W sieci - Anna Sakowicz - ebook + książka

W sieci ebook

Anna Sakowicz

4,7

Opis

W sieci” to inspirowana prawdziwą historią opowieść o dwóch kobietach: Hannie i Danucie. Bohaterki mieszkają na dwóch krańcach Polski, nie znają się, ale wydarzy się coś, co je połączy. Każda z nich ma swoją odmienną, ale równie tragiczną historię.

Pierwsza z kobiet jest mało stanowcza, stąpa wokół innych na palcach, marzy o byciu kochaną, pragnie bezpieczeństwa. Jej życie zdominowały cierpienie po stracie dziecka i dramatyczny rozwód.

Druga jest córką alkoholika i żoną uzależnionego również od alkoholu mężczyzny, sama zaś nadużywa antydepresantów, nie lubi zmian i dlatego za wszelką cenę utrzymuje status quo swojego papierowego już małżeństwa. Musi uporać się z demonami przeszłości, by odnaleźć w sobie chęć życia.

Kiedy pojawia się ON – mężczyzna poznany w internecie, przedstawiający się jako Jan Kowalski – wszystko się zmienia.

Kim okaże się w rzeczywistości? Jaką rolę odegra w życiu bohaterek?

Anna Sakowicz nie ocenia żadnego z bohaterów. Pokazuje ich w trudnych sytuacjach, wikła ich w sieć uzależnień nie tylko od siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (33 oceny)
27
3
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malgosiazol60

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra , trudno sie oderwac . Polecam .
10
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra, bardzo przejmująca książka poruszająca trudny, wstydliwy często temat
10
Aeksabdra

Nie oderwiesz się od lektury

Polecan. Emocjonująca historia, która daje do myślenia. nigdy nie zawodzi się na książkach Pani Sakowicz.
00
akan68

Nie oderwiesz się od lektury

mocna książka, realnie opisujaca problem i chorobę alkoholową, polecam bardzo, to trzeba przeczytać
00

Popularność




Część pierwsza. Hanna

Część pierw­sza

Hanna

Mam na imię Hanna. Jestem kobietą na skraju wyczer­pa­nia ner­wo­wego jak Pepa z filmu Almo­dó­vara…

Stoję przy drzwiach i nasłu­chuję odgło­sów domu. Jasiek od godziny śpi, więc jestem pewna, że jego nie usły­szę. Naprze­ciwko mojej kry­jówki znaj­duje się pomiesz­cze­nie z zamknię­tymi drzwiami, za któ­rymi czai się on. W ostat­nich tygo­dniach zacho­wuje się jak roz­ju­szone zwie­rzę. Kładę dłoń na klamce. Zaska­kuje mnie jej chłód. Powoli naci­skam i wsu­wam głowę w szparę. Drzwi do jego pokoju są na­dal zamknięte, ale wewnątrz pali się świa­tło. Przez szybę nie dostrze­gam nie­po­ko­ją­cego cie­nia. Być może śpi przed tele­wi­zo­rem. Po cichu robię krok naprzód. Czuję pod sto­pami zimną tera­kotę. Poło­ży­li­śmy ją w przed­po­koju tuż przed uro­dze­niem Jaśka. Spie­szy­li­śmy się, żeby zdą­żyć przed roz­wią­za­niem, a facho­wiec wciąż zmie­niał ter­min roz­po­czę­cia pracy. Wresz­cie Paweł nie wytrzy­mał, zro­bił face­towi kar­czemną awan­turę, rzu­cał prze­kleń­stwami, aż tam­ten zna­lazł ter­min i w kilka dni poło­żył kafle. Dziś bym takich nie wybrała. Nie­prak­tyczne, ciemne, imi­tu­jące kamień, w dodatku na wysoki połysk. Widać na nich każdy okruch i pyłek kurzu.

Sta­wiam kolejny krok i kiedy wresz­cie chwy­tam klamkę drzwi do łazienki, przy­spie­szam. Wpa­dam do środka i natych­miast prze­krę­cam zamek. Opie­ram dło­nie o pralkę i patrzę w lustro. Popra­wiam włosy. Są matowe i szorst­kie, kolor dawno wyblakł. Powin­nam je pod­ciąć i zafar­bo­wać. Nacią­gam skórę policzka, wszyst­kie nie­rów­no­ści momen­tal­nie zni­kają. Pod­no­szę kąciki ust. Zapo­mnia­łam, jak się to robi, więc teraz jest to niczym dźwi­ga­nie sztangi w siłowni. Roz­bie­ram się i wcho­dzę pod prysz­nic. Sta­ram się zacho­wy­wać cicho, jak­bym była zło­dziejką we wła­snym domu. Wiem jed­nak, że jeśli on nie śpi, usły­szy szum wody. Wyobra­żam sobie, jak bie­rze śru­bo­kręt i dobiera się do zamka, żeby tu wejść. Wstrząsa mną dreszcz, natych­miast zakrę­cam wodę i sku­piam wszyst­kie swoje zmy­sły. Cisza. Powoli otwie­ram drzwi kabiny i szyb­kimi ruchami wycie­ram ciało. Nie wkle­puję już żad­nych kre­mów i bal­sa­mów. Muszę wró­cić do swo­jego pokoju, bo tylko tam czuję się bez­piecz­nie, choć nie mogę zamknąć się na klucz. Na szczę­ście jesz­cze nie naru­szył prze­strzeni mojej sypialni, wie­rzę więc, że tak zosta­nie. Przed dwoma mie­sią­cami wyraź­nie okre­śli­li­śmy gra­nicę, cze­ka­jąc na orze­cze­nie roz­wodu. Nie rozu­miem, dla­czego się nie wypro­wa­dził. Nie ma żad­nych praw do miesz­ka­nia, które odzie­dzi­czy­łam po babci, gdy byłam jesz­cze stu­dentką. Kie­dyś będzie musiał je opu­ścić, dla­czego to odwleka? Ner­wowo cze­szę włosy. Szczotka z tru­dem prze­bija się przez splą­tane kosmyki. Ponow­nie patrzę w lustro. Robię kilka głę­bo­kich wde­chów i wresz­cie odwra­cam się, prze­krę­cam zamek i powoli otwie­ram drzwi. Miesz­ka­nie wciąż jest pogrą­żone w ciszy.

– I co teraz?! – Sły­szę jego głos. Paweł nagle wyra­sta przede mną. Jest bez koszulki, ma zwi­chrzone włosy i śmier­dzi kil­ku­dnio­wym potem. Popy­cha mnie, czuję jego palce wbi­ja­jące się w ramiona. Cofam się do łazienki i ude­rzam bio­drem o umy­walkę. Momen­tal­nie napiera na mnie cia­łem i przy­ci­ska swoim cię­ża­rem do pralki.

– Au… – syczę z bólu, a on zaci­ska palce na moich ramio­nach. Nie pozwala mi odwró­cić twa­rzy i potrząsa mną jak szma­cianą lalką, choć jeste­śmy tego samego wzro­stu. Nie wiem, kiedy zamyka za sobą drzwi, odci­na­jąc mi drogę ucieczki.

– Będziesz krzy­czeć? – kpi. Wie, że nie zro­bię nic, co mogłoby obu­dzić i wystra­szyć Jasia. – Boisz się?

Na twarz pry­skają mi dro­binki jego śliny. Wykrzy­wiam się z odrazą.

– Puść mnie!

– Mógł­bym cię tu wziąć na tej pralce i nawet byś nie pisnęła – szep­cze mi do ucha, a moim cia­łem wstrząsa dreszcz.

Obrzy­dze­nie mie­sza się we mnie ze stra­chem. Szar­pię się, ale wzmac­nia uścisk. Jego palce wbi­jają się we mnie z jesz­cze więk­szą siłą. Chwyta mnie za gar­dło. Nie mogę nabrać powie­trza. Kiedy jego druga ręka zbliża się do mojego uda, pró­buję go kop­nąć, ale wsuwa kolano pomię­dzy moje nogi i moc­niej zaci­ska palce na krtani. Char­czę, pró­bu­jąc wydo­być z sie­bie głos. Śmieje się. Jego dłoń powoli wędruje z uda w górę, a kolano napiera na kro­cze. Pró­buję go ode­pchnąć, ale jest masyw­niej­szy i sil­niej­szy, a ja wciąż nie mogę zła­pać tchu. Czuję, jak krew ude­rza mi do głowy, a pod powieki cisną się łzy.

– Yyyy… – jęczę, bo nie mogę wykrztu­sić nic wię­cej. Moje ciało z coraz więk­szym tru­dem napina mię­śnie, przed oczami latają czarne mroczki. Nagle znów się naprę­żam. Jego palec wbija się we mnie. Szar­pię się, ale on wciąż nie zwal­nia uści­sku. Po chwili ponow­nie się śmieje, wyj­muje palec z pochwy i pod­suwa mi go do twa­rzy.

– Przy­jem­nie, nie? – szep­cze. Jego głos brzmi chra­pli­wie. Jestem pewna, że to go pod­nieca. Napiera na mnie, bym poczuła jego wzwód, jakby czy­tał w moich myślach. Obli­zuje palec i wresz­cie zwal­nia uścisk. Zaczy­nam łapać powie­trze i kasz­leć. Wycho­dzi z łazienki, zamy­ka­jąc za sobą drzwi, a moim cia­łem wstrzą­sają tor­sje. Jak ja go nie­na­wi­dzę! Nie­na­wi­dzę też sie­bie za to, że jestem bez­wolna i pozwa­lam, by mnie gnę­bił. W ostat­niej chwili pod­no­szę klapę deski i wymio­tuję. Osu­wam się na kolana i po raz kolejny nachy­lam się nad muszlą. Gorycz w ustach nabiera sło­nego posmaku łez. Nie mogę się uspo­koić, ale odru­chowo sta­ram się zacho­wy­wać cicho, powta­rza­jąc w myślach, że Jasiek nie może zoba­czyć swo­jej mamy w takim sta­nie.

