Maleńka - Janusz Majewski - ebook + książka

Maleńka ebook

Janusz Majewski

4,8

Opis

Tom wysmakowanych opowiadań Janusza Majewskiego. Część pierwsza oddaje hołd Brunonowi Schulzowi. To trzy historie związane z wielkim pisarzem, ale całkowicie fikcyjne: Ławeczka w Truskawcu mówi o spotkaniu z maturzystką, które przerywa wybuch wojny, Psalm Murmurando to obraz alegoryczny o Holokauście, a Operacja Masada jest gatunkowo nawiązującą do szpiegowskich filmów akcji relacją o poszukiwaniu podziemnego schronu, który był autentycznym projektem Schulza, ale nigdy niezrealizowanym. Ta część jest w tonacji moll.

Druga nosi przewrotny tytuł: Przemoc, seks, wulgarny język, czarny humor – w nawiązaniu do używanych w Netfliksie określeń przy klasyfikowaniu filmów. To jedenaście rozmaitych opowiadań, z których każdemu można przypisać jeden z powyższych epitetów, a jednocześnie każde zawiera prawie wszystkie wymienione cechy. Wszystkie przesyca humor: czasem naprawdę czarny, czasem wręcz cyniczny, innym razem liryczny. Łączy je ironia i dystans autora do historii. I jeszcze jedno: seks. Opisywany obrazowo i zmysłowo, bywa, że drastycznie, ale nigdy wulgarnie. Ta część tomu jest w tonacji dur.

Janusz Majewski po raz kolejny zgłębia to, co w człowieku najciekawsze: różnorodność jego losów i niepowtarzalność jednostki. To próba zbadania tajemnic ludzkiej duszy, opisana językiem bogatym i precyzyjnym.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0

Popularność




Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ADAM PLUSZKA
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Na okładce wykorzystano obraz Jerzego Dudy-Gracza (1379) pt. Kaprys polski. Bruno Schulzowi – 2 (69 × 47; olej na desce), sfotografowany przez Jacka Witkowskiego. Kolekcja prywatna
Copyright © by Janusz Majewski Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66863-64-4
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

W hołdzieBrunonowiSchulzowi

Ławeczka w Truskawcu

Pamięci Kurta W.

Koperta była różowa, jakby dobrana kolorystycznie do fioletowego znaczka z góralem na tle gór za dwadzieścia pięć groszy, a list był ze Lwowa i wystarczyłby taki za piętnaście, ale może to przypadek? Góral w pełnym stroju na nartach – gdyby skakał w tym na Krokwi, to kapelusz by mu spadł zaraz po starcie. A gdyby chasyd skakał, to też by mu spadł i jeszcze pejsy by mu pęd zwiał do tyłu! I co by było w tle na znaczku? Sztetl? Międzynarodowe Zawody Narciarstwa Klasycznego Chasydów FIS w Biłgoraju! Odpędził te głupie myśli jak muchę i rozciął kopertę nożykiem z rękojeścią w kształcie krokodyla.

List pachniał fiołkami i był wykaligrafowany. Już na pierwszy rzut oka docenił piękną kompozycję akapitów, zaczął czytać:

Wielce Szanowny Panie!

Nazywam się Marianna Jamrógiewicz. Tydzień temu zdałam maturę i wybieram się na Wydział Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Na maturze pisałam wypracowanie na temat Pana twórczości, którą jestem zafascynowana, odkąd ją poznałam, a w zeszłym roku byłam też na Pana odczycie we Lwowie. Jeśli zostanę przyjęta na polonistykę, zamierzam poświęcić się studiowaniu i analizowaniu Pańskich utworów literackich w powiązaniu z Pańską twórczością plastyczną, w całości. Niektórych rysunków Pańskich jeszcze nie rozumiem, myślę, że także pewne fragmenty w Pańskiej prozie nie są wciąż całkowicie dostępne memu rozumowi, ale teraz, kiedy już dojrzałam, na pewno to się zmieni, tym niemniej potrzebuję pomocy w tej materii i dlatego zwracam się do Pana.

Pierwszy miesiąc wakacji, tj. lipiec, będę spędzać z rodzicami w Truskawcu, ośmielam się więc prosić Pana o spotkanie i rozmowę, chociażby tylko na chwilę. Mogę przyjechać do Pana do Drohobycza lub zapraszam do Truskawca – wiem, że często Pan tam bywa w lecie. Dostosuję się do każdego terminu dogodnego dla Sz. Pana. Jeżeli lipiec nie będzie możliwy, to przyjadę w każdym innym terminie, z wyjątkiem sierpnia, bo wtedy będę u Dziadków, w ich majątku pod Czortkowem na Podolu, gdzie są piękne stawy, łąki i jary, ale żadnego czortka ni czorta jeszcze nie spotkałam. (W języku Czechowa brzmi to lepiej: „nikawo, daże cziorta ja jeszcio nie wstrieczyła...”).

Jeszcze raz przepraszam za śmiałość i oczekuję łaskawej odpowiedzi.

Z wyrazami wielkiego szacunku

Marianna Myszka Jamrógiewiczówna

Lwów, dnia 15 czerwca 1939 r.

ul. Chorążczyzny 14, I p.

Skończył czytać i jeszcze raz powąchał: sprzedają taką papeterię czy to ona ją pokropiła? Egzaltowana maturzystka! Chociaż... ten rosyjski wtręt jest zastanawiający: „...nikawo, daże ciorta...”? Wyznanie? Deklaracja? Brunio, ja ciebie proszę, ty nie zaczynaj znowu! – skarcił siebie w duchu, żydłacząc w stylu Lopka Krukowskiego, autoironicznie.

Odpisał lakonicznie, telegramem: „Dobrze – stop – jak już na miejscu – stop – proszę zaproponować termin”.

Odpowiedziała też telegramem: „Dzięki – stop – wzruszona”.

Szybko zapomniał o tej korespondencji. Zbliżał się koniec roku szkolnego, trzeba będzie postawić stopnie z rysunków, z wyrobów ręcznych, zebrania rady, wypisywanie świadectw, pochopnie zgodził się na wszystkie, nie tylko ze swoich klas – wina kaligrafii: „nikt tak nie potrafi, panie profesorze!”. Wreszcie dzień rozdania świadectw – jutro będę spał do dziesiątej, wyśpię się za wszystkie czasy!

Nie wyspał się; o szóstej rano Rusinka przyniosła zamówione kurczaki, jeden uciekł z kuchni, wleciał do sypialni i narobił strasznego hałasu. Bruno zbudził się z mocno bijącym sercem, z trudem uwalniając się ze snu, w którym malował koła na podłodze hali biletowej dworca kolejowego we Lwowie, co było warunkiem dostania biletu na pociąg do Paryża. Kręcił piruety na łyżwach, za każdym obrotem maczał wielki pędzel ławkowy w kuble z farbą w kolorze krwi i zakreślał nim obrazoburcze kręgi, a walc rozbrzmiewał pogłosem na wszystkich peronach, ale udało się! Udało się uciec celnikom! Leżał, oddychał ciężko i patrzył nieprzytomnie, jak Adela i Rusinka biegają po sypialni z rozczapierzonymi rękami, usiłując złapać kurczaka. Zapachniało potem i serwatką.

Drugiego lipca przyszedł znowu fiołkowy list, wysłała go wczoraj z Truskawca: „Jestem z Mamą w Truskawcu, Tatuś dojedzie za parę dni, proszę o spotkanie w dowolny dzień i o dowolnej godzinie”. Odpisał: „W poniedziałek, o piątej po południu, przy fontannie w parku zdrojowym”. Pomyślał, że zaprosi ją na ciastko do cukierni Lukasa.

Przyjechał trochę wcześniej i usiadł na ławce w pewnym oddaleniu, skąd miał dobry widok na fontannę i wszystkie ławki dookoła. Wyobrażał sobie, że jest brzydką dziewczyną w okularach, trochę otyłą, jak wszystkie miłośniczki literatury, które widywał na spotkaniach autorskich. Przypomniał sobie, jak kiedyś z Witkacym i Gombrem analizowali to zjawisko. Witkacy powiedział: „Ciąg jest taki – brzydka dziewczyna nie wychodzi na randki, siedzi w domu i czyta, psuje sobie wzrok, bo oszczędza na nafcie, więc musi nosić okulary, przejmuje się tragediami bohaterek literackich, więc pociesza się, pożerając tony czekoladek Fruzińskiego, nie, one za drogie, Fuchsa albo Piaseckiego i tyje, tyje, składając ofiarę na ołtarzu literatury!”. „Ofiarę tłustego cielca!” – dodał Gombrowicz.

Coś w tym jest, pomyślał, i wtedy zobaczył smukłą postać wyprostowaną jak modelka na wybiegu, nie, raczej jak gwiazda filmowa podczas audiencji dla oczekującego tłumu dziennikarzy, w prostej niebieskiej sukience, białym kapelusiku i sandałkach na bosych stopach. Szła uśmiechnięta, patrząc prosto na niego, aż się obejrzał, czy może adresatem tego uśmiechu jest ktoś za nim, ale nie – zbliżała się ku niemu, dziewczyna o oczach niebieskich jak bławatki.

Zerwał się zmieszany i zdjął kapelusz.

– To ja, Myszka. Marianna Jamrógiewiczówna – powiedziała, podając mu rękę.

Pocałował ją niezręcznie. Wyrwała mu ją delikatnie.

– Nie mogę się przyzwyczaić, ale całują tylko ci, którzy wiedzą, że zdałam maturę, a przecież moja ręka jest taka sama jak miesiąc temu...

– Może pójdziemy do cukierni, tu naprzeciw?

– Ach nie! Tam będzie gwar, nie da się rozmawiać... Usiądźmy. Tam – wskazała ręką ruchem, który go zachwycił – jest wolna ławka.

Ruszyła prędko, bo zobaczyła, że jakieś stare małżeństwo też zmierza do tej ławki. Poszedł za nią, również przyspieszając kroku, i od razu pomyślał, że wygląda jak mysz, która ucieka. I może należałoby uciec?

Małżeństwo na szczęście poszło dalej, więc ona usiadła szczęśliwa. Usiadł koło niej i nagle wpadł w panikę: laska, gdzie jest moja laska? zgubiłem laskę! Spojrzał na ławkę, na której czekał – nie było jej tam. Może w autobusie? Zaraz! Przecież wyszedłem bez laski! – uspokoił się. Ta gonitwa trwała sekundę, ale ona ją zauważyła, jednak przemilczała taktownie.

Zaświtał mu w głowie zbawczy temat.

– Jak tam egzamin na polonistykę? – zapytał i skrzywił się wewnętrznie, gdyż zabrzmiało to jego zdaniem grubiańsko, ale ona się rozpromieniła.

– Zdałam! Jestem studentką!

– Gratuluję! Egzamin był trudny?

– Nie, ale nudny. Banalny. Pisemny o Trenach Kochanowskiego, ustny lepszy, o pisarzach młodopolskich. Można było sobie wybrać jednego i go omówić.

– I kogo pani wybrała? – zapytał, chociaż w ogóle nie interesowała go odpowiedź. Skupiony był na aureoli, którą promień słoneczny stworzył na jej jasnej głowie, i teraz też zauważył, że jej włosy mają kolor pszenicy. Słowianka z Podola, to pewnie od tych dziadków.

– Choromańskiego.

Nie zareagował, bo jechał teraz bryczką przez łąkę z rabinem z Podwołoczysk, gdzie ojciec go wysłał z jakimś poufnym listem, i zanurzał się w zieloność i jak łódka brodził...

– Czyż nie jest on epigonem młodopolszczyzny? – zapytała stropiona jego milczeniem.

Ocknął się.

– Ach, oczywiście! Śmiała i trafna teza. Podobała się egzaminatorowi?

– Najpierw zdumiała, a potem przekonała.

– Kto pytał?

– Pani docent Skwarczyńska z katedry profesora Kleinera.

– O!

– Ale przepraszam, nie warto o tym opowiadać, nie po to chciałam się spotkać.

– Tak? A po co? – wypalił i mało nie zemdlał, porażony obcesowością swego pytania, ale przyjęła je z radością.

– No właśnie, mam dziesiątki pytań i nie wiem, od czego zacząć.

– Najlepiej od początku – zdobył się na dowcip, wątpliwy, ocenił od razu.

– Cóż... Opowiem o tym, co mi się przydarzyło, kiedy czytałam Sklepy cynamonowe. W opowiadaniu Nawiedzenie...

– Nawiedzenie? – przerwał jej nieprzytomnie.

Trochę się przestraszyła, czyżby pomyliła coś?

– Tak, Nawiedzenie, mylę się?

– Nie, nie, Nawiedzenie, tak.

– Jest tam takie zdanie: „...ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny”. To było trzy lata temu, miałam piętnaście lat, umierała moja prababcia Rózia, to znaczy Eleonora, a ja chodziłam do niej, aby jej czytać, bo ona już nie mogła. Zaczynała ślepnąć, ale książki sama wybierała, w rodzinie nazywano ją zoilem, była bardzo surowa. Wydawało mi się, że specjalnie wybiera takie książki, które jej się nie podobały, żeby się nad nimi pastwić. Któregoś dnia dała mi otwartą książkę i pokazała palcem: „Od tego miejsca!”. Zaczęłam czytać i to było właśnie to zdanie o ojcu.

– I zaczęła się nad nim pastwić?

– Wprost przeciwnie! Powiedziała: „Pięknie pisze ten chłopak, będą z niego ludzie”.

– Nazwała mnie chłopakiem? Mam już...

– Ona wszystkich traktowała jak dzieci, swoje córki nazywała dziewczynkami, wołała: „Dziewczynki, słuchajcie!”, a to są już babcie, między innymi moja babcia, więc nie jest dziewczynką. Swoją drogą, świetnie gra w tenisa i kładzie wszystkich w rodzinie, nawet wujka Mieczka! A wujek Mieczysław zdobył mistrzostwo Polski bankowców – powiedziała z dumą.

Odzyskiwał spokój, skurczone z emocji gardło przełknęło nadmiar śliny, ale nadal wolał słuchać jej słów niż samemu coś powiedzieć. Na szczęście mówiła.

– I wtedy właśnie prababcia Rózia powiedziała: „Wiesz, wciąż dręczyła mnie myśl, że kiedy tak leżę, a już się chyba nie podniosę z tego łoża, to zaczynam się zamieniać w taką papkę, galaretę, rozpływam się, a on mi podsunął pomysł, że można się zsychać jak orzech, i to mi się spodobało i będę się teraz zsychać”. Mnie też się to spodobało, bo ja bardzo lubię orzechy i lubię też malować je na złoto lub na srebrno, kiedy przygotowujemy ozdoby choinkowe. Są dużo ładniejsze od kupowanych baniek szklanych. A czy pan lubi ubierać drzewko?

Speszył się i chciał coś odpowiedzieć, ale zobaczył, że alejką idzie pani Salzmanowa z synkiem, który zapiera się, wymachuje kijkiem od sersa i ryczy, więc wstał i ukłonił się grzecznie kapeluszem. Pani Salzmanowa była żoną nauczyciela chemii, kolegi uczącego w tej samej szkole. Mówili na nią żona Lota, pijąc do soli w nazwisku, co ją oburzało: „Jakiego Lotha? Tego dentysty? Co za pomysł! Ja nie jestem jego żoną, ja nie jestem nawet jego pacjentką, to partacz!”. Poszła na skargę do rabina, a ten wyjaśnił jej, o co chodzi, i obrugał, że nie czyta Biblii. Zmierzyła wzrokiem dziewczynę od stóp do głów. No to teraz rozpuści plotkę w mieście – Schulz z młodą panną w Truskawcu! Na randce?!

Zrezygnowany usiadł.

– Ja bym lubił ubierać drzewko w domu, ale robimy to tylko w szkole, na zajęciach z uczniami. Ubieramy choinkę, chociaż ona zostaje sama na całe święta, zamknięta w zimnej auli, biedna sierotka, choinka pustych ścian.

Uśmiechnęła się do niego smutno i już nie mógł się zdecydować, kiedy jest piękniejsza: uśmiechnięta czy zasmucona.

– Ale ja nie to chciałam powiedzieć. Chciałam powiedzieć, że przeczytałam prababci całą książkę i ona słuchała jak zaczarowana i nie robiła żadnych złośliwych uwag, czasem tylko cicho płakała. I jak skończyłyśmy, to mi ją pożyczyła i przeczytałam drugi raz, tylko dla siebie, normalnie, to znaczy po cichu. Czy zgodzi się pan, że to jest inne czytanie, jakieś głębsze, uważniejsze? Słowa, zdania wnikają jakby prosto w duszę, w krew, z którą płyną do serca. Czy pan też tak to odczuwa?

Łzy nabiegły mu do oczu, tak wzruszyła go jej szczera, młodzieńcza naiwność. Chrząknął dwukrotnie, żeby zapobiec żenującej sytuacji i się nie rozpłakać, zaczął coś dukać:

– Cóż... to sprawy indywidualne... różnie bywa... jesteśmy wtedy na ogół sami, zatem intymnie...

– Tak, ale chodzi mi o zrozumienie tekstu, ono wtedy jest uważniejsze. Gdy się czyta na głos, dla kogoś, myśli się też o samym wykonaniu, by było czytelne, odpowiednio głośne i interpretujące stosownie, nawet czasem imitujące głosy postaci...

Patrzył, jak różowieją jej policzki, jak płoną oczy, jak pragnie przekonać go do swych przemyśleń, jak jej zależy, aby wydać się inteligentną, rozumiejącą, wrażliwą. Patrzył na jej piękne dłonie, długie wysmukłe palce, na gestykulację żywą, ale powściągliwą, dystyngowaną. Porównywał je, grzebiąc w pamięci, z dłońmi Zofii, pomarszczonymi, zażółconymi od tytoniu, zmęczonymi, przedwcześnie postarzałymi.

A te jej stopy w lekkich sandałkach, krótko przycięte paznokcie, drobne jak perełki, żadnego lakieru, żadnej wyzywającej wulgarności. Stopy kobiece, jego fetysz, on zawsze czołgający się z pokorą, z uwielbieniem ich władczej mocy, prawie na każdym rysunku. Czy pokonując teraz strach, rzuciłby się desperacko do stóp tej wiośnianej zjawy, która mówiła ludzkim językiem, ale nie była z tej ziemi, więc chyba by wybaczyła, zrozumiała?

Umierając ze wstydu, rozbierał ją powoli na tej ławce, a ona nie stawiała żadnego oporu, pomagała mu, podniosła ręce, jakby się poddawała, aby pójść do niewoli, bo chciała ułatwić mu zdjęcie sukienki. Zostawił ją na chwilę w bieliźnie, która była dziewczęca, prosta, surowa, nie frywolna.

Patrzył na jej wzruszające krągłe kolana, na cudownie smukłe nogi i chciało mu się płakać. Znowu pamięć podsunęła mu obraz kolan Józefiny, mocnych, niezłomnych, ściskających jego głowę aż do bólu skroni, zanim się rozwarły i przyzwoliły. Poczuł ten ból teraz, przypomniał się pulsowaniem, tak głośnym, aż przeląkł się, że słychać go w całym parku jak potworne walenie w beethovenowskie kotły.

Natychmiast ubrał ją z powrotem, nieświadomą tego, co wyczyniał. Skarcił się surowo w duchu za te wybryki wyobraźni i spokorniał, skurczył się, zmalał do rozmiarów szmacianego pajaca z rodziny czarno-białych arlekinów z kryzą z gazy i czerwonymi rumieńcami, którzy omdlewali na modnych poduszkach w tysiącach galicyjskich sypialni. Siedział na krawędzi ławki z przylepionym uśmiechem i bimbał głupkowato cienkimi nogami pełnymi trocin.

– Mam tysiące pytań, prosiłabym o spotkanie z książką, przygotowałabym kwestie ograniczone tylko do tych najistotniejszych, wybranych, aby nie zabierać panu cennego czasu. Rok akademicki zaczyna się pierwszego października, więc może mogłabym przyjechać we wrześniu, a może pan się wybiera do Lwowa?

– Tak, obiecałem odczyt siedemnastego września w Ossolineum, ale może jednak tu lub u mnie w Drohobyczu, w pierwszej połowie miesiąca, kiedy jest jeszcze lato...? – Mówił to, czując, jak serce jego zaczyna bić coraz prędzej. Przestraszył się, że zasłabnie, że upadnie tu, na tę ścieżkę żwirową, ostre kamyki wbiły mu się już w policzki, w powieki, więc szybko wstał, zbyt szybko, zbyt gwałtownie, i ona wstała, niezdziwiona, pewnie przygotowana na dziwactwa tego dziwnego pisarza.

– Przepraszam, muszę już iść, zapomniałem, że...

– Ja też. Mama się pewnie niepokoi...

Nie patrzył na nią, wpatrywał się w obraz, który wyświetlał się w jego mózgu jak scena z filmu Murnaua: jego mroczny pokój, daleki poblask ulicznej latarni, niedomknięta okiennica łomoce na wietrze, dobija się natarczywie, i ona, szara zjawa w kącie, nieruchoma, upiorna, blednie, znika, wsiąka w mur...

Wracał do Drohobycza rozgrzanym do czerwoności autobusem, ludzie łapali powietrze jak karpie w balii sklepu Stenzlowej, wóz wlókł się, skrzypiąc i trzeszcząc, odcięty od świata tumanem kurzu, który wzniecał sobie na złość. Bruno siedział na brzeżku fotela, skupiony tylko na jednym – aby donieść cało jej obraz do domu, myślał, że gdyby się przechrzcił i został księdzem, to tak ostrożnie, z taką czułością trzymałby w palcach hostię i składał ją delikatnie na ufnym języku dziecka przyjmującego pierwszą komunię... A wtedy... O, szatanie przebiegły! Język – tylko na to czekałeś! Wystarczyło pomyśleć to słowo przeklęte, dwuznaczne, wieloznaczne, a już wpakowałeś się z chichotem triumfu i dokonałeś przemiany, fałszerstwa, bluźnierstwa, oszukałeś kubki smakowe, by nie wyczuły matowego smaku nieskazitelnej czystości, tylko występny przedsmak grzesznych rozkoszy! Zerwał się ze swego miejsca oburzony, dotknięty do żywego. Na szczęście razem z nim zerwali się wszyscy pasażerowie, bo autobus dotarł do celu, więc ten gwałtowny ruch nie zdziwił nikogo.

Niósł teraz swój sekret, idąc chyłkiem, ocierając się prawie o ściany domów na rynku, zgarbiony, skurczony jak spiskowiec, unosząc swoją zdobycz, swoją bibułę do bezpiecznego lokalu tajnych schadzek, do domu, w którym mógł poufnie rozmawiać z samym sobą. Gwałtowny podmuch wiatru o mało nie porwał mu kapelusza. Bruno złapał go w ostatniej chwili, stłumił w zarodku jego buntowniczą myśl o ucieczce, z goryczą myśląc o niewierności tego osobnika, rzekomo wiernego druha. Mijający go przechodzień zdziwiony odkłonił się niepewnie, ale uprzejmie, jednak po chwili zatrzymał się i zawołał oburzony: „Hola, mój panie! Czy pan mnie zna? Czy pan wie, kto ja jestem?! Ja, mój panie, kategorycznie nie życzę sobie, aby kłaniali mi się obcy ludzie, to mnie obraża! To opluwa mój nieskazitelny wizerunek wyniesiony na sztandary przez lud nasz dzielny! Bogobojny! Święty! Bogurodzico, Dziewico! Pani nasza, Królowo nasza, Pocieszycielko nasza, módl się za nami i precz z Żydami!”.

Bruno obejrzał się przerażony, na ulicy nie było nikogo.

– Mam omamy, zaczynam mieć omamy! – wyszeptał do siebie, wcisnął mocniej kapelusz na głowę i kilkoma susami dopadł domu. Zatrzymał się w sieni, mrocznej, pachnącej bezpiecznie winem i chlebem. Oparł się o ścianę i czekał na uspokojenie rozkołatanego serca. Wszyscy bliscy znajomi – skrzypiące schody, liszajowate ściany, wybrzuszona kostka wjazdu, stara studnia na podwórku – wzięli się za ręce, otoczyli go kołem i ruszyli przyjaznym krokiem, śpiewając: „Koło młyńskie za cztery ryńskie, koło nam się połamało, całe zboże wysypało i my wszyscy bęc! Wszyscy bęc, bęc, bęc, bęc, bęc!”. Poczuł się lepiej, wszedł na schody, dotarł do swej sypialni, rzucił się na łóżko i zasnął jak kamień.

Śnił, że jest starym jednookim żółwiem, który pełznie brzegiem morza po śladach pięknych stóp. Co siódma fala zalewa te ślady, a wtedy stary żółw z wysiłkiem unosi głowę, czując ból w zesztywniałym karku, i sprawdza, czy ONA jeszcze biegnie, czy jeszcze zostawia ślady na piasku, które odtąd będą go prowadzić aż do zatracenia, aż do oślepnięcia, aż do końca jego dni. Nagle fale wyrzucają na brzeg topielca i żółw zatrzymuje się zaskoczony. Topielec przewraca się na bok, jego sina twarz przesłania żółwiowi cały świat. Topielec otwiera oczy, krztusząc się, wypluwa wodę, wodorosty i algi, uśmiecha się i mówi: „Ty stary chytrusie, ty masz żydowską kiepełe, ty wiesz, że żółwie żyją długo, więc w końcu ją dopadniesz i ziści się twoje marzenie – dotkniesz koniuszkiem swego starczego zdrewniałego języczka jej boskiej stopy!”.

Bruno zbudził się z jękiem, w ustach miał smak słonej wody, czuł zapach mokrych alg, słyszał szum, jakby przytknięto mu do uszu dwie wielkie muszle, i z przerażeniem stwierdził, że nie pamięta już jej twarzy, jej oczu, jej głosu. Leżał, wysilając pamięć, i w końcu udało mu się odtworzyć obraz dłoni, ruch gestykulujących rąk, małe kwiatki na sukience, wreszcie całą sylwetkę, ale daleką, taką już odchodzącą w głąb parkowej ścieżki.

Zwlekł się z łóżka, zmęczony, jakby wykarczował w furii wszystkie drzewa w parku zdrojowym, usiadł przy stole, sięgnął po ołówek i papier. Im i swojej ręce powierza teraz zadanie: niech rysują, niech odnajdą jej twarz. Powstaje szkic za szkicem, jak fotografia. Park i ławka, nawet pani Salzmanowa z synkiem w głębi ścieżki, oboje jak żywi, tylko jej postać stawia wciąż zacięty opór, papier odtrąca ołówek z tępym uporem. Ołówek nie daje za wygraną, ona powoli zaczyna ulegać, przyzwala na rysunek sylwetki i ruchu ciała zwróconego ku rozmówcy, godzi się na stopy i dłonie, tak jakby podawała je do ucałowania, nawet na zarys głowy, na kosmyk włosów nad czołem, tylko twarz jest wciąż białą plamą.

Bruno porzucił rysunek dziewczyny bez twarzy, zaczął go przerabiać: wymazał smukłe nogi i zastąpił je grubą śrubą na trójnogu. Dorysował worek w kształcie głowy wypchany trocinami i teraz cudny manekin siedzi na ławce w Truskawcu i z ożywieniem rozmawia z jakimś starym durniem w kapeluszu! Wściekle zmiął i podarł wszystkie rysunki.

Weszła Adela ze śniadaniem.

– Nie wyspał się pan – zamruczała niezadowolona.

Wzruszył ramionami.

– Nie chcę się wysypiać.

– Oj, niech pan tak nie mówi. Sen daje siłę, a pan potrzebuje siły!

Zaczął pić kawę, parząc sobie wargi, żeby nie musieć odpowiadać. Wyszła. Odstawił kubek, odsunął tacę z jedzeniem i zanurkował pod stół. Wysypał z kosza wszystkie zmięte papiery, rozprostowywał gorączkowo arkusz za arkuszem i wreszcie znalazł to, czego szukał: kolejny jej portret bez twarzy. Wygładził go nerwowymi ruchami na stole i dopadł kredką. Prawie na oślep pociągnął kilkoma kreskami po pustej plamie twarzy, oderwał rękę na sekundę i spadł z powrotem na papier z dziką furią jak myszołów na uciekającą nornicę. Błyskawicznymi cięciami fechmistrza ranił pustkę arkusza, aż zaczęła się wyłaniać z niego twarz jak żywej Marianny Jamrógiewiczówny, zamieszkałej we Lwowie przy ulicy Chorążczyzny 14, pierwsze piętro!

– Tak, łotry! Pierwsze piętro! – krzyknął głosem nieubłaganego zwycięzcy.

Adela uchyliła ostrożnie drzwi.

– Pan mnie wołał? – zapytała z lękiem w oczach.

– Nie, nie... Albo tak! Zabierz tacę, nie mam apetytu.

– Pan powinien...

Ruchem ręki zmazał dalszy ciąg zdania. Wyszła, pokornie szurając wydeptanymi trzewikami.

Pobiegł na pocztę, kategorycznie zażądał książki telefonicznej Lwowa. Niecierpliwie przewertował kartki, znalazł „J”, zjeżdżał paznokciem w dół strony, Jab... Jac... Jad... Jam! Jest: Jamrógiewicz Kazimierz, dr. laryngolog, Chorążczyzny 14, dom: 11 355, gabinet 11 811. Wykręcił ten drugi numer i poniewczasie wpadł w panikę – co powie?! O co zapyta?! Chciał odłożyć słuchawkę, ale odezwał się kobiecy głos.

– Gabinet doktora Jamrógiewicza, słucham.

– Ja w sprawie wizyty – wykrztusił przez ściśnięte gardło, co akurat było na miejscu.

– Pan doktor nie przyjmuje. Ma w lipcu urlop, właśnie wyjechał do Truskawca. Wróci w sierpniu.

Palnął się w czoło.

– Kretyn! Przecież mówiła!

– Słucham? – Głos się zaniepokoił.

– Przepraszam, to nie do pani...

– Jeśli chodzi o jakiś prosty zabieg, pędzlowanie, inhalację, przepisanie starej recepty, mogę pana przyjąć...

– A nie, nie. Chodzi o diagnozę, poczekam do sierpnia, przepraszam. – Odłożył słuchawkę. – Chodzi o diagnozę. Tak, chodzi o diagnozę! – wyszeptał do siebie.

Powlókł się z powrotem do domu, cały czas robiąc sobie w myślach wyrzuty. Poczekam do sierpnia i co? Pojadę do Czortkowa na pędzlowanie i inhalację... Co ja mówię! Czy ja zwariowałem? Co się ze mną dzieje? No tak, głupcze, doigrałeś się! – Idąc, kiwał głową z politowaniem, co od razu go zirytowało. – Dlaczego ja kiwam głową jak mój ojciec?! Dlaczego ja imituję ojca?! Przedrzeźniam go? Małpuję? Czy ja z niego szydzę? Wyrodny syn! Parodysta swego ojca! Będę występował, będę śpiewał kuplety, szmoncesy, będę Lopek Bruno Krukowski!

Uderzył go zaduch i gorąc domu. Pootwierał na przestrzał okna, powodując przeciąg. Siedział osowiały, milczący, wpatrzony nieruchomo w zimny piec. Przyglądał się kartuszowi na nim i po raz któryś próbował dociec, czy nagi amorek podaje kobiecie bukiet kwiatów czy kosz owoców? Przysnął na chwilę, obudziły go dreszcze i drapanie w gardle. To przez telefon do laryngologa. Uderz w stół, nożyce się odezwą! Owinął szyję kompresem skropionym spirytusem.

Weszła Adela.

– Boli pana gardło? Ukręcę panu kogel-mogel...

Przez parę dni nie wychodził z domu, zmieniał kompresy, zjadł kilka porcji kogla-mogla (ostatnią rozcieńczył potajemnie wódką), płukał gardło wodą z solą, nie był pewny, czy go boli, czy tylko drapie, pokładał się, polegiwał, przesiadywał w fotelu pozbawiony energii i woli.

Pewnego ranka zbudziła go nowa myśl. Szybko wstał, pospiesznie zjadł śniadanie i pognał do miasta. Wszedł do sklepu z kapeluszami Borsalino Rosenbauma i zaczął przymierzać białe słomkowe panamy, a subiekt nadskakiwał mu skwapliwie, podsuwał drugie lustro, aby mógł zobaczyć się z boku i z tyłu. Ilekroć napotykał w odbiciu swoje spojrzenie, zawsze jakby spode łba, pochmurniał, ogarniało go zniechęcenie, był bliski ucieczki ze sklepu, kiedy subiekt pobiegł na zaplecze po następny stos pudeł. W końcu zdał się na poradę szefa, który wyskoczył nagle w lansadach z kantorka – kupił białego Hückla oraz za jego namową jasne łosiowe rękawiczki. Nie był pewny, czy to dobry wybór, ale wstydził się odmówić. Wstydził się też, że niesie duże białe pudło, przecinając rynek zalany słońcem. Wieko pudła było oklejone cynfolią, która odbijała światło, i w pewnej chwili odbity od niej promień słońca oślepił jakiegoś przechodnia, tak że ten potknął się i mało nie upadł.

– Dumme Kerl! – syknął mężczyzna i spojrzał ostro na Bruna, a ten wymamrotał przeprosiny, kłaniając się niezręcznie.

Po drodze do domu wstąpił jeszcze do optyka Wolfa i kupił duże czarne okulary przeciwsłoneczne. W sieni zatrzymał się, otarł chustką spoconą twarz, otworzył pudło, włożył panamę na głowę i okulary na nos. Nie otworzył sobie drzwi kluczem, zadzwonił. Usłyszał szuranie trzewików Adeli po posadzce przedpokoju, a gdy ta otworzyła drzwi, spojrzała z roztargnieniem na przybysza i powiedziała:

– Pana profesora Schulza nie ma w domu, wyszedł na miasto. Nie wiem, kiedy wróci.

– Właśnie wracam – odpowiedział zadowolony i wręczył jej pudło.

Nazajutrz po południu wybrał się do Truskawca w nowym, triumfalnym kapeluszu i okularach. Przeszedł kilka razy deptakiem, zatrzymał się przy pijalni Naftusi, posiedział to na jednej, to na drugiej ławce w parku zdrojowym – na próżno! Nie zobaczył nawet jej cienia. Przeszło obok niego kilku znajomych, żaden go nie rozpoznał.

Dobra nasza! – krzyknął w duchu i od razu to wyśmiał: Trzeba było jeszcze podskoczyć, trzasnąć obcasami i krzyknąć: Hu, ha!

Przyjeżdżał do Truskawca jeszcze kilka razy, daremnie – nigdy jej nie spotkał. Może wyjechali przedwcześnie? Może coś się stało? Mógł zachorować dziadek w Czortkowie albo babcia. Może ktoś umarł? Zaczął snuć całą historię dramatycznych wypadków w podolskim dworze, która pęczniała od zwrotów akcji, napięć i niespodzianek. Pojawiały się nowe postaci, niektóre umierały w zarodku, niektórym bezdusznie odbierał życie w sile wieku, skreślając je bezlitośnie lub zmieniając imiona, a nawet płeć! Dziadek i babcia, nigdy przecież niewidziani, wyglądali już całkiem realnie, babci użyczył trochę urody wnuczki, dziadka uporczywie wyobrażał sobie podobnego do naczelnika poczty w Drohobyczu i o mały włos nie poleciał zrobić mu awantury – tak go to zirytowało.

– Jak tak dalej pójdzie, napiszę libretto opery Straszny dwór pod Czortkowem! – szydził z siebie. W głowie zamajaczył mu wyblakły obraz: piąta klasa, pytany z historii przy tablicy zawieszonej mapami plecie: „Straszny dwór pod Czortkowem, a Batory pod Pskowem, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała...”. „Schulz! Siadaj, matole! No i znowu pała!” „Niezły kuplecik napisałem! Skończę jako prowincjonalny kuplecista: Kochany panie Bodek, gdzie tutaj jest wychodek...?”

Poddał się, osowiał, zamknął się w sobie, obraził się na nią. Odpędzał każdą myśl o niej, która zapominała się i przychodziła nieproszona. Postanowił być surowy i nieprzejednany, kiedy skomliła i skrobała cichutko w drzwi, warczał:

– Odejdź, bo zastrzelę! – I od razu bił po łapach tego drugiego, który w nim siedział, tego prześmiewcę: – I ciebie też, durniu! Nie wtrącaj się!

Przetrwał w zaciętym uporze do końca lipca. Na początku sierpnia przyszła pocztówka: „Moc pozdrowień z Czortkowa zasyła Myszka!”, nabazgrane dziecinnym pismem. A więc tamten list kaligrafował ktoś inny! Pokiwał głową, tak, to jeszcze dziecko...

– Tatuś się znalazł! – zaśmiał się od razu ten drugi w nim.

Postanowił go ignorować, niech sobie ględzi, żałosny bankrut! Odwrócił widokówkę – fotografia w kolorze sepii przedstawiała jakiś paskudny budynek z wieżami. „Nowy ratusz w Czortkowie” – podpisano. Poszukał jeszcze raz: adresu zwrotnego nie było.

Posmutniał.

– Może to i lepiej... – pocieszył go ten drugi w nim.

Tym razem go nie odpędził, może ma rację? Po raz pierwszy zadał sobie pytanie, o co mu właściwie chodzi. Zachwyciła go jej uroda, w porządku, i co? Chciałby ją malować? – dobrze; zaintrygowała go intelektualnie? – powiedzmy; chciałby z nią mieć romans? – skandal! Wybuchłby straszny skandal, i to nie tylko tu, w szkole, w całym Wielkim Drohobyczu, ale co by powiedziała Debora? Nawet ona, oddana przyjaciółka, byłaby zgorszona, nie mówiąc o Junie, chociaż Juna by się nie odezwała... Witkac? On by pochwalił, jeszcze by podjudzał, a Gombr? Krzywiłby się z urzędu. Może... ale on by najlepiej zrozumiał, że nie umiem żyć bez jakiegoś uroku, bez jakiejś łakomej przyprawy do mej codziennej wodnistej egzystencji.

Mimo stu postanowień, że weźmie się za siebie, z dnia na dzień pogrążał się w coraz ciemniejszym smutku. Godzinami leżał na sofie i wpatrywał się w sufit jak w ekran. Był pusty, ale on widział tam obrazy, wciąż napływające, przenikające się, pogrążające w mroku, a potem rozświetlające się od nowa, choć już w innej formie, zaprzeczając poprzednim.

Wreszcie zebrał się i napisał dwa listy do Lwowa: pierwszy do Ossolineum, potwierdzający termin odczytu o E.M. Lilienie i Leopoldzie Gottliebie na dzień 17 września 1939 roku i drugi do Debory Vogel. Pisał: „Dochodzę do przekonania, że najważniejszą przyczyną mojej depresji jest bezczynność, nieproduktywność. Przyczyną zaś mojej bezczynności jest przesąd, że mogę tylko wtedy pracować, kiedy wszystko jest w porządku i kiedy jestem zadowolony, i mam trochę pogody w duszy...”. A ta jego pogoda wciąż była szara, listopadowa, choć wokoło pysznił się słoneczny soczysty sierpień.

