Gdyby jednak - Rebecca Yarros - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gdyby jednak ebook i audiobook

Rebecca Yarros

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

261 osób interesuje się tą książką

Opis

AUTORKA #1 NA LIŚCIE NEW YORK TIMESA

Wsiadając na pokład samolotu, Izzy Astor nie spodziewa się niczego szczególnego. Z pozoru to najzwyklejszy poświąteczny powrót do domu: jest tłoczno i gwarno, panuje zamieszanie. Nagle jednak dostrzega kompana podróży z sąsiedniego fotela, mężczyznę pod każdym względem niezwykłego. Nate Phelan ma ciemne włosy, niebieskie oczy i mnóstwo surowego uroku, któremu dziewczyna nie potrafi się oprzeć. Coś ich do siebie przyciąga. I choć Izzy nigdy nie wierzyła w przeznaczenie, teraz musi zrewidować swoje poglądy. Zaledwie półtorej minuty po starcie samolot spada do rzeki Missouri. W ich życiu wszystko się zmienia. Podobnie jak oni sami. Nate rozpoczyna karierę w armii, podczas gdy Izzy znajduje swoje miejsce w polityce. Mimo że na przestrzeni lat los kilkukrotnie krzyżuje ich drogi, za każdym razem ma kiepskie wyczucie czasu. Aż do momentu, gdy Izzy trafia do Afganistanu, gdzie Nate’owi powierzono zadanie zapewnienia jej ochrony. Zrobi wszystko, żeby włos nie spadł jej z głowy. I wszystko, żeby zdobyć jej serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 41 min

Lektor: Agata Skórska

Oceny
4,5 (238 ocen)
165
50
13
8
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gadya

Dobrze spędzony czas

Słodziutka bajka 18+ na zimne wieczory
20
L2read
(edytowany)

Całkiem niezła

Jeden wielki MELODRAMAT. Jak dla mnie za dużo patosu i niemal filmowej dramaturgii. Dodatkowo sposób przekazania historii wydaje mi się nietrafiony. Naprzemiennie poznajemy przeszłość i teraźniejszość co na początku jest ok, ale w pewnym momencie już mnie denerwowało - byłam zaangażowana w to, co aktualnie czytałam, chciałam dalej poznawać historię, a zmuszona byłam oderwać się od niej, by poznać totalnie inny wątek. Ogólnie rzecz biorąc romans jest w porządku, ale czegoś mi zabrakło - nie zostałam “dobita emocjonalnie”, szczególnie zakończeniem. Cała historia raczej emanuje czymś słodko-gorzkim.
20
AnitaPietek

Dobrze spędzony czas

Zarwałam nockę żeby skończyć tę książkę. Kolejna książka spod pióra autorki i jedyne co przychodzi mi do głowy to jak autorka zaskakuje nas. Nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać bo jej książki są tak różnorodne. Tutaj znajdziecie i dobry humor i łzy wzruszenia. Nieczęsto sięgam po powieści o tematyce wojennej, zwłaszcza tej w Afganistanie czy Iraku ale ta pozycja kupiła mnie całą. Polecam !
20
ebudzynska2

Nie oderwiesz się od lektury

całkowicie mnie pochłonęła IM dalej w ład tym więcej wątków się rozwija i więcej chcemy wiedzieć. życzę miłej lektury nie zawiedziecie się :)
20
shiruslayer

Nie polecam

Romansidło dla pensjonarek. Do tego lektorka powinna czytać wyłącznie powieści dla nastolatek. Nie dotrwałam nawet do połowy.
21

Popularność




 

„Najprawdziwszy talent do opowiadania historii”.

– „Kirkus Reviews”

 

„Spod pióra Rebeki Yarros wychodzą słowa czyste, pełne czułości, pulsujące poezją emocji”.

– Tessa Bailey, bestsellerowa autorka „New York Timesa” i „USA Today”

 

„Ta książka wprawia w zachwyt!”

– „Publishers Weekly”, recenzja Rzeczy, których nie dokończyliśmy

 

„Przejmująca, chwytająca za serce i wielce inspirująca historia miłości”.

– „In Touch Weekly”, recenzja Ostatniego listu

 

„Yarros pisze w sposób poruszający i wciągający, a czytelnicy na własnej skórze odczują łamane serca i miłosne wzloty jej bohaterów”.

– „Publishers Weekly”, recenzja Ostatniego listu

 

„Rebecca, jak zawsze zresztą, nie zawodzi – mogę sięgać po jej książki w ciemno!”

– Jen McLaughlin, bestsellerowa autorka „New York Timesa”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej siostrze Kate.

Poszłabym dla Ciebie na wojnę.