Spusz­czam wodę i myję twarz. Ponow­nie wcho­dzę pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie jego dotyk, i dopiero po kilku minu­tach powoli wycho­dzę z łazienki. Już się nie czaję, nie nasłu­chuję, wiem, że zro­bił to, co chciał, i dzi­siaj już da mi spo­kój. Zamy­kam drzwi pokoju i patrzę na łóżko. Nie­na­wi­dzę tego sta­rego mebla. Koja­rzy mi się z Paw­łem. Nasza mał­żeń­ska sypial­nia przy­wo­łuje złe wspo­mnie­nia. Wzdry­gam się. Ścią­gam narzutę i roz­kła­dam ją na pod­ło­dze. Rzu­cam na nią poduszkę i koł­drę. Nie wrócę dziś do łóżka. Roz­glą­dam się po pokoju. Na toa­letce, która służy mi za biurko, tuż obok lap­topa leżą nożyczki. Biorę je do ręki, nie wsu­wam jed­nak pal­ców w uchwyty, lecz zaci­skam na nich dłoń tak, jakby to był nóż. Macham nimi kilka razy w powie­trzu. Mar­kuję ude­rze­nie. Wbiję je skur­wie­lowi w oko, jeżeli jesz­cze raz mnie dotknie!

Wybie­ram numer do Joli. Drżą mi palce, a obraz na wyświe­tla­czu lekko się roz­ma­zuje. Nie jest to naj­lep­sza godzina na poga­duszki, ale muszę usły­szeć czyjś spo­kojny głos, bo nie zasnę. Odzywa się po kilku sygna­łach.

– Hanka, co się stało? – mru­czy zaspana, a ja do razu zaczy­nam pła­kać i nie mogę wydo­być z sie­bie głosu. – Nie strasz mnie – mówi już przy­tom­niej. – Przy­je­chać?

– Nie… – wydu­szam wresz­cie z sie­bie. – Nie… Musia­łam… Musia­łam zadzwo­nić… – Pocią­gam nosem i się­gam po chu­s­teczkę. – Wystra­szył mnie i muszę z kimś poga­dać…

– Mów! Znów Paweł?

Bez zasta­no­wie­nia opo­wie­dzia­łam jej scenę w łazience. Słu­cha, choć kilka razy soczy­ście klnie.

– A to skur­wiel – pod­su­mo­wuje. – Załóż mu nie­bie­ską kartę!

– Boję się o Jasia… Nie chcę, żeby…

– Hanka! Jasiek ma dzie­więć lat, nie jest malutki.

– Jest małym dziec­kiem, kocha ojca – mówię zde­cy­do­wa­nym tonem. – Roz­wa­lam mu rodzinę.

– Ty? – kpi.

– Zło­ży­łam pozew, więc tak jakby ja…

– Kurde! – dener­wuje się. – Czy ty sie­bie sły­szysz? Facet cię zdra­dzał latami, a ty teraz bie­rzesz na sie­bie winę za roz­pad mał­żeń­stwa? – pyta reto­rycz­nie. Zda­nie brzmi jak wyrwane z orze­cze­nia sędziego, a ja powta­rzam w myślach jak echo: Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina. Wybra­łam nie­od­po­wied­niego męż­czy­znę na ojca mojego dziecka. Moja wina!

Przez chwilę mil­czę, bo głowę wypeł­nia mi skru­cha. W moim wspo­mnie­niu poja­wiają się obrazy sprzed lat, kiedy dowie­dzia­łam się, że Paweł ma kochankę. Zadzwo­niła do mnie. Pew­nie znie­cier­pli­wiło ją to, że wciąż nie nakry­łam wia­ro­łom­nego męża, i posta­no­wiła mi uła­twić sprawę, a tym samym mieć Pawła na wyłącz­ność. Zdzi­wi­łam się, że ją znam. Sprze­daw­czyni z naszego osie­dlo­wego skle­piku oka­zała się wyjąt­kowo sprytna. Codzien­nie robi­łam tam zakupy i nawet przez myśl mi nie prze­szło, że pie­przy się z moim mężem. Przy­znał się wtedy od razu, więc sprawa była pro­sta. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. W prak­tyce było zupeł­nie ina­czej. Ucze­pi­łam się myśli, że to jed­no­ra­zowy wyskok po pijaku, choć fakty świad­czyły o czymś innym. Paweł otwar­cie powie­dział, że ma romans od dwóch lat, a ja głu­pia pinda chcia­łam wie­rzyć, że to ten jeden jedyny raz w dele­ga­cji do osie­dlo­wego skle­piku. Obie­cał, że to skoń­czy, że mnie kocha, że nie chce roz­wodu. Ucze­pi­łam się tych posta­no­wień i naiw­nie w nie brnę­łam, zakła­da­jąc, że prze­cież oka­zał skru­chę i żałuje. Może i nawet żało­wał, ale chyba tylko tego, że się wydało.

– Kocham cię, ale… – powie­dział dwa lata po tele­fo­nie od kochanki, kiedy odkry­łam, że romans trwa w naj­lep­sze, dele­ga­cja się prze­dłu­żyła, choć Paweł lepiej się ukry­wał, a ja byłam w ciąży, bo dru­gim dziec­kiem posta­no­wi­li­śmy umoc­nić nasz zwią­zek. Zna­leź­li­śmy lekar­stwo dosko­nałe. Miało nas na nowo sce­men­to­wać, bo kto by się roz­wo­dził, kiedy dziecko w dro­dze? Sprze­daw­czyni zmie­niła pracę, ale kole­żanki donio­sły mi, gdzie codzien­nie widują nasz samo­chód. Raz tam poje­cha­łam, by prze­ko­nać się na wła­sne oczy. Napi­sa­łam ese­mesa z pyta­niem, czy wró­cił do domu, a on bez mru­gnię­cia okiem skła­mał, że jest u den­ty­sty. Od kilku tygo­dni narze­kał na zęby, że ma sporo ubyt­ków, że szarp­nie nas to po kie­szeni, a ja głu­pia, naiwna pinda, prze­ko­ny­wa­łam go, że pie­nią­dze się nie liczą, zdro­wie jest naj­waż­niej­sze. Wzię­łam nawet pożyczkę z kasy zapo­mo­go­wej. Trzy tysiące! Spraw­dzi­łam mu tego samego dnia tele­fon. Poszedł się kąpać i zosta­wił apa­rat na stole w kuchni. Pokusa była silna. Nie ska­so­wał miło­snych wia­do­mo­ści, więc szybko doszłam, że „Becik” w spi­sie kon­tak­tów to ONA. Znów się przy­znał, nawet pła­kał i kajał się, że jest sła­bym czło­wie­kiem.

– Ale… ja jej… pożą­dam – wyznał z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią, a potem zaczął opo­wia­dać, jak trudne jest dla niego życie pomię­dzy dwiema kobie­tami, że w nocy nie może spać, leży na skraju łóżka zwi­nięty w embrion, bo tar­gają nim wyrzuty sumie­nia. Mówił tak, że o mało nie zaczę­łam mu współ­czuć. Trzy­ma­łam wtedy rękę na brzu­chu i patrzy­łam na niego prze­ra­żona. Spo­dzie­wa­li­śmy się dziecka, a on wciąż cią­gnął dłu­go­letni romans! Tylko robił to z więk­szą wprawą i poczu­ciem bez­kar­no­ści. Raz się upie­kło, drugi raz też się upie­cze.

Otrzą­sam się ze wspo­mnie­nia. Minęło sporo czasu od tam­tej roz­mowy. Kiedy powia­do­mi­łam Pawła, że chcę roz­wodu, zmie­nił się o sto osiem­dzie­siąt stopni, już się nie kajał, nie pró­bo­wał tłu­ma­czyć, lecz opę­tany wście­kło­ścią powta­rzał, że będę tego żało­wać.

– Wiem… – odpo­wia­dam teraz w słu­chawkę. Moje ciało prze­cho­dzą dresz­cze, jakby ktoś raził mnie prą­dem pod nie­wiel­kim napię­ciem. Robi mi się zimno. Nakry­wam się szczel­niej koł­drą i zer­kam na szybę w drzwiach. Miesz­ka­nie pogrąża się w ciem­no­ści. Paweł wyłą­czył tele­wi­zor, być może zasy­pia. – Nie umiem sobie z tym pora­dzić – dodaję cicho. – Boję się o Jasia, boję się przy­szło­ści. Jak ja sobie dam radę? A jak zabie­rze mi synka?

– Prze­stań gdy­bać! I nie uża­laj się nad sobą. Dasz sobie radę. Nie jesteś pierw­sza i nie ostat­nia – przy­wo­łuje mnie do porządku. – Chyba że pasuje ci życie w trój­ką­cie.

– Nie! Nie cofnę się przed roz­wo­dem, ale… – Waham się. – Jak mam go zmu­sić do wypro­wadzki?

Teraz milk­nie Jola. Zasta­na­wia się, sły­szę jej oddech, w tle chyba odzywa się jej mąż.

– Wytrzy­maj do roz­wodu – radzi. – Musi się w końcu wypro­wa­dzić, prze­cież ta jego kochanka nie dla­tego do cie­bie wtedy zadzwo­niła, żeby teraz sie­dział u byłej żony. Wie­rzę w nią – iro­ni­zuje po raz kolejny. – Nie wypu­ści go ze swo­ich łap.

Kiwam głową, choć Jola nie może tego widzieć. Wydmu­chuję nos w chu­s­teczkę i wycie­ram policzki.

– Dzię­kuję ci, już mi lepiej.

– I załóż mu nie­bie­ską kartę! Albo… – zasta­na­wia się. – Albo zadzwoń do jego matki. Z tego, co opo­wia­da­łaś, wynika, że jest mamin­syn­kiem. To powinno pomóc. Mamu­sia na pewno będzie chciała chro­nić jedy­naka przed poli­cją.

