Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siedlisko - Janusz Majewski

Trzynaście lat po nakręceniu serialu Janusz Majewski spisał tę historię w książce. Zrobił to dla Niej i dla Jej ukochanych Mazur, które wybrała sobie kiedyś na nowe życie. Nie doczekała premiery, odeszła 3 października 2011 roku. Dokąd, wie każdy kto Ją znał.

Opinie o ebooku Siedlisko - Janusz Majewski

Fragment ebooka Siedlisko - Janusz Majewski

Script co­py­ri­ght © by Wan­da Ma­jer-Pie­tra­szak, Zo­fia Na­sie­row­ska-Ma­jew­ska, Ja­nusz Ma­jew­ski 1999

No­vel co­py­ri­ght © by Ja­nusz Ma­jew­ski 2011

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Zosi, gdzie­kol­wiek jest…

1.

Lot­nia krą­ży­ła po nie­bie wol­no, ci­cho i ma­je­sta­tycz­nie, jak dra­pież­ny ptak nie­ubła­ga­nie wy­pa­tru­ją­cy gry­zo­ni na za­ora­nym polu. Wi­dzia­ny z góry pięk­ny kra­jo­braz ma­zur­ski w sło­necz­ny, je­sien­ny dzień na prze­ło­mie wrze­śnia i paź­dzier­ni­ka za­chwy­cał lot­nia­rza tak, że po­na­wiał on spi­ra­le lotu, kon­tem­plu­jąc wszyst­kie od­cie­nie ga­sną­cej zie­le­ni, żół­ci, czer­wie­ni i zło­ta na ko­ro­nach drzew, błę­kit i sre­bro na ta­flach je­zior, w przej­rzy­stym jak krysz­tał, zim­nym po­wie­trzu. Roz­my­ślał w unie­sie­niu, że z tego dy­stan­su wszyst­ko zy­sku­je wy­raz od­wiecz­ny, że gdy­by za­wisł nad tą zie­mią na wie­ki, pod jego sto­pa­mi prze­su­wa­ły­by się ludz­kie po­ko­le­nia, na­ro­dy sta­cza­ły­by mię­dzy sobą woj­ny, lu­dzie ro­dzi­li­by się, mie­rzy­li­by z lo­sem, umie­ra­li i roz­sy­py­wa­li w proch, a te wzgó­rza, je­zio­ra i lasy trwa­ły­by nie­wzru­szo­ne, obo­jęt­ne na wszyst­ko, wy­nio­słe i pew­ne sie­bie.

Dro­gą dru­giej czy na­wet trze­ciej kla­sy je­chał mały bia­ły samo­chód, ostat­ni mo­del prze­sta­rza­łej mar­ki 126p, zbyt piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­ny ma­lu­chem. Lot­niarz pro­wa­dził go przez chwi­lę wzro­kiem, aż po­jazd znik­nął za za­krę­tem.

Auto za­trzy­ma­ło się na po­bo­czu.

Od stro­ny kie­row­cy wy­siadł Krzysz­tof i szyb­ko od­da­lił się w krza­ki. Ma­rian­na wy­gra­mo­li­ła się z sie­dze­nia pa­sa­że­ra. Była nie­sta­rą jesz­cze i nie­brzyd­ką ko­bie­tą, lecz dość pulch­ną i tro­chę za­nie­dba­ną. Roz­ło­ży­ła na ma­sce mapę, po­chy­li­ła się nad nią i po­szu­ki­wa­ła cze­goś uważ­nie, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sza­le­ją­ce w le­sie ha­ła­śli­we roz­mo­wy pta­ków. Na­gle ode­rwa­ła się od mapy. Z tru­dem wy­pro­sto­wa­ła obo­la­ły grzbiet. Spoj­rza­ła w stro­nę lasu.

– O Boże! – wzdry­gnę­ła się prze­stra­szo­na.

Przed nią stał sta­ry bied­nie ubra­ny męż­czy­zna. Spod znisz­czo­ne­go ka­pe­lu­sza wy­ła­nia­ła się nie­ogo­lo­na i po­marsz­czo­na twarz bez wy­ra­zu. Dło­nie opie­rał o kij.

– Po­chwa­lo­ny – ode­zwał się, nie uchy­la­jąc ka­pe­lu­sza.

– Prze­stra­szył mnie pan… – po­wie­dzia­ła na­iw­nie Ma­rian­na i rzu­ci­ła szyb­kie spoj­rze­nie w kie­run­ku drzew po dru­giej stro­nie szo­sy, gdzie znik­nął mąż. Sta­rzec mil­czał w bez­ru­chu, co ją de­pry­mo­wa­ło. Uśmie­cha­ła się, nad­ra­bia­jąc miną.

– Pan tu­tej­szy?

– A ona kto? – za­py­tał sta­ry.

– Szu­kam dro­gi do Pa­ni­stru­gi. Tro­chę się zgu­bi­łam… – Za­śmia­ła się nie­pew­nie. – Ostat­ni raz by­łam tu na wa­ka­cjach pra­wie czter­dzie­ści lat temu. Wszyst­ko się po­zmie­nia­ło, Ta­kie wiel­kie lasy te­raz…

Nie­ru­cho­ma do­tąd twarz sta­re­go czło­wie­ka oży­wi­ła się nag­le, tak jak­by do­strzegł coś, co go po­ru­szy­ło. Ma­rian­na przyj­rza­ła się bacz­niej sta­re­mu.

– Drze­wa nie sto­ją w miej­scu – po­wie­dział wol­no, ale bar­dziej do sie­bie niż do niej.

Po­pa­trzy­ła na nie­go z uśmie­chem, spodo­ba­ło jej się to zda­nie.

– Idą w górę i w sie­bie – do­dał sta­ry i lek­ko od­chy­lił gło­wę, pa­trząc na prze­ciw­le­głą ścia­nę lasu.

Po­dą­ży­ła za jego wzro­kiem i z ulgą stwier­dzi­ła, że nad­cho­dzi mąż, nie spie­sząc się, nio­sąc ja­kieś grzy­by.

– Krzy­siu… wła­śnie roz­ma­wia­my so­bie z pa­nem, bo może mógł­by nam…

– Dzień do­bry – Krzysz­tof rzu­cił nie­uf­nie.

– Dzień do­bry, ale one nie­do­bre. – Sta­ry wska­zał grzy­by wy­cią­gnię­tą la­ską. – Nie­zja­dli­we. I nie ta pora.

Krzysz­tof nie­dba­le wy­rzu­cił grzy­by do rowu i od­parł nie­co wy­nio­śle:

– Oczy­wi­ście. Wiem.

– Ślicz­ne – rzu­ci­ła Ma­rian­na, pa­trząc na kęp­kę po­skrę­ca­nych mar­nych grzyb­ków. – Ale szko­da. Ta­kie też po­trzeb­ne ściół­ce…

Krzysz­tof skrzy­wił się, wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du.

– Szko­da jest taka, dro­ga Ma­rian­no, że nie wiesz, jak tra­fić do tej cho­ler­nej pani ja­kiejś tam…

– Pa­ni­stru­gi… – uzu­peł­ni­ła i nie­pew­nie uśmiech­nę­ła się do sie­bie. Ze­bra­ła mapę z ma­ski sa­mo­cho­du, sły­sząc nie­cier­pli­we pu­ka­nie w szy­bę i po­na­gla­nie.

– Pa­ni­stru­ga?! Pani stru­ga so­bie ze mnie wa­ria­ta i to od mo­men­tu, kie­dy wsie­dli­śmy do tego gra­ta w War­sza­wie – iro­ni­zo­wał. – Wie pan – wy­chy­lił się przez okien­ko, mó­wiąc do sta­re­go czło­wie­ka – nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że to jest sa­mo­chód! Da pan wia­rę? Po­waż­nie twier­dzą, że to jest sa­mo­chód!

– Daj spo­kój, Krzy­siu… – Ma­rian­na usi­ło­wa­ła zba­ga­te­li­zo­wać i za­tu­szo­wać nie­sto­sow­ność tych żar­ci­ków, gdyż wy­da­wa­ło się jej, że sta­ry czło­wiek przyj­mu­je je jako aro­gan­cję wy­mie­rzo­ną w sie­bie. Wsty­dzi­ła się głup­ko­wa­tej zgryź­li­wo­ści męża i tego ca­łe­go po­ka­zu py­chy.

Ale sta­ry pu­ścił wszyst­ko mimo uszu.

– Jedź­cie pro­sto, za prze­jaz­dem w pra­wo – rzekł spo­koj­nie, wręcz fleg­ma­tycz­nie.

– Dzię­ku­ję panu – Ma­rian­na uśmiech­nę­ła się z wdzięcz­no­ścią – bar­dzo dzię­ku­ję.

– A to do kogo? – spy­tał sta­ry bez­na­mięt­nie.

– Do Róży Ka­pli… – za­czę­ła Ma­rian­na, ale za­raz po­pra­wi­ła: – Do go­spo­dar­stwa Róży Ka­pli…

– Aha – sta­ry schy­lił się po wiąz­kę chru­stu – zmar­ło się jej…

Od­wró­cił się i ru­szył w głąb lasu. Pa­trzy­ła za nim przez chwi­lę.

– Wiem… – szep­nę­ła i wsia­dła do sa­mo­cho­du.

Krzysz­tof za­zgrzy­tał skrzy­nią bie­gów i ru­szył.

– Głod­ny je­stem – rzu­cił nie­chęt­nie.

– Dam ci ka­nap­kę – po­wie­dzia­ła gor­li­wie, to­nem świad­czą­cym, że już to pro­po­no­wa­ła, i to pew­nie nie­je­den raz.

– Nie będę tu kru­szył – wark­nął – może tra­fi­my wresz­cie na ja­kiś cho­ler­ny za­jazd. Ka­pi­ta­lizm na to za­du­pie nie do­tarł?

Ma­rian­na nie pod­ję­ła te­ma­tu, co tym bar­dziej spro­wo­ko­wa­ło go do na­stęp­nej gder­li­wej wy­po­wie­dzi:

– Mo­gli­śmy zjeść w Ełku. Mó­wi­łem: no­ta­riusz, obiad, po­tem zna­leź­li­by­śmy ja­kąś agen­cję, zgło­si­li­by­śmy to całe go­spo­dar­stwo do sprze­da­ży i wró­ci­li­by­śmy do War­sza­wy. Ale ty się upar­łaś i te­raz tłu­cze­my się jak głup­cy. Pchać się w tę głu­szę, przez ja­kieś bab­skie sen­ty­men­ty… Po dia­bła mi to było… Mam tyle ro­bo­ty: mu­szę na­pi­sać re­cen­zję do prze­wo­du jed­ne­go ba­ra­na, któ­ry po­sta­no­wił po­więk­szyć sta­do dok­to­ran­tów, pra­ce z ko­lo­kwium leżą nie­prze­czy­ta­ne…

– Pro­szę cię… – po­wie­dzia­ła ci­cho i na­gle krzyk­nę­ła: – Jest! Jest prze­jazd. I za nim w pra­wo. No!

– Cze­go się spo­dzie­wasz? – za­py­tał chłod­no po chwi­li.

– Nie wiem… Może sie­bie sprzed lat… – uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie.

– O, Boże… – wes­tchnął, a wła­ści­wie jęk­nął, iro­nicz­nie dy­stan­su­jąc się od jej sen­ty­men­tal­ne­go na­stro­ju.

Wje­chał w dro­gę do lasu i zwol­nił, sta­ra­jąc się omi­jać wy­bo­je i dziu­ry.

– Cho­le­ra ja­sna, jak nic roz­wa­lę tego pie­przo­ne­go gra­ta. Pój­dą amor­ty­za­to­ry… – mam­ro­tał wście­kle. Ona nie od­zy­wa­ła się, ob­rzu­ci­ła go tyl­ko smut­nym, zre­zy­gno­wa­nym spoj­rze­niem, a w du­chu po­my­śla­ła: An­dro­pau­za, ohy­da…

Dro­ga skoń­czy­ła się na brze­gu je­zio­ra, w lewo i w pra­wo pro­wa­dzi­ły już tyl­ko od­no­gi węż­sze i nie­utwar­dzo­ne. Sa­mo­chód sta­nął. Ro­zej­rze­li się nie­pew­nie, ale nie wi­dać było ży­we­go du­cha, nie mie­li kogo za­py­tać.

– Ja bym po­je­cha­ła w pra­wo…

– Moż­na wie­dzieć, dla­cze­go w pra­wo? W lewo też jest dro­ga.

– Nie wiem do­kład­nie dla­cze­go, ale po pro­stu coś mi szep­cze do ucha, że w pra­wo.

– Do pra­we­go ucha? – za­szy­dził.

– Nie, do le­we­go – od­par­ła z na­iw­ną pro­sto­tą.