Kocham Cię. Mówię serio.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

NATHANIEL

 

 

 

Kabul, Afganistan

Sierpień 2021

 

Ani trochę nie przypominało to Malediwów.

Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę, wystawiając twarz na piekące promienie popołudniowego słońca. Niewiele brakowało, abym za sprawą delikatnego powiewu wiatru przekonał samego siebie, że wilgotne krople ściekające mi po karku i wsiąkające w kołnierz koszuli to nie pot, tylko chłodna morska woda, w której dopiero co pływałem. Już prawie w to uwierzyłem.

W rzeczywistości stałem na płycie kabulskiego lotniska, zachodząc w głowę, jakim cudem podeszwy moich butów nie wtapiały się w rozgrzany do tak wysokiej temperatury asfalt. Być może wyjazd, który mnie ominął, był zemstą losu za to, że nie zabrałem jej ze sobą.

– Miałeś być na urlopie. – Z mojej prawej strony odezwał się znajomy głos.

– Ciii. Jestem. Nie widzisz? – Uniosłem nieznacznie jedną powiekę, tylko na tyle, żeby zerknąć na stojącego obok Torresa i jego gęstą brew, zacienioną przez daszek czapki w barwach kamuflujących.

– Co mam widzieć? Że sterczysz na stojance z łbem odrzuconym do tyłu, jakbyś występował w reklamie kremu do opalania Coppertone?

Kąciki moich ust lekko się uniosły.

– To żadna stojanka, tylko malutki domek na wodzie gdzieś na Malediwach. Nie słyszysz szumu fal?

Powietrze wypełniło się dobiegającym z oddali rytmicznym dudnieniem łopat śmigieł.

– Jedyne, co słyszę, to jak chrzani ci się w łepetynie – wymamrotał. – To pewnie oni.

Niechętnie otworzyłem oczy i podniosłem wzrok, wypatrując na horyzoncie podchodzącego do lądowania samolotu. Dojrzałem go w ciągu paru sekund.

Znowu ten sam szajs. Choć lubiłem moją pracę za to, że zawsze coś się w niej działo, musiałem przyznać, że powoli zaczynało mnie to nużyć. Cisza i spokój brzmiały dużo przyjemniej niż niekończąca się wojna.

– A tak w ogóle to jak, do cholery, dałeś się w to wrobić? Myślałem, że przydzielono do tego Jenkinsa. – Torres był ciekawy.

– Jenkins złapał wczoraj jakieś świństwo, a nie chciałem prosić Warda, żeby rezygnował z wolnego. Ma dzieciaki. – Obserwując moment przyziemienia C-130, poprawiłem sobie na ramieniu pas od karabinu. – No i teraz będę musiał niańczyć asystenta senatorki Lauren.

– Łączę się z tobą w bólu, jak zawsze.

– Doceniam to.

Na Torresa, mojego najlepszego kumpla, zawsze można było liczyć. Przyjaźniliśmy się, odkąd wybrano nas do sił specjalnych. A nawet jeszcze wcześniej.

– Mam nadzieję, że do przyszłego tygodnia Jenkins stanie na nogi, a ja będę w drodze na Malediwy, zanim zdążą się tu zlecieć sami senatorowie. – Czułem już owocową nutę drinków z parasolką… A nie, chwileczkę, to jednak metaliczny posmak paliwa lotniczego. No cóż…

– Zdajesz sobie sprawę, że większość facetów, których znam, wykorzystuje przepustkę, żeby wrócić do domu i zobaczyć się z rodziną, prawda? – Torres spojrzał za siebie na resztę chłopaków kroczących w naszą stronę, wygładzających swoje pozbawione naszywek mundury polowe w złudnej nadziei, że po czterech miesiącach dostawania po dupie w tym kraju da się jeszcze z nimi cokolwiek zrobić.

– Może, ale większość z nich nie ma takiej rodziny jak moja. – Wzruszyłem ramionami. Mama nie żyła od pięciu lat, a jedyną okazją, przy której z własnej nieprzymuszonej woli mógłbym się zobaczyć z ojcem, był jego pogrzeb.

Dołączyli do nas pozostali, ustawiając się w rzędzie przodem do kołującego samolotu. Miejsce po mojej drugiej stronie zajął Graham.

– Mam kierować? – zapytał.

– Tak – odparłem. Zdążyłem już wybrać chłopaków, których chciałem mieć w zespole, dopóki nie wróci Jenkins. Parker i Elston czekali w ambasadzie.

– Nikogo nie brakuje? – sprawdzał major Webb, podchodząc i drapiąc się po niedawno ogolonym podbródku.

– A niech mnie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tę twarz! – rzucił Graham, szczerząc się do dowódcy. Biel jego zębów mocno kontrastowała z ciemnobrązową skórą.

