Zima w Siedlisku - Janusz Majewski - ebook + książka

Zima w Siedlisku ebook

Janusz Majewski

3,9

Opis

Dobre życie nie kończy się nigdy. Pierwszej zimy bez Krzysztofa w Siedlisku ciepło dają Mariannie tylko wspomnienia o nim. Odsuwa się od bliskich, żeby powrócić do szczęśliwych chwil, które przeżyła u jego boku. Krzysztof jest w nich żywy. A we wspomnieniach najintymniejszych –nawet bardzo. A wtedy nastaje wiosna… Tymczasem życie w Panistrudze płynie własnym – najpierw zimowo leniwym, a z czasem wiosenno burzliwym – nurtem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (19 ocen)
8
5
3
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Co­py­ri­ght © by Ja­nusz Ma­jew­ski 2012

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci cza­su w La­śmia­dach

W tej po­wie­ści wszyst­ko jest fik­cją, ale nie­któ­re fak­ty, zja­wi­ska, po­sta­cie mogą przy­pad­ko­wo przy­po­mi­nać rze­czy­wi­stość.

1.

Krzysz­tof od­szedł nad ra­nem, nie od­zy­skaw­szy świa­do­mo­ści. Nie otwo­rzył na­wet oczu. Ma­rian­na drze­ma­ła koło nie­go na krze­śle, kie­dy obu­dzi­ła ją ci­sza, pik­nię­cia w mo­ni­to­rze uci­chły, si­nu­so­idal­ne wy­kre­sy za­mar­ły. Wy­bie­gła w poń­czo­chach na ko­ry­tarz i szep­tem obu­dzi­ła pie­lę­gniar­kę.

Wra­cał z War­sza­wy i zjeż­dżał w Gra­je­wie na Ełk, miał zie­lo­ne świa­tło, gdy ude­rzył w nie­go roz­pę­dzo­ny TIR na li­tew­skich ta­bli­cach. Pchał jego vo­lvo przed sobą jesz­cze kil­ka­na­ście me­trów, aż wbił je w na­roż­ny sklep. Na wy­sta­wie wy­pcha­ny niedź­wiedź trzy­mał w ła­pach ta­blicz­kę z na­pi­sem „Niedź­wiedź”. Krzysz­tof nie czuł żad­ne­go bólu, zo­ba­czył jesz­cze, jak z ka­bi­ny TIR-a wy­ska­ku­je mło­dy kie­row­ca al­bi­nos i rzu­ca się do uciecz­ki. Śle­dził ga­sną­cym wzro­kiem od­da­la­ją­cą się wi­chu­rę pra­wie bia­łych wło­sów ota­cza­ją­cych gło­wę jak au­re­ola i fa­lu­ją­cych w rytm kro­ków, jak na zwol­nio­nym fil­mie. Po­goń prze­chod­niów do­pa­dła al­bi­no­sa po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach, star­szy męż­czy­zna za­czął bić go po gło­wie fil­co­wym ka­pe­lu­szem. Roz­śmie­szy­ło to Krzysz­to­fa, po­my­ślał: „Prze­cież to nie boli, po co bić?”. Wte­dy ze­mdlał. Oprzy­tom­niał na parę se­kund, kie­dy ka­ret­ka wjeż­dża­ła na pod­jazd szpi­ta­la woj­sko­we­go. Za szy­bą mi­gnę­ła ta­bli­ca: He­li­cop­ter lan­ding area.

– Wiem, gdzie je­stem. U nas! – po­wie­dział na głos do sie­bie i za­padł w sen, z któ­re­go się już nie obu­dził.

Le­karz dy­żur­ny w ran­dze po­rucz­ni­ka po­dał Ma­rian­nie ja­kiś śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy i na­kło­nił ją, aby na chwi­lę po­ło­ży­ła się w se­pa­rat­ce. Le­ża­ła na boku, z otwar­ty­mi oczy­ma, sta­ra­ła się nie my­śleć o ni­czym.

Po­tem za­czę­ły się zwy­czaj­ne pro­ble­my: Ma­rian­na już zgo­dzi­ła się od­stą­pić od po­my­słu po­cho­wa­nia męża na cmen­ta­rzu w Sta­rych Ju­chach i za­mó­wi­ła trans­port zwłok do War­sza­wy, gdy przy­je­cha­ła sio­stra Krzysz­to­fa z Kra­ko­wa i po­wie­dzia­ła, że wolą ro­dzi­ców było, aby wszyst­kich cho­wać w gro­bow­cu na Ra­ko­wi­cach, ra­zem z nimi. Jesz­cze przed śmier­cią oj­ciec wy­ku­pił dużą kwa­te­rę z po­zwo­le­niem na zbu­do­wa­nie ob­szer­nej kryp­ty na osiem tru­mien. „A gdy­by pań­stwo ka­za­li się skre­mo­wać, bę­dzie tu moż­na umie­ścić trzy­dzie­ści dwie urny” – po­wie­dział urzęd­nik w za­rzą­dzie cmen­ta­rza.

Ma­rian­na apa­tycz­nie zgo­dzi­ła się na Kra­ków, cho­ciaż dzie­ci do koń­ca opto­wa­ły za Po­wąz­ka­mi.

– Bę­dziesz wciąż jeź­dzi­ła do Kra­ko­wa? – krzy­czał zdu­szo­nym gło­sem Ja­cek.

– Nie, nie wciąż. Dam się skre­mo­wać i po­ło­ży­cie mnie koło nie­go – od­po­wia­da­ła, pa­trząc py­ta­ją­cym wzro­kiem w oczy szwa­gier­ki. Tam­ta po­ta­ki­wa­ła gło­wą uspo­ka­ja­ją­co.

Puł­kow­nik W., ko­men­dant szpi­ta­la woj­sko­we­go, gry­wa­ją­cy u nich w bry­dża, zgo­dził się na prze­trzy­ma­nie cia­ła Krzysz­to­fa w chłod­ni przez jesz­cze jed­ną noc, a przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy na prze­ło­że­nie prze­wo­zu na na­stęp­ny dzień. Po­je­cha­ły ra­zem z trum­ną czar­nym, błysz­czą­cym ka­ra­wa­nem ze zło­tym na­pi­sem na drzwiach: We pro­udly of­fer you our Ca­dil­lacs.

– Co za luk­sus! – za­chwy­ca­ła się szwa­gier­ka.

– Tu dużo lu­dzi wra­ca z Ame­ry­ki, z emi­gra­cji. Przy­wo­żą coś, na czym moż­na ro­bić biz­nes – wy­ja­śni­ła rze­czo­wo Ma­rian­na. Po­tem już mil­cza­ły całą dro­gę, za­pa­da­jąc się w po­dusz­ki wy­god­nej plu­szo­wej ka­na­py i trzy­ma­jąc się kur­czo­wo za ręce w czar­nych skó­rza­nych rę­ka­wicz­kach. Z gło­śni­ków są­czy­ła się ci­cha, ża­łob­na mu­zy­ka, ale po­pro­si­ły kie­row­cę, żeby ją wy­łą­czył.

Na po­grzeb Krzysz­to­fa do Kra­ko­wa przy­je­cha­ło wię­cej lu­dzi, niż Ma­rian­na się spo­dzie­wa­ła. Poza ofi­cjal­ną de­le­ga­cją z Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, jego ko­le­ga­mi i stu­den­ta­mi do­strze­gła też wie­lu są­sia­dów z Ma­zur i go­ści czę­sto by­wa­ją­cych w ich pen­sjo­na­cie. W pew­nej od­le­gło­ści prze­su­nę­ła się ele­ganc­ka mło­da dama, w któ­rej Ma­rian­na roz­po­zna­ła dok­to­rant­kę Ba­się, kie­dyś po­wód swo­ich zgry­zot. Uda­wa­ła, że jej nie wi­dzi, ale tam­ta przy­ła­pa­ła jej spoj­rze­nie i przez se­kun­dę pa­trzy­ły so­bie w oczy. Oczy Basi pro­si­ły o prze­ba­cze­nie, oczy Ma­rian­ny były pu­ste. Na cmen­tarz przy­by­ła też spo­ra gru­pa kra­kow­skich przy­ja­ciół szwa­gier­ki, jak rów­nież gim­na­zjal­nych ko­le­gów Krzysz­to­fa – więk­szość z nich wy­glą­da­ła dużo sta­rzej niż on, i Ma­rian­na do­zna­ła mu­śnię­cia ir­ra­cjo­nal­nej dumy, że jej mąż wciąż tak się trzy­ma, co tyl­ko po­skut­ko­wa­ło ko­lej­nym, bez­rad­nie tłu­mio­nym szlo­chem. Szwa­gier­ka wska­za­ła jej wzro­kiem moc­no sta­re­go pana w czar­nym pal­cie z ak­sa­mit­nym koł­nie­rzem i szep­nę­ła:

– On był jesz­cze asy­sten­tem na­sze­go ojca. Za­wsze przy­cho­dzi tu w rocz­ni­cę jego śmier­ci, był też na po­grze­bie mamy.