Krzysz­tof udał, że za­marł. Ode­grał sta­ran­nie pa­ro­dię: chwi­lę pa­trzył przed sie­bie, po­tem wol­no od­wró­cił się do Ma­rian­ny i rzekł ci­cho, prze­sad­nie ak­cen­tu­jąc po­dziw:

– Prze­ko­na­łaś mnie, wy­obraź so­bie…

Auto, po­słusz­ne kie­row­cy, jak­by świa­do­mie bra­ło udział w tej de­mon­stra­cji, ru­szy­ło w pra­wo i wje­cha­ło w wą­ską dro­gę pro­wa­dzą­cą wzdłuż brze­gu je­zio­ra, moc­no ocie­nio­ną drze­wa­mi two­rzą­cy­mi ma­low­ni­czą ale­ję. Po pra­wej stro­nie dro­gi, za za­nie­dba­ny­mi pło­ta­mi lub nad­we­rę­żo­ny­mi mu­ra­mi z ka­mie­ni po­lnych, cią­gnę­ły się go­spo­dar­stwa. Same domy były ra­czej bied­ne i brzyd­kie, zwra­ca­ła na­to­miast uwa­gę wy­jąt­ko­wa uro­da bu­dyn­ków go­spo­dar­skich: sta­jen, obór i sto­dół. Prze­waż­nie mu­ro­wa­ne z czer­wo­nej fu­go­wa­nej ce­gły, mia­ły pięk­nie skle­pio­ne otwo­ry ma­łych, jak­by strzel­ni­czych okie­nek i sze­ro­kich wrót. Inne po­sta­wio­no z ka­mie­nia, łą­czo­ne­go z gru­by­mi ba­la­mi drew­na. Krzysz­tof przy­glą­dał się im z za­chwy­tem, za­po­mi­na­jąc na chwi­lę o swo­im roz­draż­nie­niu.

– Spójrz, z jaką sta­ran­no­ścią, dba­ło­ścią o pięk­ny de­tal, wręcz z wi­docz­ną mi­ło­ścią oni to kie­dyś bu­do­wa­li!

– Wła­śnie. Po pro­stu z mi­ło­ścią – zgo­dzi­ła się Ma­rian­na.

– To na­to­miast chy­ba dziec­ko nie­na­wi­ści. – Wska­zał na nie­ukoń­czo­ną jesz­cze obór­kę z blocz­ków ce­men­to­wych, nie­chluj­nie, krzy­wo uło­żo­nych, za­chla­pa­nych za­pra­wą z gli­ny. – Roz­pacz­li­wej nie­na­wi­ści do par­szy­we­go, za­pi­ja­czo­ne­go, ob­mier­z­łe­go i bez­na­dziej­ne­go ży­cia…

– A może ra­czej wy­ro­sło to z bie­dy i za­co­fa­nia?

– Co ich, rzecz oczy­wi­sta, w two­ich mi­ło­sier­nych, wy­ro­zu­mia­łych oczach roz­grze­sza, praw­da? – za­py­tał za­czep­nie Krzysz­tof.

Nie dała się spro­wo­ko­wać, do­strze­gła ta­blicz­kę nad bra­mą mi­ja­ne­go domu: „Pa­ni­stru­ga 5” .

– To sie­dem bę­dzie na­stęp­ny.

Tym­cza­sem na­stęp­ny dom jesz­cze się nie po­ka­zał. Dro­ga naj­pierw wzno­si­ła się lek­ko w górę, po­ja­wił się na niej bruk, a po­tem za­czę­ła dość stro­mo opa­dać w dół, za­mie­ni­ła się w po­lną, wy­bo­istą, z głę­bo­ki­mi ko­le­ina­mi. Po pra­wej stro­nie zo­ba­czy­li na­syp ko­le­jo­wy z jed­nym tyl­ko to­rem, za­krę­ca­ją­cy ła­god­nym łu­kiem wzdłuż brze­gu je­zio­ra, któ­re wrzy­na­ło się tu, two­rząc małą za­to­kę, a bu­dow­ni­czych ko­lei zmu­si­ło kie­dyś do po­sta­wie­nia ka­mien­ne­go wia­duk­tu. Pra­wie tuż przy nim stał dom, cał­ko­wi­cie od­izo­lo­wa­ny od są­sia­dów, wręcz od ca­łe­go świa­ta. Ro­bi­ło to wra­że­nie za­cisz­no­ści i przy­tul­no­ści, cho­ciaż sam bu­dy­nek wy­da­wał się za­nie­dba­ny i opusz­czo­ny, a przede wszyst­kim nie­szcze­gól­nie pięk­ny. Je­dy­nie czte­ry wy­so­kie, wy­smu­kłe tuje oka­la­ją­ce fron­to­wy ga­ne­czek, a ra­czej jego reszt­ki, do­da­wa­ły do­mo­wi szla­chet­no­ści. Bra­ma wjaz­do­wa wi­sia­ła na jed­nym za­wia­sie, ale była bar­dzo sze­ro­ko, go­ścin­nie otwar­ta.

Wje­cha­li na po­dwó­rze za do­mem oto­czo­ne spo­ry­mi bu­dyn­ka­mi go­spo­dar­czy­mi i za­trzy­ma­li się na środ­ku w wy­so­kiej, su­chej, daw­no nie­ko­szo­nej tra­wie, po­tę­gu­ją­cej wra­że­nie opusz­cze­nia. Ma­rian­na po­wo­li otwo­rzy­ła drzwicz­ki i wy­sia­dła pierw­sza. Od razu wdep­nę­ła w kro­wi pla­cek.

– To na szczę­ście – szep­nę­ła, sta­ra­jąc się oczy­ścić po­de­szwę.

Ro­zej­rza­ła się – nig­dzie nie było wi­dać ni­ko­go, ale za­uwa­ży­ła, że z ko­mi­na domu idzie dym.

– Trze­ba zaj­rzeć do środ­ka – po­wie­dzia­ła do Krzysz­to­fa, któ­ry też wy­siadł.

On jed­nak stał bez ru­chu, opar­ty o drzwi sa­mo­cho­du, i scep­tycz­nie przy­pa­try­wał się oto­cze­niu. Mar­nie wi­dział szan­sę sprze­da­nia ta­kie­go domu, a je­śli już, to za nie­wiel­ką cenę. Na do­brą spra­wę na­le­ża­ło­by go zbu­rzyć i po­sta­wić nowy, bo samo po­ło­że­nie nie­ru­cho­mo­ści było bez­sprzecz­nie atrak­cyj­ne. Tro­chę pod­nie­sio­ny na du­chu po­sta­no­wił zwró­cić na to uwa­gę agen­cji.

Na­gle z obór­ki wy­szedł mło­dy drob­ny chło­pak z wia­drem mle­ka. Za­sko­czo­ny ich obec­no­ścią po­sta­wił je na zie­mi i pa­trzył wy­cze­ku­ją­co.

– Dzień do­bry. – Ma­rian­na ru­szy­ła w jego kie­run­ku. Wy­ciąg­nęła rękę na po­wi­ta­nie. On szyb­ko wy­tarł dłoń o swe­ter, po­dał ją nie­zręcz­nie, uśmie­cha­jąc się sym­pa­tycz­nie i prze­pra­sza­ją­co.

– O, prze­pra­szam… ręka brud­na z ro­bo­ty. A to z War­sza­wy przy­je­cha­li. Pani to sio­strze­ni­ca pani Róży. Cze­ka­li­śmy. Ja z mamą to naj­bliż­si są­sie­dzi. Cały czas po­ma­ga­li­śmy pani na­uczy­ciel­ce… jesz­cze jak żył świę­tej pa­mię­ci nie­bosz­czyk mąż. A po­tem to już jej sa­mej… niech jej zie­mia lek­ką bę­dzie. Amen.

Przy­wi­tał się z Krzysz­to­fem.

– To mój mąż – uśmiech­nę­ła się Ma­rian­na.

– A ja je­stem Jó­zek. Do­brze, że są. Cze­ka­li­śmy. Ja żem właś­nie kro­wi­nę pani Róży przy­pro­wa­dził dla pań­stwa, bo tak to u nas sta­ła.

– Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie, bo prze­cież my tyl­ko na je­den dzień – rzu­cił Krzysz­tof, ale to­nem uprzej­mym, kon­wer­sa­cyj­nym.

– Tak? A czy to war­to tak na je­den dzień gdzieś jeź­dzić? – zdzi­wił się do­bro­dusz­nie chło­pak. – Pro­szę do domu, pro­szę…

Ru­szył, wska­zu­jąc dro­gę. U stóp schod­ków pro­wa­dzą­cych do drzwi wej­ścio­wych za­wo­łał:

– Ma­mu­sia?! – i za­raz ob­ró­cił się do nich: – Niech wcho­dzą, bo ma­mu­sia źle sły­szy.

Ma­rian­na ru­szy­ła pierw­sza, Krzysz­tof za nią. Za­nim na­ci­snę­ła klam­kę, od­wró­ci­ła się do męża, bez sło­wa skie­ro­wa­ła pa­lec na sie­bie, a po­tem dło­nią po­ka­za­ła, ja­kie­go była wzro­stu. Wzru­szy­ło ją to wy­raź­nie – on wzru­szył ra­mio­na­mi. Po­ło­żył jej rękę na ple­cach i lek­ko po­pchnął, ro­biąc cier­pięt­ni­czą minę.

Star­sza, za­żyw­na ko­bie­ta, w cia­sno za­wią­za­nej na gło­wie chu­st­ce, od­wró­ci­ła się od kuch­ni i spoj­rza­ła na wcho­dzą­cych z uśmie­chem:

– To ja te­le­fo­no­wa­łam – oznaj­mi­ła. – A pa­nią to bym na­wet na uli­cy po­zna­ła, taka pani po­dob­na…

– Za­wsze wszy­scy mi to mó­wi­li, że bar­dziej w cio­cię niż w ma­mu­się się wda­łam… – po­wie­dzia­ła Ma­rian­na to­nem tro­chę na­zbyt fa­mi­liar­nym i wy­cią­gnę­ła rękę.

Ko­bie­ta szyb­ko wy­tar­ła dłoń o far­tuch i tro­chę nie­zręcz­nie ją po­da­ła.

– He­le­na je­stem.

Krzysz­tof za­wa­hał się na uła­mek se­kun­dy, czy ma się przy­wi­tać, czy tyl­ko skło­nić, ale w koń­cu też po­dał jej rękę.

– Ka­li­now­ski – mruk­nął.

– Pań­stwo pew­nie głod­ni, z dro­gi? Ja tu wła­śnie koń­czę… – Za­krę­ci­ła się i z wpra­wą coś prze­sta­wi­ła na roz­grza­nym bla­cie ka­flo­wej kuch­ni.

Krzysz­tof się oży­wił.

– Nie ukry­wam, że je­stem głod­ny. Bo moja żona to ukry­wa!

He­le­na ro­ze­śmia­ła się z sym­pa­tią, mru­gnę­ła okiem i po­wie­dzia­ła do Krzysz­to­fa kon­fi­den­cjo­nal­nie:

– Za­raz się przy­zna! Może pań­stwo obej­rzą so­bie dom, a ja za chwil­kę za­wo­łam na po­si­łek…

W domu było czy­sto i schlud­nie. Krzysz­tof sie­dział opar­ty wy­god­nie na sta­rej plu­szo­wej ka­na­pie, Ma­rian­na przy­cup­nę­ła na roz­chwie­ru­ta­nym krze­seł­ku przy ko­mo­dzie, na któ­rej sta­ły fo­to­gra­fie, bu­kiet su­chych kwia­tów, dro­bia­zgi świad­czą­ce o do­brym sma­ku zmar­łej. Sta­re ład­ne me­ble, na ścia­nach parę po­ciem­nia­łych ob­ra­zów, opra­wio­ny ry­su­nek zro­bio­ny ręką dziec­ka. Ma­rian­na pa­trzy­ła na trzy­ma­ną w ręku fo­to­gra­fię.

– Mama… była star­sza od Róży ­– mó­wi­ła ci­cho. – A tu… jaki za­baw­ny… wuj Bro­nek.

Od­sta­wi­ła fo­to­gra­fię, się­gnę­ła po inną w ozdob­nej ram­ce. Przy­glą­da­ła się jej w mil­cze­niu. Za­cho­dzą­ce słoń­ce wspa­nia­le oświe­tla­ło wnę­trze przez spra­ne, nie­co po­dar­te ko­ron­ko­we fi­ran­ki.

Ma­rian­na spoj­rza­ła na męża.

– To ja. Nie pa­mię­tam, kie­dy coś ta­kie­go… – Od­wró­ci­ła się w stro­nę okna i znie­ru­cho­mia­ła.

– Sły­szysz? – za­py­ta­ła po chwi­li.

– Co?

– Jaka ci­sza…

W głę­bi domu skrzyp­nę­ły drzwi, usły­sze­li kro­ki i ci­che nie­wy­raź­ne gło­sy. Krzysz­tof ziew­nął, sta­ra­jąc się to ukryć.