W czasie, gdy samolot manewrował zgodnie z instrukcjami kontrolerów z wieży, Webb mamrotał pod nosem coś na temat polityków.

Przynależność do elitarnych jednostek sił specjalnych miała swoje plusy. Jak choćby swobodę w zwracaniu się do siebie i brak obowiązku golenia zarostu. Z drugiej strony można było zostać wyrolowanym z dawno zaplanowanego urlopu tylko po to, żeby bawić się w ochronę elegancików robiących rekonesans przed przylotem bandy ważniaków z rządu. Rano poświęciłem całą godzinę na zapoznanie się z aktami Grega Newcastle’a. Trafił mi się trzydziestotrzyletni zastępca szefa sztabu senatorki Lauren. Wyglądał na wypacykowanego typa, który po skończeniu prawa na Uniwersytecie Harvarda pofrunął prosto do Kapitolu. Miała się tu zjawić cała grupa takich ludzi, żeby się rozejrzeć na miejscu i złożyć przełożonym raport z tego, jak przebiegało wycofanie naszych wojsk z Afganistanu. Coś mi mówiło, że nie będą zachwyceni tym, co tutaj zobaczą.

– Tak dla przypomnienia… – odezwał się Webb, wyciągając z kieszeni złożoną kartkę i zerkając na wyznaczonych szefów drużyn. – Maroon, dostaliście Bakera z biura kongresmena Garcii – zaczął, posługując się nazwiskami, które przyjęliśmy na potrzeby tego zadania. – Gold, wam przypadł Turner od kongresmena Murphy’ego. White, zajmiecie się Holtem z biura senatora Liu. Green, odpowiadacie za Astor z biura senatorki Lauren…

– Dostałem akta Grega Newcastle’a – wtrąciłem.

Webb spojrzał na trzymany w ręku papier.

– Wygląda na to, że zmienili to w ostatniej chwili. Macie teraz Astor. Zadanie pozostaje bez zmian. Interesują ich głównie prowincje na południu. To ci, którzy starają się ściągnąć żeńską drużynę szachową do Stanów.

Astor. Żołądek podszedł mi do gardła. To przecież niemożliwe. Nie i koniec.

– Wyluzuj – szepnął do mnie Torres. – To powszechne nazwisko.

Racja. Poza tym, kiedy ostatnim razem się ze sobą kontaktowaliśmy, pracowała dla jakiejś firmy w Nowym Jorku. Choć trzeba przyznać, że od tego czasu minęły już trzy lata.

Płaszcz miałem całkiem mokry od deszczu…

Zdusiłem te nieostrożne myśli w zalążku i skupiłem się na zatrzymującym się przed nami samolocie nawigowanym przez obsługę naziemną. Rozgrzana asfaltowa nawierzchnia oddawała ciepło drżącymi falami, które zniekształcały obraz właśnie opuszczanej tylnej rampy. Piloci zgasili silniki.

Z kadłuba C-130 najpierw wyłonili się umundurowani lotnicy. Za nimi pojawiła się nieduża grupa cywilów, zapewne wspomnianych asystentów z biur senatorskich. Jednemu z urzędasów żołnierze musieli pomóc zgramolić się na ziemię.

Moje brwi powędrowały w górę. Poważnie? Facet nie jest w stanie samodzielnie zejść z rampy samolotu, ale uznał, że wycieczka do Afganistanu to dobry pomysł?

– To jakiś żart? – zadrwił Kellman, a właściwie sierżant White, bo tak mieliśmy go nazywać podczas tej misji. – Tylko nie mówcie, że to akurat mój gość.

– No to zaczynamy – mruknął obok mnie Torres.

Wypuszczałem powoli powietrze, w myślach odliczając do dziesięciu i mając nadzieję, że gdy dojdę do zera, jakimś trafem nabiorę cierpliwości. Nic z tego. Jedna wielka strata czasu.

Lotnicy, zasłaniając sobą podążających za nimi ludzi, szli w naszą stronę z szerokimi uśmiechami na twarzach. Trudno, żeby nie byli zadowoleni. W końcu mieli tylko odstawić gryzipiórków na miejsce. Z całą pewnością nie szczerzyliby się tak, gdyby to oni mieli eskortować niemających o niczym pojęcia, zarozumiałych cywilów podczas objazdu baz wojskowych, jakby były atrakcjami turystycznymi, a nie strefą działań wojennych.

Major Webb ruszył przed siebie. Wojskowi przepuścili do przodu swoje małe stadko. Łącznie sześć osób…

Serce zastygło mi w połowie uderzenia.

