Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ze śmiercią w tle. Opowiadania - Marian Kowalski

Opowiadania Mariana Kowalskiego "Ze śmiercią w tle" to zbiór czternastu zaskakujących historii, w których niemałą rolę odgrywa właśnie śmierć.

1. Pisarz. W kawiarni ośrodka SPA na Wybrzeżu pisarz jest świadkiem wynoszenia  z pokoju zwłok. Snuje domysły, rozwija wątki do swego kolejnego utworu. Jest to właściwie prześmiewcze motto zbioru.

2. Nad Zatoką Śpiącego Suma. Kapitan powraca z długiego rejsu. Podczas jego nieobecności w domu jak i w kraju zaszły poważne zmiany. Żona zamieszana jest w romans z Rosjaninem, który w niewyjaśnionych okolicznościach zostaje zamordowany. W trakcie dochodzenia kapitan podejmuje decyzje – ucieka na statek, azyl rozczarowanego mężczyzny.

3. Gruba mewa. Marynarza niepokoi obecność mew nad statkiem, szczególnie jednej – wyjątkowo dużej. Jest przerażony wizją topielców za burtą, na których oczy błyszczące jak rybie łuski opadają mewy, wydziobują. Jednak nie potrafi oprzeć się magii morza, które go przyciąga. Kiedy znajduje się za burtą – kołuje nad nim gruba mewa.

4.Alarm. Świetnie bawiąca się grupa mężczyzn w tzw. „Brudnym Wacku”, czyli na zapleczu kuchni statku, znajduje obiekt do żartów – jarzynowego, młodego pomocnika kucharza. Ten, by udowodnić, że jest godnym partnerem dla wilków morskich, wchodzi na tzw. bosmańską ławę wiszącą za burtą. Kiedy spada – okazuje się, że wilki morskie nie potrafią przyjść mu z pomocą.

4. Kuduo. Na statek stojący na redzie Lagos wchodzi handlarz pamiątkami z Czarnego Lądu, między innymi czarki na dusze – kuduo. W trakcie tropikalnej burzy, gdy w mesie gaśnie światło – cenny przedmiot znika. Rozpoczyna się groteskowe śledztwo prowadzone przez członków załogi i pasażerkę.

5. Mężczyzna w słomkowym kapeluszu. Na rozładowywanym statku w nigeryjskiej lagunie pracują czarnoskórzy. Wodę przynosi im dziewczynka, którą wabi do kabiny jeden z członków „białej” załogi. „Liczman”  - europejczyk o paskudnej opinii pijaka - domyśla się, co grozi dziewczynce, podąża za nimi. Obezwładnia nachalnego marynarza, może nawet zabija? – i łodzią ucieka z dziewczyną w górę rzeki.

6. Człowiek z futerałem Belfast i terroryści. Ofiarą politycznej sytuacji w Irlandii zostaje marynarz.

7. Dom przy wydmach. Opowiadanie o stałym  dążeniu do wzbogacania się. Sprzedawca przy wejściu na plażę dorobił się domu, pomieszczenie w wieżyczce stara się ozdobić zbieranymi grudkami bursztynów. Kiedy słyszy o wciąż nie odzyskanej  Bursztynowej Komnacie spod Petersburga, wyrusza na jej poszukiwanie. Na swej drodze spotyka w podziemiach, gdzie spodziewa się odkryć zaginiony skarb,  kościotrupy dawnych jeńców zamykanych w sudeckiej twierdzy.

8. Pułapka. Młodzi wyjeżdżają z kraju, by zarobić na spłatę kredytów zaciągniętych na kupno domku. Pozostawiają go pod opieką ojca-emeryta, który po jakimś czasie czuje się osaczony przez żebraków oczekujących z jego strony wsparcia. Przestaje opuszczać dom, usycha w nim tak jak niepodlewane w ogródku kwiaty.

9. Ścieżką Wspinaczkową. Na  wycieczce na Wyspach Kanaryjskich poznaje się dwoje starszych ludzi mających dość powodów do rozczarowania dotychczasowym życiem. Oboje pragną dotrzeć na szczyt. Podczas wchodzenia na niego kobieta słabnie, zdradza, że cierpi na tachykardię. Za późno.  Umiera w drodze na szczyt.

10. Zmartwychwstańcy. Na dawnym terenie obozu jeńców  wojny francusko-pruskiej Erbud (ten sam od pechowej inwestycji w Warszawie!) buduje halę sportowo-widowiskową. Robotnicy natrafiają na kości. Podejrzewają, że są to szczątki francuskich jeńców. Brygadzista z obawy przed przerwaniem prac, każe je wywieść na śmietnik. Podczas naboru robotników zjawiają się obszarpańcy nie władający językiem polskim. Podejrzenia: czy nie są to zmartwychwstańcy?

11. Ostatnie uderzenie. Wiek XXI Opowiadanie obyczajowe. O niepowodzeniu w hodowli jedwabników,  nadziejach dziewczyny na związek ze Szwedem.  

12. Myśliwska pasja.  Wiek XXI Groteska. O rozkładzie w małżeństwie zakończonym zabójstwem.

13. Biały szkwał. Do letniskowego domku na wyspie dociera czterech braci, którym udało się ujść z życiem podczas białego szkwału na jeziorze. Nie wiedzą, że oprócz nich na pięterku jest ktoś jeszcze, kogo obecność nie pozostanie bez wpływu na dalsze wydarzenia – zdawało się -  niefortunnych żeglarzy wychodzących z opałów. Kiedy to odkrywają, lękają się  kogoś obcego, snują różne przypuszczenia, co im może ze strony tamtego  zagrażać, gdy największym zagrożeniem byli sami dla siebie, ich poglądy, charaktery.
Jeden z mężczyzn postanawia pójść sprawdzić, kto jest na piętrze. Pada strzał. Pozostali mężczyźni nie chcą być świadkami zabójstwa, uciekają.
Jest to komedia o niezdolności podjęcia racjonalnych decyzji, bo każda zaproponowana przez jednego,  natychmiast zostaje odrzucona przez drugiego. W rozmowach w letniskowym domku  żeglarze krytycznie oceniają swe żony, ale to one  wybawiają ich z kłopotów, rozwiązując za nich to, czego sami nie potrafili. 

Opinie o ebooku Ze śmiercią w tle. Opowiadania - Marian Kowalski

Fragment ebooka Ze śmiercią w tle. Opowiadania - Marian Kowalski

Ze śmiercią w tle. 

Opowiadania

Marian Kowalski

© Copyright by Marian Kowalski

Projekt okładki: e-bookowo

© copyright by wydawnictwo e-bookowo 2013

ISBN 978-83-7859-161-0

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Pisarz

Głos kościelnego dzwonu przenosił się nad przymorskim lasem aż do okien domu Steców. Dominik Stec odebrał z Internetu jeszcze jedną informację dającą nadzieję na zainteresowanie jakiegoś wydawcy twórczością pisarzy znad Wisły i Odry: Zapoznaj się z dziennika, zanim przesłać swoje prace. Nie ma nic bardziej frustrującego dla redaktorów fiction, niż przyjęcie kilkudziesięciu krótkich opowiadań, które nie n a l e ż ą w swoich publikacjach. Jest oczywiste, kiedy pisarz nie zrobił s w o j e zadanie domowe na czasopisma publiczności czy filozofii. Jeśli nie jesteś pewny jak znaleźć rynki zbytu dla swojej pracy, sprawdź magazyny pisania jak „Digest Writer” oraz „poetów i pisarzy”. Oni listy czasopism na swojej stronie internetowej, które specjalizują się w różnych gatunkach, zadzwoń do różnych długościach słownych opowieści i zaspokojenia różnych odbiorców. Studiowanie tych wskazówek zwiększy szanse na twoje opowiadanie opublikowane. Każdy magazyn posiada również nowy pisma literackiego w czasopiśmie drukowania co miesiąc. Składnia zdań wskazywała na tekst zredagowany przez kogoś słabo posługującego się polszczyzną, ale z dużym zapałem, z wiarą w swe posłannictwo przystępującego do działania na poletku edytorskim. Stec wzruszył ramionami i wyłączył Internet.

Głos dzwonu w niedzielny poranek był zwyklesygnałem wyjścia na mszę świętą dla niego i żony. Ostatnio jednak Dominik coraz częściej wychodził sam i to wcale nie dlatego, by w świątyni zająć miejsce w ławce. Wykorzystywał marudzenie żony i ruszał w stronę kościoła. Nie dochodził do niego. Z upływem lat jego wiara kruszała, oddalał się od praktyk religijnych. Uważał, iż tak bardzo przesycił nimi duszę, że miał prawo do zatykania sobie uszu na codzienne bicie dzwonu i przekazywane przez głośnik wywieszony nad drzwiami kościoła śpiewy sprzed ołtarza. Po katastrofie smoleńskiej, po śmierci głowy państwa, posłów, senatorów, księży i wojskowych kraj okryła żałoba. Wyzwoliła ona w części społeczeństwa nienawiść, podejrzenia, spowodowała falę oskarżeń i dewocyjny fanatyzm gromadzących się wokół krzyża ustawionego przed pałacem prezydenckim. . Wtedy to Stec jeszcze wyraźniej zaczął demonstrować postawę człowieka niechętnie uczestniczącego w religijnych obrzędach, ignorującego ewangeliczne przypowieści. W teodemokratycznej przestrzeni – jak określał sytuację ostatniej dekady – szukał innego miejsca. Znajdował je w kawiarni hotelu Róża Wiatrów. Tam też miał nadzieję złapać w sidła słów niebieskiego ptaka natchnienia.

Wyprostowany, pogwizdując arię toreadora Escamilla Votre toast z opery Georges’a Bizeta Carmen, brzegiem morza równomiernym, posuwistym krokiem kroczył, w stronę stojącej nad lustrem wody latarni morskiej w Niechorzu. Tuż przed nim niechętnie zrywały się mewy, by przelecieć pod porannym niebem kilka metrów i opaść na wydeptany przez turystów piasek plaży albo osiąść na spokojnej wodzie. Dzień był bezwietrzny, pierwsi plażowicze zastanawiali się nad tym, czy jest sens stawiania parawanów i sypania grajdołów. Po namyśle poprzestawali na rozkładaniu kocyków, parasoli przeciwsłonecznych, pompowaniu pontonów i różnych gumowych kół dla dzieci. Berbecie kopanymi kanalikami próbowały odprowadzać do morza wodę z licznych kałuż .

Kiedy doszedł do ujścia kanału łączącego Morze Bałtyckie z jeziorem Liwia Łuża, skręcił, i – wzdłuż jego brzegu z przyczajonymi nad nim rybakami – ruszył na północ. Nim dotarł do ścieżki z brukowej kostki, zatrzymał się i zza pleców gapiów chwilę przyglądał się szarej foce, najwidoczniej zaniepokojonej zainteresowaniem, jakie wywołała. Drapieżnemu ssakowi robiono zdjęcia , w jego pobliżu ustawiano dzieci i żony, by wrócić z wczasów z oryginalną pamiątkową fotografią. To, co rzadkie, wzbudza zainteresowanie i staje się pretekstem dopopisywania się przed tymi, którzy nie mieli szczęścia doświadczyć czegoś podobnego. Ma wywoływać podziw, zazdrość, czyli uczucia innych nieodzowne do samozadowolenia.

Tę myśl Dominik Stec zamierzał zapisać natychmiast po wejściu do hotelowej kawiarni. Musiał z tym poczekać, bo w holu stał się świadkiem czegoś równie rzadkiego jak szara foka nad kanałem. Dwóch mężczyzn w granatowych garniturach – nie byli to ratownicy medyczni – wynosiło na noszach kogoś ukrywanego w czarnej nylonowej torbie.

Ten ranek na pewno nie był dla kogoś szczęśliwy.

Zastanawiał się, gdzie i w jakiej pozycji znaleziono trupa, gdy nagle kółka noszy zahaczyły o jakąś torbę stojącą na podłodze. Jeden z mężczyzn, nie odznaczający się subtelną wrażliwością, zaklął dosadnie, co Stecowi wydało się bardzo niestosowne i na pewno – gdyby przedstawiał to wydarzenie w jakimś opowiadaniu – pominąłby takie zachowanie. Pomyślał też o sobie, czy nie powinien zadbać o to, by w przypadku nieoczekiwanej śmierci natrafienie na jego martwe ciało nie wywołało uczuć, jakich chciałby oszczędzić bliskim? On i najbliższe otoczenie musi być uporządkowane, wpisujące się w pamięć obrazem godnym utrwalenia!

Pisarz rozejrzał się wokół w poszukiwaniu kogoś, kto zaspokoiłby jego zawodową ciekawość. Twarze tych, na których spojrzał, miały wyraz takiej samej niewiedzy, jaką zapewne zdradzało i jego oblicze. Zdecydował się zwrócić z pytaniem do recepcjonistki, szczupłej blondynki o dużych niebieskich oczach. Uczucie napięcia wywołane porannymi wydarzeniamiosiągnęło ten stopień obojętności wobec wszystkiego, co nie dotyczyło incydentu w hotelu, że nie docierało do niej żadne pytanie. Ale najwidoczniej ciężko jej było dźwigać w sobie przeżycie ten psychiczny ciężar, bo odsunęła się w głąb recepcji, wystukała numer na klawiaturze komórki telefonicznej, przytknęła ją do ust, osłoniła dłonią i zamykając oczy szeptała.

Pisarzowi Stecowi zabrakło dużych niebieskich oczu dziewczyny, jej ust, które nie jemu chciały opowiedzieć o hotelowym zajściu. Minął dwie kobiety spieszące do studia fryzjerskiego, przed laty – co stwierdził sarkastycznie – zwanego zakładem, dopiero później salonem. Przeszedł do kawiarni, wyszarpnął ze stojaka serwetkę i zapisał na niej to, co mu przyszło do głowy podczas oglądania foki, a wydawało się godne pamięci.

To spostrzeżenie potwierdzał także przypadek z holu.

– Co się tu dzieje? – spytał bufetową.

Najwidoczniej należała do personelu dobrze wyszkolonego, pamiętała, że pokoje w hotelu wynajmuje się po to, by wypocząć. Klienci płacą właśnie za to, a nie za sensacyjne plotki czy złe wiadomości.

– Nic takiego – odpowiedziała głosem mającym wzbudzić zaufanie.

Nie osiągnęła tego, Stec poczuł do niej wrogość. Może – zastanawiał się – gdyby wiedziała, że jego zainteresowanie nie pochodzi z pobudek sensata, ale pisarza, zareagowałaby inaczej?

Miał początek do opowiadania. To ważne, bo „najtrudniej jest zacząć, zacząć, zacząć” – twierdził Donald Barthelme, prozaik amerykański. A on właśnie jakby rozpoczął pisanie. Potem wymyślenie środka i z górki.

Nad pisarzem pojawił się nie niebieski, a czarny ptak natchnienia.

Poprosił o caffè macchiato z ekspresu ciśnieniowego.

Kiedy bufetowa podawała napój, miał ochotę podsunąć jej do wypełnienia ankietę z rubrykami: imię, wiek, przygotowanie zawodowe, przeżycia uznane za wyjątkowe lub godne uwagi obserwującego ją pisarza. W myślach sam zaczął ją wypełniać. Gdyby miał z kim, założyłby się, że pracownica pochodzi z pobliskiej popegeerowskiej wioski, pierwsze zawodowe doświadczenia zdobywała przy garze z gotowaną kukurydzą na ścieżce na plażę, może też obsługiwała konsumentów w barze ze smażonymi rybami. Mogła też być sezonową sprzątaczką w którymś z domów wczasowych. Na pewno po ukończeniu nauki w szkole gminnej poszła do powiatowej, a potem poszerzała wiedzę na kursie w wojewódzkiej metropolii. Żyje wyłącznie pracą, ciułaniem, nie ma zainteresowań, a w autobusie, którym każdego wieczoru wraca do domu, marzy o dobrym zamążpójściu, oderwaniu się od ekspresu ciśnieniowego i ucieczce z wioski.

Podnosił filiżankę do ust i, nie próbując kawy, zastanawiał się, czy ją posłodził.Nie pierwszy raz ma tego typu wątpliwości. Podobna niepewność naszła go podczas codziennego parzenia wczoraj rano. Ciekawe, że nie pamięta, co robił kilka sekund wcześniej, a na skraju pamięci ma doskonale utrwalony obraz sprzed kilkudziesięciu lat, gdy był na spacerze z córką, a ona upadła i podarła białe rajstopki. Bardzo wtedy płakała, a on nie umiał jej pocieszyć, stanowczo zażądał powrotu do domu. Wczorajszego ranka miał przed oczyma jej zapłakaną buzię, oczy podniesione w błagalnej prośbie, by nie krzyczał, ale wziął za rączkę i poprowadził dalej parkowymi alejami.

Zastanawiał się chwilę, jak to spostrzeżenie mógłby wykorzystać w jakimś opowiadaniu? Może w Pamiętniku obumierania pisanego w pierwszej osobie?

Wrócił do dziewczyny przy ekspresie ciśnieniowym.

Był już gotów ją zagadnąć, spytać, czy zna język niemiecki, niezbędny w miejscu chętnie odwiedzanym przez mieszkańców zza Odry, a także konieczny, jeżeli planuje się wyjazd do sąsiedniego kraju, w którym zarobki w usługach dają większą nadzieję na ułożeniu sobie godniejszego życia. Nagle jednakdo kawiarenki wszedł albinotyczny typ i zamówił do stolika w ogródku trzy kawy. Stec miał czas, więc nie przeszkadzał dziewczynie wczynności bufetowej − czekał na lepszą okazję do nawiązania rozmowy.

