Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ekshibicjonista - Janusz Majewski

Janusz Majewski pokazuje klejnoty: idealnie oszlifowane kamienie szlachetne pamięci osadzone wyobraźni wysokiej próby. Skrywał je kilkadziesiąt lat. Trzymał w szufladzie pomiędzy projektami scenariuszy. To naszyjnik 22 opowiadań o ludzkim i erotycznym spełnieniu, utkany z zachwycających obrazów i rzadko dziś spotykanych słów, wysadzony brylancikami dowcipu. A że Majewski jest jubilerem języka, sprzedaje nam ją z gracją i wytworną erudycją.

Opinie o ebooku Ekshibicjonista - Janusz Majewski

Fragment ebooka Ekshibicjonista - Janusz Majewski

Co­py­ri­ght © by Ja­nusz Ma­jew­ski 2013

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

OPOWIADANIA

EKSHIBICJONISTA

Nie­śmia­ło za­pu­ka­no do drzwi. Me­ce­nas od­chrząk­nął, po­pra­wił się w fo­te­lu i do­no­śnym, do­sko­na­le po­sta­wio­nym gło­sem po­wie­dział:

– Pro­szę!

Drzwi otwo­rzy­ły się jak­by ostroż­nie i do ga­bi­ne­tu wszedł Pe­tent, drob­ny, czar­nia­wy, tro­chę prze­stra­szo­ny. Po paru kro­kach za­trzy­mał się przed mo­nu­men­tal­nym biur­kiem Me­ce­na­sa. Duże lu­stro w drzwiach bi­blio­tecz­nej sza­fy od­bi­ło jego przed­wcze­śnie zgar­bio­ne bez­rad­ne ple­cy.

– Pro­szę, niech pan sia­da. – Me­ce­nas wska­zał krze­sło przed biur­kiem. Pe­tent usiadł na brzeż­ku, po­pra­wił ner­wo­wo dru­cia­ne oku­lar­ki i mil­czał.

Me­ce­nas za­tarł ręce i za­czął mó­wić:

– Znam spra­wę. Pan­na Lena nie oszczę­dzi­ła mi żad­ne­go szcze­gó­łu. Cóż, spra­wa nie przed­sta­wia się we­so­ło. Nie wiem jesz­cze, jak mam pana bro­nić. Przede wszyst­kim jed­nak mu­si­my się umó­wić, że przede mną nie ma pan ta­jem­nic. Ja mu­szę znać całą praw­dę, jak… spo­wied­nik. Oczy­wi­ście nas tak­że obo­wią­zu­je ta­jem­ni­ca za­wo­do­wa… Za­tem na wstę­pie: czy było tak, jak mówi pan­na Lena?

Pe­tent za­czer­wie­nił się po uszy i wy­szep­tał:

– Ależ pa­nie Me­ce­na­sie…

– Ro­zu­miem. – Me­ce­nas po­chy­lił gło­wę z wy­stu­dio­wa­nym sza­cun­kiem. – Za­kła­da­łem a prio­ri, że jest pan czło­wie­kiem ho­no­ru.

Pod­niósł się z fo­te­la, wy­pro­sto­wu­jąc po­tęż­ną, zwa­li­stą syl­wet­kę.

– Za­nim przed­sta­wi mi pan w szcze­gó­łach swo­ją wer­sję wy­da­rzeń, po­zwo­li pan, że na chwi­lę go opusz­czę. Wi­dzi pan – Me­ce­nas uśmiech­nął się iro­nicz­nie – w moim wie­ku je­dy­nym po­twier­dze­niem mę­sko­ści jest cho­ro­wać na pro­sta­tę. Ko­bie­ty, her­ma­fro­dy­ci i trze­bień­cy na nią nie cier­pią.

– Trze­bień­cy?

– No, ka­stra­ci.

Skło­nił się po­waż­nie i wy­szedł od­pro­wa­dzo­ny za­lęk­nio­nym spoj­rze­niem Pe­ten­ta.

Za drzwia­mi Me­ce­nas prze­obra­ził się na­gle: z nie­zwy­kłą, jak na jego wagę, lek­ko­ścią prze­biegł na pa­lusz­kach po dy­wa­nie i znik­nął w drzwiach na koń­cu ko­ry­ta­rza. Za­mknął je na ha­czyk i ci­cho wdra­pał się na se­des. Wstrzy­mu­jąc od­dech, ostroż­nie wyj­rzał przez małe okien­ko pod su­fi­tem. Pa­trzył przez chwi­lę za­fa­scy­no­wa­ny, po­tem ci­cho zszedł z se­de­su, z pew­ną trud­no­ścią od­dał mocz i wy­mknął się z klo­ze­tu.

Pe­tent z mar­kot­ną miną sie­dział wciąż na brzeż­ku krze­sła, kie­dy roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Pe­tent po­de­rwał się za­kło­po­ta­ny, za­wa­hał się, wresz­cie wy­mam­ro­tał:

– Pro­szę…

Drzwi otwo­rzy­ły się i do ga­bi­ne­tu pew­nym kro­kiem wszedł Me­ce­nas. Pe­tent otwo­rzył sze­ro­ko oczy:

– Ależ pa­nie Me­ce­na­sie…

Me­ce­nas uśmiech­nął się ką­ci­ka­mi ust i ru­szył w kie­run­ku swo­je­go fo­te­la. Usiadł.

– Dla­cze­go pan stoi? Pro­szę. – Wska­zał na krze­sło.

– Pa­nie Me­ce­na­sie – wy­ją­kał Pe­tent – dla­cze­go pan za­pu­kał? Do swo­je­go ga­bi­ne­tu!

– Ach, dro­gi pa­nie, nie chcia­łem pana za­ska­ki­wać. Mógł­by pan być za­kło­po­ta­ny… – od­po­wie­dział z pro­sto­tą Me­ce­nas. – Po­zwo­li pan, że za­ła­twię je­den te­le­fon i za­raz wró­ci­my do spra­wy…

– Ale, pa­nie Me­ce­na­sie, to za­pu­ka­nie… – upie­rał się Pe­tent ura­żo­nym gło­sem. – Ja… To mnie… ob­ra­ża! – do­koń­czył, z wy­sił­kiem wy­rzu­ca­jąc ostat­nie sło­wo.

– Nie­chże pan nie prze­sa­dza. – Me­ce­nas ba­ga­te­li­zu­ją­co mach­nął ręką i za­czął wy­krę­cać nu­mer te­le­fo­nu.

Pe­tent wzbu­rzo­ny prze­szedł się po ga­bi­ne­cie i sta­nął przy oknie z twa­rzą ścią­gnię­tą cier­pie­niem.

– Halo! Pan­na Lena? – po­wie­dział Me­ce­nas słod­kim gło­sem, przy­ci­ska­jąc słu­chaw­kę ra­mie­niem, aby uwol­nić ręce, któ­re za­ję­ły się skrę­ca­niem pa­pie­ro­sa z tu­rec­kie­go ty­to­niu w gru­bej, żół­ta­wej bi­buł­ce.

Pe­tent drgnął. Od­wró­cił gło­wę i z prze­ra­że­niem pa­trzył na Me­ce­na­sa, któ­ry uśmiech­nię­ty mó­wił do słu­chaw­ki:

– Był u mnie czło­wiek, któ­re­go pani oskar­ża, a ra­czej, jak mi się wy­da­je, po­ma­wia. Tak, dro­ga pani, po­ma­wia. To mi wy­glą­da na po­mó­wie­nie…

Słu­chał chwi­lę uprzej­mie, a po­tem mó­wił da­lej gło­sem ja­snym, pew­nym sie­bie:

– Do­my­ślam się, że ma pani w za­na­drzu nie­zbi­ty do­wód, któ­rym jest fakt, iż pani wie o jego bliź­nie po ope­ra­cji wy­rost­ka. Ale ja ła­two oba­lił­bym ten do­wód przed są­dem: po pierw­sze, pani, jako cór­ka chi­rur­ga, mo­gła sły­szeć, że był on ope­ro­wa­ny w szpi­ta­lu pani ojca, a po dru­gie, pan­no Leno – ton Me­ce­na­sa stał się z lek­ka pro­tek­cjo­nal­ny – ten pan mógł się ob­na­żyć przed pa­nią za pani zgo­dą, a na­wet za­chę­tą, a nie, jak pani mówi – po­szu­kał w pa­mię­ci – znie­nac­ka. A więc nie był to, jak pani twier­dzi, akt eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­ny, ale cał­kiem zwy­czaj­nie: akt sek­su­al­ny. Pra­wie na pew­no nie­uda­ny. Dla­te­go, dro­ga pan­no Leno, ra­dzę się jesz­cze za­sta­no­wić. Za­wsze moż­na wy­co­fać po­wódz­two. Uprzej­mie kła­niam się pani…

Me­ce­nas odło­żył słu­chaw­kę, po­li­zał bi­buł­kę i skle­ił pa­pie­ro­sa. Pstryk­nął srebr­ną za­pal­nicz­ką i za­cią­gnął się ze sma­kiem. Pe­tent stał pod oknem z twa­rzą ukry­tą w dło­niach, mil­czał. Me­ce­nas spo­koj­nie cze­kał, pa­ląc pa­pie­ro­sa. Pe­tent wes­tchnął, pod­szedł do biur­ka i usiadł cięż­ko na krze­śle. Nie pod­no­sząc wzro­ku, za­py­tał schryp­nię­tym gło­sem:

– Skąd pan wie, że mam bli­znę na brzu­chu?

