Złodziejka  marzeń - Anna Sakowicz - ebook + audiobook

Złodziejka marzeń ebook i audiobook

Anna Sakowicz

0,0

Opis

Joanna to czterdziestoletnia nauczycielka samotnie wychowująca nastoletnią córkę Lusię. Zmęczona pracą zawodową postanawia iść na urlop zdrowotny i zacząć realizować swe marzenia. Zamiast odpoczywać, musi jednak wyjechać, by zaopiekować się chorą ciocią. Pobyt w Starogardzie Gdańskim okazuje się pełen niespodzianek. Joanna zaczyna pisać, prowadzi "śledztwo" dotyczące przystojnego sąsiada i udziela się w hospicjum, przede wszystkim jednak wskutek tych doświadczeń całkowicie odmienia swe życie.
Złodziejka marzeń to napisana żywym językiem, utrzymana w ciepłym, zabawnym, optymistycznym, a niekiedy poważnym tonie powieść obyczajowa, która realistycznie oddaje atmosferę niewielkiego miasta, łamie stereotypy i pokazuje, że nigdy nie jest za późno, by zacząć nowe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 2 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt okładki i stron tytułowych

FHU ARKADIA PLUS Jarosław Bartosiński

Redakcja

Grzegorz Krzymianowski

Zdjęcia na okładce

© stokkete/123rf.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Bożena Sigismund

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do wydarzeń lub postaci autentycznych jest zupełnie przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2014

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Szara Godzina s.c., 2014

ISBN 978-83-64312-50-2

Rozdział 1

Z autobusu wylała się fala ludzi. Deptali sobie po palcach, przeciskali się, jakby uczestniczyli w jakiejś szaleńczej zabawie w rodzaju „kto-ostatni-ten-syf”. W końcu mogłam wejść do środka. W jednej dłoni trzymałam ekologiczną siatkę z zeszytami uczniowskimi do sprawdzenia na jutro. Ważyło to chyba tonę, bo przecież te zeszyty w twardych okładkach „są takie śliczne i trwałe”, że niektórzy rodzice nie mogli się powstrzymać przed ich kupnem. A kto pomyślał o tym, że te bruliony później nauczyciel będzie tachał w siatach? Na pewno nikt.

W drugiej dłoni torebka. Jednak to nie była zwykła torebka. To było torbiszcze wypchane książkami, sprawdzianami i innymi niezbędnymi gadżetami typu: metrówka, latarka, parasolka, szczotka, dezodorant itp.

– Złap się czegoś, bo zaraz się przewrócisz – zwróciła mi uwagę Monika, kiedy autobus ruszył, a ja się zachwiałam.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, kiedy ma się obie dłonie zajęte.

– Kiedyś, jak byłam w liceum, jeździłyśmy z koleżankami autobusem i ćwiczyłyśmy równowagę. Nie trzymałyśmy się niczego, tylko stawałyśmy w rozkroku – zaprezentowałam Monice odpowiednią postawę – na lekko ugiętych nogach. I tak jechałyśmy kilka przystanków.

– Może teraz tego nie próbuj, bo zaraz się wypierniczysz.

– Eee, tam. Mam wprawę. – Balansowałam lekko ciałem, przypominając sobie, jak to dawniej bywało. Co prawda, niekoniecznie teraz pasowało, abym się tak zachowywała, ale, na szczęście, nie zauważyłam w autobusie żadnych znajomych twarzy. Oprócz Moniki oczywiście. Ale wątpię, aby Monika w szkole opowiadała o moich autobusowych wyczynach. Pracowałyśmy razem od kilku lat. Lubiłyśmy się i często drogę do pracy i z pracy pokonywałyśmy razem, zawsze trochę plotkując. A to ponarzekałyśmy na koleżanki i kolegów, a to na uczniów, innym razem na byłych mężów, bo obie miałyśmy wątpliwe szczęście być rozwódkami. Nie spotykałyśmy się jednak nigdy po pracy. Towarzysko udzielałam się z innymi koleżankami – z Olgą i Beatą. Od czasu do czasu musiałyśmy spotkać się na lampce wina i pogadać. Taki lekki reset sobie robiłyśmy.

– Lepiej uważaj – ostrzegła mnie Monika, a ja nie zdążyłam nawet wzruszyć ramionami w odpowiedzi, kiedy kierowca gwałtownie przyhamował. Razem ze swoim balastem poleciałam do przodu, prosto na twarz, zaliczając facjatą chropowatą podłogę autobusu.

Trwało to moment. Kiedy zorientowałam się, że już leżę, pochylała się nade mną Monika, a autobus, takie przynajmniej odniosłam wrażenie, przestał się przemieszczać. Czułam ogromny ból, twarz piekła mnie jak cholera. Zauważyłam również, że nie wypuściłam z dłoni ani siatki, ani torebki, aby zamortyzować upadek, i teraz leżałam jak długa, prezentując się wszystkim pasażerom w dość nietypowej pozycji.

– Trzeba wezwać karetkę – usłyszałam nad sobą obcy głos.

– A mówiłam, żebyś się trzymała – dotarło do mnie nauczycielskie pouczenie Moniki. – Żyjesz? – dodała po chwili.

– Yyy – jęknęłam, odklejając twarz od podłogi. Odruchowo przeleciałam językiem po uzębieniu, sprawdzając jego stan. Na szczęście tutaj wszystko było w porządku. Tylko skóra na twarzy piekła mnie niesamowicie.

– Proszę się odsunąć. Mam szkolenie z pierwszej pomocy – usłyszałam nad sobą fachowy głos. Spojrzałam z trudem w stronę, z której dobiegał, ale z tej perspektywy mogłam jedynie dostrzec wypastowane męskie buty. – Nic pani nie jest?

Faktycznie, ratownik pełną gębą. Nie, tak sobie leżę przygnieciona ciężarem egzystencji. Próbowałam się poruszyć, aby sprawdzić, czy czuję wszystkie części ciała. Wyglądało na to, że nie jest tak źle. Bolały mnie tylko trochę kolana, ale chyba mogłam nimi poruszać.

– I puść te siaty! – krzyknęła Monika.

Dopiero wtedy w pełni dotarł do mnie paradoks sytuacji. To się nazywa nauczyciel z powołaniem. Zawsze na straży uczniowskich prac. Nawet w takich przypadkach ich nie porzuca, tylko dzierży w dłoni. Z trudem rozprostowałam palce i uwolniłam się od bagażu. Teraz mogłam podeprzeć się rękoma, aby spróbować się podnieść. Poczułam, że Monika zabiera moją siatę i torbiszcze. Odstawiła je chyba gdzieś na bok. Ludzie obserwowali mnie z zainteresowaniem. A ja próbowałam podźwignąć swoje sponiewierane ciało, któremu zachciało się ćwiczyć równowagę w jadącym autobusie.

– Chyba nic mi nie jest – szepnęłam. I zaraz poczułam silne męskie ramię, które pomogło mi wrócić do pozycji pionowej. Świat wygląda znacznie lepiej z takiej perspektywy. Co prawda, zachwiałam się lekko, bo pewnie stłukłam kolana, ale na szczęście nic nie złamałam. Na ustach poczułam coś ciepłego i lepkiego. Krew. Musiałam przygryźć wargę. Monika podała mi chusteczkę. Ciekawe, że tak szybko znalazła ją w swojej torebce. Tylko że jej torebka to raczej taka torbunia-pizdunia, a nie wielkie torbiszcze, wszystko więc miała zawsze pod ręką. W sumie nie dziwiłam się, Monika uczyła przecież geografii, nie musiała zatem codziennie tachać do domu uczniowskich zeszytów. Od czasu do czasu jakieś kartkówki i sprawdziany. Ot co, mogła je zwinąć nawet w rulon i wepchnąć do tej swojej torbuni.

– Może do szpitala jednak trzeba panią odwieźć? – spytał mężczyzna, który pomagał mi wstać. Okazało się, że to kierowca. Po moim upadku od razu zatrzymał autobus i przyłączył się do akcji ratunkowej.

– Nie, dziękuję, nic mi nie będzie – odparłam, ocierając krew. Twarz mnie piekła. Nieźle, musiałam sobie zedrzeć skórę, bo szczypało jak cholera.

– Mówiłam, żebyś się trzymała – powtórzyła Monika.

– Wiem, moja wina – odparłam. – Ale nic mi nie jest.