– Hm, dobra myśl, zadzwo­nię.

Wędruję pomię­dzy meblami, od czasu do czasu zer­ka­jąc na zega­rek. Za godzinę powin­nam ode­brać Jasia sprzed szkoły.

– W czymś pani pomóc? – Pod­cho­dzi do mnie pra­cow­nik sklepu. Na iden­ty­fi­ka­to­rze zawie­szo­nym na kolo­ro­wej smy­czy dostrze­gam jego imię.

– Szu­kam łóżka – odpo­wia­dam. – Ale dostęp­nego od ręki. Chcia­ła­bym też, żeby pań­stwo wnie­śli je do miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze i zabrali stare.

Męż­czy­zna uważ­nie mi się przy­gląda, po chwili się uśmie­cha i wska­zuje ręką kie­ru­nek.

– Zapra­szam, coś znaj­dziemy. Jakie wymiary panią inte­re­sują?

– Pro­szę mi naj­pierw poka­zać, co jest w skle­pie. Zależy mi, żeby było szybko.

Sprze­dawca unosi brwi, ale nie komen­tuje mojego pośpie­chu. Chyba nikt nie kupuje mebli w ten spo­sób. Z reguły trzeba obejść kilka skle­pów, porów­nać modele, kolory, ceny, a dopiero potem się zde­cy­do­wać. Mnie jest to obo­jętne. Łóżko ma być wygodne i nowe, bez żad­nych śla­dów użyt­ko­wa­nia. Po roz­wo­dzie i tak wyre­mon­tuję pokój, dosto­suję wystrój do łóżka, a może sprze­dam to cho­lerne miesz­ka­nie prze­siąk­nięte naszymi kłót­niami, odde­chami i potem. Zacznę wszystko od nowa. Z Jasiem.

– Już spraw­dzam, które jest dostępne od zaraz – mówi i wyj­muje z kie­szeni tele­fon. Wybiera numer, a ja w tym cza­sie prze­cha­dzam się pomię­dzy łożami, łóż­kami i łóżecz­kami. Nie­które mają kró­lew­skie roz­miary, pięk­nie tapi­ce­ro­wane zagłówki, inne są skrom­niej­sze, drew­niane albo wyko­nane z płyty meblo­wej. Każde jed­nak jest lep­sze niż to w mojej sypialni. Nie wiąże się z żad­nymi wspo­mnie­niami.

Pod­cho­dzę do modelu nazy­wa­nego kon­ty­nen­tal­nym. Kładę dłoń na zagłówku. Przy­jemny wel­wet pod pal­cami spra­wia, że się uspo­ka­jam. Biorę głę­boki wdech. Muszę zacząć nowe życie od wymiany mebli.

– Przy­kro mi, ale to jest tylko na zamó­wie­nie. Za to… – wska­zuje pal­cem w prawą stronę – tam mam dwa łóżka dostępne od zaraz.

Idę we wska­za­nym przez niego kie­runku. Przy­glą­dam się obu meblom.

– Mate­rac też?

– Tak. Oba mają sto czter­dzie­ści cen­ty­me­trów – wyja­śnia, zer­ka­jąc na moją dłoń. Z pew­no­ścią dostrzega obrączkę. – Tro­chę wąskie, nie­ty­powe jak na łoże mał­żeń­skie. Może jed­nak woli pani zamó­wić i pocze­kać kilka dni… Na pewno będzie wygod­niej.

– Nie! – wcho­dzę mu w słowo i odru­chowo doty­kam palca ze zło­tym krąż­kiem. Uwiera. Jestem zde­cy­do­wana zmie­nić mebel dzi­siaj. Pod­cho­dzę do łóżka sto­ją­cego obok. Sia­dam. Jest tro­chę niskie, a mate­rac za miękki, ale drew­niana rama wydaje mi się ładna i solidna. Zauwa­żam pod spodem skrzy­nię na pościel. Jest więc prak­tyczne. Dru­gie nato­miast ma tapi­ce­ro­wany zagłó­wek. Żółty kolor w pierw­szej chwili wydaje mi się nie­ładny, ale gdy przy­glą­dam mu się bli­żej, stwier­dzam, że może faj­nie pre­zen­to­wać się w mojej sypialni. Od razu przy­po­mina mi się scena sprzed lat. Kupi­łam dwie poduszki w tym kolo­rze do dużego pokoju, paso­wały do gra­na­to­wego wypo­czynku. Paweł stwier­dził, że będą w nocy świe­cić. Popro­sił więc matkę, żeby uszyła na nie szare poszewki. Były brzyd­kie, nija­kie, ale nie kłó­ci­łam się o taki szcze­gół, w końcu to tylko mało istotna rzecz. Tak przy­naj­mniej wyda­wało mi się wtedy. W efek­cie w naszym miesz­ka­niu wszystko jest białe, szare lub gra­na­towe, innych kolo­rów brak, bo dener­wo­wały Pawła. Z cza­sem nawet zawar­tość mojej szafy stała się szaro-czarna. Mój mąż twier­dził, że wnę­trza muszą być sto­no­wane, bez papu­zich barw, a jaskrawe ubra­nia noszą tylko dziwki.

– To będzie odpo­wied­nie – mówię zde­cy­do­wa­nym gło­sem do sprze­dawcy. – Podoba się mi.

– Bar­dzo modny kolor – dodaje męż­czy­zna. – A mate­rac?

Sia­dam na łóżku, potem kładę się na nim i na moment przy­my­kam oczy. Mate­rac jest twardy, ale nie za bar­dzo. Zawsze taki chcia­łam w prze­ci­wień­stwie do Pawła, który lubił mięk­kie. Nasz obecny był więc pośredni, poszli­śmy wtedy na kom­pro­mis. Teraz jed­nak mogłam zde­cy­do­wać sama, i spra­wiło mi to przy­jem­ność. Nagle odkry­wam, że mie­li­śmy odmienne gusty, nie tylko tem­pe­ra­menty. Na początku fascy­no­wało mnie sza­leń­stwo Pawła. Był nie­prze­wi­dy­walny. Potra­fił w poło­wie dnia stwier­dzić, że jedziemy w góry, na drugi koniec Pol­ski. W pośpie­chu wrzu­ca­li­śmy rze­czy do walizki, by kilka minut póź­niej zmie­rzać w nie­znane roz­kle­ko­ta­nym oplem. Nie było wtedy jesz­cze z nami Jaśka. Gdy poja­wił się syn, spon­ta­nicz­ność Pawła zaczęła mnie uwie­rać. Potrze­bo­wa­łam sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa, ale to tak jak­bym ocze­ki­wała od sło­nia, że zacznie latać. Nie mógł się zmie­nić, sza­leń­stwo było wpi­sane w jego naturę. W moją, jak się oka­zało, nie. Zaczę­łam pra­gnąć spo­koju i pla­no­wa­nia.

– Ten – odpo­wia­dam. – Łóżko plus mate­rac. Z dostawą i zabra­niem sta­rego mebla.

– Jak pani sobie życzy.

Płacę za zakupy kartą. Nie­stety kosz­tują wię­cej, niż zamie­rza­łam wydać, ale nie żałuję, w nowe życie należy zain­we­sto­wać. Czuję, że to dobra decy­zja. Uma­wiam się na dostawę wie­czo­rem. Kie­rowca ma zadzwo­nić, kiedy będzie przed blo­kiem. Odwie­dzam jesz­cze dział z pościelą. Kupuję koł­drę i poduszkę, do tego poszewki. Wybie­ram baweł­niane w kolo­rze mlecz­nej bieli z geo­me­trycz­nymi wzo­rami ide­al­nie pasu­ją­cymi do tapi­cerki łóżka. Z tru­dem wpy­cham swoje toboły do tak­sówki. Kie­rowca pyta, czy się prze­pro­wa­dzam, ale spo­glą­dam na niego i mówię:

– Zaczy­nam nowe życie, pro­szę pana.

Uśmie­cha się do mnie. Mam wra­że­nie, że patrzy kokie­te­ryj­nie, w końcu dodaje, że podob­nie zaczy­nał nowe życie, ale tobołki spa­ko­wała mu żona i wysta­wiła na wycie­raczkę. Była żona, dodaje.

– U pani podobny kli­mat? – pyta, widząc we mnie współ­uczest­niczkę nie­doli.

– Podobny – odpo­wia­dam, ale nie chcę cią­gnąć tematu. Doty­kam worka z koł­drą. Przy­jemny chłód pla­stiku mnie uspo­kaja. Kie­rowca nie podej­muje już roz­mowy, jedzie nie­spiesz­nie w kie­runku szkoły Jasia, potem czeka, aż odbiorę synka, i wie­zie nas do domu.

Żałuję, że nie kupi­łam też dzie­cię­cych posze­wek.

– Dzień dobry, mamo – mówię do teścio­wej, kiedy sły­szę jej głos. Ostat­nie słowo z tru­dem prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Na języku czuję gorycz. „Mamo” sma­kuje obco i nie­przy­jem­nie, jak­bym miała w ustach pia­sek. Jest trud­niej niż tuż po ślu­bie. Wtedy się przy­zwy­cza­ja­łam, teraz nie wiem, jak mam się do niej zwra­cać.

– Dzień dobry – odpo­wiada chłodno.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, co w tej chwili do sie­bie czu­jemy. Teściowa rzadko oka­zuje emo­cje, ale teraz mrozi mnie tonem głosu. Kilka lat temu, kiedy dowie­działa się, że jej syn mnie zdra­dza, nabrała wody w usta, uśmie­chała się pół­gęb­kiem i tylko raz powie­działa, że co Bóg złą­czył, czło­wiek roz­łą­czyć nie może. A jed­nak może, pomy­śla­łam wów­czas z prze­ką­sem. Wystar­czyła sprze­daw­czyni z osie­dlo­wego skle­piku, by roze­rwać to, co wyda­wało się złą­czone boską mocą. Chyba prze­re­kla­mo­wana ta moc… Odzy­wał się we mnie żal z powodu kru­cho­ści tego, co „Bóg złą­czył”. Nie po to czło­wiek się z kimś zwią­zuje, przy­rzeka miłość i wier­ność, by potem zbie­rać z pod­łogi poroz­rzu­cane kawałki puz­zli, które nijak do sie­bie już nie pasują.