Me­ce­nas nie od­po­wie­dział. Pod­niósł się z fo­te­la i pod­szedł do lu­stra w drzwiach sza­fy. Sta­nął przed nim i przy­glą­dał się swe­mu od­bi­ciu z pa­pie­ro­sem w ustach. Dym ty­to­niu łza­wił mu oko. Pe­tent pa­trzył na nie­go z lę­kiem.

– Ko­bie­ty i zwier­cia­dła mają wspól­ną na­tu­rę: stwa­rza­ją po­ku­sy – po­wie­dział Me­ce­nas sen­ten­cjo­nal­nie, pa­trząc Pe­ten­to­wi w oczy za po­śred­nic­twem lu­stra.

Po­tem od­wró­cił się i do­dał, ogar­nia­jąc Pe­ten­ta wzro­kiem peł­nym otu­chy:

– Oczy­wi­ście będę pana bro­nił, je­śli pan­na Lena nie wy­stra­szy­ła się na tyle, aby wy­co­fać oskar­że­nie. Trze­ba uczyć mo­re­su te ka­pry­śne pan­ni­ce!

1996

MYŚLI MIESZKAŃCA LABIRYNTU

Obu­dzi­łem się i za­czą­łem na­słu­chi­wać. Od kie­dy zsze­dłem po­ni­żej pod­sta­wo­we­go po­zio­mu i pra­cu­ję w naj­głęb­szych sztol­niach, stra­ci­łem po­czu­cie cza­su, nie wiem, czy jest noc, czy dzień – nie wpa­da tu naj­mniej­szy od­blask świa­tła z góry – mu­szę kie­ro­wać się tyl­ko słu­chem. W dzień w prze­strze­ni naj­bliż­szej pa­nu­je ci­sza – je­śli nie zwra­cać uwa­gi na ty­ka­nie ze­ga­ra – ale da­lej, w tle, sły­chać szum mia­sta, klak­so­ny sa­mo­cho­dów, ło­skot ko­lej­ki na wia­duk­cie. W nocy dal­szy plan cich­nie, za to wy­raź­nie sły­szę to, co bli­skie: ich od­de­chy, ka­szel, mam­ro­ta­nia przez sen, nie­kie­dy skrzy­pie­nia sprę­żyn i ło­sko­ty, jej jęki roz­ko­szy i spa­zma­tycz­ne okrzy­ki, kie­dy spół­ku­ją.

Sto­sun­ko­wo naj­ła­twiej mi od­róż­nić wie­czór od rana – wte­dy roz­ma­wia­ją, a roz­mo­wy te mają i inną treść, i cha­rak­ter. Rano mó­wią coś w po­śpie­chu, ury­wa­ny­mi zda­nia­mi, wśród krzą­ta­ni­ny i gwiz­da­nia czaj­ni­ka w kuch­ni, któ­ra jest gdzieś w głę­bi miesz­ka­nia. On krzy­czy z da­le­ka, chy­ba z ła­zien­ki, ona czę­sto te­le­fo­nu­je. Po­tem za­pa­da ci­sza na wie­le go­dzin, cza­sem prze­ry­wa­na upar­tym dzwo­nie­niem te­le­fo­nu, któ­re­go nikt nie od­bie­ra, lub nie­gło­śnym pac­nię­ciem ga­zet i li­stów o pod­ło­gę, kie­dy li­sto­nosz wrzu­ci je przez szpa­rę w drzwiach. Szcze­gól­nie do­brze roz­róż­niam ten de­li­kat­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk, jaki wy­da­je mo­sięż­na klap­ka otwo­ru na li­sty, gdy opa­da na swo­je miej­sce po przy­ję­ciu pocz­ty. Za każ­dym ra­zem nie­omal wi­dzę do­kład­nie jej kształt, krój li­ter na­pi­su „Let­ters”, błysk po­le­ro­wa­ne­go me­ta­lu.

Nie zno­szę na­to­miast piąt­ków, kie­dy przy­cho­dzi pan­na Mor­gan (wiem, że się tak na­zy­wa, bo kie­dy od­bie­ra te­le­fo­ny, za­wsze mówi tym swo­im ja­do­wi­tym gło­sem: „Miss Mor­gan, słu­cham”), nie cier­pię, jak czła­pie cięż­ko po miesz­ka­niu, stu­ka mio­tłą, dzwo­ni na­czy­nia­mi, szu­mi obrzy­dli­wym od­ku­rza­czem (za­wsze przy tym śpie­wa ohyd­ne arie z mu­si­ca­li), a przede wszyst­kim jak ob­że­ra się cały czas, co chwi­lę otwie­ra­jąc lo­dów­kę, mlasz­cząc i wstręt­nie bul­go­cząc. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go oni to to­le­ru­ją. Może do­brze sprzą­ta.

Je­śli chciał­bym kie­dy­kol­wiek wy­do­stać się z la­bi­ryn­tu, to głów­nie po to, aby spraw­dzić, na ile tam­ta rze­czy­wi­stość jest po­dob­na do ob­ra­zu, jaki so­bie o niej wy­two­rzy­łem na pod­sta­wie wra­żeń słu­cho­wych. Wy­obra­żam so­bie, że dla do­bra na­uki po­wi­nie­nem przed­tem zło­żyć ja­kiś ra­port przed nie­za­leż­ną ko­mi­sją albo opi­sać moje hi­po­te­zy i za­mknąć w za­la­ko­wa­nej ko­per­cie, by po­tem skon­fron­to­wać je obiek­tyw­nie z ist­nie­ją­cym świa­tem, je­że­li on rze­czy­wi­ście ist­nie­je. Cza­sem, w gorz­kich chwi­lach zwąt­pie­nia, wy­da­je mi się, że jest on tyl­ko moim ża­ło­snym uro­je­niem.

Po ca­łym dniu sa­mot­no­ści, po tych nud­nych, wlo­ką­cych się dłu­go go­dzi­nach ci­szy, zwy­kle sły­szę naj­pierw stu­kot jej ob­ca­sów na scho­dach, po­tem od­głos otwie­ra­nych drzwi, sze­lest pod­no­szo­nych z pod­ło­gi ga­zet i li­stów, szczęk na­czyń w kuch­ni. Wresz­cie wra­ca on, je­dzą pew­nie ko­la­cję, oglą­da­ją te­le­wi­zję, cza­sem przyj­mu­ją go­ści. Nie lu­bię tych go­dzin. Mę­czy mnie wy­tę­ża­nie słu­chu, aby uło­wić ja­kiś da­le­ki od­głos i sta­rać się go zro­zu­mieć, do­my­ślić się, co ozna­cza. Usi­łu­ję wte­dy spać albo in­ten­syw­nie pra­cu­ję, drą­żąc tu­nel w ja­kimś odu­rze­niu, za­pa­mię­ta­niu, nie­mal w sza­le, któ­re­go na­tu­ra mnie sa­me­go za­sta­na­wia. Czy jest to chęć za­głu­sze­nia tych drę­czą­cych pra­gnień, ma­rzeń, ro­jeń i na­dziei, któ­re prze­ni­ka­ją każ­dą ko­mór­kę mego mó­zgu, któ­re nie opusz­cza­ją mnie na­wet w snach?