Kierowca pomógł mi usiąść. A Monika postawiła koło mnie siaty i już wszystko mogło wrócić do należytego porządku. Ktoś z pasażerów jeszcze komentował, jaka ze mnie nierozsądna istota, żeby się nie złapać poręczy, że stara, a głupia. Autobus jednak ruszył, zagłuszając wszystkie docinki pod moim adresem, i po kilku przystankach mogłam spokojnie (bez towarzystwa ciekawskich spojrzeń) wysiąść, oczywiście z niewielką pomocą Moniki.

– Dasz radę dojść do domu? – spytała. – Może cię odprowadzę?

– Nie, nic mi nie jest. Tylko sobie pozdzierałam skórę i lekko się potłukłam, ale to da się przeżyć.

– No, jak chcesz.

– Dzięki, Moniu. I przepraszam za ten obciach w autobusie.

Doczłapałam się do domu. Nie myślałam, że sprawi mi to aż tyle kłopotów. Jednak od przystanku do mojego bloku był całkiem spory kawałek. Dopiero teraz to zauważyłam. Na szczęście drzwi od klatki schodowej były otwarte, więc nie musiałam przetrząsać torby w poszukiwaniu klucza. Głową nacisnęłam dzwonek przy drzwiach, bo o tej godzinie córka powinna być już w domu.

– O, Dżizus! – krzyknęła Lusia na mój widok.

– Gdzie? – spytałam, siląc się na kiepski dowcip.

– Na twojej twarzy.

– To dawaj jakiś całun.

– Mamo, nie żartuj. Autobus przez ciebie przejechał czy co?

– Prawie zgadłaś. Aż tak źle? – spytałam, kierując się od razu do łazienki, aby w końcu spojrzeć w lustro. – Centrum ćwiczyłam. Jak za dawnych czasów – dodałam.

– Jakie znów centrum?

– Środek ciężkości własnego ciała.

– Co?!

– No wiesz, jak za dawnych lat, młodość i jazda bez trzymanki…

– W autobusie? – nie dowierzała. Pewnie się zastanawiała, gdzie podziała się jej rozsądna matka.

– Tak – odpowiedziałam – ale przegrałam. Autobus dał mi po twarzy.

– Przewróciłaś się?

– Dokładnie na sam ryjek. – Uśmiechnęłam się, a twarz lekko zapiekła.

– Pięknie. I przełączyłaś się na kiepskie dowcipy.

– O, rany – szepnęłam, kiedy w końcu spojrzałam na swoje odbicie. Przestało mi być do śmiechu. Już wiem, dlaczego wszyscy się na mnie tak gapili. Widok w lustrze był nieziemski. Miałam zdartą skórę na lewym policzku, na czole, nosie i brodzie. Nieźle. W dodatku krew pomieszana z brudem uczyniła z mojej twarzy całkiem ciekawy obraz. Normalnie nadawałby się od razu do galerii sztuki współczesnej.

– Umyj to wodą utlenioną. – Lusia podała mi buteleczkę.

– Najpierw może zwykłą wodą zmyję ten syf.

Piekło strasznie, ale po obmyciu, nie wyglądało najgorzej. Jakby ktoś mnie tarką potraktował.

– Zatuszujesz jutro makijażem i będzie okej – pocieszała mnie Lusia.

– Może maskę jakąś założę, co? – ironizowałam, bo już oczyma wyobraźni słyszałam śmiechy uczniów. Nie było jednak wyjścia. Trzeba będzie się z tym zmierzyć i odpowiadać na głupie pytania w rodzaju: „Co się pani stało?”.

Rozdział 2

Na drugi dzień, kiedy tylko przekroczyłam próg szkoły, od razu podeszła do mnie nie najbystrzejsza uczennica z klasy maturalnej i zanim zdążyłam odpowiedzieć na jej „dzień dobry”, zasypała mnie lawiną pytań.

– O, rany! Co się pani profesor stało? Kurczę, to musi boleć, co? – trajkotała, a ja spoglądałam na nią spod przyciemnianych okularów niczym ofiara przemocy domowej.

– Jest aż tak źle? – Uśmiechnęłam się do niej i zgrabnie ominęłam, próbując dostać się do pokoju nauczycielskiego. Tutaj od razu natknęłam się na ciekawskie spojrzenia dwóch koleżanek, wcześniej pewnie pochylonych nad uczniowskimi zeszytami. Na szczęście o nic nie spytały. Dopiero kiedy w pokoju zajęte zostały wszystkie miejsca, podniosłam nos znad parującego kubka herbaty i pokrótce wyjaśniłam, co mi się stało. Nie miałam pewności, że wszyscy mi uwierzą, ale wolałam załatwić tę sprawę na forum publicznym, niż czekać, aż ktoś odważy się zapytać. Po minach koleżanek wnioskowałam, że są usatysfakcjonowane moją opowieścią. Na szczęście nikt nie próbował dopytywać o szczegóły. Akurat w pokoju nie było największej szkolnej plotkary, więc spokojnie mogłam ten dzień przetrwać, nie odpowiadając na komentarze wścibskiego babska. Z dzieciakami jednak nie pójdzie tak łatwo. Ciekawość mają „wpisaną” w obowiązki ucznia, więc nie odpuszczą na pewno. W sumie miałam też inną możliwość. Mogłam zabunkrować się w pokoju nauczycielskim, a uczniom dać klucz do klasy, niech siedzą i robią ćwiczenia. Niestety, moja obowiązkowość mi na to nie pozwoliła, więc po dzwonku karnie pomaszerowałam do swojego gabinetu.

Miałam wrażenie, że uczniowie śledzili każdy mój ruch. W napięciu oczekiwali, kiedy w końcu coś na temat swojej zmasakrowanej twarzy powiem. W powietrzu słychać było latające muchy.

– No dobra, kochani, wiem, że wyglądam, jakby mnie przejechał autobus, ale waszego wyczekiwania i obserwowania moje skołatane nerwy dłużej nie zniosą.

– A co się pani profesor stało? – spytał ośmielony moim wstępem Łukasz. Miałam wrażenie, że klasa wydelegowała go do zadania tego durnego pytania i tylko czekał na odpowiedni moment.

– Nie uwierzycie, więc lepiej nie mówić. Plotka i tak już pewnie żyje swoim życiem. I będzie, że mąż mnie pobił. – Zaśmiałam się, zdejmując w końcu okulary, które i tak niewiele ukrywały.

– Ale pani przecież nie ma męża – szepnął ktoś z ostatniej ławki. Ba! Bystrzaki. Wszystko wiedzą o swoim nauczycielu: stan cywilny, liczba dzieci, samochód, wiek, data imienin, urodzin, rozmiar buta. To przecież ciekawsze niż lektury.

– Nie mam – odparłam. – Dobra. Robimy tak. Ja wam mówię prawdę, co się stało, a wy potem mojej gęby nie zauważacie i pracujemy jak zwykle, co? Może być?

– Jasne, że tak – odparli prawie chórem. Jakie grzeczne dzieci. Pomyślałby kto. W skrócie opowiedziałam im, jak było. Kilka osób nie wytrzymało i parsknęło śmiechem, ale generalnie klasa wyglądała na zaspokojoną przekazanymi informacjami. Mogliśmy wrócić do normalnego toku lekcji. Byłam jednak ciekawa, czy wieść, że durna nauczycielka ćwiczyła równowagę w autobusie, rozniesie się podczas następnej przerwy, czy też wszystkie klasy co godzinę będą pytać o to samo.

Udało mi się spokojnie poprowadzić lekcję i, o dziwo, do końca dnia nikt już nie zapytał, co się stało. Ha! To się nazywa pedagogiczne załatwienie sprawy.

Wróciłam do domu tak zmęczona, że nie miałam siły nawet zrobić sobie herbaty. Luśki jeszcze nie było. Pewnie pobiegła na jakieś kółko. Zastanawiałam się, czy ten upadek w autobusie to nie był jakiś sygnał z góry, żeby trochę odpocząć. Miałam za dużo godzin lekcyjnych. A przecież w domu trzeba było jeszcze sprawdzać zadania i przygotowywać się do następnych zajęć.

