Cyfrak - Krzysztof Haladyn - ebook
Opis

W zdewastowanym świecie przetrwały nieliczne, zarządzane przez korporacje Miasta. Uzależniony od cyfrowych narkotyków Neth żyje w jednym z nich, otoczonym przez pustynię RepTek Polis. Tutaj granice cywilizacji i względnego bezpieczeństwa wyznacza technologia - tam gdzie nie sięgają macki firmy panuje chaos. W Przymurzu, jednej z takich dzielnic znajduje się nielegalne laboratorium, stanowiące dla Netha i jego dilera Wiz.una łakomy kąsek. Nie przypuszczają oni jednak, że grasujący w tej dzielnicy zmutowani ocaleńcy Błękitnej Plagi, wszelkiej maści bioćpuny i zintegrowany system obronny placówki to dopiero początek ich problemów. Konsekwencje tego włamania zmienią losy całego Polis i nie tylko...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cyfrak czaił się obok multiterminala. Przy końcu peronu metra, gdzie pojedyncza świetlówka mrugała spazmatycznie, brzęcząc cicho i siejąc wokół drżące poblaski, które zdawały się poruszać, wstrząsane podmuchami tunelowego ciągu. Stwór nie miał jeszcze konkretnej formy, był kształtującą się chmurą danych. Zielonkawy obłok falował lekko i pulsował w nieregularnym rytmie. W chmurze migotały tysiące znaków, kod binarny, ASCI, elementy heksadecymalne i zupełnie nieznane, nowe symbole.

Obserwowałem go spod wpółprzymkniętych powiek, mój mózg instynktownie starał się odszukać zbieżność pomiędzy jego ruchem a stłumionym stukotem dobiegającym gdzieś z trzewi systemu podziemnej kolei. Jarzeniówka przygasła nagle, jakby zdmuchnięta powiewem z tunelu, cyfrak sięgnął do niej migoczącą wstęgą. Bzyczenie stało się głośniejsze, światło rozbłysło na nowo, jakby pobudzone energią stwora. Migotliwa macka cofnęła się płynnie, świetlówka znów zamrugała desperacko. Kolejne szturchnięcie pasmem danych, przelewające się w odnóżu znaki zabłysnęły zielonym, trupim blaskiem. Tym razem nie rozpoznałem w nich żadnych elementów, których ludzie używali do programowania. Światło znów błysnęło blado, po czym zgasło na chwilę. Obłok danych zapulsował, zobaczyłem, że liżąca ciemny klosz macka pobiera coś i przetwarza. Częstotliwość zmian prądu w sieci? Natężenie? Budowę sterownika jarzeniówki?

Moja głowa pulsowała lekkim tępym bólem, niczym nadpsuty, lecz jeszcze nie do końca spróchniały ząb. W kącikach oczu zagnieździła się czerwonawa poświata, na razie ledwie widoczna, ale to mogło się wkrótce zmienić. Wiedziałem, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to tętnienie stanie się nie do zniesienia, a mnie pochłonie morze czerwonego bólu. Miałem nadzieję, że Wiz.un będzie u siebie i że ma coś, co mi pomoże. Jak zawsze.

Cyfrak chwilowo stracił zainteresowanie świetlówką, zakłębił się wokół multiterminala i oscylował w sobie tylko znanym języku. Samo patrzenie na ten nierozpoznawalny żyjący kod źródłowy potęgowało tętnienie w mojej głowie, jakby umysł cierpiał, starając się dopasować do niepojętego dla człowieka języka programowania.

Z zamyślenia wyrwał mnie stukot obcasów. Ławkę, na której siedziałem, minęły długie nogi w czarnych rajstopach, czerwone podeszwy czarnych szpilek skutecznie przyciągnęły mój wzrok. Uniosłem głowę. Całkiem ładna dziewczyna w ciemnej sukience pewnym krokiem zbliżyła się do maszyny. Nie widziała cyfraka, z jakiegoś powodu większość ludzi prawie nigdy ich nie zauważa. Stwór zareagował żywo, wyciągając do niej mgliste macki. Oplótł ją, zanim zdążyła się zatrzymać, przeskanował całą, skupiając się na niewielkiej torebce. Jasne – portfel, karty, elektronika. Jakby potwierdzając moje przypuszczenia, chmura danych zapulsowała gwałtownie, pobierając dostępne informacje w sobie tylko znanym celu.

Zawsze zastanawiało mnie ich dążenie, by gromadzić wszystkie dostępne bajty, magazynować je i przetwarzać. Niektóre cyfraki potrafiły zrobić całkiem niezły użytek z tego, co zebrały. Wyrządzić spore szkody lub wręcz przeciwnie, w zależności od tego, co podsunęła im ta durna (lub po prostu niezrozumiała) sztuczna inteligencja. Ten stwór był jeszcze zbyt prymitywny, by choć przybrać konkretną formę, ale instynkt nieodmiennie nakazywał mu rozrastanie się i akumulację.

Dziewczyna odgarnęła za ucho krótki kosmyk blond włosów i grzebała chwilę w torebce. Wyjęła kartę, wsunęła ją w czytnik. Dobrze, że miała choć tyle rozsądku, żeby nie używać w publicznym terminalu osobistego portu. Pewnie nie chciała łyknąć reklam podprogowych, programów szpiegujących i całego tego syfu, który RepTek pakował ci w system podczas takich transakcji. Oczywiście nasza wspaniała korporacja robiła to „dla Twojego dobra” oraz „by lepiej rozpoznawać Twoje potrzeby”, a także „w trosce o Lepsze Jutro”. Problem w tym, że lepsze jutro już było, a nas czekać mogło tylko gówniane pojutrze.

Cyfrak zafalował niespokojnie, jakby rozczarowany faktem, że nie będzie mógł uzyskać dostępu do najbardziej prywatnych informacji przez osobisty port nieznajomej, ale skwapliwie wciągnął dane zawarte na jej karcie. W chmurze zabłysnęły czerwone nici, symbole rozjarzyły się na krótko. Oznaka wykrycia szczególnie cennych bajtów i początku ewolucji nowego nurtu świadomości. Już dawno nauczyłem się rozpoznawać, kiedy te stwory coś kombinują, nie miałem innego wyjścia. W skroniach zakłuło mocniej, jak zawsze, gdy doświadczałem silniejszej emanacji któregoś z tych stworzeń.

Blondynka, nieświadoma obecności istoty, dokonała transakcji (przy okazji ujawniając swoje kody dostępowe) i ruszyła z powrotem ku środkowej części peronu.

– Na twoim miejscu zastrzegłbym tę kartę – mruknąłem, gdy przechodziła obok mnie. Dziewczyna podniosła na mnie nieco spłoszony wzrok, po czym mocniej ścisnęła trzymaną pod pachą torebkę, jakbym zamierzał ją jej wyrwać. – Zmień też hasło – dodałem, choć widziałem już, że uważa mnie za świra. Nie mogłem jej za to winić, po części miała rację.

Ruszyła dalej przez opustoszałą platformę, stukot obcasów nabrał szybkiego, niemal nerwowego tempa. Zatrzymała się nieopodal schodów, obok dwóch rozmawiających ze sobą mężczyzn w znoszonych garniturach. Raz po raz zerkała niespokojnie w moim kierunku, jakby obawiała się, że zerwę się z miejsca i ją zaatakuję. Jeszcze raz zmierzyłem ją spojrzeniem, zaczynając od tych lśniących czarnych szpilek z czerwoną podeszwą, przez kształtne, opięte cienkim nylonem łydki i uda, płaski brzuch, niewielkie piersi pod ciemną sukienką, kończąc na zadbanej ładnej twarzy i lśniących blond włosach. Widać było, że miała jakieś modyfikacje, może rodzice chcieli mieć piękną córeczkę lub sama dodała to i owo do swojego genomu. Tak czy inaczej, była naprawdę niezła, ale chyba właśnie straciłem szansę na zaproszenie jej na kawę.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie rozprawić się z cyfrakiem, który pobrał jej dane. Niezbędne narzędzia miałem przy sobie, wystarczyło wpiąć się przez drugi, ukryty port, użyć zmodyfikowanej karty i trochę go przycisnąć. Bawiłem się tą myślą, ale ostatecznie zrezygnowałem. Za takie rzeczy zwykle biorę pieniądze, a ten konkretny stwór niczym mi nie zawinił. Zaczepił niezłą laskę, ale ona i tak nawet by na mnie nie spojrzała, więc zostawię go w spokoju. Zresztą takie potyczki potęgowały ból głowy, który i tak od kilku minut nasilał się bez żadnej pomocy. Multiterminal przy końcu peronu pozostanie zainfekowany, przynajmniej na razie. Cyfrak kłębił się i z nudów znów zaczął wyciągać półprzezroczyste macki w kierunku migoczącej świetlówki.

Z głębi tunelu dobiegł głośniejszy hałas, podmuch dusznego wiatru cisnął na stację drobiny żółtawego pyłu. W metrze zawsze gromadził się ten nawiewany z Pustyni piach, więc brygady czyszczące tunele musiały usuwać go na bieżąco. Nadjeżdżający pociąg wyhamował, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Wsiadłem do ostatniego wagonu i zająłem miejsce. Plastikowe krzesełko skrzypnęło pod moim ciężarem.

Przedział był prawie pusty. Godziny szczytu dawno minęły, do tego system komunikacji Miasta był zaprojektowany na większą liczbę osób. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o Błękitnej Pladze, a przylegające do metropolii osady tętniły życiem. Dziś, wbrew propagandzie głoszonej przez RepTek, betonowa dżungla nosząca nazwę zarządzającej nią korporacji powoli umierała. Miałem wrażenie, że jeżeli nic się nie zmieni, za kilka pokoleń zostanie tu tylko kurhan usypany z pustynnego piachu, ze sterczącą smętnie Wieżą.

Światła w wagonie zamigotały na chwilę, skład szarpnął lekko i ruszył, a podziemny tunel połknął go gładko. Wlepiałem wzrok w szybę, obserwując przelatujące obok pojedyncze lampy i betonowe żebrowania. Czerwona poświata w kącikach oczu nieco zbladła, miarowy stukot uspokajał.

Kilka minut podróży zlało się w jeden rozmyty obraz sunącej za oknem żelbetowej ściany. Kolejka zatrzymała się na stacji, szybkim krokiem opuściłem pociąg i stanąłem na peronie. Był znacznie większy niż ten nieopodal mojego bloku, kręciło się tu też więcej ludzi. Jak na tę porę, prawie tłok, w końcu przyjechałem do centrum. Zapach też był nieco inny, woń Pustyni była tu słabsza niż w pobliżu Muru.

– Halo?! – ubrany w elegancki garnitur mężczyzna w średnim wieku wydarł się do telefonu. – Pierdolony złom. – Wściekle stukając w ekran, zakończył rwące się połączenie.

Nie rozumiałem, po co ludzie nadal próbują. Moja komórka już od kilku lat zalegała gdzieś na dnie szuflady. Komunikacja bezprzewodowa szwankowała w całym Mieście. Erę zdalnej łączności mieliśmy już za sobą – wszystko na to wskazywało. Przedstawiciele RepTeku twierdzili, że to kwestia aktywności słonecznej, zanieczyszczeń powietrza i cholera wie czego jeszcze. Co ciekawe, chodziły plotki, że tuzy na szczycie korporacyjnej drabiny miały dostęp do technologii działającej bez zarzutu. Pytanie tylko, z kim niby mieliby się za jej pomocą kontaktować? Reszta mieszkańców była zmuszona do korzystania z mulititerminali za pomocą kart lub portów osobistych.

Mężczyzna gorączkowo przesuwał palcem po ekranie, w poświacie omiatającej jego dłoń zabłysnęły widoczne tylko dla mnie symbole. Proszę, czyli jakiś cyfrak nie uznał jednak jego telefonu za zupełnie bezużyteczny.

Skierowałem się w stronę schodów prowadzących na powierzchnię. Minąłem grupkę znudzonych nastolatków, chłystek w spranych jeansach i kurtce z imitacji skóry trącił mnie ramieniem. Rzucił mi wyzywające spojrzenie, ale nie zamierzałem dawać mu pretekstu. Niech poszukają innego frajera, zresztą konfrontacja ze mną mogła się dla nich źle skończyć.

Stanąłem na ruchomych schodach i sunąc wolno, opuściłem trzewia podziemnej kolejki. W Mieście panował przyjemny wieczorny chłód, lekki wiaterek znad Pustyni przesypywał po chodniku drobiny pyłu. Rozświetlone pomarańczowymi latarniami i kolorowymi neonami ulice tętniły życiem, ludzie spieszyli do swoich spraw. Widziałem pewną nerwowość, już niedługo miało zabrzmieć kolejne tego dnia przeciągłe wycie syreny. Stanąłem i rozejrzałem się wokół, przywykając do światła i gwaru. Tutaj na pierwszy rzut oka trudno było się zorientować, że Miasto pomału wymiera. Dopiero po dłuższej chwili dawało się zauważyć, jak niewielu dorosłych prowadzi za rękę dzieci, jak opustoszałe są boczne uliczki. To i tak lepiej niż w mojej okolicy, gdzie można było natrafić na całe opuszczone budynki, a nieopodal powoli niszczało Przymurze.

Wiz.un mieszkał niedaleko dworca kolejowego. Teoretycznie dogodna lokalizacja dla dilera narkotyków i nielegalnego softu personalnego (sam wolał określenie „miejski szaman”, widać lepiej łechtało to jego wybujałe ego). Teoretycznie, bo pociągi przyjeżdżające na stację torami skrytymi w metalowych tubach prawie nigdy nie przywoziły ludzi. Prefabrykaty, surowce, uszkodzony sprzęt do naprawy w serwisach RepTeku. Ale ludzi prawie nigdy. Oczywiście oficjalnie można było uzyskać wizę i wyjechać, ale nie znałem nikogo, komu by się to udało. Zresztą dokąd się udać? Do innego polis? Niby można, tylko po co?

Zawodzenie syreny rozległo się, gdy dochodziłem już do bramy niewielkiego bloku, w którym mieszkał Wiz.un. Kiedy przebrzmiało, prawie wszyscy przechodnie wyciągnęli i rozłożyli parasolki, a ja skryłem się w podcieniu. Z daleka usłyszałem narastający szum, po chwili uruchomiły się także zraszarki w tej części Miasta. Umieszczone na dachach budynków dysze plunęły w górę rozproszoną wodą, która ciężkimi kroplami zaczęła spadać na ulice. Rozpoczął się codzienny rytuał oczyszczania powietrza. Sztuczny deszcz wypłucze pył, zmyje chodniki i spłynie do wciąż zapychających się piachem kanałów burzowych. Obecnie zraszanie musiało trwać znacznie krócej niż kiedyś, bo mimo ciągłego oczyszczania system kanalizacji nie był już tak wydajny. Dobrze, że wywiercone dawno temu głębinowe studnie wciąż zaopatrywały Polis w czystą wodę. Bez tego w ciągu kilku lat nie zostałby tu nikt żywy.

Cichy brzęczyk domofonu skojarzył mi się z echem niedawnej syreny.

– Kto tam? – Dobiegający z głośniczka głos był ciepły mimo lekko metalicznego brzmienia.

– Neth – odparłem krótko.

Ból głowy nasilał się, odkąd wysiadłem z metra, w centrum było za jasno, za dużo bodźców, kabli i danych. Czerwona poświata na krawędziach pola widzenia nabiegła ciemniejszymi pasmami i pulsowała w rytmie Miasta lub mojego serca, musiałem szybko coś z tym zrobić.

– Wchodź. – Ciche kliknięcie zasygnalizowało otwarcie drzwi.

Klatka schodowa była oświetlona ledowymi taśmami i znacznie czystsza niż ta u mnie. Postanowiłem nie korzystać z windy (przewody, przyciski, światła), szybkim krokiem wszedłem na drugie piętro.

– Spodziewałem się ciebie. – Wiz.un otworzył mi drzwi ubrany w krótkie spodnie i podkoszulek z logo jakiejś niszowej kapeli.

Szaman był trochę młodszy ode mnie, zapewne tuż przed trzydziestką. Zawsze ubierał się jak nastolatek, zresztą mógł sobie na to pozwolić. On nie musiał codziennie tyrać w RepTeku, poprawiając błędy w kodzie. W zupełności wystarczało mu sprzedawanie własnych wyrobów. Przedramiona Wiz.una pokrywały kolorowe tatuaże, mające zapewne głębokie mistyczne znaczenie. Dla mnie wyglądały jak dziwaczne bohomazy, podobnie jak psychodeliczne wzory na opasce przytrzymującej jego długie włosy.

Gestem zaprosił mnie do środka. W ciasnym przedpokoju owionął mnie zapach tlących się kadzidełek, cicho plumkała imitacja dawnej indyjskiej muzyki. Wiz.un naoglądał się zbyt wielu filmów o dawnych hipisach – jego długie włosy podtrzymywane tęczową opaską dobitnie to potwierdzały.

– Dobrze cię widzieć – powiedział, gdy usiedliśmy w salonie. – Czego potrzebujesz?

– Tego, co zwykle. Coś na ból głowy, ze trzy aktywne wspomagacze i kilka tripsów – wymieniłem jednym tchem. – Tylko nie takie gówno jak ostatnio, coś spokojniejszego. Tamten szajs był jakiś zryty.

– Ciekawe, inni klienci byli raczej zadowoleni. – Szaman podrapał się po głowie. – Fakt, zakodowałem to nieco... nieszablonowo, można powiedzieć: eksperymentalnie.

– Twoi inni klienci to szajbusy – skwitowałem, rozpierając się wygodniej na kanapie. – Nie dziwię się, że im to pasowało.

– Nie musisz nikogo obrażać. – Uniósł dłoń w uspokajającym geście. – Choć w sumie coś w tym jest. Mam wszystko, czego potrzebujesz, zaczekaj, przyniosę.

Wstał i zniknął na chwilę za drzwiami przysłoniętymi kotarą z grzechoczących koralików w psychodelicznych kolorach. Jego mieszkanie naprawdę przypominało jakiś urządzany przez wariata skansen ubiegłego wieku. Stare plakaty, wzorzyste narzuty na fotel i kanapę, starodawne lampy z cudacznymi kloszami; po prostu folklor w najgorszym wydaniu. Nie miałem pojęcia, skąd on bierze ten cały badziew, ale musiało go to sporo kosztować. Cóż, na biednego nie trafiło.

– Przyniosłeś zużyte? – rzucił z pomieszczenia obok.

– Tak. – Wyjąłem z kieszeni garść okrągłych pozłacanych wtyczek do osobistego portu, w niestandardowym rozmiarze.

Pasowały do mojego drugiego, nielegalnie założonego interfejsu, a każda z nich była jednocześnie programowalnym nośnikiem danych. Położyłem je na stole w momencie, gdy Wiz.un odgarnął na bok klekoczące cicho koraliki i wrócił do pokoju.

– Nie wyglądasz najlepiej – stwierdził, mierząc mnie badawczym spojrzeniem. – Dobrze się czujesz?

– Gdybym się dobrze czuł, nie byłoby mnie tutaj – westchnąłem.

Może faktycznie coś było w tej jego durnowatej muzyczce i zapachu kadzidełek, byłem znacznie spokojniejszy niż jeszcze chwilę temu.

– Głowa, powidoki? – domyślił się. – Wiesz, to, co ode mnie kupujesz, częściowo może wywoływać te objawy. Zwłaszcza wspomagacze. – Zrobił efektowną pauzę. – Zwłaszcza u ciebie.

– Gówno tam wiesz – burknąłem. – Czasem nie daję rady pracować bez tego...

– A potem, żeby się oderwać, od razu walisz tripsa – przerwał mi. – Wieczorem spowalniacz na brak snu, zgadłem?

– Nie przesadzaj, czasem wystarczy trochę synt-whisky.

– A bywa, że jedno i drugie. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Zwolnij trochę.

Człowiek wie, że naprawdę nie jest super, kiedy diler narkotyków martwi się o jego zdrowie. Pewnie miał słuszność, ale wcale nie było aż tak źle. Co najmniej dwa, trzy dni w tygodniu starałem się być czysty. Masakrowało mnie, dopiero kiedy przeciążałem system. Interfejs nie wytrzymywał i trzeba mu było dać kopa, a to napędzało spiralę, o której mówił szaman.

– Boisz się, że stracisz klienta? – zapytałem z przekąsem.

– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. – Proszę, proszę, jego spojrzenie naprawdę wyrażało troskę. – Może dla odmiany odstawiłbyś elektronikę i spróbował czegoś organicznego? Mam świeżą partię tripsów wyizolowanych z pleśni, naprawdę nieźle tarzają. Naturalny stymulant też ostatnio zrobiłem, trochę śmierdzi, ale działa. Coś przeciwbólowego mogę ci znaleźć i...

– Nie rozpędzaj się, wezmę to, co zawsze – wstrzymałem jego słowotok. – Od tych wszystkich biośrodków tylko się w głowie pierdoli.

– Nie bardziej niż od cyfrowych. Przemyśl sprawę – odparł, kładąc na stole niewielką metalową walizeczkę.

Otworzył ją, cicho zaszumiał ukryty w środku komputer. Ekran wpasowany był idealnie w szarą piankową okładzinę wnętrza, w dolnej części umieszczono podświetloną na czerwono, robioną na zamówienie klawiaturę. Obok znajdowało się dziesięć portów: pięć zupełnie standardowych, reszta w różny sposób modyfikowana. Znaczna część klientów Wiz.una była wyposażona tylko w legalne złącza, co tłumaczyło dysproporcje. Urządzenie służyło szamanowi do kodowania nielegalnego oprogramowania aplikowanego przez wtyczki takie jak te, które przed chwilą rozłożyłem na stole.

Szybko wstukał kod zabezpieczający, przyłożył palec do czytnika linii papilarnych, wprowadził drugie hasło. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest paranoikiem, ale tylko jeśli nie widział w życiu tego, co ja.

Komputer w podwójnie ekranowanej walizce zapiszczał cicho na powitanie, palce dilera znów zatańczyły po klawiszach. Chwilę później zaczął oglądać wtyczki, które mu przyniosłem.

– Prawie wszystkie są poprzepalane. Powinienem kasować cię więcej – marudził, obracając je w palcach. – Muszę je naprawić, ale to później. Na twoim miejscu sprawdziłbym ten port.

– Może w wolnej chwili wpadnę do Kabla – mruknąłem, ale sam nie bardzo wierzyłem w swoje słowa.

– Ta, jasne. – Szaman mnie wyczuł. – Na szczęście mam kilka zapasowych. Mogą być normalne?

– Wolałbym nie – powiedziałem zdecydowanie. – Możesz mi dać coś lekkiego na teraz? – dodałem, pocierając skronie.

– Moment. – Wstał, podszedł do komody i wyciągnął z szuflady kilka wtyczek.

Włożył jedną z nich do portu komputera, wstukał kod. Umieszczona na końcu złącza dioda zaczęła migać na czerwono, sygnalizując transfer danych. Kilkadziesiąt sekund później światełko zamigotało zielenią i zgasło. Wiz.un odpiął cyfrowy narkotyk od komputera i podał mi.

– To powinno pomóc, ale jest delikatne. Z nóg cię nie zwali – zapewnił. – Nie krępuj się. Zgram ci, co trzeba, potem pogadamy. Mam sprawę.

Spojrzałem na niego uważnie, ale uciekł wzrokiem, po czym znów pochylił się nad klawiaturą. Powinienem się domyślić, że będzie czegoś chciał. Ta jego troska o moje zdrowie była tylko wstępem. Obracałem w palcach niewielki pozłacany walec i przyglądałem się, jak odbija światło. Przez krótką chwilę bawiłem się myślą, że mógłbym go nie użyć, choć oczywiście wiedziałem, że to zrobię. Pulsujący ból głowy i przelewająca się na obrzeżach pola widzenia czerwona mgiełka nie pozostawiały żadnych złudzeń.

Podwinąłem wysoko rękaw, odsłaniając lewe ramię, i odruchowo wytarłem wtyczkę o koszulę. Wiz.un popatrzył na mnie i pokręcił głową z dezaprobatą.

– No wiesz co, przecież u mnie wszystko jest czyste – westchnął, nie przerywając stukania w klawisze.

– Wybacz, taki odruch – mruknąłem.

Uniosłem lekko rękę i wpiąłem narkotyk w nielegalny port umieszczony od wewnętrznej strony ramienia.

Zawsze najpierw pojawia się to lekkie mrowienie. Organizm wyczuwa obecność nowego bodźca, oplatające cyfrowy interfejs synapsy zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. Skóra wokół gniazda drętwieje, ręka drży, mrowienie rozlewa się na obojczyk i szyję. Mój dodatkowy port jest tak zaprogramowany, by w razie potrzeby sygnał omijał poboczne węzły i jak najszybciej wzdłuż kręgosłupa docierał pod czaszkę. Oczywiście w przypadku fizjowspomagaczy działa to nieco inaczej, ale przeciwbólowy wytłumiacz leci wprost do miejsca przeznaczenia. W okolicy wkłucia zaczynam czuć niezbyt uciążliwe pieczenie (zdaje się, że faktycznie powinienem sprawdzić to złącze). Nagle dostaję gęsiej skórki, kiedy impuls przez nanokable połączone z systemem nerwowym dociera do mózgu.

Zamykam oczy i pozwalam zalać się białemu blaskowi płynącemu gdzieś z dna oczodołów. Rytm serca wyraźnie zwalnia, powieka drży lekko, w uszach rozlega się cichy, przyjemny szum. Narkotyk stymuluje mózg, ten pobudza gruczoły, fala endorfin wywołuje uśmiech. Pod powiekami pojawiają się elementy kodu, znaki zaprogramowane przez szamana jarzą się ciepłym światłem, pulsują i płyną – działanie narkotyku wkracza we właściwą, cyfrową fazę. Ból głowy ustępuje, czerwona poświata blednie i znika. Indyjska muzyka dobiegająca gdzieś z daleka zdaje się zgrywać z generującymi spokój regułami syntaktycznymi oraz semantyką. Uchylam powieki i wpatruję się w sufit mieszkania Wiz.una. Przewijający się po jego chropowatej powierzchni program urzeka mnie swoim tajemniczym pięknem. Symbioza ludzkiego mózgu i mowy komputerów, w tej chwili widoczna jedynie dla mnie.

– Lepiej? – Głos szamana przywołał mnie do rzeczywistości. Nie wiem dokładnie, jak długo siedziałem na kanapie z odchyloną głową, ale nie mogło minąć więcej niż dziesięć minut. – Wyjmij już wtyczkę.

Narkotyk faktycznie był dość delikatny. Rozejrzałem się wokół, nie widząc już elementów języka maszynowego. Zniknęły także moje dolegliwości, czułem się odprężony i jakby trochę czystszy w środku.

Przyjemnemu wrażeniu zaprzeczyło uczucie towarzyszące wyciąganiu wtyczki z gniazda. Pozłacany walec opierał się chwilę, ciągnąc starą bliznową tkankę wokół portu, w końcu poddał się z cichym pstryknięciem, któremu towarzyszył błysk pojedynczej błękitnej iskry. Ze złącza uniosła się smużka dymu. Naprawdę będę musiał wybrać się do tego rzeźnika Kabla, czy mi się to podoba czy nie. Szwankujący port w ekstremalnych przypadkach może spowodować spięcie synaptyczne, a nie bardzo mi się uśmiecha spędzenie reszty życia na ślinieniu się, jedzeniu przez rurkę i robieniu pod siebie. Z moim złączem nie było chyba jeszcze tak źle, ale i tak trzeba je sprawdzić – wcześniej nie iskrzyło.

– Kabel. Najlepiej jutro. – Wiz.un pokiwał głową, odbierając ode mnie lekko osmalony bolec.

– Zobaczę – odparłem krótko. – Przygotowałeś resztę?

– Kończy się zgrywać. – Wskazał na migoczące diody wtyczek wetkniętych w gniazda walizkowego komputera. – Jak ci się podobało?

– Całkiem skuteczne, trochę szybsze, a do tego faktycznie nie zwala z nóg – pochwaliłem jego produkt. – Zmieniłeś coś?

– Metodę synchronizacji z mózgowymi falami theta. Pracuję też nad nowym kompilatorem – powiedział z dumą. – Jest szansa, że dotrę do delty, wyobrażasz sobie?

– Sam kiedyś mówiłeś, że delta nie są bezpieczne – przypomniałem mu. – Uszkodzenie mózgu i tak dalej.

– Dlatego jestem ostrożny. Zresztą na razie to i tak tylko plany, głęboka faza projektowania kodu. – Machnął lekceważąco ręką na znak, że to nic ważnego, lecz coś w jego geście wydało mi się sztuczne. – Może dla odmiany trochę biologicznych używek? – Puścił do mnie oko.

– Czemu nie... – stwierdziłem ostrożnie.

Wiedziałem, że te wszystkie rozmowy o moim zdrowiu i podchody czemuś służą. Należało tylko poczekać, aż szaman zbierze się na odwagę i w końcu powie, czego chce. Wstał z fotela i podszedł do niewielkiego kredensu. Odrapany mebel był wykonany z imitacji drewna, w niegdyś przeszklonych drzwiczkach brakowało szyb. Nie potrafiłem zrozumieć, co mój diler widzi w takich starociach.

Wiz.un wyciągnął z szafki butelkę do połowy wypełnioną bursztynowym płynem, niedużą popielniczkę i paczkę papierosów. Oho, zapowiadało się dłuższe posiedzenie. Położył to wszystko na stole, zniknął jeszcze na chwilę za kotarą z koralików i wrócił z dwiema szklankami. Nalał nam alkohol i usiadł. Bez pytania poczęstowałem się fajką.

– RepTek ostrzega, palenie jest niebezpieczne dla twojego zdrowia. – Gdy otwierałem pudełko, zabrzęczał umieszczony w nim głośniczek, odgrywając zaprogramowaną wiadomość.

– Życie jest niebezpieczne dla mojego zdrowia – burknąłem, trzymając już w ustach potrójny filtr.

Uniosłem szklankę, zakręciłem nią i pod światło obejrzałem wirujący płyn. Żaden ze mnie koneser, po prostu lubiłem tak robić. Napis na etykiecie butelki głosił: „Syntetyczny single malt, styl szkocki”. Nie miałem powodów, żeby w to nie wierzyć.

– Syntetyk, ale całkiem niezły – zapewnił mnie gospodarz.

Skinąłem w jego stronę w niemym toaście.

– Co ostatnio porabiałeś? – zapytał szaman.

Najwyraźniej nie spieszyło mu się z wyjawieniem swojego interesu, chyba chciał mnie trochę rozluźnić. Zaczynała mnie zżerać ciekawość. Skoro tak krążył, zapowiadała się grubsza sprawa.

– Wszystko po staremu – odparłem wymijająco.

– Jakieś ciekawe polowania, może trofea? – dopytywał się.

– Tylko drobnica, głównie w pracy – westchnąłem, wypuszczając dym. – Czemu pytasz?

– Ot tak, z ciekawości – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

– Jednego widziałem po drodze do ciebie – przypomniałem sobie. – Kręcił się koło multiterminala, zasysał dane. Na razie nieszkodliwy, nawet nie miał wykształconej formy.

– Zabiłeś go? – Spojrzał na mnie badawczo.

– Po co? – odpowiedziałem pytaniem i upiłem łyk ze szklanki. – Niech sobie żyje, mnie nie przeszkadza.

– Dasz mi dokładną lokalizację? – zainteresował się Wiz.un. – Chętnie go zobaczę.

– Jasne.

Szaman twierdził, że pod wpływem odpowiedniej mieszanki swoich biośrodków i cyfrowego kodu wprowadzonego przez nielegalny port jest w stanie widzieć cyfraki. Co więcej, próbuje z nimi rozmawiać i uczyć się od nich. Nie miałem powodów, żeby mu nie wierzyć. Niewielki promil populacji był w taki czy inny sposób świadomy istnienia tych stworów (czy może programów), ułamek tego promila mógł je dostrzegać. Mutacje ludzkiego genomu od dawna szły w bardzo różnych kierunkach, ostatecznie Błękitna Plaga zabawiła się kodem DNA naszego gatunku jak kot kłębkiem włóczki. Kto wie, może niektóre z tych zmian będą korzystne i pomogą nam przetrwać. Widzenie cyfraków zdecydowanie mogłoby w tym pomóc, te stwory ostatnio coraz bardziej się panoszyły.

Efekty ich działania zwykle były słabo dostrzegalne. Czasem komuś zginęły czity z konta, ktoś stracił dane... nic wielkiego. Sztuczna inteligencja gnieżdżąca się w naszych sieciach była chaotyczna, obca lub zwyczajnie głupia. Moim zdaniem nie mogło być inaczej, skoro wyewoluowała ze zbędnych fragmentów kodu, błędów i niedbałego języka programowania.

– Spróbuję się z nim połączyć, może znajdę coś ciekawego – powiedział szaman, gdy wyjaśniłem mu dokładnie, jak znaleźć cyfraka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Choć na takiej głębokości poniżej poziomu Groom Lake nie dawało się precyzyjnie określić kierunku, Donald Stephenson wiedział, że tunel prowadzi na południowy zachód. Wagon ciągnięty przez elektryczną lokomotywę dowiózł go aż tutaj po torach biegnących środkiem korytarza. Przed wielu laty tą samą trasą do wielkich stalowych drzwi, pod którymi teraz stał, transportowano zupełnie inny towar. Dwie szczeliny u podstawy wrót pasowały do szyn znikających po drugiej stronie.

Don podniósł wyżej kołnierz wojskowej kurtki i przeszedł na prawo, do mniejszych drzwi przeznaczonych dla personelu. Przystanął, by przesunąć kartę przez czytnik. Przejście otworzyło się z cichym świstem wyrównującego się ciśnienia.

Nagły dreszcz kazał mu obejrzeć się przez ramię. Ujrzał długi, pusty tunel znikający za lekkim zakrętem w lewo. Jedyne towarzystwo stanowił cichy szum jarzeniówek umieszczonych wysoko na suficie.

Wzruszył ramionami, by pozbyć się ciarek z karku. Zupełnie jakby ktoś przeszedł po jego grobie. Chryste, ależ był dziś nerwowy.

Szczęśliwego Dnia Dziękczynienia, pomyślał.

Znajdował się sam w przestronnym pomieszczeniu, jak zresztą często o tej porze nocy, zwłaszcza w ważne święta. Choć Don nie potrafił tego zrozumieć, przypuszczał, że możliwość pracy nad obiektem utraciła już powab nowości dla zespołu naukowców, którzy grzebali i majstrowali przy jego powłoce od kilku dziesięcioleci, nie osiągając żadnych postępów pozwalających rozwikłać jego wewnętrzne tajemnice.

Zajmował znaczną powierzchnię środkowej części pomieszczenia i otaczała go pajęczyna aluminiowych rusztowań, stanowiących kładki dla naukowców oraz robotników, a także stelaż dla instrumentów elektronicznych przyklejonych do skóry obiektu niczym pąkle do dawnych statków wielorybniczych.

Nawet teraz, tyle lat od tamtego dnia pod koniec marca 1948 roku w pobliżu Aztec w stanie Nowy Meksyk, kiedy to miejscowi trafili na ślady katastrofy okrętu kosmicznego, jedynie kilkadziesiąt osób wiedziało bez cienia wątpliwości, że mieszkańcy Aztec mieli słuszność. Jak na ironię, nadmierne zainteresowanie mediów, wywołane rok wcześniej za sprawą incydentu w Roswell, ułatwiło zatuszowanie wydarzeń w Aztec. Zanim dziennikarze przybyli w okolicę Farmington, by przeprowadzić szczegółowe śledztwo, podłożono już wystarczającą liczbę fałszywych oraz wykluczających się nawzajem dowodów, by zagwarantować, że świadectwa miejscowych staną się zupełnie bezwartościowe.

Idąc w stronę rusztowania, Don przyglądał się okrętowi. Okazywał się zdumiewający w każdym możliwym aspekcie. Pierwotna ekipa badawcza stwierdziła na pierwszy rzut oka, że kraksa pojazdu została spowodowana jakąś wewnętrzną usterką, lecz to założenie wkrótce ustąpiło pola znacznie bardziej niepokojącemu wnioskowi.

Po pierwsze, obiekt próbował ukryć się po katastrofie, nakładając na siebie jakieś elektrooptyczne maskowanie zakłócające, dzięki któremu trudniej było go ujrzeć. Gładki, wydłużony kształt okrętu pojawiał się w polu widzenia i znikał z niego, jeśli nie stało się bezpośrednio obok. Przynajmniej ta część systemów pokładowych wciąż działała.

Po drugie i jeszcze bardziej zatrważające, pojazd był uszkodzony. Choć kadłub nie został przebity, jakaś siła sprawiła, że w kilku miejscach utworzyły się na nim pęcherze i nierówności. W wyniku prób ustalono, że powodem nie było uderzenie o powierzchnię Ziemi.

Na podstawie dowodów opracowano obowiązującą obecnie teorię, że właśnie źródło uszkodzeń w jakiś sposób doprowadziło do katastrofy.

Przez lata, jakie minęły od przeniesienia okrętu tutaj, nie zdołano przebić jego powierzchni. Nic nie dały niekończące się eksperymenty wykorzystujące olbrzymie ilości energii, z których część powinna rozgrzać fragmenty kadłuba do temperatury jądra Słońca. Diamentowe wiertła, palniki, spawarki łukowe, lasery i wreszcie strumienie wysokoenergetycznych cząstek nie wywarły żadnego efektu na dziwny materiał składający się na powłokę obiektu. Powierzchnia pozostawała chłodna w dotyku, nieważne, ile ani jakiej energii naukowcy w nią kierowali.

Choć nie umieszczono tego w żadnym z oficjalnych raportów, wśród badaczy przeważała opinia, że podobne uszkodzenia zdolna byłaby wywołać jedynie technologia mogąca się równać z tą, która posłużyła do zbudowania pojazdu. Don zgadzał się z tymi przypuszczeniami i dziękował Bogu, że ktokolwiek zaatakował okręt, nie uznał Ziemi za wystarczająco interesującą, by zająć się nią w dalszej kolejności.

Zespół naukowy nie zdołał zdrapać choćby opiłka z kadłuba, nie mówiąc już o dostaniu się do środka. To tyle w kwestii „geniuszu” ludzi kierujących programem. Teraz jednak pojawiła się szansa. Szczęście zawsze wydawało się sprzyjać Donowi i przez ostatnie dwa tygodnie nie mógł się uskarżać na jego brak. Pozwolono mu zorganizować własny eksperyment na zewnętrznej skorupie okrętu obcych. Pomijając kwestię szczęścia, wolał sądzić, że zawdzięczał swój sukces zaharowywaniu się przez poprzednie trzy lata, odkąd ukończył studia i został przydzielony do tego ściśle tajnego programu. Wyglądało na to, że godziny żmudnych badań nie poszły na marne.

Po drugiej stronie pojazdu Don ustawił torus z elektromagnesami pozwalającymi rozpędzić elektrony do prędkości światła. Przy elemencie uważanym przez zespół za drzwi okrętu wychodził z pierścienia długi metalowy stożek, zakończony zestawem rurek emitujących promieniowanie Czerenkowa.

Don nie pamiętał, jak właściwie wpadł na ten pomysł. Czytając tajne zeznania naocznych świadków, wychwycił coś, co wydało mu się dziwne: doniesienia o słabym niebieskim blasku bijącym od obiektu mknącego po niebie nad Nowym Meksykiem.

Brzmiało to jak opis promieniowania Czerenkowa. Piękne niebieskie światło powstawało, gdy coś poruszającego się w próżni z prędkością bliską światłu wpadało w ośrodek materialny o niższej prędkości fazowej światła, na przykład powietrze lub wodę.

Wydzielanie przez okręt tego rodzaju radiacji nie miało sensu. Opisywana przez świadków szacunkowa prędkość nie była wyższa niż dwa machy. Jeśli promienie Czerenkowa były wówczas obecne, musiały pochodzić z mechanizmów sterowania lub napędu. Skoro zaś te systemy wydzielały promieniowanie, być może zareagowałyby w sposób mierzalny na odpowiednią kombinację fal Czerenkowa.

Don nie miał złudzeń, że możliwość przeprowadzenia eksperymentu w świąteczny weekend obejmujący Dzień Dziękczynienia otrzymał tylko dlatego, że przez te wszystkie lata zespół naukowy nie dokonał żadnych postępów. I Don prowadził badania bez przerwy aż od zeszłej nocy.

Gdy usiadł przy klawiaturze, nad którą migały tysiące diod elektroluminescencyjnych, dostrzegł mrugający wskaźnik błędu i nachylił się w jego stronę.

– Co, u diabła?

COPYRIGHT © BY Krzysztof Haladyn COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2018

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-339-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dark Crayon

PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon, „Grafficon” Konrad Kućmiński

ILUSTRACJE Paweł Zaręba

REDAKCJA Ewa Białołęcka

KOREKTA Katarzyna Pawlik, Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow