Złodziej - Krzysztof Haladyn - ebook

Złodziej ebook

Krzysztof Haladyn

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Locken - cień z Niżnej Dzielnicy, specjalista od zamków i miłośnik cudzej własności. Miał tylko zrobić to, co zwykle - wejść tam, gdzie nie powinien, zabrać, co nie należy do niego, opchnąć paserowi, zgarnąć złocisze. Kolejna prosta robota. Zwyczajna noc w Mieście rządzonym przez żelazne zasady. Jednak tym razem nie wszystko idzie zgodnie z planem…

Sieć intryg oplata Miasto, a Locken właśnie znalazł się w jej centrum. Tutaj każdy dba wyłącznie o siebie i nic nie jest tym, na co wygląda. Tam, gdzie nie sięga światło pochodni czają się tajemnice, a ludzkie życie przelicza się na złocisze, srebrne i miedziaki.

Od plugawych zaułków i szemranych spelun, po arystokratyczne salony i mroczne katakumby - gdziekolwiek się uda, będzie walczyć o przetrwanie. Kto wie, może nawet zarobi przy tym parę groszy? Albo zginie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 373

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prosta robota

Zaprawdę powiadam Wam, kto grabiąc rzeczy bliźnich, parać się będzie złodziejstwem, chwały nie dostąpi. Strącony zostanie w czeluście, a ziemia pogańska ciało jego pochłonie.

fragment z Księgi Zasad Kuźniców

To miała być przecież prosta robota, pomyślałem, wpatrując się w grot bełtu osadzonego na łożu wymierzonej we mnie kuszy. Strażnik, który ją trzymał, wywarkiwał jakieś komendy, lecz go nie słuchałem. Jego dzierżący pochodnię kompan małymi krokami szedł w moją stronę z obnażonym mieczem, a ja szybko kalkulowałem swoje możliwości.

Staliśmy na rozległym tarasie, z którego rozpościerał się widok na Wyżną Dzielnicę. Ci dwaj odcinali mi drogę powrotną do gospody i powoli spychali mnie w stronę ozdobnej balustrady. W końcu nie miałem gdzie się cofnąć. Za mną było już tylko kilkanaście metrów chłodnego nocnego powietrza, pod nimi wilgotny bruk.

Prosta robota. Tommy, kurwa, zabiję cię za to.

– Locken, to prosta robota jest! – Tommy Bezduszny Buster obnażył zęby w czymś, co w jego mniemaniu miało uchodzić za uśmiech. Kilka z nich było złotych, zatem nie był to aż tak nieprzyjemny widok. – Bartenford przyjeżdża do Miasta na kilka dni, żeby pertraktować z Burmistrzem, ale nie ufa mu na tyle, by zatrzymać się w jego posiadłości. Spotkają się na neutralnym gruncie, moje źródła mówią o gospodzie Pod Złotym Pstrągiem.

– Zrozumiałe, gościom Burmistrza przytrafiają się czasem… nieprzyjemności, gdy rozmowy nie idą po jego myśli. Skąd wiesz, że będzie miał ze sobą pieczęć?

– Podobno nigdzie się bez niej nie rusza. – Tommy wzruszył ramionami.

– Tommy, nie włamię się do jednej z lepiej strzeżonych tawern w mieście, mając tylko twoje „podobno”. – Oparłem się o dzielącą nas ladę i spojrzałem mu w oczy, paser o dziwo cofnął się pół kroku. – Czego mi nie mówisz?

– Mój zleceniodawca twierdzi, że pieczęć tam będzie. Chce, żebyś podmienił ją na to.

Położył na blacie błyszczący złotem walec wielkości gęsiego jaja. W górnej powierzchni zalśnił spory zielony kamień.

– Podróbka pieczęci Bartenforda…

– Bardzo dobra podróbka – zapewnił mnie Tommy. – Zobacz, jaka ciężka.

Wziąłem przedmiot do ręki. Waga faktycznie się zgadzała, zapewne ołów pokryty cienką warstwą złota. Klejnot też nie wyglądał na zwykłe szkiełko, ale szmaragd tej wielkości musiał być wart fortunę, zatem to na pewno falsyfikat. Obejrzałem pieczęć z każdej strony. Po bokach pokrywały ją znaki Skryptorów – nic wyszukanego, raczej standardowy zestaw. Bezpieczeństwo, Powierzenie, Wielkość i tym podobne. Jeden z nich, oznaczający Prawdę, był minimalnie wykoślawiony. Różnica, którą dostrzec mógł tylko ktoś kształcony w znakach. Tak się jednak składało, że poza Skryptorami takich osób było… no cóż, naprawdę niewiele. Od spodu wyryto herb rodu Bartenfordów, jednej z siedmiu Wielkich Rodzin.