Z tej za­pal­czy­wej pra­cy lub z głę­bo­kie­go snu wy­ry­wa mnie za­zwy­czaj jej głos, tak dźwięcz­ny i na­gle bli­ski, że nie po­tra­fię po­ha­mo­wać zdła­wio­ne­go okrzy­ku stra­chu, jaki mimo woli wy­do­by­wa się ze mnie. Za­mie­ram wte­dy z prze­ra­że­nia na dłu­gą chwi­lę, cho­ciaż non­sen­sem jest są­dzić, że mój głos mógł­by prze­bić się przez ścia­ny tu­ne­lu i do­biec do jej uszu. Prze­cież nie­raz wo­ła­łem z ca­łych sił, wy­tę­ża­jąc głos do gra­nic przy­tom­no­ści, a nig­dy nie dała mi po­znać, że mnie sły­szy. Do­świad­cza­łem za to tyl­ko przy­kre­go efek­tu wie­lo­krot­ne­go echa, gdy głos mój prze­bie­gał przez nie­zli­czo­ne od­ga­łę­zie­nia la­bi­ryn­tu, od­bi­jał się od stro­pów i za­ło­mów ścian, a po­tem wra­cał do mnie znie­kształ­co­ny, jak­by ule­pio­na z jego od­pad­ków kula, wy­ce­lo­wa­na pro­sto w mój obo­la­ły mózg.

Po każ­dym ta­kim ata­ku obłą­kań­czych krzy­ków, gdy wy­rzu­cę z sie­bie całą go­rycz i roz­pacz, gdy wy­krzy­czę w nich moją nie­na­wiść i mi­łość, leżę dłu­go na dnie szy­bu wy­czer­pa­ny, bez­wład­ny; wy­da­je mi się, że za­raz umrę. Nie wiem, jak dłu­go to trwa, ale pierw­szym ob­ja­wem do­cho­dze­nia do sie­bie jest to, że za­czy­nam zno­wu sły­szeć, zno­wu słu­chać, ło­wić pil­nie każ­dy dźwięk, każ­dy od­cień in­to­na­cji w jej sło­wach skie­ro­wa­nych do nie­go, każ­dy pod­tekst w tre­ści roz­mów, ja­kie pro­wa­dzą wie­czo­ra­mi.

Daw­niej sku­pia­łem się bar­dziej wła­śnie na tre­ści tych roz­mów. Sta­ra­łem się na tej pod­sta­wie skon­stru­ować moż­li­wie peł­ny ob­raz ich ży­cia, zre­kon­stru­ować ich prze­szłość, zro­zu­mieć ich pro­ble­my, stwo­rzyć so­bie ich por­tre­ty. Po­tem po­ją­łem, że nig­dy nie zro­zu­miem tego świa­ta, któ­re­go strzę­py przy­no­szą co wie­czór do sy­pial­ni, na­wią­zu­jąc w roz­mo­wach do ja­kichś nie­zli­czo­nych wąt­ków, z któ­rych utka­na jest ich dziw­na rze­czy­wi­stość.

Skon­cen­tro­wa­łem się więc na śle­dze­niu ich ży­cia bio­lo­gicz­ne­go i du­cho­we­go, ich wza­jem­nych sto­sun­ków uczu­cio­wych i sek­su­al­nych, a wszyst­ko po to, aby po­znać ją le­piej, żeby prze­nik­nąć jej umysł i du­szę, żeby choć w ten spo­sób zbli­żyć się do niej.

Może prze­ma­wia prze­ze mnie za­zdrość, ale on wy­da­je się gru­bo­skór­nym pro­sta­kiem i trud­no mi zro­zu­mieć, jak ona może zno­sić ta­kie­go part­ne­ra. On pra­wie nig­dy nie po­tra­fi wy­czuć jej we­wnętrz­ne­go na­stro­ju: kie­dy jej cia­ło drży z pra­gnie­nia jego bli­sko­ści, on czy­ta ga­ze­tę albo za­nu­dza ją opo­wie­ścia­mi z ja­kie­goś biu­ra (dużo cza­su mi­nę­ło, nim zro­zu­mia­łem, co ozna­cza to sło­wo).

Za to kie­dy ona już śpi albo wca­le nie ma ocho­ty, wła­zi do jej łóż­ka, bu­dzi ją, mo­le­stu­je na­mol­nie i obrzy­dli­wie, aż w koń­cu osią­ga cel. Mu­szę jed­nak ze smut­kiem przy­znać, że ona, mimo po­cząt­ko­wych opo­rów, za­wsze mu w koń­cu ule­ga, a co gor­sza, gło­śno oka­zu­je za­do­wo­le­nie. Wstyd mi nie po­zwa­la za­pa­mię­ty­wać tych słów, któ­re wy­krzy­ku­je pod­czas or­ga­zmu, tak są nie­przy­zwo­ite i wy­uz­da­ne, a jed­nak na­tręt­nie mi się przy­po­mi­na­ją, bo ona do nich upar­cie wra­ca. Zro­zu­mia­łem, że jest to jej słow­nik mi­ło­sny, i w tej plu­ga­wej pie­śni, w tym ste­ku rynsz­to­ko­wych wy­ra­zów wy­po­wia­da­nych w eks­ta­tycz­nym za­pa­mię­ta­niu, od­kry­wam swo­iste pięk­no: li­rycz­ne i pa­te­tycz­ne za­ra­zem. Może to dzię­ki temu, przede wszyst­kim, sta­ła mi się tak bli­ska i tak jej pra­gnę?

Wczo­raj­szej nocy on na­gle ją obu­dził.

– Sły­szysz, jak drą­ży?

Obu­dzo­na, za­py­ta­ła nie­przy­tom­nie:

– Kto?

– Nie sły­szysz? – po­wtó­rzył. – Jak drą­ży tu­nel, jak żre?

Za­mar­łem na chwi­lę bez ru­chu.

– O, przy­cza­ił się – po­wie­dział.

– Nie ro­zu­miem. O co ci cho­dzi? Kto? – po­wtó­rzy­ła.

Za­miast jej od­po­wie­dzieć, za­czął za­wi­le:

– Pa­mię­tasz skle­pik pod São Pau­lo, gdzie wy­pa­trzy­łaś te ta­pe­ty? Py­ta­łem sprze­daw­cy, z cze­go ro­bią klej, któ­ry nam wci­snął ra­zem z ta­pe­ta­mi, przez co po­tem mie­li­śmy nad­wa­gę ba­ga­żu… A swo­ją dro­gą, znajdź mi dru­gich ta­kich idio­tów, któ­rzy z wa­ka­cji przy­wo­żą ta­pe­ty! Na pa­miąt­kę!

– Słu­chaj, kto tu jest idio­tą…? – za­czę­ła, ale nie dał jej mó­wić.

– On twier­dził, że klej jest syn­te­tycz­ny, ro­zu­miesz? Ale ja od razu po­dej­rze­wa­łem, że ro­ślin­ny – pach­niał kasz­ta­na­mi…

Pod­nio­sła się ener­gicz­nie, aż za­skrzy­pia­ły sprę­ży­ny łóż­ka:

– Czy po to mnie bu­dzisz w środ­ku nocy, żeby pleść ta­kie bzdu­ry? Co ci się zno­wu śni­ło?

– Po­słu­chaj. Nic nie mów, słu­chaj.

Za­mil­kli obo­je, a ja nie wy­trzy­ma­łem na­pię­cia tej chwi­li i po­ru­szy­łem się: grud­ka za­schnię­tej masy kle­jo­wej ode­rwa­ła się od ścia­ny tu­ne­lu i po­to­czy­ła w głąb po­chy­łej sztol­ni z hu­kiem, któ­ry brzmiał dla mnie jak od­głos la­wi­ny.

Sta­ra­łem się opa­no­wać ner­wy. Po­wta­rza­łem do­bit­nie w my­ślach, że dla nich musi to być tyl­ko szmer, le­d­wie sły­szal­ny sze­lest. Nie my­li­łem się, tak wła­śnie to okre­ślił. Po­wie­dział:

– Sły­sza­łaś ten sze­lest? To pod ta­pe­tą. Za­sta­na­wiam się, czy to jest taki zwy­czaj­ny KOR­NIK, czy też ja­kiś spe­cjal­ny ro­bal ta­pe­to­wy.

Obu­rze­nie wal­czy­ło we mnie z dumą: na­zwał mnie „ro­ba­lem”, ale jed­nak „spe­cjal­nym”.

– Kor­nik? – za­py­ta­ła z tym ro­dza­jem na­iw­ne­go, dziew­czę­ce­go zdu­mie­nia, któ­re tak u niej lu­bię.