– To przez to po­wie­trze… – uspra­wie­dli­wił się.

– Za­no­cuj­my tu – po­pro­si­ła. – Do me­ce­na­sa pój­dzie­my ju­tro rano i szyb­ko wy­je­dzie­my. Prze­cież te­raz za­śniesz za kie­row­ni­cą.

– Może masz ra­cję… – mruk­nął zre­zy­gno­wa­ny, a w grun­cie rze­czy za­do­wo­lo­ny. Po­wie­ki mu się kle­iły.

Ma­rian­na sia­dła obok męża, po­da­jąc mu fo­to­gra­fię, on par­sk­nął śmiesz­kiem.

– Wstrzą­sa­ją­ce! – wy­krzyk­nę­ła na­gle.

Za­trzy­ma­ła się przed opra­wio­nym, wi­szą­cym na ścia­nie ry­sun­kiem. Ro­ze­śmia­ła się.

– Jak my­ślisz, czy­je to dzie­ło?

– Two­je? – za­py­tał Krzysz­tof i pod­szedł bli­żej.

– Tak.

– Po­zna­ję two­ją kre­skę – za­żar­to­wał – nie­by­wa­łe.

– To zna­czy, że w ogó­le się nie roz­wi­nę­łam od tam­te­go cza­su…

– Po­win­naś to do­łą­czyć do swo­jej je­sien­nej wy­sta­wy.

Ro­ze­śmia­li się obo­je, chy­ba pierw­szy raz od dłuż­sze­go cza­su zro­bi­li coś w zgo­dzie. Ma­rian­na spoj­rza­ła jesz­cze raz na ry­su­nek i po­wio­dła wzro­kiem po po­ko­ju: pięk­ne mał­żeń­skie łoże z górą po­du­szek i kapą, szaf­ka, na niej oku­la­ry, sta­ra książ­ka do na­bo­żeń­stwa, ja­kieś prosz­ki, bu­te­lecz­ki le­karstw. Na sto­le spra­na ser­we­ta, szkla­ny fla­kon, w nim su­chy bu­kiet. Obok an­tycz­ny ze­ga­rek, „ce­bu­la” z łań­cusz­kiem, i por­ce­la­no­wy ta­le­rzyk z no­ży­kiem do owo­ców. Coś, cze­go moż­na do­tknąć de­li­kat­nie, koń­ca­mi pal­ców. Na ścia­nie rzeź­bio­ny, drew­nia­ny ze­gar. Nie­ru­cho­my, a wy­glą­dał, jak­by ty­kał ci­chut­ko. Na opar­ciu fo­te­la prze­rzu­co­na, ręcz­nie ro­bio­na szy­deł­kiem chu­s­ta. Ma­rian­na po­pa­trzy­ła na pę­ka­tą sta­rą sza­fę, ale nie otwo­rzy­ła jej. Do­tknę­ła rzeź­bio­ne­go drew­na.

Krzysz­tof sta­nął przy oknie i pa­trzył w za­ro­śnię­ty, zdzi­cza­ły sad. Ma­rian­na po­de­szła do nie­go.

– Sad jak z Cze­cho­wa… – szep­nę­ła. – I ten na­strój… Zo­stań­my tu nie tyl­ko na noc. Na za­wsze…

Krzysz­tof od­po­wie­dział ci­cho, ale spo­koj­nie i rze­czo­wo:

– Pani zwa­rio­wa­ła w Pa­ni­stru­dze, Ma­rian­no Fi­li­pow­na.

– Chy­ba tak – przy­zna­ła nadal szep­tem.

Za­pu­ka­no do drzwi.

– Pro­szę… pro­szę… otwar­te – rzu­ci­ła Ma­rian­na.

W pro­gu uka­za­ła się He­le­na, te­raz gład­ko ucze­sa­na, w czy­stym far­tu­chu. Na brzu­chu splo­tła bar­dzo znisz­czo­ne dło­nie. To od­wiecz­ny gest – po­my­ślał Krzysz­tof – te In­dian­ki w Kan­sas też tak za­pla­ta­ły…

– Pro­si­my na ko­la­cję – ode­zwa­ła się He­le­na.

– Już idzie­my… – Ma­rian­na uśmiech­nę­ła się, nie bar­dzo chcia­ła opu­ścić po­kój, żal jej było ze­rwa­ne­go na­stro­ju.

– Tak tu jest… – za­czę­ła szu­kać okre­śle­nia, sło­wo „pięk­nie” wy­da­wa­ło się jej ba­nal­ne, nie­od­da­ją­ce tego, co od­czu­wa.

He­le­na wy­chy­li­ła się w jej kie­run­ku, jak oso­ba źle sły­szą­ca.

– Ni­cze­go tu nie ru­sza­li­śmy. Od­ku­rzy­łam te­raz tyl­ko. Wszyst­ko jest tak, jak zo­sta­wi­ła pani Ró­życz­ka. Co to był za czło­wiek… Wszy­scy­śmy ją… wszy­scy oko­licz­ni i dzie­cia­ki…

Głos jej ucichł, nie umia­ła wy­do­być sło­wa ze ści­śnię­te­go gar­dła. Bez­rad­nie po­cie­ra­ła ręce.

Ma­rian­na szyb­ko po­de­szła do He­le­ny, ob­ję­ła ją ser­decz­nie, a po­tem spon­ta­nicz­nie po­ca­ło­wa­ła w po­li­czek.

– Dzię­ku­ję, pani He­le­no, wiem. Krzy­siu, idzie­my. Mąż jest okrop­nie głod­ny – do­da­ła.

Usie­dli w kuch­ni, przy sto­le za­sta­wio­nym spe­cjal­nie na tę oka­zję, ale jed­nak skrom­nie. Była ja­kaś kieł­ba­sa, „swój” bia­ły ser, ki­szo­ne ogór­ki, ma­sło, ja­jecz­ni­ca i pięk­ny bo­chen chle­ba. Her­ba­ta w szklan­kach, sta­ły też bu­tel­ka naj­tań­szej wód­ki i roz­sta­wio­ne kie­lisz­ki. W pie­cu ka­flo­wym bu­zo­wał ogień, na nim wiel­ki czaj­nik, ja­kieś garn­ki. Pani He­le­na prze­ce­dzi­ła mle­ko z wie­czor­ne­go udo­ju, po­ma­gał jej syn prze­bra­ny w inną ko­szu­lę, z prze­cze­sa­ny­mi na mo­kro wło­sa­mi. We wnę­ce nad pie­cem spał kot w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, cza­sem tyl­ko otwie­rał jed­no oko i przy­glą­dał się go­ściom z wy­raź­ną po­gar­dą. Krzysz­tof jadł z wiel­kim ape­ty­tem.

– My­śla­łem, że już nie ma na świe­cie ta­kie­go ma­sła… Ta kieł­ba­sa też wła­snej ro­bo­ty? I chleb?

Mło­dy się ro­ze­śmiał.

– Musi być. Do skle­pu to tyl­ko przy oka­zji. Pro­szę… pani się czę­stu­je… na zdro­wie niech idzie.

– Mo­głeś na­pa­lić w ja­dal­ni – za­pro­po­no­wa­ła pani He­le­na.

– Nie. Tu jest tak do­brze, do­mo­wo… – Ma­rian­na nie ukry­wa­ła za­chwy­tu .

– Już no­ca­mi przy­mroz­ki – przy­znał mło­dy – ale każ­da pora roku tu u nas jed­na­ko­wo pięk­na. Ju­tro pój­dą na spa­cer, to zo­ba­czą oko­li­cę i wszyst­ko, co do nich na­le­ży. Pani Róża za­wsze mó­wi­ła, że tu jest raj. – Znów się za­śmiał.

– O, to moja żona osza­le­je – pod­jął Krzysz­tof i wy­ja­śnił: – Jest ma­lar­ką.

– No… – po­wie­dział z po­dzi­wem mło­dy.

– Dom mu­szą spraw­dzić do­kład­niej – ode­zwa­ła się pani He­le­na – piw­ni­cę i strych, i po­ko­je. Wszyst­ko jest, co było.

– Ale trze­ba się za re­mont wziąć – oży­wił się mło­dy. – W paru chło­pa zro­bi­my. Tu nig­dzie nie ma żad­nej pra­cy… cięż­ko. Zie­mia mar­na, a żyć trze­ba. Zro­bi­my! – za­pew­nił. – No, to może… – Pod­niósł kie­li­szek.

Krzysz­tof prze­łknął, chrząk­nął, Ma­rian­na się­gnę­ła po kie­li­szek, rzu­ca­jąc ukrad­ko­we spoj­rze­nie na męża.

– Jesz­cze her­ba­ty? – za­py­ta­ła pani He­le­na.

Na­la­ła sła­bej esen­cji i wrząt­ku z wiel­kie­go czaj­ni­ka. Mło­dy otarł usta i się­gnął po pa­pie­ro­sa, ale we­pchnął go z po­wro­tem do pacz­ki i wy­cią­gnął rękę w kie­run­ku Ma­rian­ny.

– Dzię­ku­ję, nie palę. A mąż tyl­ko faj­kę.

– To tak jak nasz pro­boszcz – po­chwa­lił się mło­dy.

– Nie kurz tu, Jó­zek. – Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła czo­ło. – Kop­ci jak z ko­mi­na.

– No, to cho­ciaż ja – we­so­ło od­po­wie­dział mło­dy. – Bo w na­szej cha­łu­pie… – wy­chy­lił się ku oknu – nie, już za ciem­no, nie wi­dać, ko­min się za­wa­lił i ro­bi­my ze zdu­nem Okoń­skim Igna­cem. To i do­brze się zło­ży­ło, że aku­rat mat­ka dziś tu mu­sia­ła przyjść, bo­bym go­to­wa­ne­go dzi­siaj nie jadł. – Śmiał się ru­basz­nie, cho­ciaż z wdzię­kiem, i do­dał: – Ale my nie bę­dzie­my prze­szka­dzać, wie­czo­rem pój­dzie­my na swo­je…

– Spo­koj­nie, pa­nie Jó­ze­fie – po­wie­dział Krzysz­tof – jak już wspo­mnia­łem, my­śmy chcie­li wpaść tyl­ko na dzień, po tym te­le­gra­mie no­ta­riu­sza. Ju­tro to już na pew­no mu­si­my wra­cać… obo­wiąz­ki… pra­ca…

– Pan to ma pra­cę! – po­ki­wał gło­wą mło­dy z za­zdro­ścią w gło­sie.

– Mąż pra­cu­je w domu, ale ma sta­łe wy­kła­dy na uni­wer­sy­te­cie, dwa razy w ty­go­dniu. Skoń­czył me­dy­cy­nę, tyle że nie prak­ty­ko­wał, a za­jął się pra­cą na­uko­wą – wy­ja­śni­ła Ma­rian­na.

Mło­dy kiw­nął gło­wą z sza­cun­kiem.

– Dok­tor to jest pięk­ny za­wód.

Krzysz­tof chciał coś po­wie­dzieć, ale Jó­zek cią­gnął da­lej:

– Mnie to się ma­rzy­ło iść na ja­kąś me­cha­ni­kę. Lu­bię ja maj­stro­wać, za­wsze jak co trze­ba ta­kie­go na­pra­wić, to wszy­scy do Józ­ka. Pani Róża to cią­gle ma­mu­si mó­wi­ła, skoń­czy Jó­zek szko­łę, to trze­ba go dać da­lej na na­ukę. Do Ełku albo gdzieś. Chwa­li­ła mnie. Do­brze się uczy­łem. No, ale cóż… nie było mi dane. – Za­śmiał się smut­no.

– Już nie je­dzą? – za­tro­ska­ła się pani He­le­na.

– Dzię­ku­je­my. Strasz­nie się ob­je­dli­śmy. – Ma­rian­na uśmiech­nę­ła się i za­czę­ła zbie­rać ta­le­rze.

– Wszyst­ko było ta­kie smacz­ne – do­rzu­cił Krzysz­tof.

Mło­dy ze­rwał się od sto­łu.

– Pro­szę zo­sta­wić.

Krzysz­tof ziew­nął dys­kret­nie.

– Pój­dą spać, bo zmę­czo­ne – po­wie­dzia­ła pani He­le­na. – Tu­taj… – unio­sła po­kry­wę garn­ka – na­grza­łam wodę na my­cie. Ju­tro ra­niut­ko przyj­dę i wszyst­ko uprząt­nę. Tyl­ko to za­nio­sę do spi­żar­ki, tam chłod­niej i much nie ma. – Za­bra­ła ma­sło i wę­dli­nę.

– To była wspa­nia­ła ko­la­cja, ale rze­czy­wi­ście lecę z nóg. – Krzysz­tof chwiej­nie wstał od sto­łu.

– Po­mo­gę rano – po­wie­dzia­ła Ma­rian­na.

– Nie trze­ba. Nie trze­ba. Ja sama – za­pew­ni­ła pani He­le­na, zdej­mu­jąc far­tuch. – O, tu jest klucz, trze­ba za­wrzeć drzwi. – Po­da­ła klucz wy­ję­ty z kre­den­su.

– Oko­li­ca spo­koj­na, ale za­mknąć się na­le­ży – za­śmiał się Jó­zek. – Tyl­ko pani wyj­mie, bo ja mam dru­gi u sie­bie, a nie mógł­bym się rano do­stać.

– Do­brze. Dzię­ki. No, to do­bra­noc, pani He­le­no, do­bra­noc panu.

– Do­bra­noc – Krzysz­tof ukło­nił się uprzej­mie.

– Spo­koj­nej nocy – po­wie­dzia­ła pani He­le­na i Jó­zek do­rzu­cił swo­je:

– Do­bra­noc.

Le­że­li obo­je w pięk­nym, sta­rym mał­żeń­skim łożu, na wy­so­ko uło­żo­nych po­dusz­kach, przy­kry­ci pie­rzy­ną.

– Po­ściel pach­nie łąką… sko­szo­ną tra­wą…

– Ooo, jak do­brze – mru­czał Krzysz­tof.

Sły­chać było da­le­kie szcze­ka­nie psa. Jesz­cze da­lej od­po­wia­da­ły inne.

– Noc­ne psy… – uśmiech­nę­ła się Ma­rian­na. Słu­cha­ła chwi­lę. – Krzy­siu… a gdy­by­śmy tak tu za­miesz­ka­li?

– Śpij już.

– Wresz­cie mie­li­by­śmy dom… wła­sny… praw­dzi­wy. Po­rów­naj go z na­szym miesz­ka­niem… Ogród… sad… po­sta­wi­li­by­śmy ule, po­sia­li­by­śmy te kwia­ty, któ­re lu­bią psz­czo­ły…

– Już rzu­cam wy­dział i zo­sta­ję psz­cze­la­rzem… Albo le­piej psz­czo­łą… Mat­ką… To zna­czy: oj­cem… – mam­ro­tał sen­nie Krzysz­tof.

– Zo­sta­jesz psz­cze­la­rzem, ale nie rzu­casz uczel­ni – za­pa­li­ła się. – Mo­żesz jeź­dzić, a tu… tu urzą­dzi­my ci ga­bi­net do pra­cy, na­wet la­bo­ra­to­rium… Krzy­siu, wstań! Zwie­dzi­my cały dom!

– Osza­la­łaś?! Leż!

– To pój­dę sama. – Od­rzu­ci­ła pie­rzy­nę.

– Nie! Śpij, na Boga! Przy­kryj się! Je­steś sza­lo­na.

Uło­ży­ła się nie­chęt­nie i pod­ję­ła z na­iw­ną tę­sk­no­tą:

– Czy wiesz, jak prze­dłu­ży­li­by­śmy so­bie ży­cie?

– „I żyli dłu­go i szczę­śli­wie”. „Był so­bie dziad i baba…”.

– Krzy­siu… Krzy­siu! Dru­giej ta­kiej oka­zji już los nam nie ofia­ru­je.

– No i do­brze, a ty nie proś go o to. – Krzysz­tof wtu­lił się moc­niej w po­dusz­kę.

– Nie pro­szę o dru­gą. Chcia­ła­bym być wdzięcz­na za tę… Tu od­by­wa­ły­by się zjaz­dy ro­dzin­ne, przy­ja­cie­le spę­dza­li­by wol­ne chwi­le…

– Sprze­da­wa­ła­byś na jar­mar­kach ser, jaja, kury…

– Czy­ste po­wie­trze… czy­sta woda…

– Czy­ste sza­leń­stwo – do­rzu­cił co­raz bar­dziej sen­ny Krzysz­tof.

– To nie sza­leń­stwo. To ma ra­cjo­nal­ne pod­sta­wy. Pro­szę cię… pro­szę cię… pro­szę… – przy­tu­li­ła się do jego ple­ców.

– Prze­stań już bre­dzić. Zli­tuj się nade mną i śpij! Ma­rian­na, chcesz, że­bym po­szedł spać do sa­mo­cho­du?

– Nie. Do­bra­noc. – Szep­nę­ła, ale le­ża­ła z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

Świa­tło księ­ży­ca de­li­kat­nie roz­świe­tla­ło po­kój przez ko­ron­ko­we po­dar­te fi­ran­ki, wy­ła­wia­ło dro­bia­zgi na pół­ce z książ­ka­mi, su­chy bu­kiet z ziół, fo­to­gra­fie na ko­mo­dzie. Wciąż sły­chać było szcze­ka­nie psów. Trza­snę­ła roz­sy­cha­ją­ca się sza­fa. Krzysz­tof za­czął chra­pać.

Może już było tro­chę ja­śniej, ale wciąż jesz­cze trwa­ła noc. Wtu­le­ni w po­dusz­ki obo­je spa­li głę­bo­ko, gdy na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do okna, i to co­raz bar­dziej na­tar­czy­we. Krzysz­tof siadł na łóż­ku i za­py­tał bez sen­su:

– Któ­ra go­dzi­na?

– Co? Co się sta­ło? – Po­de­rwa­ła się Ma­rian­na.

Krzysz­tof oprzy­tom­niał.

– Za­cho­waj spo­kój! – roz­ka­zał szep­tem. – Chy­ba na­pad!

Szy­by dźwię­cza­ły od na­tar­czy­we­go pu­ka­nia, jak­by mia­ły się roz­paść.

– Dla­cze­go na­pad?

– A dla­cze­go są na­pa­dy? Ci­cho bądź! Nie ru­szaj się albo właź pod łóż­ko! Idę do kuch­ni po nóż!

Rzu­ci­ła się, by go za­trzy­mać.

– Krzy­siek! Nie! Boże! Jak­by to był na­pad, to by nie wa­li­li w okna, tyl­ko wy­bi­li­by szy­by albo wy­wa­ży­li drzwi!

Wy­rwał się jej.

– A więc ukra­dli nam sa­mo­chód!

– Skąd wiesz?

– A ten du­reń Pio­trow­ski za­pew­niał, że nasz par­king taki bez­piecz­ny!

– Boże, Krzy­siu, co ty mó­wisz?!

Wcią­gał ner­wo­wo spodnie, szu­ra­jąc sto­pa­mi, szu­kał bu­tów.

– Jak mo­głem nie wziąć re­wol­we­ru na gaz?! Nie pod­chodź do okna! Zgaś świa­tło!

Ma­rian­na zga­si­ła na­tych­miast w pa­ni­ce i krzyk­nę­ła, chcąc, żeby oprzy­tom­niał:

– Krzy­siu! Ktoś coś woła!

Za­mar­li obo­je. Nie­wy­raź­ny głos po­wta­rzał mię­dzy ude­rze­nia­mi:

– Pa­nie dok­to­rze! Pa­nie dok­to­rze!

– Wo­ła­ją cię!

Ze­rwa­ła się z łóż­ka i pod­bie­gła do okna.

– Od­suń się, Ma­rian­no. – Krzysz­tof ją ode­pchnął.

Dziel­nie otwo­rzył okno, pchnął okien­ni­ce.

– Kto tam? – za­py­tał.

Zo­ba­czył dwóch męż­czyzn, któ­rzy za­dzie­ra­li ku nie­mu gło­wy. Je­den po­wta­rzał ner­wo­wo:

– Pa­nie dok­to­rze! Pa­nie dok­to­rze!

Dru­gi mu prze­rwał:

– To ja. Jó­zek! A to są­siad z Ba­ła­mu­to­wa, Ko­wal Hen­ryk, jego żona Ko­wa­li­cha uro­dzić nie może!

– Pa­nie dok­to­rze! – za­ję­czał Ko­wal. – Po­móc jej trze­ba! Ra­tuj pan!

– Lu­dzie! Ja nie je­stem le­ka­rzem!

– Za­pła­cę, co mogę! Pa­nie dok­to­rze!!!

– Czło­wie­ku, zro­zum, ja się zaj­mu­ję…

– Bę­dzie po niej – wtrą­cił się Jó­zek. – Wy­krwa­wi się.

– O Jezu! Ra­tuj pan, dok­to­rze! Osie­ro­ci tam­tych sze­ścio­ro, nie dam rady… Taka do­bra żona…

Za­czął pła­kać.

– Tu trze­ba praw­dzi­we­go le­ka­rza! Pa­no­wie… – Krzysz­tof zła­pał się za gło­wę:

– Skąd go wziąć? Ośro­dek w Sta­rych Ju­chach to tyl­ko w dzień. Ka­ret­kę z Ełku to za­nim się soł­tys do­dzwo­ni, a za­nim tu do­ja­dą… – mó­wił go­rącz­ko­wo Jó­zek.

– Za­wsze ro­dzi­ła z krzy­kiem, jak Pan Bóg przy­ka­zał, a te­raz cich­nie, od­dech tra­ci. Ra­tuj, dok­to­rze! – roz­pacz­li­wie krzyk­nął ko­wal.

Ma­rian­na, już ubra­na, do­pchnę­ła się do okna.

– Kto jest tam przy żo­nie?

– Są­siad­ki i moja sio­stra, ale dzie­ciak nie chce wyjść. Tyle go­dzin się mę­czy. Koń­czy się ona jak nic… Boże…

– Po­ja­dę po­móc.

– Ty?! – spy­tał Krzysz­tof oszo­ło­mio­ny. – A co ty mo­żesz? Zwa­rio­wa­łaś?!

– Je­że­li ty nie chcesz… – od­par­ła ostro. – Wo­lisz stać jak słup soli…

– Kre­tyn­ko, czy ty wiesz, jaka to od­po­wie­dzial­ność?! Ja nig­dy nie od­bie­ra­łem po­ro­du!!! Tyl­ko asy­sto­wa­łem na prak­ty­ce! Ro­zu­miesz?

– A je­śli ta ko­bie­ta umrze…

– Ale co ty umiesz?! Co ty umiesz?! Jak ty jej mo­żesz…?

Ma­rian­na otwo­rzy­ła ko­mo­dę, po­tem sza­fę i zna­la­zła czy­ste zło­żo­ne prze­ście­ra­dła. Wy­cią­gnę­ła kil­ka i szyb­ko ru­szy­ła do drzwi.

– Na­pa­trzy­łaś się w te­le­wi­zji i my­ślisz, że to tak ła­two… – krzyk­nął w roz­pa­czy Krzysz­tof.

Ma­rian­na od­wró­ci­ła się i rzu­ci­ła mę­żo­wi twar­de, nie­ustę­pli­we spoj­rze­nie. On stał zroz­pa­czo­ny. Otwo­rzy­ła drzwi i wy­szła przed dom. Po­da­ła prze­ście­ra­dła Józ­ko­wi.

– Po­trzy­maj. We­zmę klu­czy­ki od sa­mo­cho­du.

– Nie da rady. Woda stoi tam na dro­dze. Grzą­sko.

– Po­bie­gnie­my przez las i po­lem, na skró­ty! – krzyk­nął Ko­wal.

– W po­rząd­ku.

Ru­szy­li szyb­ko. Już za­nu­rza­li się w las, więc nie wi­dzie­li bie­gną­ce­go za nimi Krzysz­to­fa, wkła­da­ją­ce­go kurt­kę w bie­gu.

– Sa­mo­cho­dem!!! – krzyk­nął do nich.

Ma­rian­na nie­wi­docz­na od­krzyk­nę­ła:

– Nie da rady! Grzą­sko!

W kuch­ni za­gra­co­nej i bied­nej cha­ty sie­dzia­ły dwie wiej­skie baby, szóst­ka dzie­cia­ków, z cze­go część spa­ła, gdzie po­pa­dło, był też kot i małe kur­czę­ta na od­gro­dzo­nej czę­ści pod­ło­gi koło pie­ca. Ma­rian­na do­ło­ży­ła do nie­go dre­wek, a za­my­ka­jąc, opa­rzy­ła się o drzwicz­ki, ale nie zro­bi­ło to na niej wra­że­nia. Na pły­cie pa­ro­wa­ły garn­ki z wodą. Obie ko­bie­ty mo­no­ton­nie od­ma­wia­ły mo­dli­twę.

Ma­rian­na od­wró­ci­ła się do nich znie­cier­pli­wio­na i po­wie­dzia­ła pół­gło­sem:

– Pro­szę pań, ona jesz­cze żyje! Tak nie moż­na.

Ko­bie­ty za­mil­kły i po­pa­trzy­ły na nią wzro­kiem bez wy­ra­zu.

– Trze­ba wie­rzyć, że się uda. Za­wsze!

Ko­bie­ty naj­pierw ci­cho, po­tem pół­gło­sem po­wró­ci­ły do mam­ro­ta­nia tej sa­mej mo­dli­twy. Jed­no z dzie­ci zbu­dzi­ło się i za­czę­ło pła­kać. Ma­rian­na wzię­ła je na ręce i za­py­ta­ła dość wro­go:

– Gdzie jest sy­pial… gdzie one śpią?

Jed­na z bab, nie prze­ry­wa­jąc mo­dli­twy, wska­za­ła gło­wą. Ma­rian­na otwo­rzy­ła drzwi i nie­pew­nie we­szła do ciem­ne­go wnę­trza. Za nią ru­szy­ło dwo­je star­szych, któ­re nie spa­ły. Z izby ro­dzą­cej wy­szła sil­na mło­da ko­bie­ta, spo­co­ne wło­sy przy­le­pia­ły się do jej uro­dzi­wej twa­rzy. Była w ob­ci­słych dżin­sach i moc­no wy­cię­tej bia­łej ko­szul­ce gim­na­stycz­nej, pod któ­rą ry­so­wa­ły się śmia­ło ster­czą­ce pier­si. Na­la­ła so­bie ku­bek wody z wia­dra i wy­pi­ła dusz­kiem. Ma­rian­na przy­glą­da­ła się jej z ciem­ne­go po­ko­ju, sama nie bę­dąc wi­docz­na. Po­czu­ła ukłu­cie za­zdro­ści, że Krzysz­tof jest z nią tam, za za­mknię­ty­mi drzwia­mi, i może na­wet ona, po­ma­ga­jąc mu, do­ty­ka jego ra­mie­nia taką twar­dą, jędr­ną pier­sią.

Mo­dlą­ce się umil­kły i pa­trzy­ły py­ta­ją­co na mło­dą, ona mach­nę­ła ręką i wró­ci­ła do ro­dzą­cej. Ma­rian­na od­pę­dzi­ła głu­pie my­śli, wy­szła z ciem­ne­go po­ko­ju i przy­sia­dła na stoł­ku. Pa­trzy­ła na ota­cza­ją­cą ją bie­dę. W kuch­ni za­miast pod­ło­gi było kle­pi­sko, ścia­ny, kie­dyś bie­lo­ne, po­sza­rza­ły od dymu i bru­du, wia­dro z wodą nie mia­ło żad­ne­go za­kry­cia. Ko­bie­ty znów mam­ro­ta­ły mo­no­ton­nie. Na­gle roz­legł się nie­spo­dzie­wa­ny od­głos kla­śnię­cia i krzyk nie­mow­la­ka.

Ma­rian­na wsta­ła i przy­ło­ży­ła dło­nie do ust. Nie czu­ła na­pły­wa­ją­cych do oczu łez. Ko­bie­ty umil­kły. No­wo­ro­dek za­czął pła­kać, sły­chać te­raz było nie­wy­raź­ne gło­sy i krzą­ta­nie. W drzwiach za Ma­rian­ną sta­nę­ła dwój­ka star­szych dzie­ci. Od­wró­ci­ła się do nich i po­wie­dzia­ła ci­cho przez łzy:

– Jest.

– A mama? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

Ma­rian­na uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie. Po­wo­li otwo­rzy­ły się drzwi i sta­nął w nich Krzysz­tof; wy­cie­rał umy­te ręce w ścier­kę, był roz­czo­chra­ny, spo­co­ny i miał roz­pię­tą ko­szu­lę. Szu­kał wzro­kiem żony. Po­pa­trzy­li na sie­bie. On świa­dom, że gra głów­ną rolę, wy­trzy­mał chwi­lę, nim ob­wie­ścił:

– Chło­pak! Pchał się do ży­cia bo­kiem, ale już wszyst­ko do­brze.

– A mama? – zno­wu za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

Krzysz­tof uśmiech­nął się do niej.

– Śpi. Bar­dzo sła­ba. Nie wchodź­cie tam. A naj­le­piej jaz­da spać.

Ma­rian­na się­gnę­ła po ma­ry­nar­kę męża, rzu­co­ną na opar­cie krze­sła, on, pa­trząc na nią z za­do­wo­lo­nym uśmie­chem, prze­cze­sał dło­nią wło­sy, a po­tem za­czął od­wi­jać rę­ka­wy. W oczach ja­wi­ło się ocze­ki­wa­nie na po­twier­dze­nie jego wspa­nia­ło­ści. Po­da­jąc mu ma­ry­nar­kę, Ma­rian­na szep­nę­ła bar­dzo se­rio:

– Je­steś wspa­nia­ły.

– A jak my­śla­łaś? – sta­rał się ob­ró­cić to w żart, ale w grun­cie rze­czy roz­pie­ra­ła go duma.

Ro­ze­śmia­ła się, przy­tu­li­ła do nie­go i po­wie­dzia­ła ci­chut­ko z po­licz­kiem przy jego pier­si:

– Jak moc­no bije ci ser­ce.

Bez sło­wa przy­gar­nął ją na chwi­lę.

– Gdzie two­ja kurt­ka? – spy­ta­ła.

Się­gnął i zdjął ją z gwoź­dzia. Z po­ko­ju po­łoż­ni­cy wy­szła mło­da ko­bie­ta.

– Na­mor­do­wał się pan, dok­to­rze…– po­wie­dzia­ła.

– No, ale gdy­by nie pani…

– I Bóg Naj­wyż­szy – skrze­kli­wie ode­zwa­ła się jed­na z bab.

Krzysz­tof rzu­cił na nią prze­lot­ne spoj­rze­nie.

– Gdzie szczę­śli­wy oj­ciec? Niech wie, że ma syna.

Dziew­czyn­ka wy­bie­gła z cha­ty.

– Tato! Tato!

Ma­rian­na wes­tchnę­ła z ulgą:

– Come on, doc.

– Zejdź ze mnie, ko­cha­nie.

– Nie bar­dzo jest czym ugo­ścić… – za­afe­ro­wa­ła się mło­da ko­bie­ta.

– Nie, nie, nie trze­ba – za­pew­nił Krzysz­tof i na po­że­gna­nie ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem peł­nym mę­skie­go uzna­nia. – Do wi­dze­nia. I bar­dzo pro­szę, aby oj­ciec dziec­ka po­je­chał rano do ośrod­ka zdro­wia.

– Przy­pil­nu­ję bra­ta. Bar­dzo dzię­ku­je­my. I pani niech Bóg da wszyst­ko, co naj­lep­sze.

Ma­rian­na po­dzię­ko­wa­ła jej ski­nie­niem gło­wy i szyb­ko wy­szła pierw­sza.

Wra­ca­li przez las. Było już ja­sno, nad ho­ry­zon­tem od wscho­du ró­żo­wia­ło. Szli sku­le­ni pod kurt­ka­mi, bo po nie­prze­spa­nej nocy chłód po­ran­ka da­wał się we zna­ki. Krzysz­tof mó­wił bar­dziej do sie­bie niż do Ma­rian­ny:

– To bar­dzo dziw­ne uczu­cie. Bar­dzo…

Ma­rian­na wzię­ła głę­bo­ki od­dech, ale po­wstrzy­ma­ła się od za­bra­nia gło­su. Szła za nim, uśmie­cha­jąc się tyl­ko.

– Jak się do­wie­dzą na­sze dzie­ci, to pad­ną ze śmie­chu! – sta­rał się ob­ró­cić wszyst­ko w żart.

– Nie. Będą z cie­bie dum­ne. One też… – do­da­ła zna­czą­co.

Przyj­rzał się jej po­dejrz­li­wie, ale w grun­cie rze­czy był za­do­wo­lo­ny. Na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wił ze­rwać bu­du­ją­cy się sen­ty­men­tal­ny na­strój.

– No do­bra. Bę­dzie tego. Ależ je­stem głod­ny… I na­pił­bym się do­brej kawy.

– To już w War­sza­wie, dok­to­rze. Nie wzię­łam, nie­ste­ty. A śnia­da­nie zro­bi nam pani He­le­na – Ma­rian­na szyb­ko do­sto­so­wa­ła się do jego tonu.

We­szli na wzgó­rze i sta­nę­li olśnie­ni wspa­nia­łą pa­no­ra­mą oko­li­cy. Wi­dać było je­zio­ro, smu­gę lasu, roz­rzu­co­ne da­chy go­spo­darstw i je­sien­ne mgły snu­ją­ce się nad łą­ka­mi. Mały ko­śció­łek bie­lił się wśród drzew, a ni­żej, na nie­stro­mym sto­ku le­żał cmen­ta­rzyk. Sta­li w mil­cze­niu, aż Krzysz­tof prze­rwał je pierw­szy:

– Spójrz na te wzgór­ki: wy­glą­da­ją jak grzbie­ty ja­kichś pło­wych zwie­rząt, któ­re uło­ży­ły się tu do snu.

– Może to wiel­błą­dy? Prze­cież te stro­ny na­zy­wa­ją się Ma­zu­ry Gar­ba­te.

– Tak, to wiel­błą­dy. Tu­rec­ka ka­ra­wa­na wie­zie ro­dzyn­ki do Gdań­ska, żeby je wy­mie­nić na bursz­ty­ny. Na­tu­ral­nie po dro­dze za­trzy­ma­li się we Lwo­wie… Tak, tak, w moim Lwo­wie! – nie dał jej dojść do gło­su, wie­dząc, co chce po­wie­dzieć.

– Wiel­błą­dy, a śpią jak su­sły, le­nie! Wsta­wać, le­nie! – krzyk­nę­ła z ca­łej siły.

Po­pa­trzył na nią jak na wa­riat­kę.

– Wiesz co? Ty masz kuku na mu­niu!

– Co?! – par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Tak w moim Lwo­wie mó­wio­no na ko­goś, kto był wal­nię­ty.

Po­wo­li zza ho­ry­zon­tu za­czę­ło wy­ła­niać się słoń­ce. Pa­trzy­li za­fa­scy­no­wa­ni.

– Nie­by­wa­łe… – mruk­nął Krzysz­tof.

– A na­ma­lu­jesz… kicz! – po­wie­dzia­ła ci­chut­ko Ma­rian­na i na­gle do­da­ła: – Krzy­siu, spędź­my tu przy­najm­niej jesz­cze przy­szłe lato, za­nim…

– Lato? – Od­wró­cił się do żony. – Prze­cież za­pla­no­wa­li­śmy Hisz­pa­nię. Tak się na nią cie­szy­łaś. Zor­ga­ni­zo­wa­ni już są i Stasz­ko­wie, i Dar­scy, Ja­sio Żu­rek z nową fla­mą… cała ka­wal­ka­da…

Pa­trzy­ła na nie­go przez chwi­lę bła­gal­nie.

– Ofia­ruj mi to lato tu­taj. Po­że­gnal­ne… – Za­to­czy­ła rę­ka­mi krąg.

Krzysz­tof po­krę­cił gło­wą.

– Ktoś tu jest me­lo­dra­ma­tycz­ny. Albo wła­śnie wal­nię­ty.

– Ja. Ale to ty da­łeś się na­brać przed trzy­dzie­stu pię­ciu laty…

Wy­so­ko, na ja­snym już, lek­ko za­cią­gnię­tym bla­dym błę­ki­tem nie­bie po­ja­wi­ła się bia­ła smu­ga cią­gnię­ta przez ma­lut­ki jak za­baw­ka sa­mo­lo­cik le­cą­cy na wschód. Do­pie­ro po chwi­li usły­sze­li stłu­mio­ny war­kot po­tęż­nych sil­ni­ków prze­la­tu­ją­ce­go sa­mo­lo­tu. Ma­rian­na za­dar­ła gło­wę i za­czę­ła ma­chać.

– Za­wsze tak ro­bi­li­śmy, przy­cho­dząc na tę gór­kę. By­li­śmy pew­ni, że lot­nik to wi­dzi i nie czu­je się taki sa­mot­ny. Tam w gó­rze. A może być ten sam lot­nik.

– Nie­wąt­pli­wie – za­pew­nił ją Krzysz­tof – sta­ry pier­dziel do­brze się trzy­ma. Ale i tak go wy­le­ją nie­dłu­go! Zo­sta­nie eme­ry­tem i bę­dzie skle­jał mo­de­le.

– Je­steś pod­ły – Ma­rian­na uda­ła zgro­zę.

– Patrz.

Słoń­ce oświe­tla­ło te­raz już całe sie­dli­sko Róży Ka­pli i ich mały sa­mo­chód na po­dwó­rzu. Z ko­mi­na ula­ty­wa­ła smuż­ka dymu. He­le­na sta­ła przed do­mem, za nią ja­kiś męż­czy­zna. Jó­zek wszedł do obór­ki, pies też. Po chwi­li wy­pro­wa­dzi­li kro­wę, kie­ru­jąc się na łąkę, na któ­rej pasł się koń. Męż­czy­zna po­sta­wił ja­kieś pu­dło na pro­gu domu i od­da­lił się ku dro­dze, He­le­na znik­nę­ła w środ­ku. Drze­wa w sa­dzie, sta­re i za­nie­dba­ne, za­ko­ły­sa­ły się lek­ko, jak­by to one wy­wo­ły­wa­ły wiatr, a nie on nimi ko­ły­sał.

