówki i krzyki dobiegające z drugiego końca boiska były po prostu tłem do odklepania kolejnych czterdziestu pięciu minut przed dzwonkiem na przerwę.
Dla Janka ten parkiet od dawna był teatrem jednego aktora.
A właściwie jednej aktorki.
Monika stała przy linii bocznej, trzymając w dłoni gwizdek na czarnej smyczy i skórzaną podkładkę z listą obecności. Miała na sobie ciemnoszare, dopasowane legginsy treningowe i prostą czarną koszulkę z niewielkim logo sportowej marki. Nic krzykliwego. Nic, co można byłoby nazwać prowokacyjnym.
A jednak Janek z trudem odrywał od niej wzrok.
Materiał koszulki podkreślał jej wysportowane ramiona i wąską talię, legginsy układały się na silnych nogach, które zdradzały lata regularnego ruchu. Monika nie miała sylwetki dwudziestolatki i, co najważniejsze, wcale nie próbowała tak wyglądać. Jej ciało było ciałem dojrzałej kobiety, zadbanym, sprawnym i naturalnym.
Miała czterdzieści siedem lat.
Janek wiedział o tym doskonale.
Kiedyś przypadkiem usłyszał, jak jedna z nauczycielek składała jej życzenia urodzinowe w pokoju nauczycielskim. Liczbę zapamiętał natychmiast.
Czterdzieści siedem.
Dwadzieścia osiem lat różnicy.
Zamiast go odstraszyć, ta świadomość działała na niego jeszcze mocniej.
Monika nie próbowała naśladować dziewczyn o połowę młodszych od siebie. Nie ubierała się jak studentka, nie przesadzała z makijażem, nie zachowywała się tak, jakby za wszelką cenę chciała udowodnić światu, że czas się jej nie ima.
Nie musiała.
Miała w sobie coś, czego Janek nie potrafił odnaleźć u żadnej dziewczyny ze swojej klasy.
Pewność.
Spokój.
Świadomość własnego ciała i miejsca, jakie zajmowała w świecie.
Janek rzekomo skupiał się na rozgrzewce. Kręcił ramionami, robił skłony, przebiegał od linii do linii, ale jego wzrok co kilka sekund bezwiednie wracał w to samo miejsce.
Do niej.
Obserwował Monikę właściwie przez cały ostatni rok.
Na początku próbował wmówić sobie, że to zwykłe gapienie się dziewiętnastoletniego chłopaka na atrakcyjną kobietę. Nic niezwykłego. Każdy facet przecież czasem na kogoś patrzył.
Tylko że z czasem zaczął rozumieć, że w jego przypadku chodzi o coś więcej.
Nie fascynował go wyłącznie jej wygląd.
Fascynował go sposób, w jaki się poruszała.
Monika poruszała się z bez wysiłkową lekkością kogoś, kto doskonale zna swoje ciało i w pełni nad nim panuje. Kiedy podnosiła rękę, by zasygnalizować zmianę stron, kiedy demonstrowała prawidłowe wykonanie ćwiczenia albo przechodziła przez halę z gwizdkiem w dłoni, w jej ruchach nie było ani odrobiny niezgrabności.
Miała prostą postawę, uniesioną brodę i spojrzenie, które potrafiło w jednej chwili skrócić dystans albo postawić nieprzekraczalną ścianę.
Jej włosy — ciemne, sięgające nieco poniżej ramion — podczas zajęć zazwyczaj były spięte w wysoki kucyk, odsłaniając szyję i linię karku. Przy skroniach pojawiało się kilka jaśniejszych nitek, których nawet nie próbowała ukrywać.
Janek lubił je chyba najbardziej.
Były drobnym przypomnieniem, że kobieta, na którą patrzył, należała do zupełnie innego świata niż on.
– Janek, podawaj, co się gapisz! – wrzasnął Bartek, przebiegając obok i wymachując rękami.
Janek zreflektował się w ostatniej chwili.
Złapał lecącą w jego stronę piłkę, kozłował dwa razy i oddał ją koledze, nawet nie patrząc na kosz.
Kątem oka dostrzegł, że Monika drgnęła.
Przełożyła podkładkę pod drugą pachę i spojrzała w jego stronę.
Na jej twarzy nie było złości ani poirytowania. Tylko ten charakterystyczny, spokojny, profesjonalny wyraz, który znał aż za dobrze.
– Więcej skupienia, Janek – powiedziała donośnym, czystym głosem, bez trudu przebijającym się przez hałas na hali. – Maturę masz za dwa miesiące, a na boisku wyglądasz, jakbyś śnił na jawie.
Kilku chłopaków parsknęło śmiechem.
Janek poczuł, jak na kark wstępuje mu fala gorąca.
Nie chodziło nawet o uwagę przy całej klasie.
Chodziło o to, że wypowiedziała jego imię.
Zawsze działało na niego dziwnie mocno, kiedy je mówiła.
– Przepraszam, proszę pani – odpowiedział, starając się, by jego głos brzmiał możliwie naturalnie.
Proszę pani.
Te dwa słowa działały jak kubeł zimnej wody.
Natychmiast przypominały mu o murze, który ich dzielił.