Kie­dy po na­bo­żeń­stwie wy­cho­dzi­li z ka­pli­cy, daw­ny asy­stent stał przy wej­ściu. Ma­rian­na po­czu­ła sil­ny za­pach naf­ta­li­ny, ale nie była pew­na, czy to od nie­go. Szła za trum­ną pod­trzy­my­wa­na z jed­nej stro­ny przez Jac­ka, z dru­giej przez Ja­sia, któ­ry przy­le­ciał z Lon­dy­nu pro­sto do Kra­ko­wa. Ma­rian­na z roz­pa­czą i bó­lem wpa­try­wa­ła się w ja­dą­cą przed nią trum­nę, ale co chwi­la od­wra­ca­ła wzrok na wnu­ka i wte­dy od­czu­wa­ła wiel­ką dumę i po­cie­sze­nie. Kar­ci­ła się na­wet w du­chu, że nie po­win­na tu i w ta­kiej chwi­li do­zna­wać uczu­cia ra­do­ści, ale nie mo­gła się na­pa­trzeć na nie­go, na­dzi­wić, że tak urósł i wy­do­ro­ślał. W le­cie skoń­czył szes­t­na­ście lat, ale wy­glą­dał na wię­cej, może ze wzglę­du na wy­so­ki wzrost i po­waż­ny te­raz wy­raz dzie­cin­nej jed­nak twa­rzy, na któ­rej cień za­ro­stu to­czył za­cie­kłą wal­kę z trą­dzi­kiem mło­dzień­czym. Za Ma­rian­ną, Jac­kiem i Ja­siem szedł Ro­bert. Trzy­mał moc­no pod ra­mię osła­bio­ną Ka­się, pro­wa­dzą­cą za rącz­kę już pra­wie dzie­się­cio­let­nią Anię. Tro­chę za nimi, jak­by onie­śmie­lo­na po­dą­ża­ła sa­mot­nie Iza. Te dzie­więć lat, któ­re mi­nę­ły od jej roz­wo­du z Jac­kiem, bar­dzo ją zmie­ni­ły: ze­szczu­pla­ła i jak­by na­wet od­młod­nia­ła. Była świet­nie ubra­na, do­brze ucze­sa­na i ja­kieś drob­ne, pra­wie nie­uchwyt­ne szcze­gó­ły od razu wy­róż­nia­ły ją z oto­cze­nia, kwa­li­fi­ko­wa­ły jako cu­dzo­ziem­kę. Cho­ciaż wpraw­ne oko do­strze­gło­by, że jej odzież nie po­cho­dzi z mar­ko­wych bu­ti­ków, ewen­tu­al­nie w naj­lep­szym ra­zie od Mark­sa i Spen­ce­ra, ema­nu­ją­ca z niej ener­gia świad­czy­ła, że jest ko­bie­tą suk­ce­su, może tyl­ko gar­dzi współ­cze­snym sys­te­mem sy­gna­li­za­cji, po­ka­zu­ją­cym po­zy­cję spo­łecz­ną za po­mo­cą to­re­bek Fen­di i bu­tów od Ver­sa­ce­go. Te, któ­re stu­ka­ły te­raz po as­fal­cie cmen­tar­nej alej­ki, były nie­za­prze­czal­nie w do­brym ga­tun­ku, ale ich mar­ka nie sta­ła­by się przy­czy­ną wni­kli­wych do­cie­kań ży­ją­cych ta­ki­mi ta­jem­ni­ca­mi bytu dam, gdy­by ta­ko­we zna­la­zły się przy­pad­kiem na tym po­grze­bie. Na szczę­ście się nie zna­la­zły, ku mniej lub bar­dziej szcze­rej uldze Jac­ka, któ­ry wciąż lu­bił się przed­sta­wiać jako ich ofia­ra.

Gdy do­tar­li do gro­bow­ca zie­ją­ce­go dziu­rą od­wa­lo­nej pły­ty, ko­ściel­ny trzy­ma­ją­cy w dło­niach dwa do złu­dze­nia po­dob­ne do sie­bie przed­mio­ty: mi­kro­fon i prze­no­śne kro­pi­dło, bez wa­ha­nia wy­brał pierw­szy z nich i po­dał księ­dzu. Ten po­dra­pał w sia­tecz­kę urzą­dze­nia, od­chrząk­nął i przez nad­mier­nie wiel­ki gło­śnik po­pły­nę­ła na cały cmen­tarz za­gma­twa­na mowa, w któ­rej chwa­lił zmar­łe­go, a tak­że wy­mie­niał jego za­słu­gi, opi­su­jąc je tak ogól­ni­ko­wo, że pa­so­wa­ły­by do każ­de­go. Z uzna­niem po­wi­tał de­cy­zję po­cho­wa­nia go tu­taj, co okre­ślił jako „po­wrót do pra­sta­rych ko­rze­ni ro­dzi­ny kra­kow­skiej”, a co świad­czy­ło o tym, że nic o tej ro­dzi­nie nie wie. Gro­bo­wiec był tro­chę uprosz­czo­ną re­pli­ką dzie­więt­na­sto­wiecz­nej ka­pli­cy rodu Ka­li­now­skich na cmen­ta­rzu Ły­cza­kow­skim we Lwo­wie, któ­rą nie­dłu­go przed swo­ją śmier­cią ka­zał był wy­bu­do­wać sta­ry pro­fe­sor, i to w pew­nym sen­sie tłu­ma­czy­ło tro­chę księ­dza: tu też ro­iło się od ta­kich ka­plic w sty­lu ga­li­cyj­skiej pseu­do­kla­sy­ki, któ­re kra­ko­wia­nie uwa­ża­ją za swój wkład do kul­tu­ry ogól­no­ludz­kiej, choć są one ko­pia­mi wie­deń­skich lub pa­ry­skich gro­bow­ców.

Po po­grze­bie go­ście zo­sta­li za­pro­sze­ni na po­czę­stu­nek do sta­rej re­stau­ra­cji Ha­weł­ka w Ryn­ku. Wy­so­ka, tro­chę po­sęp­na sala o ścia­nach wy­ło­żo­nych ciem­ną bo­aze­rią i ob­wie­szo­nych ob­ra­za­mi w zło­tych ra­mach, któ­ra w in­nym mie­ście ucho­dzi­ła­by za mu­zeum, była do­brym miej­scem na smut­ną sty­pę. Ksiądz, te­raz już po cy­wil­ne­mu, za­tarł ocho­czo ręce.

– Mają tu do­brą ma­czan­kę – po­wie­dział.

Ma­rian­na aż drgnę­ła, sły­sząc to sło­wo.

– Co za wul­gar­na na­zwa!

– Na­zwa pro­stac­ka, ale smak wy­kwint­ny – od­parł ksiądz z dwu­znacz­nym uśmie­chem, jak­by czy­tał w jej my­ślach. Prze­pro­si­ła go i po­de­szła do Kasi, któ­ra cze­ka­ła na nią z boku. Ob­ję­ły się bez sło­wa i uści­ska­ły.

– Je­stem w cią­ży… – szep­nę­ła jej Ka­sia do ucha.

Ma­rian­na się roz­ja­śni­ła.

– Wspa­nia­le! Od kie­dy?

– Już trze­ci mie­siąc.

– I nic nie mó­wi­li­ście?

– Tym ra­zem chcie­li­śmy to ukry­wać, ile się da. Zwłasz­cza jak dok­tor wy­li­czył ter­min. Po­win­no się uro­dzić w two­je uro­dzi­ny, dwu­dzie­ste­go czwar­te­go kwiet­nia. Bar­dzo by­śmy chcie­li, żeby był taki jak ty, cho­ciaż to bę­dzie chło­piec…

Ma­rian­na się roz­pła­ka­ła. Do tej chwi­li trzy­ma­ła się dziel­nie, szyb­ko ocie­ra­ła wil­got­nie­ją­ce oczy i w szpi­ta­lu, kie­dy le­karz stwier­dził zgon, i nad gro­bem, kie­dy pod­cho­dzi­li z kon­do­len­cja­mi, a te­raz ta ra­do­sna no­wi­na zbu­rzy­ła wszyst­kie tamy. Ka­sia ob­ję­ła moc­no mat­kę i cho­ciaż przy­wo­ła­ła wszel­kie swo­je szorst­ko­ści, całe swo­je opa­no­wa­nie i dy­stans wo­bec świa­ta, też nie mo­gła po­wstrzy­mać łez. Ucie­kły do ła­zien­ki, jak dwie ko­le­żan­ki na prze­rwie w szko­le, żeby się wy­pła­kać, na­szep­tać i po­pra­wić roz­ma­za­ny tusz.

Nie chcia­ła wra­cać z Ro­ber­tem i Ka­sią ich sa­mo­cho­dem. Ja­cek po­sta­no­wił wy­sko­czyć do Za­ko­pa­ne­go od­wie­dzić kum­pla, sko­ro był już tak bli­sko, a jego mina łga­rza zdra­dza­ła płeć tego przy­ja­cie­la. Iza zde­cy­do­wa­ła się zo­stać, aby po­ka­zać Ja­sio­wi Kra­ków. Ma­rian­na wy­bra­ła po­wrót po­cią­giem. Ja­sio od­pro­wa­dził ją aż do wa­go­nu, po­że­gna­ła się z nim czu­le, a on obie­cał przy­je­chać na fe­rie świą­tecz­ne.

Całą dro­gę prze­drze­ma­ła, za­kry­ta połą płasz­cza. Cza­sem uchy­la­ła ją trosz­kę i pa­trzy­ła na prze­su­wa­ją­ce się za szy­bą sza­re, mo­kre li­sto­pa­do­we pola. Ob­ra­zy tra­ci­ły ostrość, roz­ma­zy­wa­ły się, prze­la­ty­wa­ły przez nie strzęp­ki nie­daw­nych wy­da­rzeń, ale bez żad­ne­go po­rząd­ku i sen­su, ja­kieś nie­istot­ne frag­men­ty, na­gle ostre szcze­gó­ły: ta­blicz­ka na trum­nie, ksiądz na sty­pie za­sła­nia­ją­cy so­bie usta ser­wet­ką, czar­ne oku­la­ry Jac­ka, w któ­rych od­bi­ja się bez­list­ne drze­wo na cmen­ta­rzu. To drze­wo nie wie­dzieć cze­mu wzru­sza­ło ją bar­dzo i kie­dy czu­ła struż­kę łez ście­ka­ją­cych jej po po­licz­ku, ocie­ra­ła ją wierz­chem dło­ni i cho­wa­ła gło­wę pod płaszcz, ale za­raz znów ro­bi­ła so­bie szpar­kę i wpa­try­wa­ła się w co­raz bar­dziej ciem­nie­ją­ce pa­smo pej­za­żu wy­trwa­le ucie­ka­ją­ce­go za oknem. Cały czas wra­ca­ła my­śla­mi do słów Kasi: „Bar­dzo by­śmy chcie­li, żeby był taki, jak ty…” i nie mo­gła się nimi na­cie­szyć. Ka­sia, có­recz­ka ta­tu­sia, za­wsze oschła, na­je­żo­na, kry­ty­kanc­ka, i na­gle taka zmia­na?! Je­że­li ma się uro­dzić pod ko­niec kwiet­nia, je­śli na­wet nie 24, to w każ­dym ra­zie bę­dzie Byk, jak ja… Ale – po­li­czy­ła so­bie na pal­cach – je­śli bę­dzie w kwiet­niu, to zna­czy, że był po­czę­ty pod ko­niec lip­ca, pod zna­kiem Lwa… Jak Krzysz­tof.

W Ełku na dwor­cu cze­kał Jó­zek z sa­mo­cho­dem. Po­ca­ło­wał ją w rękę, cze­go nig­dy nie czy­nił, wy­mam­ro­tał ja­kieś nie­zręcz­ne kon­do­len­cje, po czym przez całą dro­gę do Pa­ni­stru­gi opo­wia­dał, co się wy­da­rzy­ło przez ostat­nie dni, a nie wy­da­rzy­ło się nic. Na po­dwó­rzu en­tu­zja­stycz­nie po­wi­ta­ły ją psy, Naj­ki i Czar­ny, mały He­niek, szorst­ko­wło­sy jam­ni­czek, pu­pi­lek Krzysz­to­fa, pła­kał, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie pre­ten­sje za jej dłu­gą nie­obec­ność, i szar­pał kar­cą­co no­gaw­kę jej dżin­sów.

He­niek był na­stęp­cą Ba­xte­ra, bar­dzo po­dob­ne­go jam­ni­ka, też szorst­ko­wło­se­go, któ­re­go Krzysz­tof ku­pił Ma­rian­nie na uro­dzi­ny za­raz na po­cząt­ku ich ma­zur­skie­go ży­cia. Mia­ło być ono tyl­ko wa­ka­cyj­nym epi­zo­dem, a czym się sta­ło, te­raz wła­śnie się oka­zu­je. Ba­xter był psem mą­drym, o zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rze i wy­ro­bio­nych po­glą­dach na ży­cie, na przy­kład nie lu­bił dzie­ci, zwłasz­cza ma­łych. Nie­wy­klu­czo­ne, że ma­lu­chy przy­po­mi­na­ły mu o jego kom­plek­sie ma­łe­go wzro­stu, cho­ciaż mo­gły mu też, od­wrot­nie, do­da­wać tym otu­chy. Jak było na­praw­dę, już się nig­dy nie do­wie­my, zwłasz­cza że bie­dak zmarł, w każ­dym ra­zie licz­ba ugry­zio­nych (nie po­gry­zio­nych, bo za­wsze było to tyl­ko jed­no cap­nię­cie) i po­stra­szo­nych dzie­ci za­trwa­ża­ją­co ro­sła. Ka­li­now­scy gra­li wo­bec go­ści ko­me­dię, że się tym przej­mu­ją, było jo­dy­no­wa­nie, uśmie­rza­nie bólu cze­ko­la­dą, prze­pro­si­ny, po­ka­zo­we kar­ce­nie Ba­xte­ra su­ro­wy­mi sło­wa­mi, god­ny­mi nie­prze­jed­na­nych pro­ku­ra­to­rów świę­tej in­kwi­zy­cji, za­wsty­dza­nie go pu­blicz­ne i ka­ra­nie kar­ce­rem (w rze­czy­wi­sto­ści za­my­ka­nie w sy­pial­ni, gdzie roz­wa­lał się w ich po­ście­li i pod­że­rał her­bat­ni­ki za­po­mnia­ne na noc­nej szaf­ce). W skry­to­ści du­cha cie­szy­li się, że może przy­najm­niej nie­któ­rzy, z naj­bar­dziej do­kucz­li­wy­mi ba­cho­ra­mi, z po­wo­du psa zre­zy­gnu­ją z na­stęp­ne­go przy­jaz­du. Kla­sycz­ny układ kija i mar­chew­ki: ki­jem był Ba­xter, a mar­chew­ką – mar­chew­ka à la ksią­żę Ra­dzi­wiłł, go­to­wa­na w mle­ku z pie­przem i odro­bi­ną mio­du. Ła­kom­czu­chom trud­no było z niej zre­zy­gno­wać.