Całość sprawiała dziwne wrażenie. Tommy miał rację, doskonałej jakości podróbka. Aż za dobra. Komuś bardzo zależało, aby Bartenford nieprędko się zorientował, że został okradziony. Tym lepiej dla mnie.

– Nie mówiłeś nic o podmiance – powiedziałem, chowając fałszywą pieczęć do jednej z licznych kieszeni. – To będzie trudniejsze.

– Dla ciebie?! – zachichotał paser nieco nerwowo. – Nie przesadzaj.

– Chcę większą stawkę. – Przeszedłem do stałego elementu naszego tańca przed zleceniem.

– Dam więcej za całą drobnicę, którą zwiniesz przy okazji.

– Skąd wiesz, że zwinę coś jeszcze?

– Znam cię, Locken, ty nie potrafisz się powstrzymać. – Znów ten nerwowy chichot. – Masz, zanieś to Dartensonowi. – Podał mi zwinięty w rulonik list. – Uzupełni twoje wyposażenie. No, idź już, straszysz mi uczciwych klientów.

– Jakbyś jakichś miał.

– He, he, he, racja. A teraz spadaj.

Wyszedłem z jego sutereny w wilgotny mrok nocy. Stąpałem niespiesznie i trzymałem się cieni. Tutaj, w Niżnej Dzielnicy, nieopodal Alei Szubrawców gazowe latarnie uliczne rozmieszczono zbyt rzadko, więc nie było to trudne. Ich drżący blask zdawał się raczej potęgować, niż rozpraszać mrok.

Skręciłem w stronę Rynku Kamieniarzy i zatrzymałem się na chwilę. W przecznicy przechodził właśnie patrol Straży Miejskiej. Trzech lekkozbrojnych, jeden niósł pochodnię. Przywarłem do pogrążonej w ciemności wnęki w ścianie kamienicy i pozwoliłem im się minąć. Mimo że przeszli dosłownie kilka metrów ode mnie, nawet nie podejrzewali mojej obecności. Potrafię się całkiem dobrze ukrywać, to przydatne w moim fachu.

Tommy umie nieźle kłamać, to konieczność w jego zawodzie.

Natomiast nie potrafił ukryć jednego. Tommy Bezduszny Buster się bał, a to nie wróżyło nic dobrego.

Pod Złotym Pstrągiem to jedna z najstarszych oberży w Mieście. Jej właściciele twierdzą, że dokładnie w tym miejscu przed Pożogą również stała gospoda, a Pstrąg powstał na jej fundamentach. Ponoć w piwniczkach zachowało się nawet kilka butelek wina z czasów przed Kataklizmami. Jeśli faktycznie tak było (w co szczerze wątpiłem), musiały być sporo warte. Jednak bardziej niż piwnice i fundamenty interesowały mnie górne piętra. To tam już za kilka dni miał zamieszkać lord Bartenford i jego świta.

– Życzy pan sobie coś jeszcze? – Młodziutka kelnerka z naręczem pustych kufli wyrwała mnie z zamyślenia.

– Jeszcze raz to samo.

Dziewczyna skinęła głową i poszła do baru. Co jak co, piwo mieli tu naprawdę dobre. Świeże, lekko szczypiące w język, bez posmaku rzecznego mułu jak w podrzędnych knajpach.

– Przepraszam, ale… musi pan zapłacić za dwa poprzednie – powiedziała, stawiając przede mną pełny kufel.

– Reszty nie trzeba. – Położyłem na stole trzy srebrne monety z wizerunkiem Burmistrza.

– Piwo kosztuje półtora srebrnego – odparła. – Czyli razem z tym to będzie…

– Umiem liczyć. – Dorzuciłem jeszcze dwie monety.

Kelnerka wyćwiczonym ruchem zgarnęła je ze stołu i odeszła, kręcąc biodrami. Trzecie piwo nie smakowało już tak dobrze, pewnie dlatego, że za nie zapłaciłem. Pięć srebrnych za trzy piwa to rozbój w biały dzień, choć był już wczesny wieczór. Za taką kwotę w innej oberży można było spokojnie dostać sutą kolację i butelkę niezłego wina.

Na kolejny kufel nie miałem ochoty ani pieniędzy, zatem, powoli sącząc browar, jeszcze raz zlustrowałem salę, żeby podsumować swoje obserwacje. Główna izba, w której siedziałem, mogła pomieścić około trzydziestu osób. Część stołów ustawiono tu luzem, kilka pod ścianami, za niedużymi przepierzeniami zapewniającymi odrobinę prywatności. Teraz sala była wypełniona mniej więcej w połowie. Siedziało tu siedemnastu klientów, głównie nieduże grupki. Rozmowy zlewały się w przyjemny gwar, z zewnątrz i z górnych pięter nie dobiegały żadne dźwięki. Pilnowane przez znudzonego wykidajłę drzwi obok baru prowadziły do sali, gdzie bawili się bardziej znamienici goście. Dziś nie widziałem, żeby ktoś tam wchodził, widać Pstrąg nie gościł obecnie żadnych arystokratów. W rogu pomieszczenia znajdowały się schody prowadzące na górne piętra. Doskonale widoczne zarówno dla gości, jak i obsługi, zupełnie nie nadawały się do moich celów. Trzeba będzie znaleźć inną drogę. Normalka, w moim zawodzie rzadko korzysta się z głównej bramy.