– Pa­mię­tasz, jak Ja­cek, kie­dy był mały, nie lu­bił wia­tru? Twier­dził, że to ruch drzew go wy­wo­łu­je. Zresz­tą miał moc­ne ar­gu­men­ty, po­ka­zy­wał je na wa­chla­rzu ciot­ki… Miał re­cep­tę, jak wy­eli­mi­no­wać wia­try: wy­ciąć drze­wa!

Ma­rian­na się za­my­śli­ła.

– Ciot­ka Róża, dziel­na no­si­ciel­ka ka­gan­ka oświa­ty – po­wie­dzia­ła w za­du­mie. – Zo­sta­wi­ła mia­sto, zdę­bia­łą z wra­że­nia fa­mi­lię i wy­je­cha­ła na wieś. Czu­ła się tu po­trzeb­na i szczę­śli­wa. Nie była ład­na, ale do­bra, uczyn­na i mia­ła znie­wa­la­ją­cy urok. Bili się o nią mło­dzi go­spo­da­rze, a wy­grał we­te­ry­narz Bro­ni­sław Ka­pla. Wzię­li ślub, na­sza ro­dzi­na uzna­ła to za dys­ho­nor i me­za­lians i pra­wie się jej wy­rze­kła. Co nie prze­szka­dza­ło przyj­mo­wać od niej tłu­stej gą­ski na świę­ta, grzy­bów, ko­szy czar­nych prze­słod­kich cze­re­śni, czy pod­sy­łać jej dzie­ci na wa­ka­cje. Ko­cha­na ciot­ka Róża. A po­tem wuj Bro­nuś uto­pił się w sła­bo za­mar­z­nię­tym je­zio­rze, a ona dziel­nie nadal pro­wa­dzi­ła szko­łę i go­spo­dar­stwo.

– A dla­cze­go wszyst­ko za­pi­sa­ła to­bie?

– Sama nie wiem. Nie mie­li dzie­ci… a tak na­praw­dę to z wszyst­kich dzie­ci z na­szej ro­dzi­ny ja jed­na ko­cha­łam to miej­sce. Na­wet nie­źle pra­co­wa­łam w polu…

– Jed­nym sło­wem od dziec­ka by­łaś ro­bot­na. – Krzysz­tof, zgod­nie ze swo­ją na­tu­rą, czuj­nie znisz­czył w za­rod­ku rzew­ne nuty Ma­rian­ny.

– A po­tem stu­dia, ty, dzie­ci, i zdra­dzi­łam ją. A ona… Tak. Cza­sem nie­od­wra­cal­nie prze­ga­pia­my coś w ży­ciu. Chodź­my.

Do­tar­li do obej­ścia i we­szli na po­dwó­rze. Krzysz­tof ze­gnał kurę z da­chu sa­mo­cho­du. Ucie­kła w po­pło­chu, zo­sta­wia­jąc na ma­sce do­wód swe­go prze­ra­że­nia. W drzwiach sta­nę­ła pani He­le­na, uśmie­cha­jąc się bar­dzo ser­decz­nie.

– Te kró­le to od Ko­wa­la Hen­ry­ka. – Wska­za­ła na pu­dło na pro­gu domu. – Za chłop­czy­ka i za żonę. Dla pana dok­to­ra – po­wie­dzia­ła cie­pło i z uzna­niem.

– O Boże… – jęk­nął Krzysz­tof. – No nic. Dzię­ku­ję.

Ma­rian­na na­chy­li­ła się nad parą bia­łych kró­li­ków.

– Pięk­ne. Ale mu­szą tu zo­stać.

– Pew­nie. Co tu wo­zić w tę i z po­wro­tem – zgo­dzi­ła się pani He­le­na. – No, pro­szę. Śnia­da­nie cze­ka. Lu­bią miód z gry­ki?

Ru­szy­ła w głąb domu, a oni za nią.

Przy ko­ście­le Krzysz­tof skrę­cił w lewo i za­trzy­mał sa­mo­chód.

– Chy­ba mo­że­my tu wszyst­ko zo­sta­wić?

Na tyl­nym sie­dze­niu le­ża­ły ich wa­liz­ka, a obok bo­chen chle­ba, wy­so­ka bu­tel­ka ze śmie­ta­ną, jaja i coś za­wi­nię­te w bia­łą ser­we­tę.

– Ja­sne – mruk­nął Krzysz­tof i wy­siadł. Za­mknął sa­mo­chód i do­łą­czył do sto­ją­cej, pa­trzą­cej na ko­ściół Ma­rian­ny.

– Po­do­ba mi się – po­wie­dzia­ła. – Skrom­ny, ma swój styl. W środ­ku pew­no ci­cho, ła­god­nie… Je­sie­nią ko­bie­ty zno­szą flok­sy i astry i swo­ją po­ko­rą spra­wia­ją przy­jem­ność Panu Bogu.

– Dla mnie po­ko­ra ko­biet za­wsze pach­nie wy­ra­cho­wa­niem. Po­czci­wym, na­iw­nym, ale wy­ra­cho­wa­niem.

– Co ty wy­ga­du­jesz! – Ma­rian­na uda­ła zgor­sze­nie.

– No tak: przy­nio­sę kwiat­ki, przy­po­do­bam się Je­zu­sicz­ko­wi, to może kury będą się le­piej nio­sły i Kra­su­li mi­nie wzdę­cie… Zaj­rzyj­my do środ­ka, mamy jesz­cze tro­chę cza­su – za­pro­po­no­wał Krzysz­tof, ubie­ga­jąc wy­buch pro­te­stu Ma­rian­ny. – Może ksiądz za­pro­si nas na na­lew­kę z czar­nej po­rzecz­ki. Cho­ciaż ty wy­obra­żasz go so­bie jako żar­li­we­go mi­sjo­na­rza. Bę­dzie miał prze­tar­tą, wier­ną su­tan­nę, pło­mien­ne spoj­rze­nie Sa­vo­na­ro­li i nie­żyt oskrze­li… – Krzysz­tof nie­zbyt de­li­kat­nie pa­ro­dio­wał eg­zal­ta­cję Ma­rian­ny, na­ci­ska­jąc cięż­ką, ozdob­ną klam­kę u drzwi.

Ale były za­mknię­te.

– Wy­kra­ka­łeś nie­żyt oskrze­li i ksiądz pew­no leży – po­wie­dzia­ła Ma­rian­na. – Idzie­my.

Ru­szy­ła w stro­nę cmen­ta­rza.

– Nie­żyt oskrze­li jest ule­czal­ny… – za­uwa­żył, idąc w ślad za Ma­rian­ną.

Prze­szli przez skrzy­pią­cą furt­kę. Wśród sta­rych drzew ciąg­nęły się alej­ki bied­nych i bo­ga­tych gro­bów z la­stry­ka, ozdo­bio­nych pa­skud­ny­mi sztucz­ny­mi kwia­ta­mi i nie­do­pa­lo­ny­mi lamp­ka­mi. To nie­wąt­pli­wie był już nowy, po­wo­jen­ny cmen­tarz, bo nie do­strze­gli żad­nych sta­rych na­grob­ków czy nie­miec­kich na­pi­sów, no i stra­szył brzy­do­tą ni­czym so­cja­li­stycz­ne blo­ko­wi­sko. Ma­rian­na za­trzy­my­wa­ła się, od­czy­tu­jąc pół­gło­sem ja­kąś sen­ten­cję czy wiek zmar­łe­go.

– Jak tu dłu­go żyją lu­dzie, chy­ba że od­cho­dzą w ja­kichś dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach. O, jest sta­ra brzo­za, to za nią w dru­gim rzę­dzie z brze­ga…

– Z brze­gu – po­pra­wił ją zdzi­wio­ny Krzysz­tof.

– Pani He­le­na po­wie­dzia­ła z brze­ga. To ład­niej.

– Po­cząt­ki chło­po­ma­nii! – iro­ni­zo­wał.

– Chło­po­man­ką to ja by­łam za­wsze, cho­ciaż w tro­chę in­nym sen­sie – od­gry­zła mu się.

– Jako były ba­bo­man ro­zu­miem cię – od­pa­ro­wał.

– Były? Czyż­by? – Zmru­ży­ła oczy. – A ta dok­to­rant­ka Ba­sia?

Wes­tchnął cięż­ko, na po­kaz.

– Zno­wu?

Sta­nę­li nad skrom­nym gro­bem Róży: data uro­dzin, śmier­ci, dużo wy­pa­lo­nych świe­czek, su­che wian­ki, a w sło­icz­ku pę­czek zie­lo­nych ga­łą­zek i kil­ka daw­no zwię­dłych kwiat­ków.

– Chcia­ła­bym po­sa­dzić tu pną­cą czer­wo­ną różę. Może kie­dyś…

– Wra­caj­my – po­wie­dział Krzysz­tof.

Zna­ła ten ton, więc bez ocią­ga­nia się po­szła za nim. Z na­prze­ciw­ka po­ja­wił się gru­biut­ki księ­żu­lo w pu­cha­tej kurt­ce na od­pra­so­wa­nej i nie­prze­tar­tej su­tan­nie. Uśmie­chał się pro­mien­nie.

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny. Czy to pań­stwo Ka­li­now­scy, krew­ni pani Róży?

– To była moja ciot­ka – od­po­wie­dzia­ła Ma­rian­na.

– Wi­tam ser­decz­nie. Za­pro­sił­bym na ple­ba­nię, tyl­ko że tam wiel­kie od­na­wia­nie…

– Dzię­ku­je­my bar­dzo – uśmiech­nął się Krzysz­tof – ale spie­szy­my się do Ełku, a po­tem cze­ka nas dro­ga do War­sza­wy.

– A, no tak – ucie­szył się ksiądz i na­gle po­smut­niał. – Pani Róża… świa­tły, pra­co­wi­ty czło­wiek. Do­bra chrze­ści­jan­ka. Cóż… wszy­scy je­ste­śmy śmier­tel­ni, a naj­szyb­ciej od­cho­dzą naj­lep­si… – Przy­mknął oczy, otwo­rzył i oży­wił się. – A więc do Ełku… czy nie dla za­ła­twie­nia for­mal­no­ści w związ­ku… – wska­zał pal­cem w stro­nę gro­bu ciot­ki.

– Tak – pod­chwy­ci­ła Ma­rian­na – wła­śnie tak.

– Moi dro­dzy pań­stwo… prze­pra­szam, że po­zwo­lę so­bie tak wprost. Czy pań­stwo nie będą sprze­da­wać… pro­szę wy­ba­czyć, to nie grzesz­na in­te­re­sow­ność – za­śmiał się nie­szcze­rze – bo mój sio­strze­niec ma­rzy o zbu­do­wa­niu pen­sjo­na­tu na Ma­zu­rach. Miej­sce pięk­ne… oczy­wi­ście ko­niecz­ne są ko­lo­sal­ne na­kła­dy na bu­do­wa­nie od pod­staw, ale mię­dzy nami mó­wiąc, sio­strze­niec ma swo­je hur­tow­nie i ja­koś, praw­da, pro­spe­ru­je. Z za­wo­du in­ży­nier che­mik, ale cóż… – Bo­le­śnie za­gryzł usta i roz­ło­żył ręce.

– I chciał­by ksiądz, żeby – uprzej­mie po­wie­dział Krzysz­tof – u no­ta­riu­sza…

– Du­że­go – pod­rzu­cił ła­god­nie ksiądz. – Jego na­zwi­sko: Duży.

– Duży? – Krzysz­tof się uśmiech­nął – …żeby u nie­go za­su­ge­ro­wać pra­wo pierw­szeń­stwa dla in­ży­nie­ra…

– Gwi­do­na Mas­sal­skie­go – uzu­peł­nił ksiądz gor­li­wie. – Me­ce­nas Duży jest zo­rien­to­wa­ny.

– Ro­zu­miem. – Krzysz­tof rzu­cił prze­lot­ne spoj­rze­nie na Ma­rian­nę, ale ona pa­trzy­ła w stro­nę gro­bu ciot­ki Róży, wciąż tkwiąc w na­stro­ju wspo­mnień.

– No, to pięk­nie, moje dzie­ci – ksiądz zło­żył dło­nie w ge­ście mo­dli­tew­nym – bar­dzo pięk­nie.

– To ksiądz był ła­skaw cho­wać ciot­kę Różę? – za­py­ta­ła na­gle Ma­rian­na.

– Ja – od­rzekł ksiądz z dumą, ró­żo­wy i uśmiech­nię­ty.

– Bar­dzo dzię­ku­ję. A kto pła­cił za po­chó­wek? Chcia­ła­bym…

– Wszy­scy. Wszy­scy się zło­ży­li, moje dziec­ko. I do­da­ło ku­ra­to­rium.

– Chcie­li­by­śmy zwró­cić… – za­czę­ła Ma­rian­na.

– Nie ma komu… A i nikt by nie przy­jął. Ona była na­sza.

