Ziemia nieświęta - Grzegorz Gajek - ebook

Ziemia nieświęta ebook

Grzegorz Gajek

3,3

Opis

Do pewnego offowego klubu w Warszawie przyjeżdża tajemniczy, otoczony niemalże kultową czcią bluesman – Desmond Mack znany również jako Shaman. A blues, jak wiadomo, budzi duchy. Duchy Powstania Warszawskiego, a także inne, jeszcze starsze i mroczniejsze. Bo historia – o czym przekona się trójka młodych, pozornie niczym się nie wyróżniających mieszkańców stolicy – lubi się powtarzać.

Przybycie Macka stanowi początek cyklicznego rytuału, w którym odbijają się echa tragicznego życia i śmierci jednego z najważniejszych poetów pokolenia Kolumbów. Nasza rzeczywistość nie jest bowiem tak bardzo zrównoważona, jakbyśmy chcieli, a zaświaty wcale nie tak dalekie, jak nam się wydaje. Boski porządek na pajęczynie życia próbują utrzymywać tak zwani witchdoctorzy, ale nawet oni mogą się okazać zbyt słabi, aby stawić czoła temu, co nadchodzi.

Najnowsza powieść Grzegorza Gajka to mocny thriller z elementami dark fantasy, osadzony zarówno we współczesnej jak i ogarniętej pożogą wojny Warszawie. Nie brakuje w nim nawiązań do klasyki literatury wojennej jak i współczesnej literatury grozy, m.in. Stephena Kinga czy Clive’a Barkera. Szkatułkowa kompozycja książki przeprowadza czytelnika przez kilka misternie ze sobą połączonych poziomów fabularnych, potęgując wydźwięk ciążącego nad bohaterami fatum. Z kolei niezwykle barwna wizja przenikających się ze sobą rzeczywistości intensywnie oddziałuje na wyobraźnię czytelnika ceniącego sobie tajemniczy, a jednocześnie melancholijny urok mrocznej fantastyki.

To opowieść o nas, o Warszawie, o Polsce. W długim cieniu Powstania Warszawskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (4 oceny)
1
1
0
2
0
Sortuj według:
Jadordook

Z braku laku…

Polska groza często ma problem w postaci usilnego starania się kalkowania stylu i tematyki horroru zachodniego. To najzwyczajniej w świecie nie udaje się w 9/10 przypadkach i ta powieść jest jedną z tych 9.
10

Popularność




Tytuł: Ziemia nieświęta

Autor: Grzegorz Gajek

Copyright © 2020 by Grzegorz Gajek

Copyright for the cover art

© Krzysztof Biliński

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Ksenia Olkusz

Korekta: Krzysztof Biliński

Projekt, skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Krzysztof Biliński

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Wersja demonstracyjna może być powielana w celach promocyjnych i recenzenckich bez żadnych ograniczeń.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-958615-2-9

Spis treści

PROLOG

PIONKI NA MIEJSCA

PRZEDSTAWIENIE CZAS ZACZĄĆ

NIECH ŻYJE BAL

ŚMIERĆ PO RAZ CZWARTY

TROPY

SIOSTRY

NAPÓJ MNIE

GRUZOWISKA

EPILOG

PROLOG

Warszawa, 2009 r.

Janek Pokorski, kiedy wyszedł z klubu na Mazowieckiej, był wstawiony. Tylko odrobinkę, odrobiśkę wstawiony, dlatego rozsądnie podreptał na przystanek na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Usiadł grzecznie na ławeczce i czekał na tramwaj w kierunku Placu Bankowego. Było siedemnaście po pierwszej w nocy. Żadne tramwaje w Warszawie już o tej porze nie jeżdżą, ale nie myślał o tym. Rozkoszował się zapachem miasta, słodką, majową wonią dyszących ciepłem betonów, kwitnących drzew i gołębiego gówna.

Wziął głęboki haust powietrza i wydmuchnął je nad głowę, wsłuchując się w świst, z jakim opuszczało płuca. W tym momencie rozdzwoniły się szyny. I, proszę państwa, abrabasmadabra, na przystanek wtoczył się wyczekiwany tramwaj.

Janek wstał i długim susem wskoczył do wagonu. Zachwiał się lekko, poczekał na syk zamykanych drzwi. Dopiero potem wszedł głębiej między rzędy foteli. Rozejrzał się. Poza nim w tramwaju był tylko jeden facet, siedzący z przodu, tuż za kabiną motorniczego.

Typ wyglądał sympatycznie: taki, ot, brodaty okularnik. Musiał już przekroczyć czterdziestkę, lecz ubrany był w dżinsy i skórzaną kurtkę z frędzlami, spod której wyglądał czarny T-shirt z logiem Dżemu.

Oldboy rocker intelektualista, pomyślał Janek. Ogarnęła go fala sympatii wobec niespodziewanego towarzysza podróży, typowa dla ludzi odrobinkę, odrobiśkę wstawionych. Postanowił zagadnąć nieznajomego.

— Wracasz z koncertu? — zapytał, siadając w fotelu po przeciwnej stronie wagonu.

Gość spojrzał na niego z wyrazem lekkiego zdziwienia na twarzy.

— Tak, z Proximy — odparł i się uśmiechnął.

Janek odwzajemnił uśmiech, ale w jego głowie zapanowała pustka. Gadanie z nieznajomym wydawało mu się niezłym pomysłem, tyle tylko, że nie bardzo wiedział, co mówić.

— Dżem… fajna muza — oświadczył, wykonując nieprecyzyjny gest w kierunku T-shirtu faceta.

— Tak. Bardzo ich lubię.

Facet nie wydawał się skory do pogaduszek, ale Janek postanowił podjąć ostatnią desperacką próbę nawiązania kontaktu.

— Ten tramwaj skręca przypadkiem na Wolę? Nie wiesz?

— Obawiam się, że jedziemy w stronę Pragi.

To w zasadzie powinno go zdziwić. Nie ma takiej linii, która by skręcała z Marszałkowskiej w Jerozolimskie. Jednak w tamtej chwili niuanse topograficzne złośliwie wymykały się jego uwadze. 

— Pragi? No żeż kurwa… Wsiadłem w zły kierunek?

— Aha. Ale nie bój nic. Na Poniatówce jest następny przystanek. Zaraz będziesz mógł się przesiąść. Dużo nie nadłożysz.

— A, chuj z tym — odparł Janek. Następnie dodał tonem sugerującym, że cytuje Konfucjusza: — Na Pradze są kluby, a na Woli jest gówno.

Jego towarzysz się roześmiał.

— W punkt, panie kolego. W punkt — powiedział. — No, to powodzenia w poszukiwaniach, ja wysiadam na Poniatówce.

— Serio? Czyli że co… też wsiadłeś w zły kierunek?

— Nie. W starych pomieszczeniach serwisowych mostu otworzyli niedawno offowy klub bluesowy. Jadę na kolejny koncert.

— Blues, tak? — Janek ze znawstwem pokiwał głową. Co prawda z bluesa znał tylko Dżem, ale ostatecznie co za różnica. — Brzmi zajebiście.

— Ano.

Ano?, pomyślał Janek. Nie roztrząsał jednak tej zagadki lingwistycznej. Wpadł mu do głowy pewien pomysł.

— Gra ktoś, kogo mógłbym znać? — zapytał.

— Desmond Mack. Nazywają go Shaman.

— Szejmen? Czad. To znaczy nie znam gościa, ale brzmi spoko.

— Nie dziwię się. Facet jest mocno niszowy. Ale jego kapela, Voodoo Emporium, to legenda w prawdziwych czarnych chicagowskich klubach bluesowych. Powinieneś usłyszeć, jak Shaman wymiata na elektryku.

Janek kiwnął głową.

— Powinienem — zgodził się. — I wiesz co? Mam zamiar. Pokaż mi drogę do tego wspaniałego nowego klubu!

Facet przyglądał mu się przez chwilę, jakby próbował go rozszyfrować. Jankowi przyszło do głowy, że może być właśnie skanowany gejradarem. W sumie, jakby tak spojrzeć z dystansu, to faktycznie zachowywał się trochę jak ciota.

Poderwałem obcego faceta w tramwaju, pomyślał z rozbawieniem. Chuj tam, wolność mamy.

— W porządku — powiedział wreszcie facet. — Im nas więcej, tym weselej.

— No i zajebioszka.

Kiedy tramwaj ze zgrzytem hamulców stanął na przystanku, wysiedli z niego razem i zeszli do przejścia w jednej z wieżyczek mostu. Jankowi coś się kojarzyło, że jeśli pójdą schodami na sam dół, to znajdą się na Powiślu, gdzieś niedaleko szpitala, jednak zanim zdążył lepiej przeanalizować położenie, skręcili w boczny korytarz.

Panował tam półmrok; jarzeniówki migotały jak w amerykańskich horrorach. W powietrzu wisiał przykry posmród szczyn, ale to akurat normalne. Pijacy i bezdomni często urządzają sobie legowiska w rozmaitych zakamarkach mostu. Janek powoli zaczął wchłaniać atmosferę. Poczuł się nieswojo.

Uspokoiły go miarowe wibracje basu, które dotarły do nich po chwili. Ściany korytarza pobrzmiewały nikłym echem muzyki i ludzkich głosów.

Przeszedłszy kilkadziesiąt kroków, dotarli do ciężkich metalowych drzwi, które wyglądały, jakby ktoś zakosił je prosto z radzieckiej łodzi podwodnej. Przed wejściem, na drewnianym stołeczku, siedział potężny łysy facet w czarnym podkoszulku i czarnej marynarce. Czytał książkę. Nad jego głową jasnym światłem płonęła lampka z czerwonym kloszem.

— Dzień dobry — powiedział Janek i uśmiechnął się do, jak przypuszczał, wykidajły. — Jakieś bileciki? Coś?

Wykidajło go zignorował.

Znajomy z tramwaju bez słowa podszedł do drzwi, chwycił za służący do otwierania pręt i przekręcił go. Następnie popchnął metalową płytę.

Z wnętrza klubu wylały się muzyka i gwar. Bas grzmiał unisono z kompletem bębnów. Gitara zawodziła. W tle meandrowały elektryczne organy. Aha, no i piszczały laski. Czymże przecież byłby koncert bez piszczących lasek?

Poza dźwiękiem, zza drzwi wylał się też zapach. Ludzki pot, dym, perfumy, piwo… Zapach bluesa. I coś jeszcze, jakiś ledwo uchwytny aromat.

Trawa?, zastanawiał się Janek, przekraczając próg.

Wcisnęli się między gorące ciała. Otulił ich hałas.

— Jak właściwie nazywa się to miejsce?! — zawołał Janek do swojego kompana.

— Co?! — odkrzyknął tamten.

— Jak…? Nieważne!

— CO?!

— NIC! PIWO! — Janek wykonał zamaszysty gest w stronę baru.

Podeszli do lady. Na migi zaczęli pokazywać barmance, że chcą… No, Janek chciał piwo, ale jego towarzysz wolał whisky, a że jakoś udało mu się przysłonić Janka, to dostali whisky. Janek zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy, lecz tamten go powstrzymał.

— Ja płacę! — oświadczył, niemal dotykając ustami jego ucha.

Janek wzruszył ramionami i uniósł kciuk na zgodę.