Nie­po­ha­mo­wa­ne wścib­stwo Ba­xte­ra, któ­ry mu­siał za­wsze być bli­sko Ma­rian­ny, więc ła­ził za nią krok w krok, przy­słu­chi­wał się jej roz­mo­wom te­le­fo­nicz­nym, skro­bał do drzwi, kie­dy za­my­ka­ła się w ła­zien­ce, szwen­dał się po scho­dach w górę i w dół, uga­niał się za za­ją­ca­mi po po­lach, wczoł­gi­wał do pod­ziem­nych, li­sich la­bi­ryn­tów, do­pro­wa­dzi­ło jego krę­go­słup do ru­iny: zo­stał do­tknię­ty pa­ra­li­żem tyl­nych łap. Wo­że­nie go po we­te­ry­na­rzach i kli­ni­kach nic nie dało, wła­dzy w no­gach nie od­zy­skał. Wlókł za sobą tyl­ne bez­wład­ne łap­ki po ka­mie­niach po­dwór­ka, ście­ra­jąc je so­bie do krwi, bo za nic nie chciał ab­dy­ko­wać ze swe­go tro­nu wład­cy tego ma­łe­go świa­ta. Co praw­da wy­glą­dał ra­czej na Ła­za­rza niż kró­la Da­wi­da, po­grom­cę Go­lia­ta – Naj­kie­go, któ­re­go po­tra­fił nie­raz zdro­wo po­go­nić. Ma­rian­na naj­pierw wy­pro­wa­dza­ła go, uno­sząc mu ty­łek na sza­li­ku, po­tem Krzysz­tof ob­sta­lo­wał dla nie­go dwu­ko­ło­wy wó­ze­czek, któ­ry przy­twier­dzo­ny pa­ska­mi do jego tu­ło­wia za­czął mu do­brze słu­żyć. Ba­xter stał się atrak­cją po­dwór­ka, któ­re dum­nie prze­mie­rzał, tur­ko­cząc kół­ka­mi, ni­czym wóz bo­jo­wy. Kie­dyś na wi­dok nad­jeż­dża­ją­ce­go dziw­ne­go wóz­ko-psa ja­kiś za­błą­ka­ny kun­del, kla­sycz­ny wiej­ski rau­brit­ter, rzu­cił się do pa­nicz­nej uciecz­ki ze sko­wy­tem pro­stacz­ka, któ­ry spo­tkał ko­smi­tę. Na noc bied­ne­go in­wa­li­dę wsta­wia­no do dzie­cin­ne­go koj­ca, gdzie po bez­sku­tecz­nych pró­bach sfor­so­wa­nia cia­snych szta­chet spał, chcąc nie chcąc, na pam­per­sach do rana. Na ty­dzień przed Wi­gi­lią Ma­rian­na, któ­ra za­wsze wsta­wa­ła wcze­śniej od Krzysz­to­fa, zo­ba­czy­ła, że Ba­xter, za­miast w koj­cu, śpi na środ­ku hal­lu, obok ogrom­nej ka­łu­ży si­ków. „Nie wsa­dził go na noc w pam­per­sy!” – zło­rze­czy­ła w my­ślach Krzysz­to­fo­wi, a do­pie­ro za trze­cim przej­ściem przez hall zo­ba­czy­ła, że Ba­xter nie żyje. Ja­kąś nad­przy­ro­dzo­ną, nad­jam­ni­czą siłą wy­do­stał się z koj­ca, może wy­le­ciał na skrzy­dłach, któ­rych na chwi­lę mu uży­czył anioł śmier­ci, aby umrzeć wol­nym, dum­nym psem.

Krzysz­tof i Jó­zek po­cho­wa­li go na zwie­rzę­cym cmen­ta­rzy­ku za sta­rą obór­ką, gdzie le­ża­ła już sę­dzi­wa jam­nicz­ka Józ­ka, któ­ra się uto­pi­ła w ba­se­nie, co wy­glą­da­ło na sa­mo­bój­stwo, pięk­na Lol­ka, fe­sche Lola, z brwia­mi Mar­le­ny Die­trich, za­bi­ta mer­ce­de­sem przez stę­sk­nio­ne­go au­to­chto­na, otru­ty pod­stęp­nie, w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach Graf i dwa za­du­szo­ne przez nie­go ła­bę­dzie oraz kil­ka bez­i­mien­nych ko­tów, szczu­rów i pta­ków pa­dłych w wal­ce o byt. Jó­zek z mo­zo­łem roz­bi­jał zmar­z­nię­tą już zie­mię, Krzysz­tof przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu. Wło­ży­li do płyt­kie­go gro­bu cia­ło Ba­xte­ra spo­wi­te w ca­łun z fo­lii ku­chen­nej, Jó­zek za­sy­pał dół i ukle­pał mały kop­czyk. Po­sta­li nad nim chwi­lę w mil­cze­niu, po­tem po­da­li so­bie ręce i ro­ze­szli się bez jed­ne­go sło­wa. Ile­kroć Krzysz­tof opo­wia­dał o tym Ma­rian­nie, od­wra­cał gło­wę, żeby nie wi­dzia­ła, że mu wil­got­nie­ją oczy.

– O któ­rej był po­grzeb? – za­py­tał na­gle Jó­zek.

– O pierw­szej.

– On od wczo­raj, gdzieś wła­śnie od pierw­szej, nic nie jadł. Tyl­ko wodę pije.

Ma­rian­nie łzy za­krę­ci­ły się w oczach, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Do­pie­ro gdy zna­la­zła się w łóż­ku, zga­si­ła świa­tło i wsłu­cha­ła się w zna­jo­me noc­ne od­gło­sy swe­go domu, gdy za­mar­ła w bez­ru­chu w ocze­ki­wa­niu na głu­chy ło­skot pom­py w piw­ni­cy, któ­ry kie­dyś bra­ła za jęk ja­kiejś po­tę­pio­nej du­szy i ten jęk, już oswo­jo­ny w koń­cu na­stą­pił, gdy za­czę­ła ma­chi­nal­nie li­czyć skrzyp­nię­cia bla­sza­nej cho­rą­giew­ki na da­chu, któ­rą każ­dej nocy Krzysz­tof obie­cy­wał na­oli­wić, a za­wsze o tym rano za­po­mi­nał, wte­dy na­gle spo­strze­gła, że pan­cer­ne skryt­ki w prze­cho­wal­ni na sta­rym dwor­cu za­po­mnia­nej li­nii ko­le­jo­wej, w któ­rych po­cho­wa­ła wszyst­kie swo­je wspo­mnie­nia, za­czy­na­ją się te­raz z tym ryt­micz­nym skrzy­pie­niem otwie­rać, że wy­sy­pu­ją się z nich ob­ra­zy wspa­nia­łych lat, pięk­nych dni i chwil prze­ży­tych z Krzysz­to­fem, i gdy zro­zu­mia­ła, jak bar­dzo był jej bli­ski, jak moc­no go ko­cha­ła, do­pie­ro wte­dy na­kry­ła gło­wę koł­drą i roz­ry­cza­ła się jak dziec­ko.

Rano wsta­ła o zwy­kłej po­rze, szyb­ko umy­ła się i ubra­ła, po czym ze­szła do kuch­ni. Pani He­len­ka po­da­ła jej kawę i żeby po­ha­mo­wać chęć roz­mo­wy, po­szła gdzieś, uda­jąc za­afe­ro­wa­nie, jak­by był szczyt se­zo­nu, pen­sjo­nat otwar­ty, a ja­dal­nia peł­na go­ści. Ma­rian­na piła kawę za­pa­trzo­na w ja­kiś da­le­ki punkt za oknem, po­tem po­szła na strych i wy­szu­ka­ła kar­to­no­we pu­dło z IKEI z na­pi­sem „1999–2004”. Było cięż­kie, ale Ma­rian­na prze­mo­gła chęć, aby tam je otwo­rzyć, i znio­sła je z wy­sił­kiem do biu­ra, od­po­czy­wa­jąc co kil­ka scho­dów. Tu otwo­rzy­ła pu­dło i wy­cią­gnę­ła kil­ka­na­ście kar­to­no­wych te­czek i du­żych ko­pert. Na każ­dej był pe­dan­tycz­ny na­pis czar­nym fla­ma­strem: „Do­ku­men­ty”, „Fo­to­gra­fie” lub „Li­sty” z za­zna­cze­niem daty. Za­czę­ła od ko­per­ty ze zdję­cia­mi z 1999 roku.

2.

