Shogun - James Clavell - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Shogun ebook i audiobook

James Clavell

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

348 osób interesuje się tą książką

Opis

James Clavell (1924-94) – jeden z najpopularniejszych amerykańskich pisarzy, słusznie nazywany „Mr. Bestseller”, także wzięty scenarzysta filmowy (m.in. Mucha i Wielka ucieczka). Ale także orientalista, zafascynowany kulturą Dalekiego Wschodu. Świetnie znał kilka azjatyckich języków, w tym malajski, chiński i japoński. Przełożył np. Sztukę wojny Sun Tzu. I kto wie czy właśnie ta jego fascynacja Wschodem nie przyniosła mu największej sławy. Jego azjatycki cykl: Król szczurów, Shogun, Tai-Pan, Gai-Jin, Noble House i Whirlwind to absolutne światowe hity – dziesiątki milionów sprzedanych egzemplarzy. I nic dziwnego – to się po prostu świetnie czyta, choć każda z książek to ponad 1000 stron, jak w przypadku 1080 stronicowego Shoguna. To zresztą obok Króla szczurów najsłynniejsza część serii – przetłumaczona na ponad 30 języków i wydana w łącznym nakładzie ponad 20 milionów egzemplarzy i uznawana za jedną z najlepszych powieści przygodowych wszechczasów.

Shōgun był najwyższym stanowiskiem, jakie śmiertelnik mógł osiągnąć w Japonii. Shōgun oznaczał tytuł najwyższego wojskowego dyktatora. Mógł go posiadać w określonym czasie tylko jeden daimyō. I tylko Jego Cesarska Wysokość, władający cesarz, Boski Syn Niebios, który żył w odosobnieniu z Cesarską Rodziną w Kioto, mógł go przyznać.
W parze z mianowaniem na shōguna szła absolutna władza — cesarska pieczęć i mandat. Shōgun rządził w imieniu cesarza. Cała władza pochodziła od cesarza, gdyż jego ród wywodził się bezpośrednio od bogów. Dlatego każdy daimyō, który przeciwstawiał się shōgunowi, chcąc nie chcąc buntował się przeciwko tronowi cesarskiemu, od razu stawał się wyrzutkiem, a jego dobra ulegały konfiskacie.

Panujący cesarz był czczony jako bóstwo, ponieważ pochodził w prostej linii od bogini słońca Amaterasu Omikami, córki bóstw Izanagi i Izanami, które ze sklepienia niebieskiego stworzyły wyspy Japonii. Z mocy boskiego prawa do władającego cesarza należała cała ta ziemia, a władał on i miał posłuch absolutny. W praktyce jednak od ponad sześciu wieków prawdziwa władza spoczywała poza cesarskim tronem. W rękach shōguna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1759

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 51 godz. 36 min

Lektor: Andrzej Hausner
Oceny
4,8 (289 ocen)
242
42
5
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
superlaskaczad

Nie oderwiesz się od lektury

Zaczęłam czytać tę książkę, ponieważ nie mogłam się doczekać następnego odcinka serialu na Disney +. Książka tak mnie wciągnęła, że przestałam oglądać serial i skupiłam się na lekturze. Dzięki formie audiobooka mogłam słuchać jej nieprzerwanie.
60
damianr

Nie oderwiesz się od lektury

super lektura, bardzo wciągająca i wielowątkowa. Polecam
40
Eeeein

Nie oderwiesz się od lektury

👍
30
Anigerka

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam, rewelacja, pokłon też dla lektora, .
30
AlicjaChomyszyn

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja. Książka i interpretacja.
31

Popularność




Spis treści

PROLOG

KSIĘGA PIERWSZA

KSIĘGA DRUGA

KSIĘGA TRZECIA

KSIĘGA CZWARTA

KSIĘGA PIĄTA

KSIĘGA SZÓSTA

Nota redakcyjna

PROLOG

Wichura targnęła nim, ukąsiła głęboko, i zrozumiał, że jeżeli w ciągu trzech dni nie dotrą do jakiegoś lądu, zginą. Za dużo ludzi zmarło podczas tej wyprawy, jestem pilotem flotylli umarłych, pomyślał. Z pięciu statków zachował się jeden, z liczącej stu siedmiu marynarzy załogi przeżyło dwudziestu ośmiu, z czego na nogach trzymało się dziesięciu, reszta zaś, w tym dowódca wyprawy, dogorywała. Brakowało jedzenia, prawie nie było wody, a ta, co pozostała, miała słony smak i cuchnęła.

Nazywał się John Blackthorne i przebywał na pokładzie sam, jeśli nie liczyć obserwatora na dziobniku, niemowy Salamona, który kulił się po zawietrznej, przeszukując wzrokiem morze w przodzie.

Statek zakołysał się pod nagłym uderzeniem szkwału i Blackthorne chwycił się poręczy żeglarskiego krzesła, przymocowanego przy kole sterowym na rufówce, trzymając się jej dopóty, dopóki Erasmus nie wyprostował się przy akompaniamencie trzeszczących wręg. Był dwudziestosześciotonowym trzymasztowym okrętem handlowo­wojennym z Rotterdamu, uzbrojonym w dwadzieścia dział, jedynym, który ocalał z pierwszej ekspedycji wysłanej z Niderlandów, aby zniszczyła wrogów w Nowym Świecie. Ekspedycji holenderskich statków, które jako pierwsze naruszyły tajemnicę Cieśniny Magellana. Liczyła ona czterystu dziewięćdziesięciu sześciu ludzi, samych ochotników. I samych Holendrów, z wyjątkiem trzech Anglików: dwóch pilotów i jednego oficera. Mieli rozkazy: splądrować i puścić z dymem hiszpańskie i portugalskie posiadłości w Nowym Świecie, uzyskać trwałe koncesje handlowe, odkryć i ogłosić własnością Holandii nowe wyspy na Oceanie Spokojnym, mogące posłużyć za bazy, a na koniec w ciągu trzech lat powrócić do kraju.

Od ponad czterech dziesięcioleci protestanckie Niderlandy toczyły wojnę z katolicką Hiszpanią, walcząc o zrzucenie z siebie jarzma znienawidzonych hiszpańskich władców. Niderlandy, zwane niekiedy Holandią, Flandrią bądź Krajami Nizinnymi, prawnie nadal należały do imperium hiszpańskiego. Ich jedyny sprzymierzeniec, Anglia, pierwszy kraj w chrześcijaństwie, który zerwał z dworem papieskim w Rzymie i przed siedemdziesięcioma laty stał się protestancki, od dwudziestu lat również wojowała z Hiszpanią, a od dziesięciu otwarcie sprzyjała Holendrom.

Wiatr jeszcze bardziej przybrał na sile i statek przechylił się. Płynął z prawie nagimi masztami, mając postawione jedynie sztormowe marsle. Jednak mimo to burza i prąd morski pchały go w stronę ciemniejącego horyzontu.

I tam również jest burza, orzekł Blackthorne, też są rafy, też są mielizny. I nieznane morze. To dobrze. Całe swoje życie walczyłem z morzem i zawsze wygrywałem. Zawsze wygram.

Jestem pierwszym angielskim pilotem, który przebył Cieśninę Magellana. Tak jest, pierwszym… a także pierwszym, który żeglował przez te azjatyckie wody, jeśli nie liczyć garstki portugalskich wyrodków i hiszpańskich bękartów, przekonanych, że to oni władają światem. Jestem pierwszym Anglikiem na tych morzach…

Tyle pionierskich osiągnięć. Okupionych tyloma zgonami.

Jeszcze raz zbadał wiatr i powąchał go, nic jednak nie wskazywało na bliskość lądu. Przeszukał wzrokiem jednostajnie szary i wzburzony ocean. Ani śladu wodorostów czy odbarwienia wody wskazującego na piaszczysty szelf. Daleko po prawej burcie dojrzał jeszcze jedną sterczącą z wody rafę, nie powiedziało mu to jednak nic. Podwodne skały wystające z morza zagrażały im już od miesiąca, lądu wszakże nie dostrzegli. Ten ocean jest bezkresny, pomyślał. To dobrze. Do tego cię właśnie szkolono: żebyś żeglował po nieznanych morzach, sporządzał ich mapy i wracał do kraju. Jak daleko stąd do niego w czasie? Rok, jedenaście miesięcy i dwa dni. Sto trzydzieści trzy dni temu ostatnie zejście na ląd, a potem skroś ocean zwany Pacyfikiem, przez który lat temu osiemdziesiąt płynął Magellan.

Blackthorne był wygłodzony, a usta i ciało miał obolałe od szkorbutu.

Zmusił się, żeby sprawdzić wzrokiem kurs na kompasie i obliczyć w głowie przybliżoną pozycję statku. Wpisanie kursu do ruty – podręcznego przewodnika żeglarskiego – zapewniało mu bezpieczeństwo w tym punkciku oceanu. A jeżeli jemu, to tym samym statkowi, wspólnie zaś mogli odnaleźć Japonię, a może nawet chrześcijańskiego króla Jana Prezbitera i jego Złote Cesarstwo, które według legendy leżało na północ od Kataju, gdziekolwiek ów Kataj się znajdował.

A dzięki przypadającej mi części tych bogactw pożegluję znowu, na zachód, do kraju, pomyślał, jako pierwszy angielski pilot, który opłynął świat, i już nigdy go nie opuszczę. Nigdy. Na głowę mojego syna!

Poryw ostrego wiatru przerwał mu rozmyślania i rozbudził. Zasnąć w tej chwili byłoby głupotą. Nigdy by się nie ocknął z tego snu. Przeciągnął się, rozluźniając zdrętwiałe mięśnie pleców, i ciaśniej owinął się płaszczem. Żagle w porządku, ster zabezpieczony. Obserwator na dziobie czuwał. Uspokojony usadowił się w żeglarskim krześle i pomodlił o bliskość lądu.

– Zejdź pod pokład, pilocie. Chcesz, to przejmę od ciebie wachtę – powiedział trzeci oficer pokładowy Hendrik Specz, mozolnie wchodząc po schodni. Twarz miał szarą ze zmęczenia, oczy zapuchnięte, a cerę krostowatą i ziemistą. Żeby utrzymać równowagę, oparł się o podstawę kompasu i chwilę wymiotował. – Błogosławiony Panie Jezu, niechaj przeklęty będzie dzień, w którym opuściłem Holandię.

– Gdzie starszy oficer, Hendriku?

– Leży. Nie może wstać ze swojej scheit voll koi. I nie wstanie… nie po tej połowie Sądnego Dnia.

– A dowódca wyprawy?

– Jęczy o jedzenie i wodę. – Hendrik splunął. – Mówię, że usmażę mu kapłona i przyniosę go na srebrnej tacy z flaszką brandy do popicia. Scheit­huis! Coot!

– Nie przeklinaj!

– Dobrze, pilocie. Ale to kapryśny dureń i przez niego zginiemy! – Młody oficer znowu zwymiotował i splunął pstrokatą flegmą. – Jezu święty, pomóż mi!

– Zejdź pod pokład. Wróć o świcie.

Hendrik z wielkim trudem usiadł na drugim krześle żeglarskim.

– Na dole cuchnie śmiercią. Chcesz, to przejmę od ciebie wachtę. Jaki kurs?

– Tam, dokąd niesie nas wiatr.

– Gdzie ten twój obiecany ląd? Gdzie ta Japonia… gdzie ona, pytam.

– Przed nami.

– Stale przed nami! Gottimhimmel, nie kazano nam płynąć w nieznane. Do tej pory powinniśmy już być w domu, bezpieczni, z pełnymi brzuchami, a nie gonić za Bóg wie czym.

– Zejdź na dół albo milcz.

Hendrik odwrócił przygnębiony wzrok od wysokiego, brodatego mężczyzny. Chciał zapytać: „Gdzie jesteśmy? Dlaczego nie mogę zobaczyć tej sekretnej ruty?”. Wiedział jednak, że pilotowi nie zadaje się podobnych pytań, zwłaszcza pilotowi takiemu jak ten. Chciałbym być tak zdrowy i silny jak przy wyjeździe z Holandii, pomyślał. Wtedy bym się nie wahał. Z miejsca palnąłbym cię w te szaroniebieskie oczy, zdjął ci z twarzy drażniący półuśmiech i posłał do piekła, na któreś zasłużył. A wtedy zostałbym kapitanem i tym statkiem dowodziłby nie cudzoziemiec, lecz Holender, i wszystkie twoje tajemnice zachowalibyśmy dla siebie. Bo przecież niedługo zaczniemy z wami Anglikami wojnę. Pragniemy tego samego: panowania na morzach, zawiadywania wszystkimi szlakami handlowymi, podbicia Nowego Świata i zduszenia Hiszpanii.

– A może Japonii wcale nie ma? – wymruczał znienacka. – Może to

Gottbewonden, legenda.

– Jest. Pomiędzy trzydziestym a czterdziestym stopniem szerokości północnej. A teraz zamilcz albo zejdź pod pokład.

– Pod pokładem jest śmierć, pilocie – mruknął Hendrik, zapatrzył się przed siebie i zamyślił.

Blackthorne poprawił się w krześle, był dziś bardziej obolały. Mam więcej szczęścia od innych, pomyślał, więcej od Hendrika. Nie, nie więcej. Więcej przezorności. Kiedy inni pomimo moich ostrzeżeń niefrasobliwie zjedli swoje owoce, ja swoje zachowałem. Tak więc mój szkorbut jest nadal dość łagodny, oni zaś cierpią na nieustanne krwotoki, trzewia rozrywa im biegunka, oczy mają podrażnione i kaprawe, a zęby ruszają im się albo już wypadły. Dlaczego ludzie nigdy niczego się nie uczą?

Wiedział, że wszyscy się go boją, nawet dowódca wyprawy, i że większość go nienawidzi. Było to wszakże normalne, ponieważ to pilot dowodził na morzu. To on ustalał kurs i kierował statkiem, to on doprowadzał go z portu do portu.

W dzisiejszych czasach każda wyprawa była niebezpieczna, a nieliczne istniejące mapy morskie były tak niedokładne, że nie na wiele się zdały. Nie było też sposobu na ustalanie długości geograficznej.

– Odkryj, jak ustalić długość geograficzną, a zostaniesz najbogatszym człowiekiem na świecie – rzekł mu kiedyś jego stary nauczyciel Alban Caradoc. – Za rozwiązanie tej zagadki nasza królowa, niech ją Bóg błogosławi, da ci dziesięć tysięcy funtów i książęcy tytuł. Portugalscy gównożercy jeszcze więcej: złoty galeon! A te hiszpańskie wyrodki dwadzieścia galeonów! Kiedy tracisz z oczu ląd, już po tobie, chłopcze. – Caradoc urwał i jak zwykle ze smutkiem pokręcił głową. – Już po tobie. Chyba że…

– Chyba że mam rutę! – wykrzyknął ochoczo Blackthorne, wiedząc, że dobrze wyuczył się lekcji. Miał wtedy trzynaście lat i od roku terminował u Albana Caradoka, pilota i szkutnika, który zastąpił mu utraconego ojca i nigdy go nie bił, tylko uczył go i innych chłopców budowy okrętów oraz odkrywał przed nimi tajemnice morza.

Ruta była małą książeczką, zawierającą szczegółowe zapiski pilota na temat miejsc, w których był. Odnotowywano w niej magnetyczne kursy kompasowe pomiędzy portami i przylądkami, półwyspami i kanałami, pomiary głębokości, kolor wody, rodzaj dna morskiego, a także opisywano, jak dotrzeć gdzieś i jak stamtąd wrócić. Ile dni płynąć określonym halsem, jakie są wiatry, kiedy i skąd wieją, jakich prądów się spodziewać i z którego kierunku. Ruta określała porę sztormów i porę sprzyjających wiatrów, gdzie reperować statek i gdzie zaopatrywać się w wodę, gdzie są przyjaciele, a gdzie wrogowie, gdzie mielizny, rafy, pływy, bezpieczne zatoki. Słowem: wszystko, co potrzebne do udanej podróży.

Anglicy, Holendrzy i Francuzi mieli ruty swoich własnych wód, lecz po wodach reszty świata żeglowali wyłącznie kapitanowie z Portugalii i Hiszpanii, kraje te zaś trzymały wszystkie ruty w tajemnicy. Ruty ujawniały morskie szlaki do Nowego Świata i tajemnice Cieśniny Magellana oraz Przylądka Dobrej Nadziei – obu tras odkrytych przez Portugalczyków – dlatego też oni i Hiszpanie strzegli tajemnic morskich tras do Azji niczym skarbów narodowych, a ich holenderscy i angielscy wrogowie polowali na nie z równą zaciekłością.

Ale ruta była tylko tyle warta co pilot, który ją sporządził, skryba, który ją ręcznie skopiował, jeden z nielicznych drukarzy, który ją wydrukował, i uczony, który ją przełożył. Dlatego też ruta mogła zawierać błędy. Nawet umyślne. Pilot nigdy niczego nie wiedział na pewno, dopóki sam nie znalazł się w konkretnym miejscu. Przynajmniej raz.

Na morzu to on był dowódcą, jedynym przewodnikiem i ostateczną instancją dla statku i załogi. Sam jeden dowodził z rufówki.

To wino, które uderza do głowy, orzekł Blackthorne. Raz go człowiek skosztuje, a nigdy nie zapomni, zawsze będzie go szukał i zawsze będzie mu ono niezbędne. To jedna z tych rzeczy, które utrzymują cię przy życiu w warunkach, w których inni giną.

Wstał i wypróżnił pęcherz do spływnika. Odwrócił klepsydrę, w której przesypał się piasek, i zadzwonił w okrętowy dzwon.

– Nie zaśniesz, Hendriku? – spytał.

– Nie. Myślę, że nie.

Przyślę kogoś, żeby zmienił obserwatora na dziobie. Dopilnuj, żeby stał na wietrze, a nie po zawietrznej. Dzięki temu zachowa czujność i nie zaśnie. Blackthorne zastanawiał się przez chwilę, czy powinien ustawić statek pod wiatr i dryfować przez noc, postanowił jednak, że tego nie zrobi, zszedł po zejściówce i otworzył drzwi forkasztelu. Zejściówka prowadziła do pomieszczenia dla załogi. W kabinie szerokości statku było miejsce na koje i hamaki dla stu dwudziestu marynarzy. Pomimo nieustannego smrodu, bijącego z zęz, odczuł przyjemność, gdy spowiło go panujące tu ciepło. Nikt z około dwudziestu ludzi nie ruszył się z koi.

– Na górę, Maetsukker – powiedział po holendersku, w języku wspólnym dla Krajów Nizinnych, którym władał tak samo dobrze jak portugalskim, hiszpańskim i łaciną.

– Ledwo żyję – odparł niski, drobny mężczyzna o ostrych rysach, wciskając się głębiej w koję. – Jestem chory. Przez szkorbut straciłem wszystkie zęby. Chryste, dopomóż nam, wszyscy zginiemy! Gdyby nie ty, pilocie, w tej chwili wszyscy bylibyśmy w domu, bezpieczni! Jestem kupcem. Nie jestem marynarzem. Nie należę do załogi… Weź kogoś innego. Tam jest Johann…

Krzyknął, bo Blackthorne szarpnięciem wyciągnął go z koi i przycisnął do drzwi. Na jego ustach pojawiły się krwawe cętki i osłupiał. Brutalny kopniak w bok wyrwał go z odrętwienia.

– Zabieraj się na górę i pozostań tam, aż umrzesz albo zobaczysz ląd!

Maetsukker otworzył drzwi i umknął zmaltretowany. Blackthorne spojrzał na pozostałych. Wpatrywali się w niego.

– Jak się czujesz, Johann? – spytał.

– Nie najgorzej, pilocie. Może wyżyję.

Czterdziestotrzyletni Johann Vinck, starszy bosman, dowódca kanonierów, był najstarszy na pokładzie. Bezwłosy, bezzębny, miał cerę barwy starego dębu i silny był też jak dąb. Sześć lat temu odbył z Blackthorne’em nieudany rejs w poszukiwaniu Szlaku Północnego, znali więc nawzajem swoją wartość.

– Wyprzedziłeś nas wszystkich, w twoim wieku mężczyźni na ogół już nie żyją – rzekł Blackthorne, który miał trzydzieści sześć lat.

Vinck uśmiechnął się niewesoło.

– To zasługa brandy, pilocie, brandy, chędożenia i świątobliwego życia. Nikt się nie roześmiał. Ktoś wskazał na koję.

– Pilocie – powiedział – bosman nie żyje.

– Więc zabierzcie zwłoki na górę! Obmyjcie go i zamknijcie mu oczy!

Ty, ty i ty!

Tym razem wyznaczeni szybko wyszli z koi i razem, to niosąc, to ciągnąc, zabrali trupa z kabiny.

– Obejmiesz poranną wachtę, Vinck. A ty, Ginsel, będziesz obserwował z dziobu.

– Tak jest.

Blackthorne wrócił na pokład.

Hendrik nadal czuwał, a statek płynął jak trzeba. Salamon, obserwator zluzowany z posterunku, wyminął go, potykając się, ledwie żywy, z oczami zapuchniętymi od ostrego wiatru. Blackthorne podszedł do drugich drzwi i zszedł pod pokład. Korytarz prowadził do wielkiej kabiny na rufie, gdzie mieściła się kwatera dowódcy wyprawy oraz magazyn. Na prawo znajdowała się jego własna kabina, a na lewo druga, należąca do trzech oficerów pokładowych, lecz w tej chwili dzielili ją naczelny kupiec Baccus van Nekk, trzeci oficer Hendrik i młodzik Croocq. Wszyscy bardzo chorzy.

Blackthorne wszedł do głównej kabiny. Na koi leżał na wpół przytomny dowódca wyprawy gubernator Paulus Spillbergen. Niski, rumiany mężczyzna, ongiś pokaźnej tuszy, tak bardzo wychudł, że skóra zwisała mu w luźnych fałdach z wydatnego brzucha. Blackthorne wyjął z ukrytej szuflady flaszkę z wodą i pomógł mu się napić.

– Dziękuję – rzekł słabym głosem Spillbergen. – Gdzie jest ziemia… gdzie ziemia?

– Przed nami – odparł Blackthorne, nie wierząc w to dłużej, odstawił flaszkę, zamknął uszy na jęki gubernatora i wyszedł, nienawidząc go od nowa.

Prawie dokładnie przed rokiem dotarli do Tierra del Fuego, kiedy wiatry sprzyjały im w podjęciu próby pokonania Cieśniny Magellana. Jednakże dowódca wyprawy zarządził lądowanie, żeby poszukać złota i skarbów.

– Chryste Panie, niechże pan się przyjrzy temu brzegowi, gubernatorze.

Na tym pustkowiu nie ma żadnych skarbów!

– Według legendy jest tu wiele złota; a ponadto możemy ogłosić ten ląd własnością naszych prześwietnych Niderlandów.

– Przez pięćdziesiąt lat pełno tu było Hiszpanów.

– Być może… być może jednak nie aż tak daleko na południu, naczelny pilocie.

– Tak daleko na południu pory roku są odwrócone. Maj, czerwiec, lipiec i sierpień to tutaj środek zimy. Według tej ruty najważniejsze jest przepłynięcie przez tę cieśninę w odpowiednim czasie… bo za kilka tygodni zmienią się wiatry i będziemy zmuszeni tu pozostać, zimować długie miesiące.

– Za ile tygodni, pilocie?

– Według tej ruty za osiem. Ale pory roku nie zawsze zaczynają się w tym samym czasie…

– W takim razie poszukamy przez dwa tygodnie. Zostanie nam mnóstwo czasu, a potem w razie czego popłyniemy na północ i złupimy jeszcze kilka miast, co, panowie?

– Powinniśmy to zrobić już, gubernatorze. Na Pacyfiku Hiszpanie mają niewiele okrętów. A na tych wodach jest ich pełno i szukają nas. Moim zdaniem powinniśmy wyruszyć natychmiast.

Jednak dowódca wyprawy nie zgodził się z nim i poddał sprawę pod głosowanie innych, nie będących pilotami kapitanów – Anglika i trzech Holendrów – i przystąpił do bezowocnych wypadów na brzeg.

Tego roku wiatry odmieniły się wcześnie i musieli zimować w tamtych stronach, gdyż gubernator bał się popłynąć na północ ze względu na hiszpańskie flotylle. Dalej mogli ruszyć dopiero po czterech miesiącach. Przez ten czas z głodu, chłodu i wskutek czerwonki zmarło stu pięćdziesięciu sześciu ludzi z ich flotylli, wszyscy jedli cielęce skóry, którymi pokryte były liny. Straszliwe sztormy w cieśninie rozproszyły ich statki. Jedynie Erasmus dotarł na wyznaczone miejsce spotkania u brzegów Chile. Czekali miesiąc na resztę, aż wreszcie, na widok zbliżających się Hiszpanów, podnieśli żagle i odpłynęli w nieznane. Tajna ruta kończyła się na Chile.

Blackthorne wrócił korytarzem do swojej kabiny, otworzył zamek w drzwiach i zamknął je za sobą. Idąc przez małe schludne pomieszczenie do biurka, musiał się pochylić, bo belkowany strop był nisko. Otworzył kluczem szufladę i ostrożnie odwinął ostatnie jabłko, pieczołowicie przechowywane przez całą drogę z wyspy Santa Maria przy wybrzeżu Chile. Było obtłuczone i małe, a jego zgniły kawałek pokrywała pleśń. Blackthorne odciął ćwiartkę. W środku było kilka robaków. Zjadł je, kierując się starą żeglarską legendą, że robaki w jabłku są tak samo dobre na szkorbut jak sam owoc i że wtarte w dziąsła zapobiegają wypadaniu zębów. Ponieważ zęby bolały go, a dziąsła miał podrażnione i wrażliwe, zjadł jabłko powoli, a potem napił się wody z bukłaka po winie. Była słonawa. Na koniec zawinął resztę jabłka i zamknął je w szufladzie na klucz.

Z cieni rzucanych przez wiszącą nad jego głową lampę oliwną wypadł szczur. Belki zatrzeszczały przyjemnie dla ucha. Na podłodze roiły się karaluchy.

Jestem zmęczony, pomyślał. Strasznie zmęczony.

Zerknął na koję. Długi, wąski, słomiany siennik zapraszał. Czuł się skonany.

Prześpij się godzinę, podszepnęła mu diabelska część jego natury. Choćby dziesięć minut, a będziesz rześki przez tydzień. Od kilku dni spałeś raptem parę godzin, w dodatku głównie na pokładzie, w zimnie. Musisz się przespać. Przespać. Oni polegają na tobie…

– Nie, pośpię jutro – rzekł na głos, a potem zmusił się do otworzenia kluczem marynarskiego kufra i wyjęcia ruty. Zobaczył z zadowoleniem, że druga, portugalska, ruta jest bezpieczna i nietknięta. Wziął czyste gęsie pióro i zaczął pisać:

21 kwietnia 1600 roku. Godzina piąta. Pomroka. 133 dzień żeglugi od wyspy Santa Maria koło Chile, 32 stopień szerokości geograficznej północnej. Morze wciąż wzburzone, wiatr silny, statek otaklowany jak poprzednio. Kolor morza jednostajnie szarozielony, głębia. Nadal płyniemy pełnym wiatrem, kurs 270 stopni, skręcając na północ-północny zachód i posuwając się szybko, około dwóch lig na godzinę, każda po trzy mile. Pół godziny temu w odległości półtorej mili na północny wschód-północ dostrzegliśmy duże rafy w kształcie trójkąta.

W nocy zmarło na szkorbut trzech członków załogi: żaglomistrz Joris, kanonier Reiss, drugi oficer de Haan. Powierzywszy ich dusze Bogu (dowódca wyprawy wciąż choruje), ciała ich wrzuciłem do morza niezaszyte w płótno, gdyż nie miał kto go zszyć. Dzisiaj umarł bosman Rijckloff.

Nie mogę zmierzyć kąta nachylenia słońca, znowu z powodu chmur. Ale oceniam, że utrzymujemy się na kursie i że niedługo powinniśmy wylądować w Japonii…

Niedługo, ale za ile? – zadał pytanie wiszącej nad jego głową żeglarskiej lampie, która huśtała się wraz z kolebiącym się wzdłużnie statkiem. Jak sporządzić mapę? Musi być jakiś sposób, powtórzył sobie w duchu po raz tysięczny. Jak ustalić długość geograficzną? Musi być jakaś metoda. Jak przechowywać warzywa, żeby pozostały świeże? Czym właściwie jest szkorbut?…

– Powiadają, że to fluksja biorąca się z morza, chłopcze – rzekł mu kiedyś Alban Caradoc. Był brzuchatym, serdecznym mężczyzną ze zmierzwioną siwą brodą.

– Ale czy można gotować te warzywa i przechowywać zupę z nich?

– Choruje się od niej. Nikt nie znalazł sposobu na jej przechowywanie.

– Podobno wkrótce wypływa Francis Drake.

– Nic z tego. Nie popłyniesz, chłopcze.

– Mam prawie czternaście lat. Pozwoliłeś nająć się do niego Timowi i Wattowi, a on potrzebuje chłopaków uczących się na pilotów.

– Oni mają po szesnaście lat, a ty zaledwie trzynaście.

– Mówią, że spróbuje dopłynąć do Cieśniny Magellana, a potem w górę wybrzeża do niezbadanych ziem, do Kalifornii, żeby znaleźć Cieśninę Aniańską, która łączy Ocean Spokojny z Atlantykiem. Z Kalifornii zaś aż do Nowej Fundlandii, a stamtąd wreszcie Północnym Szlakiem…

– Domniemanym Północnym Szlakiem, chłopcze. Jeszcze nikt nie udowodnił prawdziwości tej legendy.

– On udowodni. Jest admirałem, a my będziemy pierwszym angielskim statkiem, który przepłynie przez Cieśninę Magellana, pierwszym na Oceanie Spokojnym, pierwszym… taka okazja już mi się nie powtórzy.

– A właśnie że powtórzy, a on nigdy nie odkryje sekretnego szlaku Magellana, chyba że ukradnie rutę albo schwyta portugalskiego pilota i go zmusi, by go przezeń przeprowadził. Ile razy mam ci powtarzać, że cnotą pilota jest cierpliwość. Ucz się cierpliwości, chłopcze. Masz mnós…

– Proszę cię!

– Nie.

– Dlaczego?

– Ponieważ nie będzie go dwa, trzy lata, może więcej. Słabi i młodzi dostają najgorsze jedzenie i najmniej wody. A z pięciu jednostek, które z nim wypłyną, powróci tylko jego statek. Za nic nie przeżyłbyś tej wyprawy, chłopcze.

– Wobec tego zaciągnę się, ale tylko na jego statek. Jestem silny. Weźmie mnie!

Posłuchaj, chłopcze, byłem z Drakiem na jego pięćdziesięciotonowej Judycie pod San Juan de Ulua, kiedy wraz z płynącym na Minion admirałem Hawkinsem przebiliśmy sobie drogę z zatoki przez tych hiszpańskich gównojadów. Sprzedawaliśmy na hiszpańskich Karaibach niewolników z Gwinei, ale bez zgody Hiszpanów, którzy zwiedli Hawkinsa i schwytali naszą flotyllę w pułapkę. Mieli trzynaście wielkich okrętów, a my sześć. Zatopiliśmy trzy ich jednostki, a oni nasze: Jaskółkę, Anioła, Karawelę i Jezusa z Lubeki. Owszem, Drake wydostał nas z tej pułapki i doprowadził do kraju. Z jedenastoma ludźmi na pokładzie, żeby o tym opowiedzieli. Hawkinsowi zostało piętnastu – z czterystu ośmiu królewskich marynarzy! Drake jest bezwzględny. Zabiega o chwałę i pieniądze, ale tylko dla siebie, dowodem na to jest zbyt wielu marynarzy, którzy stracili życie.

– Ale ja nie zginę. Będę jednym z…

– Nie. Twój termin trwa dwanaście lat. Masz jeszcze dziesięć lat przed sobą, a potem będziesz wolny. Ale do tego czasu, do roku tysiąc pięćset osiemdziesiątego ósmego, nauczysz się, jak budować statki i dowodzić nimi… będziesz się słuchał Albana Caradoca, mistrza szkutniczego, pilota i członka Trinity House, albo nigdy nie otrzymasz uprawnień. A bez nich nigdy nie popilotujesz statku na angielskich wodach, nigdy i na żadnych wodach nie będziesz dowodził z mostka żadnego angielskiego okrętu, bo takie prawo ustanowił zacny król Henryś, wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie. Takie było prawo tej wielkiej dziewki Marii Tudor, oby jej dusza smażyła się w piekle, i takie też jest prawo naszej królowej, oby władała wiecznie, prawo angielskie, najlepsze prawo morskie na świecie.

Blackthorne pamiętał, jak bardzo nienawidził za to swojego mistrza, jak nienawidził Trinity House, monopolistycznej korporacji założonej w 1514 roku przez Henryka VIII w celu szkolenia i przyznawania uprawnień wszystkim angielskim pilotom i kapitanom, jak nienawidził swojej dwunastoletniej ograniczonej wolności, bez której, o czym dobrze wiedział, nie zdobyłby jedynej rzeczy na świecie, której pragnął. Pamiętał również, jak jeszcze mocniej znienawidził Albana Caradoca, kiedy Drake, który zniknął przed trzema laty, cudownym zrządzeniem losu powrócił do Anglii na swoim stutonowym slupie Złota Łania, pierwszym angielskim statku, który opłynął świat, i przywiózł najbogatsze łupy, jakie kiedykolwiek przywieziono do kraju, niewiarygodne półtora miliona szterlingów w złocie, srebrze, przyprawach i naczyniach.

Jego nienawiści nie zmniejszyło to, że przepadły cztery z pięciu statków

Drake’a, że życie straciło ośmiu na dziesięciu marynarzy, że zginęli Tim i Watt, że na Ocean Spokojny ekspedycję przeprowadził przez Cieśninę Magellana nie Drake, lecz pojmany portugalski pilot. To, że admirał powiesił jednego oficera, wyklął kapelana Fletchera i nie znalazł Północnego Szlaku, nie przeszkodziło powszechnemu uwielbieniu dla niego w kraju. Królowa wzięła połowę z przywiezionego przezeń skarbu i nadała Drake’owi szlachectwo. Szlachta i kupcy, którzy wyłożyli pieniądze na tę ekspedycję, otrzymali w zamian trzysta procent zysku i podjęli się sfinansowania następnej korsarskiej wyprawy. A wszyscy żeglarze błagali, żeby z nim popłynąć, bo rzeczywiście zdobył łupy, wrócił do ojczyzny, a garstce szczęśliwców, którzy przeżyli wyprawę, udział w zdobyczy zapewnił bogactwo do końca życia.

Ja na pewno bym przeżył, rzekł sobie w duchu Blackthorne. Na pewno.

A wówczas mój udział w tych bogactwach wystarczyłby, żebym…

– Rotz vooruiiiiiiit! Przed nami rafy!

Z początku nie tyle usłyszał ów okrzyk, ile go wyczuł. A potem przeciągły, przemieszany z zawodzeniem wiatru wrzask doleciał go ponownie.

Wyskoczył z kabiny i z walącym sercem i wyschniętym gardłem wbiegł po zejściówce na pokład. Zapadły już ciemności i lało. Ucieszył się na myśl, że przygotowane tyle tygodni temu brezentowe zbiorniki na deszczówkę wkrótce przepełni woda. Nastawił usta w stronę prawie pionowo siekącego deszczu, popróbował jego świeżego smaku i odwrócił się plecami do nawałnicy.

Zobaczył, że Hendrik zamarł z przerażenia. Przycupnięty na dziobie obserwator Maetsukker wykrzykiwał coś bez związku i pokazywał przed siebie. Blackthorne spojrzał w tym kierunku.

Zaledwie dwieście jardów przed statkiem była rafa – wielkie czarne kleszcze skalne, w które tłukło zachłanne morze. Po prawej i lewej burcie ciągnęły się poprzerywane gdzieniegdzie smugi piany. Wichura porywała wielkie pokosy wody i ciskała je w mrok. Na skrajniku dziobowym z trzaskiem pękł fał, a drzewce najwyższego bramsla uniósł wiatr. Maszt zadygotał w posadach, wytrzymał, ale morze nieubłaganie popychało statek ku zagładzie.

– Wszyscy na pokład! – krzyknął Blackthorne i gwałtownie zadzwonił w okrętowy dzwon.

Jego dźwięk wyrwał Hendrika z odrętwienia.

– Jesteśmy zgubieni! – zawołał po holendersku. – Jezu, miej nas w opiece!

Sprowadź załogę na pokład, draniu! Zasnąłeś! Obaj zasnęliście! Blackthorne popchnął go w stronę zejściówki, chwycił koło sterowe, zsunął z jego drążków zabezpieczającą linę, zmobilizował się i mocno przekręcił je w lewo.

Wytężył wszystkie siły, kiedy ster zderzył się z prądem. Cały statek zadrżał. A potem jego dziób zaczął się przesuwać coraz prędzej, bo nadleciał wiatr i znaleźli się bokiem do niego i fal. Sztormowe topsle wydęły się, dzielnie starając się wytrzymać ciężar statku, a wszystkie liny zajęczały pod naporem. Następna fala spiętrzyła się nad nimi i kiedy płynąc równolegle do rafy, przedzierali się przez nią, Blackthorne dojrzał ogromny wał wodny. Ostrzegł krzykiem nadchodzących od forkasztelu i uchwycił się czegoś, żeby nie zginąć.

Fala zwaliła się na statek, przechylając go niebezpiecznie, i pomyślał, że ich zmiażdży, ale Erasmus otrząsnął się z niej jak mokry terier i wydostał z morskiej doliny. Woda spłynęła kaskadami przez szpigaty, pilot zaś łapczywie nabrał w płuca powietrza. Ujrzał, że leżące na pokładzie zwłoki bosmana, przygotowane na jutrzejszy pogrzeb, zniknęły i że kolejna nadpływająca fala jest jeszcze silniejsza. Pochwyciła Hendrika i uniosła go, krztuszącego się i miotającego, zmywając go za burtę do morza. Jeszcze jedna fala przewaliła się z rykiem przez pokład. Blackthorne uczepił się koła sterowego i woda przeszła po nim. Hendrik był już pięćdziesiąt jardów od lewej burty. Morze wessało go i zaniosło z powrotem pod statek, gdzie gigantyczny grzywacz wyniósł go wysoko ponad Erasmusa, przez chwilę trzymał krzyczącego w górze, potem zaś poniósł go, rozmiażdżył na ostrej krawędzi skały i pochłonął.

Statek wpłynął w falę, starając się przez nią przedostać. Poszedł następny fał, a talia zakręciła się gwałtownie i splątała z takielunkiem.

Vinck z drugim marynarzem wspięli się na rufówkę i podparli koło sterowe, żeby pomóc Blackthorne’owi. Blackthorne widział po prawej burcie rafę wystającą z morza, przybliżała się. Z przodu i po lewej burcie sterczało więcej skał, pomiędzy którymi były tu i ówdzie przerwy.

– Wejdźcie na górę, Vinck. Postawcie foki! – krzyknął.

Stopa po stopie Vinck i dwaj marynarze wspięli się mozolnie po wantach takielunku przy fokmaszcie, podczas gdy na dole inni napierali na liny, żeby im to ułatwić.

– Uważaj z przodu! – krzyknął Blackthorne.

Przez pokład przeszła spieniona fala, zabrała z sobą następnego marynarza i przyniosła z powrotem zwłoki bosmana. Dziób Erasmusa wyskoczył z morza, a opadając trzasnął w wodę, która znowu zalała pokład. Vinck i pozostali rozwiązali liny przytrzymujące żagiel. Rozwinął się on nagle i strzelił jak z armaty, kiedy wypełnił go wiatr, statek zaś się przechylił.

Vinck z pomocnikami zawiśli w górze, huśtając się nad falami, a potem zaczęli schodzić.

– Rafa… rafa z przodu! – krzyknął Vinck.

Blackthorne z towarzyszem przekręcili koło sterowe w prawo. Statek zawahał się, a potem obrócił i głośno zaprotestował, kiedy znajdujące się tuż pod powierzchnią morza skały napotkały jego burtę. Było to jednak uderzenie z ukosa i skalny ząb odłupał się. Belki burtowe wytrzymały, a ludzie na pokładzie znów odetchnęli z ulgą.

W rafie przed statkiem Blackthorne spostrzegł przerwę i skierował go w tamtą stronę. Wiatr wzmógł się, a morze rozsrożyło się jeszcze bardziej. Statek odchylił się w porywie wichru, wyrywając koło sterowe z rąk marynarza i Blackthorne’a. Uchwycili je razem i przywrócili Erasmusowi poprzedni kurs, ale kołysał się i kręcił jak pijany. Pokład zalała fala i wdarła się do forkasztelu, zatopiła oba pokłady i roztrzaskała.

– Obsadzić pompy! – krzyknął Blackthorne i zobaczył, że dwóch ludzi schodzi pod pokład.

Deszcz siekł go po twarzy, z bólu mrużył oczy. Lampa przy kompasie i latarnia kotwiczna na rufie dawno zgasły. Następny poryw wichury jeszcze bardziej odsunął statek z kursu, a towarzysz Blackthorne’a poślizgnął się i koło ponownie wyrwało im się z rąk. Marynarz krzyknął, bo kołek od koła sterowego uderzył go w skroń, i upadł zdany na łaskę morza. Blackthorne podniósł go z pokładu i trzymał, dopóki nie przewalił się nad nimi spieniony grzywacz. A wtedy spostrzegł, że marynarz nie żyje, więc upuścił go bezwładnie na krzesło żeglarskie, a potem kolejna fala zabrała trupa z rufówki.

Przerwa w skałach znajdowała się trzy rumby w prawo po nawietrznej, ale chociaż Blackthorne dokładał wszelkich starań, nie był w stanie się do niej przybliżyć. Rozpaczliwie wypatrywał innego kanału w rafie, wiedział jednak, że go nie ma. Chwilowo zwiększając prędkość, pozwolił więc Erasmusowi odpaść od wiatru, po czym znów ustawił go dziobem do wichury. Nadrobił ułamek dystansu i trzymał kurs.

Statek zajęczał, zapiszczał, drżąc z udręki, bo stępka zaszurała o ostre jak brzytwa grzbiety skalne i wszyscy na pokładzie wyobrazili sobie, jak puszczają jego dębowe wręgi i do kadłuba wlewa się woda. Pozbawiony wszelkiej kontroli zatoczył się w przód.

Blackthorne krzyknął na pomoc, ale nikt go nie usłyszał, trzymając więc koło, sam zmagał się z morzem. Raz rzuciło go w bok, ale sięgnął po omacku i znów je pochwycił, zastanawiając się mętnie, jak długo wytrzyma ster.

W przesmyku pomiędzy rafami powstał wodny młyn, otoczony skałami i napędzany przez nawałnicę. Wielkie fale rozbijały się o rafę i wirując cofały się do walki z intruzem, by na koniec ścierać się z sobą i atakować ze wszystkich stron. Wir ów wessał osaczony zewsząd i bezbronny statek.

– A bodaj cię diabli, burzo! – ryknął rozwścieczony Blackthorne. – Precz z przeklętymi łapami od mojego statku!

Koło sterowe znów się obróciło i odrzuciło go od siebie, a pokład zachwiał się przerażająco. Dziobnik uderzył w skałę i odpadł, a wraz z nim część takielunku, statek się wyprostował. Fokmaszt wygiął się w łuk i złamał. Marynarze rzucili się do takielunku z siekierami, żeby go odciąć i zostawić na łaskę żywiołu, Erasmus zaś zapadł się w dolinę pomiędzy rozhukanymi falami. Odrąbano maszt – poszedł za burtę wraz z jednym z marynarzy, który uwiązł w splątanej masie lin i drzewc. Schwytany w pułapkę krzyknął, lecz koledzy nie mogli mu pomóc i tylko patrzyli, jak wyłania się wraz z masztem przy burcie i znika na zawsze.

Vinck i reszta ocalałych obejrzeli się w stronę rufówki. Blackthorne zmagał się z burzą jak szalony. Przeżegnali się i zdwoili modlitwy, niektórzy płacząc ze strachu i walcząc o życie.

Przesmyk poszerzył się na moment i żaglowiec zwolnił, ale przerwa w rafie przed nim znowu się zwęziła, a skały zdawały się rosnąć, górując nad nimi. Od jednej z burt odbił się prąd, uniósł statek, ponownie obrócił go bokiem i rzucił ku zagładzie.

Blackthorne przestał wyklinać sztorm i pomimo bólu stężałych mięśni stoczył bój z kołem sterowym, żeby przesunąć je w lewo i utrzymać w tej pozycji. Jednak statek nic sobie nie robił ze steru, podobnie morze.

– Obróć się, piekielniku! – wysapał Blackthorne, szybko słabnąc. – Pomóżcie mi!

Morski prąd przyśpieszył, a jemu o mało co nie pękło serce, ale nadal wytężał siły, zmagając się z napierającym morzem. Starał się widzieć wyraźnie, ale w oczach pociemniało mu, a barwy zmąciły się i przygasły. Żaglowiec znajdował się w przesmyku i stał w miejscu, lecz właśnie wówczas jego stępka zaszurała o mulistą płyciznę. Dziób statku obrócił się od wstrząsu, ster zderzył się z falą. A potem morze i wiatr pospołu przyszły statkowi z pomocą, ustawiając go rufą do wiatru, i Erasmus przedostał się przez przesmyk na bezpieczne wody. Do zatoki za rafami.

KSIĘGA PIERWSZA

1

Blackthorne ocknął się nagle. Przez chwilę myślał, że śni – znajdował się na lądzie, w niewiarygodnym pomieszczeniu. Małym, bardzo czystym i wyłożonym miękkimi matami. Leżał na grubej kołdrze, a drugą podobną był przykryty. Strop w izbie był z wypolerowanego drewna cedrowego, a ściany z połączonych w kwadrat cedrowych listew i matowego papieru, który przyjemnie tłumił światło. Przy posłaniu stała czerwona taca z małymi miseczkami. W jednej były zimne gotowane warzywa, które pochłonął łapczywie, ledwie zwracając uwagę na ich pikantny smak. W drugiej zupa rybna, którą wypił do dna. W trzeciej zaś gęsta papka z pszenicy albo jęczmienia, z którą uporał się prędko, jedząc palcami. Woda w tykwie o dziwnym kształcie była ciepła i miała osobliwy smak – nieco gorzki, ale apetyczny.

I wtedy zauważył w niszy pokoju krzyż.

Pomyślał w osłupieniu, że to dom Hiszpanów albo Portugalczyków. Czy to Japonia? A może Kataj?

W tym momencie odsunięto część ściany. Obok wejścia klęczała krągłolica, mocno zbudowana kobieta w średnim wieku, która ukłoniła się mu i uśmiechnęła. Cerę miała złocistą, oczy ciemne i wąskie, a długie czarne włosy starannie spiętrzone na głowie. Ubrana była w szarą jedwabną szatę, krótkie białe skarpetki na grubej podeszwie, a w talii opasana szeroką fioletową szarfą.

– Goshujinsama, gokibun wa ikaga desu ka?1 – przemówiła. A ponieważ Blackthorne wpatrywał się w nią, nic nie pojmując, zaczekała chwilę i powtórzyła pytanie.

– Czy to Japonia? – zapytał. – Japonia? A może Kataj?

Spojrzała na niego zdezorientowana i dodała coś niezrozumiałego. Zdał sobie sprawę, że jest nagi. Jego ubrania nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Gestami dał jej do zrozumienia, że chce się ubrać, a potem wskazał na miseczki z jedzeniem i pojęła, że jest głodny.