– Ale przyj­mie ksiądz da­tek na ko­ściół, do­brze? – wtrą­cił się Krzysz­tof.

– Ale sym­bo­licz­ny, moi dro­dzy… sym­bo­licz­ny. – Ksiądz skrom­nie spu­ścił oczy.

Za­par­ko­wa­li na cią­gną­cej się wzdłuż je­zio­ra uli­cy za­bu­do­wa­nej sze­re­giem no­wych, schlud­nych do­mów jed­no­ro­dzin­nych. Krzysz­tof po­pa­trzył na ze­ga­rek.

– Jesz­cze mamy tro­chę cza­su.

– Po­cze­ka­my…

Sie­dzie­li bez sło­wa. Zza chmu­ry wy­szło słoń­ce i za­pa­li­ło jak lam­pio­ny zło­te li­ście na szpa­le­rze lip i klo­nów. Węd­karz na ma­łej łód­ce za­mach­nął się spin­nin­giem. Krzysz­to­fo­wi po­do­ba­ło się to mia­sto. Roz­cią­gnię­te nad brze­giem du­że­go je­zio­ra, ka­me­ral­ne w na­stro­ju, a jed­nak czu­ło się w nim dy­na­mizm i wolę zmian. Sta­re domy pie­czo­ło­wi­cie od­na­wia­no, uli­ce tak­tow­nie mo­der­ni­zo­wa­no.

– Wiesz, jak się na­zy­wał po nie­miec­ku Ełk? Lyck, czy­ta się jak an­giel­skie lick, zna­czy li­zać.

– Świ­nia!

– Dla­cze­go świ­nia? Li­zać, na przy­kład loda. Prze­pra­szam: lody.

– Świ­nia, świ­nia, świ­nia! To tak so­bie roz­ma­wia­cie na wa­szych ra­dach wy­dzia­łu, co?! Może jesz­cze w to­gach?!!

– W to­gach wy­łącz­nie tak.

Zno­wu za­mil­kli, ale nie na sku­tek tej nie­po­waż­nej sprzecz­ki, któ­ra naj­wy­raź­niej na­le­ża­ła do ich mał­żeń­skich ry­tu­ałów, już bli­skich sta­no­wi nudy. Ma­rian­nę cały czas za­przą­ta­ła ja­kaś myśl, po­wo­du­jąc jej roz­tar­gnie­nie i za­pa­da­nie w nie­obec­ne mil­cze­nia. Krzysz­tof ob­ser­wo­wał ją ką­tem oka, wciąż jesz­cze mia­ła dla nie­go wie­le po­wa­bu, cho­ciaż rysy jej twa­rzy za­czę­ły się już tro­chę roz­my­wać. Nig­dy zresz­tą nie na­le­ża­ła do pięk­no­ści. Krzysz­tof, w mło­do­ści za­wsze oto­czo­ny ro­jem pięk­nych dziew­cząt, na­brał do­świad­cze­nia, że ich mi­łość wła­sna i nie­usta­ją­cy za­chwyt swo­ją uro­dą nie dają szan­sy na trwa­łość po­waż­niej­sze­go związ­ku. Zresz­tą nie prze­pa­dał za ty­pa­mi, któ­re ucho­dzą za uro­dzi­we. Za­wsze draż­ni­ły go zbyt duże oczy, bo uwa­żał je za „kro­wie” lub wy­łu­pia­ste, zbyt wy­dat­ne usta, bo były dla nie­go „mu­rzyń­skie” albo „mi­ne­ciar­skie”, zbyt buj­ne wło­sy wró­ży­ły w przy­szło­ści wy­raź­ny cień nad gór­ną war­gą, je­śli nie wręcz wąsy. Myśl, że moż­na się zwią­zać z ko­bie­tą, któ­ra na sta­rość bę­dzie mia­ła wąsy, śmie­szy­ła go w od­nie­sie­niu do każ­de­go, tyl­ko nie do sie­bie, tu prze­ni­kał go dreszcz gro­zy i obrzy­dze­nia. Kie­dyś, w Za­ko­pa­nem, stał w ap­te­ce w ko­lej­ce do okien­ka, przed nim sta­ła mała sta­rusz­ka, któ­rej twa­rzy nie wi­dział, zresz­tą od­wra­cał gło­wę, aby nie czuć sil­ne­go, za­la­tu­ją­ce­go od niej za­pa­chu piż­ma. Do­pie­ro kie­dy do­tar­ła do okien­ka, zo­ba­czył z pro­fi­lu jej twarz. Po­chy­li­ła się i przez otwór w szy­bie wy­szep­ta­ła: „Pani ma­gi­ster, może pani da mi coś na to?” – Wska­za­ła dys­kret­nie pal­cem na miej­sce pod no­sem. „Na wąsy?” – za­py­ta­ła gło­śno far­ma­ceut­ka. Bied­na sta­rusz­ka zmie­sza­ła się i jak­by sku­li­ła pod ude­rze­niem tych słów. Krzysz­tof do­pie­ro wte­dy zo­ba­czył wąsy sta­rusz­ki, rze­czy­wi­ście za­dzi­wia­ją­co buj­ne. Kie­dyś mo­gła­by wręcz wy­stę­po­wać w cyr­ku jako „Ko­bie­ta z wą­sa­mi”. Po­stę­po­wa­nie far­ma­ceut­ki uznał za ohyd­ne i okrut­ne, ale sce­na była tak nie­od­par­cie śmiesz­na, że Krzysz­tof do­stał mał­pie­go ro­zu­mu, za­czął się du­sić, pró­bu­jąc po­ha­mo­wać śmiech, któ­ry do­bił­by sta­rusz­kę, i aż mu­siał wyjść z ap­te­ki, aby się nie skom­pro­mi­to­wać. Zre­zy­gno­wał przez to z kup­na ma­ści na od­mro­że­nia, więc ucho spu­chło mu jak ba­nia i po­tem przez lata pie­kło na zmia­nę po­go­dy.

A uro­da Ma­rian­ny była su­perz­wy­czaj­na: wło­sy w mło­do­ści ja­sne, po­tem ściem­nia­łe z nutą ru­do­ści, usta śred­nie, oczy nie za małe, nie za duże, typ ma­zo­wiec­ko-nad­wi­ślań­ski, kla­sycz­na dziew­czy­na z są­siedz­twa. Tyl­ko fi­gu­rę mia­ła świet­ną, ale ta naj­szyb­ciej ule­gła ero­zji, po dwóch cią­żach i dzię­ki nie­po­ha­mo­wa­nej skłon­no­ści do sło­dy­czy. Wpraw­dzie Ma­rian­na umie­jęt­nie tu­szo­wa­ła swo­ją nad­wa­gę, ubie­ra­ła się w luź­ne, prze­waż­nie czar­ne stro­je, ja­kieś dłu­gie spód­ni­ce, po­wy­cią­ga­ne swe­try, jej sta­tus „pla­stycz­ki” to uspra­wie­dli­wiał i od­cią­gał uwa­gę od praw­dzi­wych przy­czyn, ale też nie­ste­ty źle to dzia­ła­ło na li­bi­do Krzysz­to­fa. Typ, na jaki się upo­rczy­wie sty­li­zo­wa­ła, za­wsze ko­ja­rzył mu się z za­nie­dba­niem, nie­do­my­ciem, nie­do­pra­niem, a prze­cież w rze­czy­wi­sto­ści Ma­rian­na była ma­niacz­ką hi­gie­ny i do­pro­wa­dzi­ła się do tego, że była cał­ko­wi­cie „bez­won­na”, co też nie­zbyt po­do­ba­ło się Krzysz­to­fo­wi. Do­ci­nał jej za­wsze, mó­wiąc: „wi­zy­ta pani hi­gie­nist­ki”, kie­dy przy­cho­dzi­ła do nie­go do łóż­ka, ale w koń­cu po­tra­fi­ła w nim wznie­cać ja­kie ta­kie za­pa­ły. A może pora na ja­kieś zmia­ny…? Stop! Opę­dził się od tych my­śli i wró­cił do tego, co dziś rano, gdy szli od po­ro­du przez pola, za­kieł­ko­wa­ło mu w gło­wie: a może to jest po­mysł?! Może wa­riac­ki, spon­ta­nicz­ny wy­buch en­tu­zja­zmu Ma­rian­ny, jej na­iw­ny, sen­ty­men­tal­ny, nie­obli­czal­ny wy­bryk wy­obraź­ni: ma­rze­nie, żeby tu za­miesz­kać, może to wca­le nie jest ta­kie głu­pie…?

Ma­rian­na na­gle się ock­nę­ła. Za­czę­ła mó­wić szyb­ko, jak­by bała się do­pu­ścić Krzysz­to­fa do gło­su:

– Krzy­siu, wo­la­ła­bym jed­nak, aby­śmy to zgło­si­li do agen­cji z pierw­szeń­stwem dla miej­sco­wych. Zro­zum mnie do­brze…

Nie od­wra­ca­jąc się, pa­trząc przed sie­bie, prze­rwał jej spo­koj­nie:

– Słu­chaj, a po co ten po­śpiech?

– Jak to?

– No… z tą sprze­da­żą… – wy­ce­dził le­ni­wie.

Po­pa­trzy­ła na nie­go z na­dzie­ją.

– No, co ty?

– Chy­ba że nie po­do­ba ci się to miej­sce…

Ma­rian­na osłu­pia­ła.

– Rany bo­skie… Krzy­siu!

– Co? – za­py­tał spo­koj­nie, świa­do­mie pro­wa­dząc grę.

– To zna­czy… to zna­czy, że… Ło­trze! Dra­niu! Kie­dy pod­ją­łeś tę de­cy­zję?! Krzysz­tof!!!

– Tyl­ko nie becz! – Krzysz­tof pod­niósł pa­lec do góry. – My­śla­łem o tym cały czas, szcze­rze mó­wiąc, ale doj­rza­ło już tu. No, może wcze­śniej, ale nie mo­głem ci mó­wić w cza­sie jaz­dy, bo do­szło­by do ja­kiejś krak­sy.

Ma­rian­na scho­wa­ła twarz w dło­niach, cał­ko­wi­cie osła­bio­na.

– Nie umiem ci po­wie­dzieć…

– Po­milcz­my chwi­lę, moja dro­ga. – Krzysz­tof spa­ro­dio­wał pa­te­tycz­ny ton.

– Do dia­bła z Hisz­pa­nią, ale… chcia­łeś ku­pić do­bry sa­mo­chód.

– A ten jest zły? – zdzi­wił się Krzysz­tof. – Wy­god­ny, ci­chy, ele­ganc­ki…

Pod­je­cha­ła świet­na czar­na li­mu­zy­na ja­poń­skiej mar­ki, z któ­rej wy­siadł mały męż­czy­zna w dość dłu­gim płasz­czu, z ty­po­wą czar­ną wa­li­zecz­ką. Po­pa­trzył na ze­ga­rek i skie­ro­wał się w stro­nę bra­my z ta­blicz­ką kan­ce­la­rii no­ta­riu­sza. Krzysz­tof sięg­nął po klu­czy­ki.

– „Pod­je­cha­ła pu­sta do­roż­ka i wy­siadł z niej po­eta Le­śmian”, jak po­wie­dział Franc Fi­szer. Pani dzie­dzicz­ko: no­ta­riusz Duży ocze­ku­je na pani pod­pis.

Pół go­dzi­ny póź­niej, po otwar­ciu i od­czy­ta­niu te­sta­men­tu, po pod­pi­sa­niu przez Ma­rian­nę do­ku­men­tów o przy­ję­ciu spad­ku, me­ce­nas Duży nie wy­trzy­mał i za­py­tał wprost:

– Po­dob­no chcą pań­stwo zgło­sić obiekt do agen­cji, bo ja miał­bym…

– Nie – prze­rwał mu Krzysz­tof – zde­cy­do­wa­li­śmy się na ra­zie nie sprze­da­wać po­sia­dło­ści. Na ra­zie – po­wtó­rzył z na­ci­skiem, pa­trząc wy­mow­nie na Ma­rian­nę. – Bę­dzie­my ją trzy­ma­li jako dom week­en­do­wy, wa­ka­cyj­ny.

– No, tak, ale ta­kie domy ge­ne­ru­ją kosz­ty cały rok, nie wiem, czy…

– Jesz­cze je­ste­śmy w wie­ku pro­duk­cyj­nym, pa­nie me­ce­na­sie, mamy też za­moż­ne, a w każ­dym ra­zie za­rad­ne dzie­ci, damy so­bie radę. Przy­najm­niej do koń­ca przy­szłe­go se­zo­nu, a po­tem zo­ba­czy­my. Miło było pana po­znać, pa­nie me­ce­na­sie.

Krzysz­tof pań­skim ge­stem po­dał rękę no­ta­riu­szo­wi, ten prze­łknął upo­ko­rze­nie z za­wo­do­wą wpra­wą i od­pro­wa­dził klien­tów do wyj­ścia. Czu­li się tak do­war­to­ścio­wa­ni, że na dob­rą spra­wę po­win­ni byli wsiąść do luk­su­so­wej li­mu­zy­ny me­ce­na­sa, a nie do swe­go ża­ło­sne­go ma­lu­cha, któ­ry po­sta­no­wił nie ro­bić im wsty­du i od­pa­lił za pierw­szym prze­krę­ce­niem klu­czy­ka. Ko­le­biąc się na wy­bo­jach jak kacz­ka, ru­szył ku szo­sie wy­jaz­do­wej z mia­sta.

2.

Lot­niarz za­ci­snął rze­py ka­sku, za­ło­żył oku­la­ry, po­kle­pał się po kie­sze­ni na su­wak, spraw­dza­jąc, czy ma do­ku­men­ty. Po co mi do­ku­men­ty? – po­my­ślał. – Je­śli spad­nę, wszy­scy mnie tu­taj zna­ją. A je­śli wzbi­ję się w ko­smos?… Uśmiech­nął się, ale tyl­ko do sie­bie, bo pod tym ka­skiem i oku­la­ra­mi nikt by tego nie zo­ba­czył. W tym stro­ju wy­glą­dał ab­so­lut­nie ano­ni­mo­wo, a więc tak jak po­wi­nien wy­glą­dać obiek­tyw­ny, bez­stron­ny świa­dek rze­czy­wi­sto­ści, bez­na­mięt­ny ob­ser­wa­tor, któ­ry przy­glą­da się świa­tu z pew­ne­go od­da­le­nia, no­tu­je spo­strze­że­nia, ale nie oce­nia, nie wy­mie­rza spra­wie­dli­wo­ści. Pa­trzy.

Pod­szedł do mo­to­lot­ni i uru­cho­mił sil­nik, swo­ją dumę i na­dzie­ję. Pra­co­wał nad zmo­to­ry­zo­wa­niem lot­ni przez ostat­nie ty­go­dnie i wresz­cie nad­szedł dzień pró­by. Usa­do­wił się na sio­deł­ku, za­piął pasy i lek­ko wzbił się w po­wie­trze. Za­chwy­ci­ła go ła­twość, z jaką wy­star­to­wał i na­bie­rał wy­so­ko­ści, a wi­dok od­wiecz­ny, tak do­brze mu zna­ny, zno­wu za­parł mu dech. Było przed­wio­śnie, prze­łom mar­ca i kwiet­nia, jesz­cze gdzie­nieg­dzie wid­nia­ły łaty brud­ne­go śnie­gu, ale spod bru­nat­nych plam gli­nia­stej zie­mi za­czę­ła prze­zie­rać nie­śmia­ła zie­leń. Tyl­ko ta­fle je­zior lśni­ły już wio­sen­nie, od­bi­ja­jąc błę­kit­ne nie­bo i bia­łe, opty­mi­stycz­ne ob­ło­ki.

Lot­niarz za­to­czył koło i za­czął wzbi­jać się co­raz wy­żej i wy­żej, jak­by chciał, aby te mi­kro­by, któ­re ob­la­zły zie­mię, sta­ły się dla nie­go nie­wi­docz­ne, aby ich domy, wie­że ko­ścio­łów na­tar­czy­wie ce­lu­ją­ce w nie­bo, ich sa­mo­cho­dy peł­zną­ce bez­ro­zum­nie dro­ga­mi, aby to wszyst­ko znik­nę­ło wo­bec ogro­mu pól, la­sów i je­zior, wo­bec ma­je­sta­tu zie­mi.

A na zie­mi pani He­len­ka pę­dzi­ła, za­sa­pa­na wsku­tek swo­jej tu­szy, przez nie­mi­ło­sier­nie za­gra­co­ne po­dwór­ko soł­ty­sa, roz­pry­sku­jąc gu­mia­ka­mi so­czy­ste bło­to.

– Już lecę, lecę! Nie od­kła­daj­cie słu­chaw­ki, soł­ty­sie!

– Do­bra, do­bra. Nie od­kła­dam… – usły­sza­ła głos soł­ty­sa z głę­bi cha­łu­py.

Pani He­len­ka wpa­dła do kuch­ni, soł­tys z pe­tem w ką­ci­ku ust fleg­ma­tycz­nie po­dał jej słu­chaw­kę.

– Jó­zek?! Mat­ko Bo­ska, co się sta­ło?

– To nie Jó­zek – po­wie­dział soł­tys z po­błaż­li­wym po­li­to­wa­niem i umo­ścił się wy­god­nie na ła­wie, naj­wy­raź­niej za­mie­rza­jąc bez­ce­re­mo­nial­nie przy­słu­chi­wać się roz­mo­wie – z War­sza­wy dzwo­nio…

Do cha­łu­py wbiegł dzie­się­cio­let­ni gru­ba­sek, wnuk soł­ty­sa, ze swo­im wście­kle roz­sz­cze­ka­nym ma­łym kun­del­kiem o gło­wie char­ta i krzy­wych no­gach jam­ni­ka.

– Pani Misz­ta­lo­wa to ma bie­gi! – wy­sa­pał mały.

– Ta­ran, wy­pier…! – soł­tys za­czął ru­gać swo­je­go psa, ale zmi­ty­go­wał się ze wzglę­du na pa­nią He­len­kę i zła­go­dził wer­sję: – Ta­ran, wyjdź po do­bro­ci z cha­łu­py, bo ci jaja urwę!

Ale do pani He­len­ki i tak nie do­cie­ra­ło, co się do­oko­ła niej dzie­je; słu­cha­ła, nie­spo­koj­nie po­ru­sza­jąc wy­ba­łu­szo­ny­mi z wy­sił­ku i emo­cji oczy­ma, po czym na­gle roz­po­go­dzi­ła się pro­mien­nie.

– A, to pani Ma­rian­na! Ju­żem się prze­ra­zi­ła, że to Józ­ko­wi coś się sta­ło, bo do Ełku po­je­chał, a to pani… – Ale ulga, że to nie Jó­zek, trwa­ła krót­ko, bo pani He­len­ka zno­wu się za­nie­po­ko­iła: – Ale co się sta­ło?

– Nic się nie sta­ło, pani He­len­ko – usły­sza­ła uspo­ka­ja­ją­cy głos Ma­rian­ny. – A wła­ści­wie to się sta­ło, małe nie­szczę­ście się sta­ło: mie­li­śmy ju­tro przy­je­chać na dwa, trzy dni, tak jak pi­sa­łam, bo cho­ciaż w War­sza­wie spły­wa­ją stru­gi desz­czu po szy­bach i jest obrzy­dli­wie chłod­no, nie­przy­jem­nie, chcia­łam się za­brać za po­rząd­ki, może już w ogro­dzie coś da się zro­bić, a tu mąż musi być w in­sty­tu­cie, a ja zno­wu w po­nie­dzia­łek mam…

– A to nie szko­dzi, nie szko­dzi… To póź­niej przy­ja­dą, za ty­dzień albo dwa. Prze­cie się nie pali, a po­rząd­ki to już my sami za­czę­li tro­chę ro­bić… – od­po­wie­dzia­ła do­bro­dusz­nie pani He­le­na, już cał­kiem uspo­ko­jo­na.

– Misz­ta­lo­wa, za­py­taj­cie, czy­by gdzie ka­se­ty do apa­ra­tu na rol­film nie do­sta­li, to im zwró­cę, jak przy­wio­zo… – wciął się soł­tys, ale pani He­le­na wzru­szy­ła tyl­ko ra­mio­na­mi i spio­ru­no­wa­ła go wzro­kiem, wca­le nie za­mie­rza­jąc po­wtó­rzyć tej proś­by Ma­rian­nie. Koń­czy­ła roz­mo­wę, a prze­ka­zu­jąc po­zdro­wie­nia, kła­nia­ła się i uśmie­cha­ła, jak­by Ma­rian­na mo­gła to zo­ba­czyć.

– Do wi­dze­nia, do wi­dze­nia. A pro­szę i pana pro­fe­so­ra od nas po­zdro­wić.

Odło­ży­ła słu­chaw­kę i po­wie­dzia­ła ostro do soł­ty­sa:

– Co wy zno­wu z tą ka­se­tą wy­jeż­dża­cie! Prze­ciem o niej sły­sza­ła jesz­cze, jak mój świę­tej pa­mię­ci nie­bosz­czyk Wik­tor na do­żyn­ki do War­sza­wy jeź­dził, gdzie go do po­da­wa­nia chle­ba Go­muł­ce wy­bra­li, bo te wą­si­ska jego sta­ro­daw­ne im się spodo­ba­ły…

– Ale mi jej nie przy­wiózł! Ile mi lu­dzi obie­cy­wa­ło bez te lata i nikt nig­dy nie przy­wiózł, to może ci wasi by przy­wieź­li – wy­ja­śnił soł­tys z mar­kot­ną miną.

– To ich sami po­pro­si­cie, jak będą, a nie przez osły-po­sły… – sztor­co­wa­ła go pani He­le­na.

Ma­rian­na sie­dzia­ła za­smu­co­na przy te­le­fo­nie, sku­lo­na z zim­na w fo­te­lu, drob­ny­mi łycz­ka­mi pi­jąc go­rą­cą, pa­ru­ją­cą her­ba­tę. Ich nie­wiel­kie miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze przed­wo­jen­nej ogrom­nej ka­mie­ni­cy na żo­li­bor­skim pla­cu In­wa­li­dów, choć przy­tul­nie urzą­dzo­ne, zio­nę­ło te­raz wil­got­nym chło­dem, co uspra­wie­dli­wia­ło kil­ka na­ło­żo­nych na sie­bie swe­trów, w żad­nej mie­rze nie­wy­szczu­pla­ją­cych jej syl­wet­ki, i kra­cia­sty, bab­ci­ny w wy­ra­zie pled, któ­rym owi­nę­ła ko­la­na. Zwy­kle pil­no­wa­ła się, żeby w obec­no­ści Krzysz­to­fa nie wy­glą­dać jak bab­cia, to­też kie­dy usły­sza­ła zgrzyt klu­cza w zam­ku, ze­rwa­ła się i po­bie­gła do przed­po­ko­ju, po dro­dze zo­sta­wia­jąc pled na ka­na­pie. Na płasz­czu męża lśni­ły kro­pel­ki wody, z ron­da cał­kiem prze­mo­czo­ne­go ka­pe­lu­sza ka­pa­ły już kro­ple.

– Z nie­ba leją się po­my­je, ohy­da!

– Nie roz­bie­raj się – po­wie­dzia­ła na po­wi­ta­nie Ma­rian­na – je­dzie­my do Jac­ków…

– Co się sta­ło?

– Mu­si­my po­bej­bi­si­te­ro­wać przy Jaś­ku, oni idą na pre­mie­rę tego fil­mu, przy któ­rym Ja­cek pra­co­wał. Chcie­li przy­wieźć Jaś­ka do nas, ale po­wie­dzia­łam, jaka u nas zim­ni­ca…

– Co, nadal nie grze­ją? Dzwo­ni­łaś do ad­mi­ni­stra­cji?

– Dzwo­ni­łam. Już na­wet nic nie obie­cu­ją. Całe osie­dle nie ma cie­pła.

– Cho­le­ra by ich wzię­ła! Mia­łem dziś pi­sać ko­re­fe­rat dla tej, jak jej tam…

– Mu­siał­byś mieć rę­ka­wicz­ki bez pal­ców – pod­su­nę­ła Ma­rian­na, wkła­da­jąc płaszcz.

– Ty się śmiej! Pa­nuf­nik po­ka­zy­wał mo­je­mu ojcu ta­kie właś­nie rę­ka­wicz­ki, dzię­ki któ­rym mo­gli z Lu­to­sław­skim gry­wać na czte­ry ręce w cza­sie oku­pa­cji, jak nie było czym pa­lić – po­wie­dział Krzysz­tof, pod­trzy­mu­jąc jej płaszcz. – W płasz­czach i na­usz­ni­kach gra­li w domu ge­ne­ra­ło­wej Po­niec­kiej, tu, na Żo­li­bo­rzu Ofi­cer­skim…

– A ona, ta ge­ne­ra­ło­wa?

– Co ge­ne­ra­ło­wa?

– Też w na­usz­ni­kach słu­cha­ła? – W oczach Ma­rian­ny za­pa­li­ły się iskier­ki uśmie­chu.

– Nie żar­tuj so­bie z mar­ty­ro­lo­gii na­ro­du. – Krzysz­tof po­gro­ził jej pal­cem.

– Za­dzwo­ni­łam do pani He­le­ny, że nie przy­je­dzie­my.

– Co po­wie­dzia­ła?

– Po­cie­sza­ła mnie, że przy­je­dzie­my za ty­dzień.

– Skąd ona może wie­dzieć, co bę­dzie za ty­dzień… – zrzę­dził Krzysz­tof, wy­cho­dząc.