Włączyłam komputer. W monitorze odbijała się moja pokiereszowana twarz. Picasso lepiej by tego nie namalował. Patrzyłam jednak na migający kursor. Trzeba było ułożyć test dla uczniów. Szare komórki odmówiły mi posłuszeństwa. Nic. Żadnego przebłysku myśli. Tylko tępe spojrzenie w monitor. Przejrzałam więc internet w poszukiwaniu gotowych pytań do sprawdzianu z III częściDziadów. Musiałam stworzyć coś, co pozwoli mi sprawdzić, czy uczniowie przeczytali lekturę. Tym samym może jutro znów odwrócę ich uwagę od mojej poobijanej gęby. Trzeba było wymyślić takie pytania, na które nie było odpowiedzi w internetowych streszczeniach. A to nie było łatwe.

W końcu się poddałam. Mózg nie chciał podjąć współpracy, więc wpisałam jeszcze raz w wyszukiwarkę: „test+Dziady”. Wyskoczyło tego sporo. Połączyłam dwa gotowe testy, sprawdziłam, czy nie ma w nich błędów. Nie było. Dobrzy są!

Jak zwykle przyszli panowie i panie technicy napisali sprawdzian poniżej moich, a pewnie i swoich, oczekiwań. Podczas sprawdzania nie było w zasadzie niespodzianek. „W zasadzie”, bo od reguły musiał być zawsze wyjątek.

Jeden z moich uczniów – Zbyszek, na którego w klasie wołano „Pizza” z powodu obfitego trądziku – jak zwykle wykazał się pomysłowością. To przyszły polityk, mocno zaangażowany w problem tarczy antyrakietowej. Już nawet nie rzucam w tej klasie standardowego: „Czy są jakieś pytania?”, bo Zbyszek ma zawsze jedno, niezmienne: „Co pani sądzi na temat tarczy antyrakietowej?”. I próbuje wtedy swoich wywodów. W zasadzie nie wiem, co mu strzeliło z tą tarczą do łba. W każdym razie sprawdzian Zbyszka mnie zaskoczył. Pod pytaniem, gdzie rozgrywa się akcja utworu, napisał: „Na jakiejś wsi. Nazwa jakaś z drzewem. Nie pamiętam”. Na pytanie o czas akcji odpowiedział, że ma ona miejsce po powstaniu styczniowym. Resztę pytań pozostawił bez odpowiedzi, ale dodał na koniec komentarz: „Droga Pani Profesor. Pytania są tędęcyjne, więc nie odpowiem na nie. Chciała nas pani złapać na nieprzeczytanej lekturze i nie udało się. Ja przeczytałem i wiem, że pytania przez Panią wymyślone nie dotyczą lektury, bo rzaden z bohaterów nie był w więzieniu i nikt nie miał rzadnych zwidów, no chyba że po pijaku”. Parsknęłam śmiechem, kiedy to przeczytałam.

– Zbyszku, czy mógłbyś wyjaśnić swój komentarz zamieszczony pod sprawdzianem? – spytałam podczas rozdawania uczniom kartek. Wszystkie oczy z ciekawością spoglądały na mnie w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń.

– A co Zbychu tam namazał?! – krzyknął Damian. – Ej, Pizza, geniuszu jeden, co ty tam nasmarowałeś?

– Nic – odparł zdziwiony. – Pytania były tendencyjne, nie dotyczyły lektury. I tylko ja, jako geniusz klasowy, to zauważyłem. – Zaczął się śmiać. Prężył przy tym dumnie pierś, czekając na pochwałę.

– Faktycznie – odpowiedziałam. – Pytania nie dotyczyły lektury, którą przeczytał Zbyszek. – Klasa patrzyła na mnie lekko zdezorientowana.

– Jak to?! – krzyknęła Ulka.

– Tak to! – szybko zaripostował Zbyszek. – Trzeba mieć tu! – I popukał się palcem po głowie. Klasa ryknęła śmiechem.

– Może i trzeba – odparłam. – Tylko że, nasz geniuszu klasowy, przeczytałeś pewnie Chłopów.

– No tak, tom trzeci – potwierdził zdziwiony Zbyszek. – Przecież pani kazała. – Klasa pokładała się ze śmiechu, a Zbyszek patrzył zdezorientowany. Ciągle nic nie rozumiał.

– Zbyszku, Chłopów to my czytać będziemy w przyszłym roku. I w dodatku tom pierwszy, a miałeś przeczytać trzecią część Dziadów.

– Jak to? – nie dowierzał, myśląc, że z niego żartujemy.

– Dziady Adama Mickiewicza – dodała Ulka. – A ty, głąbie, przeczytałeś co innego.

– O, rany. Bo te tytuły takie same. Dziady czy chłopy, przecież to na jedno wychodzi…

Klasa zrywała boki ze śmiechu, zajęło mi kilka minut, by uspokoić towarzystwo. Później poszło już sprawnie. Ale czułam, że nauczanie nie sprawia mi już takiej frajdy jak na początku. Coraz częściej uczniowie mnie denerwowali. Ich ignorancją można byłoby wypełnić niejedno pomieszczenie szkolne. Gdybym przyszła do klasy zupełnie nieprzygotowana, nikt by nawet nie zauważył. Już nieraz mówiłam swoim uczniom, że niczego w zasadzie ode mnie nie wymagają. Nie zmuszają mnie do rozwoju. Na szczęście pozostało we mnie jeszcze trochę samozaparcia i nie zgnuśniałam całkowicie. Ale czułam, że koniec będzie marny.

O mój wygląd już nikt nie pytał. Cieszyłam się, że udało mi się zaspokoić ich ciekawość. A odrapania wydawały się coraz mniej widoczne. Jednak wiara w ucznia kurczyła się we mnie z roku na rok. Bardziej przypominało to lekcję w Dniu Świra niż porządne nauczanie.

Miałam ochotę wziąć urlop na poratowanie zdrowia. Należał mi się. Po szesnastu latach ciężkiej harówy trzeba było nabrać dystansu. Czułam się jak balon, z którego uleciało powietrze.

Pod wpływem ostatnich emocji i „znaku bożego” zesłanego mi w autobusie poszłam do dyrektora zapytać, czy ewentualnie wyrazi zgodę na moją przerwę w pracy. Wszystko poszło pomyślnie. Trzeba było tylko załatwić psychiatrę. Pewnie dyrektor podejrzewał mnie o ekscentryczne zachowania, jakich efekty nosiła moja mocno przypacykowana twarz. Nie miał śmiałości zapytać, co się stało, ale widziałam, że patrzył na mnie z troską. Być może nie wierzył temu, co opowiadano o moim niefortunnym wypadku. Przepisy co do urlopów się trochę zaostrzyły. Nie czułam jednak obaw. Biorąc pod uwagę mój obecny wygląd, nastrój i zachowanie, każdy psychiatra wyśle mnie na przymusowy urlop. Za samą gębę przyzna mi rok.

Koleżanka dała mi numer telefonu do odpowiedniego lekarza. Umówiłam się na prywatną wizytę. Ku mojemu zdziwieniu psychiatra miał mnie przyjąć w przychodni*. Byłam umówiona na konkretną godzinę, co dawało nadzieję na to, że nie będę zbyt długo czekać.

Piechotą do przychodni szło się około piętnastu minut. Przez całą drogę niczym mantrę powtarzałam: „urlop, urlop, urlop”. Z radości miałam ochotę podskakiwać, bałam się jednak, że zapeszę i lekarz nie da mi skierowania. Na szczęście było zimno, co lekko chłodziło moje podniecenie. Przebiegłam ulicę w dość ruchliwym miejscu i znalazłam się przed wejściem do przychodni.

Weszłam do środka. Nie znosiłam lekarzy, przychodni i szpitali. Nie znosiłam wystawania w kilometrowych kolejkach wśród sfrustrowanych pacjentów. Z trudem wytrzymywałam momenty, kiedy chorowała Lusia i trzeba było swoje odstać.

Odnalazłam odpowiedni gabinet. Tutaj czekała mnie niestety bardzo niemiła niespodzianka. Poczekalnia wypełniona była po brzegi. Ale okej. Kazał tu przyjść na trzynastą, więc jestem. Tylko jak dać znać lekarzowi, że już jestem? Pacjenci patrzyli na mnie bardzo podejrzanie. Niektórzy siedzieli pod ścianą na podłodze, bo nie było wolnych krzesełek. Biorąc pod uwagę to, do jakiego specjalisty czekaliśmy, nie można było się narażać zebranym przy drzwiach ludziom, bo wśród nich mogli być także potencjalni wariaci.