Wziął szklankę i, popijając, zaczął lustrować wnętrze klubu. Ogólnie nie przepadał za whisky: w jego odczuciu smakowała jak stary rzemień. Jednak w tamtej chwili mu podpasowała. Wydawała się jakby trochę słodka i zostawiała w ustach posmak… miętowy? Odrobinkę metaliczny? W gruncie rzeczy wcale nie smakowała jak whisky. Za to rozlewała się przyjemnym ciepłem wewnątrz ciała, buzowała. Może nawet w rytm muzyki. Może w ogóle to atmosfera miejsca sprawiała, że była tak dobra.

— Gud staf! — krzyknął Janek. Po wyrazie twarzy poznał, że facet z tramwaju nie zrozumiał, ale nie przejmował się tym. Uniósł szklankę w toaście, a potem jednym haustem pochłonął resztę trunku i zaczął się przebijać w stronę sceny. Gdy znalazł się tak blisko, że mógł dostrzec włoski na knykciach basisty, stanął i zaczął się kiwać. Nie bardzo w rytm, lecz co tam. Przynajmniej udawało mu się od czasu do czasu otrzeć o biodro albo i bardziej smakowitą część którejś z tłoczących się tam dziewczyn. Żadna z nich najwyraźniej nie miała mu tego za złe. Wszystkie wpatrywały się jak zahipnotyzowane w muzyków.

Ci domęczyli w końcu smęta, którego grali, gdy Janek wszedł, i ruszyli z bardziej energetycznym kawałkiem. Perkusista narzucił ciężki rytm. Tłukł gary, jakby chciał kogoś zabić.

Wtem na scenie pojawił się ktoś nowy. Wokół uniósł się nabożny szum, który szybko przerodził się w dziki wrzask. Janek nie miał wątpliwości, że patrzy na samego Desmonda „Shamana” Macka.

Bluesman był potężny, łysy, czarnoskóry. Miał na sobie czarny garnitur i czarną koszulę. Jego palce lśniły od sygnetów. Na szyi nosił coś, co wyglądało jak amulet voodoo, a składało się głównie z kości i kolorowych piór. Podobna ozdóbka dyndała na główce wściekle czerwonej gitary elektrycznej.

Mack podszedł do mikrofonu, chwycił stojak jedną ręką… I na chwilę się zawiesił. Kiwał się, pstrykał palcami. Wzrok utkwił gdzieś w niewiadomej stronie. Potem nagle ożył, zbliżył usta do mikrofonu. Zaśpiewał.

Wtedy wydarzyło się coś dziwnego, coś trochę jak ze snu. Janek wiedział, że Mack śpiewa po angielsku, ale jednocześnie słyszał polskie słowa. Słowa niepasujące do ruchu ciemnych, mięsistych warg.

Przyszedł czas, grają bębny,

Moje voodoo zżera mnie.

Wrażenie było dziwaczne. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie kwestia jakiegoś spieprzonego playbacku, ale nie. Miał świadomość, że Mack wyśpiewuje angielskie słowa, one nawet tak jakby docierały do jego uszu. Zdawał sobie sprawę, że nie wszystkie rozumie. Jednak pomiędzy mózgiem a uszami zachodziło jakieś krótkie spięcie i słowa się przekształcały.

Przyszedł czas, grają bębny,

Moje voodoo zżera mnie.

Zakręciło mu się w głowie. Ktoś na niego wpadł. Zatoczyli się razem. Odbił się ponownie, tym razem od kogoś innego.

Dysonans poznawczy i whisky, zdążył jeszcze pomyśleć.

Później wokół wybuchł istny szał.

I ktoś go ugryzł. Zwyczajnie, wpadł na niego i dziabnął w szyję.

— Co jest, kurwa?! — wrzasnął Janek, podnosząc ręce w obronnym geście. W odpowiedzi został popchnięty.

Stracił równowagę i runął na ziemię. W locie zarobił jeszcze kilka niezamierzonych kopniaków.

Zasłonił głowę dłońmi. Uniósł się lekko. Wtedy zauważył, że pomiędzy nogami podskakujących ludzi ktoś pełznie w jego stronę.

Z krzykiem poderwał się na nogi i znów znalazł w kotle.

Przyszedł czas, grają bębny,

Moje voodoo zżera mnie.

Oni wszyscy są najebani i naćpani, pomyślał. A ja jestem, kurwa, całkiem trzeźwy.

Nie było to do końca kłamstwo. Ze strachu przeczyściło mu się w głowie, mimo iż po wypitej niemal duszkiem whisky jego ruchy nadal cechowała kleista płynność.

Spróbował cofnąć się do wyjścia, jednak napór spoconych ciał skutecznie mu to utrudniał. Ludzie popychali go, wpadali na niego, parę razy znów ktoś próbował go ugryźć.

Udało mu się oddalić od sceny o parę metrów, lecz wtem wpadł pomiędzy trzech brodatych byczków w motocyklowych kurtkach. Ci nie skakali, tylko kiwali się w rytm. Mieli przymknięte oczy. Janek naparł na jednego z nich, ale sto kilo mięśni i tłuszczu jakoś nie chciało ustąpić. Facet wydał niezrozumiały odgłos. Odrobina spienionej śliny pociekła mu z kącika ust. Janek spostrzegł, że oczy motocyklisty są wywrócone białkami do góry.

W przypływie desperacji i strachu rąbnął byczka łokciem w brzuch. Gdy tamten się zgiął, szybko przemknął koło niego i dał nura w tłum. Minął jeszcze kilka osób.

— O, kurwa… — jęknął.

Znów znalazł się pod sceną.

Przyszedł czas, grają bębny,

Moje voodoo zżera mnie.

Kilka par ramion chwyciło go naraz i uniosło do góry. Wyrywał się, ale bez skutku. Płynął, niesiony ludzką falą.

Nim się obejrzał, trafił prosto na scenę. O mało nie krzyknął, gdy tuż przy nim wyrósł potężny czarny bluesman.

— D’you like ma’ blues, boy? — zawołał Desmond Mack, przykładając mięsiste wargi do ucha Janka.

Następnie podetknął mu pod nos mikrofon.

Janek ochłonął szybko. Okej, towarzystwo przyczadowało odrobinkę za dużo, ale teraz był już na scenie, bezpieczny. Wzięli go na falę, normalka. Wokalista go zagaduje, normalka. Trzeba coś powiedzieć.

Chwycił mikrofon i, posiłkując się swoją rozległą znajomością angielskiego, ryknął:

— YEAH!

Z publiki podniósł się bliźniaczy okrzyk.

— YEAH!

Mack poklepał Janka po plecach i wskazał mu boczne zejście ze sceny.

Janek skwapliwie z tego skorzystał. Był pewien, że pod ścianą będzie nieco luźniej i uda mu się przepchnąć do wyjścia.

Czas spierdalać, pomyślał, schodząc po schodkach.

Przejście wcale nie okazało się takie łatwe. Ludzie pchali się do sceny i jak fale przyboju rozlewali na boki. Co chwila ktoś wpadał na Janka albo łapał go, by wciągnąć w tłum, jednak jakoś, tuląc się do ściany, udało mu się przebić do baru. Okrążył półokrągłą ladę i skierował się prosto do ciężkich, metalowych drzwi.

Dało radę, ucieszył się na ułamek sekundy przed tym, jak facet z tramwaju zagrodził mu drogę. W obu rękach ściskał szklaneczki whisky.

— Chodź! — zawołał, z trudem przekrzykując ryk muzyki. — Stawiam drugą kolejkę!

Janek poczuł, że ogarnia go rozpacz. Cóż było robić? Wyrwał szklankę z dłoni tamtego i jednym haustem ją opróżnił. Zakrztusił się. Zapiekło jak diabli. Dla zachowania równowagi oparł się o ramię swojego towarzysza. Pijacki wyczyn spotkał się z gwałtowną aprobatą, wyrażoną śmiechem (prawie niesłyszalnym) i poklepywaniem po plecach.

— Spoko impra — wykrztusił Janek. — Ale muszę spierdalać.

— Co?!

— Muszę… Czas na mnie!

Machnął w stronę drzwi.

Facet z tramwaju odsunął się i zmierzył Janka dziwnym spojrzeniem. Stanął dokładnie na drodze do wyjścia.

Przez krótką chwilę Janek był pewien, że nie zostanie wypuszczony. Lecz tamten wzruszył tylko ramionami, poklepał go na pożegnanie po ramieniu, a w końcu – wrócił do baru.

Janek wyszedł z klubu i ruszył szybkim krokiem w dół ciemnego korytarza. Był zmęczony, trochę wstrząśnięty. Serio chciał już wracać do domu. Po kilkudziesięciu krokach coś go jednak tknęło. Zatrzymał się. Odwrócił.

Siedzący przy drzwiach klubu wykidajło właśnie zamykał książkę. Odłożył ją na ziemię. Wstał.

Janka ogarnął strach, lecz coś nie pozwalało mu się ruszyć. Patrzył na wykidajłę i czekał.

A wykidajło… Cóż, przeciągnął się tylko, siadł z powrotem i wrócił do lektury.

Janek odetchnął. Ruszył dalej korytarzem.

Z nerwów dopiero po jakichś dziesięciu minutach zorientował się, że dawno już powinien był dotrzeć do prowadzącego na klatkę schodową rozwidlenia. Podrapał się po głowie, zawrócił. Szedł, aż w oddali dojrzał czerwony poblask lampy wiszącej nad drzwiami klubu.

Co jest, kurwa?, pomyślał. Przegapiłem?

Ponownie obrócił się na pięcie. Tym razem szedł dłużej, przekonany, że trasa musiała mu się po prostu wydawać krótsza niż w rzeczywistości.

Piętnaście minut, dwadzieścia. Migotliwy półmrok i echo kroków. Huczą przejeżdżające samochody, blisko, tuż nad głową.

Po dwudziestu pięciu minutach zaczął panikować. Wracać? Iść dalej? Gdzie te, kurwa, schody?

Iść dalej. Muszą gdzieś być.

I były.

Pojawiły się przed nim nagle: prostokątna poświata, wycięta ze złotego blasku latarń, szare, przybrudzone stopnie.

Uffa, kurwa. Uffa–uffa.

Ruszył w górę. Wsiąść w tramwaj, w autobus, w cokolwiek i wracać do domu.

Mniej więcej, kiedy dotarł do połowy schodów, u ich szczytu pojawiła się czarna sylwetka jakiegoś człowieka. Janek się zatrzymał. Gdyby nieznajomy zaczął schodzić, nie byłoby w tym może nic dziwnego. Ale on tylko stał.

Czyjaś dłoń dotknęła ramienia Janka. Krzyknął. Obrócił się gwałtownie.

Tuż za nim wyrósł facet z tramwaju.

— Wszystko w porządku? — zapytał.

Janek obejrzał się przez ramię. Człowiek ze szczytu schodów ruszył w dół. Ot, jakiś gość w garniturze.

— Ta-a — mruknął Janek.

— Na pewno?

— Tak. Idę na tramwaj…

— W porządku. Ja też.

Właściwie nie uśmiechała mu się kolejna wspólna podróż. Poprzednia przyniosła zbyt wiele dziwnych zdarzeń. Mimo to pokiwał głową i odwrócił się, by iść dalej w górę.

— Witam. Tak szybko uciekłeś z mojego koncertu?

Przed nim, obramowany blaskiem latarń, stał Desmond Mack. Na widok tytanicznego hebanowego oblicza Janek o mało nie podskoczył.

Już skończył grać?, pomyślał.

Wiedział jednak, że nie. Mack cały czas był w klubie. Wiedział to tak samo dobrze, jak to, że bluesman mówi po angielsku, a on przecież wyraźnie słyszy polski. Znowu. Świat się rozdwoił.