– Dzwo­nię, bo… – jąkam się.

– Co z Jasiem? – wcho­dzi mi w słowo, zawsze kon­kretna i pedan­tyczna, nie pozwala na zbędne słowa.

– Wszystko dobrze, wła­śnie ode­bra­łam go ze szkoły, koń­czy jeść obiad.

– Co dziś ugo­to­wa­łaś? – pyta, a ja mam nie­od­parte wra­że­nie, że pró­buje nie dopu­ścić do tego, co chcę jej powie­dzieć. Zapewne prze­czuwa, że będę skar­żyć się na jej syna.

Wzdy­cham znie­cier­pli­wiona do słu­chawki, ale mimo wszystko mówię jej, że Jasiek je pie­rogi. Nie daruje sobie, by nie sko­men­to­wać, że na pewno kupne. Wie, że sama ich nie robię. Lubi mi dopiec, ale tym razem pusz­czam jej uwagę mimo uszu. Nie mie­rzy się war­to­ści matki miarą jedze­nia, choć ona uważa, że pie­ro­gami ze sklepu wycho­wam dege­ne­rata. Tylko wła­sno­ręcz­nie ugnie­cione cia­sto da szczę­ście dziecku, a matce satys­fak­cję z nale­ży­cie wypeł­nia­nego obo­wiązku. Ble, ble, ble, głu­pie gada­nie.

– Dzwo­nię tylko, żeby powie­dzieć… – podej­muję kolejną próbę. – Żeby nikt nie miał do mnie pre­ten­sji, ale… jeżeli, mamo, twój syn ponow­nie będzie mnie stra­szył, popy­chał lub doty­kał bez mojej zgody, to zadzwo­nię na poli­cję i założę mu nie­bie­ską kartę.

– Co?

– Paweł popchnął mnie, stra­szył gwał­tem… – Zaci­nam się, bo myślami znów jestem w łazience, a on wci­ska we mnie palec. Nie tylko prze­cież stra­szył… Z tru­dem prze­ły­kam ślinę, ale nie umiem wszyst­kiego opo­wie­dzieć teścio­wej. Słowa nie chcą mi przejść przez gar­dło, rosną w ustach, duszą i powo­dują mdło­ści.

– Gwał­tem? – pry­cha ura­żona, że musi poczuć na języku smak nie­przy­jem­nego słowa. – Wciąż jesteś jego żoną, a mąż może doty­kać żony.

– Mamo! – obu­rzam się. Czuję, że kopie mnie w żołą­dek. Kulę się. Natych­miast też ści­szam głos. – Wydaje mi się, że nawet w ide­al­nym mał­żeń­stwie mąż nie powi­nien doty­kać żony bez jej wyraź­nej zgody. A przy­po­mnę, że my raczej ide­alną parą nie jeste­śmy, cze­kamy na roz­wód.

– To nie zmie­nia faktu – stwier­dza zimno – że wciąż jesteś jego żoną, a męż­czy­zna ma swoje potrzeby!

– Cho­lera jasna! – rzu­cam. – Ostrze­gam, żeby potem nie było pre­ten­sji. Albo mama z nim poroz­ma­wia, albo zadzwo­nię na poli­cję!

– Mamuś… – Sły­szę za sobą głos synka. Odwra­cam się, roz­łą­cza­jąc roz­mowę. Jaś stoi w progu i uważ­nie mi się przy­gląda. – Dla­czego krzy­czysz?

– Nie krzy­czę, prze­pra­szam – odpo­wia­dam łagod­nie i pod­cho­dzę do niego. Kucam, by mieć jego twarz naprze­ciwko swo­jej. Odgar­niam mu włosy z czoła. Patrzy na mnie dużymi zie­lo­nymi oczami, na któ­rych dnie czai się nie­pew­ność. – Zja­dłeś już?

– Tak. Znów kłó­cisz się z tatą?

– Nie, to nie tata.

– Roz­wie­dzie­cie się? – pyta, cho­ciaż już odby­łam z nim kilka roz­mów na ten temat. Tłu­ma­czy­łam, co się wyda­rzy, i zapew­nia­łam, że oboje bar­dzo go kochamy. Nie pła­kał. Przy­jął to ze spo­ko­jem. W kla­sie miał kilku kole­gów, któ­rych rodzice miesz­kali osobno.

– Tak – mówię szcze­rze i znów głasz­czę go po pło­wej czu­pry­nie. – Ale nie martw się. Pomo­żesz mi pością­gać wszystko z łóżka? – pytam, by zmie­nić temat. – Nie­długo przy­jadą pano­wie zabrać je, bo kupi­łam nowe.

– Mi też kupisz? – Wska­kuje na łóżko.

Rzu­cam w niego poduszką. Śmieje się i po chwili sta­czamy walkę na podu­chy. Tłu­czemy się nimi dobre kilka minut, a po wszyst­kim wycią­gamy się na mate­racu i gło­śno oddy­chamy.

– Kocham cię, wiesz? Jesteś dla mnie naj­waż­niej­szy.

– Dla taty też?

– Też.

– Ale on mówi, że mażę się jak baba – stwier­dza poważ­nym gło­sem.

– Nie­prawda, wcale tak nie jest. Na pewno nie to miał na myśli, kocha cię bar­dzo mocno.

– Nie pozwala mi mieć kwia­tów w pokoju.

Odwra­cam się do niego i głasz­czę go po gło­wie.

– Nie lubi kwia­tów, wiesz, jaki jest. Zobacz… – poka­zuję na para­pet – tutaj też ich nie ma.

– No… Bab­cia też nie lubi – dodaje. – Mówi, że na nich zbiera się kurz, a ja jestem aler­gi­kiem.

– Tro­chę ma rację – odpo­wia­dam. – Ale… – ści­szam głos – może zro­bimy sobie mały ogró­dek na bal­ko­nie. Co ty na to?

– Tata się zgo­dzi?

– Prze­ko­nam go – mówię, ale nie wyja­śniam, że nie będę pytać Pawła o pozwo­le­nie. Nie chcę mar­twić Jasia. Przy oka­zji zasta­na­wiam się, dla­czego ni­gdy nie usta­wi­łam na bal­ko­nie ład­nych donic z kwia­tami. Byłoby przy­tul­niej.

– A gdzie on teraz jest?

– Nie wiem – odpo­wia­dam zgod­nie z prawdą. – Może coś go zatrzy­mało w pracy?

– Nie lubię, jak się kłó­ci­cie.

– Wiem, ja też tego nie lubię.

Jasiek przy­suwa się do mnie. Kła­dzie głowę na moim ramie­niu i obej­muje mnie. Całuję go w czoło. Na war­gach czuję słony smak jego potu. Niech ta chwila trwa wieki. Tylko ja i Jasiek… Nie­stety od razu wra­cają wspo­mnie­nia sprzed kilku lat.

– Co tu się odpier­dala?! – Paweł wrzesz­czy na widok czte­rech męż­czyzn z tru­dem wyno­szą­cych z naszego miesz­ka­nia łóżko. Z mojego miesz­ka­nia, popra­wiam się od razu w myślach. – Co ta wariatka znów wymy­śliła? – dodaje, wska­zu­jąc na mnie pal­cem i kre­śląc kółko na czole.

Czuję na sobie cztery pary oczu. Pieką mnie policzki.

– Nie rób przed­sta­wie­nia – rzu­cam. Jasiek natych­miast staje za mną i zaczyna przy­słu­chi­wać się roz­mo­wie.

– Mama kupiła nowe łóżko – odzywa się. – I mi też kupi!

– Aku­rat kupi – mru­czy. – Obie­canki cacanki, nie daj się zła­pać na bab­skie słówka.

– Paweł, pro­szę cię, nie teraz. – Mój głos brzmi bła­gal­nie. Nie­stety nie mogę tego cof­nąć. Wiem, że czuje prze­wagę i nie odpu­ści, będzie stał i gadał głu­poty, by dopiec mi przy obcych.

– Rób sobie, co chcesz! – Macha ręką i ku mojemu zdzi­wie­niu odwraca się na pię­cie, i po chwili znika w swoim pokoju. Jasiek łapie mnie wpół i szep­cze, że tata chyba lubił to stare łóżko, bo się zezło­ścił. Kiwam głową. Nie mam siły tłu­ma­czyć mu w tej chwili humo­rów jego ojca.

– Chcesz spać dzi­siaj ze mną? – pytam, a on aż pod­ska­kuje z rado­ści. – Wypró­bu­jemy nowy mate­rac.

– Jasne!

– To leć się kąpać i włóż piżamę, a ja przy­go­tuję pościel – mówię.

Cie­szę się, że Jasiek tej nocy będzie spał w moim pokoju. Zer­kam na drzwi, za któ­rymi miga świa­tło tele­wi­zora. Na szczę­ście Paweł już nie wycho­dzi. Męż­czyźni spo­koj­nie wyno­szą łóżko, potem mate­rac. A kiedy wresz­cie wsta­wiają nowe, staję w progu i podzi­wiam mebel pach­nący świe­żo­ścią.

– Ale ładne! – woła Jasiek i od razu wska­kuje na mate­rac. Robi na nim rundkę wkoło, jakby znów miał trzy lata. – Też mi takie kupisz?

– A nie wolisz jakie­goś mło­dzie­żo­wego? – Śmieję się. – Nie­długo prze­cież będziesz nasto­lat­kiem – dodaję, choć Jasiek wydaje mi się jesz­cze bar­dzo dzie­cinny. Jest tro­chę inny niż jego rówie­śnicy, może dla­tego że uro­dził się w grud­niu i jest naj­młod­szy w kla­sie, a może po pro­stu taki jest, deli­kat­niej­szy, wraż­liw­szy, tro­chę nie­śmiały i wyco­fany.

– Wolę! – Teraz jego per­li­sty głos roz­brzmiewa w pokoju, a ja przez moment zapo­mi­nam, że w miesz­ka­niu jest też Paweł. Miła odmiana po wczo­raj­szym wie­czo­rze.

Czer­wiec tego roku zaczyna się let­nią tem­pe­ra­turą. Słońce wpra­wia mnie w dobry nastrój. Mam dziś dzień wolny, a Paweł wyszedł z miesz­ka­nia o szó­stej, więc cała prze­strzeń należy do mnie. Zaglą­dam nawet na bal­kon, by spraw­dzić, co mogła­bym tu zmie­nić. Wołam Jasia. Kiwa głową, kiedy tłu­ma­czę mu, jak zawie­simy donice, by nie zaj­mo­wały dużo miej­sca.

– A kupisz mi skrzy­nię? – pyta.

– Jaką?

Pod­cho­dzi do ściany bal­konu po pra­wej stro­nie i poka­zuje dło­nią.

– Taką tutaj, żebym mógł mieć wła­sny ogró­dek – tłu­ma­czy, a ja uśmie­cham się do niego. Nie znam innego chłopca w jego wieku, który chciałby mieć ogró­dek.

– Jasne! Poje­dziemy do ogrod­ni­czego i coś wybie­rzesz. Popro­szę cio­cię Jolę i przy­wie­ziemy wszystko jej samo­cho­dem.

– Tata nam nie da bmw?

– Raczej nie – odpo­wia­dam. Co jak co, ale Paweł nie lubi się roz­sta­wać ze swoim autem. Mam wra­że­nie, że samo­chód pod­nosi jego męskie ego. Kupi­li­śmy go razem, choć markę wybrał on. Ja zde­cy­do­wa­ła­bym się na inną.

Po zapla­no­wa­niu kupna donic i kwia­tów idę z Jaś­kiem na wizytę kon­tro­lną do aler­go­loga. Lekarz prze­pi­suje mu nowe leki i kro­ple do nosa. Zaleca odczu­la­nie.

– Mamuś, pój­dziemy na lody? – pyta, ska­cząc na chod­niku co dwie płytki.

– Jasne i przy oka­zji zro­bimy spa­cer na cmen­tarz. Co ty na to? Odwie­dzimy Mar­cy­sia i kupimy dla niego kwiatki, sam wybie­rzesz, a jak umó­wię się z cio­cią Jolą, to poje­dziemy do ogrod­ni­czego – mówię, na co synek przy­staje z mie­sza­nymi uczu­ciami. Wygląda, jakby nie był pewien, czy może się uśmiech­nąć. Moja poprzed­nia ciąża i pobyt w szpi­talu były dla niego cięż­kim prze­ży­ciem, choć był wtedy bar­dzo mały. Widy­wał mnie dwa razy w tygo­dniu pod­łą­czoną do kro­plówki. Potem długo dopy­ty­wał, dla­czego bra­ci­szek z nami nie mieszka. Zamie­rzał prze­cież oddać mu kawa­łek swo­jego pokoju i część zaba­wek. Tłu­ma­czy­łam mu, że Mar­cyś uro­dził się za wcze­śnie i jest teraz w nie­bie razem z anioł­kami. Ina­czej nie umia­łam mu tego wyja­śnić. Pamię­tam, że kie­dyś spoj­rzał na mnie z żalem i powie­dział:

– Mar­cyś ma faj­nie, bo nie jest sam… – Zer­k­nę­łam na niego zasko­czona, a on dodał: – Ma Pusię i Ali­cję.

Roz­czu­liło mnie to stwier­dze­nie. Myśla­łam, że nie pamięta kró­lika, bo był z nami krótko. Trze­ciego dnia pobytu w naszym domu sko­czył z kanapy tak nie­for­tun­nie, że się zabił. Z kolei rybkę Ali­cję wszy­scy wspo­mi­na­li­śmy, ponie­waż Jasiek nasy­pał do akwa­rium tyle jedze­nia, że woda zmęt­niała, a welonka zaczęła pły­wać do góry brzu­chem. Według niego stało się to ze szczę­ścia, bo Ali­cja ni­gdy nie dostała tyle pokarmu naraz.

Zatrzy­mu­jemy się przy skle­piku znaj­du­ją­cym się nie­da­leko bramy cmen­tar­nej. W rządku pod ścianą stoją donice z bukie­tami, są rów­nież wieńce. Więk­szość pla­sti­kowa. Jasiek nie inte­re­suje się sztucz­nymi kwia­tami, wcho­dzimy więc do środka. Tu jest duży wybór żywych roślin. Obser­wuję synka, pod­cho­dzi do wazonu z czer­wo­nymi różami, dotyka jed­nej, chce pową­chać, ale sprze­daw­czyni zwraca mu uwagę. Cofa się i zbliża się do mnie.

– Widzisz coś ład­nego dla Mar­cy­sia?

Wzru­sza ramio­nami spe­szony uwagą kobiety. Przy steli Mar­cy­sia nie ma wazonu, więc róże nie wcho­dzą w rachubę.

– Może bratki? – pro­po­nuje eks­pe­dientka.

Jasiek pod­cho­dzi do doni­czek usta­wio­nych przy regale ze zni­czami. Kuca i przy­gląda się kwia­tom. Patrzę na niego. Rzadko które dziecko w jego wieku sku­pia się na bar­wie płat­ków. Widzę, że ma ochotę ich dotknąć. Wresz­cie bie­rze doniczkę z trzema kolo­rami brat­ków.

– Te – mówi, a potem wybiera dwa zni­cze w kształ­cie serca.

– Chło­pak ma rękę do kwia­tów – komen­tuje sprze­daw­czyni i uśmie­cha się do mnie. Jasiek znów się peszy i cofa w kie­runku drzwi. – Deli­katny… Te dzi­siej­sze dzie­ciaki to takie mimozy – dodaje bez nuty zło­śli­wo­ści, więc nic nie mówię. Płacę i wycho­dzimy ze sklepu. Jasiek bie­rze ode mnie bratki, wącha je i dotyka płat­ków.

– Spodo­bają się Mar­cy­siowi? – pyta, a ja kiwam głową i wska­zuję syn­kowi kie­ru­nek.

Znam tę drogę na pamięć, tra­fię z zamknię­tymi oczami. Paweł ni­gdy tu nie przy­cho­dzi, udaje, że tego nagrobka po pro­stu nie ma. Wcho­dzimy w główną aleję i po kil­ku­na­stu metrach skrę­camy w lewo. Tu wzdłuż piasz­czy­stej drogi znaj­dują się mogiły dzieci. Odnaj­du­jemy bez trudu nagro­bek Mar­cy­sia wyko­nany z bia­łego kamie­nia. Wycie­ram chu­s­teczką higie­niczną płytę i usta­wiam zni­cze. Zapa­lam je. Jasiek prze­suwa je w odpo­wied­nie miej­sca, a potem siada na ławce i obser­wuje, jak się palą. Wokół śpie­wają ptaki, cza­sami poja­wiają się ludzie. Idą albo pochy­lają się nad sąsied­nimi gro­bami. Prze­no­szę wzrok na imię i nazwi­sko synka. Zasta­na­wiam się, jak by to było, gdy­bym po roz­wo­dzie została z dwójką dzieci. Może jed­nak los wie­dział, że z jed­nym będzie mi łatwiej? Znów myśli gnają do tego dnia w szpi­talu. Wszystko wraca, zresztą co któ­rąś noc. Już nie tak czę­sto jak w pierw­szym roku, ale bywa, że budzę się z krzy­kiem. Sły­szę plu­śnię­cie deli­kat­nego ciałka na mate­rac łóżka, czuję tam­ten ból. Zmy­sły zapi­sały wszyst­kie wra­że­nia i odtwa­rzają je niczym starą płytę.

Zaczęło się nie­win­nie, rado­ścią, łzami szczę­ścia, że po raz drugi jestem w ciąży. Cie­szy­łam się, bo bar­dzo pra­gnę­łam, by Jasiek miał rodzeń­stwo. W duchu liczy­łam, że będziemy mieć córeczkę. Potem przy­szedł stres, bo wyszło na jaw, że Paweł w naj­lep­sze kon­ty­nu­ował romans. Chcia­łam jed­nak zgody. Za wszelką cenę. Nie wyobra­ża­łam sobie, że uro­dzę dziecko po roz­wo­dzie, więc znów naiw­nie chwy­ci­łam się myśli, że teraz Paweł na pewno się poprawi. I tak jak dziecko miało nas ponow­nie zbli­żyć, tak seks na zgodę wydał się dobrym roz­wią­za­niem. Kocha­li­śmy się tej nocy… Zaci­ska­łam powieki, by zapo­mnieć o zdra­dach. Oboje gra­li­śmy swoje role z prze­sad­nym zaan­ga­żo­wa­niem. Wes­tchnie­nia i jęki były teatralne. Roz­kosz wyre­ży­se­ro­wana. Dopiero pora­nek prze­rwał ten żało­sny spek­takl. Wszę­dzie krew – na jego bok­ser­kach, na mojej koszuli, na prze­ście­ra­dle. Spły­wała mi po nogach… Wpa­dli­śmy w panikę. Paweł nie mógł dodzwo­nić się na pogo­to­wie, bo trzę­sły mu się ręce, a ja zagłu­sza­łam sygnał pła­czem.