Spojrzałam na kobietę stojącą niedaleko mnie. Zachowywała się dziwnie. Przypuszczam, że się nudziła, bo bawiła się komórką. Z dźwięków, które dochodziły do moich uszu, wynikało, że w coś grała. Podskakiwała czasami, być może z powodu utraty życia. Dwa razy machnęła ręką tak, że poczułam powiew powietrza. Kilka centymetrów dalej, a zdzieliłaby mnie w ucho. Odsunęłam się więc na wszelki wypadek i kombinowałam, co robić.

Nagle z gabinetu wyszła pielęgniarka. Szybko do niej podeszłam i poprosiłam, aby przekazała lekarzowi, że jestem. Po chwili poproszono mnie do gabinetu. Poczułam na sobie złowrogie spojrzenie koczujących przed drzwiami szaleńców. Uśmiechnęłam się niewinnie, wzruszając ramionami, bo przecież nie moja wina, że lekarz mnie poprosił. Na szczęście nikt nie zdążył rzucić mi się do gardła, choć chorzy wyglądali na żądnych krwi. Pewnie koczowali tak przy tych drzwiach od rana, korzystając z łaskiNFZ-u, że raczył dać im możliwość psychiatrycznego leczenia za z trudem odkładane składki. Przemknęłam do gabinetu. Pan doktor, niczego sobie starszy pan, między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Wysoki, siwy. Dodatkowo elegancko ubrany. Kiedyś musiał być dość przystojny. Poprosił mnie do pokoiku przy gabinecie. Miałam tam poczekać. Pielęgniarka w tym czasie przeprowadziła ze mną wywiad, wypisała kartę. Wyglądało to tak, jakby próbowała udokumentować mój pobyt zgodnie z zasadami wyznaczonymi przezNFZ, a ja przyszłam na prywatną wizytę w państwowych godzinach pracy lekarza. Na korytarzu wciąż czekali ludzie, bo przecież nie rozpłynęli się w powietrzu. Czekali na tę wizytę z pewnością kilka tygodni albo miesięcy. Bo moje próby zarejestrowania się do psychiatry w przychodni skończyły się na tym, że wyznaczono mi najbliższy termin za pół roku. Nieźle. Do tego czasu mogłabym pogryźć jakiegoś ucznia.

Przyszedł w końcu lekarz. Usiadł wygodnie w fotelu. Byłam pewna, że wizyta odbędzie się raz, dwa, bo przecież pacjenci… Jednak się myliłam. Pan doktor, zupełnie wyluzowany, spokojnie zadawał pytania. Nie wiem, czy był tak dobry w swoim fachu, czy ja tak zestresowana, ale w pewnym momencie nawet się rozpłakałam. Lekarz stwierdził, że mam syndrom wypalenia zawodowego i lekki stan depresyjny.

– Weźmie sobie pani tableteczki? – spytał.

– Mogę wziąć, jeżeli mają pomóc. – Chciałam, żeby jak najszybciej wypisał receptę i skierowanie na urlop. Jednak on, z długopisem zawieszonym nad skierowaniem, nagle ni stąd, ni zowąd zapytał:

– A co by pani poleciła do czytania jako polonistka?

Zdziwiło mnie to pytanie, ale może to taka forma terapii? Patrzyłam jak sroka w gnat w jego uniesiony długopis, lecz ani drgnął.

– Może Murakamiego albo Llosę, jeżeli pan doktor nie czytał – odparłam. I zaczęło się. Lekarz rozsiadł się jeszcze wygodniej i zaczął opowiadać… Spoglądałam na zegarek wiszący na ścianie akurat naprzeciwko mnie. Tik-tak. Siedziałam w gabinecie już ponad godzinę. Na korytarzu tłum, a pan psychiatra o książkach… Okej. Siedzę cierpliwie, bo przecież nie wyjdę bez skierowania. Receptę niech szlag trafi, ale skierowanie! Wskazówki zegara znów zmieniły drastycznie położenie. A ja już oczyma wyobraźni widziałam ten tłum, rzucający mi się do gardła tuż po przekroczeniu przeze mnie progu gabinetu. No tak, będzie miał mnie doktorek na sumieniu. Ale nagle jego długopis zbliżył się do kartki, by na chwilę znów się cofnąć.

– Ojej, nie mam już pustych recept – stwierdził zakłopotany. – Przepraszam, zadzwonię do drukarni. – I dzwonił. Zaczęłam podejrzewać, że sam był na jakichś prochach. Bo jak mu się udawało zachować taki spokój przy pełnej poczekalni pacjentów? Już nawet myślałam, że stosuje na nich taką formę terapii, sprawdza ich wytrzymałość i cierpliwość. Boże, błogosław tych ludzi! Medal im się należy jak nic.

Zamówił recepty. Wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z tryumfem wymalowanym na twarzy.

– Mam! – krzyknął. – Jeszcze jedną znalazłem! – Super osiągnięcie, biorąc pod uwagę ten tłum oczekujący na wizytę. Chyba że nikt z nich nie potrzebuje leków. Chociaż po tym oczekiwaniu na korytarzu z pewnością będą ich potrzebować! – Zaraz pani wypiszę takie tableteczki, że poczuje się pani dużo lepiej. A te zadrapania na twarzy? – spytał, spoglądając na mnie badawczo.

– To nic takiego. Przewróciłam się.

– Na pewno? To czasem nie żadna przemoc domowa lub coś w tym stylu?

Jasne. Przed chwilą opowiedziałam mu pół życia, zaznaczyłam, że jestem kobietą samotnie wychowującą dziecko, a ten mnie o przemoc domową wypytuje. Może dziecko mnie bije, zdaniem tego geniusza, albo kot rzuca mi się do gardła, jak zapomnę mu nalać mleka? Wytłumaczyłam mu jeszcze raz, że był to nieszczęśliwy wypadek, pomijając oczywiście szczegóły na temat ćwiczeń równowagi. Chyba uwierzył, bo w końcu usiadł do stolika i, o dziwo, wypisał receptę. Zostało mu jeszcze skierowanie na urlop. Położył je przed sobą. Zegar pokazywał piętnastą. Siedziałam w jego gabinecie bite dwie godziny, a ten zupełnie spokojnie łaził, siadał, gadał, absolutnie nie czuł presji czasu.

– Wypiszę pani skierowanie na urlop. – Przyłożył po raz kolejny długopis do papieru i ku mojemu zdziwieniu zaczął pisać. Kiedy skończył, nie dał mi kartki tak od razu, przytrzymywał ją, a ja miałam ochotę mu ją wyrwać i wybiec. Najlepiej przez jakieś wyjście ewakuacyjne, żeby uniknąć spotkania z rozwścieczonym tłumem pacjentów.

– Mogłaby pani umówić się ze mną na następną wizytę. Już tak z NFZ, żeby pani nie płaciła, to byśmy sobie dokończyli rozmowę o książkach.

– Z przyjemnością, panie doktorze – skłamałam. Zapytałam jeszcze, ile płacę. Odliczyłam sto pięćdziesiąt złotych, o które poprosił, chwyciłam skierowanie i szybko pomknęłam do drzwi. Wyszłam, prawie czołgając się, żeby nikt na mnie nie zwracał uwagi. Nadaremnie. Jak na mnie krzyknęli! Nie patrzyłam w ich stronę, tylko od razu uciekłam do wyjścia. Podejrzewałam, że chorzy ruszą za mną, by mnie zlinczować. Bałam się stracić z takim trudem zdobyte skierowanie.

W drodze do domu kupiłam „tableteczki”. Wezmę je zgodnie ze wskazaniem lekarza i ciekawe, czy poczuję jutro różnicę. W pełnym błogostanie poprowadzę lekcje. Marzy mi się spokój i cisza. Kiedyś rwetes mi nie przeszkadzał, czułam się jak ryba w wodzie na szkolnych korytarzach. Teraz wszystko mnie drażniło. Chyba powinnam zmienić pracę na jakieś spokojniejsze zajęcie.

Miałam wrażenie, że w końcu w moich myślach z powrotem pojawia się upragniony porządek. Nareszcie skończy się ten szaleńczy galop. Odpocznę.

Kiedy wróciłam do domu, opowiedziałam o wszystkim córce. I wtedy znów w mojej głowie zapanował totalny chaos, a mnie ogarnęła panika. Bałam się o stan moich finansów. Docierało do mnie powoli, że może jednak na urlopie nie będzie tak pięknie, jak mi się w pierwszej chwili wydawało. Goła pensja plus niewielkie oszczędności – to nie brzmiało optymistycznie.