Miał dziewiętnaście lat. Był pełnoletni, wyższy od większości kolegów, regularnie ćwiczył, sam jeździł samochodem i coraz częściej czuł się bardziej mężczyzną niż chłopakiem.
Ale tutaj, na szkolnym parkiecie, wszystko wyglądało inaczej.
Tutaj on był uczniem.
Ona nauczycielką.
I nic więcej nie miało znaczenia.
Kiedy zajęcia dobiegły końca, a pozostali chłopcy skierowali się do szatni, Janek celowo zwolnił.
Monika zbierała piłki z parkietu, wrzucając je do dużego siatkowego worka.
Przez chwilę obserwował ją z kilku metrów, po czym odruchowo ruszył w jej stronę.
– Pomóc pani?
Monika wyprostowała się.
Przez ułamek sekundy jej ciemne, bystre oczy spoczęły na jego twarzy.
Janek był od niej wyższy niemal o głowę, ale nigdy nie miał wrażenia, że daje mu to jakąkolwiek przewagę.
Przy Monice wzrost nie miał znaczenia.
To ona zawsze kontrolowała przestrzeń.
– Dziękuję, poradzę sobie – odpowiedziała, a na jej ustach pojawił się cień nauczycielskiego uśmiechu. – Zbieraj się do szatni, bo spóźnisz się na polski.
– Zdążę.
Nie odsunął się.
Sam nie wiedział, skąd brała się w nim ta odwaga.
Może właśnie stąd, że zostało już tak mało czasu.
Chciał zatrzymać tę chwilę jeszcze przez kilka sekund. Stać obok niej bez całej klasy wokół. Słyszeć jej spokojny oddech. Czuć delikatny zapach perfum, lekką cytrusowo-kwiatową nutę, która wyraźnie odcinała się od charakterystycznej duchoty hali.
Monika przyglądała mu się chwilę dłużej, niż wymagała tego sytuacja.
Nie uśmiechała się już.
Jej spojrzenie zrobiło się uważniejsze, jakby próbowała zrozumieć, dlaczego Janek wciąż stoi przed nią, zamiast pobiec za kolegami.
– Do szatni, Janek – powtórzyła.
Tym razem ciszej.
Spokojnie, ale stanowczo.
Granica została przypomniana.
– Tak jest, proszę pani.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
Nie wiedział, czy rzeczywiście czuł na plecach jej spojrzenie, czy tylko bardzo chciał je czuć.
W głowie pozostała mu jedna myśl.
Jeszcze tylko kilka tygodni.
***
Szkolny korytarz na drugim piętrze podczas długiej przerwy był poligonem chaotycznej energii.
Dziewczyny z klasy Janka grupowały się przy oknach, przeglądając telefony i wymieniając uwagi o imprezach, makijażu i planach na weekend. Ktoś siedział na parapecie. Ktoś inny jadł drożdżówkę. Dwóch chłopaków kłóciło się o wynik ostatniego meczu.
Janek opierał się o żeliwny kaloryfer i udawał, że słucha Bartka analizującego Ligę Mistrzów.
W rzeczywistości jego wzrok regularnie uciekał w stronę schodów.
Dziewczyny w jego wieku były ładne.
Niektóre nawet bardzo.
Tylko że Janek coraz częściej łapał się na tym, że zupełnie go nie interesują.
Ich zachowanie wydawało mu się głośne, chaotyczne i przewidywalne. Emocje pojawiały się natychmiast i równie szybko znikały. Wszystko było wystawione na pokaz.
Z Moniką było inaczej.
Kiedy pojawiła się na półpiętrze, rozmawiając z nauczycielem historii, Janek odruchowo przestał słuchać Bartka.
Miała na sobie ciemnogranatową marynarkę zarzuconą na biały top i materiałowe spodnie. W ręku trzymała skórzaną torbę oraz kubek z kawą.
Poza halą sportową wyglądała zupełnie inaczej.
Bardziej elegancko.
Bardziej kobieco.
Dojrzale.
Gdy się uśmiechała, przy jej oczach pojawiały się delikatne zmarszczki. Janek zauważał je od dawna. Nie odbierały jej urody. Przeciwnie. Sprawiały, że nie wyglądała jak sztucznie wygładzona twarz z reklamy.
Wyglądała prawdziwie.
To właśnie ta dojrzałość fascynowała go najbardziej.
Monika nie musiała zabiegać o uwagę.
Wchodziła do pomieszczenia i po prostu w nim była.
Pewna siebie.
Spokojna.
Świadoma.
Historyk skręcił w stronę pokoju nauczycielskiego, a Monika ruszyła dalej korytarzem.
Janek odruchowo się wyprostował.
Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
Monika lekko skinęła głową.
– Dzień dobry, proszę pani.
– Dzień dobry, Janek.
Nie zatrzymała się.
Jej głos był jednak inny niż na hali. Cichszy, bardziej miękki, pozbawiony tonu potrzebnego do przekrzykiwania dwudziestu uczniów.
Wystarczyły dwa słowa.
Janek odprowadził ją wzrokiem aż do drzwi gabinetu nauczycieli WF-u.
– Stary.
Bartek trącił go łokciem.