Lekarz stwier­dził łoży­sko przo­du­jące, zale­cił szpi­tal. Tam szybko zatrzy­mano krwa­wie­nie, byłam więc znów dobrej myśli. Wystar­czyło leżeć, dbać o sie­bie i zacho­wać spo­kój. To ostat­nie było naj­trud­niej­sze, bo w domu został Jasiek. Paweł kom­plet­nie sobie nie radził z opieką nad małym dziec­kiem. Nie wie­dział, w co Jasia ubrać, spóź­niał się po niego do przed­szkola. Synek pła­kał, a bywało, że oszu­ki­wał tatę. Raz wmó­wił ojcu, że mama do przed­szkola wkłada mu strój Spi­der-Mana. Uśmiech­nę­łam się do tego wspo­mnie­nia, bo Paweł dał się nabrać, ale gdy kilka dni póź­niej chło­piec pró­bo­wał go prze­ko­nać, że chce teraz dla odmiany strój księż­niczki, wku­rzył się i przy­biegł do szpi­tala nawrzesz­czeć na mnie, że robię z jego syna pedała. A ja nie wie­działam, skąd u Jaśka poja­wił się taki pomysł. Dzi­siaj już rozu­miem, że nasz syn jest wraż­liw­szy niż inni chłopcy, nie lubi grać w piłkę, nie inte­re­suje się spor­tem, czę­sto cho­ruje, a przede wszyst­kim potrze­buje uwagi. Jest jak wiotka roślinka na cie­niut­kiej łody­dze. Mnie jed­nak to nie prze­szka­dza. Kocham go całym ser­cem takiego, jaki jest.

– Mamo… – Jaś cią­gnie mnie za rękę. – Nie sły­szysz? Mówię do cie­bie.

– Prze­pra­szam – odpo­wia­dam, otrzą­sa­jąc się ze wspo­mnień. – Zamy­śli­łam się. Co mówi­łeś?

– Wie­wiórka. Zobacz. – Wska­zuje pal­cem na drzewo w sąsied­niej alejce. Fak­tycz­nie, po pniu biega wie­wiórka.

– Wra­camy do domu – decy­duję. – Następ­nym razem przy­nie­siemy jej orze­chy.

Spo­kój ni­gdy nie jest dany raz na zawsze. Poja­wia się i cza­sami nie­ocze­ki­wa­nie znika. Ledwo koń­czymy z Jasiem jeść obiad, do domu wraca Paweł. Wcho­dzi do kuchni, gdy sprzą­tam ze stołu. Obrzuca mnie pogar­dli­wym spoj­rze­niem, a potem wyj­muje z lodówki piwo i siada naprze­ciwko Jasia.

– Jak było u leka­rza? – pyta synka.

Nie odzy­wam się, nie mam ochoty nawią­zy­wać kon­taktu.

– Dobrze. – Mały wzru­sza ramio­nami.

– Ale widzę, że nos masz zapchany. Nie mógł prze­pi­sać cze­goś na ten katar?

– Mam kro­ple – odpo­wiada.

– Będzie go odczu­lał – odzy­wam się, ale nie patrzę na Pawła. Wsta­wiam naczy­nia na suszarkę i zabie­ram ze stołu talerz syna. Myję go, potem wycie­ram ręce. Źle się czuję z mężem w jed­nym pomiesz­cze­niu. Zabiera mi powie­trze, z tru­dem oddy­cham. – Zadzwoń do Asi i zapy­taj o lek­cje – dodaję, a Jasiek kiwa głową. Joanna jest jego naj­lep­szą kole­żanką z klasy. Mieszka w środ­ko­wej klatce i zna się z moim syn­kiem od przed­szkola.

– Do kolegi zadzwoń, a nie do dziew­czyny – wtrąca się Paweł. – Masz kole­gów?

– Mam… – Jasiek opusz­cza głowę, nie patrzy na ojca.

– No to dzwoń do kum­pla! Takie rze­czy zała­twia się z innymi chło­pa­kami, a nie z babami. Ta dziew­czyna jest jakaś szur­nięta – mówi i macha ręką. – Widzia­łem ją ostat­nio…

– Daj mu spo­kój!

– Miała spi­cza­ste uszy! – dopo­wiada, a Jasiek uśmie­cha się pod nosem.

– Daj mu spo­kój – powta­rzam.

– Bo co? – war­czy na mnie. – To też mój syn i mam prawo go wycho­wy­wać.

Mam ochotę powie­dzieć, że już nie­długo, że po roz­wo­dzie wresz­cie się od niego uwol­nimy, ale gryzę się w język. To myśle­nie życze­niowe. Dla dobra Jaśka powin­ni­śmy zacho­wać przy­zwo­ite rela­cje i wycho­wy­wać go wspól­nie. Kocha ojca, choć ten bywa opry­skliwy i na siłę pró­buje zro­bić z niego praw­dzi­wego męż­czy­znę, cokol­wiek to zna­czy.

– Idę do swo­jego pokoju – odzywa się Jaś. Zsuwa się z krze­sła i wycho­dzi z kuchni.

Chcę iść za nim, ale Paweł szar­pie mnie za ramię.

– Nie rób z niego sie­roty! – rzuca.

Odwra­cam się do niego i patrzę mu w oczy. Mruży je, brwi ma ścią­gnięte u nasady nosa.

– To ty odpuść.

– Zacho­wuje się jak roz­piesz­czona baba.

– Jest deli­katny – bro­nię synka. – Wpę­dzisz go w kom­pleksy… – dodaję, a w myślach muszę mu przy­znać mistrzo­stwo świata w poni­ża­niu innych. Wiem, jak mnie trak­to­wał przez te wszyst­kie lata. Wystar­czyło, że przy­ty­łam, a jego wyraz twa­rzy momen­tal­nie się zmie­niał. Przy­glą­dał mi się z pogardą i rzu­cał uwagi na temat tłusz­czu na brzu­chu. To przez niego wciąż się odchu­dzam, sto­suję diety cud, a potem oglą­dam się w lustrze i z prze­ra­że­niem stwier­dzam, że efekt jo-jo dopada mnie ze zdwo­joną siłą.

Bie­rze piwo do ręki i ponow­nie zaczyna mi się przy­glą­dać. Muszę jak naj­szyb­ciej uwol­nić się spod jego spoj­rze­nia.

– Po co kupi­łaś nowe łóżko? – pyta innym tonem.

Wzru­szam ramio­nami. Nie chcę mu się tłu­ma­czyć.

– To moje miesz­ka­nie – stwier­dzam, choć nie zamie­rzam pro­wo­ko­wać kłótni.

– No tak… Będziesz się tu pew­nie bzy­kać z róż­nymi typami – szy­dzi. Przy­kłada szyjkę butelki do ust i bie­rze łyk. Widzę jego jabłko Adama. Odwra­cam się w kie­runku wyj­ścia. – Lubisz to, nie? A taka zimna ryba z cie­bie. Cicha woda brzegi rwie.

Jego słowa mnie nie zatrzy­mują, choć sma­gnął mnie nimi na oślep. Boli. Z tru­dem prze­cho­dzę do przed­po­koju. Patrzy za mną, tego jestem pewna. Zamy­kam drzwi do swo­jej sypialni i się­gam po nożyczki. Ponow­nie przy­mie­rzam je do dłoni i macham nimi kilka razy w powie­trzu. Może powin­nam wło­żyć pod poduszkę nóż?

Długo nie mogę zasnąć. W gło­wie kotłują mi się różne myśli. Nasłu­chuję jak zawsze odgło­sów domu, a wyobraź­nia pod­suwa mi naj­czar­niej­sze sce­na­riu­sze. Z Paw­łem dzieje się coś dziw­nego. Nie poznaję go, jak­bym nagle zamiesz­kała pod jed­nym dachem z dra­pież­ni­kiem, który wcze­śniej czy póź­niej zapo­luje. Czuję to każdą komórką ciała.

Prze­no­szę lap­top do łóżka. Muszę zająć myśli czymś innym. Posta­na­wiam obej­rzeć jeden ze sta­rych fil­mów Almo­dó­vara, ale naj­pierw otwie­ram Face­bo­oka. Dawno tu nie zaglą­da­łam. Spraw­dzam wszyst­kie powia­do­mie­nia. Nic cie­ka­wego nie znaj­duję, tylko infor­ma­cje, kto z moich zna­jo­mych i gdzie sko­men­to­wał lub polu­bił jakiś post. Posta­na­wiam wejść na grupę fil­mową, do któ­rej dołą­czy­łam przed rokiem. Rzadko coś tam komen­tuję, raczej przy­glą­dam się dys­ku­sjom innych, zapi­suję tytuły fil­mów, które warto obej­rzeć. Prze­glą­dam ostat­nie posty dodane przez admi­nów grupy. Moją uwagę przy­kuwa jeden z nich. Doty­czy książki o fil­mach tego hisz­pań­skiego reży­sera. Wpi­suję ją w wyszu­ki­warkę, by spraw­dzić, kto jest jej auto­rem. Zapi­suję w notat­niku, by kupić, a potem wra­cam do prze­glą­da­nia komen­ta­rzy. Zauwa­żam, że dys­ku­sja zmie­rza w cie­ka­wym kie­runku. Ni stąd, ni zowąd posta­na­wiam się przy­łą­czyć.

„Rów­nież prze­pa­dam za fil­mami Almo­dó­vara” – piszę, ale zasta­na­wiam się przed opu­bli­ko­wa­niem, bo wydaje mi się to zbyt pre­ten­sjo­nalne. Szybko więc kasuję to zda­nie i piszę inne: „Wła­śnie mam w pla­nie obej­rzeć coś ze sta­rych fil­mów Almo­dó­vara. Co pole­ca­cie na dzi­siej­szy wie­czór?”. Dodaję kilka emo­ti­ko­nów, a potem odświe­żam stronę, licząc na to, że ktoś odpo­wie. Potrze­buję ode­rwać myśli od Pawła i roz­wodu.