Siedziałyśmy z Lusią w dużym pokoju i popijałyśmy zimne napoje. W głowie miałam rój rozwścieczonych os i trudno mi było uspokoić myśli. Gdyby ktoś jednak w tym momencie zapytał, co się ze mną dzieje, nie umiałabym dokładnie odpowiedzieć. Nie byłam pewna, czy chodziło tylko o pieniądze.

– To gratuluję – odparła beztrosko Lusia po wysłuchaniu mojej relacji. – Jedyne takie miejsce, gdzie jest cisza i spokój, to cmentarz, ale podejrzewam, że tam jeszcze się nie wybierasz.

– Ty to masz pomysły!

– Praca w charakterze zarządcy cmentarza to wcale niegłupi pomysł, zastanów się. – Zaśmiała się i zniknęła w swoim pokoju. Czasami denerwowało mnie to jej dość specyficzne poczucie humoru. Nigdy nie wiedziałam, czy ona te swoje cięte riposty przygotowuje na piśmie, uczy się ich na pamięć, a potem przy jakiejś nadarzającej się okazji sypie nimi jak z rękawa, czy może rodzą się one w jej głowie spontanicznie, pod wpływem różnych wydarzeń.

Kiedy zostałam sama w pokoju, dopiłam napój i usiadłam do biurka, aby posprawdzać wypracowania. Miałam przed sobą niezły stos, a przecież starałam się wszystko robić na bieżąco i niczego nie odkładać na później. Zaczynałam mieć wrażenie, że za dużo zadaję. A miałam taką zasadę, że jak coś kazałam napisać, to musiałam sprawdzić. Czasami zazdrościłam koleżankom, które w ciągu trzech lat liceum potrafiły zadać uczniom tylko jedno wypracowanie. Nie potrafiłam tak pracować. Teraz jednak miałam wrażenie, że mózg mi eksploduje. Dobrze, że zbliżał się koniec roku szkolnego. Moją radość potęgowało skierowanie na urlop. A kwestie finansowe odsunęłam w najciemniejsze zakątki umysłu. Jutro zaniosę dokumenty do kadrowej. I już niedługo pójdę na zasłużony odpoczynek. Wiedziałam, że nie zniosę więcej problemów szkolnych. Miałam w ciągu szesnastu lat pracy dziewczynę gwałconą przez wujka, inną zmuszaną do prostytucji przez własną matkę, niechciane ciąże, żebranie, kradzieże, ucieczki z domu, nieszczęśliwe miłości… Nazbierało się tego, a nikt na studiach nie ostrzegał nas przed takimi sytuacjami, nikt nie mówił, jak sobie z nimi radzić. To pewnie też zostawiło jakiś ślad na mojej delikatnej psychice. Teraz dość, będę ładować baterie. Jeszcze tylko kilkanaście dni. Wystawianie ocen, rada pedagogiczna i witaj wolności. Dodało mi to takich skrzydeł, że trzydzieści prac sprawdziłam w ciągu dwóch godzin. Rewelacja.

Rozdział 3

Telefon zadzwonił zaraz po tym, jak długopis z czerwonym wkładem odłożyłam do piórnika kupionego podczas zeszłorocznych wakacji w Zakopanem. Dzwoniła mama.

– Córciu, jest problem – powiedziała zaraz po krótkim powitaniu.

– Co się stało? – Czasami miałam wrażenie, że my z mamą jesteśmy w rodzinie od zadań specjalnych, więc już po brzmieniu jej głosu wywnioskowałam, że trzeba komuś pomóc lub zrobić coś wyjątkowego. I nie myliłam się.

– Pamiętasz ciocię Zosię? – spytała. – Siostrę babci? – dodała od razu, żebym nie musiała wysilać swojego i tak już nadwątlonego umysłu.

– Kojarzę – odparłam, bo widziałam ją kilka razy w życiu, w dodatku, kiedy byłam dzieckiem. – Dostałam od niej kiedyś taką dużą kołyskę.

– Właśnie – potwierdziła mama. – Jest bardzo chora. Nie miała dzieci, więc teraz nie ma kto się nią opiekować. Wyobraź sobie, że babcia wymyśliła, że do niej pojedzie…

– I pojechała?

– Pojechała i wlazła na dach, bo chciała przymocować jakąś dachówkę. Wyobrażasz sobie babcię na dachu? Przecież ona ledwo człapie, a poniosło ją na drabinę, bo na szczęście na dach nie zdążyła wleźć i spadła.

– Jak to na szczęście?! Przecież spadła.

– No tak, ale z drabiny, z drugiego szczebelka, zwichnęła tylko nogę. Sąsiad odwiózł ją do domu. Podobno już z nią okej. Wujek Jurek się nią opiekuje.

– A co z ciocią? – spytałam.

– Nie wiem – powiedziała zmartwiona. – Wiesz, ja jako dziecko spędziłam u niej wiele czasu, więc chyba wezmę urlop i pojadę do niej na dwa tygodnie. Trochę jej pomogę, ale potem nie wiem, co robić.

– Może jakaś opiekunka?

– Wiesz, ciocia jest bardzo specyficzną osobą, chyba nie zniesie nikogo obcego.

– To pojedź i się zorientuj. Może będzie dobrze.

Jeszcze chwilę popaplałyśmy do słuchawki. Mama na poważnie chciała pomóc cioci. Rozumiałam to. Ciocia mieszkała na Pomorzu, nawet nie pamiętałam nazwy miejscowości, ale wydawało mi się, że musiało to być gdzieś koło Gdańska. W zasadzie chyba nigdy u niej nie byłam. Może raz czy dwa, ale jako bardzo małe dziecko. Spotkałam ją kilka razy w domu babci, chyba też na jakimś pogrzebie czy ślubie. Nie pamiętałam. Podobno była to bardzo specyficzna osoba, trochę ekscentryczna. Nigdy nie wyszła za mąż ani nie miała dzieci. Uważała, że mężczyźni są źli do szpiku kości i nie należy im ufać. Przynajmniej tak o niej opowiadano w rodzinie. Obrosła całkiem niezłą legendą. Pojawiała się od czasu do czasu w rodzinnych dyskusjach niczym potwór z Loch Ness. Wszyscy o niej mówili, ale niewiele osób ją odwiedzało, więc trudno było obiektywnie stwierdzić, jaką była osobą. Pamiętam, że kiedyś tłumaczyła mi jako małej dziewczynce, że najlepiej byłoby w zakonie. Nawet przez jakiś czas, kiedy pytano mnie, kim będę, odpowiadałam, że zakonnicą, choć nie bardzo rozumiałam, co to znaczy. Ale brzmiało fajnie. Dopiero potem zrozumiałam, że mężczyźni nie są tacy źli, przynajmniej niektórzy, i na pewno nie chciałam zamykać się przed nimi w murach jakiegoś zakonu.

Rozdział 4

Nie znosiłam porannego wstawania. Kiedy budzik dzwonił o siódmej, miałam ochotę wyrzucić go przez okno. A im bliżej końca roku, tym było gorzej. Albo przyrastałam do materaca, albo w czerwcu grawitacja rosła pod moim łóżkiem i dlatego tak trudno było się od niego odkleić.

Kiedy w końcu udało mi się wygrzebać z domowych pieleszy, na zegarku wskazówki pokazywały „krytyczną” godzinę. W mojej głowie wył alarm, wszystkie lampki paliły się na czerwono, więc drogę do szkoły pokonałam truchtem. Wpadłam do budynku w ostatniej chwili, dosłownie pół minuty przed dzwonkiem. Zadyszana i czerwona na gębie, popędziłam na lekcje. Na szczęście pod koniec roku szkolnego następowało rozluźnienie szkolnych obyczajów. W ławkach, za niepisaną zgodą rodziców i nauczycieli, siedzieli najwytrwalsi. Jednak i ci nie mieli ochoty na zdobywanie wiedzy. Próbowało się więc wcisnąć uczniom jeszcze jakieś wiadomości, ale już w mniej poważnej formie niż dotychczas; przecież oceny były wystawione, za chwilę rada zatwierdzająca wyniki klasyfikacji, więc z punktu widzenia ucznia już było po nauce.