Tymczasem do bufetu podszedł inny mężczyzna, w jasnej koszulce z krótkimi rękawami, w spodniach z lnianego płótna i żółtych sandałach. Zachowywał się dość nerwowo, co nie powinno nikogo dziwić kogoś, kto choć trochę zna ludzi uzależnionych od porannych kaw, niecierpliwie czekających na ich podanie. Chociaż – zastanawiał się pisarz – reakcja mężczyzny przy bufecie niekoniecznie powinna być przypisywana nałogowcowi. Po siwych, opadających kędziorkami na kark włosach Stec ocenił mężczyznę na siedemdziesięciolatka. Na podstawie dalszej obserwacji, kiedy po złożeniu zamówienia człowiek odwrócił się i ruszył w stronę wybranego stolika, Dominik próbował przypisywać go do branży kultury lub oświaty. Tę myśl podsunęły mu pociągła twarz z wysokim czołem i wąskimi ustami, okulary w tandetnej pozłacanej oprawie, zegarek niekosztujący więcej niż kilkadziesiąt złotych. Mógł być działaczem związkowym, urzędnikiem, nauczycielem liceum, któremu emerytura pozwala na spędzenie kilku dni w luksusowym hotelu, w którym mógł korzystać z darmowych kąpieli. Miał smukłą sylwetkę, nie nosił przed sobą piwnego brzucha, a na palcu brakowało ślubnej obrączki. Wyglądał na mężczyznę zadbanego, choć najprawdopodobniej żyjącego samotnie i zadowolonego z tego stanu rzeczy. Ledwo zajął miejsce przy stoliku, wyciągnął spod pachy gazetę, rozłożył ją przed sobą i starannie wygładził – pedant, esteta. Kto jest jej wydawcą, z jakim politycznym ugrupowaniem sympatyzuje? Czego w niej szuka mężczyzna przyzwyczajony do picia porannej kawy i przeglądu gazet: wiadomości, komentarzy wydarzeń politycznych, artykułów dotyczących społecznych dziedzin życia?

Pisarz uniósł się nieco z krzesła, zerknął na gazetę. Trzy czwarte strony zajęte było przez fotografię Umberto Eco, włoskiego semiotyka i pisarza.. Może to jednak nie były nauczyciel czy urzędnik, a ktoś reprezentujący intelektualistów?

A to byłaby gratka!

Pisarz jak najszybciej chciał się przekonać, czyspotkał czytelnika Historii brzydoty, O bibliotece, Szaleństwa katalogowania, Po drugiej stronie lustra.

– Widział pan w holu wózek z torbą ze zwłokami? – zagadnął.

Tamten niechętnie podniósł wzrok znad gazety – w jego oczach nie było życzliwego nastawienia do otoczenia, mimo zgłębiania poważnej lektury ziała z nich głęboka pustka z arktycznym chłodem. Chyba zdawał sobie sprawę ze swego zniechęcającego spojrzenia tego, bo brak życzliwości próbował kompensować lekkim skrzywieniem ust, co – w jego przekonaniu – powinno być odczytywane jako uśmiech. Mimo tych zabiegów jego oczy były nieobecne, a sam zdawał się uciekać w głąb swego umysłu.

– Na piętrze – padła lakoniczna odpowiedź.

A zatem tam miało miejsce tragiczne wydarzenie –wywnioskował Stec.

– Czy to się działow sąsiednim pokoju? – zadał podchwytliwe pytanie.

Rozmówca był w wypowiedzi powściągliwy.

– Być może.

– Nosze z czarną nylonową torbą z denatem czy denatką zobaczył pan w korytarzu? – dociekał Stec, starając się odkryć ziarno prawdy.

– Przed windą.

– Jechał pan z nimi?

– Nie.

Fakt ten bardzo zmartwił indagującego, bo niczego nie wyjaśniał. Mężczyzna z gazetą widział niewiele więcej od Steca – torba ukrywa hotelową tajemnicę czyjejś śmierci. A w każdej śmierci jest coś, co intryguje pisarza – skończona historia życia, może niepowtarzalnego, bogatego w ciekawe doświadczenia.

– Czy wiadomo panu, co się stało? – nie ustępował Stec.

Tamten lekko wzruszył ramionami, dając wyraz zniecierpliwieniu.

Bufetowa podała mu kawę.

Podczas pracy w bibliotece Stec miał dość czasu na przeglądanie książek. Nie były mu obce dzieła filozofów i socjologów. Nie podejrzewał jednak, by poza nim i wąskim gronem specjalistów ktoś jeszcze sięgał do zapomnianych myślicieli. A tu nagle Friedrich Nietzsche, którym wyręczał się mężczyzna przy sąsiednim stoliku, uciekając od odpowiedzi na konkretne pytanie o przyczynę zgonu: jedni umierają za późno, inni za wcześnie – trudno umrzeć w porę! I przy tych słowach – najmniejszego wzruszenia cudzym nieszczęściem. Filozoficzna obojętność pogrzebowego grabarza? Albo laudatora pogrzebowego?

Cudze nieszczęścia zbliżają wielu ludzi, lecz nie tamtego, cytującego niemieckiego filozofa. Dlaczego? Usprawiedliwiał się przemyśleniami Epikura: dobro i zło wiąże się z czuciem, a śmierć jest tego pozbawiona, więc nie warto się nią przejmować.

Jak szybko znalazł właściwy cytat! I to czyj? Greckiego hedonisty.

– Czyżbym miał przyjemność z filozofem? – zastanawiał się głośno Stec, rozważając, do jakiego stopnia mogło tamtemu odpowiadać życie kontemplacyjne.

– Każdy, kto przeżył tyle lat, co ja, i nie zwariował, jest albo głupcem, albo mędrcem – odparł nagabywany i pochylił się nad gazetą, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną.

Stec nie zniechęcił się, był nieustępliwy, dalej naciskał, zmuszał do otwarcia serca i duszy – jakby to określili pisarze minionych epok. Chciał widzieć w nim postać swego opowiadania o czarnej nylonowej torbie z trupem w środku. Zamierzał umieścić go w jakiejś wiarygodnej historii, w procesie śledczym.

Zaczął od słów lekkich jak puch mlecza na wietrze.

– Nie wiem, czy to moja wrażliwość, czy zawodowa ciekawość, nie ma to zresztą większego znaczenia. Ja nie potrafię koło żadnej śmierci przejść obojętnie. I to niekoniecznie z pasji detektywa, która skrycie drzemie w wielu z nas. Mnie interesuje przede wszystkim szukanie odpowiedzi na pytanie: co (kogo) odchodzący po sobie zostawia? Czy jego życie miało jakiś sens?

Puste oczy powoli podnosiły się na Steca.

– Skąd te zwierzenia?

Stec nadpił nieco kawy.

– Nie domyśla się pan?

– Gdybym znał odpowiedź, nie pytałbym.

– Oczywiście – zgodził się z nim pisarz. – Zawsze kieruje się pan żelazną logiką? Nie wiem, czy ja także, raczej wątpię. Po prostu nie w każdej sytuacji mi się to udaje. Powiem panu jedno: kiedy pan tylko wszedł do kawiarenki, wywarł na mnie wielkie wrażenie. Zobaczyłem w panubohatera rodzącego się w mojej głowie opowiadania o trupie w nylonowej torbie, o śmierci w luksusowym hotelu w niedzielny ranek. Nawet zacząłem się zastanawiać nad tym, czypan nie ma z tą śmiercią nic wspólnego.

– Ja? Chce pan oskarżyć mnie? Skoro pisze pan kryminałki, powinien pan wiedzieć, że najtrudniej zawsze odgadnąć motywy zbrodni. Zanim pan rzuci pierwsze oskarżenie, niech pan zacznie od tego – radził. – Potrafiłby pan mi je przedstawić? – Pomyślał chwilę. – A płeć trupa w torbie pan zna?

Steca ucieszył fakt, że mężczyzna dał się wciągnąć w rozważania o śmierci w hotelu.

– A pan jak uważa?

– Jeżeli ja mam być sprawcą śmierci, to z uwagi na słabą kondycję fizyczną wybrałbym kobietę! – zaśmiał się, ale jego śmiech nie wynikał z poczucia humoru, kryło się za nim raczej pewne zakłopotanie. – A motyw? Zazdrość? Zboczenie? – zastanawiał się.

Stec odpowiedział mu podobnym śmiechem.

– W jednym z moichopowiadanń bohater twierdzi, że każdy w jakimś stopniu ma na sumieniu czyjeś życie. Zapewne i pan, gdy sięgniepamięcią do swej przeszłości, przyzna mojej postaci rację.

Rysy twarzy mężczyzny przy sąsiednim stoliku stężały, wodniste oczy zaszkliły się, z ustbezkrwiste odpłynęła krew. Taka mogłaby być pierwsza charakterystyka poszukiwanego mordercy – pomyślał Stec.

– Jest pan gotów przekonać mnie do tej hipotezy jakimiś argumentami? – spytał chłodno tamten, a jego oczy broniły się przed ujawnieniem jakichkolwiek uczuć. Znów jak ślimak zamknął się w swej skorupie, odzyskując pewność swego istnienia.

Stec przechylił głowę na prawą stronę i uśmiechnął się dobrotliwie.

– Zaniepokoiłem pana?

Mężczyzna wziął ze szklanego pojemniczka wykałaczkę i wsunął ją między zęby. Ta czynność do niego nie pasowała. Może naprawdę jest kimś innym niż sądziłem – pomyślał Stec. – I bardziej niż przypuszczałem mógłby w moim opowiadaniu o trupie odegrać pierwszoplanową rolę?

– Zawsze pan śpi spokojnie? – rzucił obojętne pytanie. – Bo ja nie. Bardzo często śniąc czuję się, jakbym stał przed prokuratorem wyciągającym na światło dzienne moje większe i mniejsze przestępstwa. I wie pan, cierpię katusze jeszcze przed zapadnięciem wyroku. To bywa straszne, nie potrafię się od tych oskarżeń uwolnić – tak wyraźne są wobec mnie zarzuty. A to obraziłem kogoś jakimś słowem, a to w pewnym miejscu nie zachowałem się odpowiednio. Albo, – proszę się nie śmiać – kiedy byłem dzieciakiem, planowałem kradzież! – Przymknął oczy. –stojącemu z wózkiem na ulicy lodziarzowi chciałem zwinąć jednego wafelka! Oczywiście złapał mnie za rękę. Nie nakrzyczał, nie uderzył. Odebrał wafelek i popatrzył mi głęboko w oczy. Wyrośniesz na kiepskiego złodzieja – powiedział. I wie pan, te słowa często mi się przypominają, gdy zbieram materiały do swoich utworów. Podkradam z cudzego życia, z ludzkich tragedii albo też podpatruję szczęśliwe godziny wybrańców losu. A w nocy nie śnię o sobie jako pisarzu, ale o chłopcu próbującym zwędzić lodziarzowi wafelek. – Spojrzał bacznie na swego słuchacza. – Pan nie przeżywa czegoś podobnego?

Spytany wyprostował się na krześle i obrzucił pisarza nieprzyjaznym spojrzeniem.

– Do czego pan zmierza? Przemawia pan do mnie tak, jakby coś o mnie wiedział, odkrył jakąś moją tajemnicę, a to niemożliwe. Nie znamy się, rozmawiamy ze sobą zaledwie kilka minut, i co z tej wymiany zdań wynika? Że pan jest pisarzem poszukującym tematu, a ja hedonistą. I nic więcej. Ale to panu nie wystarcza, pan pragnie wepchnąć mnie w jakąś nieprawdopodobną historyjkę kryminalną. Nie bardzo się to panu udaje, męczy się pan. Współczuję. Niestety nie pomogę panu – moja doba hotelowa dobiega końca. Dopiję kawę, wracam do pokoju po walizkę i ruszam na parking. Może pan wyjść przed hotel, zobaczyć rejestrację mojego samochodu, zapisać go i tym szczególikiem pochwalić się przed przyszłym czytelnikiem opowiadania.

– Spytałem o pańskie sny – przypomniał mu Stec. – Nie chce pan o nich mówić?

– Po co?

– Moja intuicja podpowiada mi, że miewa pan sny gorsze od moich. Panu nie śni się podkradany lodziarzowi wafelek , pan jest wtrącany w prawdziwe piekło.

– Pańskie chorobliwe insynuacje są nie na miejscu. Dużo zapłaciłem za pobyt tutaj. Proszę mi nie psuć ostatnich godzin wypoczynku. – Wyjął z kieszeni klucze do samochodu.

Stec słuchał go wciąż z przymrużonymi oczami. Sprawiał wrażenie jasnowidza dzielącego się swymi widzeniami.

– Kiedy stanął pan przy bufecie, pomyślałem, że jest pan nałogowcem, który musi zacząć dzień od kawy.

– Łatwo to panu przyszło skonstatować.

– Tak, to było proste. O wiele więcej wysiłku wymagało ode mnie podejrzenie, że pan przed czymś ucieka.

– O! – zachichotał tamten. – Siedzę przy kawie nad gazetą, , zamierzam przeczytać długi esej i – pana zdaniem – równocześnie… uciekam. Co za absurdalne pomysły rodzą się w pana głowie!

– Próbuje pan uciec od koszmaru, który nie daje spokoju. Wątpię, by pan mógł teraz usiąść za kierownicą i wyruszyć dokądkolwiek.

– Wkrótce pan zobaczy.

– Jest pan przekonany o swojej psychicznej odporności?

– Potrafię się w porę uwolnić od oszołomów.

– Ale nie od siebie samego.

– Chce pan cudzym kosztem zabawić się w Friedricha Dürrenmatta? – Wykrzywił usta w wyrazie pogardy. – Zaskakującym rozwiązaniem zaskoczyć czytelnika? Pójście śladem szwajcarskiego dramatopisarza nie przyniesie panu dobrych recenzji.

– Dziękuję za troskę. Nie odwzajemnię się jednak tym samym. W tym hotelu jest ofiara, więc musi być też kat – zakładając, że to nie była naturalna śmierć. Pan nim jest!

Tamten rozejrzał się niespokojnie.

– Pan oszalał! Potrzebuje pan lekarza.

– Tak jak pan przedstawiciela sprawiedliwości.

Mężczyzna przy sąsiednim stoliku zaczął składać gazetę.

– Proszę jeszcze chwilę zaczekać.

– A to dlaczego ?

– Funkcjonariusz jest w drodze.

Stec szeroko otworzył oczy, spojrzał w stronę drzwi.

Ucieszył go widok zbliżającego się policjanta.

– Ciężko mi będzie uzasadnić opóźnienie pańskiego wyjazdu z hotelu – mówił spokojnie, a w jego głosie dało się wyczuć prawdziwe zakłopotanie twórcy. – Nieprawdopodobne zachowanie.

– Zostawię wizytówkę, może mi pan podesłać swoje opowiadanie. Z zainteresowaniem je przeczytam – rzekł mężczyzna, sięgając do tylnej kieszeni spodni po portfel.

– Dziękuję, przyślę maszynopis.

Do stolika mężczyzny chowającego portfel podszedł policjant.

– Chciałbym pana przesłuchać – oznajmił. – Pozwoli pan ze mną.

Kiedy mężczyzna wstawał, Stec zwrócił się do policjanta:

– To była denatka? – spytał. Zobaczył tylko ruch głowy potwierdzający wypowiedziane przypuszczenie. – No tak – mruknął pod nosem. – Teraz wszystko się zgadza, zazębia się jak w dobrym kryminale.

Spojrzeniem odprowadził bohatera swego opowiadania do drzwi, a potem popatrzył w okno. Widok był sielankowy – dziewczynki w kolorowych kostiumach kąpielowych, z czepkami na główkach biegały wokół basenu nie mogąc się zdecydować, w którym miejscu wejść. Przynajmniej na takie wyglądały, albo pragnęły być odbierane w taki sposób . Dziecięca beztroska i bezradność, z których się wyrasta, dojrzewają do kobiecej powagi, zdecydowanych działań. Zanim jednak do tego dojdzie, niejedna z dziewczynek może stać się ofiarą pedofila.

Pisarz rozejrzał się, dokładnie spenetrował teren wokół basenu, starał się przedrzeć wzrokiem przez krzaki otaczające altanki dla poszukujących samotności. Miał wrażenie, że z jednej z nich z chorobliwym zainteresowaniem patrzą w stronę basenu czyjeś oczy. Postanowił się nimi zająć .

Podeszła do niego bufetowa.

– Coś jeszcze panu podać? – spytała.

Starał się ją sobie wyobrazić jako matkę którejś z rozbieganej dziewczynek, napadniętej wieczorem przez zboczeńca. Jak by zareagowała, ile byłoby w niej poczucia winy za niedopilnowanie dziecka …

– Mam dostawę świeżych ciastek – usłyszał propozycję.

Stec nie miał ochoty na ciasteczka, chciałby natomiast dowiedzieć się czegoś o dziewczynie. Rzucił pierwsze pytanie z ankiety, którą przygotował w myślach.

– Pan wybaczy, klienci czekają – odpowiedziała na jego starania, by poznać ją bliżej.

Wyszedł nad basen. Z głośnika znad kościelnych drzwi usłyszał słowa błogosławieństwa dla uczestników mszy świętej. Kierując się w stronę krzaków zasłaniających altankę, pogwizdywał arię toreadora Escamilla Votre toast z opery Georges’a Bizeta Carmen. Dwa pomysły na opowiadania w jedno przedpołudnie.

Nad Zatoką Śpiącego Suma

1

Przez gęsty i lepki mrok przedzierał się żałosny jęk przeciwmgłowego buczka. Chwila złowrogiej ciszy przerywana uderzeniami dzwonów. I znów cisza – jak ostrzeżenie, jak oczekiwanie na cios, na śmierć.

Mgła kłębiła się nad metalicznie ciężką wodą, snuła się długimi pasemkami rozdartych wacików, wzlatywała ku niewidocznemu niebu pełnego połamanych kruczych skrzydeł. Z fioletowego powiewnego muślinu na moment wyłoniła się rdzawo-biała sylwetka statku wpływającego w szarą chmurę grozy.

Wdarła się przez otwarte drzwi do nadbudówki statku, zatańczyła wokół migotliwych światełek na sterowniczym pulpicie, ogarnęła marynarza przy sterze, otuliła chodzącego tam i z powrotem pilota.

– No to jesteśmy w domu.

To stwierdzenie kapitana ociekało sarkazmem jak relingi słoną wilgocią. Nie pasowało do przystojnego pięćdziesięciolatka o wyrazistej twarzy, z ostro zarysowanym nosem, z często zmrużonymi oczyma pod szerokimi łukami czarnych brwi w tym samym kolorze z małą, zaokrągloną bródką opierającą się na białym kołnierzyku koszuli z błękitnym krawatem; do twarzy z wyrazem napięcia, oczekiwania.

Podniósł lornetkę do oczu, by wypatrzeć wąską smugę lądu z migotliwymi światłami latarń, rzadko rozświetlone okna wieżowców, hotelu.

Marynarz przy sterze, wysoki, posępny, z wykałaczką w zębach, poprzedził wypowiedź westchnieniem:

– Jesteśmy, choć nie jesteśmy.

Zabrzmiało to jak sentencja z literatury marynistycznej. Kapitan docenił wypowiedź zrodzoną przy sterze, z uznaniem skinął głową.

– Dobrze powiedziane. Złota myśl z redy.

Z radia zza pleców kapitana sączyła się ściszona muzyka. Bardzo ciepły głos spikerki radiowej informował słuchaczy zagubionej we mgle:

– A dziś przed mikrofonem Wojciech Laskowik z piosenką „Zbudź się rybko złota”.

Co wieczór z oddechem piwa

rzucam się na swe wyro

i myśl radosna, szczęśliwa

objawia się w pięknym śnie.

Zbudź się, zbudź się rybko złota,

wystaw mordkę swą nad toń,

czeka na ciebie robota,

podaj mi pomocną dłoń.

Marynarz przy sterze znów westchnął:

– Boże, nie mogę! Wracamy do kraju idiotów? Nie chcę rybiej dłoni, nawet gdyby to była złota. Pragnę dotknięcia normalnej ręki mojej żony! Tylko tyle. Tak wiele oczekuję?

Spod drzwi rozległ się śmiech pilota.

– Nieraz oczekiwanie prostych rzeczy jest trudniejsze, niż moglibyśmy przypuszczać. – Mały czterdziestolatek, beczułkowaty grubasek o wesołym usposobieniu, bardzo ruchliwy, przetoczył się przez sterownię.

Marynarz przy sterze zgodził się z nim. I tak bywa, ale czy tak być musi?

Kapitan, jakby zawiedziony tym, co zobaczył przez lornetkę, wrócił do mrocznej sterowni, odłożył lornetkę, siadł w wysokim fotelu koło szafki z kodowymi flagami, podciągnął nogi, oparł buty na drewnianym stopniu.

– Jak jest, tak jest, ważne, że w ogóle jest.

– Otóż to, w tym tkwi istota życia. – Pilot podszedł do fotela, popatrzył na kapitana ze współczuciem – Chciałby pan, kapitanie, siedzieć już w innym fotelu, prawda? Przed kominkiem z ogniem, z kieliszkiem koniaku w ręce, z dłonią żoneczki na ramieniu…

Naprawdę chciałbym? – zastanawiał się kapitan. – Chętnie powróciłbym do sytuacji sprzed miesięcy, nim wyszedłem w morze?

Na zegarze stojącym na kredensie dochodziła wówczas piętnasta, Joanna zdążyła sprzątnąć ze stołu naczynia po obiedzie i właśnie podchodziła do krzesła, na którym stał otwarty neseser przygotowany do podróży, do kolejnego wielomiesięcznego rejsu, gdy zadźwięczał dzwonek telefonu. Spojrzała na męża w fotelu, z papierosem w ustach, zawahała się, lecz gdy dzwonek zadźwięczał po raz drugi, podeszła do stolika z aparatem telefonicznym. Patrzył, jak podnosi słuchawkę do ucha, drugą wąską dłonią osłania usta, jakby pragnęła ściszyć słowa wypowiedziane w czarny ebonitowy krążek. Wcześniej dostrzegł też w jej oczach wahanie, gdy podchodziła do stolika, a potem niepokój, gdy ktoś telefonujący właśnie pod ten numer wypowiedział pierwsze słowa. – Tak, słucham, słucham – mówiła bardzo pospiesznie, przez cały czas spoglądając w stronę męża. – Ach, to chyba pomyłka, telefonuje pan pod numer prywatny. – Odłożyła słuchawkę, poprawiła coś przy włosach, roześmiała się. – Po zmianie numerów centrali kilka razy dziennie odbieram telefony. Różne: w sprawie gazu, domu dziecka, klubu sportowego i Bóg wie czego jeszcze? – Nie skomentował tych słów. Nie spuszczając z niej wzroku, strzasnął popiół z papierosa do kryształowej popielniczki, mocno zaciągnął się dymem, a następnie wypuszczał go powoli, nieco przysłaniając wciąż stojącą opodal telefonu Joannę. – Czy wszystko zabrałeś, co trzeba? – spytała, podchodząc do neseseru. – Niczego nie zapomniałeś? – Uspokoił ją. Chyba tak, wszystko, tylko zapiąć neseser i w drogę. – Dałam ci więcej ciepłej bielizny. Ostatnio skarżyłeś się, że od Przylądka św. Wincentego aż do Arkony marzłeś. – Zauważył, że na niektórych morzach bez względu na porę roku zawsze jest chłodno. – Właśnie dlatego dałam ci więcej ciepłej bielizny. – Podziękował za ten dowód troski o jego zdrowie. Czarne włosy Joanny opadły na twarz, więc wychylił się trochę z fotela, by widzieć ją pełniej, a kiedy to nie pomogło, powrócił do dawnej pozycji. – Joanno, bądź tak dobra i podaj leżący na stole portfel, chcę sprawdzić, czy mam wszystkie dokumenty. – Wstrząsnęła głową, przywołując do ładu włosy, odsłaniając tym ruchem starannie pielęgnowaną twarz młodej kobiety. W pełnym dziennym świetle padającym przez otwarte okno widział jej podkreślone ołówkiem brwi, ruchliwe rzęsy, wyraźnie zarysowany nos, usta, na które przy mężu nie nakładała szminki, chyba że wychodzili do miasta. Teraz miały jeszcze kolor naturalny, nie przesadnie czerwony, ale też niewiele obiegający od smakowitej wisienki. W łazience widział przygotowaną pomadkę o głębokim kolorze burgunda. Na lewym policzku już zrobiła sobie pieprzyk, zawsze zdobiący ją, gdy opuszczała dom. – Dziękuję ci – powiedział, biorąc z jej ręki portfel. Nie otworzył go, nie sprawdzał dokumentów, a wsunął w wewnętrzną boczną kieszeń marynarki i dalej nie spuszczał wzroku z żony, z jej włosów, rzęs, ust. – Nieprędko napiszesz – stwierdziła Joanna powoli, zmagając się z błyskawicznym zamkiem w neseserze. – Z Japonii. – Uśmiechnęła się. – Z emaila dowiem się tylko tyle, że tam jesteś lub byłeś. – Zapewnił, że zadzwoni z morza. – Świetnie, tylko nie denerwuj się, gdy nie zastaniesz mnie w domu. Nie tylko do pracy chodzę. Mogę być u przyjaciółki. Albo na zakupach. – Zaczął się zastanawiać, dlaczego wciąż rezygnuje z telefonu komórkowego? – To dla mnie zbyt skomplikowane urządzenie – przyznała się do słabości. – Wyznał, że zawsze chciał poznać jej przyjaciół, których tak chętnie odwiedza, gdy on jest w rejsie. Niestety nigdy się mu nie udało. – Kiedy jesteś w domu, nie mam znajomych, przyjaciół. – Podeszła do niego, położyła dłoń na głowie. – To źle czy dobrze? – Pocałowała włosy, skroń, dotknęła ust. – Chyba nie powiesz, że chciałbyś tych kilka tygodni, jakie mamy dla siebie, dzielić z moimi znajomymi? Prawda, kochanie? – Objął ją lewą ręką, przyciągnął do siebie, posadził na kolanach jak dziewczynkę, położył rękę na jej biodrze obciągniętym wełnianą sukienką. Przesunął usta po jej brodzie, policzkach, nosie, ustach, oczach, czole. – Twoje włosy mają przyjemny zapach. – I po chwili: – Cała wspaniale pachniesz. Co to za perfumy? – Perfumy Versace, powiedziała, i dodała jeszcze, że to od niego, jakie ostatnio przywiózł. – Ale dziś użyłaś po raz pierwszy – zauważył. – Tak, na twoje pożegnanie. – Uśmiechnął się. – Nie musiałaś tak przesadnie oszczędzać. – Sądziła, że te, których używała dotąd, też mu odpowiadają. – Chciałbym, żebyś za kilka miesięcy, po moim powrocie, tak samo pachniała. Załóż nawet tę samą sukienkę, dobrze ci w niej. Usiądę w fotelu, wezmę cię na kolana… – W tym momencie znów zaterkotał dzwonek telefonu. Spojrzała na męża, zdjęła jego dłoń z karku, wyprostowała się, jakby zamierzała wstać i podejść do aparatu. Przytrzymał jej rękę. – Pozwól, że odbiorę – powiedział spokojnie i podszedł do telefonu. – Halo, słucham. Tak, tak – spojrzał na żonę, uśmiechnął się. – To pomyłka, pan wybrał niewłaściwy numer. – Joanna wyjęła z papierośnicy papierosa, lecz nie zapaliła, bawiła się nim ugniatając w palcach. Nie patrzyła na męża, zerknęła na zegar na zegar, na neseser. – Zatrudniono w firmach obcokrajowców, ledwo mówią po polsku. Ten mógł być Rosjaninem, Ukraińcem… – zastanawiał się głośno, nie spuszczając wzroku z żony.

– Wciąż prześladuje was syndrom przydeptywanych przez kogo innego w domu kapci? – pytał rozbawiony pilot. – Wygniatanego przez obcego fotela? – dorzucił jeszcze jedno pytanie.

Kapitan nie zaspokoił jego ciekawości.

Nadal wciąż bardzo ciepły głos spikerki radiowej:

– Kolejny rok będzie gospodarczo trudny. A jeśli jeszcze zwolni gospodarka niemiecka, dojdzie do katastrofy. Premier nie ma jednego celu, z wyjątkiem utrzymania się przy władzy. Wszystko za nią odda, wszystko sprzeda. I buduje partię, która coraz bardziej przypomina PZPR. Czy spełni się życzenie zawiedzionych obywateli: Komuno, wróć?

– Co ona chrzani? –prychnął marynarz przy sterze.

Pilot nie przejął się wizją przyszłorocznego gospodarczego kryzysu.

– Powrót do domu… – zastanawiał się. – Towarzyszą mu mieszane uczucia, prawda?

Kapitan zgodził się z nim. Po roku nieobecności można mieć wątpliwość, czy dom wciąż jest tym samym domem, jakim go zostawił.

Pilot zaśmiał się.

– Mniej zarabiam od pana, ale przynajmniej nie muszę martwić się, czy ktoś obcy nie przydeptywał moich kapci, gdy mnie w nim nie było przez ileś tam miesięcy.

Z radia sączył się dalszy ciąg piosenki:

Kiedy świt w dzień się przerodzi,