Uśmiechnęła się, ukłoniła i zasunęła za sobą drzwi. Położył się wyczerpany. Niewygodna, dokuczliwie nieruchoma podłoga przyprawiła go o zawrót głowy. Z trudem spróbował się skupić. Pamiętał, że rzucili kotwicę. On i Vinck. Byli w zatoce, statek wpakował się dziobem na rafę i utknął. Słyszeli fale rozbijające się o brzeg, ale nic im nie groziło. Na brzegu paliły się światła, potem zaś znalazł się w kabinie i w ciemnościach. Nic nie pamiętał. Później w ciemnościach pojawiły się światła i dziwne głosy. Rozmawiał po angielsku, a także po portugalsku. Portugalski znał trochę któryś z miejscowych. A może to był Portugalczyk? Nie, chyba tubylec. Czy spytałem go, gdzie jesteśmy? – zastanawiał się. Nie pamiętam. Potem znowu znaleźliśmy się na rafie, nadpłynęła kolejna wielka fala, mnie zmyło do morza i zacząłem tonąć – w lodowatej wodzie – nie, morze było ciepłe i miękkie jak jedwabne, grube na sążeń łoże. Na pewno przewieźli mnie na brzeg i umieścili tutaj.

– To z pewnością dzięki temu posłaniu było mi tak ciepło i miękko – powiedział na głos. – Pierwszy raz spałem w jedwabiach.

Osłabiony organizm zmógł go. Zasnął, nie śniąc o niczym.

Kiedy się obudził, znowu stało przy nim jedzenie w glinianych miskach, a ubranie leżało porządnie ułożone w stos. Uprano je, wyprasowano i zacerowano drobnym, wybornym ściegiem.

Jednak jego nóż przepadł, tak samo klucze.

Muszę odzyskać nóż, i to szybko, pomyślał. Albo pistolet.

Powędrował wzrokiem w stronę krzyża. Pomimo strachu poczuł podniecenie. Całe życie słyszał legendy, które krążyły wśród pilotów i żeglarzy, o niesłychanym bogactwie okrytego tajemnicą portugalskiego imperium na Wschodzie, o tym, że Portugalczycy nawrócili pogan na katolicyzm i podporządkowali ich sobie, że złoto jest tam tanie jak surówka żelaza, a szmaragdów, rubinów, diamentów i szafirów pełno jak kamyków na brzegu morza.

Jeżeli wieść o katolicyzmie jest prawdziwa, rzekł w duchu, to być może i cała reszta. O bogactwach. Tak. Lecz im prędzej zdobędę broń, wrócę na pokład Erasmusa i stanę przy dziale, tym lepiej.

Zjadł, co było, ubrał się i chwiejnie wstał. Jak zawsze, na lądzie nie czuł się w swoim żywiole. Podszedł do drzwi, lekko się zatoczył i chcąc złapać równowagę, wyciągnął rękę, ale lekkie kwadraty z listewek nie wytrzymały jego ciężaru i pękły, a papier się rozerwał. Blackthorne stanął prosto. Przestraszona Japonka na korytarzu podniosła na niego wzrok.

– Przepraszam – powiedział, dziwnie zażenowany swoją niezręcznością. Chcąc nie chcąc, sprofanował nieskazitelność tego pomieszczenia. – Gdzie są moje buty?

Kobieta wpatrzyła się w niego, nie pojmując. Gestami cierpliwie powtórzył jej więc pytanie o buty, na co spiesznie poszła korytarzem, uklękła, otworzyła jeszcze jedne drzwi z listewek i przyzwała go ręką. Z niedaleka docierały ludzkie głosy i ciurczenie wody. Wszedł przez otwarte drzwi i znalazł się w kolejnej izbie, niemal tak samo pustej jak tamta. Wychodziła ona na werandę ze stopniami wiodącymi do małego ogródka otoczonego wysokim murem. Przy głównym wejściu stały dwie staruszki, troje dzieci w czerwonych szatach i starzec z grabiami w ręku, z pewnością ogrodnik. Wszyscy natychmiast pokłonili mu się z powagą i nie podnieśli głów.

Blackthorne ze zdziwieniem spostrzegł, że starzec jest właściwie nagi i że nosi jedynie wąską opaskę na biodrach, ledwo zakrywającą przyrodzenie.

– Dzień dobry – odezwał się do nich, nie wiedząc, co powiedzieć. Stali nieporuszeni, wciąż zgięci w ukłonie.

Głęboko zakłopotany wpatrywał się w nich, aż wreszcie niezgrabnie się im odkłonił. Wyprostowali się i uśmiechnęli do niego. Starzec ukłonił mu się jeszcze raz i powrócił do zajęć w ogrodzie. Dzieci przez chwilę gapiły się na obcego, a potem ze śmiechem umknęły. Stare kobiety zniknęły w głębi domu. Czuł jednak na sobie ich wzrok.

U podnóża schodków spostrzegł swoje buty. Nim zdążył je wziąć, towarzysząca mu kobieta w średnim wieku uklękła i pomogła mu je włożyć.

– Dziękuję – powiedział. Po krótkim zastanowieniu wskazał na siebie.

– Blackthorne – rzekł powoli. – Blackthorne. – Wskazał na nią: – Jak się nazywasz?

Wpatrzyła się w niego, nie pojmując.

– Black­thorne – powtórzył, wyraźnie wskazując na siebie, a potem na nią. – Jak się nazywasz?

Kobieta zmarszczyła czoło i nagle, zrozumiawszy, o co pyta, wskazała na siebie i powiedziała:

– Onna! Onna!

– Onna! – powtórzył, równie dumny z siebie jak ona z siebie. – Onna.

– Onna! – powtórzyła i uszczęśliwiona skinęła głową.

Takiego ogrodu jeszcze nie widział – był tam mały wodospad, strumień, mostek i wypielęgnowane kamienne ścieżki, większe kamienie, kwiaty i krzewy. Tak tu czysto, pomyślał. Tak schludnie.

– Niewiarygodne – powiedział.

– Nirrygone? – spytała usłużnie.

– Nic, nic – odparł, a potem, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, odprawił ją gestem.

Posłusznie i grzecznie ukłoniła się mu i odeszła.

Usiadł w ciepłym słońcu, opierając się o słup. Bardzo osłabiony przyglądał się starcowi, który pielił już dokładnie wypielony ogród. Ciekawe, gdzie są pozostali, pomyślał. Czy dowódca wyprawy jeszcze żyje? Ile dni przespałem? Pamiętam, że budziłem się, jadłem, znowu zasypiałem, a jedzenie było tak niedobre jak moje sny.

Obok niego przebiegły goniące się dzieci i zawstydził się za nie z powodu nagości ogrodnika, bo kiedy starzec pochylał się bądź skłaniał, widać mu było wszystko, dzieci jednak, aż trudno uwierzyć, nie zwracały na to uwagi. Ponad murem dostrzegł inne budynki, kryte dachówką lub strzechą, a w oddali wysokie góry. Niebo zamiatał rześki wiatr i popędzał obłoki. Pszczoły uganiały się za pożywieniem, był piękny wiosenny dzień. Jego ciało domagało się więcej snu, ale zmusił się do wyprostowania i ruszył do ogrodowej furtki. Ogrodnik uśmiechnął się do niego, ukłonił, podbiegł, żeby otworzyć drzwiczki, ukłonił się ponownie, i zamknął je za nim.

Wioska leżała nad półkolistą zatoką, która wychodziła na wschód, a do podnóży opadającej ku brzegowi góry przytulało się może ze dwieście domostw, jakich dotąd nie widział na oczy. Nie przypominał sobie podobnych. Powyżej nich, na tarasach, ciągnęły się pola i gruntowe drogi, które biegły na północ i południe. Poniżej brukowane nabrzeże i kamienny pomost wychodzący z nabrzeża w morze. Dobra, bezpieczna przystań, kamienne molo, kobiety i mężczyźni czyszczący ryby i splatający sieci, a po północnej stronie zatoki ktoś budował niezwykle zaprojektowaną łódź. Na wschodzie i na południu daleko w morzu widać było wyspy. Właśnie tam musiały być rafy, na które wpadli, albo za horyzontem.

W zatoce pełno było innych łodzi o niezwykłych kształtach, przeważnie rybackich. Część z dużymi pojedynczymi żaglami, kilka wiosłowych. Wioślarze stali i pchali wiosła pod prąd, zamiast siedzieć i ciągnąć, tak jak zrobiłby to on. Kilka z tych łodzi wypływało w morze, inne kierowały się do drewnianej przystani, Erasmus zaś stał solidnie na uwięzi pięćdziesiąt jardów od brzegu na głębokiej wodzie, przymocowany trzema kotwicznymi linami rufowymi. Blackthorne zadał sobie pytanie, kto to zrobił. Przy burtach statku stały łodzie, a na pokładzie widać było tubylców. Ale nikogo z załogi. Gdzież oni się podziali?

Rozejrzał się po wiosce i spostrzegł, że przypatruje mu się wielu ludzi. Kiedy zobaczyli, że ich zauważył, ukłonili mu się, na co, wciąż czując się nieswojo, odkłonił im się. Powrócili do pogodnej krzątaniny, idąc w różne strony, przystając, targując się, wymieniając ukłony i najwyraźniej nie przejmując się nim, niczym liczne wielobarwne motyle. Jednak kiedy szedł w stronę wybrzeża, czuł na sobie badawcze spojrzenia rzucane z wszystkich okien i drzwi.

Co jest w nich takiego dziwnego? – zastanawiał się. Chodzi nie tylko o stroje i zachowanie… Nie są uzbrojeni, skonstatował wreszcie. Nie noszą pałaszy ani pistoletów! Dlaczego?

Wzdłuż uliczek ciągnęły się otwarte sklepiki wypełnione najrozmaitszymi towarami i belami materiałów. Ich podłogi znajdowały się powyżej poziomu ulicy, a sprzedawcy i kupujący klękali albo kucali na czystych deskach. Spostrzegł, że większość nosi drewniaki albo proste plecione sandały, a niektórzy jednakowe białe skarpetki na grubej podeszwie, z przedziałem na duży i sąsiedni palec stopy dla przytrzymania rzemyków. Drewniaki i sandały zostawiali przed sklepami na ziemi. Ci na bosaka oczyszczali stopy i wsuwali je w przygotowane czyste sandały sklepowe. Jeżeli się nad tym zastanowić, to bardzo rozsądny zwyczaj, pomyślał z uznaniem.

Wtem dojrzał idącego w jego stronę mężczyznę z tonsurą i od jąder po żołądek przeszyła go paskudna trwoga. Zakonnik był na pewno Portugalczykiem albo Hiszpanem i choć jego falująca sutanna była pomarańczowa, to u pasa miał bez wątpienia krzyż i różaniec, a na twarzy wypisaną zimną wrogość. Jego sutanna nosiła ślady trudów podróży, europejskie buty były ubłocone. Patrzył na Erasmusa. Blackthorne nie miał wątpliwości, iż tamten zorientował się, że to statek angielski albo holenderski, nowy na większości mórz, smuklejszy i szybszy handlowy okręt bojowy, odwzorowany i ulepszony przez angielskich korsarzy, którzy dokonali takich spustoszeń na Karaibach. Z zakonnikiem szło dziesięciu tubylców, czarnowłosych i czarnookich, z których jeden był ubrany tak samo jak mnich, tyle że nosił rzemienne trepy. Inni mieli na sobie różnokolorowe suknie bądź luźne spodnie albo tylko przepaski na biodrach. Żaden jednak nie był uzbrojony.

Blackthorne chciał zawczasu uciec, ale zdawał sobie sprawę, że nie starczy mu na to sił, a poza tym nie miał gdzie się ukryć. Przy swoim wzroście i kolorze oczu był w tym świecie obcy. Oparł się plecami o ścianę.

– Ktoś ty? – spytał po portugalsku zakonnik, gruby, ciemnowłosy, zażywny dwudziestokilkuletni mężczyzna z długą brodą.

– A ty? – odparł Blackthorne, mierząc go wzrokiem.

– To jest niderlandzki statek korsarski. A ty jesteś holenderskim heretykiem. Jesteście piratami. Oby Bóg się nad wami zlitował!

– Nie jesteśmy piratami. Jesteśmy spokojnymi kupcami, lecz nie wobec nieprzyjaciół. Jestem pilotem tego statku. A ty?

– Jestem ojciec Sebastio. Jak tu dopłynęliście? W jaki sposób?

– Wyrzuciło nas na brzeg. Co to za kraj? Japonia?

Tak. Japonia. Nippon – odparł zniecierpliwionym tonem zakonnik. Odwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy, starszego od pozostałych, drobnego, szczupłego, z silnymi rękami o zgrubiałych dłoniach, z głową ogoloną na szczycie i włosami ściągniętymi w cienki ogonek, siwy jak jego brwi. Przemówił do niego urywanymi zdaniami po japońsku, wskazując na Blackthorne’a. Japończycy przerazili się, a jeden zabobonnie się przeżegnał.

– Holendrzy to heretycy, buntownicy i piraci. Jak się nazywasz?

– Czy to osada portugalska?

Zaczerwienione oczy księdza spoglądały srogo.

– Naczelnik wioski mówi, że zawiadomił już o was władze. Nie ujdziesz karze za grzechy. Gdzie jest reszta twojej załogi?

– Zniosło nas z kursu. Potrzebujemy żywności, wody i czasu na naprawę statku. A potem odpłyniemy. Możemy zapłacić za każdy…

– Gdzie reszta twojej załogi?

– Nie wiem. Przypuszczam, że na pokładzie.

Zakonnik jeszcze raz spytał naczelnika wioski, który odpowiedział mu i wskazał na drugi koniec osady, szczegółowo coś wyjaśniając. Duchowny odwrócił się ponownie do Blackthorne’a.

– Tutaj przestępców się krzyżuje, pilocie – rzekł. – Umrzecie, przyjeżdża daimyō z samurajami. Niech Bóg się nad wami zlituje.

– Kim jest daimyō?

– To władca feudalny. Należy do niego cała ta prowincja. Jak tu dopłynęliście?

– A samuraje?

– To wojownicy, żołnierze, członkowie kasty rycerskiej – odparł zakonnik z rosnącą irytacją. – Skąd przypłynęliście i kim jesteście?

– Nie rozpoznaję twojej wymowy – powiedział uszczypliwie Blackthorne.

– Jesteś Hiszpanem?

– Portugalczykiem – rzekł z gniewem zakonnik, chwytając przynętę. – Mówiłem ci już, że jestem ojciec Sebastio z Portugalii. Gdzieś nauczył się tak dobrze portugalskiego? Co?

– Ale przecież Portugalia i Hiszpania to w tej chwili jeden kraj – powiedział urągliwie Blackthorne. – Macie tego samego króla.

– Jesteśmy oddzielnym krajem. Jesteśmy dwiema różnymi nacjami. Zawsze tak było. Pływamy pod własną banderą. Nasze zamorskie posiadłości są oddzielne, tak jest, oddzielne. Król Filip przystał na to, kiedy skradł nam kraj. – Ojciec Sebastio z trudem opanował gniew, palce mu drżały. – Dwadzieścia lat temu zdobył mój kraj siłą oręża! Jego żołnierze i ten diabelski pomiot, hiszpański tyran książę Alva, zgnietli naszego prawdziwego króla. Que va! Teraz włada syn Filipa, ale i on nie jest naszym prawowitym władcą. Wkrótce będziemy mieć z powrotem własnego króla – oświadczył ojciec Sebastio i dodał jadowitym tonem: – Sam wiesz, że to prawda. Co diabeł Alva wyrządził twojemu krajowi, to samo zrobił mojemu.

Nieprawda. Alva był dla Niderlandów prawdziwym skaraniem boskim, ale ich nie podbił. Nadal są wolne. I zawsze będą wolne. Ale w Portugalii rozbił jedną małą armię i cały kraj mu się poddał. Z braku odwagi. Gdybyście chcieli wyrzucić Hiszpanów, tobyście ich wyrzucili, ale nigdy na to się nie zdobędziecie. Brak wam honoru. Brak cojones2. Nie licząc palenia w imię Boga niewinnych!

– Bodaj cię Bóg smażył w ogniu piekielnym przez wieki! – wybuchnął zakonnik. – Szatan wędruje po świecie, ale będzie wytępiony. Heretycy będą wytępieni. Ty bluźnisz przeciwko Panu Bogu!

Wbrew woli Blackthorne poczuł, jak budzi się w nim bogobojny strach.

Księża nie mają posłuchu u Pana Boga ani nie przemawia On przez ich usta. Zrzuciliśmy z siebie wasze nikczemne jarzmo i pozostaniemy wolni! Zaledwie czterdzieści lat temu Anglią władała Krwawa Maria Tudor, a jej mężem był Hiszpan Filip II, Filip Okrutny. Ta głęboko religijna córka Henryka VIII sprowadziła z powrotem katolickich księży, inkwizytorów, procesy o herezję oraz uznała – wbrew woli większości – ponowne zwierzchnictwo papieża nad krajem. Unieważniła historyczne zmiany w Kościele angielskim wprowadzone przez jej ojca. Władała przez pięć lat, a królestwo rozdarte zostało na kawałki przez nienawiść, strach i rozlew krwi. Jednakże umarła i królową została dwudziestoczteroletnia Elżbieta.

Ilekroć Blackthorne myślał o królowej, tylekroć pełen podziwu dla niej odczuwał głęboką synowską miłość. Przez czterdzieści lat wojowała z całym światem. Przechytrzyła i pokonała papieży, Święte Cesarstwo Rzymskie, Francję i Hiszpanię pospołu. Wyklęta, oczerniana, lżona w obcych krajach, przywiodła Anglię do przystani – bezpiecznej, silnej, niezależnej.

– Jesteśmy wolni – rzekł do zakonnika. – A wy rozbici. Mamy teraz własne szkoły, własne książki, własne Pismo święte, własny Kościół. A wy, Hiszpanie, jesteście wszyscy jednym i tym samym. Ścierwem! Wy, mnisi, niczym się między sobą nie różnicie. Jesteście bałwochwalcami!

Zakonnik podniósł krzyż, osłaniając się nim przed Blackthorne’em niczym tarczą.

– Boże, obroń nas od złego! Powiadam ci, że nie jestem Hiszpanem! Jestem Portugalczykiem. A poza tym nie jestem mnichem. Jestem bratem z Towarzystwa Jezusowego.

– Aha, a więc jednym z nich. Jezuitą!

– Tak. Niechaj Bóg zlituje się nad twoją duszą!

Ojciec Sebastio powiedział coś krótko po japońsku i jego towarzysze rzucili się na Blackthorne’a. Blackthorne przywarł plecami do ściany i mocno uderzył jednego; ale reszta dopadła go i poczuł, że się dusi.

– Nanigoto da? Zamieszanie od razu ustało.

Dziesięć kroków od Blackthorne’a stał młody mężczyzna. Był w bryczesach, drewniakach, lekkim kimonie, a za pasem miał zatknięte dwa miecze w pochwach. Jeden przypominał sztylet. Drugi, oburęczny zabójczy miecz, był długi i lekko zakrzywiony. Prawa ręka przybysza spoczywała swobodnie na jego rękojeści.

– Nanigoto da? – spytał szorstko, a kiedy nie odpowiedzieli mu natychmiast, powtórzył: – Nanigoto da?!

Japończycy upadli na kolana, skłaniając głowy aż do ziemi. Nie ukląkł tylko ksiądz. Skłonił się i zacinając się począł wyjaśniać, ale przybysz przerwał mu z pogardą i wskazał na naczelnika wioski:

– Mura!

Naczelnik Mura, nie unosząc pochylonej głowy, pośpiesznie zaczął tłumaczyć sytuację. Kilka razy wskazał na Blackthorne’a, raz na statek, a dwa razy na jezuitę. Ruch na ulicy zamarł. Wszyscy w zasięgu wzroku klęczeli w niskim ukłonie. Naczelnik skończył. Uzbrojony mężczyzna wyniośle wypytywał go jeszcze chwilę, otrzymując szybkie, pełne szacunku odpowiedzi. Wreszcie powiedział coś do Mury, z jawną pogardą skinął w stronę księdza, następnie w stronę Blackthorne’a, potem zaś siwowłosy naczelnik wioski wyjaśnił to w prostych słowach jezuicie, który się zaczerwienił.

Japończyk o przystojnej, lekko ospowatej twarzy, niższy i znacznie młodszy od Anglika, wpatrywał się w cudzoziemca.

– Onushi ittai doko kara kitanoda? Doko no kuni no monoda?

– Kasigi Omi­san pyta: „Skąd przybywasz i jakiej jesteś narodowości” przetłumaczył nerwowo zakonnik.

– Czy pan Omi­san to daimyō? – spytał Blackthorne, mimo woli lękając się mieczy Japończyka.

– Nie. Jest samurajem, samurajem zarządzającym tą wsią. Nazywa się Kasigi Omi. Omi to jego imię. Tutaj zawsze najpierw wymieniają swoje nazwiska. „San” znaczy „szanowny” i przez grzeczność dodaje się to słowo do wszystkich imion. Radzę ci nauczyć się grzeczności… i szybko nabrać dobrych manier. – Głos jezuity zaostrzył się. – Nie zwlekaj z odpowiedzią.

– Z Amsterdamu – odpowiedział Blackthorne. – Jestem Anglikiem. Ojcem Sebastio wyraźnie to wstrząsnęło.

– Jest Anglikiem. Z Anglii – powiedział do samuraja i zaczął mu wyjaśniać, ale Omi przerwał mu niecierpliwie i zasypał go gradem słów.

– Omi­san pyta, czy jesteś przywódcą. Naczelnik wioski twierdzi, że przeżyła jedynie garstka was, heretyków, i że większość choruje. Czy jest wśród nich dowódca wyprawy?

Ja jestem przywódcą – odparł Blackthorne, mimo że po zejściu na brzeg władza formalnie przeszła w ręce dowódcy wyprawy. – To ja dowodzę – dodał, wiedząc, że gubernator Spillbergen nie mógłby dowodzić niczym, tak na brzegu, jak na morzu, nawet gdyby był cały i zdrów.

Samuraj znowu wyrzucił z siebie potok słów.

– Omi­san mówi, że jako przywódcy wolno ci swobodnie poruszać się po wiosce, kiedy zechcesz, aż do przybycia jego pana. Jego pan, daimyō, postanowi o twoim losie. A do tego czasu wolno ci mieszkać w domu naczelnika i zachowasz swobodę ruchów. Ale nie opuścisz wioski. Twoją załogę umieszczono w przeznaczonym dla niej domu i jej członkom nie wolno go opuszczać. Rozumiesz?

– Tak. Gdzie jest moja załoga?

Ojciec Sebastio, wyraźnie skonfundowany decyzją i zniecierpliwieniem Omiego, wskazał wymijająco w stronę grupki domów nie opodal nabrzeża.

– Tam! Zażywaj wolności, piracie. Nie unikniesz kary za zło…

– Wakarimasu ka?! – spytał Omi, zwracając się wprost do Blackthorne’a.

– Pyta, czyś go zrozumiał.

– Jak jest po japońsku „tak”?

– Wakarimasu – powiedział ojciec Sebastio do samuraja.

Omi odprawił go pogardliwym gestem. Wszyscy nisko mu się pokłonili, prócz jednego Japończyka, który z rozmysłem nie złożył mu ukłonu.

Morderczy miecz świsnął, zataczając oślepiająco prędki łuk. Japończykowi głowa spadła z ramion, a ziemię obryzgała fontanna krwi. Ciałem zabitego kilkakrotnie targnęły drgawki i po chwili znieruchomiało. Zakonnik mimowolnie cofnął się o krok. Nikomu poza nim na całej ulicy nie drgnął nawet mięsień. Głowy wszystkich były nieruchome i trzymali je nisko. Blackthorne stał porażony i wstrząśnięty.

Omi niedbale postawił stopę na zwłokach.

– Ikinasai! – powiedział, gestem nakazując im, żeby odeszli.

Klęczący przed nim Japończycy ukłonili się jeszcze raz, do samej ziemi. A potem wstali i spokojnie, biernie odeszli. Ulica zaczęła pustoszeć. Podobnie sklepy.

Ojciec Sebastio spojrzał na ciało zabitego. Z ponurą miną zrobił nad nim znak krzyża i powiedział:

– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. A potem już bez lęku spojrzał na samuraja.

– Ikinasai!

Koniuszek lśniącego miecza dotknął zwłok.

Po dłuższej chwili zakonnik odwrócił się i odszedł. Z godnością. Przyglądający mu się bacznie Omi znów spojrzał na Blackthorne’a. Blackthorne wycofał się, a kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości, prędko skręcił za róg i zniknął.

Omi zaniósł się gromkim śmiechem. Ulica wyludniła się. Kiedy się wyśmiał do syta, chwycił oburącz miecz i metodycznie zaczął siekać zwłoki na kawałki.

Blackthorne siedział w małej łódce, a jego przewoźnik ochoczo wiosłował w stronę Erasmusa. Ze zdobyciem łodzi nie było najmniejszych kłopotów – główny pokład statku okupowali mężczyźni. Sami samuraje. Niektórzy nosili stalowe napierśniki, większość zwykłe kimona, jak nazywali swe szaty, oraz po dwa miecze. Uczesani byli jednakowo: szczyt głowy ogolony, włosy z potylicy i ze skroni zebrane w kitę, naoliwioną, złożoną wpół na czubku głowy i starannie związaną. Takie fryzury zastrzeżone były wyłącznie dla samurajów i tylko oni mogli nosić obowiązkowo dwa miecze – nieodmiennie oburęczny, zabójczy długi oraz krótki, przypominający sztylet.

Samuraje ustawili się rzędem wzdłuż nadburcia, przyglądając się cudzoziemcowi.

Pełen obaw Blackthorne wspiął się do furty burtowej i wszedł na pokład. Jeden z samurajów, odziany staranniej od innych, podszedł do niego i złożył mu ukłon. Nauka nie poszła w las, dlatego odkłonił mu się równie nisko i wszyscy na pokładzie rozpromienili się w jowialnych uśmiechach. W dalszym ciągu odczuwał zgrozę na wspomnienie zabójstwa na ulicy wioski, ich uśmiechy nie rozproszyły więc jego złych przeczuć. Przy zejściówce zatrzymał się jak wryty. W poprzek drzwi biegła szeroka wstęga z czerwonego jedwabiu, a przy niej dziwnymi zawijasami wypisano mały znak. Zawahał się, sprawdził drugie drzwi, ale i na nich wisiała taka sama wstęga, a do grodzi przybito taki sam hieroglif.

Wyciągnął rękę, chcąc usunąć jedwab.

– Hotté oké!

Żeby nie było żadnych wątpliwości, w czym rzecz, strzegący drzwi samuraj przecząco pokręcił głową. Już się nie uśmiechał.

– Ale to przecież jest mój statek i chcę…

Blackthorne ukrywał swój niepokój, nie odrywając wzroku od mieczy. Muszę się dostać pod pokład, pomyślał. Muszę zabrać ruty, swoją i tę tajną. Chryste Panie, jeżeli je znajdą i przekażą tym zakonnikom albo Japończykom, to koniec. Mając takie dowody, każdy sąd na świecie – poza Anglią i Niderlandami – skaże nas za piractwo. Moja ruta wymienia miejscowości, daty i ilość zrabowanych łupów, liczbę zabitych podczas trzech lądowań w Ameryce i jednego w hiszpańskiej Afryce, liczbę splądrowanych kościołów oraz spalone miasta i statki. No a ruta portugalska? Dla nas oznacza wyrok śmierci, ponieważ jest kradziona. Wprawdzie ta moja została odkupiona od portugalskiego sprzedawczyka, ale zgodnie z portugalskim prawem cudzoziemiec przyłapany na posiadaniu jakiejkolwiek portugalskiej mapy, a co dopiero takiej, która ujawnia trasę Magellana, zostaje natychmiast zgładzony. Na dodatek kiedy taką mapę znajduje się na pokładzie wrogiego statku, zostaje on spalony, a wszyscy na jego pokładzie bezlitośnie straceni.

– Nan no yoda? – spytał jeden z samurajów.

– Mówisz po portugalsku? – zapytał w tym języku Blackthorne. Japończyk wzruszył ramionami.

– Wakarimasen – odparł.

Inny Japończyk wystąpił naprzód i z szacunkiem przemówił do dowódcy, na co ten przyzwalająco skinął głową.

– Przyjacier Portugizu – rzekł samuraj po portugalsku z silnym obcym akcentem. Odsłonił górną część kimona i pokazał mały drewniany krzyżyk, który mu wisiał na szyi. – Kreścianin! – Wskazał na siebie i uśmiechnął się.

– Kreścianin. – Wskazał na Blackthorne’a. – Kreścianin ka?

Blackthorne po chwili wahania skinął głową.

– Chrześcijanin – odparł.

– Portugizu?

– Anglik.

Samuraj i dowódca, potrajkotawszy pomiędzy sobą, wzruszyli ramionami i podnieśli na niego wzrok.

– Portugizu?

Blackthorne pokręcił głową, choć czuł się nieswojo, zaprzeczając im w czymkolwiek.

– Moi przyjaciele? Gdzie? – spytał.

Samuraj wskazał na wschodni kraniec wioski.

– Pryciere – powiedział.

– To mój statek. Chcę zejść pod pokład – rzekł Blackthorne, powtarzając to zdanie na różne sposoby i gesty, tak że w końcu zrozumieli go.

– Ach, so desu! Kinjiru – odpowiedzieli z naciskiem, wskazując znak, i uśmiechnęli się promiennie.

Było oczywiste, że nie pozwolą mu zejść pod pokład. Pomyślał z rozdrażnieniem, że „kinjiru” znaczy na pewno „nie wolno”. Trudno, pal sześć! Nagłym ruchem nacisnął klamkę u drzwi i odrobinę je uchylił.

– Kinjiru!!!

Szarpnięciem odwrócono go twarzą do samurajów. Miecze mieli do połowy wyciągnięte z pochew. Obaj znieruchomieli, czekali, co zrobi. Pozostali na pokładzie przyglądali się temu beznamiętnie.

Nie pozostawało mu nic innego, jak wycofać się, wzruszył więc ramionami i odszedł, przy okazji sprawdzając, najlepiej jak się dało, stan takielunku i statku. Porwane żagle były opuszczone i związane. Ale cumy różniły się od tych, które znał, wywnioskował więc, że statek zabezpieczyli Japończycy. Ruszył ku furcie burtowej i zatrzymał się. Spostrzegł bowiem ich złowrogi wzrok i oblał się zimnym potem, myśląc: „Boże, jak mogą być aż tak głupi!”. Ukłonił się uprzejmie i wrogość Japończyków natychmiast zniknęła. Odkłonili mu się i znowu zaczęli uśmiechać. Nadal jednak czuł, jak po krzyżu spływa mu pot. Nienawidził wszystkiego co japońskie, i pragnął znaleźć się znowu wraz z załogą na statku, uzbrojony i na pełnym morzu.

– Jezu Chryste, chyba nie masz racji, pilocie – powiedział Vinck. Jego bezzębny uśmiech był szeroki i sprośny. – Jeśli tylko człowiek przywyknie do tych pomyj, które oni nazywają jedzeniem, trudno o lepsze miejsce. W życiu. W ciągu trzech dni miałem dwie baby, a one są jak królice. Zrobią wszystko, jeżeli tylko pokażesz im jak.

– Racja. Ale bez mięsa i brandy nic nie zdziałasz. A przynajmniej ja. Jestem wyczerpany i stać mnie tylko na raz – rzekł Maetsukker, a jego wąska twarz drgała. – Te żółte psubraty nie pojmują, że potrzebujemy mięsa, piwa, chleba. I brandy albo wina.

– I to właśnie jest najgorsze! Chryste, królestwo za krzynę grogu!

Baccus van Nekk był niepocieszony. Podszedł do Blackthorne’a, stanął przed nim i przyjrzał mu się badawczo. Miał bardzo krótki wzrok, a w czasie burzy stracił okulary. Jednak nawet mając je na nosie, stawał jak najbliżej rozmówcy. Był naczelnym kupcem, skarbnikiem i przedstawicielem Spółki Wschodnioindyjskiej, która wyłożyła pieniądze na tę wyprawę.

– Jesteśmy na brzegu, bezpieczni, a ja jeszcze się nie napiłem. Ani kropeleczki! To straszne. A tobie coś dali, pilocie?

– Nie. – Blackthorne nie lubił, kiedy ktoś stał blisko niego, ale Baccus był jego przyjacielem, w dodatku prawie niewidomym, więc się nie odsunął.

– Tylko gorącą wodę z jakimiś ziołami.

– Oni po prostu nie znają grogu. Nic do picia oprócz gorącej wody z ziołami, dobry Boże, miej nas w swojej pieczy! A jeżeli w tym kraju w ogóle nie ma trunków?! – Brwi Baccusa podskoczyły w górę. – Wyświadcz mi wielką przysługę, pilocie. Poproś o jakiś trunek, dobrze?

Blackthorne odnalazł dom, który jego towarzyszom przydzielono na wschodnim krańcu wioski. Trzymający tam straż samuraj pozwolił mu wejść, ale członkowie jego załogi potwierdzili, że im samym nie wolno przekroczyć bramy ogrodu. Podobnie jak i jego dom, ten również miał wiele izb, lecz był większy i z liczną służbą w różnym wieku i obu płci.

Przeżyło jedenastu uczestników wyprawy. Zmarłych zabrali Japończycy. Obfite porcje świeżych warzyw szybko zaczęły leczyć szkorbut i oprócz dwóch wszyscy prędko wyzdrowieli. Dwaj chorzy mieli w kiszkach krew, a ich wnętrzności pełne były wody. Vinck upuścił im krwi, ale to nie pomogło. Spodziewał się, że do wieczora umrą. Dowódca wyprawy leżał w drugiej izbie, nadal w bardzo ciężkim stanie.

– Tak jak mówi Johann, dobrze nam tu, pilocie, z wyjątkiem strawy i braku grogu – rzekł ze śmiechem niski, przysadzisty kucharz okrętowy Sonk. – Z miejscowymi jest pełna zgoda, jeśli tylko człowiek nie chodzi po domu w butach. Te małe żółte psubraty wściekają się, jeżeli się ich nie zdejmie.

– Posłuchajcie – rzekł Blackthorne. – Jest tu ksiądz. Jezuita.

– O Chryste!

Kiedy opowiedział im o zakonniku i odcięciu głowy, przeszła im wszelka ochota do żartów.

– Dlaczego on odciął tamtemu głowę, pilocie?

– Nie wiem.

Musimy wrócić na statek. Jeżeli papiści schwytają nas na brzegu… W izbie zapanowała wielka trwoga. Niemowa Salamon wpatrywał się w Blackthorne’a. Poruszał ustami, w kącikach których pojawiły się banieczki śliny.

– Nie, Salamonie, to nie pomyłka – odparł życzliwie Blackthorne na jego nieme pytanie. – Powiedział, że jest jezuitą.

– Chryste, jezuita, dominikanin czy czort wie kto jeszcze to, psiamać, żadna różnica – rzekł Vinck. – Lepiej wróćmy na pokład, pilocie. Zażądasz tego od tamtego samuraja, co?

– Wszystko w ręku Boga – powiedział Jan Roper, młody poszukiwacz przygód, kupiec z wąskimi oczami, wysokim czołem i cienkim nosem. – On nas obroni przed czcicielami Szatana.

Vinck ponownie spojrzał na Blackthorne’a.

– A co z Portugalczykami, pilocie? – spytał. – Widziałeś jakichś?

– Nie. W wiosce nie ma ich.

– Jak tylko się o nas dowiedzą, wkrótce się tu zlecą – orzekł w imieniu wszystkich Maetsukker, na co młody Croocq jęknął.

– Tak, a jeżeli jest tu ten zakonnik, to muszą też być inni. – Ginsel oblizał spieczone wargi. – A w takim razie ci przeklęci konkwistadorzy też na pewno są niedaleko.

– Pewnie – dodał zaniepokojony Vinck. – Są jak wszy.

– Jezu Chryste! Papiści! – mruknął któryś. – I konkwistadorzy!

– Ale jesteśmy w Japonii, pilocie? – spytał van Nekk. – Powiedział ci to?

– Tak. A dlaczego pytasz?

Van Nekk przysunął się bliżej i ściszył głos.

– Jeżeli są tu księża, a niektórzy tubylcy są katolikami, to może i ta druga część opowieści jest prawdziwa, ta o bogactwach, o złocie, srebrze i drogich kamieniach. – Zapadła cisza. – Widziałeś jakieś, pilocie? Jakieś klejnoty u tubylców… albo złoto?

Nie. Nic. – Blackthorne zastanawiał się chwilę. – Nic takiego sobie nie przypominam. Żadnych naszyjników, pereł ani bransolet. Słuchajcie, muszę wam powiedzieć o jeszcze jednym. Wczoraj popłynąłem na Erasmusa, ale zapieczętowali go.

Opowiedział, co się stało, i ich obawy wzrosły.

– O Jezu, jeżeli nie możemy wrócić na pokład, a na brzegu są księża i papiści… Musimy się stąd wydostać. – Maetsukkerowi zadrżał głos. – Co zrobimy, pilocie? Oni nas spalą! Konkwistadorzy, te psie syny, wpakują swoje rapiery…

– Wszystko w ręku Boga! – zawołał z wiarą Jan Roper. – Obroni nas przed antychrystem. Przyrzekł to. Nie ma się czego bać.

– Ten samuraj Omi­san warknął na tego zakonnika tak… jestem pewien, że go nienawidzi – powiedział Blackthorne. – To dobrze, prawda? Chciałbym jednak wiedzieć, dlaczego ten zakonnik nie nosił zwykłej sutanny. Dlaczego pomarańczową? Jeszcze takiej nie widziałem.

– Tak, to zastanawiające – przyznał van Nekk. Blackthorne spojrzał na niego.

– A może ich pozycja tutaj nie jest silna – rzekł. – To by nam bardzo pomogło.

– Co powinniśmy zrobić, pilocie? – spytał Ginsel.

– Zachować ostrożność i zaczekać na przyjazd ich wodza, tego daimyō. On nas wypuści. No bo dlaczego nie? Nie wyrządziliśmy im nic złego. Mamy na sprzedaż towary. Nie jesteśmy piratami, nie mamy się czego bać.

– Święte słowa, a nie zapominajcie, że nie wszyscy ci dzikusi są, jak mówi pilot, papistami – rzekł van Nekk, bardziej dla dodania otuchy sobie niż innym.

– Tak. To dobrze, że ten samuraj nienawidzi księdza. No i uzbrojeni są tu tylko samuraje. To też plus, co? Trzeba tylko uważać na nich i odzyskać naszą broń, w tym cała rzecz. Znajdziemy się na pokładzie, nim się obejrzymy.

– A co, jeżeli ten daimyō jest papistą? – spytał Jan Roper. Nie otrzymał odpowiedzi.

– Pilocie – odezwał się Ginsel – a ten z mieczem? Po odcięciu temu drugiemu żółtemu głowy porąbał go na kawałki?

– Tak.

– Chryste! To barbarzyńcy! Szaleńcy! – Ginsel był wysokim, przystojnym młodzieńcem z krótkimi rękami i mocno kabłąkowatymi nogami. Wskutek szkorbutu stracił wszystkie zęby. – Kiedy odciął mu głowę, to reszta zwyczajnie odeszła? Bez jednego słowa?

– Tak.

– Jezu Chryste. Żeby tak bez niczego zaszlachtować bezbronnego człowieka?! Dlaczego on to zrobił? Dlaczego go zabił?

– Nie wiem, Ginsel. Ale jeszcze nie widziałem, żeby ktoś zrobił to tak szybko. W jednej chwili miecz tkwił w pochwie, a w następnej głowa tamtego toczyła się po ziemi.

– Boże, miej nas w opiece!

– Co zrobić, pilocie? – spytał Jan Roper.

– Czekać i dochodzić do sił. Niedługo przyjedzie ich wódz… a wtedy wszystko załatwimy.

Vinck przyglądał się samurajowi w ogrodzie, który siedział bez ruchu na piętach przy bramie.

– Spójrzcie na tego drania. Siedzi tam od wielu godzin i ani drgnie, nie odezwie się, nawet nie podłubie w nosie.

– Ale nie sprawia jak dotąd kłopotów, Johann. Najmniejszych – powiedział van Nekk.

– Owszem, ale my przecież tylko śpimy, dupczymy i żremy te pomyje.

– Pilocie, on jest tylko jeden. A nas dziesięciu – rzekł cicho Ginsel.

– Myślałem o tym. Ale jeszcze nie całkiem wyzdrowieliśmy. Wyleczenie szkorbutu zajmie z tydzień – odparł zaniepokojony Blackthorne. – Na statku jest ich za dużo. Wolałbym nie mierzyć się z nimi bez włóczni albo arkebuza w ręku. Pilnują was w nocy?

– Tak. Ze trzy, cztery razy zmieniają warty. Czy któryś z was zauważył, żeby jakiś strażnik spał? – spytał van Nekk.

Pokręcili przecząco głowami.

– Dziś wieczorem możemy się dostać na pokład – powiedział Jan Roper.

– Z Bożą pomocą zwyciężymy pogan i weźmiemy statek.

– Oczyść sobie uszy z gówna! Przecież pilot dopiero co ci mówił! Nie słuchałeś?!

Vinck splunął z obrzydzeniem.

– Właśnie – poparł go artylerzysta Pieterzoon. – Przestań się czepiać starego Vincka!

Oczy Jana Ropera zwęziły się jeszcze bardziej.

– Wejrzyj w swą duszę, Johannie Vinck – powiedział. – A ty w swoją, Hansie Pieterzoon. Zbliża się Sądny Dzień!

Odszedł i usiadł na werandzie.

– Wszystko będzie dobrze. Zobaczycie – przerwał milczenie van Nekk.

– Roper ma rację. Przywiodła nas tu chciwość – oświadczył drżącym głosem młodzik Croocq. – To kara boska za…

– Przestań!

Chłopak wzdrygnął się.

Tak, pilocie. Przepraszam, ale… cóż… – Maximillian Croocq był z nich najmłodszy, miał zaledwie szesnaście lat i popłynął na tę wyprawę wyłącznie dlatego, że jego ojciec dowodził jednym ze statków, a ponadto dlatego, bo mieli zdobyć majątek. Był jednak świadkiem strasznej śmierci ojca podczas plądrowania hiszpańskiego miasta Santa Magdellana w Argentynie. Zdobycz była obfita, poznał tam, co to przemoc, i sam jej skosztował, pełen odrazy do siebie, przesiąknięty odorem mordu i krwi. Później oglądał śmierć jeszcze innych znajomych, z pięciu statków ostał się jeden, w tej chwili zaś miał wrażenie, że jest najstarszy z załogi. – Przepraszam. Przepraszam.

– Jak długo jesteśmy na brzegu, Baccusie? – spytał Blackthorne.

– Trzeci dzień. – Van Nekk znów podszedł do niego i przykucnął. – Nie za bardzo pamiętam, jak dopłynęliśmy, ale kiedy się ocknąłem, na statku wszędzie pełno było tych dzikusów. Niemniej zachowywali się bardzo grzecznie i życzliwie. Dali nam jedzenie i gorącą wodę. Zabrali zmarłych i rzucili kotwice. Wiele nie pamiętam, ale chyba przyholowali statek w bezpieczne miejsce. Kiedy przewozili cię na brzeg, majaczyłeś. Chcieliśmy, żebyś został z nami, ale nie pozwolili. Jeden wypowiedział kilka słów po portugalsku. Zdaje się, że był to naczelnik tej wsi, miał siwe włosy. Nie rozumiał tytułu „naczelny pilot”, ale znał słowo „kapitan”. Było oczywiste, że chce, aby nasz kapitan mieszkał oddzielnie, powiedział jednak, żeby się o ciebie nie martwić, bo dobrze się tobą zaopiekują. Nami również. A potem przyprowadził nas tutaj, przeważnie jednak nas nieśli, i oznajmił, że zostaniemy tu do przybycia jego kapitana. Nie chcieliśmy, żeby cię zabrali, ale nic nie mogliśmy poradzić. Spytasz się naczelnika o wino albo brandy, pilocie? – Van Nekk chciwie oblizał wargi i dodał: – Teraz, kiedy o tym myślę, przypominam sobie, że zwracając się do mnie, też wymienił słowo „daimyō”. Co będzie, kiedy przyjedzie ten daimyō?

– Czy któryś z was ma nóż albo pistolet?

– Nie – odparł van Nekk, z roztargnieniem drapiąc się w zawszoną głowę.

– Zabrali nam do prania całe odzienie i zatrzymali naszą broń. Wtedy nie przywiązywałem do tego znaczenia. Zabrali mi również klucze, razem z pistoletem. Wszystkie klucze nosiłem na kółku. Do skarbca, do kasy pancernej, do magazynu.

– Na pokładzie wszystko jest szczelnie zamknięte. Nie ma powodu do obaw.

– Ale nie podoba mi się, że nie mam kluczy. Bardzo się tym denerwuję. Niech mnie kule biją, ale z wielką chęcią napiłbym się teraz brandy. A nawet wypiłbym dzban piwa.

– Jezu Chryste! Ten samraj poszatkował go na kawałki, tak? – odezwał się, nie wiadomo do kogo, Sonk.

– Zamknij się, na miły Bóg! Mówi się „samuraj”! Zesrać się można od twojego gadania – powiedział Ginsel.

– Mam nadzieję, że ten drań zakonnik tu nie przyjdzie – rzekł Vinck.

W ręku Pana Boga jesteśmy bezpieczni. – Van Nekk nadal starał się mówić z przekonaniem. – Kiedy przyjedzie ten daimyō, wypuszczą nas. Zwrócą nam statek i pistolety. Zobaczycie. Sprzedamy wszystkie towary, a potem wrócimy do Holandii bogaci, szczęśliwie opłynąwszy Ziemię jako pierwsi Holendrzy na świecie. A katolicy pójdą do piekła i koniec.

– Wcale nie koniec – zaprotestował Vinck. – Na myśl o papistach cierpnie mi skóra. Nic na to nie poradzę. Na myśl o nich i o konkwistadorach. Jak myślisz, pilocie, dużo ich tu jest?

– Nie wiem. Pewnie tak! Szkoda, że nie jesteśmy tu z całą eskadrą.

– Biedaczyska – rozczulił się Vinck. – Ale przynajmniej my żyjemy.

– Może są już w domu – powiedział Maetsukker. – Może zawrócili z Cieśniny Magellana, kiedy rozproszyły nas burze.

– Obyś się nie mylił – rzekł Blackthorne. – Myślę jednak, że te statki przepadły razem z załogami.

– My żyjemy przynajmniej – powtórzył za Vinckiem Ginsel, wzdrygając się.

– Ponieważ są tu papiści i ci poganie z ich nieobliczalnymi humorami, to nie dałbym za nasze życie nawet szpary wysłużonej dziewki.

– Niechaj będzie przeklęty dzień, w którym opuściłem Holandię – poskarżył się Pieterzoon. – Niechaj będzie przeklęty grog! Gdybym nie schlał się w cztery dupy, nadal bym sobie leżał z moją starą w łóżku w Amsterdamie.

– Możesz sobie przeklinać, jak ci się żywnie podoba, Pieterzoon, ale nie przeklinaj grogu! To woda życia!

– A ja uważam, że po szyję siedzimy w gnojówce i że jej szybko przybywa. – Vinck przewrócił oczami. – Tak jest, bardzo szybko.

– Ja w ogóle nie myślałem, że dopłyniemy do brzegu – rzekł Maetsukker. Z wyglądu przypominał kreta, tyle że bezzębnego. – W ogóle. A już najmniej, że do Japonii. Przeklęci parszywi papiści! Nie wyjdziemy stąd żywi! Żeby tak mieć pistolety! Co za fatalne lądowanie! Nie miałem na myśli nic złego, pilocie – dorzucił prędko, kiedy Blackthorne spojrzał na niego. – To zwykły pech, i tyle.

Później służba znów przyniosła im posiłek. To samo co zawsze: gotowane i surowe warzywa, lekko doprawione octem, zupę rybną i kleik z pszenicy czy jęczmienia. Wszyscy wzgardzili małymi kawałeczkami surowej ryby i zażądali mięsa, i trunku. Jednak nie zrozumiano ich, a potem, przed zachodem słońca, Blackthorne odszedł. Zmęczyły go ich obawy, animozje i sprośności. Zapowiedział im, że wróci wczesnym rankiem.