Podczas najdłuższej przerwy poszłam do kadrowej, aby wręczyć jej moje skierowanie na urlop. Przystawiła odpowiednie pieczątki. Kazała jeszcze przyjść na drugi dzień i w sumie sprawa miała być załatwiona od ręki. Nie robiono mi w związku z urlopem żadnych problemów. Już zaczynałam podejrzewać, że szkoła cieszy się, że odpocznie ode mnie. Jednak nikt nie manifestował radości, poklepywano mnie po ramieniu, życzono miłego odpoczynku. Niektórzy deklarowali, że w następnych latach też biorą urlopy, bo ileż można zdzierać gardło i narażać na szwank swoją cierpliwość.

Rozdział 5

Rok szkolny szybko dobiegł końca. Nie było żadnych niespodzianek. Świadectwa rozdane i w końcu upragniona wolność przez rok! Wracając do domu, miałam ochotę podskakiwać z radości, ale utrudniało mi to naręcze kwiatów, które otrzymałam na „pożegnanie” od uczniów. Nie cierpiałam tych wszystkich prezentów, kwiatów, czekoladek, którymi uczniowie obdarowywali nauczycieli na zakończenie roku. Czułam się wtedy jak dziad. Potem jeszcze komentowano te prezenty w prasie. Na szczęście przez rok będę miała problem z głowy. W końcu przeczytam to, na co mi zawsze brakowało czasu, zajmę się pisaniem, posprzątam w domu, może pomaluję ściany i zrobię niewielki remont z oszczędności, które odkładałam właśnie na urlop, bo z gołej pensji byłoby raczej ciężko. Co prawda, wcześniej te moje zaskórniaki wydawały mi się raczej obrazem nędzy i rozpaczy, ale obecnie euforia pomalowała ten obraz na różowo i tak prezentował się znacznie lepiej.

Córka przyniosła świetne świadectwo ukończenia gimnazjum. Średnia 5,1. Czerwony pasek. Mama dumna. Kupiłam pudełko lodów, czekoladę i miałyśmy zaszaleć na słodko. Sobie postawiłam też butelkę czerwonego wina, żeby się lekko odstresować i wprowadzić w nastrój urlopowy.

– Jak można zjeść całą czekoladę na raz? – spytałam, kiedy zobaczyłam, jak moja córeczka pochłania z zapałem kolejne kostki.

– Patrz i dokładnie obserwuj – odparła, wkładając powoli kolejną kostkę czekolady do uśmiechniętej paszczy.

– Patrzę i się dziwię.

– Zazdrościsz?

– Bardzo – odpowiedziałam. Sama chętnie pożarłabym kolejny kawałek, ale w moim wieku trzeba było uważać na to, co się zjada. Natura bywała okrutna i czasami powodowała u mnie zaokrąglenia w najbardziej newralgicznych miejscach. Potem trzeba było się przez kilka dni lub tygodni katować jakąś dietą. Wysiłek jednak okazywał się nadaremny, żyłam więc sobie z pięciokilogramową nadwagą. Wzajemnie sobie nie przeszkadzałyśmy, a nawet chyba się już do siebie przyzwyczaiłyśmy.

Kiedy tak pałaszowałyśmy słodkości, ktoś zadzwonił do drzwi. Jakoś tak dziwnie, nerwowo, ponaglająco.

– Kogo diabli niosą? – rzuciłam, biorąc jeszcze jeden łyk wina.

– Matko, panuj nad słownictwem – rzuciła moja pyskata latorośl. Leniwie poszłam otworzyć drzwi. A to niespodzianka!

– Cześć, córuś – powiedziała moja mama, przekroczywszy z impetem próg mieszkania. Mało co się nie zadławiłam, próbując przełknąć ślinę, bo na pewno nie rodziców się dzisiaj spodziewałam. Przecież mama miała być u ciotki. – Bałam się, że nie będzie was w domu. Musimy pogadać.

Weszła od razu do pokoju. Rzuciła torebkę na tapczan i przystąpiła do ściskania wnuczki. Po chwili do mieszkania wszedł zupełnie spokojny i jakoś dziwnie zrezygnowany tato. Pewnie ciężko mu było nadążyć za energiczną żonką.

– Babciu, bo mnie udusisz – powiedziała Lusia, wyślizgując się z uścisków. Szybko podeszła do dziadka, aby go przywitać i nie dawać babci pretekstu do ponowienia przytulania, ściskania i całowania. Babcia ciągle traktowała ją jak małą dziewczynkę. Zapominała, że to prawie dorosła kobieta.

– Napijecie się kawy? – spytałam, zaglądając do pokoju. Córka rzuciła mi spojrzenie w rodzaju „ratuj”. Zignorowałam je, bo i tak niewiele mogłam zdziałać.

– Kawy – odpowiedzieli rodzice prawie jednocześnie.

– O, zajadacie słodkie – powiedział dziadek, chwytając ostatnią kostkę czekolady. – Mniam, mniam – delektował się głośno jej smakiem.

– Czcimy koniec roku – rzuciła Lusia i podała naznaczoną czerwonym paskiem cenzurkę. – Zobaczcie moje świadectwo. Normalnie jestem geniusz.

– Moja krew – dodał jak zwykle dziadek. Zawsze to powtarzał, kiedy jego wnuczka osiągała jakiś sukces.

– O, za takie wyniki należy się nagroda – powiedziała babcia, zaglądając dziadkowi przez ramię. Wyciągnęła portfel i podała Lusi stówkę.

– Dziękuję, babciu, ale nie trzeba – odpowiedziała kurtuazyjnie, wyciągając łapkę po banknot. Dziadek parsknął śmiechem. Babcia też nie wytrzymała. A ja w tym czasie podałam kawę i czekałam, aż zdradzą cel swej wizyty, bo że jakiś mieli, to nie ulegało wątpliwości.

– Załatwiłaś urlop – bardziej stwierdziła, niż zapytała mama.

– No tak, przecież ci mówiłam – odparłam niepewnie, bo przez skórę czułam, że coś się szykuje.

– Mama ma szalone pomysły – uprzedził tato.

– Tak?

– Słuchaj, mam pomysł – powiedziała i trochę przeciągała następną część zdania. Posłodziła kawę, zamieszała, dolała mleka.

– Tak? – ponagliłam ją. Nawet Lusia z uwagą przyglądała się babci. Oczekiwałyśmy w napięciu, bo moja mama słynęła w rodzinie z niezwykłych pomysłów.

– Zaopiekujesz się ciocią Zosią – powiedziała w końcu jednym tchem. Ojciec z niedowierzaniem kiwał głową.

– Jak to? – spytałam.

– Tak to. To najlepsze rozwiązanie, dokładnie to przemyślałam – odparła. – Masz rok urlopu – ciągnęła, a ja wiedziałam, że z tej rozmowy nie wyniknie nic dobrego. – Lusia skończyła gimnazjum, i tak idzie do nowej szkoły… – Oho, nieźle się zapowiadało. Lusia z wrażenia otworzyła usta. – Przeniesiecie się na rok do ciotki. To mieszkanie wynajmiesz. Już znalazłam ci chętnych. Zaoszczędzisz dzięki temu parę groszy. Ciocia mieszka w domku, emeryturę ma wysoką, na wszystko jej wystarcza…

– Mamo, co ty mówisz? – przerwałam jej, bo nie wierzyłam własnym uszom. Jak ona pięknie zaplanowała mój wymarzony urlop, na który czekałam kilka lat!

– Posłuchaj do końca. Lusia pójdzie tam do liceum. Jest bardzo dobre. Ty zmienisz trochę otoczenie, odpoczniesz i będziesz miała oko na ciotkę – zakończyła, oczekując odpowiedzi. W zasadzie jednak chyba czekała na potwierdzenie, że zgadzam się na ten genialny plan. Ale fanfar nie było.

– Powiedz, że żartujesz – rzuciłam niepewnie. – To taki dowcip? – Spojrzałam na ojca, który jakby nie słuchał, tylko spokojnie popijał kawkę. On już się nauczył, że z pomysłami żony się nie dyskutuje, że zawsze są wprost genialne, więc na wszelki wypadek nic nie mówił.

– Ale jaja – wyrwało się Lusi. – Przecież złożyłam dokumenty do naszego liceum.

– I co? Papiery zawsze można przenieść – odpowiedziała beztrosko moja mama. Jak widać, wszystko dokładnie przemyślała. – Zresztą pół rodziny to nauczyciele, więc nie będzie problemu.

– O rany, mamo! – Lusia nie mogła uwierzyć. – Powiedz coś. – Patrzyła na mnie wyczekująco, a ja nie wiedziałam, jak zareagować. Przecież to totalna abstrakcja. Ja już mam plany na MÓJ urlop. A tu nagle własna matka kradnie mi moje marzenia!

– Co? – spytałam bezmyślnie.

– To wszystko załatwione, masz dwa tygodnie na spakowanie. Przez ten czas sąsiadka będzie przychodzić do ciotki – powiedziała mama z tryumfem, jakbyśmy już wszystko omówiły.

– Ale ja nigdzie nie jadę, mamo! Jak ty to sobie wyobrażasz? Że rzucę wszystko i pojadę do jakiegoś Pcimia Dolnego opiekować się w zasadzie zupełnie obcą kobietą? A pomyślałaś o Lusi? Przecież ona ma tu znajomych…

– Znajomych-sromych – nie dała mi skończyć. – Będą nowi.

– Babciu…

– Mamo – wtrąciłam. – Nie można tak komuś planować życia i niszczyć jego marzeń.

– A co ty tutaj masz? Czego nie możesz rzucić? – spytała.

– Yyy… – chciałam szybko dokończyć, ale nic nie przychodziło mi już do głowy. Bo faktycznie, co ja tutaj miałam? Znajomych? – No… A kot? On się tak łatwo nie przyzwyczai! – powiedziałam z tryumfem, bo wydawało mi się, że to dobry powód, aby nigdzie nie jechać.

– Kot się przyzwyczai – rzuciła. – Po roku wrócicie i będziecie sobie żyć jak dawniej. A ja obiecuję, że już nigdy się nie wtrącę. – To było nawet kuszące, ale trudne do uwierzenia. Odkąd się rozwiodłam, mama próbowała mi „pomagać” i ciągle w coś się wtrącała. – Ponadto będziecie daleko… – kusiła.

– Przecież Lusia po roku będzie musiała zmienić szkołę, nie pomyślałaś o tym?

– To zmieni. Co za problem? Ty też kilka razy zmieniałaś i zobacz, na dobre ci wyszło.

– Tak, zostałam nauczycielką – odpowiedziałam sarkastycznie.

– To ona też zostanie – zaśmiała się mama. – Jeżeli zmienianie szkół motywuje do zostania nauczycielką. – Wszyscy parsknęliśmy śmiechem z powodu absurdu tego argumentu. Spojrzałam na Luśkę i nie podobał mi się wyraz jej twarzy. Coś tam w tej główce zaczynało świtać. – A ponadto będziecie miały blisko do Gdańska – mama rzuciła ostateczną przynętę. Dostrzegłam błysk w oku mojej rodzonej córki, która miała za chwilę przejść do innego obozu.

– Do Gdańska? – spytała. – A jak daleko?

– Niedaleko, około czterdziestu kilometrów. Może pięćdziesięciu.

– O, rany! – krzyknęła. – To może ja bym mogła do Gdańska pójść do liceum, co? – spytała z nadzieją w głosie. Tego się właśnie obawiałam. Nie wiem, jak moja matka to robiła, że potrafiła tak wszystkich owinąć sobie wokół palca. Spojrzałam na ojca, który wzruszył bezradnie ramionami. No tak, to pewnie lata treningów na obiekcie zwanym „mężem”. A jak to mówią, trening czyni mistrza.

– Gdzie mieszka ciotka? – spytałam zrezygnowana. Już czułam, że z moich planów urlopowych zostały wióry.

– W Starogardzie Gdańskim – odparła. – To trochę mniejsza miejscowość od naszej, ale niedużo. Ciotka mieszka w cichej, spokojnej dzielnicy w domku jednorodzinnym. Sama nie da sobie rady. Ma początki Alzheimera. – Powiedziała to już innym tonem, nie takim entuzjastycznym jak przed chwilą. Przystąpiła do drugiej fazy – teraz należało mnie wziąć na litość. Jak ja ją dobrze znałam, wszystkie te jej sztuczki, a i tak zawsze dawałam się nabrać. Nienawidziłam siebie za to. – To tylko rok. Ja w przyszłym roku idę na emeryturę, to weźmiemy ciocię do siebie – dodała. Brzmiało to sensownie, tylko dlaczego przewracało moje życie do góry nogami?

– Ale odjazd! – krzyknęła Lusia, która zawiesiła się na słowie „Gdańsk”. Pewnie oczami wyobraźni już tam była. – Mamo, ale odjazd!

– Jaki odjazd? – spytałam poirytowana. – To otchłań przepaści.

– Jedziemy? – spytała. – Mnie zawsze podobał się Gdańsk. A jeszcze chodzić tam do szkoły… Wszyscy znajomi pękną z zazdrości.

– Spokojnie, musimy to przemyśleć… A jak ci kupię nowe vansy, to też pękną z zazdrości i bez przeprowadzki się obejdzie.

– Ha, ha. Z pensji nauczycielskiej? Nie wierzę. Ponadto vansy ma już połowa klasy.

– Ale to nie jest łatwa decyzja.

– Niby tak – powiedziała mama. – Ale nie chcę cię martwić, za dwa dni skończy się rekrutacja i jak Lusia chce do tego Gdańska…

– Okej, zrozumiałam! – krzyknęłam.

– Wiedziałam, że się zgodzisz – rzuciła i pocałowała mnie w policzek. Jasne, dlaczego miałam się nie zgodzić, przecież dopiero od kilku lat marzył mi się urlop. Miałam podreperować siebie, a będę ratować zdrowie jakiejś zdziwaczałej ciotki Zośki, która nawet nie pamięta o moim istnieniu. – Dam ci jeszcze namiary na tych moich znajomych, co chcą wynająć mieszkanie na rok. – Zaczęła grzebać w torebce. – Widzisz, jak pięknie się wszystko układa? – Uśmiechała się, dalej gmerając w torbie. Skończyło się to gmeranie wyrzuceniem wszystkiego na tapczan. Dopiero wtedy odnalazła odpowiedni świstek i podała mi go z tryumfem, że niby jest taka mądra, wspaniałomyślna, pomysłowa… A ja miałam ochotę przegryźć jej tętnicę, ale bałam się spytać o zgodę, żeby jej nie urazić. Boże, kiedy ja pozbędę się tego dziwnego lęku przed własną matką? Jedyna korzyść z tego wyjazdu była taka, że nie będę jej widziała przez długi czas. Jak dobrze pójdzie, to może przez rok. O, i do tej myśli trzeba było się uśmiechnąć.

Rodzice długo nie posiedzieli. Mama żyła w ciągłym biegu, więc kiedy była już pewna, że cel został osiągnięty, zagoniła ojca do wyjścia.

– Co o tym sądzisz? – spytałam córkę zaraz po ich wyjściu. – Ale się wkopałam, co?

– Żartujesz? – zdziwiła się moim pytaniem. – To super okazja, że wyrwę się z tej prowincji i będę mogła uczyć się w Gdańsku. Pamiętasz, jak piękne jest to miasto?! – piała z zachwytu. Ja usiadłam przy ławie obok niej i nie wiedziałam, czy mam walić głową o blat, czy płakać, czy może ulec euforii swojej pierworodnej i z tej wątpliwej radości obalić butelkę wina.

– Nie żartuję – odpowiedziałam. – Jestem przerażona.

– Mamuś, co my mamy do stracenia, co?

– Jak to co? – zdziwiłam się jej radości. Przecież właśnie tracę święty spokój i marzenia o relaksującym, beztroskim urlopie, podczas którego miałam naładować swoje bateryjki.

– No co? Pensję będziesz mieć na urlopie, dostaniemy kasę za wynajem mieszkania, zaoszczędzimy trochę, zmienimy klimat, otoczenie…

– Dobra, nie rozkręcaj się, ja jeszcze nie zdecydowałam.

– Jak to nie? Zgodziłaś się. Mam świadków: babcię i dziadka – odparła bezczelnie.

– Jezu, w co ja się wpakowałam?!

– Będzie dobrze, spoko – odparła, przytulając mnie mocno. – Zobaczysz, to będzie fajna przygoda.

– Ale za rok będziesz musiała zmienić szkołę, przecież tu wrócimy – próbowałam szukać odpowiednich argumentów, żeby ostudzić jej zapał.

– A może zamieszkam w internacie? Przecież będę prawie dorosła – odparła szybko. Czyli już sobie w głowie robiła plan na najbliższe lata. Babcia odpowiednio zapuściła swojego robaczka, który zdążył wyżłobić potężny tunel.