– Tak, kor­nik, moja dro­ga. Gdy­byś cza­sem cier­pia­ła na bez­sen­ność tak jak ja, to byś usły­sza­ła go nie raz. Tak: mamy kor­ni­ka pod ta­pe­tą.

Te sło­wa ra­zi­ły mnie jak pio­run i spo­wo­do­wa­ły, że w pa­nicz­nym od­ru­chu prze­ra­że­nia rzu­ci­łem się do bez­ład­nej uciecz­ki.

– O, te­raz! Sły­szysz, jak sze­le­ści?

Ze­bra­łem wszyst­kie siły woli i za­trzy­ma­łem się. Nie było w koń­cu po­wo­du do pa­ni­ki, prze­cież nie rzu­cą się na­gle jak sza­leń­cy i nie za­czną z fu­rią zry­wać ta­pet po to, aby mnie wy­tro­pić! Nie zna­leź­li­by mnie zresz­tą nig­dy w moim LA­BI­RYN­CIE, w ty­sięcz­nych od­ga­łę­zie­niach, w krę­tych ka­na­łach, w po­chy­łych sztol­niach, w głę­bo­kich szy­bach, w chod­ni­kach bez wyj­ścia, zdra­dli­wie za­pra­sza­ją­cych na­iw­ne­go wę­drow­ca po to, aby go tam uwię­zić na wie­ki.

By­łem tak pew­ny swo­jej prze­wa­gi i ich bez­rad­no­ści, że wpeł­złem do Kom­na­ty XVI, zwa­nej Ró­żo­wą, któ­rą daw­no wy­drą­ży­łem i przy­go­to­wa­łem z my­ślą o moim pla­nie.

Jest to ob­szer­na ko­mo­ra, z jed­nej stro­ny się­ga­ją­ca aż do tyn­ku, to zna­czy prze­wier­co­na przez po­dwój­ną war­stwę sta­rych ga­zet. Pa­mię­tam jesz­cze kil­ka ta­jem­ni­czych słów, prze­czy­ta­nych wte­dy, kie­dy nad nią pra­co­wa­łem, na tym skraw­ku ga­ze­ty: „de­ten­te’… po­wer… Ni­ka­rag…” – dłu­go sta­ra­łem się do­ciec ich zna­cze­nia. Z dru­giej stro­ny pie­cza­ry naj­pierw usu­ną­łem i wchło­ną­łem cały pod­kład kle­ju, a po­tem jesz­cze całą spodnią war­stwę ta­pe­ty. Był to chy­ba wi­nyl, bo miał smak wstręt­ny, ale cier­pia­łem z ocho­tą, ro­bi­łem to dla niej. Dzię­ki cier­pli­wo­ści i sta­ran­no­ści do­pro­wa­dzi­łem do tego, że po­zo­sta­ła tyl­ko cien­ka po­wło­ka ze­wnętrz­na, nie­mal sama far­ba, ro­dzaj ró­żo­wej bło­ny, na­pię­tej jak skó­ra na bęb­nie. Jesz­cze tego sa­me­go dnia mia­łem się do­wie­dzieć, że ta­pe­ta po­kry­ta jest ró­żo­wym, kwia­to­wym wzo­rem na błę­kit­nym tle: ta wstręt­na miss Mor­gan po­wie­dzia­ła o tym ja­kiejś przy­ja­ciół­ce przez te­le­fon, na­igry­wa­jąc się z ich gu­stu. A jaki ma gust ktoś, kto kro­wim gło­sem pod­śpie­wu­je wciąż ariet­ki z mu­si­ca­lu So­uth Pa­ci­fic?!

To, że pra­cu­jąc nad wy­koń­cze­niem ze­wnętrz­nej ścia­ny, tra­fi­łem na frag­ment różu, było przy­pad­kiem, ale z pew­no­ścią za­cią­ży­ło w znacz­nej mie­rze na moim my­śle­niu o nich czy ra­czej przede wszyst­kim o NIEJ.

Owo ró­żo­we świa­tło pa­nu­ją­ce w pie­cza­rze bar­wi­ło wszyst­kie moje do­zna­nia, do­my­sły i ha­lu­cy­na­cje zmy­sło­wą, draż­nią­cą łuną. Wra­że­nie to po­tę­go­wa­ło się szcze­gól­nie w nocy, kie­dy za­pa­la­li lam­pę i ko­cha­li się przy świe­tle. Ich zdy­sza­ne szep­ty, gar­dło­we wes­tchnie­nia, spa­zma­tycz­ne jęki prze­ni­ka­ły bło­nę ta­pe­ty, wpra­wia­ły ją w wi­bra­cję i bom­bar­do­wa­ły moją wy­obraź­nię, trzy­ma­jąc mnie drżą­ce­go w tej ró­żo­wej po­świa­cie ca­ły­mi kwa­dran­sa­mi.

Te­raz, gdy wla­złem do Ró­żo­wej Kom­na­ty, po­my­śla­łem, że być może na­de­szła chwi­la, do któ­rej przy­go­to­wy­wa­łem się od daw­na, ale gdy za­sta­na­wia­łem się, co ro­bić, zno­wu do­biegł mnie jego głos:

– Sco­ly­ti­dae, ro­dzi­na chrząsz­czy. Naj­po­spo­lit­szym szkod­ni­kiem jestIps ty­po­gra­phus – kor­nik dru­karz. Są tak­że: Ips se­xden­ta­tus – sze­ścio­zęb­ny, Pi­ty­ok­te­ines cu­rvi­dens – krzy­wo­zęb­ny, Hy­la­sti­nus ob­scu­rus – ciem­ny…

Po­czu­łem się nie­swo­jo. Po raz pierw­szy usły­sza­łem, że ktoś mnie na­zy­wa, okre­śla, kla­sy­fi­ku­je. Przed­tem mia­łem ja­kieś po­ję­cie o tym, kim je­stem, ale ra­czej w ka­te­go­riach psy­cho­lo­gicz­nych czy na­wet on­to­lo­gicz­nych. Mia­łem po pro­stu po­czu­cie, że je­stem sobą (ego sum – sko­ro tak się upie­ra­ją przy ła­ci­nie), lub ra­czej – ta­kie po­czu­cie prze­ni­ka­ło mnie od za­wsze. Te­raz, kie­dy pa­dły te na­zwy, za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Ips, IPS, a więc je­stem IP­SEM! Ips – to do­brze brzmi. To mi od razu przy­pa­dło do gu­stu! Go­rzej z tymi przy­dom­ka­mi: ty­po­gra­phus, se­xden­ta­tus…

– Skąd ty to wszyst­ko wiesz? – za­py­ta­ła zdu­mio­na.

– Skąd? – Za­śmiał się. – Wy­pi­sa­łem z en­cy­klo­pe­dii. Cze­kaj…

Usły­sza­łem, że sia­da na łóż­ku i na­ci­ska kon­takt lam­py. W mo­jej pie­cza­rze zro­bi­ło się ró­żo­wo. W jed­nej chwi­li pod­ją­łem de­cy­zję: bły­ska­wicz­nym kłap­nię­ciem szczęk wy­gry­złem w bło­nie małą dziu­rę i przy­tkną­łem do niej oko.

Na­resz­cie zo­ba­czy­łem to, o czym śni­łem tyle lat, co wy­obra­ża­łem so­bie, ry­jąc mo­zol­nie ko­ry­ta­rze mego la­bi­ryn­tu, co zna­łem do naj­mniej­sze­go szcze­gó­łu, ale były to szcze­gó­ły wy­my­ślo­ne, fan­ta­stycz­ne, wy­snu­te z cho­rych ro­jeń. O, jak­że ubo­ga oka­za­ła się moja wy­obraź­nia! To, co uj­rza­łem, prze­szło wszel­kie ocze­ki­wa­nia.

Przede wszyst­kim nie przy­pusz­cza­łem, że są tacy ogrom­ni. Wy­da­li mi się gi­gan­ta­mi, oży­wio­ny­mi gó­ra­mi się­ga­ją­cy­mi chmur. A prze­cież uj­rza­łem ich le­żą­cych! Pa­trzy­łem na nich z wy­so­ko­ści może dwóch me­trów, z punk­tu umiesz­czo­ne­go wprost nad ich gło­wa­mi, któ­re dzię­ki temu wi­dzia­łem naj­le­piej, ale w po­zy­cji od­wró­co­nej. Trze­ba było dłuż­szej chwi­li, bym zro­zu­miał, że to gło­wy wień­czą ich od­włok, z któ­re­go wy­ra­sta­ją koń­czy­ny, a nie na od­wrót. Kie­dy już po­ją­łem za­sa­dy, ja­ki­mi rzą­dzi się w ich świe­cie per­spek­ty­wa, do­strze­głem, że on usiadł na łóż­ku, się­gnął po książ­kę le­żą­cą obok i wy­jął z niej ja­kąś kart­kę. Od­czy­tał:

– Ro­dzi­na Sco­ly­ti­dae obej­mu­je oko­ło czte­rech ty­się­cy ga­tun­ków. Nie­któ­re z nich są wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­ne, w wy­gry­zio­nych chod­ni­kach ho­du­ją spe­cjal­ny ga­tu­nek grzy­ba, zwa­ny am­bro­zją…

Ona po­ru­szy­ła się na swo­im łóż­ku. Lek­ka, je­dwab­na ko­szu­la zsu­nę­ła się nie­co z jej ra­mie­nia. W wy­cię­ciu de­kol­tu za­ma­ja­czył kształt pięk­nie skle­pio­nej pier­si. Z emo­cji za­schło mi w gar­dle. Gdy­bym mu­siał te­raz krzyk­nąć, wy­dał­bym tyl­ko ochry­pły, zdu­szo­ny skrzek. Za­chłan­nie wpa­try­wa­łem się w nią, z każ­dą chwi­lą po­do­ba­ła mi się co­raz bar­dziej. Po­wie­dzia­ła:

– Ty je­steś obłą­ka­ny! Bu­dzisz mnie, ple­ciesz coś, czy­tasz ja­kieś bred­nie… Do cze­go to zmie­rza?

– A po­słu­chaj, co pi­szą pod ha­słem „am­bro­zja” – zu­peł­nie igno­ro­wał jej pro­te­sty i spo­koj­nie czy­tał da­lej z kart­ki: – „Am­bro­zja, bio­lo­gicz­nie, to szcze­gól­ny typ współ­ży­cia zwie­rzę­cia i ro­śli­ny. Grzyb­nia wy­ście­la prze­strze­nie drą­żo­ne przez owa­da i słu­ży mu za po­ży­wie­nie, sama zaś kar­mi się jego od­cho­da­mi…” itd., itd., ale uwa­żaj: „am­bro­zja w mi­to­lo­gii grec­kiej to po­karm bo­gów, za­pew­nia­ją­cy im nie­śmier­tel­ność, wiecz­ną mło­dość i pięk­no”…

Trud­no opi­sać za­męt, w jaki wpra­wi­ły mnie te sło­wa. W parę se­kund do­wie­dzia­łem się o so­bie wię­cej, niż ro­zu­mia­łem i de­du­ko­wa­łem z mo­je­go ca­łe­go do­tych­cza­so­we­go ży­cia! Ale mózg mój szyb­ko ochło­nął z gwał­tow­nych wzru­szeń; po­sta­no­wił re­je­stro­wać tyl­ko in­for­ma­cje, na póź­niej od­kła­da­jąc ich ana­li­zę i re­flek­sje. Na­to­miast moje zmy­sły, a tak­że i du­sza – je­że­li wol­no mi wie­rzyć, że ją mam – chło­nę­ły łap­czy­wie tak fa­scy­nu­ją­cy dla mnie ob­raz ich świa­ta.

Nie ukry­wam, że głów­nie pa­trzy­łem na nią, na jej gład­kie, ró­żo­we cia­ło, a ra­czej jego małe skraw­ki, wy­ła­nia­ją­ce się z fałd bie­li­zny i po­ście­li, na jej tro­chę sen­ne, jak­by zwol­nio­ne ru­chy. Słu­cha­łem jej gło­su, ale nie ro­zu­mia­łem sen­su słów, nie chcia­łem ro­zu­mieć, nie in­te­re­so­wa­ła mnie ich treść. Wo­la­łem ło­wić wi­bra­cje po­szcze­gól­nych dźwię­ków, wy­so­kich i ni­skich na prze­mian, wpra­wia­ją­cych w drże­nie moje zmy­sły, osza­ła­mia­ją­ce jak nar­ko­tyk.

Tak więc nie sły­sza­łem, o czym roz­ma­wia­li, pa­mię­tam, że śmia­ła się ci­cho, a po­tem wy­cią­gnę­ła do nie­go smu­kłą rękę. On, jak­by tknię­ty różdż­ką cza­ro­dziej­ską, za­milkł na chwi­lę, po­tem przy­warł usta­mi do jej ra­mie­nia, z któ­re­go zsu­nę­ła się ko­szu­la. Wte­dy jej dru­ga dłoń za­nu­rzy­ła się w jego gę­stych wło­sach, nie­mal znik­nę­ła wśród nich, jak­by wnik­nę­ła w głąb jego czasz­ki. Prze­su­nął się na jej łóż­ko i od­rzu­cił koł­drę.

Za­bra­kło mi tchu: zo­ba­czy­łem jej ja­sny, nagi brzuch z ciem­nym trój­ką­tem. Wierz­cho­łek tego trój­ką­ta do­ty­kał miej­sca, w któ­rym łą­czy­ły się jej dłu­gie, smu­kłe nogi. Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia ten ciem­ny trój­kąt, zwró­co­ny wierz­choł­kiem ku gó­rze, wy­da­wał się ja­kąś ma­gicz­ną ka­ba­li­stycz­ną fi­gu­rą, zna­kiem, któ­re­go zna­cze­nia nie poj­mo­wa­łem.

Le­d­wie o tym po­my­śla­łem, zo­ba­czy­łem, jak jego moc­na owło­sio­na dłoń peł­znie po jej udzie, zbli­ża się do ma­gicz­ne­go trój­ką­ta i do­ty­ka go, jak­by przy­pad­ko­wo, grzbie­tem pal­ców. Usły­sza­łem ci­chy jęk po­żą­da­nia, wy­do­by­wa­ją­cy się z jej roz­chy­lo­nych ust. Zo­ba­czy­łem olśnie­wa­ją­cy błysk jej bia­łych zę­bów. Jej pa­znok­cie wbi­ły się w jego ra­mię, skó­ra pod nimi zbie­la­ła, po­tem pod­bie­gła krwią. Jej ko­la­na jak przę­sła zwo­dzo­ne­go mo­stu unio­sły się wol­no w górę i za­czę­ły się roz­chy­lać. Po­czu­łem gwał­tow­ny przy­pływ żą­dzy i wście­kło­ści, ale je­dy­ne co mo­głem zro­bić, to prze­stać na nich pa­trzeć. Szyb­ko wy­peł­złem z Ró­żo­wej Kom­na­ty i za­szy­łem się w naj­ciem­niej­szy kąt głę­bo­kiej, wy­eks­plo­ato­wa­nej sztol­ni, w któ­rej nie by­łem już od mie­się­cy.

Kie­dy uspo­ko­iłem tro­chę roz­dy­go­ta­ne ner­wy, zwal­czyw­szy po­ku­sę ma­stur­ba­cji pod tło­czą­ce się na­tręt­nie, za­pa­mię­ta­ne w każ­dym szcze­gó­le ob­ra­zy, któ­re bu­rzy­ły krew, za­czą­łem roz­pa­mię­ty­wać to wszyst­ko, co tego dnia się wy­da­rzy­ło, a zwłasz­cza to, cze­go do­wie­dzia­łem się o so­bie.

A więc na­zy­wam się IPS i trze­ba by od­kryć ry­su­nek ko­ry­ta­rzy mego la­bi­ryn­tu, aby stwier­dzić, czy je­stem ty­po­gra­phus, se­xden­ta­tus czyob­scu­rus. Moje zgryź­li­we dru­gie ja pod­su­nę­ło mi na­tych­miast au­to­iro­nicz­ną zbit­kę: se­xus ob­scu­rus – tak, nie­wąt­pli­wie je­stem sek­sma­nia­kiem, opę­ta­nym ciem­ną, śle­pą żą­dzą; ale czy te mało wraż­li­we isto­ty zaj­mu­ją­ce się kla­sy­fi­ka­cją mego ga­tun­ku mo­gły­by kie­dy­kol­wiek wy­od­ręb­nić taki wy­róż­nik i na­zy­wać tak ja­kiś rząd czy ro­dzi­nę mo­ich współ­bra­ci? Czy zresz­tą w ogó­le mam ja­kichś współ­ple­mień­ców, czy kie­dy­kol­wiek spo­tkam ja­kie­goś bra­ta, któ­ry od­czu­wa i my­śli jak ja, z któ­rym znaj­dę wspól­ny ję­zyk? A może spo­tkam sa­mi­cę mego ga­tun­ku i ona do­ce­ni moją pa­sję, zro­zu­mie moje po­wo­ła­nie ku po­żyt­ko­wi ga­tun­ku? Nie, nie mam się co łu­dzić! Moim prze­zna­cze­niem jest sa­mot­na wę­drów­ka la­bi­ryn­tem, któ­re­go ko­ry­ta­rze wciąż wy­dłu­żam, mno­żę i gma­twam, gu­biąc się w nich i od­naj­du­jąc bez koń­ca.

Za­raz! Co on mó­wił o ja­kimś współ­ży­ciu z ro­śli­ną? Czyż­by ten grzyb, któ­ry ho­du­ję dla po­kar­mu, rze­czy­wi­ście świa­do­mie współ­żył ze mną? Czy ten grzyb ma świa­do­mość? Czy on my­śli? A może on mnie ob­ser­wu­je, może obie­ra ja­kąś swo­ją tak­ty­kę prze­trwa­nia tu ze mną, może pla­nu­je wspól­ną przy­szłość? A może on, o bo­go­wie!, jest sa­mi­cą mego ga­tun­ku? Nie, to non­sens! Nie moż­na uwie­rzyć, że na tak ni­skim stop­niu roz­wo­ju bio­lo­gicz­ne­go ist­nie­je ja­kaś świa­do­mość! Co in­ne­go ja, z po­zo­ru dro­bi­na, pył, sza­ry, ci­chy wę­dro­wiec, miesz­ka­niec la­bi­ryn­tu. Ja mam pra­wo czuć się isto­tą ro­zum­ną, na­wet je­śli je­stem tyl­ko mi­kro­pro­ce­so­rem w gi­gan­tycz­nym kom­pu­te­rze wszech­świa­ta.

Za­raz! Co on mó­wił o am­bro­zji? Grzyb że­ru­ją­cy na na­wo­zie czy na­pój bo­gów? Nie­śmier­tel­ność, wiecz­na mło­dość, pięk­no. Czy ja, zja­dacz am­bro­zji, sta­nę się kie­dyś bo­giem? Czy będę nie­śmier­tel­ny? Wiecz­nie mło­dy? Czy je­stem pięk­ny? Nig­dy nie za­sta­na­wia­łem się nad swo­im wy­glą­dem; czy mogę się po­do­bać? Ko­bie­ty po­dob­no przy­wią­zu­ją wagę do wy­glą­du, do wa­lo­rów ze­wnętrz­nych, do uro­dy. Ale co jest uro­dą? Czy w jej świe­cie chi­ty­no­wy pan­ce­rzyk i ko­sma­te od­nó­ża na­le­żą do zja­wisk pięk­na czy brzy­do­ty? Ob­scu­rus – je­śli je­stem nim, to czy mogę być dla niej pięk­ny, czy może wła­śnie ob­skur­ny?

Le­d­wo o tym po­my­śla­łem, le­d­wo na­dzie­ja za­tli­ła się w mo­jej du­szy, a już wąt­pię. Wąt­pię, więc je­stem! Moje zwąt­pie­nia, moje znie­chę­ce­nia, moje fru­stra­cje i roz­pa­cze – czyż nie za­świad­cza­ją o mo­jej świa­do­mo­ści?! Ips du­bi­tus, Ips sa­piens – oto ga­tu­nek, któ­ry prze­oczy­li­ście, pa­no­wie en­to­mo­lo­dzy! Nie, nie je­stem nie­śmier­tel­ny, nie sta­nę się bo­giem, spo­ży­wa­jąc am­bro­zję, tak jak grec­cy bo­go­wie nie sta­li się nie­śmier­tel­ni. Spi­li się tym nek­ta­rem i po­snę­li na za­wsze, ska­mie­nie­li w ru­inach świą­tyń, któ­re im sta­wia­no, za­su­sze­ni mię­dzy kar­ta­mi ksią­żek hi­sto­rycz­nych. Nie sta­nę się bo­giem, ale moja du­sza pra­gnie nie­śmier­tel­no­ści, tę­sk­ni do praw­dzi­we­go Boga i wie, jak ma do Nie­go dą­żyć!

Na­dej­dzie ten dzień, kie­dy po­dej­mę de­cy­zję osta­tecz­ną, a ra­czej na­dej­dzie ta noc, bo uczy­nię to w nocy. Wy­cze­kam w Ró­żo­wej Kom­na­cie, aż za­śnie. Przed­tem, przy świe­tle, za­pa­mię­tam każ­dy mi­li­metr dro­gi, żeby nie zbłą­dzić, kie­dy zga­si świa­tło. A może za­śnie przy świe­tle? Wte­dy w tym ró­żo­wo­zło­tym świe­tle po­now­nie prze­gry­zę bło­nę ta­pe­ty i przej­dę na dru­gą stro­nę.

Marsz w dół po­wi­nien mi za­brać tyl­ko kil­ka mi­nut i tyl­ko część ener­gii, jej więk­szość bę­dzie mi po­trzeb­na póź­niej. Do­trę do niej. Wej­dę na nie­zmie­rzo­ne prze­strze­nie jej skó­ry i będę szu­kał tego miej­sca. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem wgryźć się w nią w do­wol­nym punk­cie, po pro­stu tam, gdzie wy­lą­du­ję. Naj­pew­niej na gło­wie, bo gło­wa jest naj­bli­żej ścia­ny, po któ­rej zej­dę. Przez dłu­gi czas pla­no­wa­łem, że wej­dę jej do ucha i tam prze­bi­ję się przez bło­nę bę­ben­ko­wą – by­ła­by to w koń­cu naj­bliż­sza dro­ga – ale po­tem zro­zu­mia­łem, że nie po­wi­nie­nem ka­le­czyć jej cia­ła. Te­raz już wiem, jak do­sta­nę się do środ­ka, mam wiel­ką, ja­sną pew­ność, że tak bę­dzie naj­le­piej. Wnik­nę do niej przez otwór, je­den z wie­lu na­tu­ral­nych otwo­rów jej cia­ła. Wy­bra­łem ten, w któ­rym miesz­ka jej de­mon roz­ko­szy. Wej­dę tam i będę mo­zol­nie po­su­wał się na­przód, wy­trwa­le po­ko­ny­wał ka­nio­ny i po­fał­do­wa­nia jej in­tym­nych za­kąt­ków, a je­śli swym cier­pli­wym mar­szem wy­wo­łam u niej bło­gi dreszcz, je­śli usły­szę stłu­mio­ne wes­tchnie­nie roz­ko­szy przez sen, będę piął się w głąb cze­lu­ści pi­ja­ny ze szczę­ścia i ra­do­ści, że jej cia­ło, jej sys­tem ner­wo­wy już mnie przyj­mu­je, już mnie ak­cep­tu­je.

Do­pie­ro tam, w głę­bi, gdy do­trę do kre­su tu­ne­lu, prze­bi­ję się przez prze­szko­dę, prze­nik­nę ścia­nę wil­got­ną i na­pię­tą – wej­dę do środ­ka. Nie spo­cznę ani na chwi­lę, będę po­ko­ny­wał wznie­sie­nia, prze­gry­zał się przez wszyst­kie za­po­ry, drą­żył ko­ry­ta­rze w de­li­kat­nej tkan­ce jej mię­śni. Będę omi­jał splo­ty ner­wów, aby nig­dy nie od­czu­ła bólu, prze­pra­wię się przez prze­pa­ście jej płuc, prze­pły­nę rze­ki jej krwi, aż wresz­cie do­trę tam, do jej mó­zgu. Do­trę tam, gdzie jest ON, tam, gdzie miesz­ka Bóg. Gdy sta­nę przed Jego ob­li­czem, do­znam ła­ski od­ku­pie­nia i od­dam Mu to, co jest Jego. Od­dam Mu moje małe ży­cie Ipsa, a du­sza moja po­łą­czy się z Du­chem, KTÓ­RY JEST NAS WSZYST­KICH…

1994

ROZMOWA KWALIFIKACYJNA

– Co za bez­na­dziej­ne imię! Po pro­stu że­na­da! A w domu jak cię wo­ła­li?

– Bry­dzia…

– Bry­dzia?! Kosz­mar! Ale cyc­ki masz faj­ne. Zdej­mij sta­nik.

Bry­gi­da zmie­sza­na zer­k­nę­ła na męż­czy­znę przy lap­to­pie, ale po­słusz­nie zdję­ła biu­sto­nosz. Pier­si nie opa­dły na­wet o cen­ty­metr, ster­cza­ły śmia­ło i na­iw­nie.

– No, tak, w po­rzo. Co ty na to, Cy­ryl? – sze­fo­wa zwró­ci­ła się do męż­czy­zny za­wzię­cie stu­ka­ją­ce­go w kla­wi­sze. Nie pod­niósł na­wet wzro­ku.

– Cy­ryl, pe­da­le, mó­wię do cie­bie! – sze­fo­wa pra­wie krzyk­nę­ła.

– Chwi­la, mo­ment – mruk­nął i od­czy­tał z ekra­nu: „Bry­gi­da w in­nych ję­zy­kach: an­giel­ski – Brid­get, Brit­ney, Brit­ta­ny… fran­cu­ski – Bri­git­te… nie­miec­ki – Bri­git­te… szwedz­ki – Bir­git…”. – Miał za­dzi­wia­ją­co do­bry ak­cent w każ­dym ję­zy­ku.

– Fran­cu­ski naj­lep­szy: Bry­żit! Jak Bri­git­te Bar­dot! Do­bra, bę­dziesz Bry­żit! Roz­bie­raj się!

– Cał­kiem?

– Tak, cał­kiem. Zo­ba­czy­my, co trze­ba bę­dzie zro­bić…

Dziew­czy­na zro­bi­ła dwa kro­ki i sta­nę­ła z boku sza­fy, któ­ra i tak nie za­sła­nia­ła jej przed Cy­ry­lem, po czym za­czę­ła się wsty­dli­wie roz­bie­rać, po­pa­tru­jąc z lę­kiem na sze­fo­wą.

– Dłu­go bę­dziesz ścią­gać te ła­chy?! Wi­dzia­łaś, ile dzie­wuch jesz­cze cze­ka na ko­ry­ta­rzu?!

Wzmian­ka o ko­lej­ce dziew­cząt po­dzia­ła­ła, Bry­gi­da szyb­ko ścią­gnę­ła majt­ki. Za­cze­pi­ły się o ob­cas szpi­lek i lek­ko nad­pru­ły. Jak ją przyj­mą, da­dzą chy­ba za­licz­kę, za­raz od­ku­pi ta­kie same Jadź­ce, któ­rą z tru­dem na­mó­wi­ła na po­ży­cze­nie. Skąd taka Jadź­ka ma ta­kie majt­ki? Ku­las jej chy­ba ku­pił? Na­wet za tu­zin bym mu nie dała, bru­da­so­wi!

– O, rany bo­skie, ale ma kota! Co ty, an­go­rę so­bie za­pu­ści­łaś?! Twój tata jest ko­mi­nia­rzem czy co?! Cy­ryl, wi­dzia­łeś kie­dyś taką szczo­tę?!

– Mona, bła­gam cię, daj mi spo­kój! Do­pie­ro zja­dłem obiad! Któ­ra ona jest dzi­siaj: dzie­sią­ta, dwu­na­sta?! Mia­łaś wy­wie­trzyć w prze­rwie, wiesz, że nie zno­szę owo­ców mo­rza!

– Wie­trzy­łam, na oścież. Co ja po­ra­dzę, że te koc­mo­łu­chy się nie myją?! A wiesz, jak ja nie zno­szę bab­skich za­pa­chów, dla­te­go cię ro­zu­miem. Jak­byś był he­te­ro, pew­nie byś to zno­sił le­piej…

– Je­że­li chcia­łaś mnie do­tknąć, to tra­fi­łaś kulą w płot. Nie ukry­wam tego, że je­stem ge­jem. Prze­cież dla­te­go mnie przy­ję­łaś! Wy­obra­żasz so­bie zwy­czaj­ne­go ko­le­sia na moim miej­scu? Co chwi­lę la­tał­by do to­a­le­ty, żeby so­bie wal­nąć…

– Dla­cze­go? Mógł­by każ­dą puk­nąć.

– A już­ci! Ty byś mu po­zwo­li­ła!

– No, tu, przy pra­cy, może nie, ale na ko­ry­ta­rzu… Gdzieś pod scho­da­mi? Mógł­by za­wsze so­bie tam wy­sko­czyć… Każ­da by mu dała. Ty byś mu dała? – za­py­ta­ła dziew­czy­nę.

– Nie wiem, mu­sia­ła­bym go zo­ba­czyć… – Dziew­czy­na, już ro­ze­bra­na do naga, od­ru­cho­wo za­sła­nia­ła so­bie miej­sca in­tym­ne rę­ka­mi.

– Błąd! – Sze­fo­wa wy­ce­lo­wa­ła w nią pa­lec z dłu­gim, po­ma­lo­wa­nym na fio­le­to­wo pa­znok­ciem. – Tu nie masz żad­ne­go wy­bo­ru, każ­dy klient jest do­bry, do­pó­ki stoi na dwóch no­gach! Gdy­by był na czte­rech no­gach, mo­żesz od­mó­wić!

– Jak to: na czte­rech no­gach? Na czwo­ra­kach? – Dziew­czy­na sze­ro­ko otwo­rzy­ła oczy.

– Głu­pia! Jak fa­cet przy­wle­cze się do nas na czwo­ra­kach, to wyda wszyst­kie pie­nią­dze. Taki to bar­dzo do­bry klient. Mia­łam na my­śli ta­kich, któ­rzy nie są ludź­mi: psy, koty, capy, ba­ra­ny, kuce, ko­nie… Tych nie przyj­mu­je­my.

– A przy­cho­dzą?! – za­py­ta­ła na­iw­nie dziew­czy­na.

Cy­ryl za­śmiał się uba­wio­ny.

– Same jesz­cze nie przy­cho­dzą, ale cza­sem ktoś je przy­pro­wa­dza. Do Wie­si przy­cho­dzi ten sta­ry z bro­dą, za­wsze z jam­nicz­ką, Wie­sia mówi, że za­wsze nim wyj­dzie, mo­le­stu­je ją, żeby dała jej po­li­zać. Ona nig­dy się nie chce zgo­dzić, ją to brzy­dzi, ale on na­le­ga, chce jej za­pła­cić wię­cej niż za sie­bie, od­ma­wia. Aż kie­dyś wzię­ła się na spo­sób: po­wie­dzia­ła mu, że jam­nicz­ce nig­dy nie po­zwo­li, bo to jest sucz­ka, a ona nie zno­si les­bi­jek! Te­raz cze­ka, że sta­ry przy­pro­wa­dzi sam­ca.

– Coś po­dob­ne­go! Nie wie­dzia­łam o tym, nig­dy mi nie mó­wi­ła! – Sze­fo­wa była szcze­rze po­ru­szo­na jego opo­wie­ścią.

– O wie­lu rze­czach nie wiesz, dziew­czy­ny nig­dy nie po­wie­dzą ci tego, z cze­go mi się spo­wia­da­ją. To cza­sem są fa­scy­nu­ją­ce opo­wie­ści, peł­ne pa­sji i na­mięt­no­ści. O mi­ło­ści i zdra­dzie, o kłam­stwie i zbrod­ni. Praw­dę mó­wiąc, to jest to, co mnie tu jesz­cze trzy­ma, bo nie two­ja pen­sja i nie za­szczyt­ne sta­no­wi­sko bal­wie­rza pi­czek…

– Bal­wie­rza? Je­steś cha­rak­te­ry­za­to­rem, no, może fry­zje­rem, a nie ja­kimś tam bal­wie­rzem! Kto to w ogó­le jest bal­wierz?!

– To daw­na na­zwa, wy­szła już z uży­cia po­nad sto lat temu. Gdy­byś tro­chę wię­cej czy­ta­ła, Mona, to byś wie­dzia­ła. Ty je­steś strasz­nie nie­do­uczo­na. Do­brze, żeś taka spryt­na, bo na­wet księ­go­wą byś dzi­siaj nie była. Za­wsze ci po­wta­rzam: czy­taj, wię­cej czy­taj! Ale nie dur­ne ga­zet­ki, czy­taj Du­ma­sa, Zolę, Mau­pas­san­ta, może Bal­za­ka, od tych sta­rych Fran­cu­zów mo­żesz się jesz­cze spo­ro na­uczyć cze­goś, co przy­da ci się w two­im za­wo­dzie… Bo Ro­sjan jesz­cze nie do­ty­kaj, może kie­dyś do­ro­śniesz do nich, cho­ciaż szcze­rze mó­wiąc, wąt­pię…

Cy­ryl prze­szedł koło Bry­gi­dy, osten­ta­cyj­nie za­ty­ka­jąc so­bie nos pal­ca­mi, pod­szedł do okna i otwo­rzył je. Zim­ne po­wie­trze wpa­dło do po­ko­ju, na biur­ku za­sze­le­ści­ły kart­ki ma­szy­no­pi­su Cy­ry­la. Dreszcz prze­biegł po ple­cach go­łej dziew­czy­ny i zo­sta­wił na nich gę­sią skór­kę.

– Od świe­że­go po­wie­trza jesz­cze nikt nie umarł – po­wie­dział Cy­ryl. Zmiótł rę­ka­wem ga­ze­ty z biur­ka i za­rzą­dził: – Wska­kuj!

Dziew­czy­na po­pa­trzy­ła na nie­go zdez­o­rien­to­wa­na.

– Mam wejść na stół? W bu­tach?

– Dupą! Sia­daj na biur­ku, oprzyj się o ścia­nę.

Dziew­czy­na wy­ko­na­ła po­le­ce­nie, za­ma­cha­ła no­ga­mi, jak­by chcia­ła się po­chwa­lić swy­mi zło­ty­mi szpil­ka­mi, i omal nie kop­nę­ła Cy­ry­la w go­leń. Uchy­lił się zręcz­nie.

– Kre­tyn­ka! – syk­nął. – Zdej­mij te szczu­dła, po co je zno­wu wło­ży­łaś? Ka­za­li­śmy ci się ro­ze­brać!

– Mia­łam boso stać? Zim­no mi! – od­szczek­nę­ła, już tro­chę ośmie­lo­na.

– No, no, tyl­ko nie py­skuj! – włą­czy­ła się sze­fo­wa, przez chwi­lę nie­obec­na, roz­pa­mię­tu­ją­ca sło­wa Cy­ry­la o fran­cu­skich pi­sa­rzach. Po­de­szła bli­żej.

– Oprzyj pię­ty na bla­cie biur­ka i roz­chyl nogi – po­wie­dział Cy­ryl gło­śno i cier­pli­wie, jak­by mó­wił do głu­che­go.

– Jak u dok­to­ra? – za­py­ta­ła dziew­czy­na.

– Jak u dok­to­ra – po­twier­dził Cy­ryl. – By the way – zwró­cił się do sze­fo­wej – czy ty wiesz, Mona, że ja mam dwa dok­to­ra­ty? Z fi­lo­lo­gii fran­cu­skiej i z fi­lo­zo­fii. Ale z gi­ne­ko­lo­gii nie mam.

Za­śmiał się krót­ko i po­pa­trzył na kro­cze dziew­czy­ny. Oto­czo­na czar­nym, nad­zwy­czaj buj­nym wło­sem szpar­ka była pra­wie nie­wi­docz­na. Cy­ryl po­szedł do swo­je­go sto­li­ka z lap­to­pem i przy­niósł stam­tąd pro­fe­sjo­nal­ną lam­pę kre­ślar­ską. Włą­czył ją i chciał usta­wić obok bio­dra dziew­czy­ny, ale że ka­bel był za krót­ki, wrę­czył jej lam­pę i po­wie­dział:

– Świeć, Bri­git­te!

Oświe­tli­ła swój srom. Cy­ryl po­chy­lił się i przy­pa­try­wał się ge­ni­ta­liom Bry­gi­dy z nie­ukry­wa­ną nie­chę­cią. W Mo­nie obu­dzi­ła się już przy­szła wła­ści­ciel­ka Bry­żit, któ­ra chce za­pre­zen­to­wać klien­to­wi to­war z jak naj­lep­szej stro­ny.

– Roz­chyl tro­chę war­gi. Roz­cią­gnij je – po­wie­dzia­ła, ści­sza­jąc głos.

– Jak?

– Na boki.

– Jed­ną ręką?

– Daj to. – Mona wzię­ła lam­pę, ale w związ­ku z krót­kim ka­blem mu­sia­ła się lek­ko prze­su­nąć w pra­wo. Nadal jed­nak do­brze wi­dzia­ła pole ope­ra­cji. Bry­gi­da się­gnę­ła rę­ka­mi od spodu i pal­ca­mi roz­cią­gnę­ła na boki war­gi sro­mo­we, uka­zu­jąc ró­żo­we, ape­tycz­ne wnę­trze po­chwy. Wil­got­ny śluz za­lśnił w ostrym świe­tle lam­py kre­ślar­skiej.

– Wiesz, Cy­ryl, współ­czu­ję ci – po­wie­dzia­ła Mona – prze­cież to jest cud! Lu­dzie się o to za­bi­ja­ją od po­cząt­ku świa­ta, a cie­bie to nie krę­ci?

– Le­piej nie za­czy­naj ze mną dys­ku­sji, Mona. Jak ze­chcę, to przy­gwoż­dżę cię całą mocą mo­ich dok­to­ra­tów, moją głę­bo­ką wie­dzą i kul­tu­rą, moim IQ 163; więc po co so­bie ję­zyk strzę­pić?

– No, do­brze, już do­brze – od­par­ła po­jed­naw­czo – co pro­po­nu­jesz?

Cy­ryl wy­jął z kie­sze­ni wiecz­ne pió­ro, ale nie roz­krę­cił go. Po­słu­gu­jąc się nim jak wskaź­ni­kiem, za­czął wo­dzić po kro­czu Bry­gi­dy, mó­wiąc:

– Ja bym jej nie go­lił, ta moda już mija, zo­ba­czysz, za­czną się do­ma­gać, żeby baba mia­ła za­cne fu­ter­ko, zwłasz­cza przy na­gon­ce na pe­do­fi­lów, ta­kie wy­go­lo­ne jak u dzie­ci cip­ki mogą być pod­sta­wą do po­sta­wie­nia za­rzu­tów go­ścio­wi przy­ła­pa­ne­mu z ma­ło­la­tą. Dzie­wu­cha ma osiem­na­ście lat, ale ogo­lo­na wy­glą­da na trzy­na­ście, i już kło­pot go­to­wy. Oczy­wi­ście tak nie może zo­stać, to może go­ścia prze­ra­zić, wy­glą­da jak zwie­rzę, ko­ja­rzy się z ja­kimś wil­ko­ła­kiem, z dzi­kim po­two­rem, jak­by ta cipa chcia­ła po­żreć ge­ni­ta­lia męż­czy­zny. To na­tu­ral­nie ład­nie ostrzy­że­my, zde­ga­żu­je­my, wy­try­mu­je­my, na udach i brzu­chu wy­go­li­my, do­pro­wa­dzi­my do kla­sycz­ne­go trój­ką­ta, tego kodu, sy­gna­łu, tego sym­bo­lu, któ­ry, jak mó­wisz, elek­try­zu­je każ­de­go he­te­ro od po­cząt­ku świa­ta, bo mnie, moja dro­ga, ten trój­ką­cik za­wsze ko­ja­rzył się z tym, któ­ry umiesz­cza­my na drzwiach mę­skich to­a­let i kto wie, czy to nie on po­kie­ro­wał moją sek­su­al­ną orien­ta­cją.

Mona wes­tchnę­ła i po­ki­wa­ła ze zro­zu­mie­niem gło­wą, Bry­gi­da wy­cią­ga­ła szy­ję i sta­ra­ła się wo­dzić wzro­kiem za wiecz­nym pió­rem Cy­ry­la, któ­re de­li­kat­nie do­ty­ka­ło róż­nych miejsc jej stre­fy in­tym­nej. Po­czu­ła na­wet lek­kie pod­nie­ce­nie i po­my­śla­ła, że gdy­by jej chłop­cy nie byli tacy nie­cier­pli­wi, gdy­by nie wpy­cha­li od razu tych swo­ich na­pię­tych, roz­dy­go­ta­nych prą­ci… „prą­ci”?, nie, Bry­gi­da nie zna­ła tego sło­wa, była pro­stą, po­czci­wą dziew­czy­ną z ma­łe­go mia­sta na wscho­dzie kra­ju, więc szyb­ko po­pra­wi­ła je na: „chu­jów”… gdy­by nie wdzie­ra­li się bru­tal­nie chu­ja­mi w jej de­li­kat­ną, je­dwa­bi­stą szpar­kę, to może by rza­dziej mu­sia­ła uda­wać, że jej też to spra­wia przy­jem­ność.