Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 494

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zerwa - Remigiusz Mróz

Ostatnia część pentalogii z Wiktorem Forstem!

Zbocza gór znów spłynęły krwią. W środku sezonu turystycznego na Rysach odnalezione zostają zwłoki starszego mężczyzny, a sposób działania sprawcy prowadzi wyłącznie do jednego wniosku: wrócił ten, którego wszyscy się obawiali.

Oprócz monety w ustach, na nagim torsie ofiary znajduje się wycięty w skórze, krwawy napis: "Revertar ad Ierusalem in misericordiis". Sytuacje komplikuje fakt, że ofiarę umieszczono na samym środku słupka granicznego, przez co śledztwo zamierzają prowadzić zarówno Polacy, jak i Słowacy.

W mieście i na szlakach wybucha panika, tymczasem Wiktor Forst budzi się w zakopiańskim szpitalu. Nie pamięta, co działo się z nim, od kiedy opuścił Polskę, by sprawdzić, co znajduje się w pewnej skrytce pocztowej…

Opinie o ebooku Zerwa - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Zerwa - Remigiusz Mróz

Pamięci ‌Tomka „Czapkinsa” ‌Mackiewicza,

pierwszego ‌Polaka, który zdobył ‌Nanga Parbat ‌zimą

Góry ‌milczą. ‌Wszystko, co milczy, ‌nadaje ‌się ‌do ‌przechowywania ludzkich ‌tajemnic.

ks. ‌Józef Tischner

Koniec melodii nie ‌jest jej celem. ‌A jednak gdyby się nie ‌skończyła, nigdy by ‌go ‌nie osiągnęła.

Friedrich Nietzsche

CZĘŚĆ PIERWSZA

TERAZ

Szpital ‌Powiatowy im. dr. ‌Tytusa Chałubińskiego, Zakopane

1

Wiktor ‌Forst ‌nie odrywał ‌wzroku od ‌swojego odbicia. ‌Nie ‌wiedział, kto tak naprawdę ‌patrzy na ‌szpitalne ‌lustro ani kto się ‌w nim ‌odbija. Z pewnością ‌jednak nie była to ‌ta sama ‌osoba.

Trwał w bezruchu i dopiero ‌po chwili uświadomił sobie, ‌że puścił wodę z kranu. ‌Opłukał twarz, a potem ‌wrócił do ‌kilkuosobowej sali, w której obudził ‌się parę godzin wcześniej. ‌Dominika Wadryś-Hansen czekała na ‌krześle przy ‌jego ‌łóżku.

– Lepiej? – zapytała.

Forst przysiadł ‌na ‌skraju ‌łóżka, nieobecny i wciąż ‌zdezorientowany. Pokręcił ‌głową w odpowiedzi, ‌zakładając, że ‌w ten sposób przekaże ‌więcej niż ‌za pomocą długiego ‌monologu. Dominika jednak ‌najwyraźniej była innego ‌zdania, patrzyła ‌bowiem ‌na niego wyczekująco.

– Żeby ‌było lepiej, musi być ‌gorzej – ‌zauważył. – U mnie jest ‌constans.

– Żaden ‌pożar nie ‌trwa wiecznie, Forst.

– Ale każdy ‌zostawia zgliszcza.

Zerknęła na niego ‌z powątpiewaniem.

– Niektóre ‌w dodatku ‌pochłaniają ofiary, ‌odbierają ludziom przyszłość ‌i niszczą ‌dorobek całego ‌życia ‌– ‌dodał.

Nachyliła się do niego ‌i oparła ‌łokcie na kolanach.

– Przynajmniej ‌humor ci dopisuje.

– Jak zawsze.

– Ale nadal nic nie pamiętasz?

Znów zaprzeczył ruchem głowy i zawiesił wzrok za oknem. Znad gór nadciągały skłębione ciemne chmury, przywodzące mu na myśl powoli schodzącą masywną lawinę. Przeciętny obłok burzowy waży kilka miliardów ton, ale patrząc na niego z oddali, trudno było objąć to rozumem. Forst odnosił wrażenie, że podobnie jest w przypadku jego życia – i ludzi, którzy przyglądają mu się jedynie z zewnątrz.

– Absolutnie nic? – dodała Wadryś-Hansen. – Nie wiesz nawet, dlaczego utykasz?

– To akurat wiem.

– A więc jednak coś pamiętasz.

– Nie – odparł Wiktor, odrywając spojrzenie od spiętrzonych obłoków. – Rezonans magnetyczny wykazał naderwanie więzadła krzyżowego przedniego w prawym kolanie.

Przez chwilę się nie odzywali, a Forst dostrzegł w oczach prokurator rzeczywistą troskę. Była to już jednak tylko namiastka tego, co Dominika okazywała jeszcze przed momentem, kiedy zjawiła się w sali. Ledwo spojrzała na wycieńczonego i utykającego Wiktora, na jej twarzy odmalowało się przerażenie. A gdy dowiedziała się, że sam nie wie, co działo się z nim w ostatnim czasie, wyglądała, jakby miała zamiar wysłać go na przymusowe leczenie.

– Co jeszcze powiedzieli ci lekarze? – spytała.

– Że oberwałem dość mocno w głowę. I że mam szczęście.

– Przypuszczam, że polemizowałeś.

– Powiedziałem tylko, że szczęście jest iluzją.

– I na tym koniec?

– Możliwe, że dodałem coś jeszcze o różnym pojmowaniu szczęścia. O tym, że dla jednych to nowa para butów, dla drugich brak konieczności nastawiania budzika na następny dzień, dla trzecich pieniądze, bo mogą dzięki nim kupić antydepresanty, a dla…

– Długo się nad tym rozwodziłeś?

– Dostatecznie, żeby dali mi spokój – odparł Forst i wzruszył ramionami. – Mam już pewne doświadczenie w radzeniu sobie z lekarzami.

Wadryś-Hansen rozejrzała się, jakby liczyła na to, że któryś z nich jednak tu wróci i sama będzie miała okazję dowiedzieć się, jak oceniają stan Wiktora.

– Co się z tobą działo, Forst?

Nie odpowiadał.

– I co ostatniego pamiętasz?

– Maila od Dolly. Tej Polki, która zajmowała się dziewczynami Siergieja Bałajewa. W wiadomości…

– Pytała o Olgę Szrebską, a potem wspomniała o skrytce pocztowej w Torrevieja – dopowiedziała Dominika. – Wiem, czytałam tego maila. A zaraz potem wybiegłam z twojego mieszkania, żeby powstrzymać cię przed zrobieniem czegoś głupiego.

– Chyba nie zdążyłaś.

– Chyba nie – potwierdziła. – Bo najwyraźniej wsiadłeś na pokład pierwszego samolotu do Alicante.

Wiktor uniósł brwi.

– Skąd ta pewność?

– Stąd, że ostatnie tygodnie w Polsce były rekordowo pochmurne, a ty masz opaleniznę, jakbyś wylegiwał się na plaży w Egipcie.

– Może się wylegiwałem.

– I przy tej okazji nabawiłeś się naderwanego więzadła i wstrząśnienia mózgu?

– Wstrząśnienia… czego?

– Słuszna uwaga – odparła ciężko. – I wciąż zaskakuje mnie twój stopień autokrytycyzmu.

Skinął głową z wdzięcznością.

– Zresztą kto mówił o jakimkolwiek wstrząśnieniu? – zapytał. – Może po prostu…

– Oczywiste nie wymaga dowodów.

– A ta sytuacja nie wymaga prawniczych paremii.

– Masz rację – przyznała.

Siedziała prosto jak struna, co w połączeniu z elegancką garsonką sprawiało, że Dominika wyglądała jak arystokratka. Nie wyniosła, ale doskonale zdająca sobie sprawę z tego, że jest kobietą z klasą.

– Sytuacja wymaga czegoś zupełnie innego. Skierowania cię na leczenie.

– Nie pierwszy raz to słyszę.

– I nie ostatni, zapewniam cię – powiedziała, znów rozglądając się za kimś z personelu medycznego. – Bo w tej chwili powinieneś być raczej przerażony, tymczasem robisz sobie żarty jakby nigdy nic.

– Przerażony czym?

– Forst…

– Nie pamiętam kilku ostatnich tygodni, to nic wielkiego – przerwał jej. – Hemingway, Bukowski, Chandler, Thompson i inni nie pamiętali pewnie o wiele dłuższych okresów. A mimo to zobacz, co po sobie pozostawili.

Przytrzymała jego wzrok, jakby spodziewała się, że sam zrozumie, w jak poważnej sytuacji się znalazł. Dziura w pamięci właściwie mogła oznaczać wszystko – szczególnie z punktu widzenia Wadryś-Hansen, która wiedziała doskonale, do czego zdolny jest Forst.

Było dla niego oczywiste, że Dominika obawia się najgorszego. Tyle że stanowiło to niewystarczający powód, by ot tak zostawiła pracę i dzieci i natychmiast przyjechała z Krakowa.

Potarł brodę, nie wyczuwając już prawie przesunięcia szczęki. Jeszcze niedawno przypominało mu to o wszystkim, co spotkało go, od kiedy Bestia z Giewontu zabiła pierwszą ofiarę. Teraz stanowiło już normalny stan rzeczy.

– Co tu robisz? – odezwał się, poważniejąc.

– Naprawdę musisz o to pytać?

– Nie przyjechałaś tylko po to, żeby sprawdzić, co ze mną. Nie jesteś z tych.

– A kim są owi „ci”?

– Ludźmi, którzy biorą urlop na żądanie z powodów osobistych.

Wadryś-Hansen nabrała tchu i się podniosła. Zbliżyła się do okna, wyjrzała na zewnątrz, a potem obróciła się w stronę Forsta.

– Jesteś tu w celach służbowych – rzucił. – Tyle jest dla mnie jasne.

Tym razem to ona nie odpowiadała.

– Więc może powiesz mi, o co chodzi? – dodał.

– To teraz nieistotne. Musisz skupić się na tym, żeby…

– Pamięć wróci albo nie – uciął. – Ostatecznie to tylko narzędzie do utrwalania złych zdarzeń.

– I do nauki na własnych błędach.

– W moim przypadku niespecjalnie, więc zostawmy mnie i zajmijmy się przyczyną twojej obecności.

Popatrzył na Wadryś-Hansen ponaglająco, choć wiedział, że nie będzie musiał już długo czekać na konkrety. Znał ją na tyle dobrze, by mieć pewność, że zjawiła się tu w jasno określonym, służbowym celu – i że zaraz mu go przedstawi.

Jakby na potwierdzenie tej myśli powiodła wzrokiem po innych pacjentach, a potem skinęła głową w stronę wyjścia.

Po chwili usiedli na krzesłach w korytarzu. Dominika sprawiała wrażenie nieco zakłopotanej, jakby niepewnej tego, czy rzeczywiście może odsunąć amnezję Forsta na drugi plan i przejść do rzeczy.

– Przypuszczam, że mamy trupa – odezwał się Wiktor.

Wadryś-Hansen pokiwała lekko głową.

– W górach?

– Tak.

– Gdzie konkretnie?

– Na Rysach – odparła, a potem głęboko nabrała tchu. – Dokładnie na słupku granicznym. Połowa ciała znajduje się po polskiej, połowa po słowackiej stronie.

– Kiedy go odnaleziono?

– Dwie i pół godziny temu.

Forst zerknął na niewielki zegarek na przegubie Dominiki. Dochodziła siódma, ruch na szlakach jeszcze na dobre się nie rozpoczął. Ci, którzy o tej porze znajdowali się w górnych partiach Tatr, byli na tyle odpowiedzialni, by nie alarmować mediów. Za kilka godzin sytuacja jednak zmieni się diametralnie.

– Wyjechałam od razu po tym, jak dostaliśmy informację – dodała Wadryś-Hansen.

– Spieszyło ci się.

– Trochę.

– A jednak najpierw przyjechałaś tutaj.

Patrzyła na niego o moment za długo.

– Musiałam sprawdzić, co z tobą.

– Częściowo ci wierzę – odparł, uśmiechając się blado. – A częściowo nie, bo za tą troską kryje się coś więcej.

Poczuł mrowienie na plecach. Powód, dla którego Dominika po drodze na miejsce zdarzenia zatrzymała się w szpitalu, mógł być tylko jeden.

– Znaleziono monetę? – odezwał się Wiktor.

– Tak.

Forst miał wrażenie, że nagle z ust i gardła znikła mu cała ślina. Kaszlnął nerwowo.

– Jaką?

– Zobaczymy na miejscu.

– My?

– Ze wszystkich oficerów policji to właśnie ty powinieneś być na miejscu.

– Nie jestem już…

– To teraz nieważne, Forst. Liczy się, że tylko ty możesz powiedzieć, czy to jego robota.

– Na to mogę odpowiedzieć już teraz: nie – zastrzegł stanowczo. – Bestia z Giewontu nie żyje. Skurwysyn spadł w przepaść.

– Nigdy nie odnaleźliśmy ciała.

– Bo w górach mają one to do siebie, że znikają. Rozkładają się, zostają zjedzone przez dzikie zwierzęta lub giną pod lawiniskami.

Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale najwyraźniej zamierzała występować w roli adwokata diabła. A może po prostu zachowywała otwarty umysł, jak przystało na dobrego śledczego? Jakkolwiek by było, Forst miał pewność, że człowiek, którego niegdyś ścigał, zmarł w Tatrach.

– To nie on – podkreślił. – Ktoś go kopiuje. I nie muszę ci chyba mówić, że to nie pierwszy raz.

– Sprawa z dziewczynami była inna. Chodziło o zbocza, jaskinie, teraz mamy sam szczyt, a w dodatku…

– Co?

– Jest wiadomość wycięta na ciele.

– Jaka?

Dominika wyciągnęła telefon i zerknęła na wyświetlacz. Forst przypuszczał, że widnieje na nim MMS od Osicy, który zapewne jako pierwszy skontaktował się z prokurator. I który musiał być już na Rysach.

– Revertar ad Ierusalem in misericordiis – odczytała Wadryś-Hansen.

Wiktor potarł nerwowo skronie. Słowa zadudniły mu w głowie z ogłuszającym echem. Powoli wybrzmiewało, ale Forst odniósł wrażenie, że nie zaniknie jeszcze przez długi czas.

– Wiesz, co to znaczy?

Podniósł się ostrożnie, jakby kręciło mu się w głowie.

– Aż za dobrze – odparł.

Zanim Dominika zdążyła o cokolwiek zapytać, ruszył z powrotem do sali. Wszedłszy do środka, podniósł leżący przy jego łóżku plecak i wyrzucił na pościel całą zawartość. Wśród śmieci, niedojedzonych batonów i pustych opakowań po gumach Big Red znajdowała się niewielka książka.

– Co to jest? – zapytała Wadryś-Hansen.

– Wszystko, co przy mnie znaleziono – odparł Forst, podając jej książeczkę. – A to Neowulgata. Zobacz, co jest zaznaczone żółtym zakreślaczem.

Otworzył w odpowiednim miejscu, a potem wskazał szesnasty wers w pierwszym rozdziale Księgi Zachariasza.

– Revertar ad Ierusalem in misericordiis – odczytała Dominika.

2

Z wypisaniem Forsta nie było najmniejszego problemu. Lekarze wprawdzie zaznaczyli, że przez jakiś czas ktoś powinien mieć na niego oko, a on sam musi zgłaszać się regularnie na kontrole, ale nie widzieli powodu, by zajmował jedno ze szpitalnych łóżek.

Niedługo po tym, jak Wiktor pokazał Wadryś-Hansen książeczkę z cytatem, opuścili gmach głównym wejściem. Dominika skinęła na niego i poprowadziła go w lewo, mimo że samochód zaparkowała po przeciwnej stronie.

– To nie może być przypadek – mruknął Forst.

Myślami musiał był gdzie indziej. W przeciwnym wypadku nie obwieszczałby jej tego, co zupełnie oczywiste.

– Te słowa nie różnią się nawet odmianą…

Spojrzał na nią, a ona uniosła pytająco brwi.

– Odmianą?

– Wszystkie łacińskie wersje Biblii różnią się pewnymi detalami – powiedział, potrząsając głową. – Właściwie nie zdarza się, żeby jakaś fraza brzmiała tak samo. To, co ktoś wyrył na ciele, i to, co miałem w plecaku, pochodzi z tego samego źródła. Nowej Wulgaty.

Dominika skinęła niepewnie głową.

– Promulgował ją Jan Paweł II w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych, nie pamiętam dokładnie – dodał Wiktor.

– I skąd wzięła się u ciebie w plecaku?

– Nie mam pojęcia.

– Nigdy wcześniej jej nie widziałeś?

– Tego konkretnego wydania nie – odparł, nagle się zatrzymując. Rozejrzał się i ściągnął brwi. – Twój samochód stoi po drugiej stronie.

– Nie idziemy do samochodu.

– A dokąd?

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Nie zamierzałeś chyba wchodzić na Rysy z naderwanym więzadłem?

– Dlaczego nie?

Pokręciła bezradnie głową, jakby miała do czynienia z młodym aplikantem prokuratorskim, a nie doświadczonym śledczym. Wskazała mu przyszpitalne lądowisko dla helikopterów, a Forst w mig zrozumiał, że tego dnia nie czeka go wspinaczka.

Ruszyli w stronę policyjnego śmigłowca, który od TOPR-owskiego Sokoła różnił się właściwie tylko barwami i wyposażeniem. Model był ten sam, co bynajmniej nie nastrajało optymistycznie Wadryś-Hansen. Miała w pamięci długą listę awarii i usterek, którym maszyny ulegały na przestrzeni lat.

Dostrzegłszy ją z oddali, pilot uruchomił wirnik. Płaty zaczęły leniwie się obracać.

– Pierwszy raz specjalnie po mnie przylatuje śmigło – zauważył Forst. – Pomijając pewien incydent na Solisku…

– Jest tu po mnie, ty zabierasz się przy okazji.

– Może nie powinienem.

– Dlaczego?

Zatrzymali się kawałek przed niebiesko-białą maszyną.

– Bo żadne z nas nie wie, co robiłem w ostatnim czasie. Ani jak trafiłem do szpitala.

– Znaleziono cię nieprzytomnego…

– Przy Wielkiej Krokwi – przerwał jej. – Tak, lekarze mi mówili. Ale co działo się ze mną wcześniej? Co robiłem? Gdzie byłem? Skąd ta Neowulgata?

– Sugerujesz, że mogłeś być w górach?

Wiktor odchrząknął niepewnie.

– To dość delikatny sposób, by zapytać, czy mam coś wspólnego z tym trupem na Rysach.

– A sądzisz, że masz?

Wzruszył ramionami, a Dominika głęboko nabrała tchu. Widziała, że chciał udzielić jej jednoznacznej odpowiedzi, ale nie mógł tego zrobić. Miał absolutną rację, na tym etapie wszystko było możliwe, a Forst nieraz udowodnił, że gotów jest posunąć się dalej, niż powinien.

Zbliżyła się do niego o krok i spojrzała mu głęboko w oczy.

– Wszystkiego się dowiemy – zapewniła.

– Właśnie tego się obawiam.

Pozwoliła sobie na niewyraźny uśmiech, a potem skinęła głową w stronę helikoptera. Po chwili oboje weszli na pokład po niewielkiej drabince, a jeden z policjantów zasunął za nimi boczne drzwi.

Wiktor zerknął kątem oka na nogę w ortezie, jakby żałował, że w ogóle zgodził się na jej unieruchomienie. Lekarze wprawdzie upierali się przy szynie, ale udało mu się przekonać ich, że nie jest konieczna.

Oboje założyli słuchawki, a Wadryś-Hansen znacząco wskazała mikrofon. Forst poprawił go, a potem przypiął się pasem.

– W plecaku miałem naręcze batonów – rozległ się głos Wiktora w słuchawkach. – Wystarczająco dużo, żeby nie paść po drodze na Rysy i z powrotem.

– Sprawdzimy twoje ubranie, buty i…

– Na to już za późno – zaoponował. – Jeśli nawet jakiś kamyk ze szczytu wszedł w podeszwę, do tej pory dawno nie ma po nim śladu.

– Są inne sposoby ustalenia, co się z tobą działo, Forst.

– Jakie?

– Dobrze wiesz jakie – odparła trochę głośniej. – Przepytanie turystów, pracowników TPN-u, sprawdzenie sygnału z twojej komórki i…

– I to wszystko wziąłbym pod uwagę, gdybym planował zabójstwo na Rysach.

Przez coraz szybciej obracające się płaty wirnika słyszała go nieco gorzej, ale ostatnie słowa wybrzmiały w jej uszach wyjątkowo donośnie.

– Naprawdę bierzesz pod uwagę, że możesz mieć z tym cokolwiek wspólnego?

– W jakimś sensie na pewno miałem. Te słowa nie pojawiły się na zwłokach przez przypadek.

– Może ścigałeś sprawcę – zauważyła. – Może prowadziłeś własne dochodzenie i trafiłeś na jakiś trop. W tej chwili możliwości jest zbyt wiele, żebyśmy postawili jakąkolwiek hipotezę.

Wiktor nie odpowiedział, a ona poczuła szarpnięcie, kiedy maszyna oderwała się od lądowiska. Szum zdawał się wszechogarniający i Dominika miała wrażenie, że słuchawki nie tłumią nawet połowy hałasu.

– Więc co proponujesz? – zapytał Forst.

– Skupić się na tym, co czeka na nas na Rysach. Wszystko inne to sprawa drugorzędna.

Przez chwilę przyglądał jej się uważnie, jakby zobaczył znajomą sprzed lat, ale nie potrafił stwierdzić, skąd tak naprawdę ją zna.

– Podeszłabyś do tego tak samo w przypadku kogoś innego? – odezwał się.

– Co masz na myśli?

– To, że powinnaś traktować mnie jak potencjalnego sprawcę.

– Już raz to zrobiłam – odparła nieco za cicho. – I pamiętasz chyba, jak to się skończyło.

– Aż za dobrze.

– Ja też. A nie należę do osób, które popełniają ten sam błąd dwa razy.

Nie wyglądał na przekonanego, a Wadryś-Hansen to specjalnie nie dziwiło. Nie od dziś oczywiste było dla niej, że największym krytykiem Wiktora Forsta jest sam Wiktor Forst. Nie było drugiego takiego człowieka, który postrzegałby go równie niekorzystnie – choć przeciwników i krytyków bynajmniej mu nie brakowało.

– Zajmijmy się tym, co możemy ustalić – dodała. – Przynajmniej na razie.

– W porządku.

– Wiesz, co znaczą te słowa z Neowulgaty?

Forst przysunął mikrofon do ust i pochylił się lekko, kiedy śmigłowiec wykonywał zwrot w kierunku górujących nad Zakopanem pasm.

– A ty nie? – zapytał.

– Nie.

– Za rzadko bywasz w kościele.

– A ty zbyt często, skoro kojarzysz łaciński przekład Biblii.

– Sprawdziłem to, jak tylko znalazłem tę książkę w plecaku.

– I czego się dowiedziałeś?

– Że to fragment Księgi Zachariasza, który w tłumaczeniu z Biblii Tysiąclecia brzmi: „Ze zmiłowaniem wracam do Jeruzalem”.

Wadryś-Hansen czekała na więcej, ale najwyraźniej było to wszystko, co Wiktor miał do powiedzenia.

– Tylko tyle?

– W krótkim przekazie zazwyczaj jest najwięcej treści – odparł, spoglądając w kierunku trzech członków załogi siedzących w kokpicie. Zadawali się zupełnie pochłonięci swoimi sprawami. – Jak w przypadku Hemingwaya.

– Znowu do niego wracasz?

– Tak. Grupa kumpli podjudzała go kiedyś do stworzenia najkrótszego opowiadania w historii literatury. Przyjął wyzwanie i napisał je w formie ogłoszenia w gazecie. „Na sprzedaż: para bucików dziecięcych. Nigdy nienoszonych”.

Dominika uniosła wzrok.

– To rzekomo nie on był autorem – zauważyła. – Ale mniejsza z Ernestem, wróćmy do Zachariasza.

Forst sięgnął do kieszeni i wyjął paczkę big redów. Wadryś-Hansen pokręciła głową, a on złożył jeden z listków na pół i wrzucił do ust jak tabletkę na migrenę.

– To część wizji o odnowie Izraela – podjął. – Ten fragment jest zapowiedzią, którą anioł skierował do proroka.

– Zapowiedzią czego?

– Wybaczenia. Bóg zapewniał, że to koniec okresu gniewu, że wraca, by wybaczyć. Generalnie chodziło o nowy początek, nadejście nowej ery i duże zmiany.

Gdyby ktokolwiek inny przedstawił jej te wyjaśnienia, słuchałaby ich z podejrzliwością. Forst mówił bowiem, jakby był gruntownie zaznajomiony z tematem. Po raz kolejny jednak Dominika powtórzyła sobie w duchu, że powinna trzymać typowe zapędy śledczego na wodzy – jeśli kogoś mogła wyjąć z kręgu podejrzeń, to właśnie Wiktora.

– Więc zabójca chce nam powiedzieć, że to nowy początek – odezwała się.

– Chodzi raczej o ten pierwszy wątek.

– Czyli?

– Że wrócił.

Wadryś-Hansen jednak sięgnęła po gumę. Poczuła w ustach cynamonowy smak, który znikł niemal natychmiast.

– Nie zabrzmiało to najlepiej – odezwała się po chwili.

– Bo sytuacja nie jest najlepsza – odburknął Forst, wyglądając w stronę zasnutych chmurami szczytów. – Kto znalazł ofiarę?

– Dwójka słowackich fotografów, którzy nocowali na Buli pod Rysami. Z samego rana weszli na szczyt i zadzwonili do Horskej Záchrannej Služby. Stamtąd informacja dotarła do TOPR-u, a potem na Jagiellońską.

– Słowacy ruszali trupa? Sprawdzali puls?

– Twierdzą, że nie.

– Normalnie powiedziałbym, że ufam im jak przypadkowemu fryzjerowi, u którego znalazłem się po raz pierwszy, ale…

– Ty nie ufasz żadnej innej nacji, Forst.

– Nie bez powodu – zastrzegł. – Nasza historia jest bogata w zagraniczne zdrady.

– Tak czy inaczej, w tym wypadku Słowakom można wierzyć. Widok musiał mówić sam za siebie.

Mimo woli wyobraziła sobie, jak dwójka fotografów o poranku odkrywa rozciągnięte na szczycie, zakrwawione ciało. Dominika miała tylko nadzieję, że nie sięgnęli po aparaty, bo ostatnim, czego teraz potrzebowała, byłby wybuch paniki w górach.

Helikopter przemknął nad Antałówką i skierował się ku Nosalowi. Wadryś-Hansen przez moment zawieszała wzrok na widocznej po prawej skoczni, która w lecie zdawała się chować w zalesionych stokach. Gdzieś poniżej kilka godzin wcześniej przypadkowi turyści odnaleźli Forsta. Nieprzytomnego, rannego i bez dokumentów.

Prokurator oderwała wzrok od wzniesień i spojrzała na Wiktora. Zdawał się zupełnie nie przejmować dziurą w pamięci. Nic nowego, uznała w duchu Dominika.

– Cała ta sprawa z dziewczynami Bałajewa mogła wywołać wilka z lasu – odezwała się.

– Hm?

– Naśladowcę – sprecyzowała Wadryś-Hansen. – Możliwe, że od pewnego czasu przymierzał się do skopiowania modus operandi Bestii, ale potrzebował katalizatora.

– I myślisz, że tamte dziewczyny mogły nim być?

– Dlaczego nie? Jeśli chciał kopiować Bestię, musiał kierować się jakąś chorą ambicją. Mogła zostać urażona tym, że ktoś inny próbował robić to samo.

– Tyle że nikt nie próbował.

– Wtedy nie – zauważyła Dominika. – Teraz być może tak.

Forst nie skomentował, ale właściwie nie musiał. Pojawienie się kopisty było najbardziej logicznym założeniem.

– Dla naśladowcy to wprost idealna sytuacja – ciągnęła Wadryś-Hansen. – Ciała Bestii nie odnaleziono, modus jest stosunkowo łatwy do powtórzenia, klucz doboru ofiar może być niemalże przypadkowy. Zupełnie jak z Kubą Rozpruwaczem.

Wiktor spojrzał na nią bez przekonania.

– Nie mów, że jesteś jednym z tych, którzy łudzą się, że to był jeden człowiek – mruknęła.

– Nie. W tym wypadku z pewnością działali imitatorzy.

– Jak Derek Brown, który sto dwadzieścia lat później atakował identycznie jak rzekomy Rozpruwacz – odparła, znów wyglądając za okno. – Ale to nieodosobniony przypadek. Weź Heriberta Sedę, który kopiował nigdy niezidentyfikowanego Zodiaka dwadzieścia lat po oryginalnych zabójstwach. Albo zabójstwa tylenolem w Chicago na początku lat osiemdziesiątych. Nie wspominając już o…

– Breaking Bad?

Dominika zmarszczyła czoło.

– Jason Hurt, fan serialu ze stanu Waszyngton, rozpuścił ciało swojej ofiary w kwasie siarkowym – wyjaśnił Wiktor.

Wadryś-Hansen wciąż milczała, kiwając się na boki wraz z maszyną.

– Naprawdę ze wszystkich seriali oglądałaś tylko Downton Abbey?

– To jedna teoria.

– A jaka jest druga?

– Taka, że na żywo naoglądałam się za dużo rozpuszczanych w wannach zwłok, by jeszcze chcieć przyglądać się,

jak ktoś robi to na ekranie. Nawet jeśli tym kimś jest Bryan Cranston.

Forst uśmiechnął się półgębkiem.

– W tym wypadku ci to nie grozi – rzekł. – Nie licząc kilku brakujących centymetrów naskórka, ciało z pewnością jest nietknięte.

Dominika musiała przyznać mu rację. Przypuszczała, że nie ruszył go nawet żaden z techników i policjantów, bo wszyscy czekali, aż ona zjawi się na miejscu. Ich cierpliwość z pewnością była na wyczerpaniu, a wierzchołek Rysów musiał być już oblężony przez ludzi chcących rozpocząć czynności na miejscu zdarzenia. Piloci zdawali się mieć tego świadomość, bo gnali jak na złamanie karku.

A przynajmniej takie wrażenie odnosiła prokurator, słysząc niemal przedagonalne wycie silnika. Maszyna nie wzbudzała jej zaufania, ale z pewnością można było na niej polegać bardziej niż na Kaniach, którymi do niedawna dysponowała Komenda Wojewódzka Policji w Krakowie.

Przez moment Dominika zastanawiała się nad tym, jak cały korowód techników, policjantów i śledczych dostał się o poranku na najwyższy szczyt w polskich Tatrach. Na przelot nie mogli liczyć, zostawała im wspinaczka po skałach, jeszcze mokrych i śliskich od osiadającej mgły.

Kiedy policyjny Sokół minął Czarny Staw pod Rysami, spodziewała się zobaczyć na szczycie liczną grupę zniecierpliwionych i przemoczonych osób. Tymczasem nie dostrzegła żywej duszy.

Na Rysach nikogo nie było. Nikogo oprócz ułożonej na słupku granicznym ofiary.

– Co to ma znaczyć? – rzucił Forst, odpinając pas. – Gdzie oni wszyscy są?

Wadryś-Hansen nie odpowiedziała, a helikopter obniżył lot, podchodząc powoli do lądowania na Buli pod Rysami.

3

Odpiąwszy rzepy ortezy, Forst odrzucił ją na bok, a potem wyszedł ze śmigłowca. Nie miał zamiaru tracić czasu, a unieruchomiony staw kolanowy znacznie wydłużyłby wejście na szczyt.

Dominika opuściła pokład tuż po nim, zabierając ze sobą usztywniacz.

– Załatwisz to kolano – powiedziała, idąc za nim.

– Będę uważał.

– W jaki sposób?

– Opracuję go po drodze – odparł Wiktor, kierując się w stronę Kotła pod Rysami.

– To pięćset metrów w górę, Forst.

– Dam radę.

– Posłuchaj…

– Od grzędy na szczyt praktycznie cały czas jest żelastwo. Będę się podciągać.

Obawiał się, że będzie oponowała jeszcze przez jakiś czas, ale najwyraźniej poznała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że na nic się to nie zda. Wiktor zdawał sobie sprawę, co ryzykuje. W tej chwili uszkodzenie więzadła nie było poważne, ale po wejściu na szczyt raczej nie będzie mógł powiedzieć tego samego. Ostatecznie mogło to skończyć się operacją, ale w tej chwili była to perspektywa na tyle odległa, że Forst nie miał zamiaru jej rozważać.

Śmigłowiec mógłby wprawdzie opuścić ich na szczyt, ale wiatr wciąż się wzmagał, teraz porywy osiągały już ponad dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę i nie było sensu ryzykować.

Po drodze, zmagając się z zacinającym deszczem, Dominika próbowała dodzwonić się do Osicy. Komendant jednak albo miał wyłączony telefon, albo znajdował się w miejscu, gdzie góry zakłócały działanie sieci.

Wadryś-Hansen i Forst powoli wspinali się zakosami w kierunku szczytu. Otaczała ich sceneria wysokogórska, roślinność na tej wysokości ustępowała miejsca skalistemu krajobrazowi. W ocienionych okolicach Buli leżały płaty śniegu, a deszcz zelżał – lekka mżawka sprawiała jednak, że okoliczne szczyty robiły upiorne wrażenie. Strome urwiska i strzeliste wierzchołki, jak znajdujący się po prawej Żabi Koń, przypominały Forstowi o tym, jak wiele przeżył w górach – i jak niewiele brakowało, by te nie pozwoliły mu wrócić.

Po kamiennych chodnikach, gruzowiskach, głazach i skalnych półkach weszli na grań w niecałą godzinę. Wiktor uznał to za dobry wynik, biorąc pod uwagę warunki pogodowe i jego ograniczenia.

Na półce skalnej, od której w normalnych okolicznościach o tej porze zaczynałyby się kolejki przed końcowym podejściem po łańcuchach, obydwoje słyszeli już podniesione głosy dochodzące z góry. Nie ulegało wątpliwości, że w jakiś sposób pojawiła się tam spora grupa osób.

A tym, który mówił najgłośniej, był niedawno powołany komendant rejonowy policji z Zakopanego.

Ledwo Wiktor pokonał ostatni odcinek i znalazł się na szczycie, Edmund Osica wbił w niego pełne zdziwienia spojrzenie.

– Forst, do kurwy nędzy…

– Dzień dobry, panie inspektorze. Mnie również miło pana widzieć.

Edmund rozejrzał się i rozłożył bezradnie ręce.

– Tylko ciebie w tym całym cyrku brakowało – rzucił. – Na litość boską, powinieneś być w szpitalu.

– Wypuścili mnie, kiedy zorientowali się, że Dominika za mnie ręczy.

Osica skinął zdawkowo prokurator i zakaszlał chrapliwie. Wymierzył palcem w grupę mężczyzn stojących kawałek dalej, pogrążonych w rozmowie z paroma innymi osobami. Na szczycie panowała atmosfera wyraźnego napięcia i Wiktor odniósł wrażenie, że zebrani skupiają się bardziej na słownych utarczkach między sobą niż na zajęciu się pierwszymi czynnościami śledczymi.

Sprzęt techników kryminalistyki wciąż był nierozpakowany, nad ciałem nie rozstawiono namiotu, właściwie wszystko wskazywało na to, że nikt mu się jeszcze nawet nie przyjrzał.

– Co tu się dzieje? – zapytała Wadryś-Hansen.

– Bryndza – burknął Osica. – Zupełna bryndza.

Dominika zmarszczyła czoło, przypatrując się dyskutującym mężczyznom.

– Czeski film. Albo raczej słowacki – dodał Edmund i machnął nerwowo ręką w kierunku stojącej nieopodal grupy. – Ta banda sukinsynów uzurpuje sobie prawo do prowadzenia czynności. Ostatnie godziny spędziliśmy w Chacie pod Rysami, starając się do czegoś dojść.

A zatem tam wszyscy znikli. Forst przypuszczał, że zanim urządzili naradę w schronisku, na szczycie doszło do niemałych przepychanek. Posłał jednemu ze Słowaków długie spojrzenie, a potem wskazał wzrokiem ciało na słupku granicznym.

– Nikt nie zabezpieczył jeszcze śladów? – zapytał.

– Nie. Gdybyś był tu dwie godziny temu, zrozumiałbyś, z jakim burdelem miałem do czynienia. Jedni przekrzykiwali drugich, chcieli dobierać się do trupa i pakować rzeczy do worków. Zgoniłem całą tę trzodę na dół, żeby się z nimi rozmówić.

Wiktor skinął głową z uznaniem.

– Gdyby nie moje opanowanie, Forst, sami by podczas tych ekscesów pozacierali ślady. Specjaliści i profesjonaliści od siedmiu boleści.

– Nie wątpię, że był pan oazą spokoju.

– Żebyś wiedział, do cholery.

Osica sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wbiegł na szczyt. Oddychał ciężko, policzki miał zaczerwienione, a po czole spływały mu krople potu. Komendant otarł je wierzchnią stroną dłoni i zaklął pod nosem. Wskazał jednego ze Słowaków, który nie odrywał od nich spojrzenia.

– Ten Jožin z bažin twierdzi, że tu dowodzi.

– Obawiam się, panie inspektorze, że potwór z bagien był Czechem – zauważył Wiktor.

– Gówno mnie to obchodzi, Forst. Oni wszyscy są po jednych pieniądzach.

– Więc nie udało się dogadać?

– Ni cholery – odbąknął Edmund, kręcąc głową. – To jakiś kabaret.

Osica zaczął referować, jak przebiegały rozmowy między jedną a drugą stroną, ale Wiktor słuchał trzy po trzy. Skupiał się na Słowaku, który rzeczywiście zdawał się dowodzić grupą śledczych. Miał wąs przywodzący na myśl Toma Sellecka z Magnum, nosił softshellową, czerwono-czarną kurtkę marki Hi-Tec i górskie spodnie z Decathlonu, nic specjalnego. Wyglądałby jak przeciętny turysta, gdyby nie to, że wszyscy Słowacy zdawali się patrzeć właśnie na niego.

Osica nagle urwał i odchrząknął. Wiktor oderwał wzrok od śledczego po drugiej stronie granicy.

– Tylko spokojnie, Forst.

– Nic nie mówiłem.

– Nie, ale widzę, jak łypiesz.

– Nie łypię, panie inspektorze.

– Wręcz przeciwnie – uparł się Edmund, odwracając się w kierunku ciała. – Patrzysz, jakbyś zamierzał podbiec do truchła i przeciągnąć je na naszą stronę.

– Nie mogę biegać. Mam naderwane więzadło.

Osica skwitował to milczeniem, po czym sięgnął za pazuchę oficerskiej kurtki, by wyjąć papierosy. Zapalił chesterfielda i niepewnie potrząsnął paczką.

– Palisz? – spytał Forsta. – Czy przechodzisz kolejny krótki okres rozumności?

– Właściwie nie wiem.

– Dobra odpowiedź – mruknął komendant. – A co z heroiną?

– Taka sama sytuacja.

– Alkohol?

Wiktor wzruszył ramionami.

– Nie pamiętam ostatnich tygodni, panie inspektorze. Nie wiem, do których nałogów wróciłem, a do których nie.

Dominika zrobiła krok w ich kierunku, ściągając na siebie uwagę.

– W plecaku miał tylko big redy – odezwała się. – Ale może to nie najlepsza chwila na rozważanie takich spraw?

Osica zaciągnął się głęboko, zaniósł kaszlem, a potem wyrzucił papierosa w przepaść.

– Matko Boska, usiłuję tylko odreagować ostatnie godziny – powiedział cicho. – Ale oczywiście, wracajmy do dalszych przepychanek. W końcu bez tego praca śledczych byłaby niepełna, prawda?

Forst i Dominika wymienili się krótkimi spojrzeniami.

– Miałam raczej na myśli, że pora się dogadać.

– Z tymi knedlami? Niech mi pani wierzy, że próbowałem na każdy sposób.

– Ciało jednak znajduje się na granicy.

– Ni mniej, ni więcej – potwierdził Edmund. – Sytuacja stała się tak absurdalna, że próbowaliśmy dojść, po której stronie jest więcej trupa. I nic. Zdaje się ułożony dokładnie na środku. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie sprawdzić, gdzie spłynęło więcej krwi i…

– Z pewnością jakoś to rozwiążemy.

Forst nie przysłuchiwał się rozmowie. Zrobiwszy krok w kierunku słupka, starał się dostrzec monetę, która znajdowała się w szeroko otwartych ustach. Widział jedynie kawałek, ale nie ulegało wątpliwości, że to numizmat.

– Nie rób niczego głupiego, Forst.

Wiktor obejrzał się przez ramię na komendanta.

– Dlaczego nie? – spytał.

– Chryste na niebiosach…

– Twierdzi pan, że wszyscy od rana robią tu niezbyt mądre rzeczy.

– Ale nie przekroczyliśmy pewnej granicy.

– Jaka to granica?

– Taka, za którą czai się awantura dyplomatyczna – odparł Edmund, wyciągając kolejnego papierosa. – A jeśli co do czegokolwiek obie strony są zgodne, to do tego, że ingerencji polityków należy uniknąć za wszelką cenę.

Tym razem Wiktor poczęstował się chesterfieldem. Dominika podziękowała.

– Nie miałem zamiaru robić niczego lekkomyślnego – zapewnił Forst.

– Wątpię.

– Zna mnie pan dobrze, wie pan, że nigdy nie działam pochopnie.

Osica parsknął cicho.

– Wciąż jesteś dla mnie zagadką, Forst.

– I za to mnie pan ubóstwia.

Komendant udawał, że nie usłyszał tej uwagi.

– A najbardziej dziwi mnie twoje podejście do konsekwencji wszelkich działań – ciągnął Edmund. – Jesteś święcie przekonany, że gdybyś cofnął się w czasie, nieuchronnie zmieniłbyś bieg historii. Ale jednocześnie nie dopuszczasz, że to, co robisz teraz, wpływa na przyszłość.

Wiktor wzruszył ramionami.

– Nieważne – dodał inspektor z papierosem w ustach i zerknął na Dominikę. – Jak to, do cholery, wygląda od strony prawnej?

– Podróże w czasie? Nie są zakazane.

– Na litość boską…

Prokurator przyjęła przepraszający wyraz twarzy.

– Obowiązuje zasada terytorialności wynikająca z artykułu piątego Kodeksu karnego.

– Mhm.

Osica czekał na więcej, ale w tej sytuacji Wadryś-Hansen wyraźnie nie wiedziała, co powinna dodać. Założyła zapewne, że komendant zna wszystkie szczegóły – przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że jeśli ciało naprawdę znajduje się na granicy, nastąpił pat.

– To tyle ze strony prokuratury? Jak zawsze pomocni?

– Panie inspektorze…

Edmund uniósł dłonie.

– Nie potrzebuję żadnych tłumaczeń, jestem do takiego stanu rzeczy przyzwyczajony – rzucił nerwowo. – Chociaż podchodząc pod ten zasrany szczyt, spodziewałem się raczej spychologii stosowanej.

Forst przypuszczał, że w każdym innym przypadku oczekiwania Osicy okazałyby się zasadne. Polscy i słowaccy śledczy nie próbowaliby przejąć sprawy, ale wręcz odwrotnie, zrobiliby wszystko, by zrzucić ją na przeciwną stronę. Jeśli jednak rzeczywiście chodziło o Bestię z Giewontu, sprawa była bardziej skomplikowana.

Batalia jurysdykcyjna rozegrała się już wcześniej, kiedy wykryto przestępstwa po obu stronach granicy. Wtedy wprawdzie działano z przeświadczeniem, że sprawcą jest Polak, ale Słowacy niechętnie wycofali się ze śledztwa.

Teraz zamierzali sobie odbić. W dodatku obydwu stronom zależało na głośnym sukcesie – a nic nie rozbrzmi donioślej od informacji o ujęciu Bestii.

– W grę wchodzi międzynarodowe prawo karne – odezwała się Dominika. – Umowy wielostronne plus bilateralna polsko-słowacka o jurysdykcji, jeśli taką mamy zawartą.

– Nie jest tego pani pewna?

– To nie moja działka – odparła ciężko Wadryś-Hansen. – Ale jasne jest dla mnie, że ani jedni, ani drudzy nie mają prawa podejmować działań śledczych na terytorium innego państwa.

Edmund znów rozłożył ręce i przez moment trwał w takiej pozie, jakby czekał, aż zostanie ukrzyżowany.

– Więc co? My mamy badać połowę umarlaka po naszej stronie, a te śmierdzące gnoje tę drugą?

– Oczywiście, że nie.

– To co, do cholery, mamy robić?

Spokój w głosie prokurator kazał Forstowi sądzić, że Dominika wpadła już na jakieś rozwiązanie. Jakby na potwierdzenie jego myśli zmrużyła oczy, a potem bez słowa skierowała się w stronę granicy państwowej.

Wiktor i Osica ruszyli za nią, a Słowacy natychmiast wyszli im naprzeciw. Obydwie grupy zatrzymały się przed słupkiem i zaczęły mierzyć się wzrokiem. Mężczyzna w niewyszukanych turystycznych ubraniach wyszedł nieco przed szereg.

– Detektív oddelenia vrážd Gašpar Barát – odezwał się.

– Prokurator Dominika Wadryś-Hansen.

Uścisnęli sobie ręce, reszta zdawała się nawet nie mrugać. Polka zaproponowała przejście na angielski, ale jej odpowiednik po drugiej stronie wyraźnie nie radził sobie z tym językiem. Znacznie lepiej szło mu posługiwanie się łamanym polskim. Przez moment zapewniali się o wzajemnej woli współpracy, ale Forst skupiał się wyłącznie na ciele ofiary.

Łaciński napis był głęboki, wszystko wskazywało na to, że zabójca mozolnie i drobiazgowo go wykonywał. Litery były proste, nieposzarpane, jakby ich umieszczanie przychodziło z łatwością. W rzeczywistości sprawca musiał poświęcić temu sporo czasu.

Forst pochylił się lekko, by lepiej widzieć monetę w ustach. Była złota, nie przypominała żadnej z poprzednich. Z pewnością nie był to środek płatniczy ani żaden kolekcjonerski numizmat. Wyglądała raczej jak moneta okolicznościowa lub medal.

– I? – szepnął stojący za nim Osica.

Wiktor wyprostował się i odwrócił do dawnego przełożonego.

– Trudno cokolwiek dostrzec.

– To i tak pewien postęp.

Forst uniósł brwi.

– Przynajmniej nie pchasz łap do gęby truposza.

– Bo ostatnio nie skończyło się to najlepiej – odparł Wiktor, wodząc wzrokiem po metalowych pojemnikach przyniesionych przez techników. – Nie ma jeszcze całego sprzętu – zauważył.

– Ano nie. Nasi ludzie i TOPR-owcy taszczą dopiero resztę na górę. Ale nawet gdybyśmy mieli tu urządzenia pomiarowe do obrazowania w trójwymiarze, na nic się to nie zda. Te bydlaki nie pozwalają nawet zrobić zdjęć.

– My im również nie.

– Stajesz po stronie śmierdzieli, Forst?

– Nie czuję tu żadnego smrodu oprócz fekaliów z jelita grubego ofiary, panie inspektorze.

– Więc coś jest nie tak z twoim węchem. Ci ludzie pałaszują sery pleśniowe na dzień dobry, na jak się masz i na do widzenia. A skutek jaki jest, to każdy widzi. Spójrz na naszą prokurator.

Dominika rzeczywiście miała nietęgą minę, ale nie miało to nic wspólnego ze słowackim upodobaniem do nabiału pokrytego niebieskawym nalotem. Wyraźnie traciła cierpliwość, podczas gdy detektyw wydziału zabójstw zalewał ją nieprzerwanym strumieniem argumentów.

– Wystarczy – rzuciła w końcu, podnosząc rękę. – Chciałam załatwić to polubownie, ale skoro to niemożliwe, powiem wprost: to nasza sprawa.

– Przecież już tłumaczyłem…

– Oboje domyślamy się, kto może być sprawcą.

– Możliwe. Ale za wcześnie jeszcze…

– I oboje wiemy, skąd zabójca przyszedł.

– Tak?

– Oczywiście. Bez względu na to, czy to Bestia z Giewontu, czy naśladowca, wszedł od polskiej strony.

– Nawet jeśli, to bez znaczenia.

– Myli się pan – zaoponowała stanowczo Dominika.

– Ciało jest na granicy. Równo na granicy.

– Ale zabójca musiał działać po którejś ze stron – zauważyła, zbliżając się o krok. – A z punktu widzenia polskiego i międzynarodowego prawa to pierwsza przesłanka właściwości terytorialnej. Liczy się nie to, gdzie wystąpił skutek, ale to, gdzie doszło do działania lub zaniechania.

Zatoczyła ręką krąg pod polską częścią wierzchołka.

– A ono miało miejsce tu – dodała. – Dopiero potem sprawca ułożył ciało na samym szczycie.

– Nie ma pani pewności.

– Mam – odparła z lekko wyczuwalną satysfakcją w głosie. – Bo to właśnie po naszej stronie znajdują się ślady krwi.

Obejrzała się przez ramię i wskazała jeden z głazów przy szlaku. Kiedy Barát wytężał wzrok, Dominika natychmiast skinęła na dwóch techników stojących obok.

– Przejmujemy sprawę – rzuciła.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, mężczyźni chwycili zwłoki i natychmiast przesunęli je na polską stronę.

Mogli tym samym zatrzeć ślady, ale na tym etapie Dominika musiała uznać, że najważniejsze jest przełamanie pata. Sprawca mógł nadal być w górach – i zagrażać turystom, których na szlakach z każdą godziną będzie coraz więcej.

Kiedy ofiara znalazła się na polskiej części wierzchołka, prokurator odetchnęła z wyraźną ulgą. Forst wiedział doskonale dlaczego. W miejscu, które wskazała, nie było żadnego śladu – czerwień na skale pochodziła nie z krwi, ale z oznaczenia szlaku.

Słowacy uświadomili sobie to jednak o moment za późno.

– Właśnie zyskała sobie pani moją dozgonną sympatię – powiedział Osica.

Tego samego nie mogli powiedzieć zgromadzeni po drugiej stronie.

– Byłam przekonana, że już od dawna ją mam.

– Mniejsza z tym. Bierzmy się do roboty.

Forst przykucnął przy zwłokach, ale nie zdążył sprawdzić monety, gdyż jego uwagę ściągnęli wchodzący od polskiej strony technicy i TOPR-owcy. Jeden z mężczyzn w charakterystycznym polarze zatrzymał się jak rażony piorunem, wbijając wzrok w Wiktora.

Ratownik sprawiał wrażenie, jakby zobaczył ducha.

– Co pan tu robi? – spytał.

Forst niepewnie się podniósł.

– Znamy się?

– O tyle, o ile – odparł TOPR-owiec. – Spotkaliśmy się kilkanaście godzin temu w schronisku na Morskim Oku.

– Co takiego? Byłem… byłem w górach?

Ratownik przyjrzał mu się jeszcze uważniej.

– Wczoraj wieczorem. Nie pamięta pan?

Pytanie zdawało się osiąść nad szczytem jak ciemne chmury.

PRZEDTEM

Port lotniczy Alicante-Elche, Walencja

4

Przelot boeingiem 737-8AS z Modlina do Alicante trwał trzy godziny i dwadzieścia minut. Forst miał wystarczająco dużo czasu, by się rozmyślić – ale nawet gdyby to zrobił, byłoby już za późno, by zawrócić.

Gdzieś nad Morzem Liguryjskim, mniej więcej półtorej godziny po starcie, Wiktor zyskał pewność, że będzie żałował tej wyprawy.

Musiał się jednak na nią zdecydować. Klamka zapadła właściwie już w momencie, kiedy odebrał maila od Dolly. Wysyłając go, sama musiała doskonale zdawać sobie sprawę, że Wiktor wsiądzie w pierwszy samolot do Alicante.

Mimo to po opuszczeniu hali przylotów Forst nie dostrzegł nigdzie krótko ostrzyżonej trzydziestolatki, przywodzącej na myśl żeńską wersję Dolpha Lundgrena.

Ukradkowo powiódł wzrokiem po wszystkich, którzy czekali na podróżnych w długim korytarzu. Obawiał się, że nie tylko Dolly spodziewała się jego powrotu – ale dybiących na niego Rosjan także nigdzie nie dostrzegł.

Z pewnością jednak ruszą jego tropem, gdy tylko go wywęszą. Siergiej Wasiljewicz Bałajew za punkt honoru postawi sobie, by wymierzyć mu sprawiedliwość. Forst wprawdzie oszczędził mu życie, uciekając z rezydencji nieopodal Torrevieja, ale upokorzył mafijnego bossa jak nikt do tej pory. Ani Bałajew, ani jego partnerka, Jola Wajerska, nie zapomną o stratach, jakie przez niego ponieśli.

Forst opuścił lotnisko i nabrał głęboko tchu. Nie czuł jeszcze charakterystycznego, solnego zapachu, który wypełni jego nozdrza, kiedy tylko znajdzie się w pobliżu Torrevieja. Pamiętał go dobrze. A jeszcze bardziej zapadły mu w pamięci widoki nad Salinas.

Wzdrygnął się na samą myśl, że dobrowolnie tutaj wrócił.

Ale czy aby na pewno? Na dobrą sprawę nie miał innego wyjścia – wiadomość od Dolly była krótka, ale znacząca. Dziewczyna pytała, kim jest Olga Szrebska.

Oględne informacje mogła odnaleźć już na pierwszej stronie wyników w wyszukiwarce. Te bardziej szczegółowe wymagały tylko kilku kliknięć więcej. Postać dziennikarki NSI była dobrze znana opinii publicznej i chyba każdy portal w Polsce rozpisywał się na temat udziału Olgi w śledztwie Forsta, jej zaginięciu, porwaniu i śmierci.

Śmierci, na którą wciąż nie było dowodów. Ślady odkryte przez Wiktora w domu na obrzeżach Rabki-Zdroju dowodziły tylko, że Szrebska w pewnym momencie tam była. Wszystko inne znajdowało się w sferze domysłów – a przynajmniej tak powtarzał sobie Forst, zupełnie ignorując to, co usłyszał od Bestii z Giewontu.

Pamiętnego dnia na Orlej Perci zabójca przyznał się do zabicia Olgi. Ale Wiktor nigdy do końca w to nie uwierzył. Nie chciał wierzyć.

Dlaczego teraz, po tak długim czasie, o Szrebską pytała Dolly? Z pewnością nie po to, by dowiedzieć się tego, co łatwo mogła znaleźć w sieci. Pytanie w istocie powinno brzmieć: kim jest dla ciebie Olga Szrebska?

Na nie jednak Forst nie miał dobrej odpowiedzi.

Ruszył przed siebie, wypatrując taksówki bądź osób, które bez licencji czy zezwolenia woziły turystów do oddalonego o mniej więcej dziesięć kilometrów Alicante. Dostrzegłszy jednego z tych kierowców, natychmiast skierował się ku niemu.

– Torrevieja? – zapytał, skinąwszy głową do mężczyzny.

– Fifty euro.

– Thirty.

Kierowca zaśmiał się pobłażliwie.

– No, no, my friend. Fifty.

Wiktor wprawdzie nie musiał się targować, wciąż mając w zanadrzu pieniądze zarobione u Bałajewa, ale w końcu udało mu się zbić wyjściową stawkę o dziesięć euro. Na miejsce dotarł już po czterdziestu minutach, co było niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę, że autobusem jechałby godzinę dłużej.

Wysiadł przy oddziale banku, o którym w mailu pisała Dolly. To przy calle Ramon Galud miała znajdować się skrytka depozytowa – to, co było w środku, pozostawało jednak dla Forsta tajemnicą. Dziewczyna nie zdradziła tego w wiadomości, a na jego zwrotnego maila już nie odpowiedziała.

Przesadnie go to nie dziwiło. Większość czasu spędzała na jachtach z arabskimi magnatami, odcięta od świata. Skupiała się wyłącznie na pilnowaniu, by dziewczyny Bałajewa robiły to, za co płacono im niemałe pieniądze.

Forst był zdany na siebie, przynajmniej w tej chwili. Powiódł wzrokiem po froncie budynku, zastanawiając się, w jaki sposób dostać się do skrytki depozytowej. Zasady w tym banku były zapewne takie same jak w każdym innym – jeden kluczyk miał właściciel, drugi pracownik. Należało przedstawić jakiś dokument tożsamości, a potem udać się do niewielkiego pokoju, w którym klientowi zapewniano odpowiednią prywatność.

Wiktor wciągnął nosem powietrze, starając się zignorować słony zapach, który działał na niego alarmistycznie.

Wszedł do banku, skierował się do pierwszego wolnego stanowiska, a potem powitał pracownika zdawkowym uśmiechem.

Młody mężczyzna pod krawatem odpowiedział znacznie bardziej uprzejmym i lepiej wytrenowanym grymasem.

– Jak mogę pomóc? – zapytał.

– Mam tutaj coś do odebrania.

Pracownik skinął głową, czekając na więcej informacji. Blada skóra Forsta świadczyła jednoznacznie, że dopiero przyleciał i nie ma co liczyć na to, że stanie się stałym klientem.

– Znajoma zostawiła dla mnie przesyłkę w jednej ze skrytek.

– Mogę poprosić o numer, imię i nazwisko?

Wiktor podał to pierwsze, a potem się zawahał. Nie miał nawet pojęcia, jak dziewczyna miała na imię.

– Dolly – oznajmił.

– Słucham?

– Tak się nazywa.

Mężczyzna przez chwilę się zastanawiał, ale w jego oczach nie było cienia podejrzliwości. Musiał spotykać się ze znacznie dziwniejszymi przypadkami – tajemnicą poliszynela było, jak wielu Rosjan załatwia w okolicy szemrane interesy. A skrytki bankowe wciąż były idealnymi miejscami do przechowywania kruszców i twardej waluty z niepewnych źródeł.

– Dolly? – upewnił się pracownik.

Były komisarz pokiwał głową z powagą.

– Pańska godność?

– Wiktor Forst.

Mężczyzna wydał z siebie cichy pomruk, który trudno było rozszyfrować. Przez moment przesuwał nerwowo myszką po blacie, powodując tym samym nieprzyjemny dźwięk. W końcu oderwał wzrok od ekranu.

– Hm.

– Coś nie tak? – zapytał Wiktor.

– W przypadku skrytki, której numer pan podał, rzeczywiście jest dyspozycja wydania zawartości.

Oczywiście. Forst mógł spodziewać się, że Dolly nie ograniczyła się wyłącznie do wysłania maila. Musiała zadbać o to, by otrzymał zawartość.

– Świetnie – powiedział.

– Ale imię i nazwisko osoby upoważnionej się nie zgadza.

– Trudno.

Pracownik otworzył szeroko oczy.

– Słucham?

– Przecież nie przyszedłbym tu i nie podał tego numeru na chybił trafił, licząc na to, że akurat trafię w skrytkę, której zawartość ma być wydana, prawda?

– Tak, ale…

– Więc proszę mi tego nie komplikować. To ważne.

– Chciałbym pomóc, ale…

– Czas nagli.

– Ale zasady są zasadami – dokończył pracownik banku. – Niestety nie mogę ich w żaden sposób obejść. Gdyby był pan uprzejmy skontaktować się z właścicielem depozytu, znacznie ułatwiłoby to…

– Jest teraz niedostępny.

Mężczyzna przyjął najbardziej przepraszający wyraz twarzy, na jaki było go stać, ale na Oscara ani Emmy nie mógłby liczyć. Po chwilowym namyśle Wiktor uznał, że Dolly musiała wpaść na jakiegoś rodzaju zabezpieczenie – na tyle oczywiste, by Forst mógł je obejść, ale jednocześnie odpowiednio pewne, aby nie ryzykować, że ktoś inny uzyska dostęp do skrytki.

– W porządku… – mruknął. – Niech pan mi powie, jak bardzo się pomyliłem w imieniu i nazwisku?

Bankowiec nie kwapił się, by odpowiedzieć.

– Albo nie. Wie pan co, spróbujmy inaczej. Robert Krieger.

– Obawiam się, że…

– Wiktor Krieger Forst.

Rozmówca spojrzał na niego jak na idiotę, a potem lekko rozłożył ręce w bezradnym geście.

– Najlepiej będzie, jeśli porozmawia pan z deponentem.

– Mówiłem już, że jest nieosiągalny. A ja naprawdę muszę dostać się do tej skrytki.

Pracownik nie odpowiadał, zapewne zastanawiając się, czy aby nie trafił mu się kłopotliwy natręt. Forst planował zrobić wszystko, by mężczyzna chciał mieć go jak najszybciej z głowy, ale przypuszczał, że ostatecznie to nie wystarczy.

Jak Dolly mogła upewnić się, że tylko on będzie w stanie otworzyć skrytkę?

Wiktor zaczął przypominać sobie wszystkie rejsy na luksusowych jachtach, które odbyli. Podczas pierwszych właściwie nie nawiązywał z nią kontaktu. Dopiero po czasie uległ i stopniowo ucinał sobie z Dolly coraz dłuższe rozmowy. Pierwsza miała miejsce podczas rejsu z grupą portugalskich biznesmenów.

– Super bock – rzucił.

– Co proszę?

Najwyraźniej piwo, dzięki którym przełamali lody, nie było celnym strzałem. Forst pokręcił głową z irytacją.

– Red horse – spróbował jeszcze raz, tym razem wymieniając nazwę dubajskiego trunku, którym swojego czasu raczył się z Dolly w mesie.

Mimo woli przypomniał sobie rejsy po Zatoce Perskiej, kiedy wrócił do heroiny. Na samą myśl o strzykawce przeszły go dreszcze. Wyobraził sobie, jak zaciska opaskę na ramieniu, wypatruje coraz mniej widocznych żył, a potem wkłuwa się w jedną z nich.

– Naprawdę nie wiem, jak mógłbym panu pomóc – odezwał się niepewnie bankowiec.

– Niech mi pan po prostu powie, jak bardzo pomyliłem się w imieniu i nazwisku.

– Nie mogę tego zrobić.

– Brakuje drugiego imienia? Jakiegoś członu nazwiska?

Rozmówca milczał.

– Naprawdę wiele zależy od tego, czy dostanę się do tej skrytki, czy nie – dodał Forst.

Przypuszczał, że drugiej szansy mieć nie będzie. Mógł pozostać poza radarem Rosjan przez kilka, może kilkanaście godzin. Kontrolowali właściwie wszystko, co tutaj się działo, a obecność Wiktora z pewnością zostanie odnotowana. Na długo przed tym, jak Dolly wróci z zagranicy.

– Podał pan nieprawidłowe dane – oznajmił w końcu mężczyzna. – Tylko tyle mogę powiedzieć.

Wiktor jeszcze raz przywołał w pamięci wszystkie rejsy. Naraz jednak uświadomił sobie, że to błąd. Powinien skupić się na tym najważniejszym – tym, który wszystko zmienił. To w jego trakcie uratował jedną z dziewczyn, a potem wszystkie zaczęły darzyć go sympatią.

Robiły zakłady o to, która w końcu rozwiąże mu język. Odnosiły się do niego jak do dobroczyńcy. Plotkowały na jego temat i…

I porównywały go jednego z polskich aktorów, o czym Dolly powiedziała mu podczas tamtego pamiętnego rejsu.

Wiktor uśmiechnął się pod nosem.

– Piotr Stramowski – powiedział.

Lekki uśmiech na twarzy mężczyzny kazał Forstowi sądzić, że trafił. Przez moment obawiał się, że bankowiec poprosi o dokument tożsamości, ale ten zamiast tego podniósł się i wskazał korytarz.

– Proszę tędy.

– Nie potrzebuje pan dowodu? Paszportu?

– Dyspozycja mówi jasno, aby tego nie wymagać.

Ton głosu pracownika świadczył o tym, że nie spodziewa się, by w skrytce znajdowało się cokolwiek wartościowego. Mimo to, kiedy wprowadził Wiktora do niewielkiego pokoju i położył na stole kasetkę, odwrócił wzrok, jakby był niegodzien choćby krótkiego zerknięcia. Przekręcił kluczyk, a potem oddalił się bez słowa.

Forst dotknął wieka i przez chwilę trwał w bezruchu. Potem potrząsnął głową i podniósł je. W środku rzeczywiście nie znajdowało się nic, co wymagałoby przesadnej ochrony. Jedynym przedmiotem była złożona wpół kartka.

Wiktor sięgnął po nią drżącą ręką. Czuł się, jakby był na heroinowym głodzie – nie tylko dlatego, że od dawna nie dał sobie w żyłę.

Rozłożył kartkę, spodziewając się listu od Dolly. Szybko przekonał się, jak bardzo się mylił.

Na nieskazitelnie białym papierze znajdowały się jedynie dwa napisy.

José Martínez. Ruiz Azorín.

Forst zaklął pod nosem. Imiona ani nazwiska nic mu nie mówiły. Spojrzał do środka kasetki, szukając drugiego dna, ale od razu wiedział, że to bezcelowe. Nic więcej na niego nie czekało.