Wreszcie ten męczący miesiąc dobiegł końca. Trzydziestego pierwszego sierpnia wieczorem Bruno zgasił światło i otworzył szeroko okno swego pokoju. Stanął w nim i z rozkoszą wdychał chłodne powietrze, ulgę po upalnym dniu. Z każdym oddechem wstępowała weń dawka energii, optymizmu i nadziei. Czuł, że kończy się czas depresji, niemocy, zwątpienia. Jutro wszystko stanie się proste, łatwe i radosne, wszystko się dobrze ułoży. Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta, postanowił położyć się spać, aby wstać wcześnie i zabrać się do pracy. Najpierw zagruntuje płótno, a kiedy będzie schło, zapisze krótką historyjkę, która już od kilku dni się tego domagała. Zostawił otwarte okno, nie zapalał światła, aby nie zwabić komarów, szybko rozebrał się i ułożył w chłodnej pościeli. Ćma dotknęła jego czoła w cichym przelocie miękkim skrzydełkiem, jak matka, która całuje syna na dobranoc. Zamknął oczy i spokojnie zasnął.

1 września 1939 roku o godzinie 4.40 rano Niemcy przekroczyli granicę Polski, rozpoczęła się druga wojna światowa. 17 września, w dzień planowanego odczytu Brunona Schulza w Ossolineum, do Polski wkroczyła Armia Czerwona. 19 listopada 1942 roku gestapowiec Karl Günter zastrzelił na ulicy w Drohobyczu Brunona Schulza, aby zrobić na złość gestapowcowi Feliksowi Landauowi, dla którego Schulz malował freski w pokoju jego dzieci.

Psalm murmurando

Cieniom Tamary R.

– Sześć par sznurówek brązowych, jedna para czarnych i jeszcze tylko zapach cynamonu! – westchnął Eliasz Liebermann, podnosząc głowę znad księgi. – Kto kupi zapach? I to cynamonu?! Gdybyśmy sprzedawali zapachy ogrodów Semiramidy albo róży jerychońskiej, to co innego, ale cynamonu?! Komu dziś potrzebny cynamon?!

Izaak, syn Eliasza, rozłożył ręce. Wbity w ciemny róg sklepu zlewał się ze ścianą, prawie niewidoczny, tylko jego blada twarz majaczyła w mroku, nieruchoma, trupia.

– Kto kupi sześć par sznurówek brązowych i jedną parę czarnych? No, może czarne sprzedamy, do trumiennych butów, ale brązowe?! À propos, ten Pinkas miał głowę! Wiesz, na czym zrobił interes? Na trumiennych butach! Robił je z papier mâché, ale wyglądały jak lakierki i w tym był cały cymes! Papier? Co kosztuje papier?! Nic! Brał stare gazety, trochę gipsu, trochę kleju, wodę! Ten podstawowy surowiec, ta masa to był zerowy koszt, ale on nie był chytry, wiedział, gdzie warto wydać trochę i nie żałować! Lakier! Lakierował te papierowe buty lakierem pierwszej klasy! Fortepianowym! Błyszczały jak fortepian Steinwaya, na którym Artur Rubinstein grał w Carnegie Hall! I to był ten trik, za trzy złote każdy najbiedniejszy nieboszczyk wyglądał w trumnie jak Rubinstein!

W ciemnym kącie Izaak skrzywił się i lekko wzruszył ramionami, w odwiecznym geście wątpienia zapisanym w genach jego narodu, ale nie odezwał się, żeby nie sprawić przykrości ojcu. A Eliasz ciągnął wątek rozmarzonym głosem:

– Wiesz, jaki miał popyt! Ludzie masowo wykupywali jego pinkas szułe, każdy chciał mieć je w zapasie, na wszelki wypadek! Za trzy złote?! Goldmann, wiesz, ten, co eksportował ładne dziewczynki do Buenos Aires, żeby tam dobrze wychodziły za mąż za biznesmenów, wziął partię tych trumniaków tam, do tej Argentyny, na próbę, i poszły jak woda! Goldmann wrócił i postanowił wejść w spółkę z Pinkasem. Wymyślił sobie, że się ożeni z jego córką i w ten sposób, przez dziurkę od klucza, wejdzie w rodzinny interes. Ale Pinkas się oburzył: „Moja córka żoną sutenera?! Po moim trupie!”. „Po pańskim trupie, panie Pinkas, w pańskich zasranych butach!”, krzyknął Goldmann i trzasnął drzwiami. Na szczęście wybuchła wojna...

Podstępny wąż wątpliwości wpełzł już w mózg Izaaka i cicho posuwał się pod prąd jego chłodnej krwi do serca: buty z papieru?! Fortepianowy lakier?! Żony biznesmenów w Argentynie, a kurwy skąd się brały?! W uszach zabrzmiało mu tango milonga na balu maturalnym, a w pośladkach poczuł bolesne wspomnienie pięciu godzin na krześle pod ścianą w smutku i rezygnacji, ale pokornie słuchał wspomnień ojca.

– I jeszcze to genialne posunięcie: zrobił jeden rozmiar, żeby pasowało na wszystkich. Podobno wziął miarę czy odlew stóp od starego Hrabyka, którego nawet do austriackiego wojska nie wzięli, bo nie mieli tak wielkich butów w całym cesarstwie, i to prawdopodobnie był pierwszy pomysł na produkt uniwersalny w Galicji! On miał kiepełe geniusza! Chociaż taka uniwersalność ma swoje wady; kiedy umarł Lewin, wiesz, ten, co miał pralnię, był bardzo mały i chudy, miał może sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, góra sto pięćdziesiąt osiem, a ważył jak piórko, więc gdy go zawinęli w całun, to te ogromne buty strasznie rzucały się w oczy. Ale najgorsze, że trumna była mała, prawie dziecinna, więc wieko nie chciało się domknąć, przez te buty! Za bardzo wystawały! I jak go pochowali, to nie wiem. Może w niedomkniętej trumnie? Kto wie, może zdjęli...?

Lewin zabrał tajemnicę za dużych butów do grobu – przemknęło przez głowę Izaaka, ale nie chciał urazić ojca swoim sarkazmem, więc milczał. Bardzo często tak robił, od kiedy zauważył, że ojciec krzywi się na jego żarty, nierzadko złośliwe, ale przecież śmieszne, śmieszne! Co miał takiego w mózgu, co mu kazało na wszystko reagować kpiną, ironią, uszczypliwością? Ojciec tego nie cierpiał, mówił, że ludzi trzeba kochać i im współczuć, a nie wyśmiewać. Jakie wyśmiewać?! Kocham ludzi i chcę im pomagać, tępić ich głupotę, ciemnotę, naiwność! Niech przestaną lamentować i popatrzą na siebie krytycznie, bez rozmamłanej litości, uważnie! Dla ich własnego dobra, żeby potrafili wykryć swoje słabości, zanim wrogowie je wykryją. Ale to groch o ścianę, groch o ścianę!

Stary Eliasz Liebermann pokiwał głową, żegnając w myślach małego pana Lewina i jego za duże trumniaki, westchnął i rozejrzał się po sklepie. Puste półki sterczały pod wysoki sufit, jakby wołały o pomstę do nieba. Przebiegł pamięcią całą drogę tego zjawiska, którego nigdy nie mógł przewidzieć, bo czegoś takiego nikt nie przechodził za jego życia. Zaczęło się wspaniale – do jego sklepu, gdzie zawsze miał wszystko, czego poszukiwali na co dzień mieszkańcy sztetla, czyli jak mówiono, szwarc, mydło i powidło, waliły tłumy. Spełnił się nagle sen każdego kupca: cały sklep klientów, szufladka kasy otwiera się i zamyka jak oszalała. Eliasz wpadł w euforię, ale gdzieś koło piątej, kiedy cały personel słaniał się już na nogach, a i on nie usiadł ani na chwilę, nagle zrozumiał i zadrżał z trwogi – oni nie kupują, oni wykupują! Wysypał resztkę miętusów ze słoja do papierowej tutki, po czym podał ją chłopcu i to był ten moment, gdy zawalił się jego świat, kupiecki solidny świat, owszem, czasem podtruwany przez grzeszne pokusy szwindlu, ale oparty na uczciwych, odwiecznych zasadach: klient ma prawo mieć zachcianki, klient płaci i wymaga, klient ma zawsze rację! Po paru dniach, kiedy wymieciono wszystkie magazyny, kiedy stało się jasne, że nie będzie już żadnych dostaw, bo hurtownia, wprawdzie i tak pusta, została zbombardowana i spłonęła, a jej właściciel powiesił się, wtedy zrozumiał, że sens jego egzystencji wyparował jak woda z czajnika zapomnianego na prymusie i że za chwilę ten prymus wybuchnie.

Mimo to postanowił trwać na posterunku. Przychodzili codziennie z synem o siódmej rano, podciągali rolety, otwierali sklep i stawali na swoich miejscach, chociaż wiedzieli, że nikt nie przyjdzie, a gdyby przyszedł, nie mieliby nic do zaoferowania, chyba że te sznurówki. Izaak stał całymi godzinami w kącie, a jego mózg pracował jak opętany, był niczym jakaś maszyna puszczona w ruch, która może wyprodukować każdy towar: cukier, książkę, grabie, strach, nadzieję, gwoździe, parasol, ból...

Przyglądał się ojcu tkwiącemu za ladą i serce mu się krajało, bo widział, że on staje się coraz mniejszy, jakby zapadał się pod podłogę, jakby walił go w głowę ogromny kafar, taka straszliwa maszyna, którą Izaak widział w Gdyni, dokąd pojechali ze szkołą na wycieczkę. Patrzył wtedy, jak kafar wbija olbrzymie stalowe słupy w dno przy nabrzeżu, i myślał – niech budują ten port, ja tymczasem zdam maturę, wrócę tu i wsiądę na statek Cunard Line, i popłynę do Ameryki, do Hollywood, i będę tam kręcił filmy z Gretą Garbo. „Cunard Line, Cunard Line...”, szeptał, zasypiając, jakby to było zaklęcie, które miało mu otworzyć bramy amerykańskiego raju, i teraz też bezwiednie wyszeptał, spoglądając na zapadającego się w ziemię ojca.

– Tate, dlaczego ty stoisz? Dlaczego ty nie spoczniesz? Usiądź sobie na chwilę, przecież masz tam stołek przy kasie.

– Nie ma mowy, synu. To święta zasada kupiecka: za ladą się stoi. Jeśli kupiec za ladą siedzi, to znaczy interes nie idzie, nadciąga widmo bankructwa. Tak mnie uczył mój dziadek, twój pradziadek i mój ojciec, twój dziadek. Za ladą można usiąść tylko na chwilę, żeby obsłużyć kasę, kiedy kasa milczy, kupiec stoi.

– Zrób fikcyjną transakcję, tate, ulżyj sobie trochę, potem będziesz stał aż do zamknięcia.

– Wykluczone! Ten stołek jest święty, nie mam zamiaru grzeszyć!

– A gdyby tu był inny stołek, tobyś usiadł?

– Gdyby był inny stołek, tobym usiadł. Na chwilę. Ale nie ma innego stołka, ostatni spaliliśmy wczoraj, żeby ugotować kaszę.

Izaak umilkł. Z rozpaczą w sercu zaczął rozmyślać, jak pomóc ojcu, którego kochał nad życie. Skupił się, zwarł się w sobie, natężył wolę, jak wtedy, kiedy potajemnie nauczył się lewitować i nocami krążył nad dachami uśpionego sztetla, a raz poleciał do Hollywood, przysiadł na chwilę na fotelu z napisem „Director”, po czym wrócił z szumem czarnych skrzydeł magii. Zacisnął mocno zęby i zamknął oczy, poczuł, że nogi zaczynają mu drętwieć, a przez ręce przebiega mrowienie, jakby przechodził przez nie pochód ogromnych afrykańskich mrówek wysłanych po łupy przez królową. Ostatnim wysiłkiem uniósł lewą rękę (był mańkutem) i dotknął nogi. Przez materiał chałatu i spodni wyczuł twardość drewna i ostrość krawędzi nóg taboretu. Postukał kluczem, odpowiedział mu pewny siebie dźwięk. To musiała być dobrze sezonowana dębina, bo na jego nieme pytanie odparła głośno i wyraźnie: „Tak, pochodzę z dębu Bartek pamiętającego Piastów”. Po chwili także jego ręce zaczęły drewnieć, tułów złożył się sam i wyprostował, tworząc płaskie zrazu, a potem wymodelowane do kształtów ciała siedzisko taboretu, który następnie wysunął się cicho z ciemnego kąta i stanął na środku pustego sklepu. Ojciec drzemał na stojąco i niczego nie zauważył, taboret czekał cierpliwie z całym stoicyzmem przedmiotów martwych.

Eliasz Liebermann ocknął się i rozejrzał nieprzytomnie, powoli wracał do rzeczywistości.

– Izaak?

– Tak, tate, jestem – odpowiedział głos Izaaka.

Wzrok Eliasza napotkał taboret na środku sklepu.

– O, znalazłeś jeszcze jakiś stołek!

– Tak, tate, usiądź sobie, odpocznij!

Eliasz skinął głową na znak zgody i poczłapał do taboretu, szurając zmęczonymi nogami. Usiadł ciężko, z westchnieniem, w którym była cała odwieczna udręka Izraela, wszystkie najgorsze przeczucia jego ludu, a w ciemnym kącie sklepu dusza Izaaka płakała bezgłośnie, gorące łzy spływały po jej twarzy utworzonej z mgły.

W wielkiej ciszy, która zaległa w całym sztetlu, pojawiło się ledwie dosłyszalne brzęczenie. Słaby dźwięk zaczął rosnąć, potężnieć i okazał się odgłosem nieubłaganie zbliżającego się żelaznego potwora. Na ryneczek wjechał ogromny czołg, nazywany słusznie Tygrysem, bo drapieżnością dorównywał tym dzikim kotom. Z boków miał wymalowane białe krzyże, pewnie ku czci krzyżowców, którzy bohatersko zdobywali potężne mury Jerozolimy, tak jak on teraz, chylące się ze starości domki sztetla. Czołg stanął na środku ryneczku i chwilę trwał w bezruchu. Wszystkie żywe istoty: ludzie, psy, ptaki, chrabąszcze i myszy zamarły z przerażenia, wszystkie równocześnie poczuły suchość w gardle i zimne strużki potu spływające po kręgosłupie, wszystkie, z wyjątkiem Eliasza i Izaaka. Eliasz przysnął zmęczony, a dusza Izaaka w kącie i ciało wprasowane w stołek modliły się, rozmawiały z Jahwe.

Nagle wieża czołgu z działem drgnęła i zaczęła wolno się obracać, jakby musiała się zastanowić, co obrać za cel. Przystawała na chwilę i znów ruszała, aż znieruchomiała wymierzona prosto w sklep Eliasza Liebermanna. Teraz jeszcze nastąpiła mała korekta: działo podniosło się lekko, potem opuściło troszkę i zastygło, jakby z satysfakcją, z premedytacją.

Huk wystrzału wyprzedził pocisk i obudził Eliasza, tak aby mógł on zobaczyć w ułamku sekundy pędzącą na niego śmierć. Pocisk wleciał do sklepu i eksplodował w chwili zetknięcia się z głową Eliasza, jego ciało rozpadło się na strzępy, a te wypełniły puste półki sklepu. Przez moment mogło się wydawać, że dostawy powróciły i handel ruszy, ale wtedy zapłonął taboret, wystrzelił w górę płomieniem jak krzak gorejący, a dusza Izaaka uleciała przez wybitą pociskiem dziurę i uniosła się nad ryneczkiem sztetla.

Ludzie, którzy zamarli ze zgrozy w swoich małych domkach, usłyszeli, że dusza Izaaka intonuje psalm. Melodia była im znana, ale słowa inne, nowe, przejmujące. Próbowali dołączyć się swymi słabymi głosami, mogli jednak tylko nucić, śpiewać murmurando i wsłuchiwać się w słowa niezrozumiałe, lecz przejmujące. Groźne, lecz słodkie. Przynoszące ukojenie, lecz przepowiadające wielki sprawiedliwy sąd nad tym biednym, ukrzywdzonym sztetlem, nad tym wściekłym żelaznym kotem z krzyżami po bokach, nad tym całym umęczonym światem. I kiedy wypędzano ich z tysięcy sztetli, kiedy ładowano do wagonów dla bydła, kiedy morzono ich głodem i pragnieniem, kiedy upokarzano ich zdzieraniem odzienia, kiedy ustawiano nagich nad rowami, kiedy czekali na komendę Feuer!, w głowach ich brzmiał ten psalm, szeptany, mruczany, nucony murmurando, aż wzbił się pod niebo potężnym crescendo skargi. Niektórzy mówili, że gdy chmury skłębiły się i na moment rozwarły, dojrzeli w tym prześwicie ogromne oko, z którego spłynęła łza. Czy było to oko Jahwe? Zwątpili w to, umierając.

Operacja „Masada”

Adamowi Danielowi R.

Rok temu.

W pokoju operacyjnym centrali wywiadu jednego z państw bliskowschodnich toczyła się narada. Na wielkim ekranie wyświetlano obraz z satelity ukazujący w zmiennym powiększeniu fragment jakiegoś obszaru pewnego kraju europejskiego. Prócz tego na stole rozłożone były mapy uszeregowane historycznie: przed rokiem 1772, w latach 1920–1939 i obecnie. Porównywano nazwy tych samych miejscowości na różnych mapach, na przykład Fullensteyn – Felsztyn – Skeliwka lub Drohobycz – Дрогобич – דראָהאָביטש. Większość zgromadzonych miała trudności z wymową nazw w językach używanych na tych terenach, ale prezentujący mapy i jego asystent z łatwością wszystko wymawiali, a nawet wdali się w krótką sprzeczkę w języku, którego nikt poza nimi nie rozumiał, i dopiero prowadzący naradę przywołał ich do porządku. Powód, przebieg i cel tego spotkania zostały zgodnie z obowiązującymi procedurami zanotowane w protokole, a ten z pieczątką „Top secret” włożony do teczki z napisem „Operacja «Masada»”, zamknięty w sejfie i jak dotąd nieujawniony.

Raport funkcjonariusza ABW.

Dnia 9 września 2009 roku pełniłem służbę na terenie lotniska Warszawa-Okęcie. Samolot rejsowy LOT-u linii Tel Awiw–Warszawa wylądował punktualnie o godzinie 12.05, pasażerowie podróżujący dalej przeszli do hali tranzytowej, a potem rozeszli się w zależności od kierunku dalszego lotu. Przeszedłem z największą grupą pasażerów lecących do Lwowa (Ukraina) do poczekalni tranzytowej 59a, gdzie mieli czekać do odlotu (13.50). Uwagę moją zwróciła grupa 9 mężczyzn w wieku 25–40 lat, wszyscy ubrani byli w czarne długie płaszcze, czarne kapelusze i nosili pejsy, a więc wyglądali jak typowi obywatele Izraela, ale nie trzymali się razem, przeciwnie – dwóch tylko rozmawiało ze sobą, reszta rozproszyła się po całej poczekalni. Zastanowił mnie fakt, że wszyscy mieli identyczne walizeczki (cabin luggage) firmy Samsonite. Jeden z nich podszedł do bufetu i zamówił kawę. Słyszałem, że mówi po polsku, chociaż słabo. Powiedział do barmanki, że polski język go wzrusza, bo to był język jego dziadków i od nich trochę się nauczył, ale nie mówi za dobrze, bo nie ma z kim ćwiczyć. Nie byłem pewny, czy mogę wezwać go do kontroli celnej bagażu, poprzestałem więc na inwigilacji do końca przerwy w podróży, ale nic się nie wydarzyło. Pasażerowie odlecieli do Lwowa rejsem o godzinie 13.50. Podpisano: por. Stefan B., nr sł. 364/W.

Wydarzenia w dniach 9–17 września 2009.

Klasztor znajdował się u stóp zbocza sporego wzgórza porośniętego gęstym lasem. Las był ciemny, milczący, drzewa zdawały się trwać niezłomnie, z upartą determinacją wiernych obrońców klasztoru, który na ich tle wydawał się jeszcze bielszy, zwłaszcza teraz, w jaskrawym słońcu połowy września. Uczestnicy Ekumenicznych Spotkań Młodzieży Trzech Wyznań, rozleniwieni upałem, rozpierzchli się po całym ogrodzie w poszukiwaniu cienia. Zaczęły się pierwsze, ostrożne kontakty między katolikami rzymskimi z Polski a grekokatolikami z Ukrainy, tylko grupa chasydów z Izraela trzymała się razem, na uboczu. Wszyscy czekali na przyjazd honorowego gościa, bez którego nie mogła się odbyć ceremonia otwarcia, gdyż był nim słynny amerykański noblista, jeden z kilkunastu chłopców, którzy ukrywani przez zakonników tego monastyru ocaleli z Holokaustu. Właśnie nadeszła wiadomość, że samolot z Nowego Jorku wylądował w Kijowie, gdzie czeka już rządowy samolot, by przewieźć gościa do Lwowa, skąd przetransportuje go tu helikopter. Operacja miała potrwać około godziny. O tym wszystkim poinformował młodzież równie młody zakonnik, który wracając do klasztoru i przechodząc koło grupy chasydów, rzucił jakby mimochodem:

– Konie będą o dwudziestej trzeciej.

Godzinę później pojawił się rosnący dźwięk nadlatującego helikoptera, potem jego cień na białym murze ławry, wreszcie on sam osiadł ostrożnie na parkingu przed bramą. Podmuch od śmigła zerwał skufię z głowy ihumena i młody mnich pobiegł za nią – z rozpostartymi połami szaty wyglądał jak lądujący ptak. Złapał czapkę w locie i zdążył wrócić, zanim gość wysiadł z helikoptera. Ihumen pomógł mu zejść ze schodków i tak trzymając się oburącz i krzycząc coś do siebie, skuleni dotarli poza zasięg podmuchu. Tu ihumen wygłosił powitanie po ukraińsku, a gość formalnie odpowiedział po angielsku i rozejrzał się.

– Wspaniale odnowiliście klasztor! – pochwalił po polsku.

– Dostaliśmy środki z Unii – odparł też po polsku ihumen.

Podeszli pod bramę klasztoru, gdzie zgromadzony tłum powitał gościa rzęsistymi oklaskami i gdzie czekał już mikrofon. Gość przemówił, wypowiadając każde zdanie najpierw po ukraińsku, następnie po polsku, a na końcu po angielsku:

– Zostałem poczęty w Polsce w rodzinie zasymilowanych Żydów, urodziłem się już w Ukraińskiej Republice Związku Radzieckiego, potem znalazłem się w Generalnym Gubernatorstwie Rzeszy Niemieckiej, ale nigdzie się nie przemieszczałem, to wszystko działo się samo, wbrew naszej woli, na przestrzeni trzech lat, w niewielkim miasteczku, sztetlu, niedaleko stąd. Mój ojciec był adwokatem, prezesem izby adwokackiej w naszym mieście, do której należało czterdziestu prawników. Jak na niespełna pięć tysięcy mieszkańców nasycenie adwokaturą było u nas znaczne, proporcjonalnie większe niż dziś ma Nowy Jork. Kiedy terror hitlerowski stał się bardzo niebezpieczny, przez parę tygodni ukrywaliśmy się w piwniczce wykopanej pod piecem kuchennym, mistrzowsko zakamuflowanej przez mojego wuja, brata mamy. Ale było jasne, że długo tak nie przetrwamy, więc pewnej nocy ojciec przywiózł mnie tu, do tego klasztoru, i poprosił o schronienie. Wiedział, że mu nie odmówią, bo przez lata świadczył usługi prawne zakonnikom. Miałem trzy lata i wbrew temu, co się mówi, że dzieci nie pamiętają swoich pierwszych kilku lat, ja zapamiętałem i piwniczkę pod piecem, i tę noc, kiedy pożegnałem się z ojcem na zawsze, i te pierwsze kroki w klasztorze. Zostałem ochrzczony w obrządku grekokatolickim i nauczyłem się służyć do mszy, dzięki temu ocalałem, podobnie jak jedenastu innych żydowskich chłopców. Oto dlaczego zostałem tu zaproszony i oto temat naszego spotkania: co musimy czynić, aby to, co przytrafiło się naszej dwunastce, już nigdy się nie powtórzyło. Był taki słynny amerykański film The Dirty Dozen, w Polsce znany jako Parszywa dwunastka, ale prawdziwą parszywą dwunastką byliśmy my. Wszakże tutejsi antysemici lubili nazywać Żydów parszywymi, czyli napiętnowanymi. Ojcowie i braciszkowie przyjęli nas, napiętnowanych, ryzykując życie, zaopiekowali się nami, wykształcili i wypuścili w świat. Z naszej dwunastki dwóch otrzymało Nobla, jeden został ministrem i znanym w świecie politologiem, trzech profesorami uniwersytetów, czterech doktorami medycyny, jeden adwokatem, a ostatni został drwalem i osiedlił się w Kanadzie. Jest więc w tym miejscu jakiś genius loci, oby i wam udzielił on swych łask. A zatem do pracy!

Zaczęły się godziny referatów, wystąpień i dyskusji, potem była uroczysta kolacja uświetniona występem zespołu klezmerów z Krakowa, młode Ukrainki rwały się do tańca, jednak zakonne obyczaje nakazały wszystkim gościom pójść spać i o dwudziestej drugiej musiała zapanować cisza nocna.

Klasztor spał już głęboko, kiedy z pokojów przydzielonych grupie chasydów z Izraela wychynęły dziwne ciemne postacie. Bezszelestnie zsunęły się po schodach i zgromadziły w małej sieni przed wyjściem. W świetle słabej żarówki można było dostrzec, że wszyscy ubrani są w jednakowe czarne obcisłe kombinezony bojowe i miękkie kaski, trochę podobne do rowerowych, tyle że kuloodporne, obwieszeni rozmaitym sprzętem, a na rękawach mają naszywki MOSAD. Pobożni chasydzi przeobrazili się w grupę operacyjną izraelskiego wywiadu, po brodach, pejsach i czarnych płaszczach nie było śladu.

– Odliczyć – powiedział szeptem dowódca i zaczął: – Jeden!

– Dwa!

– Trzy!

– Cztery!

Po sekundzie ciszy odezwał się głos:

– Jestem, jestem, pięć!

– Joram! Obudź się! – szepnął z naganą dowódca.

Następne poszły gładko:

– Sześć! Siedem! Osiem! Dziewięć!

– Powtarzam pierwszy etap zadania – mówił wciąż szeptem dowódca. – Dostaniemy konie. Szyk jak ćwiczyliśmy: na czele przewodnik, za nim szpica: Osiem i Dziewięć, za nimi ja, Jedynka. Za mną parami: Dwójka i Trójka, Czwórka i Piątka, Szóstka i Siódemka. Pytania?

Nikt nie zdążył zapytać, bo uchyliła się brama i młody zakonnik powiedział cicho:

– Są konie, ale osiem, a nie dziewięć. Jeden okulał i musiał zostać w stajni.

– Nie mieli zastępczego?

– Nie.

– Dobrze. Trójka, zostajesz.

– Ale beze mnie Piątka nie zdejmie...

– Słusznie. Czwórka, zostajesz.

– Tak jest.

– Nie kładź się spać, bądź w kontakcie radiowym.

– Yes, sir.

Jedynka dał znak i wyszli prowadzeni przez zakonnika, a Czwórka zamknął za nimi bramę.

Przebiegli cicho przy murze na tyły klasztoru, a potem przez sad do lasu, na skraju którego czekały na nich konie. Trzymali je za uzdy chłopcy stajenni w czarnych przepaskach na oczach – wyglądali jak skazani na rozstrzelanie, ale chodziło tylko o to, aby nie zobaczyli, komu przyprowadzili zwierzęta. Przewodnik czekał w siodle, wyprostowany i milczący. Dopiero kiedy dosiedli koni, zdjął kapelusz i na moment oświetlił sobie zapalniczką twarz, aby mogli ją zapamiętać – szczupła, ogorzała, siwe długie wąsy i podgolona głowa z czubem na modłę ukraińską.

– Nazywam się Taras Żenczur – powiedział. – Mam siedemdziesiąt dziewięć lat, ale konia dosiadam jeszcze sam. Przykazano mi doprowadzić was do Podbuża, tam zostawić i czekać na wasz powrót. Powinniśmy dojechać przed dwunastą i wrócić przed czwartą, nim zacznie dnieć, będziecie więc mieli dla siebie maksymalnie trzy godziny. Odłóżcie swoje przyrządy, bo będą was kusić, żeby skrócić drogę, a wiecie, że kto drogi prostuje, w domu nie nocuje. Moje drogi są dłuższe, ale szybsze, a do tego bezpieczniejsze! Ruszamy!