Na ko­per­cie był na­pis: „Lato 99 – nasi go­ście”. Ma­rian­na wy­sy­pa­ła fo­to­gra­fie na biur­ko i za­czę­ła je prze­glą­dać. Po­wta­rza­ła się re­gu­ła: go­ście uśmiech­nię­ci, opa­le­ni, trzy­ma­ją­cy w rę­kach sło­iki prze­two­rów, któ­ry­mi ob­da­ro­wa­ła ich na po­że­gna­nie, ota­cza­ją go­spo­dy­nię uśmie­cha­ją­cą się z lek­kim za­że­no­wa­niem, ale i z sa­tys­fak­cją. Na od­wro­cie czę­sto znaj­do­wa­ła po­chwal­ne do­pi­ski i po­dzię­ko­wa­nia za uda­ny po­byt, „fan­ta­stycz­ne wa­ka­cje”, „nie­za­po­mnia­ny kli­mat”, „cu­dow­ną kuch­nię” itd. Za­uwa­ży­ła, że na ta­kich z re­gu­ły przy­sy­ła­nych po­tem z od­le­głych miast i kra­jów fo­to­gra­fiach, bar­dzo rzad­ko uchwy­co­ny był Krzysz­tof. Uchwy­co­ny – to do­bre okre­śle­nie, bo za­wsze wy­glą­da­ło na to, że tra­fił na zdję­cie, gdyż wła­śnie prze­cho­dził obok albo dał się upro­sić w ostat­niej chwi­li i mi­gaw­ka przy­ła­pa­ła go w ru­chu, po­wo­du­ją­cym lek­ką nie­ostrość, za­ma­za­nie ry­sów twa­rzy. Po­wta­rza­ło się to z nie­mal chro­nicz­ną upo­rczy­wo­ścią, nie­za­leż­nie od tego, kto był na zdję­ciu i kto je wy­ko­nał. Te­raz, kie­dy Ma­rian­na roz­ło­ży­ła kil­ka­na­ście fo­to­gra­fii obok sie­bie, ude­rzy­ło ją to i za­sta­no­wi­ło. Jak gdy­by Krzysz­tof ukry­wał się przed czymś lub przed kimś i bał się, że ta­kie zdję­cia go zde­ma­sku­ją. Ma­rian­na oczy­wi­ście zna­ła jego nie­chęć do za­wie­ra­nia no­wych zna­jo­mo­ści, do na­wią­zy­wa­nia bliż­szych kon­tak­tów z oso­ba­mi, któ­re nie bu­dzi­ły w nim za­ufa­nia, nie mó­wiąc już o tych, któ­rych uwa­żał za kre­ty­nów, czy­li, co tu kryć, więk­szo­ści ludz­ko­ści.

Kie­dy wy­jeż­dża­li nad mo­rze z ma­ły­mi jesz­cze dzieć­mi, Krzysz­tof pro­wa­dził ro­dzi­nę w naj­dal­szy kąt pla­ży, ko­pał tam graj­doł i ota­czał płó­cien­nym pa­ra­wa­ni­kiem w na­dziei, że nikt tam nie przyj­dzie i nie roz­ło­ży się tuż obok. Nie­ste­ty po kil­ku­na­stu, no, może kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach spo­ko­ju, pod­szy­te­go jed­nak­że ner­wo­wy­mi oba­wa­mi, kie­dy Krzysz­tof co ja­kiś czas wy­sta­wiał gło­wę zza pa­ra­wa­ni­ku i czuj­nie lu­stro­wał oko­li­cę, co roz­śmie­sza­ło Ma­rian­nę, bo upo­dab­nia­ło go do pie­ska pu­styn­ne­go czy in­ne­go gry­zo­nia oglą­da­ne­go w te­le­wi­zji, na ho­ry­zon­cie uka­zy­wa­ła się licz­na ro­dzi­na – dzie­ci, dziad­ko­wie, upior­ne ciot­ki pod kie­row­nic­twem za­rad­ne­go ojca lub apo­dyk­tycz­nej mat­ki – i roz­kła­da­ła się tuż obok nich. Prze­waż­nie byli to Ślą­za­cy, za­wsze mie­li ra­dio Sza­rot­ka skrze­czą­ce na cały re­gu­la­tor. Krzysz­tof prze­ży­wał tor­tu­ry: z jed­nej stro­ny, obu­rza­ło go cham­stwo ta­kich in­tru­zów, z któ­re­go oni nie zda­wa­li so­bie wca­le spra­wy i na­wet sy­gna­li­zo­wa­li chęć na­wią­za­nia zna­jo­mo­ści, z dru­giej za nic w świe­cie nie oka­zał­by swo­jej dez­apro­ba­ty, nie mó­wiąc o wy­gło­sze­niu słów pro­te­stu. Pół bie­dy, je­śli wśród in­tru­zów tra­fi­ła się ja­kaś mło­da zgrab­na dziew­czy­na albo do­rod­na doj­rza­ła ko­bie­ta o ru­ben­sow­skich kształ­tach, wte­dy Krzysz­tof da­wał nie­kon­tro­lo­wa­ny kon­cert ob­łu­dy: niby fu­kał nie­za­do­wo­lo­ny z są­siedz­twa, ale zza ga­ze­ty, albo kry­jąc oczy za ciem­ny­mi oku­la­ra­mi i niby pa­trząc na mo­rze, ze­zo­wał w kie­run­ku przy­by­łe­go obiek­tu i z przy­jem­no­ścią kon­tem­plo­wał ulu­bio­ne kształ­ty. Ma­rian­na za­wsze wy­czu­wa­ła to na­tych­miast ja­ki­miś czuj­ni­ka­mi umiesz­czo­ny­mi w cie­le ko­bie­ty wszę­dzie: na ple­cach, na tyle gło­wy, na pię­tach. Nie pa­trząc, wi­dzia­ła, jak Krzysz­tof nie może się na­pa­trzeć na ko­bie­ce wdzię­ki. Szcze­gól­nie gu­sto­wał w uro­dach pro­stych, żeby nie po­wie­dzieć pro­stac­kich. Ład­na pro­le­ta­riusz­ka albo wie­śniacz­ka, któ­rej fi­gu­ra była niby zgrab­na i pra­wie szczu­pła, lecz wszyst­kie ko­bie­ce atry­bu­ty, biust, pupa, uda, jak­by o nu­mer więk­sze, wy­ra­zist­sze – to był jego ide­ał. Po­trze­bo­wał szczyp­ty wul­gar­no­ści albo ja­kie­goś prze­ry­so­wa­nia. Ko­bie­ty, na któ­re zwra­ca­ła mu uwa­gę Ma­rian­na, zwy­kle po­są­go­we pięk­no­ści czy szla­chet­ne pro­fi­le, w ogó­le go nie in­te­re­so­wa­ły. W do­mach pięk­nych dam za­wsze ły­pał po­żą­dli­wie na ład­ne po­ko­jów­ki, je­śli ta­kie u nich słu­ży­ły. Ma­rian­na, w swo­jej wiel­kiej mą­dro­ści, nie mia­ła mu tego za złe. Z jed­nej stro­ny wie­dzia­ła, że on się za bar­dzo jej boi, żeby za­ry­zy­ko­wać przy­go­dę na boku, z dru­giej była za­do­wo­lo­na, że tak do­ce­nia uro­ki ko­bie­co­ści, że jest ta­kim ko­ne­se­rem dam­skich wdzię­ków.

Kie­dyś spo­tka­li na dep­ta­ku ko­le­gę Krzysz­to­fa ze stu­diów z ja­kąś dłu­go­no­gą gi­dią i za­pro­si­li ich do swo­je­go graj­do­ła. Ma­rian­na zlu­stro­wa­ła kry­tycz­nie dziew­czy­nę i uspo­ko­iła się na wi­dok jej prze­raź­li­wie bla­de­go, chu­de­go ciał­ka z wy­raź­ny­mi „sol­nicz­ka­mi” i spi­cza­sty­mi łok­cia­mi. Le­d­wo na­kre­mo­wa­li się i uło­ży­li po­ko­tem na ręcz­ni­kach, na­de­szła ja­kaś ha­ła­śli­wa ro­dzi­na, jak na złość ze Ślą­ska. Nie zdą­ży­li na­wet roz­ło­żyć koca w sza­ro-burą sza­chow­ni­cę, a już ko­le­ga Krzysz­to­fa za­pro­po­no­wał pod­nie­sio­nym gło­sem, żeby ra­czej mu się po­ło­ży­li na ręcz­ni­ku albo po pro­stu na jego gło­wie, żeby mu, kur­wa, wpier­do­li­li jego ka­nap­ki, a dzie­ciak żeby się po­rzy­gał na jego ga­ze­ty! Ślą­za­cy od­da­li­li się bez sło­wa z prze­ra­że­niem w oczach i roz­ło­ży­li się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Krzysz­tof uśmiech­nął się z apro­ba­tą i po­ka­zał ko­le­dze unie­sio­ny kciuk, chu­da pan­na nie unio­sła na­wet gło­wy, tyl­ko opiasz­czo­ną sto­pą po­tar­ła czu­le łyd­kę swo­je­go pana, on klep­nął ją w ty­łek i mam­ro­cząc pod no­sem ja­kieś obe­lgi, wy­cią­gnął się na ręcz­ni­ku. Ma­rian­na, cho­ciaż ma­cho za­im­po­no­wał jej zde­cy­do­wa­niem, tro­chę ża­ło­wa­ła, że od­pę­dził tak bru­tal­nie dość sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­ją­cych lu­dzi. Ona w ta­kich wy­pad­kach czę­sto sama za­ga­dy­wa­ła do in­tru­zów, wda­wa­ła się w roz­mo­wy, w po­ka­zy­wa­nie so­bie wza­jem­nie zdjęć, czę­sto­wa­nie owo­ca­mi, a to dla Krzysz­to­fa było tor­tu­rą i po­wrót z pla­ży prze­mie­niał się w przy­krą kłót­nię.

Wła­ści­wie wszyst­kie ich zna­jo­mo­ści, któ­re po­tem za­mie­nia­ły się na­wet w wiel­kie przy­jaź­nie, za­czy­na­ły się od na­bur­mu­szo­nej nie­uf­no­ści Krzysz­to­fa. Bra­ło się to stąd, że on w grun­cie rze­czy był bar­dzo nie­śmia­ły, wręcz wsty­dli­wy, nie po­tra­fił roz­ma­wiać „o wszyst­kim i o ni­czym”, mu­siał ko­goś znać, wie­dzieć, czym się in­te­re­su­je, mieć z nim wspól­ny ję­zyk, wte­dy otwie­rał się, oka­zy­wał się roz­mow­nym, cie­ka­wym, sym­pa­tycz­nym, a na­wet dow­cip­nym go­spo­da­rzem lub go­ściem, w za­leż­no­ści od tego, gdzie spo­tka­nie mia­ło miej­sce.

A w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych za­czę­ło w War­sza­wie kwit­nąć ży­cie to­wa­rzy­skie. Względ­ny do­stęp do nie­spo­ty­ka­nych wcze­śniej dóbr, za­gra­nicz­nych al­ko­ho­li, cy­tru­sów, sło­dy­czy, lep­sze za­opa­trze­nie skle­pów, po­zo­ry otwar­cia się na świat dzię­ki wa­ka­cjom w Buł­ga­rii czy Ju­go­sła­wii, wszyst­ko to za­chę­ca­ło do or­ga­ni­zo­wa­nia spo­tkań w do­mach, co­raz bar­dziej war­tych po­chwa­le­nia się no­wy­mi me­bla­mi, do wy­ka­za­nia się ta­len­tem ku­li­nar­nym, po­ka­za­nia slaj­dów z po­dró­ży, po­czę­sto­wa­nia przy­wie­zio­nym z Wę­gier wi­nem egri bi­ka­ver, któ­re było wte­dy dla nich szczy­tem luk­su­su. Ich miesz­ka­nie nie było duże jak na stan­dar­dy przed­wo­jen­ne, ale Go­muł­ka i jego eks­per­ci, usta­la­ją­cy nor­my miesz­ka­nio­we w la­tach sześć­dzie­sią­tych, słyn­ne M2, M3, na­zwa­li­by ich po­ko­je sa­la­mi (nie my­lić z wło­ską wę­dli­ną!). Ob­szer­ne, a przede wszyst­kim wy­so­kie, o wiel­kich oknach i dwu­skrzy­dło­wych drzwiach, spra­wia­ły wra­że­nie więk­szych niż w rze­czy­wi­sto­ści i luk­su­so­wych. Es­te­tycz­ne kwa­li­fi­ka­cje Ma­rian­ny i za­mi­ło­wa­nie do pe­dan­te­rii Krzysz­to­fa za­owo­co­wa­ły pięk­ny­mi wnę­trza­mi, cho­ciaż nie mie­li cen­nych me­bli ani ob­ra­zów. Ma­rian­na do­sta­ła od ja­kiejś ciot­ki pięk­ną sy­pial­nię w sty­lu art déco, któ­rej jej dzie­ci po­zby­ły się ze wstrę­tem na rzecz mod­nych me­blo­ścia­nek. Krzysz­tof przy­wiózł z Kra­ko­wa parę ob­ra­zów po ro­dzi­cach, a ogól­ny kli­mat two­rzy­li oni sami swo­ją go­ścin­no­ścią, jego po­czu­ciem hu­mo­ru, za­pa­cha­mi jej kuch­ni już od pro­gu wi­ta­ją­cy­mi za­pro­szo­nych. Że po­tra­fi do­brze go­to­wać, w ogó­le kie­dyś nie wie­dzia­ła, po­ma­ga­ła nie­raz ma­mie czy bab­ci w kuch­ni, ale wte­dy mało ją to cie­ka­wi­ło, nie sta­ra­ła się za­pa­mię­ty­wać ich prze­pi­sów. Ja­koś prze­cież wcho­dzi­ło jej w krew i te­raz na­gle za­kwi­tło. Na ga­stro­no­micz­ny de­biut za­pro­si­ła swe­go pro­fe­so­ra z aka­de­mii, świet­ne­go, cho­ciaż tro­chę nie­do­ce­nia­ne­go ma­la­rza An­to­nie­go M., ko­ne­se­ra i sma­ko­sza, któ­ry wie­le jeź­dził po świe­cie, ale przed woj­ną, kie­dy to jesz­cze było nor­mal­ne. Pro­fe­sor su­ro­wo zre­cen­zo­wał każ­de da­nie, każ­dą po­tra­wę, ale jego kry­ty­ka nie była ja­ło­wa, lecz twór­cza, po­łą­czo­na z prak­tycz­nym szko­le­niem. Tego wie­czo­ru Ma­rian­na na­uczy­ła się go­to­wać ryż na syp­ko, a bia­łe wino po­da­wać schło­dzo­ne, pro­fe­sor na­to­miast po­chwa­lił smak Ma­rian­ny, po­nie­waż jej po­traw­ka cie­lę­ca w so­sie cy­try­no­wo-ko­per­ko­wym oka­za­ła się wy­bor­na.

W tym okre­sie zbli­ży­li się do trzech ko­le­gów ze stu­diów, któ­rzy w od­róż­nie­niu od Krzysz­to­fa pod­ję­li prak­ty­kę w swo­ich spe­cjal­no­ściach: Eu­ze­biusz w ga­stro­lo­gii, Ja­nu­ary w en­do­kry­no­lo­gii, a Wa­cław w chi­rur­gii na­czy­nio­wej, po­zna­li ich żony, dzie­ci w wie­ku ich wła­snych, a że wszy­scy miesz­ka­li na Żo­li­bo­rzu, za­czę­li u sie­bie by­wać. Wkrót­ce utwo­rzy­ło się kół­ko bli­skich przy­ja­ciół, do któ­re­go przy­łą­czył się jesz­cze je­den ich ró­wie­śnik i ko­le­ga ze stu­denc­kich cza­sów, Lu­dwik, re­ży­ser ope­ro­wy, po­sia­dacz pięk­nej wil­li i go­spo­dar­nej żony oraz pary ra­so­wych po­so­kow­ców, gdyż jego praw­dzi­wą pa­sją było my­śli­stwo. Dzię­ki temu wciąż byli za­pra­sza­ni na udźce, com­bry i pasz­te­ty świet­nie przy­rzą­dza­ne przez pa­nią Lu­dwi­ko­wą. Dziel­ny nem­rod miał jesz­cze jed­ną obok po­lo­wań pa­sję: zbie­ra­nie an­ty­ków. Ich dom wy­glą­dał jak wiel­ki an­ty­kwa­riat, a trze­ba przy­znać, że go­spo­darz miał wy­jąt­ko­wy smak i wie­dzę, więc nie uświad­czy­ło się tu żad­ne­go ki­czu ani fal­sy­fi­ka­tu. Zbie­rał ob­ra­zy i miał kil­ka świet­nych: parę ba­ro­ko­wych por­tre­tów ka­wa­le­rów mal­tań­skich wy­sza­bro­wa­nych kie­dyś z zam­ku jo­an­ni­tów w Son­nen­bur­gu (o czym świad­czył do­ku­ment na­le­pio­ny na od­wro­cie płót­na), a mimo to bez­czel­nie wsta­wio­nych do Desy i przez nią mu sprze­da­nych; świet­ny por­tret ofi­ce­ra w czer­wo­nym fe­zie i ga­lo­wym mun­du­rze ob­wie­szo­ne­go me­da­la­mi, z or­dy­nan­sem trzy­ma­ją­cym za uzdę pięk­ne­go ko­nia rasy arab­skiej, pod­pi­sa­ny na­zwi­skiem ma­la­rza Grand­champ (Lu­dwik wy­krył, że wy­bit­ne­go, po­sia­da­ją­ce­go na­wet osob­ne mu­zeum w Lo­zan­nie czy Ge­ne­wie) i datą – Ca­ire 1861. Dziw­ne było to, że w tle na­ma­lo­wa­na była pa­no­ra­ma nie Ka­iru, lecz Kon­stan­ty­no­po­la z cha­rak­te­ry­stycz­ną ko­pu­łą i mi­na­re­ta­mi me­cze­tu Ha­gia So­fia… Stop! – wspo­mnie­nia Ma­rian­ny, roz­wi­ja­ją­ce się jak nić ze szpul­ki, za­trzy­ma­ły się. „Nie mogę tak roz­pę­dzać pa­mię­ci, bo osza­le­ję! – skar­ci­ła sie­bie w du­chu. – Trze­ba przej­rzeć i upo­rząd­ko­wać pa­pie­ry, je­śli znaj­dzie się ja­kaś nie­do­pro­wa­dzo­na do koń­ca spra­wa, ja­kaś ko­re­spon­den­cja bez od­po­wie­dzi, będę mu­sia­ła to wszyst­ko po­za­ła­twiać”.

Ta per­spek­ty­wa po­waż­nie ją prze­ra­zi­ła. Biu­ro pro­wa­dził za­wsze Krzysz­tof, to on pil­no­wał fak­tur, on ob­słu­gi­wał kom­pu­ter i za­pro­wa­dził tam swo­je po­rząd­ki, on zaj­mo­wał się ko­re­spon­den­cją i roz­mo­wa­mi z klien­ta­mi w ob­cych ję­zy­kach, a nie dość, że miał ide­al­ny po­rzą­dek w pa­pie­rach i kom­pu­te­rze, to i nie­za­wod­ną pa­mięć. Nie mo­gła się na­dzi­wić, że ktoś taki, kto prze­strze­gał wszyst­kich ter­mi­nów płat­no­ści, czy­tał, ro­zu­miał i za­pa­mię­ty­wał prze­pi­sy urzę­do­we, nie jest w sta­nie za­pa­mię­tać dat po­pu­lar­nych imie­nin, kto się kie­dy i z kim roz­wiódł, jak się na­zy­wa­ją pań­stwo, któ­rym od­kło­ni­li­śmy się przed chwi­lą na uli­cy i skąd ich zna­my. Taką wie­dzę ona mia­ła wy­ku­tą na bla­chę i z tą wie­dzą te­raz zo­sta­ła, jak ze ster­tą zde­wa­lu­owa­nych bank­no­tów, za któ­re nie moż­na już nic ku­pić.

Wsu­nę­ła fo­to­gra­fie do ko­per­ty i odło­ży­ła ją do pu­dła. Wło­ży­ła nie­prze­ma­kal­ny płaszcz i wy­szła na po­dwó­rze, kie­ru­jąc się w stro­nę pól. Psy, Naj­ki i Czar­ny, bez żad­nej za­chę­ty wy­la­zły ze swo­ich bud i z ra­do­snym po­szcze­ki­wa­niem po­bie­gły przo­dem, mały He­niek szedł przy no­dze. W gło­wie Ma­rian­ny do­pie­ro w tej chwi­li za­pa­lił się wiel­ki, żół­ty neon: JE­STEM W DOMU.

Mi­nę­ła pi­ra­mi­dę, swo­ją dumę zbu­do­wa­ną nie­daw­no mimo pro­te­stów Krzysz­to­fa, któ­ry nie wie­rzył w jej rze­ko­mo lecz­ni­cze dzia­ła­nie i mó­wił, że ta­niej bę­dzie i na jed­no wyj­dzie zle­pić mi­nia­tu­ro­we pi­ra­mid­ki z kar­to­nu i przy­wią­zać ta­siem­ka­mi do głów, o czym z po­wa­gą prze­ko­ny­wał au­tor ar­ty­ku­łu w ja­kimś spe­cja­li­stycz­nym pi­sem­ku wy­da­wa­nym chy­ba przez cy­ni­ków dla ła­two­wier­nych ma­nia­ków. Kie­dy jed­nak pi­ra­mi­da po­wsta­ła, a on z grzecz­no­ści ule­gał en­tu­zja­stycz­nym na­mo­wom żony i wcho­dził tam na sa­kra­men­tal­ne dwa­dzie­ścia mi­nut, za­wsze po wyj­ściu twier­dził, że nic nie czu­je. Nie wie­dział, że Ma­rian­na szyb­ko od­kry­ła jego ta­jem­ni­cę: po pro­stu na­tych­miast tam za­sy­piał, więc cóż miał czuć? In­a­czej ona: kie­dy tam sie­dzia­ła na pod­wyż­sze­niu, w wy­god­nym fo­te­lu, słu­cha­jąc ci­chej mu­zy­ki albo na­gra­nych dźwię­ków na­tu­ry, fal mor­skich lub szu­mu wia­tru, wy­da­wa­ło się, że nie­mal wi­dzi stru­mień pę­dzą­ce­go pro­mie­nio­wa­nia ko­smicz­ne­go, któ­re prze­pły­wa przez jej mózg, zo­sta­wia­jąc w nim lecz­ni­cze cząst­ki ma­te­rii. Wy­cho­dzi­ła z pi­ra­mi­dy na­ła­do­wa­na ener­gią, ema­nu­ją­ca en­tu­zja­zmem i po­szu­ku­ją­ca dla nie­go uj­ścia. Za­sta­na­wia­ją­ce było to, że stad­ko jej kur za­wsze roz­pierz­cha­ło się wte­dy z pa­nicz­nym gda­ka­niem i ucie­ka­ło w krza­ki, gdy nor­mal­nie zla­ty­wa­ło się na jej wi­dok, wie­dząc, że za­wsze coś syp­nie. To ją tro­chę de­pry­mo­wa­ło, po­dob­nie jak wy­pad­ki za­słab­nię­cia, któ­re zda­rza­ły się go­ściom, tak że od cza­su, gdy me­ce­na­so­wa R. z Kra­ko­wa do­sta­ła tam ata­ku epi­lep­sji, za­wsze wy­sy­ła­ła któ­rąś z dziew­czyn z kuch­ni, aby czu­wa­ła nad bez­pie­czeń­stwem śmia­łych ama­to­rek „ko­smo­te­ra­pii”. Krzysz­to­fa nig­dy nie prze­ko­na­ły na­uko­we ar­gu­men­ty in­ży­nie­ra Mar­gło, któ­ry cho­ciaż tyl­ko pod­jął się bu­do­wy pi­ra­mi­dy jako ko­lej­ne­go za­da­nia fa­cho­we­go, tak się za­in­te­re­so­wał nie­ty­po­wym obiek­tem, że prze­stu­dio­wał całą li­te­ra­tu­rę przed­mio­tu i za­nu­dzał wszyst­kich swą wie­dzą, bę­dą­cą wsze­la­ko zbyt bli­sko za­bo­bo­nów. Krzysz­tof, ra­cjo­na­li­sta i uro­dzo­ny nie­do­wia­rek, mó­wił wte­dy: „Je­śli mi po­wie­cie, że w to po pro­stu wie­rzy­cie – w po­rząd­ku, nie w ta­kie bred­nie lu­dzie wie­rzą i na­wet jak za­cznie­cie się do niej mo­dlić, ob­cho­dząc ją w koło ze śpie­wem, sztan­da­ra­mi i z bi­ciem w bęb­ny, to niech bę­dzie, okay, rób­cie so­bie, co chce­cie, ale jak mi za­cznie­cie udo­wad­niać na­uko­wo, że to dzia­ła, zrób­cie naj­pierw ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­ne i to naj­le­piej na my­szach”. Przy­po­mnia­ła so­bie te­raz te spo­ry i ze­zło­ści­ła się zno­wu na Krzy­sia, ale na­tych­miast się zmi­ty­go­wa­ła i skar­ci­ła w du­chu: te­raz już nic w nim nie mo­gło jej zde­ner­wo­wać, te­raz musi mu za­wsze wy­ba­czać wszyst­ko.

Prze­szła koło Cze­ko­la­do­we­go Drze­wa, któ­re było swo­istą mia­rą cza­su. Co roku w wa­ka­cje ja­kieś dzie­ci, do­tąd z prze­ję­ciem i na­dzie­ją bie­gną­ce, aby w jego dziu­plach zna­leźć ła­ko­cie, prze­sta­wa­ły wie­rzyć, że zo­sta­wia­ją je tam kra­sno­lud­ki, i za­czy­na­ły stro­ić po­ro­zu­mie­waw­cze miny – znak, że do­ro­śle­ją. Mi­nę­ła ka­plicz­kę i uśmiech­nę­ła się na wspo­mnie­nie świę­ce­nia tu wiel­ka­noc­nych ko­szycz­ków i gra­so­wa­nia Ba­xte­ra, któ­ry na­uczył się pod­kra­dać dzie­ciom kieł­ba­sy ze świę­co­nek, i skrę­ci­ła w stro­nę al­ta­ny. Kie­dy do niej we­szła i za­to­czy­ła wzro­kiem po kra­jo­bra­zie, w któ­rym zna­ła każ­de drze­wo, każ­dą za­tocz­kę je­zio­ra, każ­dy łuk wzgó­rza, łzy po­la­ły się ciur­kiem po jej po­licz­kach. Ale stłu­mi­ła szloch i wy­tar­ła chu­s­tecz­ką oczy.

3.

Na­stęp­ne­go dnia Ma­rian­na umo­ści­ła się wy­god­nie w biu­rze z za­mia­rem sys­te­ma­tycz­ne­go przej­rze­nia za­nie­dba­nej przez ostat­nie wy­da­rze­nia ko­re­spon­den­cji, kie­dy za­dzwo­nio­no do bra­my. Unio­sła wzrok i zo­ba­czy­ła na mo­ni­to­rze do­mo­fo­nu twarz Kry­sty­ny, miesz­ka­ją­cej nie­da­le­ko są­siad­ki. Tłu­miąc wes­tchnie­nie re­zy­gna­cji, pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– Otwie­ram, Kry­siu! Wjeż­dżaj!

W słu­chaw­ce ostro za­skrze­czał znie­kształ­co­ny głos przy­ja­ciół­ki:

– Wja­dę, ale tyl­ko po to, żeby cię za­brać, ubie­raj się!

– Gdzie za­brać? – za­py­ta­ła lek­ko prze­ra­żo­na Ma­rian­na, ale Kry­sty­na już od­cho­dzi­ła od do­mo­fo­nu i wbi­ja­ła się w sie­dze­nie swo­je­go auta. Ener­gicz­ne ru­chy nie po­zo­sta­wia­ły złu­dzeń co do zde­cy­do­wa­nia go­ścia.

Ma­rian­na po­słusz­nie na­ci­snę­ła kla­wisz, bra­ma za­czę­ła się od­su­wać.

Kry­sty­na po­ja­wi­ła się w ży­ciu Ma­rian­ny, a ści­ślej ro­dzi­na Wier­czyń­skich po­ja­wi­ła się w pen­sjo­na­cie Ka­li­now­skich, bli­sko dzie­sięć lat wcze­śniej, naj­pierw re­pre­zen­to­wa­na przez mło­de po­ko­le­nie, to zna­czy przez ich cór­kę i zię­cia, ró­wie­śni­ka i ko­le­gę Jac­ka ze szko­ły na Żo­li­bo­rzu, w któ­rej obaj cie­szy­li się sła­wą an­cy­mon­ków: Ja­cuś, czo­ło­wy cza­ruś i play­boy, a Pa­weł roz­ra­biacz i bo­isko­wy za­bi­ja­ka. Obu sta­le gro­zi­ło re­le­go­wa­nie z po­rząd­nej szko­ły przy par­ku na Cy­ta­de­li do osła­wio­nej „Sor­bo­ny” po dru­giej stro­nie pla­cu In­wa­li­dów, zbio­ro­wi­ska wszyst­kich wy­wa­lo­nych ze szkół ca­łej War­sza­wy. Że do tego nie do­szło, dwaj mło­dzień­cy za­wdzię­cza­li swo­im ta­tu­siom: pan pro­fe­sor Ka­li­now­ski ro­bił wra­że­nie na pani po­lo­ni­st­ce, wy­cho­waw­czy­ni, któ­ra przez nie­go grze­szy­ła, my­śląc o nim na­wet w ra­mio­nach swe­go już tro­chę nud­ne­go męża, o co po­tem wy­py­ty­wał ją spo­wied­nik ze szcze­gó­ło­wą wni­kli­wo­ścią sek­su­olo­ga, a oj­ciec Paw­ła był zna­nym ad­wo­ka­tem, obroń­cą w gło­śnych pro­ce­sach po­li­tycz­nych, co z ko­lei od­stra­sza­ło dy­rek­tor­kę szko­ły, może dla­te­go, że była par­tyj­na, a od sta­nu wo­jen­ne­go w sze­re­gach par­tii za­czę­ło się sze­rzyć pod­skór­ne drże­nie nie­po­ko­ju o nad­cho­dzą­cą przy­szłość.

Pa­weł i jego mło­da żona, de domo Wier­czyń­ska, ucie­kli na je­den week­end z War­sza­wy, zo­sta­wia­jąc swo­ją kil­ku­mie­sięcz­ną có­recz­kę dziad­kom. Tra­fi­li na je­den z tych dni na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka, kie­dy słoń­ce świe­ci z me­lan­cho­lij­ną do­bro­tli­wo­ścią, w po­wie­trzu uno­szą się srebr­ne nit­ki ba­bie­go lata, a drze­wa na prze­ciw­le­głym brze­gu je­zio­ra pre­zen­tu­ją całą gamę zie­le­ni, żół­ci, brą­zów i zło­ta. Przy­je­cha­li póź­nym wie­czo­rem, szyb­ko zje­dli ko­la­cję i za­mknę­li się w swo­im apar­ta­men­cie, gdzie w ogrom­nym ho­len­der­skim łożu, wy­pa­trzo­nym przez Ma­rian­nę na tar­gu sta­ro­ci w Ełku, dali upust tłu­mio­nym przez mie­sią­ce gło­śnym kan­ta­tom, psal­mom, ariom, du­etom a na­wet re­ci­ta­ti­vom na cześć Ero­sa, ich Pana.

Na­za­jutrz, je­dząc śnia­da­nie na we­ran­dzie, pa­trzy­li onie­mia­li, lek­ko pod­puch­nię­ty­mi po nocy oczy­ma na ten spek­takl cu­dów, któ­ry wiel­ko­dusz­nie za­fun­do­wa­ła im na po­wi­ta­nie na­tu­ra. Wte­dy jed­no­cze­śnie pod­ję­li de­cy­zję, że mu­szą tu za­miesz­kać, że mu­szą so­bie tu coś zna­leźć. Pa­weł, któ­ry po­szedł w śla­dy ojca i stał się wzię­tym i bar­dzo sku­tecz­nym no­ta­riu­szem, spe­cja­li­zu­ją­cym się w ob­słu­dze wiel­kich kon­cer­nów mię­dzy­na­ro­do­wych, zdą­żył już odło­żyć tro­chę oszczęd­no­ści, jego żona Ewa, je­dy­nacz­ka, oczko w gło­wie za­moż­nych ro­dzi­ców (pro­du­ko­wa­li tyl­ko je­den pro­sty wy­rób: kap­sle do bu­te­lek, ale za­opa­try­wa­li po­ło­wę bro­wa­rów w Eu­ro­pie), też mo­gła być pew­na, że ich na to stać, po­zo­sta­wa­ło tyl­ko do­wie­dzieć się, jak szu­kać i jak zna­leźć. Je­śli cho­dzi o do­radz­two w kwe­stii zna­le­zie­nia od­po­wied­nie­go miej­sca do osie­dle­nia się, chy­ba na ca­łych Ma­zu­rach nie było bar­dziej kom­pe­tent­nej oso­by od Ma­rian­ny. Oni jesz­cze tego nie wie­dzie­li, nie mia­ło to jed­nak zna­cze­nia – ona wie­dzia­ła. Mia­ła zresz­tą nie­ma­łe do­świad­cze­nie, uda­ło się jej na­mó­wić już kil­ka ro­dzin z War­sza­wy, któ­re coś tu ku­pi­ły, za­czę­ły re­mon­to­wać lub bu­do­wać, wra­stać w tu­tej­sze kli­ma­ty.

Przy­szła na we­ran­dę, aby swo­im zwy­cza­jem obejść sto­li­ki i za­py­tać, czy go­ściom cze­goś nie bra­ku­je, i kie­dy po­de­szła do Ewy i Paw­ła, już po ich mi­nach zo­rien­to­wa­ła się, że wpa­dli.

– Po­do­ba wam się tu? – za­py­ta­ła. – Pew­nie mnie za­py­ta­cie, czy nie ma tu cze­goś do ku­pie­nia?

Tro­chę po­nad pół roku