Zjazd absolwentów - Guillaume Musso - ebook + audiobook + książka

Zjazd absolwentów ebook i audiobook

Guillaume Musso

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Riwiera Francuska – zima 1992 roku.

W mroźną noc, gdy kampus liceum zostaje sparaliżowany przez burzę śnieżną, dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell, jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole, ucieka z nauczycielem filozofii, z którym ma potajemny romans. Dla nastoletniej dziewczyny miłość oznacza wszystko albo nic. Nikt już nigdy jej nie zobaczy.

Riwiera Francuska – wiosna 2017 roku.

Kiedyś nierozłączni Thomas i Maxime – najlepsi przyjaciele Vinki – nie kontaktowali się ze sobą od czasów szkolnych. Spotykają się dopiero na zjeździe absolwentów. Zaraz po nim jeden z budynków szkoły ma zostać wyburzony. Thomas i Maxime wiedzą, że są w nim ukryte zwłoki. I że wkrótce nic już nie stanie na przeszkodzie, by prawda wyszła na jaw.

Najpopularniejszy autor we Francji tym razem połączył swój niepowtarzalny styl z elementami sensacji. W rezultacie powstała książka, która zachwyci fanów Prawdy o sprawie Harry’ego Queberta Joëla Dickera, Nie mów nikomu Harlana Cobena, Zaginionej dziewczyny Gillian Flynn czy Tajemnej historiiDonny Tartt. Nawet miłośnikom Miasteczka Twin Peaks spodoba się atmosfera tej powieści!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 32 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,1 (4827 ocen)
1927
1670
914
270
46
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tomasz1952

Dobrze spędzony czas

Pogmatwanie z poplątaniem na granicy z fikcją. Można polecić dla słuchających w tle innych zajęć. Ale tylko dlatego, że kolejne mistrzostwo Filipa Kosior w interpretacji jako lektor.
20
lucybrzezinska

Całkiem niezła

Najgorsza Musso jaka czytałam. Zamysł dobry ale w pewnym momencie to tak wyglądało jakby autorowi zbliżał się deadline i spieszył z fabuła. Dużo niedociągnięć.
10
Piotr1966W

Całkiem niezła

Nie wiem co mam powiedzieć, ja się pogubiłem zbyt dużo słów których mogło by nie być
00
Jolazopola1
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Musso jnie przestaje zachwycać
00
jaxowski

Z braku laku…

Struktura książki bardzo negatywnie wpływa na odbiór audiobooka. Mimo wszystko historia jest ciekawa.
00

Popularność




DZIEWCZYNA, KTÓRA ZNIKA W NOCY.

PRZYJACIELE ZWIĄZANI TRAGICZNĄ TAJEMNICĄ.

SEKRET, KTÓRY PRZEZ LATA UDAWAŁO SIĘ UKRYWAĆ...

Riwiera Francuska – zima 1992 roku.

W mroźną noc, gdy kampus liceum zostaje sparaliżowany przez burzę śnieżną, dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell, jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole, ucieka z nauczycielem filozofii, z którym ma potajemny romans. Dla nastoletniej dziewczyny miłość oznacza wszystko albo nic. Nikt już nigdy jej nie zobaczy.

Riwiera Francuska – wiosna 2017 roku.

Kiedyś nierozłączni Thomas i Maxime – najlepsi przyjaciele Vinki – nie kontaktowali się ze sobą od czasów szkolnych. Spotykają się dopiero na zjeździe absolwentów. Zaraz po nim jeden z budynków szkoły ma zostać wyburzony. Thomas i Maxime wiedzą, że są w nim ukryte zwłoki. I że wkrótce nic już nie stanie na przeszkodzie, by prawda wyszła na jaw.

GUILLAUME MUSSO

Autor piętnastu bestsellerów, od dziewięciu lat nieprzerwanie utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, rozpoczęła jego spektakularną międzynarodową karierę. Łączny nakład jego powieści – przełożonych na 42 języki – przekroczył 35 milionów egzemplarzy. Kluczem do sukcesu Musso jest łączenie wątków miłosnych, kryminalnych i – czasami – fantastycznych, w doskonałym i niemożliwym do naśladowania stylu.

guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILADZIEWCZYNA Z BROOKLYNUAPARTAMENT W PARYŻUZJAZD ABSOLWENTÓW

Tytuł oryginału:

LA JEUNE FILLE ET LA NUIT

Copyright © Calmann-Lévy, 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2019

Redakcja: Anna Jaroszuk

Zdjęcie na okładce: Dom Ernest L Gomez/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-747-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Florze,na pamiątkę tamtej zimyi rozmów podczas karmienia butelką o czwartej nad ranem…

Główny problem z nocą: jak przez nią przebrnąć?

Henri Michaux

Śladami przemytników

DZIEWCZYNAObok, ach, obokPrzejdź, szkielecie dziki!Jestem jeszcze młoda,Mój kochany, idź!I nie dotykaj mnie.

ŚMIERĆDaj swą dłoń, pięknaI delikatna postaci!Jestem przyjacielem, Nie przychodzę karać!Bądź dobrej myśli,Nie jestem dziki,W ramionach mychBłogo będziesz spać.

Matthias Claudius (1740–1815)Śmierć i dziewczyna

2017Południowy kraniec Cap d’Antibes, 13 maja

Strażniczka miejska Manon Agostini dotarła do końca drogi Garoupe i zatrzymała się. Przeklinając w myślach okoliczności, które ją tu sprowadziły, wysiadła ze starego służbowego renault kangoo.

Dochodziła dziewiąta wieczorem, gdy strażnik jednej z tutejszych willi zadzwonił na komisariat w Antibes. Zaniepokoił go dziwny dźwięk, jakby petarda lub strzał z broni palnej, który usłyszał od strony skalistej ścieżki biegnącej wzdłuż parku posesji. Policjanci podeszli do tego obojętnie; poradzili dozorcy, żeby raczej zadzwonił na posterunek straży miejskiej. I padło na nią, mimo że była po dyżurze.

Telefon od szefa odebrała w stroju wieczorowym, gotowa do wyjścia. Szef prosił, żeby pojechała rzucić okiem na nadbrzeżną ścieżkę. Miała ochotę zaproponować mu, żeby się wypchał, ale nie umiała odmówić, tym bardziej że rano pozwolił jej zatrzymać kangoo po pracy. Jej samochód właśnie oddał ducha, a tego wieczoru miała ważne spotkanie i absolutnie potrzebowała środka lokomocji.

Liceum Saint-Exupéry’ego, które ukończyła, obchodziło pięćdziesięciolecie istnienia i dziś wieczorem odbywał się zjazd absolwentów. Manon miała cichą nadzieję natknąć się na pewnego chłopaka, który kiedyś zrobił na niej duże wrażenie. Był inny niż wszyscy, co w tamtym okresie głupio zlekceważyła; wolała od niego starszych, którzy okazali się później kompletnymi durniami. Nadzieja ujrzenia go była irracjonalna. Manon nie wiedziała, czy on w ogóle się pojawi, a poza tym z pewnością o niej zapomniał. Pragnęła jednak, by w końcu w jej życiu wydarzyło się coś interesującego. Manikiur, fryzjer, zakupy – szykowała się całe popołudnie. Wyrzuciła trzysta euro na zakup prostej koronkowej sukienki z granatowego jedwabnego dżerseju, pożyczyła od siostry naszyjnik z pereł, a od najlepszej przyjaciółki parę eleganckich, zamszowych pantofli od Stuarta Weitzmana, które ją cisnęły.

Kuśtykając na wysokich obcasach, poświeciła sobie komórką i weszła na ponaddwukilometrową ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu aż do willi Eilenroc. Dobrze znała to miejsce, pełne małych zatoczek. Przyjeżdżali tu z ojcem na ryby, gdy była dzieckiem. Dawniej miejscowi nazywali tę dróżkę szlakiem celników lub przemytników. Później, w czasach przewodników turystycznych, zyskała malowniczą nazwę „ścieżki Tire-Poil”. Dziś była po prostu drogą nadbrzeżną.

Po mniej więcej pięćdziesięciu metrach natknęła się na barierkę z napisem: Strefa zagrożenia – wejście wzbronione. Kilka dni temu była silna burza. Wielkie fale podmyły brzeg i teren się obsunął, w niektórych miejscach blokując przejście.

Manon się zawahała. Po chwili wdrapała się na barierkę i zeskoczyła z drugiej strony.

1992Południowy kraniec Cap d’Antibes, 1 października

Vinca Rockwell biegła ścieżką wzdłuż plaży Joliette, podskakując z radości. Była dziesiąta wieczorem. Aby dotrzeć tu ze szkoły, musiała przekonać koleżankę z klasy, właścicielkę skutera, żeby podrzuciła ją do drogi Garoupe.

Gdy wkroczyła na ścieżkę przemytników, poczuła mrowienie w żołądku. Zaraz ujrzy swoją miłość!

Wiał silny wiatr, ale noc była piękna z jasnym niebem; widać było wszystko jak na dłoni. Vinca uwielbiała tę dziką okolicę, gdzie nic nie przypominało Lazurowego Wybrzeża z pocztówki. W dzień, w ostrym świetle słońca, biało-żółte skały zachwycająco błyszczały, a woda w maleńkich zatoczkach mieniła się niezliczonymi odcieniami błękitu. Kiedyś, gdy patrzyła w kierunku Wysp Leryńskich, zauważyła nawet delfiny.

Kiedy wiał silny wiatr, jak dzisiejszego wieczoru, krajobraz radykalnie się zmieniał i strome skaliste zbocza stawały się niebezpieczne. Drzewa oliwne i sosny wydawały się skręcać z bólu, jakby chciały wyrwać się z ziemi. Ale Vinki to nie obchodziło. Zaraz ujrzy swoją miłość!

2017

Kurwa!

No i obcas poszedł. Psiakrew! – zaklęła Manon w myślach. Przed przyjęciem będzie jeszcze musiała wrócić do mieszkania, nie mówiąc o tym, jak jutro zareaguje na ten widok jej przyjaciółka… Zdjęła szpilki, wsunęła je do torby i poszła dalej boso.

Wciąż trzymała się wąskiej, ale wybetonowanej ścieżki nad skałami. Powietrze było czyste, orzeźwiające. Mistral rozświetlił noc i usiał niebo gwiazdami.

Widoczne na tle pasma górskiego mury obronne starego Antibes i zatoka nicejska stanowiły wspaniały widok. Przysypiały tu, ukryte za sosnami, najpiękniejsze posiadłości Lazurowego Wybrzeża. Pieniste fale uderzały o brzeg, czuło się żywioł rozszalałych wód.

Miejsce to było wielokrotnie sceną tragicznych wypadków. Morze porywało rybaków, turystów lub zakochane pary, które obejmowały się nad brzegiem. Pod presją opinii publicznej władze zabezpieczyły szlak, wybudowano betonowe schody, oznakowano przejścia i założono barierki ograniczające entuzjazm spacerowiczów podchodzących do urwiska. Ale wystarczyła jedna wichura i ścieżka z powrotem stawała się niebezpieczna.

Manon doszła do punktu, gdzie zwalona sosna alepska rozbiła barierkę ochronną i zagrodziła przejście. Dalej nie dało się iść. Manon rozejrzała się za skrótami. Wokół było kompletnie pusto. Mistral zniechęcił spacerowiczów.

Chyba powinnam zawrócić, pomyślała i znieruchomiała, wsłuchując się w zawodzenie wiatru. Dźwięk przypominał jęk, skargę, bliską i daleką jednocześnie. Głucha groźba…

Mimo że była boso, przeskoczyła przeszkodę, niebezpiecznie zahaczając o brzeg skalny, i poszła dalej, oświetlając sobie drogę latarką w telefonie.

W dole zauważyła ciemny kształt. Zmrużyła oczy. Nie, była zbyt daleko, żeby zorientować się, co to jest. Zaczęła ostrożnie schodzić zboczem. Usłyszała trzask – oddarł się rąbek jej koronkowej sukienki. Nieważne, pomyślała, bo wreszcie dostrzegła to, co ją zaintrygowało. Na skalnym zboczu leżały zwłoki kobiety. Im bliżej podchodziła, tym większe ogarniało ją przerażenie. Najwyraźniej to nie był wypadek. Twarz zmarłej wyglądała jak zmiażdżony, krwawy kawałek mięsa. Boże! Nogi się pod Manon ugięły i mało nie zemdlała. Włączyła komórkę, żeby wezwać pogotowie. Nie było sieci, na ekran wypłynął komunikat: Tylko połączenia alarmowe. Już miała dzwonić, gdy spostrzegła, że nie jest sama. Trochę dalej siedział zapłakany facet z twarzą zakrytą dłońmi.

Manon zadrżała i pożałowała, że nie ma przy sobie broni. Powoli podeszła do siedzącego mężczyzny. Kiedy się wyprostował i podniósł głowę, od razu go poznała.

– To ja, ja ją zabiłem! – powiedział, wskazując palcem na zwłoki.

1992

Vinca Rockwell z wdziękiem przeskakiwała przez skały. Wiał coraz silniejszy wiatr, ale ona była w swoim żywiole. Wielkie fale, niebezpieczeństwo, odurzenie morskim powietrzem, wysokość, od której kręciło się w głowie. No i to uczucie! Do tej pory nie przeżyła jeszcze nic tak cudownego. Głęboki, totalny zachwyt. Całkowite połączenie ciał i umysłów. Nawet jeśli będzie żyła sto lat, nic nie przebije tego wspomnienia. Perspektywa potajemnego spotkania i kochania się w zakątku między skałami wprowadzała ją w stan bliski euforii.

Czuła na sobie letni wiatr. Lekki powiew pieścił jej nogi, unosił spódnicę; było to jakby preludium do czekającego ją namiętnego spotkania. Serce przyspieszyło, uderzyła w nią fala gorąca, krew zaczęła pulsować w żyłach, każdy centymetr ciała drżał z podniecenia.

Zaraz ujrzy swoją miłość!

Alexis to była burza, noc, moment. Vinca wiedziała, że robi głupstwo i że wszystko zapewne skończy się źle. Ale za nic nie oddałaby tej chwili. Oczekiwanie, szaleństwo miłości, bolesny urok zapadnięcia się w noc…

– Vinca!

Na tle księżyca w pełni ukazała się sylwetka. Vinca zrobiła kilka kroków, aby połączyć się z cieniem. Prawie czuła wymykającą się spod kontroli intensywną, palącą rozkosz fizyczną. Złączone ciała, odgłos fal uderzających o brzeg, wycie wiatru… Krzyk mieszający się z krzykami mew. Dreszcze, powalająca eksplozja, oślepiający błysk.

– Alexis!

Wewnętrzny głos znów ostrzegł Vincę, że wszystko skończy się źle. Ale kto by tam martwił się o przyszłość? Najważniejsza jest miłość, miłość albo nic.

Liczy się tylko ta chwila.

Paląca, trująca noc.

Wczoraj i dziś

„Nice-Matin” – poniedziałek, 8 maja 2017

Obchody pięćdziesięciolecia Liceum Międzynarodowego im. Antoine’a de Saint-Exupéry’ego

Flagowa szkoła Sophii Antipolis w przyszły weekend będzie obchodzić pięćdziesięciolecie.

Liceum założone w 1967 roku przez Laicką Misję Francuską dla dzieci pracowników zagranicznych to nietypowa instytucja na Lazurowym Wybrzeżu. Znane z wysokiego poziomu, koncentruje się przede wszystkim na nauczaniu w językach obcych. Są tu klasy dwujęzyczne umożliwiające otrzymanie dyplomów międzynarodowych. Dziś uczy się tu prawie tysiąc dziewcząt i chłopców z Francji i z zagranicy. Obchody pięćdziesięciolecia szkoły zaczną się w ten piątek, 12 maja, dniem otwartym, podczas którego uczniowie i nauczyciele zaprezentują swoje osiągnięcia na niwie artystycznej – będą to wystawy zdjęć, filmy i spektakle przygotowane specjalnie z okazji jubileuszu.

Następnego dnia w południe odbędzie się koktajl dla absolwentów szkoły oraz personelu. W tym uroczystym momencie zostanie położony kamień węgielny pod Szklaną Wieżę, pięciopiętrowy budynek mający powstać na miejscu hali sportowej, która zostanie wkrótce zburzona. Ultranowoczesna Szklana Wieża przeznaczona będzie dla uczniów klas przygotowawczych do egzaminów konkursowych na studia wyższe. Wieczorem tego samego dnia w hali sportowej świętować będą również absolwenci z lat 1990–1995, którzy zostaną uhonorowani jako ostatni użytkownicy tego obiektu.

Florence Guirard, dyrektorka liceum, ma nadzieję, że obchody przyciągną mnóstwo gości. „Gorąco zapraszam wszystkich byłych uczniów i pracowników, aby razem z nami spędzili te uroczyste chwile. Kontakty, spotkania po latach, wspomnienia – to wszystko przypomina nam, skąd pochodzimy, i jest niezbędne, abyśmy wiedzieli, w jakim kierunku zmierzamy!” – podkreśliła pompatycznie Guirard i poinformowała, że z tej okazji utworzono specjalną grupę liceum na Facebooku.

Stéphane Pianelli

FOREVER YOUNG

1Coca-cola cherry

Gdy siedzimy w samolocie, który spada, po co zapinać pasy.

Haruki Murakami

1

Sophia AntipolisSobota, 13 maja 2017

Zaparkowałem wynajęty samochód pod sosnami, niedaleko stacji benzynowej, trzysta metrów od bramy liceum. Przyjechałem tu prosto z lotniska. Przez cały lot Nowy Jork–Nicea nie zmrużyłem oka.

Poprzedniego dnia dostałem maila z artykułem na temat pięćdziesięciolecia mojego francuskiego liceum i w związku z tym Manhattan opuściłem w pośpiechu. Mail został wysłany do mojego wydawcy przez Maxime’a Biancardiniego, którego nie widziałem od dwudziestu pięciu lat, a który kiedyś był moim najlepszym przyjacielem. Maxime zostawił numer swojej komórki. Wahałem się, czy zadzwonić, ale w końcu stwierdziłem, że nie mogę inaczej.

– Przeczytałeś artykuł, Thomas? – zapytał mnie od razu.

– Dlatego do ciebie dzwonię.

– Wiesz, co to oznacza?

Głos miał taki jak kiedyś, ale wzburzony, jakby sprawa była niecierpiąca zwłoki. Czułem, że się boi.

Nie odpowiedziałem od razu. Tak, wiedziałem, co to oznacza – koniec naszej dotychczasowej egzystencji. Nadchodzące lata spędzimy zapewne za kratkami.

– Musisz przyjechać, Thomas! – przerwał moje milczenie Maxime. – Trzeba się naradzić, musimy coś zrobić!

Zamknąłem oczy i pomyślałem o tym, co nas ewentualnie czeka: ogromny skandal, sprawa sądowa, dramat dla naszych rodzin.

W głębi duszy wiedziałem, że kiedyś prawda wyjdzie na jaw. Przez prawie dwadzieścia pięć lat żyłem – albo udawałem, że żyję – z groźbą wiszącą nade mną jak miecz Damoklesa. Często budziłem się spocony w środku nocy, myśląc o tym, co będzie, gdy wszystko się wyda. Brałem wówczas bromazepam i popijałem lampką karuizawy, ale rzadko udawało mi się zasnąć z powrotem.

– Musimy coś zrobić! – powtórzył mój przyjaciel.

Maxime bujał w obłokach. Tamtego pamiętnego wieczoru w grudniu 1992 roku sami podłożyliśmy bombę, która teraz groziła wybuchem.

Obaj wiedzieliśmy, że sytuacja jest bez wyjścia.

2

Zatrzasnąłem drzwi samochodu i ruszyłem w stronę stacji benzynowej, do sklepiku urządzonego na modłę amerykańską, U Dina. Za dystrybutorami paliwa stał kolorowy drewniany domek w stylu kolonialnym, z przyjemnie wyglądającą kawiarnią i dużym zadaszonym tarasem.

Pchnąłem wahadłowe drzwi. Miejsce niespecjalnie się zmieniło, wciąż wyglądało, jakby czas się tu zatrzymał. W głębi wzdłuż baru z bielonych desek stały wysokie stołki, na końcu blatu pod szklanymi kloszami leżały kolorowe ciastka. Pozostałą część sali i taras zajmowały stoliki i ławki. Na ścianach wisiały emaliowane tablice z reklamami firm, które już dawno nie istniały, oraz barwne plakaty przedstawiające Lazurowe Wybrzeże szalonych lat dwudziestych. Aby pomieścić więcej stolików, zlikwidowano bilard i automaty do gry, które tyle razy nadwyrężyły moje kieszonkowe: Out Run, Arkanoid, Street Fighter II… Przetrwały tylko piłkarzyki, stary stół firmy Bonzini, egzemplarz używany w zawodach, z wykładziną zdartą do cna.

Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem pieszczotliwie dłonią po bukowym drewnie. Przy tym stole razem z Maxime’em godzinami odgrywaliśmy wielkie mecze Olympique Marsylia. Trzy słynne gole Papina podczas Mistrzostw Francji 1989; ręka Vaty w meczu z Benficą; gol z woleja Chrisa Waddle’a w meczu z AC Milanem pamiętnego wieczoru, gdy na stadionie wysiadło światło. Niestety, nie udało nam się wspólnie uczcić tak wyczekiwanego zwycięstwa Ligi Mistrzów 1993, bo wówczas już wyjechałem na studia do szkoły handlowej w Paryżu.

Powoli poddawałem się nostalgicznej atmosferze kafejki. Nie tylko z Maxime’em przychodziłem tu po lekcjach. Najczęściej przesiadywałem tutaj z dziewczyną, w której byłem wtedy zakochany – z Vincą Rockwell. Durzyli się w niej absolutnie wszyscy chłopcy. To było jakby wczoraj. A jednocześnie – wieki temu.

Podszedłem do baru i fala wspomnień niemal zwaliła mnie z nóg. Perlisty śmiech Vinki, szparka między jej przednimi zębami, lekkie sukienki, niezwykła uroda, uporczywy dystans w postrzeganiu rzeczywistości. W lecie Vinca zamawiała wiśniową colę, w zimie wypijała filiżanki gorącej czekolady z małymi piankami pływającymi na powierzchni.

– Podać coś panu?

Nie wierzyłem własnym oczom: kafejkę wciąż prowadzili ci sami ludzie, Włoch ożeniony z Polką! Nazywali się Valentini. Od razu przypomniałem sobie ich imiona: Dino (oczywiście!) przerwał czyszczenie ekspresu i podszedł pogadać, Hanna przeglądała miejscową gazetę. On utył i wyłysiał, ona nie była już blondynką i trochę się pomarszczyła. Ale teraz wydawali się naprawdę dobraną parą. Starość wyrównywała wszystko: jaskrawe piękności bladły, mniej wdzięcznym twarzom patyna lat dodawała uroku.

– Tak, poproszę kawę, podwójne espresso… – Zamilkłem.

Po chwili postanowiłem, tak na próbę, przywołać ducha Vinki.

– I wiśniową colę z lodem i ze słomką – dodałem.

Przez chwilę miałem wrażenie, że któreś z Valentinich mnie rozpozna. W latach 1990–1998 moi rodzice pracowali na stanowiskach dyrektorskich w Saint-Ex. Ojciec zajmował się klasami licealnymi, a matka klasami przygotowawczymi na studia. Korzystali ze służbowego mieszkania na terenie kampusu. Zrozumiałe więc, że byłem u Valentinich częstym gościem. Za kilka darmowych partii Street Fightera czasem pomagałem Dinowi uporządkować piwnicę czy przygotować jego słynne frozen custards, na które przepis odziedziczył po ojcu. Teraz, kiedy jego żona nie odrywała oczu od gazety, stary Włoch zainkasował ode mnie pieniądze i podał zamówienie, ale żadna iskierka nie rozświetliła jego zmęczonych oczu.

Kafejka była zapełniona może w jednej trzeciej, co nawet w sobotni poranek było dziwne. W Saint-Ex działał internat i za moich czasów wielu uczniów zostawało tu na weekend. Skorzystałem z tej pustki i skierowałem się do naszego ulubionego, mojego i Vinki, stolika – ostatniego na samym końcu tarasu, przysłoniętego pachnącymi gałęziami pobliskiej sosny. Gwiazdy przyciągały się wzajemnie i Vinca zawsze wybierała miejsce twarzą do słońca. Zaniosłem tacę i usiadłem jak zwykle plecami do drzew. Podniosłem do ust filiżankę z kawą, a szklankę wiśniowej coli postawiłem przed pustym krzesłem.

Z głośników leciał stary przebój R.E.M. Losing My Religion. Większość ludzi myślała, że chodzi tu o wiarę, podczas gdy piosenka mówiła po prostu o bolesnych problemach nieodwzajemnionego uczucia. Wzgardzony chłopak wołał do ukochanej dziewczyny: „Hej, popatrz, jestem tu! Dlaczego mnie nie widzisz?!”. Historia mego życia.

Lekki wiatr poruszył gałęziami, blask słońca odbił się w drobinach kurzu nad deskami tarasu. Magia zadziałała i poczułem, że wracam do lat dziewięćdziesiątych. W wiosennym świetle przenikającym gałęzie duch Vinki ożył i usłyszałem echo naszych dyskusji. Vinca perorowała na temat Kochanka i Niebezpiecznych związków. Ja przywoływałem argumenty z Martina Edena i Oblubienicy Pana. Przy tym stoliku godzinami omawialiśmy filmy obejrzane w środowe popołudnie w kinie Star w Cannes albo Casino w Antibes. Vinca entuzjastycznie opisywała Fortepian czyThelmę i Louise, mnie bardziej podobało się Serce jak lód alboPodwójne życie Weroniki.

Piosenka dobiegła końca. Vinca włożyła na nos swoje ray-bany, wciągnęła przez słomkę łyk coli i puściła do mnie oko zza kolorowych szkieł. Obraz jej zbladł i znikł. Magiczny moment minął.

Beztroskie lato 1992 roku dawno się skończyło. Samotny, smutny i zmęczony, bez sensu ścigałem cienie straconej młodości. Vinki nie widziałem od dwudziestu pięciu lat. Zresztą od dwudziestu pięciu lat nikt jej nie widział.

3

W niedzielę dwudziestego grudnia 1992 roku dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell uciekła do Paryża ze swoim profesorem filozofii, Alexisem Clémentem, który miał wówczas lat dwadzieścia siedem. Romans utrzymywany był w tajemnicy. Ostatni raz widziano ich następnego dnia rano w jakimś hotelu w siódmej dzielnicy, niedaleko bazyliki Świętej Klotyldy. Potem ślad po nich zaginął. Nigdy nie dali znaku życia, nie skontaktowali się z rodzinami ani z przyjaciółmi. Wyparowali.

To wersja oficjalna.

Wyciągnąłem z kieszeni „Nice-Matin” z artykułem, który czytałem już ze sto razy. Niby nic, ale zawierał dość istotną informację, a jej dramatyczne konsekwencje miały tę oficjalną wersję podważyć. Wszędzie się teraz trąbi o obowiązku podawania prawdy w klarowny sposób, ale prawda jest rzadko taka, jak się wydaje. W tym przypadku nie miała ona przynieść ani spokoju, ani czasu na odbycie żałoby, ani sprawiedliwego zakończenia, tylko nieszczęście, pościg za niewinnym i oszczerstwa.

– Och, przepraszam!

Arogancki licealista, biegnąc między stolikami, wywrócił plecakiem szklankę z colą. W ostatniej chwili chwyciłem ją w powietrzu. Kilkoma papierowymi serwetkami wytarłem stół, ale cola opryskała mi spodnie. Przemaszerowałem przez całą salę do toalety. Zajęło mi dobre pięć minut, żeby plamy znikły, a drugie tyle, żeby wszystko wyschło. Nie byłoby dobrze, gdybym pokazał się na zjeździe i wyglądał, jakbym się za przeproszeniem zsikał.

Wróciłem po marynarkę zostawioną na oparciu krzesła i zrobiło mi się gorąco, gdy rzuciłem okiem na stolik. Podczas mojej nieobecności ktoś złożył na pół ksero artykułu i umieścił na nim okulary przeciwsłoneczne, ray-bany Clubmaster z kolorowymi szkłami. Kto spłatał mi takiego figla? Rozejrzałem się. Dino gadał z jakimś facetem przy dystrybutorze paliwa. Hanna podlewała pelargonie z drugiej strony tarasu. Poza trzema śmieciarzami odpoczywającymi przy bufecie jedynymi klientami byli tu licealiści, pochyleni nad macbookami albo rozmawiający przez komórki.

Cholera!

Musiałem wziąć do ręki te okulary, by upewnić się, że to nie urojenie. Wtedy zauważyłem notatkę na brzegu gazety. Wyraźnym, okrągłym pismem ktoś napisał jedno słowo:

Zemsta.

2Dranie i prymus klasowy

Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość.

George Orwell

1

Paint It Black, No Surprises, One…

Już przy wejściu na kampus słyszało się szkolną orkiestrę, która witała gości refrenami Rolling Stonesów, Radiohead i U2. Dźwięki tej muzyki – okropne, ale wciągające – towarzyszyły przybyszom przez całą drogę do centralnego punktu kampusu, placu Marronniers, miejsca przedpołudniowych rozrywek.

Sophia Antipolis, francuska Dolina Krzemowa zahaczająca o kilka gmin (w tym Antibes i Valbonne), była zielonym rajem na wybetonowanym Lazurowym Wybrzeżu. Setki start-upów i firm wyspecjalizowanych w kluczowych sektorach gospodarki usadowiło się na dwóch tysiącach hektarów tutejszych sosnowych lasów. Menadżerowie z całego świata zjeżdżali nad błękitne wody Morza Śródziemnego. Kusiły ich ośrodki narciarskie w parku narodowym Mercantour, mnogość terenów sportowych, słońce świecące przez trzy czwarte roku oraz duża liczba międzynarodowych szkół, z których najlepszą było właśnie liceum Saint-Exupéry’ego, szczyt piramidy edukacyjnej w departamencie Alpy Nadmorskie. Instytucja, gdzie każdy rodzic miał nadzieję kiedyś zapisać swoje dziecko, gdyż w pełni ufał obietnicy zawartej w dewizie liceum: Scientia potestas est.

Minąłem stróżówkę i szedłem wzdłuż części biurowej kompleksu, pod oknami pokoju nauczycielskiego. Szkoła powstała w latach sześćdziesiątych i budynki trochę się zestarzały, niemniej całość wciąż robiła duże wrażenie. Architekt mądrze wykorzystał wyjątkowe warunki naturalne płaskowyżu Valbonne. Był sobotni ciepły ranek, niebo miało kolor turkusowy. Skupiska sosen, pola porośnięte zaroślami, skalne ściany i strome ścieżki – w to wszystko harmonijnie wtapiały się kostki i równoległościany ze stali, betonu i szkła. W dole, nad wielkim jeziorem, w kolorowych dwupiętrowych pawilonach za zasłoną z drzew mieścił się internat. Każdy pawilon nosił nazwisko artysty, który mieszkał w swoim czasie na Riwierze Francuskiej: Pabla Picassa, Marca Chagalla, Nicolasa de Staëla, Francisa Scotta Fitzgeralda, Sidneya Becheta, Grahama Greene’a…

Mieszkałem tu między piętnastym a dziewiętnastym rokiem życia, w służbowym mieszkaniu rodziców. Pamiętałem wszystko, jakby to było wczoraj, zwłaszcza zachwyt, z jakim budziłem się co rano naprzeciw ściany sosen. Z pokoju miałem dokładnie taki sam widok, jaki podziwiałem teraz: błyszcząca tafla jeziora, drewniane molo, hangar na łodzie. Po dwudziestu latach spędzonych w Nowym Jorku byłem pewien, że wolę elektryczny błękit nieba nad Manhattanem od mistralu i śpiewu cykad, energię Brooklynu i Harlemu od zapachu eukaliptusów i lawendy. Ale czy tak było naprawdę… Obszedłem wokół budynek Agory (szklaną budowlę wzniesioną na początku lat dziewięćdziesiątych obok biblioteki; znajdowało się tam kilka auli oraz kino) i stanąłem przed historyczną częścią zabudowań z czerwonej cegły w stylu gotyckim, przypominających niektóre amerykańskie uniwersytety. Ten staromodny zespół budynków, kontrastujący z architekturą całej reszty, był od zawsze dumą Saint-Ex, ponieważ dodawał szkole patyny Ivy League, a rodzice byli dumni, że wysłali dzieci do miejscowego Harvardu.

– No jak tam, Thomasie Degalais? Szukamy natchnienia do następnej powieści?

2

Zaskoczony, odwróciłem się i ujrzałem wesołą twarz Stéphane’a Pianellego. Długie włosy, bródka muszkietera, lenonki i torba przerzucona przez ramię. Dziennikarz „Nice-Matin” wyglądał identycznie jak za czasów licealnych, jedynym znakiem mijającego czasu był widoczny spod kamizelki reporterskiej T-shirt ze słynną literą phi, symbolem Francji Niepokornej, partii Jeana-Luca Mélenchona.

– Cześć, Stéphane!

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Pianelli był w moim wieku i pochodził stąd, tak jak ja. Chodziliśmy do tej samej klasy, razem zdawaliśmy maturę. Pianelli był wyszczekany, umiał przemawiać i lubił sylogizmy, co często wprawiało nauczycieli w zakłopotanie. Jako jeden z niewielu uczniów interesował się polityką. Po maturze, mimo że doskonałe wyniki pozwalały mu zapisać się na kurs przygotowujący do studiów w prestiżowym paryskim Instytucie Nauk Politycznych, wybrał uniwersytet w Nicei i filologię francuską. Mój ojciec uważał ten wydział za fabrykę bezrobotnych, moja matka zaś była jeszcze surowsza – nazywała studentów tego kierunku bandą lewicujących nierobów. Pianelli nigdy nie wypierał się swojej skłonności do krytykowania autorytetów. Na uniwerku przez jakiś czas lawirował między organizacją studencką a grupą młodych socjalistów, a swoje pierwsze „pięć minut” miał któregoś wiosennego wieczoru 1994 roku w telewizji, podczas transmitowanego na żywo programu France 2 Demain les jeunes. Program prowadził Michel Field; dyskutował przez ponad dwie godziny z dziesiątkami studentów protestujących przeciwko zasiłkom dla młodych bezrobotnych, które chciał wprowadzić rząd Balladura. Niedawno obejrzałem archiwalne nagranie tego programu i uderzył mnie tupet Pianellego. Aż dwa razy dorwał się do mikrofonu i za każdym razem potrafił zagonić w kozi róg takich wyjadaczy jak Alain Madelin i Bernard Tapie. Był okropnie zawzięty i nie bał się nikogo.

– Co sądzisz o wygranej Macrona? – spytał mnie od razu. Najwyraźniej wciąż pasjonował się polityką. – To świetna wiadomość dla takich jak ty!

– Chodzi ci o pisarzy?

– Nie, chodzi mi o śmierdzących bogaczy! – rzucił i oko mu zabłysło.

Pianelli był zrzędliwy, często na złość upierał się przy swoim, ale mimo wszystko go lubiłem. Był jedynym absolwentem Saint-Ex, z którym dość często się widywałem, bo kiedy wychodziła moja nowa powieść, robił ze mną wywiad dla swojej gazety. O ile wiem, nigdy nie zależało mu na karierze w wielkiej prasie, wolał być dziennikarzem terenowym, samodzielnym i wszechstronnym. W „Nice-Matin” mógł pisać o wszystkim, co mu się podobało, o polityce, kulturze, miejskich aktualnościach. Cenił sobie tę wolność ponad wszystko. Był bezwzględnym łowcą sensacji, ale starał się zachować obiektywność. Zawsze z zainteresowaniem zaglądałem do jego recenzji, bo umiał czytać między wierszami. Nie to, żeby systematycznie mnie wychwalał, ale mając zastrzeżenia, pamiętał, że za powieścią, tak samo jak za filmem czy sztuką teatralną, kryją się często lata pracy i wątpliwości i że można oczywiście krytykować, lecz okrucieństwem jest zbyć wszystko kilkoma pogardliwymi zdaniami. „Najgorsza powieść jest z pewnością bardziej wartościowa niż krytyka, która jej przypina tę etykietkę” – powiedział mi zresztą któregoś dnia, odnosząc do literatury słynne zdanie Antona Ego, krytyka kulinarnego z filmu Ratatuj.

– Żarty na bok, co tu robisz, pisarzu?

Pytanie zabrzmiało niewinnie, ale wiedziałem, że Pianelli zarzuca sieci i nie ustąpi, dopóki nie wyrwie ze mnie tego, co chce. Znał trochę moją przeszłość. Może wyczuł, że jestem zdenerwowany, kiedy tak międliłem w kieszeni okulary identyczne jak te Vinki, myśląc o groźbie sprzed kwadransa.

– Nie zaszkodzi od czasu do czasu odwrócić się i spojrzeć do tyłu! Z wiekiem zresztą…

– Nie pierdol, przyjacielu! – przerwał mi z uśmieszkiem. – Wiem, że nienawidzisz takich zjazdów! Popatrz na siebie, koszula od Charveta i zegarek Patek Philippe! Nie wmawiaj mi, że przyleciałeś tu z Nowego Jorku, żeby odśpiewać piosenkę misia Colargola i pożuć gumę Donald z facetami, którymi pogardzasz.

– W tym nie masz racji, ja nikim nie pogardzam.

To była prawda.

Pianelli popatrzył na mnie sceptycznie i oczy mu zabłysły. Poczuł, że ryba bierze.

– Aaa, rozumiem! Przyjechałeś, bo przeczytałeś mój artykuł! – zawołał triumfalnie.

Zatkało mnie. Jakbym dostał cios w brzuch. Skąd mógł wiedzieć?

– O czym ty gadasz, Stéphane?

– Nie udawaj niewiniątka!

Postanowiłem zachować spokój.

– Mieszkam w TriBeCe. Przy porannej kawie czytam „New York Timesa”, a nie twoje lokalne piśmidło. O jakim artykule mówisz? O tym, w którym było o pięćdziesięcioleciu naszej budy?

Skrzywił się i zmarszczył brwi. Najwyraźniej nie mówiliśmy o tym samym. Moja ulga trwała jednak krótko, bo nagle się odezwał:

– Mówię o artykule na temat Vinki Rockwell.

To mnie jeszcze bardziej zaskoczyło.

– Widzę, że faktycznie nic nie wiesz! – stwierdził.

– A o czym, do cholery, mam wiedzieć?

Pianelli pokręcił głową i wyjął z torby notes.

– Lecę do roboty! – oznajmił, kiedy doszliśmy do placu. – Mam obowiązki, muszę spłodzić artykuł dla swojego lokalnego piśmidła.

– Zaczekaj, Stéphane…

Spojrzał na mnie z satysfakcją.

– Pogadamy później! – rzucił i odszedł.

Serce waliło mi jak oszalałe. Zaczyna się…

3

Plac Marronniers wibrował w rytm dźwięków orkiestry i szumu rozgadanych grupek uczestników zjazdu. Jeśli kiedyś rosły tu majestatyczne kasztanowce – marronniers – to dawno wykończyła je jakaś zaraza. Plac zachował dawną nazwę, ale obecnie obsadzono go daktylowcami kanaryjskimi, których wdzięczne sylwetki przywodziły na myśl leniwe dni wakacji. Pod wielkimi płóciennymi namiotami urządzono bufet, ustawiono krzesła i powieszono kwietne girlandy. Kelnerzy w słomkowych kapeluszach i koszulkach w paski kręcili się nerwowo w mrowisku ludzi, roznosząc napitki.

Chwyciłem z tacy kieliszek z koktajlem. Ledwo umoczyłem w nim wargi, od razu wylałem wszystko do pobliskiej donicy. Organizatorzy się nie popisali, była to obrzydliwa woda kokosowa zmieszana z imbirową mrożoną herbatą. Podszedłem do bufetu. Tu również wybrano lżejsze wersje napojów. Poczułem się jak w Kalifornii albo na Brooklynie, tam gdzie panowała moda na tak zwane zdrowe jedzenie. Ach, gdzież te faszerowane warzywa, opiekane w cieście kwiaty cukinii, gdzież słynna pissaladière de Veziano?! Na stołach stały półmiski ze smutnymi warzywami pokrojonymi w plastry, słoiczki z musami na bazie odtłuszczonej śmietany, były także tosty z serem, oczywiście bez glutenu.

Wszedłem na wielkie schody z woskowanego betonu, otaczające część placu niby trybuny w teatrze greckim. Usadowiłem się na samej górze i włożyłem okulary przeciwsłoneczne. Zobaczmy, jak wyglądają moi dawni koledzy szkolni!

Wszyscy gratulowali sobie wzajemnie, klepali się po plecach, obejmowali, pokazywali najpiękniejsze zdjęcia swoich bobasów czy też często już nastolatków, wymieniali adresy mailowe, numery komórek, dodawali nowe nazwiska do listy przyjaciół na portalach społecznościowych. Pianelli miał rację – nie miałem z nimi nic wspólnego. Nie umiałem nawet udawać zaciekawienia. Po pierwsze, dlatego że w ogóle nie tęskniłem do lat spędzonych w liceum, a po drugie – byłem samotnikiem, zawsze z książką w kieszeni, ale bez konta na Facebooku. Nie pasowałem do tłumu adeptów lajkowania. Poza tym nie przejmowałem się mijającym czasem. Nie zrobiło na mnie wrażenia, gdy skończyłem czterdziestkę, nie zmartwiłem się pierwszymi siwymi włosami. Szczerze mówiąc, nie mogłem się doczekać starości, bo miała oznaczać, że wreszcie odpłynie w dal przeszłość, która mało że nie była szczęśliwa, to jeszcze cały czas stanowiła groźbę.

4

Pierwsze spostrzeżenie dotyczące moich dawnych kolegów: większość przybyłych na zjazd pochodziła z tych lepiej sytuowanych warstw społeczeństwa, w których uważano, żeby nie utyć. U mężczyzn głównym problemem była niewątpliwie łysina. Prawda, Nicolasie Dubois? Oj, nie udał ci się ten przeszczepik! Alexandre Musca starał się ukryć łysy czubek głowy, zaczesując długie pasmo wzięte z boku. Romain Roussel po prostu ogolił się na łyso.

Byłem zaskoczony swoją pamięcią: z grupy gości z mojego pokolenia mogłem rozpoznać praktycznie każdego. Było to fascynujące zajęcie. Dla niektórych zjazd wydawał się rewanżem za przeszłość. Na przykład Manon Agostini – w czasach szkolnych mało urodziwa i nieśmiała, teraz była ładną, pewną siebie kobietą. To samo Christophe Mirkovic – ten nerd, jak się jeszcze wtedy nie mówiło, przeistoczył się z krostowatego lunatyka w pewnego siebie faceta sukcesu, wychwalającego swoją teslę i gadającego po angielsku z o dwadzieścia lat młodszą narzeczoną, na którą gapili się prawie wszyscy.

Éricowi Lafitte’owi życie musiało nieźle dać w kość. Kiedyś piękny jak bóg, anioł o ciemnych włosach, skóra zdjęta z Alaina Delona grającego w filmie W pełnym słońcu. Dziś smutny, brzuchaty, z wychudzoną twarzą, bardziej przypominał Homera Simpsona niż przystojnego bohatera dramatu Rocco i jego bracia.

Kathy i Hervé Lesage’owie przyszli na uroczystość, trzymając się za ręce. Zostali parą dwa lata przed maturą, oboje wybrali nauki ścisłe. Pobrali się pod koniec studiów. Kathy (zdrobnienie wymyślone przez męża) nazywała się naprawdę Katherine Laneau. Pamiętałem jej wspaniałe nogi, które z pewnością nadal były wspaniałe, nawet jeśli mini zamieniła na spodnie z marynarką, i pamiętałem również, jak doskonałym literackim angielskim wówczas mówiła. Zastanawiałem się wtedy, jak taka dziewczyna mogła zakochać się w Hervé Lesage’u. Miał przezwisko Régis – był to okres niezwykłej popularności programu satyrycznego Les Nuls i jego powtarzanego jak mantra hasła „Régis to głupek” – a do tego banalną urodę. W sumie był kretynem, dogadywał każdemu, zadawał profesorom bezsensowne pytania, a przede wszystkim nie widział, że jego dziewczyna ma sto razy więcej klasy od niego. Dwadzieścia pięć lat później, w zamszowej kurtce i z zadowoloną miną, Régis wyglądał wciąż na tego samego głupka. Na dodatek przyszedł w czapce z daszkiem paryskiego klubu piłkarskiego PSG. Bez komentarza.

Ale jeśli chodziło o ubiór, to główna nagroda należała się Fabrice’owi Fauconnierowi. Faucon był pilotem w Air France i miał na sobie kapitański mundur. Obserwowałem, jak paradował pośród blond włosów, wysokich obcasów i zoperowanych biustów. Dawny przystojniak nie dał się czasowi i zachował atletyczną sylwetkę. Niestety, srebrna grzywa, nachalne spojrzenie i próżność sprawiały, że zaczynała pasować do niego etykietka podstarzałego lowelasa. Kilka lat wcześniej natknąłem się na niego w samolocie. Tak jakbym był pięcioletnim smykiem, uparł się, żeby podczas lądowania zaprosić mnie do kabiny pilota…

5

– O kurza twarz! Ależ Faucon się posunął!

Fanny Brahimi puściła oko i serdecznie mnie ucałowała. Ona też się zmieniła. Pochodziła z Kabylii i była drobną blondynką z jasnymi oczami. Ostrzyżona na krótko, miała na nogach ładne szpilki i dopasowane dżinsy. Rozpięte dwa górne guziki bluzki pozwalały domyślać się kształtnych piersi, a wcięty trencz ją wyszczuplał. W poprzednim życiu hołdowała stylowi grunge: nosiła schodzone martensy, szerokie koszule w kratę, pocerowane swetry i podarte, bezkształtne spodnie.

Zdecydowanie radziła sobie lepiej ode mnie, bo udało jej się znaleźć lampkę szampana.

– Ale popcornu nie dają – powiedziała z uśmiechem, siadając obok mnie, jakbyśmy byli w kinie i czekali na rozpoczęcie filmu.

Tak jak w czasach liceum, miała zawieszony na szyi aparat fotograficzny – leicę M – i zaraz zaczęła robić zdjęcia.

Znałem Fanny od zawsze. Razem z Maxime’em chodziliśmy we trójkę do szkoły podstawowej w dzielnicy Fontonne. Ta stara szkoła mieściła się w pięknych budynkach z czasów Trzeciej Republiki, różniących się od prefabrykatów, z których zbudowano później szkołę imienia René Cassina w Antibes. Przez cały okres dorastania bardzo się z Fanny przyjaźniłem. Była to pierwsza dziewczyna, którą zaprosiłem na randkę. Pewnego sobotniego popołudnia poszliśmy do kina na Rain Mana, a w drodze powrotnej w autobusie do Fontonne, dzieląc się słuchawkami mojego walkmana, wymieniliśmy kilka niezręcznych pocałunków. Cztery czy pięć buziaków między Puisque tu pars i Pourvu qu’elles soient douces. W ostatniej klasie przestaliśmy się spotykać, ale pozostaliśmy przyjaciółmi. Fanny należała do tych dojrzałych feministek, które przed maturą zaczynały sypiać z chłopcami na lewo i prawo, nie przywiązując się do nikogo. Było to rzadkie w Saint-Ex i wielu ją potępiało. Ja ją zawsze szanowałem, bo wydawała mi się uosobieniem pewnego rodzaju wolności. Poza tym była przyjaciółką Vinki, błyskotliwą uczennicą i bardzo miłą dziewczyną – te trzy cechy powodowały, że ją ceniłem. Skończyła medycynę i zjeździła pół świata jako lekarz, pracując w krajach ogarniętych wojną, w ramach różnych misji humanitarnych. Przypadkowo natknąłem się na nią kilka lat temu w jakimś hotelu w Bejrucie, gdzie brałem udział w targach książki francuskojęzycznej. Mówiła mi wówczas, że chce wrócić do Francji.

– Zauważyłeś profesorów? – zapytała teraz.

Brodą wskazałem jej matematyka N’Donga, fizyka Lehmanna i profesorkę biologii Fontanę.

– Niezła grupka sadystów! – rzuciła Fanny, robiąc im zdjęcie.

– No cóż, w tym względzie muszę przyznać ci rację… – odrzekłem. – A ty gdzie w końcu pracujesz? W Antibes?

Przytaknęła.

– Jestem kardiologiem w szpitalu w Fontonne. Leczę tam twoją matkę, nie mówiła ci?

Milczałem. Fanny domyśliła się, że nic nie wiem.

– Miała lekki zawał, ale już jest wszystko dobrze – zapewniła.

Boże, nie miałem o tym zielonego pojęcia!

– Moje stosunki z matką nie należą do najprostszych – bąknąłem.

– Tak mówią wszyscy chłopcy, no nie?

Najwyraźniej też nie zamierzała ciągnąć tego tematu. Wskazała palcem jakąś inną profesorkę.

– Ach, ta była za to super! – wykrzyknęła.

Potrzebowałem chwili, zanim rozpoznałem pannę DeVille, Amerykankę, która wykładała literaturę angielską na kursie przygotowawczym do studiów humanistycznych.

– I zobacz, wciąż świetnie wygląda! – Fanny westchnęła. – Jak Catherine Zeta-Jones!

Panna DeVille miała co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu. Na wysokich obcasach, w skórzanych spodniach i żakiecie bez kołnierzyka, z długimi włosami spadającymi sztywno na ramiona i do tego szczupła, wyglądała znacznie młodziej niż inni uczestnicy zjazdu. Ile mogła mieć lat, kiedy zaczęła pracować w Saint-Ex? Dwadzieścia pięć? Góra trzydzieści… Ja byłem na kursie przygotowawczym nauk ścisłych, więc panna DeVille nigdy mnie nie uczyła, ale pamiętałem, że wszyscy uczniowie darzyli ją wielką sympatią, a niektórzy chłopcy wręcz ją wielbili.

Przez kilka minut obserwowaliśmy dawnych kolegów i wspominaliśmy. Słuchając Fanny, przypomniałem sobie, za co ją tak ceniłem: roztaczała pozytywną energię i miała poczucie humoru. W dzieciństwie miała przejścia. Jej matka była ładną, śniadą blondynką o sarnim spojrzeniu, ale wiedziała, czego chce. Pracowała jako sprzedawczyni w sklepie z ciuchami na Croisette w Cannes. Kiedy byliśmy w pierwszej klasie liceum, zostawiła męża i trójkę dzieci i wyjechała ze swoim szefem do Ameryki Południowej. Zanim Fanny została przyjęta do internatu w Saint-Ex, przez prawie dziesięć lat mieszkała ze sparaliżowanym ojcem, ofiarą wypadku na budowie, oraz z dwoma starszymi braćmi – daleko im było do orłów – w zniszczonych budynkach socjalnych przy bulwarze Val Claret. Tego miejsca z pewnością nie było w przewodniku turystycznym po okolicach Antibes-Juan-les-Pins.

Fanny rzuciła jeszcze kilka uszczypliwych komentarzy, banalnych, ale śmiesznych (Étienne Labitte wciąż ma głowę jak kutas), a potem popatrzyła na mnie z dziwnym uśmiechem.

– Życie pozmieniało ludziom role, ale ty pozostałeś taki sam! – Wymierzyła we mnie obiektyw leiki i pstryknęła. – Zawsze prymus klasowy, dobrze ułożony, czyściutki, w pięknej flanelowej marynarce i błękitnej koszuli – wypaliła.

– Rozumiem, że w twoich ustach to nie jest komplement.

– Mylisz się.

– Dziewczyny zawsze wolą łajdaków, prawda?

– Może kiedy mają szesnaście lat. Nie jak stuknie im czterdziestka.

Wzruszyłem ramionami, zmrużyłem oczy i przysłoniłem je dłonią. Słońce świeciło ostro.

– Szukasz kogoś?

– Maxime’a.

– Naszego przyszłego posła? Wyjaraliśmy razem szluga pod halą sportową, tam gdzie ma się odbyć ten nasz wieczorek. Nie wydawał się zachwycony perspektywą wspólnej zabawy. Kurwa, widziałeś gębę tej Aude Paradis? Wygląda jak z krzyża zdjęta, biedaczka! Jesteś pewien, że nie mają prażonej kukurydzy? Mogłabym tak tu siedzieć godzinami! To prawie tak dobre jak Gra o tron!

Jej entuzjazm gwałtownie opadł, gdy zauważyła dwóch facetów instalujących podest sceniczny i mikrofon.

– Sorry, pozwól, że odpuszczę sobie te oficjalne wystąpienia! – powiedziała i wstała.

Z drugiej strony trybuny zobaczyłem Stéphane’a Pianellego. Robił notatki, dyskutując o czymś żywo z zastępcą prefekta. Kiedy spotkaliśmy się wzrokiem, kiwnął do mnie ręką, jakby chciał powiedzieć: „Nie odchodź, zaraz do ciebie przyjdę!”.

Fanny strzepnęła dłonią niewidoczny pyłek z dżinsów i jak to ona wystrzeliła ostatni pocisk:

– Wiesz co? Myślę, że jesteś jednym z niewielu obecnych tu facetów, z którymi nie spałam.

Chciałem odpowiedzieć coś dowcipnego, ale nic mi nie przyszło do głowy, bo właściwie mówiła to poważnie. Było to stwierdzenie smutne i bardzo przesadzone.

– Wtedy po prostu uwielbiałeś Vincę! – przypomniała sobie.

– Tak, to prawda, byłem w niej zakochany, zresztą jak wszyscy – odparłem.

– Ale ty ją zawsze idealizowałeś!