Drzwi gospody otworzyły się, do środka weszli mocno umalowana kobieta i schludnie ubrany mężczyzna. Przed kilkoma minutami wychodzili na zewnątrz, zatem pewnie potrzebowali więcej prywatności, niż zapewniały loże przy ścianach. Błogi wyraz twarzy faceta potwierdzał moją teorię.

– To co, postawisz mi jeszcze kolejkę? – zapytała kobieta zalotnie.

– Masz, kup sobie coś.

Gość rzucił jej monetę, którą złapała w locie, i wrócił do stolika, gdzie czekało jego trzech kompanów. Wszyscy wyglądali na kupców, zapewne przyjezdnych. Zaczęło się poklepywanie po plecach i rubaszne śmiechy. Ot, męskie rytuały. Dziwka podeszła do baru, zamówiła kubek wina i długo płukała nim usta. Przełknęła alkohol i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu kolejnego klienta. Gdy jej wzrok spoczął na mnie, dyskretnie pokręciłem głową. Nie była w moim typie, poza tym czekało mnie jeszcze trochę roboty.

Nocą zapach Miasta się zmienia. Mniej czuć gnijące w rynsztokach odpadki i gotowane w domach potrawy, nasila się za to ciężka woń rzecznego mułu i dymu z kominów. Głęboko zaciągnąłem się tymi aromatami i ruszyłem w stronę Niżnej Dzielnicy. Trzymałem się bocznych uliczek, w ich plątaninie łatwiej było pozostać niezauważonym. Poza tym liczyłem, że trafi mi się jakaś okazja. Ostatnio nieco próżnowałem, a mój gospodarz domagał się zaległego czynszu. Musiałem też uzupełnić wyposażenie, a glejt od Tommy’ego nie wystarczy na porządny sprzęt potrzebny do skoku na Pstrąga.

– Pasz, jah łasisz! – burknął gruby i ewidentnie pijany mieszczanin holowany pod rękę przez znacznie młodszą, rozchichotaną kobietę. – Cholerny, hik, obfieś.

– Przepraszam.

„Przypadkowe” wpadnięcie na niego wystarczyło. Skręciłem za róg i wysypałem zawartość sakiewki na dłoń. Nieźle, jeden złocisz i cztery srebrne, do tego mały zegarek kieszonkowy i… złoty ząb?! W dodatku jeszcze wilgotny… Pewnie wypadł mu podczas libacji, więc gość schował go, żeby nie zgubić. Trochę ohydne, ale da się sprzedać. Jednak to nadal za mało. Motto mojego życia: za mało, zawsze za mało. Kluczyłem jeszcze chwilę na wypadek, gdyby grubas zorientował się, co się wydarzyło, po czym podjąłem wędrówkę w stronę sklepu Dartensona.

Przystanąłem na chwilę w bramie nieopodal Rynku Kamieniarzy. Mogłem spokojnie ominąć ten plac bocznymi uliczkami, ale rozochocony udaną kradzieżą postanowiłem jeszcze trochę poszukać szczęścia. Rynek był oświetlony kilkoma gazowymi latarniami. O tej porze przechodniów nie było tu wielu, raptem kilka osób zmierzających w sobie tylko znanym celu. To dość zamożna część Miasta, zatem „wpadnięcie” na kogoś powinno przynieść dobry zysk. Moje plany mogli jednak pokrzyżować dwaj strażnicy miejscy, którzy uparcie kręcili się po placu. Obserwowałem ich chwilę w nadziei, że zaraz sobie pójdą. W ich zachowaniu było coś dziwnego. Zamiast patrolować większy obszar, zawzięcie trzymali się rynku. Co więcej, wyjątkowo często wracali pod jeden ze sklepów, zaglądali też w alejkę nieopodal. Czyżby właściciel tego przybytku zapłacił im ekstra za pilnowanie interesu? Czy zatem miał tam coś wyjątkowo cennego? Coś, czego nie zdążył jeszcze zanieść do Banku Monnesortich? Sklep nie wyglądał wprawdzie zbyt imponująco – szyld głosił, że sprzedają tu narzędzia i „wyroby metalurgiczne”, ale wytrwałość pilnujących go strażników nie dawała mi spokoju. Gdy kolejny raz zajrzeli w boczną uliczkę przy sklepie, uznałem, że do Dartensona mogę równie dobrze wpaść później lub jutro. Głębiej naciągnąłem kaptur opończy i wszedłem w światło. Przeciąłem plac niezbyt spiesznym, ale też nie za wolnym krokiem, jak człowiek, który doskonale wie, dokąd zmierza, i pilnuje przy tym własnego nosa. Mijając strażników, lekko skinąłem im głową. Nie zareagowali, za to gdy wszedłem w alejkę, której tak pilnowali, czułem ich wzrok na plecach. Zatrzymali się i ruszyli dopiero, gdy minąłem drzwi na zaplecze sklepu. Tak, ewidentnie właściciel musiał ich opłacić. Zamek w drzwiach wyglądał na łatwy do sforsowania, ale nawet ja potrzebuję na takie coś trochę czasu. Lepiej poszukać innej drogi.

Skręciłem za róg i spojrzałem w górę. Tak jak myślałem, z tyłu domu na piętrze znajdował się balkon. Bez zatrzymywania przeciąłem uliczkę i zniknąłem w ciemnej bramie po drugiej stronie. Odczekałem około dwustu uderzeń serca, żeby upewnić się, że strażnicy nie podążyli za mną. Na szczęście aż tak gorliwi nie byli. Zdjąłem opończę, by nie krępowała mi ruchów, i ukryłem ją w ciemnym kącie. Od teraz lepiej, żeby nikt mnie nie zobaczył, mój czarny obcisły kombinezon może budzić zdziwienie. Oczywiście o ile ktoś mnie w nim zauważy, a to nie zdarza się często. Szybkim krokiem przemierzyłem plamę światła rzucanego przez gazową latarnię, po drodze wyciągając zaczep ukryty w olstrze pod pachą. To przydatne narzędzie, znacznie więcej niż zwykła linka z kotwiczką… Przylgnąłem do ściany, zakręciłem obciążnikiem i zarzuciłem w górę. Końcówka okręciła się na balustradzie, owinięte wokół wypustek paski materiału stłumiły dźwięk.

Piętnaście uderzeń serca. Żadnej reakcji.

Wspiąłem się na balkon, skuliłem w kącie i zwinąłem linkę. Przysunąłem się do drzwi prowadzących do środka i spojrzałem przez dziurkę od klucza. Pomieszczenie tonęło w ciemności, usłyszałem też chrapanie. Z przybornika przy pasie wyjąłem najprostszy z wytrychów, czyli po prostu cienką metalową blaszkę z lekkim zagięciem na końcu. Nie musiałem forsować zamka, wystarczyło wsunąć ją w szparę i delikatnie podważyć zapadkę. Uchyliłem drzwi, wpuszczając do pokoju prostokąt ulicznego światła, bezszelestnie wślizgnąłem się do środka i zamknąłem od wewnątrz.

Pozwoliłem oczom przyzwyczaić się do ciemności. Powoli zacząłem rozpoznawać zarysy sprzętów. Byłem w sypialni. Na środku stało duże podwójne łóżko, którego większość zajmowała pokaźnych rozmiarów kobieta. Przykryta kołdrą leżała na plecach i głośno chrapała. Mężczyzna obok niej był znacznie mniejszy. Głowę zakrywał poduszką, spod której dobiegał miarowy oddech, zdecydowanie cichszy niż jego wybranki. Wyglądało (i brzmiało), jakby dziś sprzyjało mi szczęście.

To, czego pilnowali strażnicy, znajdowało się zapewne w pracowni lub sklepie na parterze, ale szkoda było przegapić dodatkową okazję. Wyprostowałem się i powoli podszedłem do łoża. Po stronie mężczyzny stał stolik nocny. Z blatu zgarnąłem łańcuszek z młotem oraz spory sygnet. W szufladce znalazłem nieduży pęk kluczy. Nakryłem go dłonią i delikatnie objąłem palcami. Żaden nie brzęknął, za to kobieta wydała z siebie wyjątkowo głośne chrapnięcie. Ułamek sekundy później jej mąż pierdnął przez sen. Odruchowo zamarłem, ale żadne z nich się nie obudziło. Zainteresowały mnie jeszcze dwie nieduże kopertki w szufladzie – jedna miała coś, co wyglądało na złamaną pieczęć Kuźniców. Biżuteria wylądowała w schowku z tyłu mojego pasa, klucze w kieszonce spodni, a papiery w skrytce na piersi. Toaletka żony (jak to zwykle bywa) skrywała znacznie więcej łupów. Zwinąłem kilka par kolczyków, trzy bransolety, cztery duże brosze i jedną naprawdę ogromną – baba miała taki biust, że nic małego nie dałoby się na nim zauważyć – do tego parę pierścionków. Po krótkim namyśle wziąłem jeszcze flakonik perfum.

Otaksowałem pokój spojrzeniem i uznałem, że pora ruszać na dół.

Schody wyglądały na skrzypiące, więc szedłem tuż przy ścianie, raz za razem badając stopą kolejne stopnie. Dotarłem do niedużego korytarzyka rozdzielającego sklep od pracowni. Postanowiłem zacząć od tego pierwszego, drzwi otworzyłem kluczem znalezionym w nocnej szafce. W środku było jaśniej niż w sypialni, przez przeszklone witryny wpadało światło latarni Rynku Kamieniarzy.

– Nie drap tego, bo będzie jeszcze gorzej! – Głos strażnika dobiegał zza zamkniętych drzwi.

– Kiedy to cholernie swędzi!

Najwyraźniej zatrzymali się na chwilę przy samym froncie sklepu. Przypadłem do podłogi, żeby przypadkiem mnie nie zobaczyli.

– Nie drap, mówię! Lepiej zgłoś się rano do naszego łapiducha.

– Jeszcze czego. Młodego Barkinsa tak leczył z wysypki na kutasie, że aż wyłysiał.

– Kutas mu wyłysiał?

– Nie, głowa!

– A kutas?

– Co kutas? Nie wiem, nie pytałem…

Wartownicy podjęli patrol. Pochylony zacząłem buszować po sklepie, przemykając od jednej plamy cienia do drugiej. Niewiele tu było ciekawych rzeczy. W zasadzie mydło i powidło dla rzemieślników pracujących w metalach, skórze czy biżuterii. Wszelakich rozmiarów pilniki, cążki, haczyki, szczypce. Jeden regał zajmowała tania biżuteria – miedziane bransolety i pierścienie, mało wartościowa kamea. Nic ciekawego w porównaniu z tym, co ukradłem w sypialni. Uwagę zwracała za to precyzja ich wykonania. Widać rzemieślnik oprócz wyrobu narzędzi miał także inne hobby. Gdyby postanowił zostać jubilerem na pełny etat, jego dzieła mogły być naprawdę wyjątkowe. Nie zabrałem nic z tej półki. Moi paserzy wolą świecidełka z droższych metali. Poza tym to na pewno nie tego strzegli opłaceni wartownicy.

Na koniec podkradłem się jeszcze do kasy. Ścisnąłem palcami dzwonek sygnalizujący otwarcie szufladki z gotówką i otworzyłem ją najmniejszym kluczykiem ze skradzionego wcześniej pęku. Całkiem nieźle, jakieś szesnaście srebrnych, jeden złocisz, do tego garść miedziaków. Dobry pieniądz, ale nie majątek. Zdecydowanie niewart przekupywania straży miejskiej.

Wycofałem się w stronę korytarzyka, lecz zanim opuściłem sklep, rzuciłem okiem na listy podwędzone z nocnego stolika. Miałem nadzieję, że naprowadzą mnie na jakiś trop. Jeden okazał się nieciekawą korespondencją biznesową, konkretnie kategorycznym wezwaniem do zapłaty za materiały. Znacznie bardziej interesująca była notatka z pieczęcią Kuźniców:

Drogi Fabienie,

brat Klucznik mówił mi, że zgodziłeś się podjąć zlecenia. Ogromną radością napawa mnie ta wiadomość! Choć (z przyczyn mi obcych) zrezygnowałeś ze święceń na rzecz małżeństwa, wiesz zapewne, jak ważnym jest tradycyjny prezent na rocznicę posługi brata Pierwszego Kuźniczego. Każden z architektów brygad dba, by było to coś wyjątkowego – wszak to od brata Pierwszego Kuźniczego zależy podział obowiązków brygad. Czyszczenie latryn to praca wprawdzie konieczna, acz nieszczególnie chwalebna.

Znam dobrze talent rąk Twych, zatem proszę Cię o wykonanie kielicha na wino. Czasza powinna być z najwyższej jakości srebra, a wzorowana na Pucharze Ofiarowania. Oczywiście nie posiadam skamieniałej kropli krwi, którą uronił Kuźniostwórca, a która zdobi oryginał. Miast tego umyślny, który doręczy ten list, da Ci Łzę Kuźni, którą znalazłem pod jednym z pieców i którą dzięki wytrwałości swej i woli Kuźniostwórcy ustabilizowałem i zahartowałem. Posłaniec posiadać będzie również pieniądze oraz pełnomocnictwa. Wręcz mu jedynie listę potrzebnych ci materiałów, a wróci ze wszystkim, czego potrzebujesz.

Raz jeszcze przyjmij moje podziękowania. Bądź dumnym, gdyż praca, którą wykonasz, miła jest oku Kuźniostwórcy.

brat Angus

Na dole kartki znajdował się jeszcze dość precyzyjny szkic kielicha. Tak, zdecydowanie to tego właśnie szukam. Swoją drogą, niezłe ego mają niektórzy Kuźnice – puchar na wino wzorowany na jednej z ich najświętszych relikwii to megalomania zakrawająca na bluźnierstwo. Z drugiej jednak strony rozumiałem ten festiwal próżności. W zakonie prawdziwą karierę mogli zrobić tylko najwytrwalsi lizusi, reszta skazana była na wykonywanie ich rozkazów.

Bezszelestnie wymknąłem się ze sklepu, skradzionym kluczem otworzyłem pracownię i wszedłem do środka. Pachniało tu olejem, gorącym metalem, skórą, trocinami i kurzem. Przyjemne zapachy rzemiosła, które przez lata wgryzły się w tynk. Przy sporym palenisku stały różnej wielkości tygle i formy, na ścianach wisiały narzędzia, każde obrysowane czarną obwódką wykonaną węglem. Centralne miejsce pod okratowanym oknem zajmował duży stół warsztatowy z przytwierdzonymi imadłami. Solidny blat był poznaczony cięciami i zadrapaniami, gdzieniegdzie poprzypalany, lecz wytarty do czysta. Właściciel tego warsztatu najwyraźniej cenił sobie porządek.

Jedna z szuflad stołu była wyposażona w zamek, postanowiłem zacząć właśnie od niej. Znów przydatny okazał się jeden ze skradzionych wcześniej kluczy. Niecierpliwie szarpnąłem za uchwyt i od razu tego pożałowałem. Rozległo się ciche cyknięcie, wypustka w bocznej ściance wsunęła się w drewno, zaczepiona o nią pętelka sznurka spadła i pomknęła gdzieś w czeluści biurka. Zaraz potem w korytarzu za moimi plecami nocną ciszę rozdarł dźwięk gongu. Cholerny dupek zastawił pułapkę!

Mój czas właśnie się skończył. Z wyłożonej miękkim suknem szuflady chwytam srebrny kielich, wrzucam go do kieszeni i wypadam z pracowni. Strażnicy na zewnątrz coś krzyczą, biegnę schodami na górę. W sypialni drogę zastępuje mi mężczyzna, kobieta siedzi na łóżku. Krzyczy głośno, gdy odpycham jej męża i barkiem uderzam w drzwi balkonu. Nie mogę wyhamować, wpadam na barierkę i zatrzymuję się na niej. Strażnicy, których wynajął kupiec, są rozgarnięci, jeden zdążył już okrążyć dom. Stoi pode mną i właśnie podnosi kuszę. Odbijam się stopą od balustrady i skaczę w górę. Udaje mi się złapać krawędź dachu, podciągam się. Słyszę trzask zwalnianej cięciwy, coś żądli mnie w lewy bok. Wstaję i biegnę w stronę krawędzi. Wartownik krzyczy, ale pękające pod stopami dachówki zagłuszają słowa. Wybijam się i zbyt długą chwilę lecę przez nocne powietrze w stronę sąsiedniego budynku. Ląduję na dachu, przetaczam się przez bark, znów szaleńczy bieg, kolejny sus. Gwałtownie skręcam w lewo, opadam na niższy daszek jakiejś komórki, potem na ziemię. Słyszę odgłosy pogoni, szybko kluczę wąskimi alejkami. Trzymam się cieni, zwalniam, uspokajam oddech. Wchodzę w jakąś bramę, wyjmuję z kieszeni kawałek czystego płótna i opatruję zraniony bok, wciskając materiał pod kombinezon – bełt na szczęście tylko mnie drasnął. Chwilę później wychodzę z drugiej strony budynku.

Wygląda na to, że się udało. Tylko powrót do domu będzie nieco utrudniony. Moja opończa została nieopodal domu rzemieślnika, a lepiej, żeby nikt nie zobaczył mnie w samym kombinezonie. Cóż, na szczęście potrafię się całkiem dobrze ukrywać.

Mój czynszojad to prawdziwa menda. Plugawy kamienicznik, któremu wydaje się, że ma prawo szpiegować wszystkich, którzy wynajmują u niego klitki. Do tego ma jakiś cholerny szósty zmysł, przez który często „wpada” na mnie i innych lokatorów w najmniej odpowiednich momentach. Dokładnie tak jak teraz.

– Ciężka noc, co, Locken? – powiedział, wychodząc ze swojego mieszkania dokładnie w chwili, gdy wszedłem do bramy.

Stanął na środku korytarza, tak żebym nie mógł go ominąć, i zaczął rozpalać tę swoją cuchnącą fajkę.

– Mhm… – mruknąłem – a do tego późna. Porządni ludzie powinni już spać.

– No popatrz, a jednak tu jesteśmy. Niezbyt tradycyjne odzienie. Wiedziałem, że coś z tobą jest nie tak, ale nie sądziłem, że chodzi o te… – zrobił nieokreślony gest ręką z fajką, przy okazji zadymił cały korytarz – obcisłe czarne skóry i tak dalej.

W dymie oprócz tytoniu wyczułem też nuty gorycznika, niecierpka i chyba świraka. Świńskie, przekrwione oczka czynszojada świadczyły o tym, że to nie pierwszy ćmik tego wieczora. Zatrzymał wzrok na zakrwawionym płótnie zakrywającym rozcięcie na moim boku.

– A do tego lubisz ostre zabawy, co?

Ku mojej satysfakcji ohydny rechot zaraz przeszedł w kaszel. Miałem nadzieję, że łachudra wycharczy przy okazji trochę krwi, a może nawet kawałek płuca, lecz nie miałem tyle szczęścia.

– Późno już, idę się położyć.

Próbowałem go wyminąć, ale zastąpił mi drogę.

– Nhe tah szhybko, Lohhen. – Splunął na podłogę, żeby oczyścić gardło, po czym roztarł flegmę butem. – Podejrzany z ciebie typ, nie myśl, że nie wiem. Obserwuję cię od dawna. Gdyby o twoich eskapadach dowiedziała się straż miejska… Albo Kuźnice…

– To co? – Postąpiłem krok w jego kierunku, gadzina cofnęła się kawałek. – Gówno o mnie wiesz.

– Wiem, że wracasz po nocy. – Niestety szybko odzyskał rezon. – W ciuchach pasujących męskiej kurwie dla ludzi o specyficznych gustach albo złodziejowi. Jedno może zainteresować Młotków, drugie strażników. Tak się składa, że co piątek grywam w karty z kilkoma kapralami i sierżantem. Dawni kumple z woja, jeszcze z czasów kampanii przeciwko Stonebrook. – Zawiesił głos na chwilę, pewnie wspominając minione czasy bohaterskich rzezi i gwałtów na cywilach z sąsiedniego miasta. – Co niedzielę za to jestem w Katedrze-Kuźni. Mam wykupione miejsce w czwartym rzędzie, bo pobożny ze mnie człowiek, rozumiesz. Po nabożeństwie mógłbym szepnąć słówko jednemu z braci Odźwiernych. Sam wiesz, jak zapamiętali są w tropieniu wszelkich… – znów obrzucił mój strój pogardliwym spojrzeniem – dewiacji.

– Stąpasz po cienkim lodzie, Morrinson. – Zrobiłem kolejny krok w jego stronę, ale tym razem się nie odsunął. – Lepiej uważaj, bo wypadki chodzą po ludziach.

– Spodziewałem się, że powiesz coś takiego, głupi nie jestem…

– Zdania na ten temat są podzielone.

– …dlatego się zabezpieczyłem. – Pyknął z fajki i dmuchnął mi dymem w twarz. – W Banku Monnesortich mam wynajętą skrytkę. Wydałem dyspozycję, żeby otworzyli ją w przypadku mojej śmierci. Zostawiłem tam ciekawy list. Jak myślisz, kogo w nim opisałem?

– Łżesz – mruknąłem bez przekonania.

Ta wesz faktycznie była do tego zdolna.

– Jesteś skłonny zaryzykować? – Odsłonił poczerniałe zęby w uśmiechu, który w jego mniemaniu miał być szelmowski, a był zwyczajnie obleśny. – Zdzira spod szesnastki też próbowała się stawiać, kiedy powiedziałem jej, że wiem o matackim tatuażu, który skrywa pod ubraniem. Przekonała ją wizja stosu na dziedzińcu Katedry-Kuźni i teraz przynosi mi najlepsze zioła na moje dolegliwości.

Znów zaciągnął się dymem i zachwiał lekko. Gadatliwość wynikała pewnie z gorycznika. Wolałem nie pytać, skąd dowiedział się o tatuażu Beatrice, postanowiłem za to dokładnie sprawdzić swoją kwaterę w poszukiwaniu dziur w ścianach.

– Nie znam się na ziołach.

– Wiem, Locken, wiem. – Zmrużył świńskie oczka i pokiwał głową. – Dlatego będziesz przynosić mi złoto. Bo na tym na pewno się znasz. Pomyśl o tym jak o… podwyżce czynszu.

– Ile?

– Jeden złocisz.

Nie tak źle.

– Tygodniowo.

Oż ty mendo!

– Oszalałeś, Morrinson! Nie mam tyle.

A dokładniej nie mam tyle dla ciebie.

– Hmm… no to może, nie wiem… – wykonał cybuchem fajki chaotyczny gest – ukradnij?

– Skurwysyn z ciebie – powiedziałem i ruszyłem do mieszkania, przy okazji szturchając gnidę ramieniem. Zraniony bok zapulsował bólem, ale było warto.

– Cóż, matka robiła, co mogła, żeby nas wyżywić. Pierwsza płatność w najbliższy piątek! – krzyknął, gdy wspinałem się po schodach. – Tylko żeby moneta nie była oberżnięta!

Już ja bym cię oberżnął z tłuszczu wyhodowanego na krzywdzie innych, czynszojadzie pierdolony.

W zaciszu swojej kwatery zdjąłem kombinezon i opłukałem się w balii z zimną wodą. Opatrzyłem skaleczenie na boku. Na szczęście nie wymagało szycia, wystarczyły czyste gałgany nasączone wyciągiem z krwawnika. Zawinięty w szlafrok zjadłem skromną kolację. Kawałek czerstwego chleba, nieduża gomółka koziego sera, trochę suszonej wieprzowiny, wszystko popite lekko skwaśniałym już winem. Chyba będę musiał wkrótce wyskoczyć na zakupy.

Zmęczenie i niedawne emocje dawały o sobie znać, lecz miałem jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Zacząłem od naprawy kombinezonu. Z dratwą zawsze szło mi nieźle, po chwili gustowna skórzana łata zakrywała rozcięcie. Przy okazji wszyłem w tym miejscu małą kieszonkę na łupy. W moim fachu kieszeni nigdy za wiele. Powlokłem jeszcze szwy żywicą, zostawiłem do wyschnięcia i zabrałem się za przeglądanie zdobyczy.

Przeliczyłem gotówkę, wyszło tego dwa złocisze, dwadzieścia srebrnych i trochę miedziaków. Sapnąłem ze złości, gdy przypomniałem sobie, że jeden z tych złociszy wyląduje w brudnych łapskach Morrinsona. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Kiedy ta menda wyczuje słabość, będzie mnie doić bez litości. Zbliżająca się grubsza robota powinna mi dać godziwy zarobek. Zyskam trochę czasu i zastanowię się, co zrobić z czynszojadem. Część pieniędzy odłożyłem na bieżące wydatki, resztę wrzuciłem do sakiewki.

Zrabowana biżuteria była wyśmienitej jakości. Starannie wykonana, z kruszców wysokiej próby. Widać mąż za wszelką cenę chciał się wkupić w łaski żony. Biorąc pod uwagę różnicę masy, nie dziwiłem mu się. Tommy Bezduszny powinien dać mi za to niezłą kasę, szczególnie jeśli dołączę dzisiejszą zdobycz do łupów, które zwinę w Pstrągu. W końcu obiecał mi większy procent, nie zaszkodzi nieco go naciągnąć.

Obejrzałem flakonik z perfumami. Już sama buteleczka wyglądała na cenną, opleciona delikatną srebrną nicią ze złapanymi w nią drobnymi kryształkami akwamarynu. Była prawie pełna, a pachnidło miało mocny, piżmowo-korzenny zapach. Zabrałem ją pod wpływem impulsu, a teraz zaczęła mi kiełkować myśl, jak mógłbym to wykorzystać.

Kielich zostawiłem na koniec. Rozwinąłem chroniący go materiał i przyjrzałem się uważnie. To było prawdziwe dzieło sztuki. Musiał być wykonany z jednego kawałka srebrnej blachy. Starannie młotkowana, nadtapiana, zgrzewana i ponownie młotkowana, aż do uzyskania idealnego kształtu. Wokół czaszy wygrawerowano symbole Młota, Kuźni oraz Ognia, a między nimi lśnił kamień wielkości sporego migdała. Nigdy nie widziałem Łzy Kuźni na własne oczy. Wedle opowieści to niezwykle rzadki klejnot, powstający w najgłębszym żarze hutniczych pieców. Nikt do końca nie wie, jak i z czego, a pozyskanie go umyślnie nie jest możliwe. Ponoć znaleźć go mogą tylko najlepsi akolici Kuźniców, a i wtedy nie wiadomo, czy zdołają go ustabilizować. Widać ten brat Angus to prawdziwy szczęściarz… Jednak żadna z historii nie oddawała piękna Łzy Kuźni. Wewnątrz lśniącego własnym pomarańczowym blaskiem klejnotu przelewał się jakby żywy ogień, wciąż falujący i drgający w nieregularnym rytmie… Nagle zdałem sobie sprawę, że wpatruję się w niego jak zahipnotyzowany.

Niesamowity przedmiot, do tego na pewno sporo wart. Tyle że zupełnie niesprzedawalny, przynajmniej w całości. Kupić go mógłby tylko naprawdę bogaty koneser, do tego lepiej, aby trzymał go w ukryciu. Za wysokie progi jak na moje nogi. Zawinąłem kielich i razem z resztą kosztowności ukryłem w skrytkach pod podłogą i w ścianie. Później pomyślę, co zrobić z tym cudem.

Zasypiając, pomyślałem, że to była całkiem owocna noc.

– Łapać złodzieja!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Krzysztof HaladynCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-229-7

Kod produktu: 4000686

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

REDAKCJADorota Pacyńska

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

GRAFIKA NA OKŁADCE, PROJEKT OKŁADKI ORAZ ILUSTRACJEPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]