– Dobra, ja odpadam – stwierdziłam bezradnie. – Żebyś tylko nie miała do mnie potem pretensji. – Wychyliłam duszkiem ostatnią lampkę wina i zapadłam się bezwładnie w kanapę.

– Będzie dobrze – odparła i szybko przesiadła się na krzesło przy biurku. – Poszukam jakiegoś fajnego liceum, bo trzeba będzie przenieść dokumenty. Na szczęście wszystko można zrobić przez internet.

– Widzę, że już postanowiłaś.

– Trzeba przecież pomóc cioci, chyba jej tak nie zostawisz? – odwołała się do moich tak zwanych wyższych uczuć. Cwaniara! Cioci chyba nigdy nie widziała, a tak bardzo chciała jej pomagać.

Wyszłam do kuchni, aby pozmywać naczynia. Po chwili usłyszałam głos córki dobiegający z pokoju. Rozmawiała ze swoją ukochaną przyjaciółką Wiolą. Trajkotała w słuchawkę o przeprowadzce, o liceum w Gdańsku, o możliwościach, o teatrze. Słuchałam tego jednym uchem i zastanawiałam się, skąd w niej taki entuzjazm. Chociaż, jak się nad tym zastanowić, to trudno się dziwić. Była młoda, lubiła zmiany. Przede wszystkim nie bała się ich tak jak ja. Była ciekawa świata. Widziała dla siebie duże możliwości w Trójmieście. Może i racja. Muszę tylko zarazić się choć odrobinę tym jej entuzjazmem i pozbyć strachu.

W ciągu kilkunastu dni spakowałyśmy wszystkie potrzebne rzeczy. To, co było zbędne, wyniosłyśmy do piwnicy. Już jutro mają się tutaj wprowadzić na cały rok jacyś znajomi mamy. Podpisaliśmy umowę przez biuro nieruchomości. Udało się wytargować dobrą cenę za wynajem. Aż tysiąc dwieście złotych miesięcznie. Sami będą opłacać wszelkie media, więc po uregulowaniu czynszu zostanie mi osiemset złotych na czysto. Od tego pewnie jeszcze jakiś podatek trzeba będzie zapłacić, ale to i tak dobry dodatek do gołej wypłaty.

Tata czekał na nas przed blokiem. Przekazałam klucze państwu Bortkowskim i mogłyśmy jechać do jakiegoś obcego nam Starogardu Gdańskiego. Byłam przerażona tym, co nas tam czeka. Lusia całą drogę szczebiotała, jak to będzie fajnie. Dostałyśmy już informację, że została przyjęta do dobrego liceum w Gdańsku. Chce dojeżdżać około pięćdziesięciu kilometrów dziennie, to niech dojeżdża. Już widzę, jak po miesiącu będzie stękać i prosić, abyśmy wracały do naszego ukochanego mieszkanka. Przecież nigdy się nie przeprowadzałyśmy. A tutaj taka rewolucja na rok!

– Ciocia mieszka w domku? – pytała dziadka, który cieszył się, że może pogadać z wnuczką bez ciągłego wtrącania się babci.

– Tak – odpowiedział. – Ma malutki ogródek, taras. Wasz kocur będzie miał gdzie się wygrzewać. – Kiedy to mówił, spojrzałam na Nutusia. Nie wyglądał w swoim nosidle na szczęśliwego, raczej był wystraszony. Nigdy nie wychodził z mieszkania, nie mówiąc o kilkugodzinnej podróży w zupełnie obce miejsce. Koty przecież nie lubią takich zmian.

– To super – odpowiedziała. – Ciekawe, czy będę mogła mieć pokój na górze. Tak bym chciała wchodzić do niego po schodkach… – rozmarzyła się.

– Luśka, nie przesadzasz? – spytałam, już lekko poirytowana jej planami. Nie przeprowadzałyśmy się tam na zawsze, tylko na rok. Czułam, jakbym jechała na zesłanie, wciąż nie udzielił mi się entuzjazm Lusi.

– Mamo, wyluzuj w końcu. Za godzinę będziemy na miejscu. Jak ciocia cię zobaczy, to się przerazi – powiedziała, oglądając się za siebie. Siedziała na przednim siedzeniu obok dziadka. Ja z tyłu pomiędzy stosem walizek, toreb i innych pakunków. W końcu jechałyśmy na rok, więc trzeba było zabrać sporo rzeczy. Wzięłyśmy nawet ekspres do kawy, bo ciocia pewnie nie miała, a ja lubiłam rano kawkę z mlekiem i odpowiednią ilością pianki. Lusia uśmiała się ze mnie, gdy zobaczyła, że go pakuję, ale powiedziałam jej, że bez niego nigdzie nie jadę, więc odpuściła. Do tego dwa komputery, każda z nas ma przecież swój. Stos ukochanych książek i następny stosik, który zamierzałam przeczytać na urlopie. Nazbierał się tego pełny samochód. Dobrze, że rodzice mieli forda kombi z dużym bagażnikiem. W zasadzie zmieściło się wszystko, czego będziemy przez ten rok potrzebować. Nie wyjeżdżałyśmy na koniec świata, zawsze można byłoby wrócić po coś, co okazałoby się potrzebne, ale zważywszy na fakt, że nasze mieszkanie będzie zajęte przez obcych ludzi, nie wchodziło to raczej w rachubę.

Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Na szczęście tato miał klimatyzację w samochodzie, więc się nie podusiliśmy. Zastanawiałam się, kiedy to moje dziecko w końcu zmęczy się gadaniem i na przykład zaśnie albo chociaż najzwyczajniej w świecie zamilknie, ale niestety trajkotała do samego końca. Była gorsza niż radio, nie dało się jej wyłączyć w razie potrzeby.

– Dojeżdżamy – oznajmił nagle dziadek. I wtedy Lusia na chwilę zamilkła. Trwało to może minutę, ale była to piękna minuta ciszy. – Zaraz zobaczycie dom cioci.

– O, rany! Ale jazda! – piszczała Luśka. Minuta ciszy bezpowrotnie zniknęła.

– O, rany – wyszeptałam, ale w zupełnie innej tonacji niż moja pierworodna.

– Który to dom? – spytała, rozglądając się z ciekawością na boki. – Mam nadzieję, że to nie będzie jakaś rozwalająca się chatka. Starzy ludzie mają stare domy.

– Nie, będzie bardzo przyzwoicie, ciocia ma wysoką emeryturę, a kiedy żył jeszcze wujek, jej brat, dom był na bieżąco remontowany, więc nie masz się co martwić – uspokajał wnuczkę. W końcu mocno zwolnił i włączył kierunkowskaz. Wtedy doznałam olśnienia. Poznałam ten dom. Przez głowę przeleciało mi bardzo mgliste wspomnienie miejsca, w którym byłam jako mała dziewczynka. Co prawda, trochę inaczej go zapamiętałam, ale byłam pewna, że to właśnie ten dom. Poczułam dziwne ukłucie serca. Bałam się tego, co nas tutaj czeka, ale poczułam w końcu jakieś pozytywne emocje, dziwne podniecenie. Ciekawość, co los nam przyniesie.

Tato bardzo zręcznie zaparkował przed garażem cioci. Zacumowaliśmy przy nowej przystani życia. Tutaj oswajane przez lata problemy miały nie istnieć. Przez rok można będzie żyć zupełnie nowymi smutkami i radościami.

– Dziewczyny, jesteśmy na miejscu – zakomunikował. To był znak, że trzeba wysiadać i zmierzyć się z losem, otworzyć dla życia nowy rachunek, za który zapłacę moim spokojem i niedoszłą samotnością. To było pewne.

– Jezu, ale odjazd – podniecała się Luśka. Szybko odpięła pasy. Chwyciła plecak i już stała na zewnątrz, gotowa, by poznać ciocię. Wygramoliłam się za nią zupełnie bez entuzjazmu, choć muszę przyznać, że jakaś drobniutka ekscytacja zaczęła we mnie kiełkować. Tato szedł przodem. Zadzwonił do drzwi. Po chwili usłyszeliśmy jakieś kroki. Pewnie cioci, bo kogo innego.

– O, dzień dobry. – Ku naszemu zdziwieniu drzwi otworzyła nam kobieta na oko wyglądająca na sześćdziesiąt lat. Na pewno nie była to ciocia. Wyglądała zdecydowanie za młodo.