Jan Kowal­ski odpi­suje kilka sekund póź­niej:

„Kwiat mego sekretu”. Koniecz­nie! To naj­lep­szy jego film, moim zda­niem oczy­wi­ście.

Uśmie­cham się do moni­tora.

Zga­dzam się. Jest genialny!

Cie­szę się. Też sobie go odpalę. Zachę­ci­łaś mnie.

Odpo­wia­dam kil­koma uśmiech­nię­tymi buź­kami. Zauwa­żam, że mój roz­mówca zapra­sza mnie do zna­jo­mych. Kli­kam jego pro­fil. Prze­glą­dam posty. Na szczę­ście nie ma w nich ukrzy­żo­wa­nego Jezusa i tek­stów w stylu, że prawda nas wyzwoli, nie ma też niczego wzy­wa­ją­cego do nie­na­wi­ści i pod­pa­la­nia świata, żad­nych kon­tro­wer­syj­nych wpi­sów. Spraw­dzam infor­ma­cje o nim, ale znaj­duję tylko rok uro­dze­nia. Jeśli podał praw­dziwy, facet jest star­szy ode mnie o dwa lata. Zdję­cie pro­filowe przed­sta­wia półkę z książ­kami, a więc lubi czy­tać. Nie umiesz­cza jed­nak swo­jego zawodu, zdję­cia ani miej­sca zamiesz­ka­nia, nie ma sta­tusu związku. Imię i nazwi­sko wydają się zmy­ślone. Spraw­dzam, czy się gdzieś ostat­nio mel­do­wał, bo to mogło mnie napro­wa­dzić na miej­sco­wość, ale też niczego nie znaj­duję. Jeżeli w tym momen­cie też mnie spraw­dza, to wie o mnie wię­cej. Mój pro­fil jest jak otwarta księga. Dopiero teraz to sobie uświa­da­miam, ale za późno, by nagle wszystko kaso­wać.

W takim razie oglą­damy, a potem dzie­limy się wra­że­niami.

Okej.

Nie waham się przy ostat­niej odpo­wie­dzi. Zwle­kam się z łóżka w poszu­ki­wa­niu pudełka z fil­mem. Mam w swo­jej kolek­cji pra­wie całego Almo­dó­vara na pły­tach DVD. Bra­kuje mi kilku naj­now­szych, ale ich pew­nie i tak nie ma na żad­nych nośni­kach. Ni­gdy tego nie spraw­dza­łam, w pew­nym momen­cie życie mnie prze­ro­sło i nie było czasu na szu­ka­nie nowo­ści fil­mo­wych.

Za dwie godziny w tym samym miej­scu.

Okej.

Znów dodaję uśmiech­niętą buźkę. Zamy­kam stronę i wsu­wam płytę do kie­szeni lap­topa. Mój sta­ru­szek stęka i char­czy, ale wresz­cie na ekra­nie poja­wia się obraz. Dosko­nale pamię­tam ten film. Por­tret kobiety zdra­dza­nej przez męża ide­al­nie odzwier­cie­dla mój nastrój. Co prawda nie jestem pisarką, ale mąż zdra­dza mnie tak samo jak w fil­mie. Mam tylko odro­binę szczę­ścia, że nie zro­bił tego z przy­ja­ciółką, bo cios byłby potęż­niej­szy.

Ukła­dam się wygod­nie i zanu­rzam w fabułę. Przez kil­ka­dzie­siąt minut nie myślę o sobie. Wciąga mnie kolo­rowy świat Almo­dó­vara, gdzie kicz mie­sza się z nie­wy­sło­wioną nutą sen­ty­men­ta­li­zmu i tęsk­noty za czymś, co nie­uchwytne. Moja ulu­biona boha­terka to matka miesz­ka­jąca u młod­szej córki. Kilka razy przy­my­kam powieki, bo czuję sen­ność. W końcu zapa­dam w ciem­ność wypeł­nioną pobrzę­ki­wa­niem lap­topa.

Nagle się budzę. Otwie­ram oczy i krzy­czę. Naprze­ciwko mnie, tuż przy łóżku stoi Paweł. Pod­piera się pod boki i… patrzy.

– Zwa­rio­wa­łeś? – szep­czę prze­ra­żona, choć słowa z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło. Szybko zamy­kam lap­top i sia­dam. Odru­chowo szu­kam pod poduszką noży­czek. On jed­nak nie odzywa się ani sło­wem. Wygląda jak zjawa. Stłu­mione świa­tło docho­dzące z lampy ulicz­nej oświe­tla mu twarz, reszta ciała ginie w mroku. Nagle odwraca się i bez słowa wycho­dzi z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. – Jezu… – szep­czę. Serce wali mi jak mło­tem. Prze­cze­suję ręką włosy. W dru­giej trzy­mam nożyczki i tak mocno zaci­skam na nich palce, że aż łapie mnie skurcz. – Co to było?

Po cichu wysu­wam się z łóżka i pod­cho­dzę do progu. Serce o mało nie wyska­kuje mi z piersi. Jeżeli stoi tuż za drzwiami, wystar­czy, że teraz z impe­tem je pchnie, a przy­ci­śnie mnie nimi do ściany. Boję się, nie mogę prze­łknąć śliny, mam sucho w ustach. Przy­su­wam ucho do deski i nasłu­chuję. Nic. Cisza. Przy­kła­dam rękę do piersi i nabie­ram haust powie­trza. Muszę się uspo­koić. Wra­cam do łóżka, nakry­wam się koł­drą po samą brodę i wciąż nie spusz­czam drzwi z oczu. Po kilku minu­tach nie mam pew­no­ści, czy Paweł poja­wił się w moim pokoju, czy mia­łam zły sen. Wresz­cie ze zmę­cze­nia zasy­piam.

W pracy opo­wia­dam wszystko Joli. Kiedy mówię jej o Pawle sto­ją­cym nad łóż­kiem, nie jestem już pewna, czy wyda­rzyło się to naprawdę.

– Poje­bało go? – pyta.

– Myślisz, że mogło mi się to przy­śnić?

– Wąt­pię. Musisz na niego uwa­żać. Mówi­łaś jego matce?

– Tak… – wzdy­cham i stresz­czam jej naszą roz­mowę.

– Co za głu­pia baba – komen­tuje. – Aż trudno uwie­rzyć, że kobieta może powie­dzieć coś takiego dru­giej kobie­cie.

– Są jak mafia.

– Oni cię wykoń­czą. Kiedy macie roz­prawę?

– Dwu­dzie­stego sierp­nia. Mam nadzieję, że się potem wypro­wa­dzi.

– Już dawno powinno go nie być – zasta­na­wia się. – Ale że ta kochanka jesz­cze go nie przy­ci­snęła?

– No wła­śnie.

– Może się roz­stali?

– Nie wiem i nic mnie to nie obcho­dzi – pod­su­mo­wuję.

Się­gam po doku­menty, które muszę przej­rzeć. Jola rów­nież zabiera się do pracy. Nie wra­camy już do tematu mojego roz­wodu. Zer­kam na tele­fon. Mam kilka nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści, w tym dwie na Mes­sen­ge­rze. Spraw­dzam od kogo. Jedna jest od Jasia. Pisze, że na jutro musi mieć blok rysun­kowy z kolo­ro­wymi kart­kami. Druga od Jana Kowal­skiego. Dopiero teraz przy­po­mi­nam sobie, że po obej­rze­niu filmu mia­łam wsta­wić komen­tarz na grupę.

Nie ode­zwa­łaś się wczo­raj. Jak film?

Jestem w pracy, napi­szę póź­niej.

Oki, nie prze­szka­dzam.

Uśmie­cham się do tele­fonu, co Jola natych­miast wyła­puje.

– A ty co?

– Nic, wczo­raj gada­łam z jakimś face­tem o fil­mach. Mia­łam wrzu­cić na grupę komen­tarz.

– Tylko uwa­żaj, bo wiesz, jak to jest.

– Nie zrzędź jak moja mama.

– Paweł może się pod niego pod­szy­wać – dopo­wiada nagle, czym mnie zaska­kuje. – Potem wycią­gnie przed sądem, że roman­su­jesz.

– Żar­tu­jesz? Prze­cież nie roman­suję! To roz­mowa o fil­mie.

– Wiem. – Jej głos łagod­nieje. – Ale do roz­wodu dwa mie­siące, sytu­acja może się roz­wi­nąć. Wiesz, jak jest. Widzia­łaś kie­dyś tego gościa na tej gru­pie?

Zasta­na­wiam się. Fak­tycz­nie ni­gdy wcze­śniej nie zwró­ci­łam uwagi na to imię i nazwi­sko, ale prze­cież nie prze­glą­da­łam postów wszyst­kich uczest­ni­ków dys­ku­sji. Coś jed­nak zanie­po­ko­iło mnie w podej­rze­niach Jolki.

– Chyba nie – mru­czę pod nosem. – A to by było skur­wy­syń­stwo.

– Jop… – rzuca. – Jak wiemy, Paweł ostat­nio przo­duje w skur­wy­syń­skich zagryw­kach, więc wcale bym się nie zdzi­wiła.

– To prawda.

Wyłą­czam tele­fon i wra­cam do pracy, jed­nak nie prze­staję myśleć, że Paweł pod­szywa się pod Kowal­skiego. Nawet imię wydaje mi się teraz podej­rzane. Jan… Jasiek… może nie było przy­pad­kowe? Żołą­dek zwija mi się w rulo­nik. Muszę się wypro­sto­wać, bo ucisk staje się nie do wytrzy­ma­nia, jakby jelita pozwi­jały się w kłębki.

– Naba­wię się od tego wszyst­kiego ner­wicy… – stę­kam. Wtedy tele­fon wibruje na biurku, ponow­nie spo­glą­dam na wyświe­tlacz.

„Odbiorę Jaśka ze szkoły i zabiorę na obiad do rodzi­ców”. – Paweł pisze jak gdyby ni­gdy nic, jakby tych wszyst­kich ostat­nich kłótni i dzi­kich scen nie było. Przez chwilę wstrzy­muję się z odpo­wie­dzią. Wia­do­mość przy­szła tuż po tym, jak napi­sał do mnie Kowal­ski. Może Jola ma rację?

„Dobrze” – odpi­suję wresz­cie i wrzu­cam tele­fon do szu­flady biurka.

Sia­dam na ławce i przy­glą­dam się imie­niu mojego synka wyry­temu na pły­cie jasnego kamie­nia. Ni­gdy nie odpo­wiada na moje woła­nie, a był czas, kiedy krzy­cza­łam jego imię. Pro­si­łam go, żeby żył, żeby zna­lazł w sobie siłę i ucze­pił się mnie maleń­kimi palusz­kami. Nie posłu­chał. Razem z rodzi­cami i teściami w obec­no­ści księ­dza zło­ży­li­śmy jego maleń­kie ciałko zamknięte w nie­wiel­kim bia­łym pudełku do grobu mojej babci. Przy­po­mi­nam sobie moment, kiedy odbie­ra­li­śmy Mar­cy­sia ze szpi­tala. Kobieta w bia­łym far­tu­chu poin­for­mo­wała nas, że możemy zosta­wić zwłoki, a wtedy zostaną spa­lone wraz z odpa­dami szpi­tal­nymi.

– Co mamy z nim zro­bić? – spy­tała wtedy z prze­ra­że­niem moja mama. Ja nie mogłam wydu­sić z sie­bie słowa. Sta­łam obok niczym bez­wolna kukła. – Bez aktu zgonu?

– Może­cie pocho­wać na polu – odpo­wie­działa pra­cow­nica pro­sek­to­rium, jakby zwy­kłą rze­czą było zako­py­wa­nie wła­snego dziecka jak psa lub kota. – Albo w innym gro­bie, jeżeli macie.

Mie­li­śmy bab­cię. Wystar­czył nie­wielki szpa­del. Nikt z nas nie zasta­na­wiał się, czy to legalne, czy nie. Pocho­wa­li­śmy Mar­cy­sia. Ksiądz nie odmó­wił uczest­nic­twa w tym impro­wi­zo­wa­nym pogrze­bie. O zgod­no­ści z pra­wem nikt z nas nie myślał. Szcze­rze mówiąc, mia­łam je w dupie, bo wła­śnie prawo miało mnie w tym samym miej­scu. Wło­ży­li­śmy więc pudełko do grobu babci, nie oglą­da­jąc się na prze­pisy. Przy­jęła go bez pro­te­stu.

Od tam­tego dnia wszystko się powoli sypało, nie tylko ja, moje mał­żeń­stwo także. Jed­nym malut­kim ist­nie­niem albo wła­śnie jego bra­kiem prze­kre­śli­li­śmy to, co budo­wa­li­śmy przez lata.

Odwra­cam się, gdy sły­szę czy­jeś kroki za ple­cami.

– Cześć – witam się z żoną mojego przy­ja­ciela ze szkoły. Gosię spo­ty­kam tu czę­sto. Dwie alejki dalej znaj­duje się grób jej córeczki. Dziew­czynka uro­dziła się pra­wi­dłowo, o cza­sie i nagle zmarła. Miała jeden dzień. Zro­biła się z tego gło­śna sprawa, bo padło podej­rze­nie na pie­lę­gniarkę, że nie­chcący ude­rzyła główką dziecka o brzeg wanienki. Sprawa cią­gnęła się kilka lat. Rodzice nic nie wywal­czyli, tylko stres, depre­sję i poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści.

– Cześć – odpo­wiada. Siada koło mnie, choć jej nie zapra­szam. Mam wra­że­nie, że z Gosią łączy mnie nić cier­pie­nia. Prze­su­wam się, by zro­bić jej miej­sce. Czuję jej dłoń na kola­nie. – Sły­sza­łam, że się roz­wo­dzi­cie. Bar­dzo mi przy­kro.

– Dzięki.

– Nie da się tego napra­wić? Cza­sami taka trauma jak strata dziecka…

– Wiem – prze­ry­wam jej. – Ale już za późno, nie wyco­fam się. Muszę to skoń­czyć, bo zwa­riuję.

– Rozu­miem.

– Mam poczu­cie porażki – wyznaję nie­spo­dzie­wa­nie. – Prze­gra­łam coś i pew­nie orze­cze­nie o roz­wo­dzie nie przy­nie­sie ulgi, ale nie możemy być dłu­żej razem, bo wza­jem­nie się znisz­czymy.

– Rozu­miem – powta­rza. – Gdy­byś chciała poga­dać, to wiesz, gdzie mnie szu­kać. Przy­kro mi też z powodu Mar­cela – dodaje, bo nie roz­ma­wia­ły­śmy bar­dzo dawno. Kilka razy Gosia sia­dała koło mnie, widząc mnie na cmen­ta­rzu, ale wtedy obie mil­cza­ły­śmy, nie umia­łam jej powie­dzieć o tym, co się stało w szpi­talu. Bolało tak bar­dzo, jakby ktoś przy­pa­lał mnie żywym ogniem, i każde otwar­cie ust wią­zało się z krzy­kiem.

– Posy­pało się – odzy­wam się, choć słowa z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło. Nie patrzę na Gosię. Wzrok zatrzy­muję na zło­tych lite­rach skła­da­ją­cych się na imię synka. – Od mojego poro­nie­nia… Nie – popra­wiam się. – Posy­pało się dużo wcze­śniej, tylko jesz­cze wtedy chcie­li­śmy to napra­wiać.

– Co się stało?

– Długo by opo­wia­dać – mówię, a we wspo­mnie­niu wraca dzień, gdy obu­dzi­łam się w zakrwa­wio­nym łóżku. Ponow­nie prze­ży­wam każdą minutę tam­tego zda­rze­nia. Jak dzień świ­staka. Jak­bym utknęła w cho­ler­nej pętli czasu i za każ­dym razem, gdy uda­wało mi się z niej wygrze­bać, wcią­gała mnie w sam śro­dek zda­rzeń. Znów jestem w szpi­talu…

Spę­dzi­łam tam już wtedy kilka tygo­dni, choć krwa­wie­nie udało się zatrzy­mać dość szybko. Nie­wiele osób mnie odwie­dzało, ale nie narze­ka­łam, potul­nie leża­łam w łóżku, myśla­łam o synku pozo­sta­wio­nym w domu i czy­ta­łam książki, pró­bu­jąc ode­rwać się myślami od łoży­ska przo­du­ją­cego. Ludzie poza szpi­ta­lem żyli swoim życiem, bie­gli do pracy, zała­twiali różne sprawy, a ja sta­łam na bocz­nicy jak pociąg cze­ka­jący na wyła­du­nek. Prze­ło­mo­wym momen­tem tam­tych zda­rzeń był dzień, kiedy lekarz popro­sił mnie na USG. Byłam tym zdzi­wiona, bo dotych­czas krzy­czano na mnie, gdy wsta­wa­łam do toa­lety, a nagle mia­łam przejść dzie­sięć metrów kory­ta­rzem, potem po szes­na­stu scho­dach zejść pię­tro niżej i zro­bić jesz­cze sie­dem kro­ków do gabi­netu bez pie­lę­gniar­skiej asy­sty. Wyko­na­łam pole­ce­nie. Byłam cho­ler­nie grzeczną, zdy­scy­pli­no­waną pacjentką, wzo­rową uczen­nicą, kujonką z pierw­szego łóżka pod oknem. Usia­dłam na krze­śle w kory­ta­rzu i cze­ka­łam na swoją kolej. Byłam osła­biona, ale czu­łam się dobrze. Nic mnie nie bolało, krwa­wie­nie dawno temu ustało, a w myślach wciąż powta­rza­łam, że złe rze­czy dzieją się tylko w fil­mach, ni­gdy w praw­dzi­wym życiu. Moja nowa man­tra.

Po wezwa­niu leka­rza poło­ży­łam się na kozetce. Zamknę­łam oczy, by nie patrzeć, jak zakłada pre­zer­wa­tywę na gło­wicę. Naj­chęt­niej odgro­dzi­ła­bym się od świata gru­bymi murami i bro­niła dostępu do dziecka wci­śnię­tego w moją macicę. Bada­nie było nie­przy­jemne, w pew­nym momen­cie poczu­łam nawet ból, ale lekarz bur­czał coś pod nosem i się mną nie przej­mo­wał. Nie pro­te­sto­wa­łam, byłam prze­cież pokorna.

– Chło­pak – powie­dział, nie wiem, czy do mnie, czy do sie­bie. Poło­ży­łam rękę na brzu­chu. Będę miała dru­giego synka, pomy­śla­łam, z tru­dem panu­jąc nad łzami. – Ale jesz­cze pole­żymy… Ład­nie się roz­wija…

Po bada­niu wró­ci­łam do łóżka. Byłam roz­pro­mie­niona, pełna dobrych myśli. Pocie­sza­łam się też tym, że z Jasiem nie było żad­nych kom­pli­ka­cji. Uro­dził się w ter­mi­nie cały i zdrowy. Jed­nak od dnia bada­nia coś się zmie­niło. Poja­wiły się upławy ze śla­dami krwi. Znów krzy­czano na mnie, gdy szłam do toa­lety, szpry­co­wano kro­plów­kami i tablet­kami. Wró­cił strach, łapał mnie za gar­dło i nie pozwa­lał nabrać powie­trza. Mia­łam wra­że­nie, że ruchy synka zro­biły się słab­sze, deli­kat­niej­sze i spo­ra­dyczne. Trzy tygo­dnie póź­niej znów wzięto mnie na USG, tym razem zewnętrzne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki