Zemsta kobiet - Marcin Brzostowski - ebook
Opis

Zemsta kobiet” – to mini-powieść (kryminał), której główny bohater, inspektor Franco Fog, ma za zadanie rozwiązać zagadkę dotyczącą zniknięcia kilku osób. Aby to uczynić, musi wniknąć w świat podejrzanych lokali, w których roi się od upadłych kobiet, striptizerów czy też handlarzy bronią. Gdy życie uczuciowe pana inspektora zacznie przypominać romans z filmu „Casablanca”, a faszyści z Warszawy okażą się nie tymi, za których się podają, do akcji wkroczą pałające żądzą odwetu feministki. Czym skończy się dla Franco Foga spotkanie z niedocenianym przeciwnikiem, niech przekona się sam Czytelnik.

Marcin Brzostowski (ur. 1969) – autor powieści „Pozytywnie nieobliczalni”, „Radio miłość nadaje!”, „I tak skończymy w więzieniu! czyli Tryptyk Polski (bez trzeciej części)”, „Podpalę wasze serca!”; zbioru miniatur „Szach-Mat! czyli Szafa wychodzi, ja zostaję” oraz tomiku poezji „Teraz dni pachną kawą”. Laureat konkursu Ad Absurdum zorganizowanego przez wydawnictwo Indigo. Fragment nagrodzonego tekstu został opublikowany w książce „Śmiertelnie absurdalne zebranie, edycja 2007/08”.

Strona autora: www.brzostowski.org

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marcin Brzostowski

Zemsta kobiet

© Copyright by Marcin Brzostowski & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Marcin Brzostowski

ISBN 978-83-63080-78-5

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wszelkie podobieństwo bohaterów tej książki

do jakichkolwiek osób jest przypadkowe

i nie zamierzone przez autora

Mieszkanie Franco Foga,

sobota, godzina 6.30

Inspektor Franco Fog położył się na kanapie w salonie jakieś trzy godziny temu i, nie wiedząc kiedy, zasnął. Sen należał mu się jak mało komu, gdyż od trzech dni i nocy nieprzerwanie ścigał zabójcę lub zabójców znanego transwestyty, Jean-Pierre’a. Ciało denata, pomimo usilnych starań policji, odnaleziono dopiero dzisiaj w nocy w miejskim zoo, na wybiegu dla lwów. Jak się nietrudno domyślić, Jean–Pierre nie przypominał już ani trochę tego pięknego chłopca, za którym szalała połowa Rady Ministrów, męska kadra narodowa badmintonistów, a nawet słynny prezenter telewizji śniadaniowej, Roman Chrząszcz, zwany Całuśnym Romkiem. Od wielu dni mieszkańców Warszawy paraliżował strach, a ci, którzy potrafili zachować zimną krew, ściskali kciuki za powodzenie działań policji. Transwestyta Jean–Pierre nie był bowiem jedyną ofiarą bezimiennej bestii, która urządziła polowanie w mieście. Na liście ofiar figurowali także parlamentarzysta Drabik, striptizer Kolorowy oraz minister przemysłu średniolekkiego Kuszaty. Ich ciał, ku zdumieniu opinii publicznej, do tej pory nie odnaleziono, a jedynym dowodem na to, że bestia pożarła ofiary, były ukazujące się w kobiecej prasie lakoniczne nekrologi informujące o śmierci wyżej wymienionych osób, sygnowane tajemniczym podpisem „KMW”.

Na czele grupy pościgowej, powołanej przez Komendanta Głównego Policji, stanął inspektor Franco Fog, a ściślej rzecz ujmując, Inspektor Policji Konnej Franco Fog. Według oficjalnej wersji wydziału prasowego Komendy Głównej Policji pan inspektor nie dosiadał już konia od wielu lat i pracował w wydziale zabójstw. Jednak po mieście krążyła plotka, zgodnie z którą ten czterdziestokilkuletni stróż prawa nie pogodził się z nagłym przeniesieniem służbowym sprzed lat i nadal patroluje konno najniebezpieczniejsze zakamarki stolicy. Jego partnerką w tym procederze była podobno klacz niepośledniej urody, Weronika Blanka, z którą żył na kocią łapę jeszcze przed feralnym przeniesieniem. Co było z tego prawdą a co nie, wiedział jedynie Franco Fog, który, pogrążony we śnie, wydawał z siebie dziwne dźwięki, przypominające rżenie konia. Pomiędzy nierównymi i nerwowymi chrapnięciami do jego uszu zaczął nagle dobiegać znajomy głos. Pan inspektor zarejestrował to wydarzenie, dokonał szybkiej analizy przeciwnika i w jednej chwili otworzył oczy. Jeszcze zaspany, nie rozpoznał osoby gościa i wyrzucił z siebie to, co zawsze zwykł mówić po przebudzeniu:

– Kotku! Gdzie jest moja kawa?

– Jaka kawa, ćwoku? Obudź się!

– Tylko nie ćwoku! – Mężczyzna odruchowo sięgnął po broń.

– Dobrze, już dobrze. Tylko się obudź!

Wyrwany ze snu stróż prawa schował pistolet do kabury, przetarł oczy i zapytał zdziwionym głosem:

– Luigi, to ty?

– Jasne, że to ja!

– A dałbym sobie głowę uciąć, że ostatnio widziałem tu tę słodką Marię.

– Masz na myśli tę telegrafistkę z KGB?

– Ciszej Luigi! Ściany mają uszy!

– To było tydzień temu, Sherlocku.

– Poważnie?

– Tak. Ty już naprawdę nie powinieneś pić, przyjacielu.

Strapiony Franco Fog usiadł na kanapie, przejechał dłonią po kilkudniowym zaroście i zwrócił się do rozmówcy:

– Ty drżysz, Luigi, czy to tylko zwyczajne omamy?

– Nie jest dobrze – rudy pers zaczął się trząść na dobre. – Chyba wdepnąłem w niezłe gówno.

– A mówiłem ci tyle razy, żebyś się ustatkował i zaczął prowadzać z jakąś porządną dziewczyną.

– I kto to mówi! – kot aż się złapał pod boki. – Zresztą tu nie chodzi o żaden nieszczęśliwy romans ani o zdradzonego męża, żądnego rewanżu!

– W takim razie, o co?

– Odnoszę wrażenie, że dzięki mojemu łakomstwu pokrzyżowałem komuś plany. I to najprawdopodobniej plany zniszczenia naszego miasta!

Zaskoczony stróż prawa podniósł się z kanapy i, nie śpiesząc się, ruszył w stronę potężnego globusa, w którym umiejscowiony był barek. Zdawał sobie sprawę z tego, że jedynie poranna szklaneczka whisky może ukoić narastający z każdą chwilą ból pleców oraz pozwoli wprowadzić umysł na wyższe obroty. Po chwili zastanowienia zdecydował się naruszyć azjatycką część sezamu i wyjął z jego wnętrza nie napoczętą jeszcze butelkę Johnnie Walkera, w wersji Black. Przekręcił zakrętkę i nalał do szklanki ciemnozłocisty płyn. Na jego twarzy natychmiast pojawił się szelmowski uśmieszek, którym mógłby obdarować niejedną starą pannę pogrążoną w odmętach dziewictwa. Kiedy poczuł, że alkohol zaczyna rozgrzewać jego zbolałe ciało, zwrócił się do przyjaciela:

– A może ty też chlapniesz coś na dobry początek dnia?

– Nie mogę.

– Jak to nie możesz?

– Ty już naprawdę niczego nie pamiętasz?

– Szczerze mówiąc, to nie za bardzo.

– Przecież jestem zaszyty, Sherlocku! A poza tym przysięgałem Najświętszej Panience, że przez rok nie wezmę wódy do ust.

– Współczuję, Luigi – Franco Fog pociągnął kolejny łyk whisky. – W takim razie opowiadaj, w co tym razem się wpakowałeś!

Przerażony kot wskoczył na parapet, zlustrował otoczenie za oknem i zaczął opowiadać przedziwną historię. Zgodnie z tym, co zeznał, należałoby wnosić, że kilka minut temu nażarł się jakiejś nieznanej, święcącej substancji, którą znalazł we wnętrzu furgonetki zaparkowanej pod ich domem. Kiedy wyskakiwał z samochodu, drogę zagrodziło mu kilku osiłków w czarnych uniformach i zażądało natychmiastowego zwrotu świecącego proszku. Luigi ani myślał podejmować z nimi jakąkolwiek konwersację i czym prędzej salwował się ucieczką. Wykazał się jednak przy tym absolutnym brakiem rozsądku, gdyż zamiast popędzić w stronę parku albo ulicy, od razu skierował łapki w kierunku domowych pieleszy, wskazując tym samym napastnikom właściwy trop. Dlatego siedział teraz skulony przy oknie, cały drżał i nie przypominał w niczym pewnego siebie kota, jakim był na co dzień.

Franco Fog wysłuchał w skupieniu opowieści przyjaciela, podszedł do okna i głaszcząc Luigiego po grzbiecie, zawyrokował:

– Nie wiem, czego się nażarłeś i kim są ci ludzie, ale jednego możesz być pewien. To jest mieszkanie oficera policji i nic ci tu nie grozi. W porządku?

– Ale ci kolesie nie wyglądali na chłopców na posyłki. Uwierz mi!

– To jest nieważne. Przecież wiem, co mówię!

Przekonany o słuszności swoich poglądów, stróż prawa pstryknął kota w ucho i ruszył w kierunku barku, aby napełnić szklaneczkę. Zanim jednak do niego dotarł, do mieszkania, razem z drzwiami, wpadło kilku ubranych na czarno mężczyzn, którzy stanęli pośrodku salonu i skierowali lufy swoich kałasznikowów w stronę domowników. Po chwili najniższy z nich zbliżył się do Franco Foga i powiedział:

– Znamy cię glino z telewizji. Dlatego nie próbuj uskuteczniać tych swoich tanich sztuczek.

– Co masz na myśli, amigo?

– Chiromancję, wróżenie z fusów i tym podobne duperele.

– OK. A z kim mam wątpliwą przyjemność powitać nowy dzień?

– Jestem Hans Kluge! – mężczyzna o szczurowatej twarzy strzelił obcasami. – Sturmbanfuhrer Kluge!

– Co cię do mnie sprowadza, Herr Kluge?

– Twój kot pożarł nasz uran i żądamy jego natychmiastowego zwrotu!

– A po co ci uran, przyjacielu?

– To akurat jest proste. Nasza tajna, faszystowska organizacja postanowiła zaznaczyć swoją obecność w świadomości aryjskiej części społeczeństwa poprzez perfekcyjne przygotowanie oraz wykonanie planu „Adolf in the Sky of Diamonds”. Celem powyższego przedsięwzięcia jest detonacja bomby atomowej w miejskim parku, w centrum Warszawy.

– Rozumiem. A nie możecie tego zrobić bez uranu?

– Niestety, nie. Instrukcja budowy taniej, domowej bomby atomowej wyraźnie wskazuje, że uran jest do tego niezbędny. A w chwili obecnej nasz uran znajduje się w brzuchu twojego kota.

– Poważnie?

– Nie udawaj, Fog! Wiemy, że twój kot pożarł uran! Dlatego albo oddasz go w nasze ręce, albo zrobimy tu za chwilę prawdziwą jatkę! Wybieraj!

Postawiony do tablicy pan inspektor szybko pojął, że ma do czynienia z bandą obłąkanych i dobrze uzbrojonych narwańców, a jego obowiązkiem jest udaremnienie próby planowanego zamachu terrorystycznego oraz wyciągnięcie z tarapatów jedynego przyjaciela, Luigiego. Zdawał też sobie sprawę z tego, że rudy pers jest jedyną, namacalną pamiątką po jego burzliwym związku z Weroniką Blanką i nie może pozwolić na to, aby grupka niezrównoważonych emocjonalnie faszystów zszargała jego świętość. Kiedy poczuł w sercu słodkie ukłucie adrenaliny, wyszedł na środek salonu i, wskazując ręką dziurę po drzwiach, zawołał:

– O, ptaszek! I to jaki wielki!

Na