Jankowi zakręciło się w głowie. Bez słowa spróbował wyminąć potężnego czarnoskórego muzyka. 

Nie udało się. Facet z tramwaju złapał go od tyłu za ramiona. Janek zaczął się wyrywać, lecz tamten okazał się nadspodziewanie silny.

Mack spokojnym ruchem wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki srebrną piersiówkę. Podszedł do Janka. Złapał go za twarz i, ściskając mocno żuchwę, otworzył mu usta. Potem przytknął do nich szyjkę piersiówki i zaczął wylewać whisky.

Janek wypluwał, póki mógł, duża część trunku spłynęła mu jednak do gardła. Piekło jak diabli. Poczuł znajomy smak: lekką nutkę mięty i to coś cierpkiego, metalicznego.

Krew, smakuje jak krew, uświadomił sobie, osuwając się w ciemność.

Obudził go ból. Czuł się tak, jakby rozciągano go na jakiejś średniowiecznej maszynie tortur i zaraz miał pęknąć na dwoje. Coś dziwnego działo się z jego brzuchem. Coś tam się chyba urywało.

Wrzasnął. Otworzył oczy.

Ostatnią rzeczą, jaką ujrzał przed śmiercią, była zachlapana krwią twarz Desmonda Macka, który właśnie rozrywał zębami śliskie, różowo-szare sploty jelit.

Rozdział I

PIONKI NA MIEJSCA

1

Kobieta zawyła z bólu. Witchdoctor wylał z drewnianej miseczki odrobinę krwi na jej nagie podbrzusze i krocze.

Krow eto żyzń, pomyślał.

Rozległo się walenie do drzwi.

Mówiłem mu, żeby tu nie sterczał. Mówiłem, żeby gdzieś pojechał, myślał dalej Witchdoctor. To, co tu robimy, jest straszne. To, co tu robimy, jest kosztowne.

Walenie rozległo się znowu. Czarownik je zignorował. Nieważne, drzwi są wzmacniane stalą, framuga też, nie puszczą. Z niektórych miejsc nie ma odwrotu. Z niektórych miejsc nie ma ucieczki.

Kobieta zaczęła się szarpać, ale nie mogła zerwać krępujących ją pasów. Teraz krzyczała już co chwila. Poczuła duchy, poczuła, jak wpełzają do niej, do środka.

Dobrze.

Witchdoctor odstawił miseczkę i otworzył stojącą nieopodal klatkę. Wydobył z niej wróbla. Przerażony ptak trzepotał mu się w dłoni.

Czarownik podkręcił ogień nad butlą gazową. Od zapachu gorącej wódki zakręciło go w nosie.

— Życie za życie — szepnął i, powtarzając te słowa jak mantrę: „życie za życie, życie za życie, życie za życie” – włożył dłoń wraz z uwięzionym w niej wróblem do garnka. Przeszył go dobrze znany ból. Krótka agonia ptaka zatrzęsła całym jego ramieniem, ale trzymał mocno, żeby nie rozlać wywaru.

Dopiero po dobrej minucie wyciągnął rękę, wypuściwszy z palców martwego wróbla. Uniósł ją na wysokość oczu. Pokryła się bąblami. Skóra już zaczynała złazić.

Coś żywego i coś martwego, pomyślał.

Poczuł delikatne mrowienie, gdy duchy, zwabione zapachem gotowanego mięsa, oderwały się na chwilę od kobiety i oplotły go, chciwie ssąc oparzenia, pożerając martwy naskórek. Po chwili ręka była już jak nowa – różowa i gładka. A Witchdoctor wiedział, że wygłodniali przybysze będą mu teraz posłuszni.

Rozgonił cienie zebrane nad miseczką. Podniósł ją. Od zapachu krwi menstruacyjnej na chwilę chwyciły go mdłości. Nienawidził tego zapachu. 

Przelał zawartość miseczki do garnka. Dorzucił garść pigułek, które błyskawicznie się roztopiły. Następnie zamieszał, zdjął garnek z ognia i zaczął pić. Płyn parzył mu usta i przełyk, ale musiał wypić wszystko, żeby unieszkodliwić truciznę. Gdy skończył, zwrócił cały napar – czysty teraz i klarowny – i zmusił kobietę, żeby go wypiła.

Krztusiła się pomiędzy wrzaskami, a potem nagle ucichła.

Nasiliło się za to walenie do drzwi. Facet po drugiej stronie najwyraźniej próbował je wyważyć.

— Ciii…

Witchdoctor pogłaskał pacjentkę po głowie. Delikatnie dotknął palcami jej wzgórka łonowego. Wpuścić duchy to prosta sprawa, ale zmusić je potem do wyjścia…

Czarownik nabrał powietrza do płuc, wykrzyknął słowo mocy.

Impet duchów opuszczających ciało kobiety obalił go na ziemię. Były wściekłe, dopiero zaczęły się rozsmakowywać, a on przyzwał je z powrotem.

Witchdoctora ogarnęły drgawki. W ustach poczuł posmak krwi i rzygowin. Na kilka sekund wypełnił go ból, jakby jakieś dzikie zwierzę wyszarpywało mu trzewia.

Wrażenia te ustały równie gwałtownie, jak się zaczęły.

Ustało także walenie do drzwi. Wewnątrz zagraconej stodoły zapadła cisza.

Witchdoctor odetchnął głęboko. Po skończonym rytuale zawsze nadciągała chwilowa ulga. Ciało stawało się chłodne, pot przysychał, głowa robiła się lekka. Gdy duchy odchodziły, przez krótki czas czarownik czuł się czysty, czysty i zmęczony. To było coś jak wymioty po nocy chlania, organizm się bronił, wyrzucał toksyny.

Stan ten utrzymywał się, dopóki nie powróciły myśli. Czyli zazwyczaj niedługo.

— Otwieraj drzwi, ty kurwo jebana! — W głosie czekającego na dworze człowieka brzmiał strach. Witchdoctor wyczuwał go wyraźnie.

Wstał. Podszedł do drzwi, ale ich nie otworzył.

— To już prawie koniec — powiedział. — Jeszcze tylko chwila…

— Otwieraj, kurwo jebana, już!

Blacha ponownie zahuczała pod gradem bezsilnych ciosów.

— Proszę się nie bać, pańskiej żonie nic nie jest.

Czarownik wrócił do kobiety. Nalał wody do wiadra, dorzucił tam odrobinę ludwika, a potem przy pomocy gąbki zaczął myć pacjentkę. Wyczyszczoną, ubrał. Dopiero wtedy rozpiął krępujące ją pasy i szepnął jej do ucha kolejne słowo mocy.

Powoli otworzyła oczy.

— Sooo…?

— Ciii.

Witchdoctor pomógł kobiecie wstać. Chwiała się lekko. Półprzytomnym wzrokiem wodziła po otoczeniu. Poprowadził ją do wyjścia. Szła ostrożnie, niepewnie, jak staruszka o zreumatyzowanych kolanach.

Otworzył drzwi. 

Czekający na zewnątrz mężczyzna skoczył ku Witchdoctorowi, ale najpierw wpadła mu w ręce kobieta. Wyglądał trochę, jakby nie wiedział, skąd się tam wzięła. Po krótkim momencie konsternacji odprowadził ją do czekającego nieopodal BMW.

W psich podskokach wrócił do czarownika, wepchnął go z powrotem do szopy. Przygwoździł do ściany. Chciał mu przywalić, było to po nim widać. Po prostu nic innego nie przychodziło facetowi do głowy.

— Coś ty jej, skurwielu zajebany, zrobił, co? — wysapał.

— Ostrzegałem pana, jak to będzie wyglądać… — odparł Witchdoctor. Nie miał siły ani ochoty się bronić.

Facet puścił go i cofnął się gwałtownie. Uniósł ręce. Zrobił krok w jedną stronę, potem w drugą. Gniewnym ruchem wyszarpnął z kieszeni portfel i wydobył z niego plik banknotów.

Witchdoctor wyciągnął dłoń, ale tamten tylko cofnął się jeszcze bardziej.

— Lepiej módl się, zasrańcu, żeby to twoje pierdolone wudu zadziałało — powiedział. — Bo jak nie… Jak się dowiem, że to było na nic… Znajdę cię i zapierdolę jak psa. Jak psa zapierdolę.

Następnie rzucił pieniądze na ziemię i wyszedł.

Czarownik westchnął. Podniósł zwitek, schował go do kieszeni. Był przyzwyczajony do takich reakcji. Ludzie bali się tego, co robił. Chcieli, żeby ich leczył: uśmierzył ból, usunął raka albo, jak w tym wypadku, umożliwił urodzenie dzieci. Ale potem trzeba było wziąć odpowiedzialność za to, o co się prosiło, i z tym nie potrafili już sobie poradzić. Winili jego. Jedni patrzyli z cichym wyrzutem, inni uciekali i próbowali zapomnieć, jeszcze inni reagowali agresją. Nie chodziło tylko o poniżenie, o ból. Wiedzieli, że dostają coś, na co w świecie tak naprawdę nie ma miejsca.

Witchdoctor odsunął się od ściany, rozejrzał. Syf, który pozostał po rytuale, napełniał odrazą, lecz czarownik nie miał zamiaru sprzątać. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi. W oddali nadal słychać było gniewne warczenie silnika BMW, piłowanego na wysokim biegu.

Powlókł się do domu.

Usiadł na kanapie, dokładnie w miejscu, w którym przez prawdopodobnie jakieś dwadzieścia lat siadał poprzedni właściciel. Można je było poznać po przebarwieniu. Czyjś kościsty tyłek starł stamtąd większą część zieleni, pozostawiając szaro-żółtą plamę.

Teraz, gdy rytuał się skończył, a twarze uczestników powoli ginęły z pamięci, do głowy Witchdoctora zaczęły napływać myśli. Nienawidził ich, ale były nieuniknione. Włączył telewizor, żeby je zagłuszyć. Dźwięk podkręcił na maksa.

Po kilku minutach poczuł się nieswojo, poszedł więc do kuchni. Był głodny, wiedział jednak, że gdyby cokolwiek teraz zjadł, zaraz by to wyrzygał. Zamiast tego wyciągnął z lodówki butelkę wódki. Chciał wrócić z nią na kanapę, ale nie wytrzymał tak długo. Trzęsącymi się rękami ściągnął nakrętkę i pociągnął długi łyk. Gorąco rozlało się po jego pustym żołądku, roztapiając formującą się tam grudę.

Odetchnął. Z powrotem siadł przed telewizorem. Przez bełkot gadających głów i szum w głowie prawie nie słyszał głosów.

Zdążył opróżnić pół butelki, zanim nadszedł kryzys. Wiedział, że tak się stanie, dlatego pił. To pomagało. Kryzys nadchodził zawsze.

Zaczęło się od drżenia. Później przyszły łzy, mdłości, gniew. Krzyknął. Cisnął butelką o ścianę.

Było po wszystkim.

Wstał i zaczął zbierać kawałki szkła, starannie spijając resztki wódki. Gdy uporał się ze sprzątaniem, poszedł znowu do kuchni. Wyrzucił ostre odłamki. Zajrzał do lodówki. Nie miał drugiej butelki.

— Kurwa… — mruknął.

Sfrustrowany, wrócił na kanapę. Położył się. Zgrzytnęły stare sprężyny. Gadające głowy nadawały nieustannie.

Czasami, jeśli dobrze się ułożył, osiągał coś w rodzaju stanu zawieszenia. Niewygoda, ból karku, szum w głowie, hałas… Umysł się rozpraszał. Rzeczywistość zaczynała uwierać, trzymała wszystko w kupie. Byle tylko wytrzymać, przeczekać, przemęczyć się, a potem zasnąć… Ale nigdy za mocno. Głęboki sen był niebezpieczny. Można było wtedy zobaczyć rzeczy, których nie powinno się widzieć. Tak samo groźna była cisza. To, co czasem w niej słyszał…

A, no i lustra. Na litość Boską, trzeba uważać na lustra. Nie patrzeć kątem oka. Gdy światło złego księżyca odbije się w pewien odpowiedni sposób, otwierają się przestrzenie…

Miejsca. Głosy wzywają do miejsc. Pokazują obrazy.

Obrazy głosów…

— Nigdy nie jesteś sam — szepnął ktoś i Witchdoctor się obudził.

W czasie, gdy spał, zdążyła nadejść noc. Właściwie to już powoli zbierała się, by ustąpić miejsca nowemu dniowi. Tani elektroniczny zegarek na telewizorze pokazywał za dwie czwartą rano.

Czarownik uniósł się z kanapy, zatoczył. Upadł na kolana. Przez chwilę wstrząsały nim suche torsje. Wreszcie udało mu się zwymiotować żółcią. Dom wypełnił się drażniącym zapachem do połowy strawionego alkoholu.

Witchdoctor podpełzł do drzwi.

Pobliscy wieśniacy nieraz podkradali się pod osłoną nocy do jego rudery, by zostawić jakiś dar. Wódkę, przeważnie wódkę. Rzadziej mleko, kiełbasę, chleb. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy z litości. Pewnie jedno z drugim się mieszało, bo w równanie wchodziła też pogarda. Bywało, że zamiast jedzenia znajdował na swoim progu martwą żabę albo świeże gówno. Młode łebki robiły takie rzeczy, żeby się wykazać.

Za dnia mało kto się pojawiał, chyba że klienci. Jeśli ktoś ze wsi miał sprawę do Witchdoctora, wymykał się bladym świtem, by sąsiedzi go nie przyuważyli.

Tym razem czarownik zastał na wycieraczce starą plastikową torbę z Pewexu. Ktoś musiał chomikować ją gdzieś w szufladzie przez dobre dwadzieścia lat. W środku znajdował się bochenek chleba, spora gomółka sera i butelka Pana Tadeusza.

Sołtys, pomyślał Witchdoctor.

Nie wstając, wciągnął torbę za próg, zatrzasnął drzwi i zaczął pić.

Gdy butelka była pusta, położył się na plecach. Kręciło mu się w głowie. Głosy stały się niewyraźne. Ale nie mógł spać, więc tylko wirował, wirował, wirował… Nie potrafiłby powiedzieć, w którym momencie światło poranka zaczęło wkradać się do pokoju.

Około południa wytrzeźwiał. To było coś, co jego ciało potrafiło robić samoistnie. Przez piętnaście minut pocił się jak świnia, a potem wstawał i czuł się jak nowy. Żadnego kaca, nic. Nie był pewien, jak to się działo. Przypuszczał, że odruchowo przetwarzał trucizny, tak samo jak podczas rytuału.

Wstał i w ciuchach poszedł wziąć prysznic. Śmierdział jak bydlę.

Po kąpieli wywiesił mokre rzeczy na krawędzi otwartego okna i ubrał się w coś czystego. Jakieś stare jeansy, rozciągnięty T-shirt.

Przeszedł do szopy, wytoczył stamtąd Komarka i pojechał do wsi.

To była niedziela, a Witchdoctor chciał iść do kościoła. Jak zwykle łudził się, że skorzysta z sakramentu spowiedzi. Tak, powie, wyrzuci z siebie, pozbędzie się, podzieli ciężarem… Tak, tak.

Proszę ojca, zabiłem człowieka…

Zastanawialiście się kiedyś, czy księża przy piwie rozważają, co by zrobili, gdyby ktoś przyszedł do nich z takim wyznaniem? Witchdoctor się zastanawiał. Często. Przypuszczał, że tego rodzaju sytuacje muszą się zdarzać. Może nawet starsi kapłani pouczali młodszych, jak się wówczas zachować.

— Pierwsza rzecz to nie panikować. To, że słyszycie coś takiego, nie znaczy jeszcze, że rozmawiacie z mordercą. Psychologia, moi drodzy, psychologia. Ludzie się winią, ludzie mówią sobie „zabiłem”. A co uczynili w rzeczywistości? No, to, co zwykle. Nic. Nie mieli czasu, nie mieli cierpliwości, nie mieli środków. W dziewięciu na dziesięć przypadków, jak ktoś mówi „zabiłem”, to tak naprawdę ma na myśli „pozwoliłem umrzeć”, a to zupełnie co innego. Więc czego chcą od was? Rozgrzeszenia, oczywiście. Chcą, żebyście im powiedzieli coś, z czego doskonale zdają sobie sprawę. Nikogo nie zabili. Spowiedź to czasami trochę taki teatr. Rozumiecie, ci ludzie odgrywają winę… widowiskową, hollywoodzką. „Zabiłem” – proszę, wielkie słowo. Ale też sztuczne. A oni potrzebują tej sztuczności, bo z prawdą nie potrafią sobie poradzić.

Witchdoctor sądził, że wie, jak scenariusz „spowiedzi mordercy” rozegrałby się w jego wypadku. Ksiądz z początku byłby przestraszony, owszem. Ciśnienie by mu skoczyło, wtuliłby się głębiej w miękkie oparcie konfesjonału. Nie ma dokąd uciekać, zostaje więc tylko zadawać pytania i modlić się, żeby odpowiedzi były… Jakie?

Gdyby spowiednik naciskał, czarownik musiałby przyznać, że nie zabił nikogo tak naprawdę, własnymi rękami. Czym z pewnością by nieboraka uspokoił. Zabijał tylko tak jakby. Robił coś i wiedział, że prędzej czy później…

Ale może po kolei, od początku.

Kiedy Bóg stworzył świat, stworzył porządek, stworzył zasady. Wszystko, co alfa, musi też omega. Moc witchdoctorów te zasady łamała. Podczas rytuałów ofiarowywali więc różne rzeczy, aby się ukryć, zamaskować swoje oszustwo. Tylko że Boga się nie da oszukać. „Życie za życie”. Prosta arytmetyka kazała sądzić, że aby ktoś mógł żyć, ktoś inny gdzieś na pajęczynie rzeczywistości musiał umrzeć. A jego głos dołączał do tysięcy głosów bełkoczących bezustannie w głowie Witchdoctora.

Zresztą, co to w ogóle znaczy – „żyć”? Czarownik dawno już doszedł do wniosku, że tak naprawdę nikomu nie daje życia, a jedynie inny rodzaj śmierci.

To nieprawda. Jesteś ręką Boga, jesteś leczącą ręką…

— Zamknij się.

Zaparkował na dziedzińcu, przypiął motor do stojaka na rowery. Msza trwała już od kilku minut. Ludzie patrzyli na intruza z wyrzutem i odrobiną strachu. Stanął na uboczu, pod drzewem. Nikt inny nigdy tam nie stawał. To było jego miejsce.

Nabożeństwo podziałało na Witchdoctora kojąco. Wyciszył się. Głosy wreszcie zamilkły.

Wracał do domu podbudowany.

Na miejscu zauważył, że ma niespodziewanego gościa. Przed drzwiami, na trawie siedział jakiś człowiek. Ubrany był w szary, znoszony garnitur. Na nogach miał adidasy, na głowie kapelusz, na szyi wielobarwną chustę. Usłyszawszy brzęczenie motoru, obrócił się, ukazując śniade oblicze, przystrojone szpakowatymi wąsiskami. Witchodoctor już się uśmiechał. Rozpoznał przybysza.

— Goran! — zawołał, zajeżdżając pod szopę.

Cygan wyszczerzył zęby, z których dwa okazały się złote.

— Miszka, rad tebia widetć — powiedział.

Witchdoctor podszedł bliżej. Uściskali się.

— Ty mi nie miszkaj, Goran. Wiesz, że tylko matula…

— Wiem — Goran ucałował czarownika w oba policzki, drapiąc go przy tym wąsami.

Weszli do środka. Witchdoctor zaczął się krzątać, zrzucać stare gazety ze stołu, sprzątać graty. Cygan stał i się przyglądał.

— Co cię sprowadza? — spytał wreszcie czarownik.

— To potym, to potym. Ty, Miszka, stawiaj na razie wódeczkę, pogadamy, pośpiewamy, potym ci wszystko opowiem.

Witchdoctor się stropił.

— Nie mam wódki. Wyszła cała.

Goran machnął dłonią w wielkopańskim geście. Błysnął złoty sygnet.

— Niczewo — powiedział. — Pojedziem twoją popierdziaszką.

Witchdoctor nie mógł powstrzymać śmiechu. 

Wyszli z powrotem na dwór, wpakowali się we dwóch na Komarka i pojechali. Czarownik wolał nie zajeżdżać do wsi, bo w tamtejszym sklepie czuł się nieswojo. Zamiast tego pojechali na oddaloną o przeszło trzydzieści kilometrów stację benzynową. Goran nie narzekał na przejażdżkę.

Witchdoctor czuł, że odżywa. Rozkoszował się wiatrem we włosach i słońcem. Ucieczka od domu oraz niepewnych, wiecznie umykających przed nim oczu mieszkańców wsi napełniła go radością, jakiej dawno nie doświadczył. Przez ostatnie tygodnie dusił się, a teraz wreszcie zaczął oddychać.

Kupili wódkę, a gdy wrócili do domu, zaczęli śpiewać.

Goran zmusił czarownika, by ściągnął ze strychu starą gitarę. Nastroił ją i grał. Pięknie grał i równie pięknie śpiewał: Wysockiego, Okudżawę, innych bardów. Szczupłymi palcami głaskał struny, ognistym cygańskim głosem podnosił lament lub głosił radość, chwalił miłość, wspominał rozstania.

Witchdoctor czuł, że mógłby tak spędzić całe życie. Roztapiał się w muzyce, popijając wódkę i zagryzając śledzikiem.

Niestety nic nie trwa wiecznie. W końcu, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, Goran odłożył gitarę. Wychylił kolejny kieliszek i poważnie popatrzył na przyjaciela.

— Miszka — powiedział. — Ty znasz, że ja nie od siebie tu przychodzę.

Brzmiał całkiem trzeźwo, wzrok miał skupiony.

— Wiem, wiem — przyznał niechętnie Witchdoctor. Jemu powieki ciążyły już mocno, a słowa kleiły się w ustach. Chciał spać i nic więcej nie mówić.

— Król do mnie dzwonił. — Goran wygrzebał z wewnętrznej kieszeni marynarki starą Nokię. — Powinieneś sobie taki sprawić, dużo by to ułatwiło.

— Sram na telefonię komórkową! Wszystko tylllko… Wszystko tylko komplikuje.

— Król się o ciebie martwi.

— Sram też na waszego królla, sram na niego, słyszysz?!

Witchdoctora nagle ogarnął gniew. Poderwał się z miejsca, przewracając krzesło. Goran ani drgnął. Czarownik posapał przez chwilę, po czym podniósł krzesło i z powrotem usiadł. Dolał sobie wódki.

— Nie powinieneś tak go lekceważyć — upomniał delikatnie Cygan. — Zajął się tobą, odkąd…

— Nie mów mi o tym! Nie mów mi!

— W porządku…

Milczeli przez dobrą minutę.

— Przejeżdżałeś przez Chotyniec? — zapytał w końcu Witchdoctor, podążając za myślą, która dopiero co się wykluła.

— Tak. Byłem…

— Groby… uprzątnięte?

Goran się zawahał.

— Miszka…

— Nie mów tak do mnie! Michał. Ja jestem Polak, Cyganie zawszony!

Goran się roześmiał. Witchdoctor przypomniał sobie, że kiedyś za podobne wyzwisko chciał pchnąć faceta nożem.

— Wiesz, co on o tobie mówi.

— Kto?

— Król.

— Ta-a. Jestem ręką Boga.

— Stare kobiety widziały w płomieniach twoją twarz. Widziały twoje narodziny…

Goran urwał nagle. Coś zawisło w powietrzu, niedopowiedziane. Nalał im obu wódki. Wypili.

— Jak ci się tu żyje? — zapytał, zmieniając temat. Wyraźnie krążył wokół czegoś, ale nie mógł tego wypowiedzieć. — Leczysz?

— Leczę.

— Masz wielki dar. Król mówi, że nie spotkał nigdy tak utalentowanego witchdoctora. A bywał przecie i w Rosji, i w Niemczech, nawet w Stanach.

— Kaworkian jest lepszy, i Stanisławski. Jest wielu, którzy potrafią więcej niż ja. Dlaczego ciągle próbujesz mi wmówić, że jestem najlepszy?

Cygan zastanowił się przez chwilę.

— Masz rację — powiedział. — Nie jesteś. Ale każdy z was został powołany do czego innego, a twoje powołanie jest straszniejsze niż tamtych.

— Nikt nas nie powołał, Goran. Jesteśmy pomyłkami. Na jednym końcu boskiej pajęczyny coś się pierdoli, a na drugimi rodzimy się my. To prawo równowagi. Powstaje próżnia, więc ktoś musi ją wypełnić.

— Tak — zgodził się po prostu Goran. Przygryzł wąsa.

— No co? — zapytał Witchdoctor.

— Miszka… Czas się wypełnia.

— On…?

— Tak, On znów się przebudził. Król przysłał mnie tu, żebym cię wezwał do Warszawy.

2

— W porządku, pani Marianno…

No wreszcie, pomyślała. Wreszcie głos zabrał ten sympatycznie wyglądający facet, Pan Redaktor. Z nerwów zapomniała, jak się nazywał. Jakoś Witold, Władysław… Nieważne, grunt, że w końcu będzie miała okazję pogadać z nim, a nie tymi hienami z HR-ów.

Pan Redaktor od razu wpadł jej w oko. W sensie zupełnie niewinnym: miał w sobie coś z dobrego wujka. Był odrobinę podtyty, podłysiały, nosił brodę i okulary, zza których uśmiechały się wielkie brązowe oczy.

— W porządku, pani Marianno — powiedział. — Koledzy trochę panią przemaglowali, rozebrali na cząsteczki pani CV. Ja z kolei chciałbym zadać pani pytanie rodem z podręcznika dla korporacyjnych menedżerów, które jednak wydaje mi się kluczowe. Dlaczego uważa pani, że się do tej pracy nadaje? Dlaczego chciałaby się pani tym zająć? Dziennikarstwo ekonomiczne nie jest najbardziej zapierającą dech w piersi odmianą tej szlachetnej sztuki.

Szczerość i pewność siebie, pomyślała Marianna.

— Przyznaję, że nigdy jakoś żywiołowo nie interesowałam się sprawami ekonomicznymi. Z państwa oferty wynika jednak, że nie szukacie kolejnego ekonomisty, tylko kogoś, kto, po pierwsze, będzie świetnie znał angielski, a po drugie, będzie umiał dobrze pisać. Ekonomii można się nauczyć, lecz do języka, czy to obcego, czy własnego, trzeba mieć talent.

— I pani ten talent ma…?

Uśmiechnęła się.

— To kwestia genów. Mój ojciec był dziennikarzem, a mój młodszy brat jest pisarzem.

Pan Redaktor spojrzał w CV.

— Rostocka… — wymruczał. — Ale oczywiście to nie pani panieńskie nazwisko…

— Werner — podpowiedziała. — Aleksander Dionizy Werner.

— Ach, Imaginarium. — Oczy Pana Redaktora rozświetliły się nagle. Facet i babeczka z HR-ów wymienili puste spojrzenia. — Znakomita książka! Więc to pani brat?

— Mały Aleks. — Marianna rozłożyła ręce, jakby chciała dać do zrozumienia, że rodziny się nie wybiera.

Szczerze powiedziawszy, była w szoku. Powieść Aleksa rozeszła się w nakładzie dokładnie trzystu dwudziestu siedmiu egzemplarzy, z czego pięć kupiła sama Marianna, żeby potem rozdać wśród znajomych, a kolejne pięć nabyła ich młodsza siostra Ewelina. To, że trafiła na kogoś, kto czytał Imaginarium i jeszcze był nim zachwycony, zakrawało na cud.

Cóż, punkt dla mnie, pomyślała. Przez następnych kilka minut rozmawiali o literaturze.

— A wracając do tematu… — powiedział później Pan Redaktor. — Jest pani anglistką. Nie wątpię, że świetnie zna pani angielski, co się dobrze składa, bo będziemy pracować przede wszystkim na źródłach anglojęzycznych. W CV pisze pani również, że współpracowała amatorsko jako publicystka z kilkoma portalami kulturalnymi. Czy prowadzi pani bloga?

Blog, odruchowo poprawiła w myślach. Kogo?, co?, blog. Rzeczownik nieżywotny.

— Prowadzę. Głównie recenzuję tam książki, rzadziej filmy.

— Coś w rodzaju „Prowincjonalnego nauczycielstwa”?

— Tak, jeśli uznamy, że Mokotów to prowincja.

Pan Redaktor się roześmiał.

— Skoro o nauczycielstwie mowa — wtrąciła babeczka z HR-ów. — Jak wygląda sprawa z pani dotychczasowymi zobowiązaniami zawodowymi?

— Złożyłam już wymówienie, ale obiecałam pani dyrektor, że zostanę jeszcze do końca czerwca. Oczywiście, jeśli będzie taka potrzeba, pracę mogę zacząć od zaraz, może w formie zdalnej.

— Na razie nie ma pośpiechu. — Pan Redaktor zganił swoją współpracownicę wzrokiem. — I tak jesteśmy jeszcze w fazie organizacyjnej. — Westchnął, stuknął knykciami w stół. — Okej, starczy tego gadania. Pani CV bardzo mi się podoba. Potrzebuję świeżej krwi, kogoś nieskażonego ekonomicznym bełkotem. Chciałbym jeszcze tylko zobaczyć, jak sobie pani z tym poradzi w praktyce. Mam tu wydrukowany krótki artykulik z „Financial Timesa”. Poproszę panią może tu obok, do sali konferencyjnej. My pogadamy sobie z następnym kandydatem, a pani streści ten tekst. Króciutko, pół stroniczki, góra stroniczka. W porządku?

Pan Redaktor już unosił się z miejsca, więc Marianna również wstała, kiwając przy tym głową.

— Pani Ewo! — zawołał Pan Redaktor, przyzywając sekretarkę. — Proszę zabrać panią do sali konferencyjnej. — Następnie zwrócił się znów do Marianny. — Czy ma pani własny komputer? To znakomicie. Tam jeszcze pewnie siedzi osoba, z którą rozmawialiśmy przed panią, ale proszę się nie przejmować. Nie ma pośpiechu.

Sekretarka zaprowadziła ją do dużego pomieszczenia, które niemal w całości wypełniał gigantyczny stół. Siedział przy nim młody mężczyzna z zaczesaną na bok grzywką. Na nosie miał okulary w grubych czerwono-czarnych oprawkach. Ubrany był w zamszową marynarkę i rozchełstaną czarną koszulę. Wokół szyi okręcił sobie błękitno-brązową chustę. Wypisz-wymaluj świeżo upieczony dziennikarz.

— Dzień dobry — powiedziała Marianna.

Młody człowiek prawie oderwał wzrok od Maca, na którym pracował, wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, machnął trochę ręką, a trochę całą swoją osobą w geście powitania i na tym kontakt się skończył.

Ciekawe, na które urodziny rodzice kupili mu tę zabawkę, pomyślała Marianna. Nikt, kto szuka pracy za trzy tysiące miesięcznie, nie byłby w stanie pozwolić sobie na takiego laptopa.

Uśmiechnęła się do sekretarki i, wyciągnąwszy własnego malutkiego netbooka, siadła przy stole. Zajrzała do wydruku, który dostała od Pana Redaktora – What Side Effects Can Persistently Low Rates Cause In British Economy?. Zaczęła czytać.

Po kilku pierwszych zdaniach poczuła, że w jej umyśle pojawiła się dziura. Rosła z każdym kolejnym akapitem, aż w końcu w głowie pozostała tylko pustka. Procenty, wzory, statystyki, taki a taki wzrost w trzecim kwartale zeszłego roku, najniższy od zapaści z drugiego kwartału dwa tysiące ósmego roku, ale nadal wyższy od wzrostu w drugim kwartale poprzedniego roku…

Matko, nie rozumiem z tego ani słowa!, pomyślała. Zalała ją fala paniki.

Zaraz jednak włączył się system obronny.

Nie bądź głupia, rozumiesz słowa, tylko nie rozumiesz liczb. Olej liczby. Skup się na słowach. Tu wzrost, tu spadek, wnioski, szczegóły są nieważne. Przeformułuj to tak, żebyś rozumiała. O to chodzi, to ma być tekst, który przeczyta szary zjadacz chleba, mający do zainwestowania tysiąc złotych.

Odetchnęła głęboko. Od nowa zabrała się za czytanie. Tym razem wyjęła z torebki czerwony długopis (nauczycielki zawsze mają przy sobie czerwony długopis) i zaczęła podkreślać kluczowe w jej mniemaniu zdania. Liczby ignorowała. Ignorowała też wymierzone w brytyjskich polityków ostrze dziennikarskiej satyry. Narzekania na lorda jakiegoś tam nie miały znaczenia dla Polaków. Liczyły się suche fakty. Czy polityka publicznych oszczędności w dobie kryzysu może przynieść pożądane skutki, czy raczej rząd powinien zwiększyć inwestycje.

Okej, okej, okej. Całość powoli nabierała sensu.

Marianna zaczęła pisać. Momentami tłumaczyła po prostu całe zdania, kiedy indziej coś streszczała. Unikała własnych interpretacji. 

Pamiętaj o swoich ograniczeniach, do maksimum wykorzystaj talenty.

Po czterdziestu minutach miała gotowy tekst. Zapisała go na pendrivie. Zamknęła pokrywę komputera i uniosła wzrok.

Młody człowiek na drugim końcu stołu nadal się biedził nad własnym artykułem. Lampka na obudowie bezprzewodowego modemu – wetkniętego w jeden z portów USB Maca – migała wściekle.

Drąży, dłubie, szuka brudów, pomyślała Marianna. He’s got a taste for investigative journalism. Nie w tej robocie, złotko. Zapomnij, co ci wmawiali na studiach, tutaj czeka cię szara, przyziemna robota. Żadnych sensacji.

Wyszła z sali konferencyjnej. Zapukała nieśmiało do sekretariatu. Sekretarka otworzyła drzwi, ale w tym samym momencie z „pokoju przesłuchań” wyłonił się Pan Redaktor wraz z jakąś dziewczyną, prawdopodobnie kolejną kandydatką.

— O, pani Marianna! — zawołał. — Już pani skończyła?

— Tak — odparła, wręczając mu pendrive’a.

— Znakomicie. — Pan Redaktor zwrócił się do sekretarki. — Pani Ewo, proszę odprowadzić panią Kasię. — Następnie znowu skupił się na Mariannie. — I jak? Jak się pani podobał tekst?

Szczerość i pewność siebie.

— Dziękuję, bardzo ciekawy. Wreszcie zaczynam rozumieć, o co chodzi w tym całym kryzysie. Na początku przeraziły mnie trochę wszystkie liczby, ale jak tylko sobie wszystko uporządkowałam w głowie, to poszło jak z płatka.

— No i właśnie o to chodzi. Ci ekonomiści to straszne gaduły, szastają stopami procentowymi, indeksami wzrostu gospodarczego, PKB… Ktoś musi to wszystko tłumaczyć z polskiego… to znaczy, najpierw z angielskiego na polski, a potem z polskiego na nasze.

Marianna nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć, więc uśmiechnęła się tylko. Redaktor zawahał się, a potem uścisnął jej dłoń.

— No — powiedział. — To nie zatrzymuję pani. Dam znać, jak poszło, w przyszłym tygodniu. Najdalej w tym jeszcze następnym, w poniedziałek. No. Do widzenia.

— Do widzenia.

W drodze do domu nie mogła przestać myśleć: „Czyli, krótko mówiąc, odezwiemy się do pani. Najstarsza śpiewka w interesie”. Próbowała się uspokajać, wmawiając sobie, że dobrze poszło. Jej tekst był fajny, przejrzysty. Profesjonalny, ale nie ciężki. Poza tym, czego się, głupia, bała? Przecież nie mogą jej od razu udzielić odpowiedzi. Muszą przeczytać iks tekstów i wybrać najlepsze. To wymaga czasu. Bywa, że „odezwiemy się” znaczy właśnie to i nic innego.

Niemniej uspokoiła się dopiero, gdy dotarła do domu, nalała sobie wina i zapadła w najwygodniejszy fotel z nowo nabytą książką Susan Hill w dłoni.

Allegro było dla niej prawdziwym darem niebios. Zawsze uważała, że literaturę powinno się poznawać w oryginale, lecz za czasów studenckich musiała się sporo nakombinować, żeby choćby pożyczyć jakąś w miarę współczesną powieść w oryginalnej wersji językowej. Teraz w zasięgu jednego kliknięcia miała ich tysiące. Co więcej, wiele z nich można było dostać za dziesięć, czasem nawet za pięć złotych.

Wszystko będzie dobrze, zdecydowała, opróżniwszy kieliszek.

Wierzyła, że we wszechświecie panuje równowaga. Przez ostatnie dwa lata była bez przerwy gnojona. Teraz przyszedł czas, by życie jakoś jej to zrekompensowało.

Uśmiechnęła się. Pierwszy prezent już dostała, dwa miesiące wcześniej. To ze względu na niego zaczęła szukać nowej pracy.

Moje życie przypomina trochę życie bohaterek tej książki, pomyślała, spoglądając na utrzymaną w odcieniach sepii okładkę. Jestem kobietą w średnim wieku… No, prawie średnim wieku. Okej, trzydzieści siedem to jeszcze młodość. Więc jestem młodą kobietą, której całe życie wywróciło się do góry nogami. Zaczynam od nowa i idzie świetnie. Mam tylko nadzieję, że pani Hill nie postanowiła ich wszystkich pozabijać w ostatnim rozdziale. To by kiepsko wróżyło…

Zadzwoniła komórka. Radosna melodyjka z Wallace’a i Gromita.

Marianna odebrała.

— Halo?

W słuchawce zabrzmiał głos Aleksa:

— Cześć, Manita. Jak tam poszło?

— Wiesz co, trudno wyczuć. Jakoś… No, jakoś poszło. Zobaczymy, tak? Nie było bardzo źle. Nie ma co się martwić na zapas, racja?

— No pewnie. Ty się tymi korporacyjnymi szczurami nie przejmuj.

— To nie są korporacyjne szczury. Właściwie byli bardzo mili. Wiesz, pogadkowaliśmy sobie trochę, co to ja robię, czy mam blog, co czytam. Wyobraź sobie, że jeden facet nawet znał twoją powieść.

— No patrzcie państwo, takie rzeczy. Tę starą szmirę? No nic, gusta narodu nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać.

Marianna pomyślała, że jeśli dostanie tę pracę, będzie musiała zaprosić Aleksa na dobry obiad. Przy okazji mogłaby mu wreszcie przedstawić Andrzeja. Ostatecznie odkąd umarł tata, mały Aleks uważał się za głowę rodu. Możliwość udzielenia siostrze błogosławieństwa bez wątpienia przyprawi go o puchlinę egotyczną.

Wizja małego braciszka z przejęciem wyrażającego akceptację dla nowego związku sprawiła, że się roześmiała.

— Co się chichrasz? — zagadnął Aleks.

— A nic, nic. Adrenalina ze mnie schodzi, tyle.

— No, nic dziwnego.

— A co u ciebie?

— Stara bieda. Ciągle walczę, by ponieść pod strzechy kaganek oświaty.

— Au, Słowacki z Mickiewiczem naraz przewrócili się w grobach. Piszesz coś nowego?

— Przymierzam się. Ale jeszcze nie wiem, czy się za to wezmę. Może szkoda zdrowia. Prostaczkowie i tak wzgardzą błyskotliwością mego geniuszu.

Marianna ponownie zachichotała.

— Przestań być taki łudialeniczny. O czym ta nowa książka?

— Hm… Nie wiem, czy ci mówić… Jeszcze się to wszystko…

— Daj spokój. Gadaj.

— Okej. No więc to będzie horror.

— Proszę, proszę. Horror?

— Tak, ale chcę do tego podejść poważnie. To będzie artystyczny horror, nie takie fiu bździu jak ten twój Pilipiak uprawia.

— Pilipiuk. Dobrze wiesz, jak się nazywa. I, hej!, wcale nie jest taki zły. Dobrze się to czyta.

— De gustibus… Zresztą, mniejsza. Chcę napisać coś twardego, życiowego, w duchu Bratnego, takie rozliczenie z losami Polski pod przykrywką historii o ponadnaturalnej grozie. I chcę, żeby tłem dla mojej opowieści była panorama Warszawy. Innej Warszawy, magicznej, tej Warszawy zabitej, a teraz ożywionej.

— Brzmi ambitnie. Już słyszę, jak cię wychwalają pod niebiosa w „Kultura, głupcze”.

— Dzięki. Chociaż raczej się nie łudzę. Imaginarium to był świadomy skok na kasę, a pomysł wcale nie chwycił. Jak się wezmę za poważną literaturę… E, szkoda język strzępić.

— Wiesz, horror to chyba popularny gatunek. A nuż się sprzeda. Kinga ludziki czytają.

— Może. Na razie nawet nie zacząłem pisać, więc nie ma co gdybać.

Marianna odłożyła książkę i poszła wstawić kieliszek do zlewu.

— Masz już jakiś pomysł na głównego bohatera? — zapytała. Wiedziała, że Aleks uwielbia opowiadać o „procesie twórczym”, nawet jeśli de facto niczego w danej chwili nie tworzył.

— Myślałem, żeby bohaterem uczynić pisarza. To znaczy, jednym z bohaterów. I ten pisarz też mógłby pisać horror o Warszawie. Rozumiesz, taka literatura autotematyczna, podwójnie zapośredniczona.

— Chcesz umieścić w powieści siebie piszącego tę powieść. Zakręcone. Podoba mi się.

— Mógłbym też tam wrzucić ciebie. — Aleks się roześmiał.

— Nie, dziękuję. Moje życie i tak już za bardzo przypomina fabułę łzawej obyczajówki. Tego tylko brakuje, żebym trafiła do horroru.

— Maniuś, jesteś dla siebie zbyt surowa.

— Wiem.

Aleks westchnął.

— Dobra, nie gadam już. I tak pewnie pół abonamentu zużyłem.

— Okej. Musimy się umówić jakoś w najbliższym czasie na obiad, to się spokojnie wygadasz.

— Jasna sprawa. No, trzymaj się, nie puszczaj się.

— Trzymaj się, pa.

— Pa, pa.

Aleks się rozłączył. Marianna położyła komórkę na blacie w kuchni.

Trochę zgłodniała, postanowiła więc upichcić coś na szybko. Wygrzebała z zamrażalnika paczkę warzyw. Wrzuciła je na patelnię, podlała oliwą, posypała dołączonymi do zestawu toskańskimi ziołami, podgrzała. Do obiadu nalała sobie kolejną lampkę wina.

Była mniej więcej w połowie posiłku, gdy zadzwonił domofon. Szybko rzuciła okiem na komórkę, żeby sprawdzić, czy ktoś się nie zapowiadał. Żadnych nowych wiadomości.

Podeszła do drzwi i zdjęła słuchawkę z widełek.

— Kto tam? — zapytała.

Kiedy usłyszała odpowiedź, poczuła, że gęba sama jej się śmieje.

Wcisnęła przycisk zwalniający zamek na klatkę schodową. Po chwili zabrzmiało pukanie do drzwi. Otworzyła.

Na korytarzu stał mężczyzna w brązowej skórzanej kurtce ze śmiesznymi frędzlami, pod którą widać było podkoszulek z logiem grupy Cream. Uśmiechał się. Jego jasne oczy błyszczały za okularami.

— Cześć, kochanie. — Marianna rzuciła mu się na szyję.

Pocałował ją, łaskocząc przy tym brodą.

3

— Podnieś się, kurwa, bo cię zapierdolę — mruknął Aleks.

— Słucham?

— A nie, nie. To nie do pani.

Spojrzenie kelnerki jasno wyrażało, co myśli o wciśniętym w kąt kawiarni pisarzu. Odeszła.

Bogu dzięki, pomyślał Aleks. Nie po to przyszedł w porze, kiedy przyzwoici obywatele siedzieli jeszcze w pracy, i nie po to zaszył się w najmroczniejszym, najzimniejszym zakamarku ulokowanej w piwnicy knajpy, by jakaś dziewucha wisiała mu nad głową.

— Podnieś się, kurwa, bo cię zapierdolę — powtórzył.

To jedno jedyne zdanie wyło do niego z białego arkuszu edytora tekstu. Wyło tak już od godziny. 

Skrzywił się, dopił resztkę zimnej herbaty. Skasował je.

Początek to chwila niezwykle delikatna, pomyślał. Najważniejsze to zacząć, chociaż pół strony napisać. Potem jakoś się potoczy.

Problem polegał na tym, że nie mógł zacząć. Wiedział, co chce napisać, lecz tego nie widział. Gdy pracował nad Imaginarium, całe sceny jawiły mu się przed oczami, a głos z offu komentował je pełnymi zdaniami. Wystarczyło tylko te zdania wyłapywać, spisywać, rozbudowywać.

To musi mieć klimat… atmosferę… mgłę…

Zmusił się, żeby przywołać z pamięci jakiś jesienny pejzaż. Miasto, przedmieście, brud, dymy… Przez chwilę zdawało mu się, że niemal czuje zapach palonej gdzieś daleko trawy, mieszający się ze smrodem spalin.

Zaczął pisać.

Czarne krzyże latarń odcinały się na tle brudnej listopadowej pomgłaci. Krew powoli wsiąkała w błoto. W powietrzu zapach spalonego prochu mieszał się ze smrodem śmierci, smrodem tej cieknącej krwi i gówna. Ale dało się wyczuć też coś innego, coś, co przedzierało się, wypełzało rozpaczliwie z krainy dzieciństwa, krainy jesiennych nocy w Józefowie albo Otwocku, albo gdzie indziej, gdzie bywali z kolegami. Przedtem. Kiedyś. Zanim się zaczęło.

To trawa. Palona trawa tak pachnie.

Potrząsnął głową, przeganiając mrzonki.

— Podnieś się, kurwa, bo cię zapierdolę — powiedział.

Palce Aleksa zawisły nad klawiaturą. Siłą przywołane wrażenia uleciały z głowy. Na chwilę zastąpiła je pustka, potem zaczęła się gonitwa myśli, które próbowały pochwycić rozpierzchłe na wszystkie strony zdania.

Pisarz niecierpliwie zastukał w blat. Spojrzał, czy gdzieś w pobliżu nie kręci się nadal tamta kelnerka. A nuż jej aura zakłócała jego aurę.

Ech, pies to gryzł…

Aleks w gniewnym odruchu skasował wszystko, co napisał, i zamknął pokrywę laptopa. Wygrzebał z kieszeni garść moniaków. Rzucił je na stół, nie sprawdzając, czy suma zgadza się z rachunkiem. Zapakował komputer do torby i wstał.

Wyszedłszy z knajpy, wspiął się pod górę po nierównym bruku Bednarskiej. Skręcił w Krakowskie Przedmieście. Stopy odruchowo poniosły go w stronę Starówki.

Na dworze, w odróżnieniu od piwnicy, z której dopiero co wyszedł, było ciepło. Ot, maj. Słońce grzeje, pachnie rozkwitająca zieleń. Jak na złość. Nijak się to miało do atmosfery jego powieści. Akcja horroru powinna toczyć się jesienią, żeby zimny deszcz mógł padać na zbezszczeszczone groby.

Co prawda nie planował żadnej cmentarnej sceny, ale chodzi o zasadę. Poza tym potrzebny mu był brud, błoto, tak, to metaforyczne błoto, kalające brudne dusze.

— Nic się nie zgadza… — burknął, myśląc jednocześnie, że ostatnio zbyt często mówi do siebie.

Może by tak poczekać do czerwca?, zastanawiał się, wychodząc na plac Zamkowy.

Popatrzył na wyłaniający się spod Skarpy Wiślanej most Śląsko-Dąbrowski. Spróbował wyobrazić sobie jego podrdzewiałe wsporniki, oblepiający je szlam. 

Tak, czerwiec. Nieludzkie gorąco, smród kanałów i zasychającego wiślanego mułu. Smród samej Wisły, skoro już o tym mowa.

Podszedł bliżej balustrady, wyjrzał na biegnącą poniżej ulicę.

Znakomity pomysł, stwierdził kwaśno w duchu. Zamień metaforyczny brud na metaforyczny smród. Powalisz krytyków i widownię.

Przysiadł na balustradzie.

Za dużo myślisz…

Przymknął oczy. Otaczający go hałas momentalnie nabrał wyrazistości, faktury. Była to jedna ze sztuczek, które czasem stosował – rodzaj medytacji. Próbował odciąć się od siebie, od miejsca, w którym się znajdował; spojrzeć z dystansu, jakby rzeczywistość go nie dotyczyła.

Ludzie przemykali wokół niego, pędzili skądś dokądś, po coś. Aleks trwał w miejscu. Bez celu. Za jego plecami, w pewnym oddaleniu, warczały silniki samochodów, zawodziły tramwaje. Przez chwilę czuł się wyjątkowy.

W głowie błysnęła mu myśl, strzępy jakiegoś wiersza. „Dłoń wielka kształty fałduje za nieba czarną zasłoną… świt się rozlewa… śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi”. Co to? Nie pamiętał. Zaczął sobie wyobrażać, co by było, gdyby bujnął się mocno do tyłu. Lot. Upadek.

Otworzył oczy. Rzeczywistość powróciła błyskawicznie.

Oto ja, pomyślał. Snujący się pisarz. Całkiem jak z modernistycznej powiastki…

Wstał i pozwolił stopom ponieść się dalej między kamienicami Starówki. Wodził wzrokiem po fasadach, wyszukując dziur, zadrapań, gołych cegieł wyglądających zza odłażącego tynku. Zmuszał się, by myśleć o historiach, które mogłyby się z nimi wiązać. Kiepsko szło. Jego umysł pełen był jakiegoś dziwnego szumu. Aleks czuł się tak, jakby ktoś założył mu na mózg wygniecioną foliową torebkę.

„Może w tym właśnie miejscu kula odłupała… kula odłupała… a ona stała, płakała…” – zaczynał kilka razy, zaraz jednak bardziej przyziemne sprawy odwracały jego uwagę. Czemu tak się męczę? Nie próbuj na siłę. Daj temu czas. Lewa noga, prawa noga…

Bar, kawiarnia, pizzeria. Rurki z kremem, gofry. Mam ochotę na gofra. Cisza, za mało tu ciszy. Muszę się wyspać. Ból głowy i karku. Cholerny kark, skrzywiony kręgosłup szyjny.

Stanął, kilka razy odetchnął głęboko. Potrzebował jakiegoś lepszego miejsca, by się skupić, gdzieś na uboczu, z dala od tych wszystkich przeklętych ludzi.

„Jak brzęczenie much dla moich uszu…” – przypomniał sobie cytat z Egipcjanina Sinuhe Waltariego.

Zastanawiał się przez chwilę. Wtem przypomniał sobie zaciszny kącik… niedaleko takich schodków, którymi można było zejść ze skarpy wiślanej. Na dole stoją kiczowate rzeźby. Ale do nich się nie schodzi, trzeba skręcić przed schodkami w prawo, przejść pod łukiem… Jest tam niewielkie podwórko, murek, jakieś drzewa. Śmieszne miejsce, bo niektóre kamienice mają drzwi na trzecim piętrze. Ze względu na różnicę poziomów. No wiecie, zbudowano je niżej na zboczu skarpy, więc trzecie piętro wypadło akurat na wysokości podwórka.

Pisząc Imaginarium, Aleks odkrył, że dobrze mu się myśli, gdy może się przyglądać śpiącemu na dachu kotu, tak jakby sam wisiał przed nim w powietrzu. Dawało mu to poczucie cudownego i całkiem surrealistycznego uwolnienia z okowów przestrzeni.

Nieznośna lekkość bytu… Powinienem to w końcu przeczytać. Tylko się nie chce, cholera. Kolejny szmatławy, papierowy prorok, prawdy o prawdach, o prawdach… Pierdolenie o Szopenie. „Slowa, slowa, slowa”.

W zamyśleniu nawet nie zauważył, kiedy dotarł do krawędzi skarpy wiślanej. Stanął przy murku wyznaczającym granicę Starówki, wyjrzał. Przez chwilę szukał wzrokiem kiczowatych rzeźb. Nie znalazł ich, więc ruszył dalej. Skręcił przy schodkach i wszedł na swoje podwórko.

Kot wygrzewał się w tym samym miejscu, co zwykle. Aleks usiadł na betonowym schodku naprzeciwko niego. Wyciągnął laptopa.

Ten kot, pomyślał. To jest prawdziwa Warszawa.

Ścigając umykającą myśl, pospiesznie włączył komputer i uruchomił edytor tekstu.

Gorąc. Słońce pali niemiłosiernie, prześwietla. Żar leje się z nieba. Kot, leniwe stare bydlę, przygląda się dwóm mężczyznom stojącym w podwórcu kamienicy. Czego się człowieczki kłócą, czego spać nie dają?

Jemu wszystko jest obojętne, jego blask nie parzy. Ale tamtym… Blask czepia się ich skóry, rzeźbi czarne lufy, wykrawa krew z szarej tkanki chodnika.

Kot prychnął nagle, lecz się nie obudził. Widać przyśniła mu się jakaś wyjątkowo parszywa mysz.

Aleks przestał pisać. Popatrzył na kota.

— Wykrawa krew? — powiedział. — Masz rację. O kant dupy potłuc.

Z pełnym rezygnacji westchnieniem zaczął kasować literki, jedną po drugiej, wybijając na bekspejsie wściekłego marsza.

— Nowa książka? — odezwał się nagle jakiś głos za plecami pisarza, nieco z boku.

— Co? — Aleks cofnął się odruchowo i uniósł głowę. 

W odległości może dwóch kroków stał obcy facet o typowo anglosaskiej urodzie: wysoki, jasnooki, rudawy i łysawy. Do tego ubrany w jeansy i rozpaczliwie niepasującą do nich kraciastą marynarkę z łatami na łokciach.

— Przepraszam — powiedział pan Anglik. Miał delikatny obcy akcent, choć wysławiał się poprawnie. — Pan Werner, prawda? Poznałem po zdjęciu.

Uniósł egzemplarz Imaginarium i wskazał widniejącą na tylnej okładce fotografię Aleksa.

— A, tak. To ja — przyznał pisarz. Później miał tonąć w falach samozachwytu na wspomnienie o tym, że ktoś poznał go na ulicy, tymczasem jednak niezręczność sytuacji przeciążyła jego możliwości socjalizacyjne

Na chwilę zapadła kłopotliwa cisza. Potem, co gorsza, pan Anglik przysiadł koło Aleksa na murku.

— Miło pana poznać — powiedział.

Pisarz uścisnął podaną mu dłoń.

— No… Mi również. Poznać pana — odparł.

I znów milczeli przez minutę lub dwie.

— Może to panu podpisać? — wydusił w końcu Aleks i wykonał słabowity gest w kierunku książki.

— Będę zaszczycony. — Nieznajomy się uśmiechnął. Podał książkę i pióro. — Więc nowa powieść? — dorzucił, odbierając autograf.

— Tak jakby. To znaczy, ma być. Na razie słabo idzie.

— O czym?

Aleks zakreślił ręką szeroki łuk, jakby widok starych kamienic wystarczył, by wyrazić całą głębię przemyśleń o losach narodu.

Anglik się rozejrzał.

— Akcja będzie się działa tutaj?

— Tak. To znaczy, nie tylko. Chcę napisać powieść o Warszawie, wie pan. O całym… O całych losach… To będzie powieść o bólu, bólu całego miasta, pokoleń zamieszkujących je duchów. Patrzę na kamienice dookoła i widzę ból.

— Myślał pan, żeby akcja toczyła się w czasach powstania warszawskiego?

Aleks pokiwał głową.

— Bardzo ciekawy okres — powiedział jego tajemniczy wielbiciel. — Sporo się o tym u nas pisze.

— Jest pan Anglikiem?

— Poznał pan po akcencie? Tak, jestem. Ale od dziesięciu lat mieszkam w Polsce. Zresztą moja matka była Polką.

— A… No tak…

— Chętnie przeczytam tę nową książkę. Zdaje się, że będzie mi bliska.

— Bardzo mnie… Bardzo mi miło.

— Wie pan, moich rodziców połączyła wojna. Jeśli mogę tak się wyrazić. Jako nastolatek zaczytywałem się w Baczyńskim. Matka śmiała się, że po to tylko nauczyła mnie polskiego. Ten Baczyński, w pewnym sensie, stał się moim najbliższym przyjacielem.

— Baczyński? — zdziwił się Aleks.

— No. Pan go czytywał?

— Niewiele. Tyle, co w szkole.

— Szkoda, szkoda, wielka szkoda. Jego wiersze… mocna rzecz. „I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka, bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi”.

Pisarz zamrugał. Czy nie ten cytat snuł mu się po głowie ledwie kilkanaście minut wcześniej? Miał wrażenie, że pomiędzy nim a nieznajomym zawiązała się jakaś nić sympatii, a jednocześnie – czuł się coraz bardziej niezręcznie. Aleks Werner nie wierzył w zdobywanie przyjaciół czy znajomych przez przypadkowe spotkania. Przytrafiało się to może innym, lecz nie jemu. Bo on w kontaktach z obcymi z najwyższym trudem wyrywał się z niewoli komunikacji monosylabicznej.

Milczenie zdawało się jednak nie przeszkadzać Anglikowi, który wcale nie wyglądał, jakby zamierzał się zbierać. Siedział po prostu i grzał się w słońcu, obracając w palcach książkę.

— To niesamowity zbieg okoliczności — zaryzykował Aleks.

— Cóż takiego?

— No, wszystko… To, że pan… Anglik, obcokrajowiec… przeczytał moją książkę. I że się spotkaliśmy. I jeszcze ten wiersz.

Nieznajomy się uśmiechnął.

— Ja nie wierzę w przypadki, panie Werner — odparł, czym jeszcze bardziej zbił Aleksa z tropu.

— No cóż…

— Chciałem pana poznać, odkąd tylko przeczytałem Imaginarium. Bogowie czasem szykują dla śmiertelników takie niespodzianki. Nie wiedziałem, jak mógłbym się z panem skontaktować, aż tu, proszę, pewnego dnia spotykam pana podczas spaceru po Starówce.

— Ach, tak…?

Anglik obrócił głowę i spojrzał pisarzowi prosto w oczy.

— Chciałbym napisać muzykę do pańskiej książki — wypalił.

— Muzykę? — Aleks o mało nie zakrztusił się śliną. — Jest pan muzykiem?

— Mhm. Chciałbym stworzyć muzyczne obrazy z pańskimi tekstami, nawiązującymi treściowo do Imaginarium. Myślę, że moglibyśmy przekabacić też Wojtka Waglewskiego. Co pan na to?

— Wow… To znaczy, jasne, czemu nie. Dla mnie super… Mówi pan poważnie?

— Oczywiście. — Anglik się roześmiał. — Uważa pan, że spotkania takie jak nasze zdarzają się tylko w filmach? Nic podobnego. Wojtka Waglewskiego poznałem przypadkiem w pubie. W telewizorze puszczali akurat jakiś koncert, coś skomentowałem, on coś skomentował, zgadaliśmy się, że obaj gramy, potem, że może zrobilibyśmy coś razem i tak jakoś się złożyło, że zagraliśmy kilkanaście koncertów. Gdyby to był film, wyciągnąłbym teraz z kieszeni milion dolarów. Wielkiej kasy pewnie z tego nie będzie, na muzyce się nie zarabia. Ale możemy mieć z tego trochę frajdy.

— Rany, no…

— Proszę się nad tym zastanowić. — Anglik wstał, wygrzebał z wewnętrznej kieszeni wizytówkę. — Żadnej presji. Ma pan mojego mejla, jakby się pan namyślił, proszę do mnie napisać.

— Jasne.

— Pewnie chce pan teraz wrócić do pisania swojej nowej powieści?

— Nie, właściwie nie. I tak mi nie idzie.

— Ma pan już tytuł?

Nie miał. Mimo to bez zastanowienia powiedział:

— Śmierć po raz czwarty.

— Nawiązanie do Bratnego?

— Tak. Skąd pan…? To znaczy… wow. Po prostu nie spodziewałem się, że pan czytał.

— Dużo czytam. Lubię polską literaturę. Jest prawdziwsza niż brytyjska.

— Moja siostra mogłaby się z panem nie zgodzić.

Anglik wzruszył ramionami.

— To bardzo dobry tytuł — powiedział.

— Myśli pan?

— Mhm.

Anglik cofnął się o krok. Wyglądało to trochę tak, jakby walczył ze sobą, żeby odejść, ale coś go powstrzymywało.

— Znam dobre miejsce do… no, nie powiem „pisania”, choć w zasadzie często piszę tam muzykę. Ale to co innego, prawda?

— Nie wiem. Nigdy na niczym nie grałem.

— W każdym razie tamto miejsce… Przypomina trochę ten pański zakątek tutaj. Mało kto o nim wie. Kiedy schodzi się Kamiennymi Schodkami, to po lewej stronie, mniej więcej w połowie wysokości, jest taka bardzo stara furtka. Łatwo ją poznać po nieco zatartym obrazie syrenki. Wisi na niej łańcuch z kłódką, ale proszę się nie przejmować, nigdy nie jest zamknięta. Kiedy przejdzie pan przez tę furtkę, znajdzie pan małą uliczkę prowadzącą do zamkniętego podwórka. Niesamowite miejsce. Na pewno czytał pan Tajemniczy ogród… Choć właściwie powinno się to przełożyć jako Tajemny ogród… W każdym razie tam, za tamtą furtką, jest właśnie mój tajemny ogród. Zapraszam. Proszę czuć się jak u siebie.

— Brzmi interesująco — powiedział Aleks. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

— Cóż, często znajduję tam inspirację. Może i panu lepiej będzie się pracowało. No, muszę lecieć. Nie zawracam już dalej głowy. Do widzenia. Proszę przemyśleć moją propozycję.

— Do widzenia.

Anglik odszedł, a Aleks pozostał w stanie zupełnego osłupienia i dezorientacji. O dalszym pisaniu oczywiście nie mogło być mowy, jego umysł wypełnił chaotyczny bełkot myśli.

Pisarz popatrzył na wizytówkę, którą wciąż zaciskał w dłoni. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że facet, z którym rozmawiał, nigdy się nie przedstawił. Gdy jednak przeczytał wydrukowane na niewielkim kawałku papieru nazwisko, stwierdził, że w pewien sposób pasuje ono do atmosfery ich osobliwego spotkania.

Desmond Mack kojarzyło mu się z łacińskim „deus ex machina”.

Jeszcze jakieś pół godziny siedział na murku. Potem schował komputer i sprężystym krokiem ruszył z powrotem na plac Zamkowy. Ogarnęło go podniecenie, rodzaj intelektualnego haju, znanego tylko pisarzom. W tamtej chwili zdawało mu się, że mógłby usiąść i napisać całą nową powieść w jedną noc, tak jak to rzekomo czynił Stendhal, któremu zdarzało się zasłabnąć nad pulpitem po kilkudziesięciu godzinach skrobania piórem po papierze.

Aleks najpierw potrzebował jednak nagrody. Lubił się nagradzać, było to takie jego małe zboczenie.

Poszedł więc do włoskiej restauracji, w której zjadł gnocchi w sosie śmietanowo-serowym. Popił drogim winem. Następnie podjechał autobusem do Empiku przy rondzie de Gaulla i kupił nową płytę Chrisa Cornella.

Zanim dotarł do domu, haj zaczął słabnąć. Z mrocznych zakamarków podświadomości wypełzło poczucie zakłopotania: wcześniejszym podnieceniem z jednej strony, a niezgrabnością w samej rozmowie z Mackiem z drugiej. No i te myśli, te naiwne marzenia, pomysł pisania przez całą noc, wiara, że oto nagle wszystko będzie super. 

Nie.

Jeśli w ciągu swojej krótkiej literackiej kariery Aleks nauczył się czegoś o życiu, to tylko tego, że nic nie przychodzi łatwo. Każdy błysk szczęścia musi zrównoważyć dwukrotnie większa dawka pecha. Na farta nie ma co liczyć. Pisarzem zostaje się przez krew, pot i łzy. Nie wspominając o setkach zapisanych stronic. A on tego dnia nie napisał ani jednej.

Atak użalania się nad sobą przerwał powrót Agnieszki, dziewczyny Aleksa, ale po paru godzinach spędzonych na oglądaniu telewizji, gadaniu o niczym i niezbyt udanym, odmóżdżającym seksie, wrócił do wcześniejszego toku myśli, jakby nic mu nigdy go nie przerwało.

Przynajmniej mam już tytuł, powiedział sobie.

Kiedy Agnieszka położyła się spać – a musiała kłaść się wcześnie, bo następnego dnia z samego rana zaczynała pracę – przez kilka godzin snuł się po mieszkaniu. Wreszcie zamknął się w kuchni, postawił przed sobą laptopa i uruchomił edytor tekstu. ALEKSANDER DIONIZY WERNER – napisał. – ŚMIERĆ PO RAZ CZWARTY.

Zapisał dokument.

Chwilę przyglądał się swemu nazwisku oraz tytułowi powieści. Wyłączył laptopa. Schował go do torby.

Wstał od stołu, nalał sobie odrobinę wina i stanął przy oknie. Widok uśpionego miasta, tu i tam jarzącego się rdzawym blaskiem latarń, obudził w nim jakąś nieokreśloną tęsknotę. Przez dłuższy czas bił się z myślami. W końcu jednym haustem opróżnił kieliszek i poszedł do przedpokoju. Zaczął się ubierać – po cichu, by nie obudzić Agnieszki.

Wyszedł.

Gdy tylko zapach nocnego, wiosennego powietrza uderzył w jego nozdrza, Aleks poczuł się lekki, trochę nierzeczywisty. Spacerowanie nocą po cichych, pustych ulicach Warszawy miało w sobie coś tajemniczego. Zaglądał w ciemność za oknami – rzadziej w półmrok rozrzedzany blaskiem lampki nocnej – i myślał sobie, że to tak, jakby oglądał jakieś obce światy.

Całej tej nocnej eskapadzie towarzyszyło wrażenie, że robi coś wbrew zasadom, niezgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy. Wkrótce adrenalina zaczęła buzować mu w żyłach. Odruchowo stąpał ostrożnie i oddychał płytko, by nie mącić ciszy.

Po jakiejś półgodzinie dotarł na Starówkę. Stanął u podnóża Kamiennych Schodków. Zawahał się. Ruszył pod górę.

Kiedy się schodzi, to po lewej stronie, przypomniał sobie. Czyli po prawej, jak się wchodzi. Brawo, drogi Watsonie.

Na poły spodziewał się, że nie znajdzie opisanej przez Macka furtki (był nawet skłonny uwierzyć, że wcale nie istnieje), trafił na nią jednak mniej więcej w połowie wysokości uliczki. Była zniszczona, mocno skorodowana i opleciona przez chwasty, ale syrenkę dało się rozpoznać.

Aleks niepewnie pociągnął za łańcuch. Zardzewiała kłódka z hukiem runęła na ziemię. Aż podskoczył. Rozejrzał się pospiesznie: nikt chyba nie zwrócił uwagi na hałas. Odetchnąwszy głęboko, oparł dłoń na metalowych prętach furtki. Kilka uschniętych łodyżek trzasnęło pod naciskiem. Popchnął lekko, potem mocniej. Furtka niechętnie ustąpiła.

Pisarz wszedł w niewielką alejkę ulokowaną między dwiema kamienicami i po nie więcej niż kilku metrach trafił na kolejną furtkę. Była piękna, czarna, kuta w eleganckie wzory, z mosiężnymi wykończeniami i takąż gałką. Otworzył ją bez problemu. Po drugiej stronie alejka ciągnęła się dalej.

Aleks maszerował ładnych kilkanaście minut pomiędzy chylącymi się lekko ku ziemi, porośniętymi bluszczem kamienicami, które przypatrywały mu się uważnie czarnymi oczyma szyb. Nie powinno cię tu być. Idź stąd. Skąd się wziąłeś?