Wjechali w ciemny las, konie szły stępem za przewodnikiem, panowała cisza. Dowódca nakazał zgaszenie latarek w kaskach, sam tylko założył noktowizorowe gogle, dzięki czemu widział przed sobą szpicę, a przed nią przewodnika. Wyjechali na wielką łąkę – zalana księżycowym światłem wydawała się jasna jak w dzień. Przewodnik podniósł rękę i puścił się galopem na przełaj. Pognali za nim. Po kilkunastu minutach dotarli do Dorozowa, brodem przeszli na drugą stronę Bystrzycy i raz jej brzegiem, raz płytkim korytem parli niestrudzenie na południe. Tam, gdzie droga zaczęła się wznosić, porzucili rzekę – widzieli ją jeszcze tylko w błyskach księżycowego światła i słyszeli w cichnącym szumie, aż znikła w ciemnościach. Sforsowali stromą łąkę i znowu zanurzyli się w las, a gdy wyjechali na jego skraj, zobaczyli w oddali dolinę z uśpionym miasteczkiem. W morzu ciemnych dachów bielała wieża kościoła.

– Podbuż – powiedział przewodnik. – Tu na was będę czekał. Jak chcecie wjechać do niego, jedźcie prosto, a jeśli objechać, to lepiej z lewej strony.

Dowódca włączył iPada i obejrzał mapę – pojechali w lewo.

Taras Żenczur wycofał się do lasu, znalazł małą polankę, zeskoczył z siodła i spętał mu luźno przednie nogi, a potem popuścił mu popręg i zdjął ogłowie, aby zwierzę mogło skubać trawę, sam zaś rozwinął derkę, ułożył się na niej i zasnął.

Tymczasem oni ominęli uśpiony Podbuż i wspięli się na niewysokie wzgórze, objechali szczyt i znaleźli się po jego południowej stronie. Nieco poniżej, wśród gęstych krzaków i licznych drzew majaczyły ruiny wieży i resztek muru starego zamku. Jego lokalizację wybrano kiedyś mądrze – rozciągał się stąd widok na całą okolicę, jak przystało na średniowieczną warownię.

Zsiedli z koni i uwiązali je do drzew, po czym Siódemka wyjął z plecaka laserowy wykrywacz metalu i posuwając się śladem wyznaczonym przez lokalizator, prędko znalazł właściwe miejsce. Pracując szybko saperkami w świetle latarek, odkopali z Szóstką spory kwadrat darni, odsłaniając żelazną klapę. Podnieśli ją z trudem i zobaczyli strome ceglane schody, zarośnięte trawą i pokruszone. Asekurowani liną Ósemka i Dziewiątka zeszli w dół, świecąc halogenowymi latarkami. Po chwili przesłali sygnał: czysto!

Szóstka i Siódemka zostali na powierzchni jako ubezpieczenie, reszta zniknęła w podziemnym wejściu. Poszli bardzo długim, wysoko sklepionym korytarzem opadającym wciąż w dół i dopiero na jego rozwidleniu dowódca zostawił Dwójkę, a z pozostałymi ruszył w prawo. Po chwili doszli do gruzowiska – korytarz zawalił się przypuszczalnie bardzo dawno, musieli więc zawrócić i pójść lewą odnogą. Tym razem dotarli do dużej sklepionej krzyżowo sali, gdzie w miejscu zwornika był otwór, kiedyś przypuszczalnie komin wentylacyjny, teraz zasypany gruzem. Zapalili lampę sodową i w jej świetle zobaczyli resztki kilkunastu prycz rozstawionych pod ścianami, a posuwając się krok za krokiem wzdłuż nich, odkryli to, co spodziewali się znaleźć. Na otynkowanej poszarzałej ścianie wyryto zarys prostokątnej tablicy o rozmiarach przeciętnego plakatu, w obramowaniu o zaokrąglonych narożach widać było napisy. Niektóre mniej czytelne, inne lepiej, najwyraźniej litery zapuszczano czarną farbą lub sadzą, która w wielu miejscach wyblakła, mimo to można było odczytać cały tekst wyryty w języku polskim i hebrajskim:

Tu od dnia 19 listopada 1942 roku

ukrywają się rodziny z Drohobycza:

Chajesów

Feuersteinów

Friedmanów

Gertsmannów

Nanferów

Pipesów

Schreierów

Stieflów

Willerów

Wűrzbergów, w sumie 53 osoby.

Zasobów (żywności i lekarstw)

mamy jeszcze na 130 dni, wody

na 200 dni.

Twierdzę naszą zaprojektował

Inż. Schulz Bruno

przy współpracy

Bergmana Samuela, co tablicę tę

wykonał dnia 22 czerwca 1944 roku.

Trójka i Piątka zmierzyli tablicę.

– Pięćdziesiąt sześć na osiemdziesiąt sześć centymetrów. Trzeba podzielić na dziewięć brytów A4.

– Jasne. Ile wam to zajmie? – zapytał dowódca.

– Dziesięć do dwunastu godzin – odpowiedział Piątka.

– Dobra. Pracujecie pięć godzin – spojrzał na zegarek – to znaczy do siódmej. Potem śpicie do trzynastej, wstajecie i kończycie robotę. Macie dużo czasu, bo nie powinniście stąd wyjechać przed północą. Ósemka i Dziewiątka zostają na górze jako ubezpieczenie. Konie macie ukryć, najlepiej w tym parowie, który mijaliśmy, i sami zakamuflować się w krzakach. Prowiant, woda?

Wszyscy potwierdzili, że mają.

– W razie przypadkowego świadka, jakiegoś grzybiarza czy zbieracza chrustu, zlikwidować i pogrzebać. Wykonać zadanie i jak najprędzej opuścić miejsce. Jeśli będzie jeszcze jasno, pozbyć się kombinezonów, konie rozkulbaczyć i puścić wolno, uprząż wrzucić do lochu. Zdobyć jakiś samochód i wrócić do klasztoru. Oczywiście nie podjeżdżać główną drogą, ale tą przy lesie i tam zostawić auto. Przeczekać w lesie do kolacji, wtedy wejść pojedynczo i wmieszać się w gości. Pytania?

Dziewiątka podniósł rękę.

– Szefie, konie to lepiej sprzedać chłopom, szkoda puścić...

Wszyscy zaśmiali się, a dowódca pogroził mu palcem.

– Daniel, ty masz hopla na punkcie żydowskich kawałów! Przestań!

– Ale jeden ma super, niech opowie! – wtrącił się Ósemka.

– Nie chcę wkurzyć szefa – odparł Daniel, jednak szef skinął łaskawie głową.

– Dobra, wal!

– To jest taki dialog – zaczął Dziewiątka. – Moniek, masz przepiękny zegarek! Tak, ojciec mi go sprzedał, gdy umierał.

Dowódca się roześmiał.

– Rzeczywiście, dobre! Niech cię kule biją!

– A wie szef, skąd go znam? Podsłuchałem, jak ihumen opowiadał gościowi z Ameryki, temu nobliście. Oczywiście po polsku.

– No dobra, zabieramy się! – oznajmił dowódca, po czym razem z dwoma ludźmi ruszył w drogę powrotną, a Trójka i Piątka przystąpili do roboty.

Wyjęli narzędzia, akcesoria i duży rulon tkaniny. Naprzeciw tablicy umieścili statyw, a na nim elektroniczny projektor, który wyświetlił na obrazie siatkę czerwonych linii dzielących tablicę na dziewięć części – każdą w wymiarach A4. Teraz, trzymając się pionowych linii, nakleili obok siebie trzy pasma półprzeźroczystej samoprzylepnej tkaniny. Musieli teraz odczekać dwadzieścia minut, więc usiedli na kamieniach, wyjęli jabłka i zaczęli jeść.

Trójka ugryzł swoje i pokazał je Piątce.

– Jestem w Nowym Jorku! – powiedział.

– Szybki lot.

– Byłeś tam kiedy?

– Człowieku, urodziłem się tam!

– A byłeś tam dokładnie osiem lat temu? – dopytywał Trójka.

– To znaczy?

– 11 września 2001 roku.

– Jak mogę pamiętać, co robiłem osiem lat temu? – Piątka wzruszył ramionami.

– Te datę powinieneś pamiętać, nowojorczyku!

– Bo?

– Atak na World Trade Center, baranie!

– O kurwa, rzeczywiście! – zawołał Piątka. – Nie skojarzyłem.

– No to ci powiem jeszcze, że teraz jest godzina druga czterdzieści sześć, która tam będzie za osiem godzin, bo taka jest różnica czasu. A potem jeszcze musi upłynąć dokładnie sześć godzin, bo dokładnie o ósmej czterdzieści sześć będzie ósma rocznica, jak Boeing 767 linii lotniczych American Airlines, lot nr 11, o numerach rejestracyjnych N334AA pilotowany przez Mohammeda Attę Al-Sayeda, lecący z prędkością prawie dziewięciuset kilometrów na godzinę, wbił się między dziewięćdziesiąte trzecie a dziewięćdziesiąte dziewiąte piętro północnej wieży WTC.

– Człowieku, ty masz jakiegoś świra! Pamiętasz tak te wszystkie daty i cyfry?

– Tak, mam takiego świra – odparł spokojnie Trójka. – Pamiętam na przykład, co było w tych dniach zapisanych na tablicy.

– Tak?

– Tak. 19 listopada 1942 roku gestapowiec Karl Günther zastrzelił na ulicy w Drohobyczu Brunona Schulza, a 22 czerwca 1944 roku Sowieci rozpoczęli wielką ofensywę pod nazwą operacja „Bagration”, która pewnie jakieś trzy tygodnie później przyniosła tym ludziom wolność. Pisząc tę datę, nie mogli o tym wiedzieć, to przypadek, ale tę pierwszą napisali z premedytacją, bo musieli wiedzieć, że to data śmierci człowieka, który natchnął ich ideą Twierdzy.

Piątka oniemiał, jadł w milczeniu swoje jabłko i popatrywał z podziwem na Trójkę. W końcu się odezwał:

– Takie umiejętności przydają się na coś?

– Tak, na przykład dostać się do Mosadu.

Piątka pokiwał głową.

– A, rozumiem, bo ja to się dostałem dzięki czemu innemu...

– Jak? – zapytał Trójka.