Mrugnąłem, a po chwili ponownie – tym razem szybciej. Powiew wiatru rozpędził gorące, rozedrgane powietrze, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Wszędzie poznałbym te złociste włosy w miodowym odcieniu i uśmiech wart milion dolarów. Dałbym sobie rękę uciąć, że za wielkimi szkłami okularów przeciwsłonecznych kryły się intensywnie brązowe oczy oprawione gęstymi rzęsami. Poczułem, jak napinają mi się mięśnie dłoni, zupełnie jakby po tylu latach w dalszym ciągu doskonale pamiętały kształt jej ciała.

To była ona.

– Wszystko okej? – zapytał po cichu Torres. – Wyglądasz, jakbyś miał zamiar zwrócić śniadanie.

Nie, wcale nie było okej. Dalej niż do bycia okej było chyba tylko z Nowego Jorku do Afganistanu. Nie potrafiłem odezwać się słowem. Minęło dziesięć lat, odkąd się poznaliśmy, zresztą też na płycie lotniska, tyle że zupełnie innego, a mnie na jej widok nadal odbierało mowę.

Wyciągnęła prawą dłoń do Webba, żeby się z nim przywitać, i poprawiła zsuwający się jej z ramienia pasek dobrze mi znanego plecaka w kolorze wojskowej zieleni. Wciąż go miała? Nim ponownie opuściła ręce, jej palce rozbłysnęły odbitymi promieniami słońca, jakby trzymała w nich lusterko sygnalizacyjne.

Co. Do. Chuja. Moje serce z terkotem wróciło do życia i broniąc się przed tym, co właśnie zobaczyłem, zaczęło łomotać z taką siłą, że sprawiało mi fizyczny ból.

Jedyna kobieta, którą kiedykolwiek kochałem, zjawia się tutaj – w pieprzonej strefie działań wojennych – z pierścionkiem zaręczynowym na palcu. Pierścionkiem od innego mężczyzny. Nie miałem pojęcia, co to za jeden, ale zdążyłem gnojka znienawidzić. Nie miałem też najmniejszych wątpliwości, że na nią nie zasługiwał. Ja zresztą też nie. To zawsze stanowiło poważny zgrzyt w naszych relacjach.

Odwróciła się w moją stronę. Uśmiech powoli znikał z jej twarzy. Trzęsącymi się palcami przesunęła ciemne okulary na głowę, odsłaniając parę dużych brązowych oczu, z których można było wyczytać takie samo zdumienie, jakie mnie w tej chwili ogarnęło.

Na mojej klatce piersiowej zacisnęło się imadło.

Kątem oka widziałem, jak Webb podchodzi do kolejnych osób w szeregu, przedstawiając politykom komandosów odpowiedzialnych za ich bezpieczeństwo. Zbliżał się do nas, zegar odliczający czas do detonacji bomby atomowej tykał coraz głośniej, a my nadal nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Dzieliły nas góra cztery metry – odległość, która wydawała się równocześnie za duża i zbyt mała.

Zrobiła krok do przodu i wzdrygnęła się, zaciskając palce na włosach porwanych nagłym podmuchem wiatru smagającym każdą możliwą powierzchnię piachem i kurzem, włącznie z jej białą bluzką z rękawami podwiniętymi prawie do łokci. Co ona tu, do cholery, robiła? Nie pasowała do tego miejsca. Powinna siedzieć w jakimś przytulnym narożnym biurze, w którym nikt i nic nie mogłoby jej tknąć… przede wszystkim ja.

– Panno Astor, to właśnie… – zaczął Webb.

– Nathaniel Phelan – dokończyła, lustrując moją twarz, jakby miała już nigdy więcej jej nie zobaczyć, jakby katalogowała każdą najmniejszą zmianę, każdą bliznę, jaka pojawiła się na niej w ciągu ostatnich trzech lat.

– Izzy. – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić, oślepiony blaskiem diamentu o wadze chyba setek tysięcy karatów, który bił mi w oczy niczym migająca rażącym światłem lampa ostrzegawcza. Za kogo, do kurwy nędzy, zgodziła się wyjść?

– Znacie się? – Brwi Webba wygięły się w łuk, gdy przenosił wzrok to na mnie, to na nią.

– Tak – potwierdziłem.

– Już nie – odpowiedziała równocześnie ze mną.

Kurwa.

– No dobra… – Webb ponownie zmierzył nas wzrokiem, a niezręczność sytuacji nie umknęła jego uwadze. – Ale czy to będzie problem?

Będzie. I to ogromny. Powietrze między nami gęstniało, wypełniane milionami niewypowiedzianych słów, które uparcie wdzierały się w każdą szczelinę jak pustynny piach niesiony wiatrem przez płytę lotniska.

– Zawsze mogę zamienić… – zasugerował Webb.

– Nie – wypaliłem. Za cholerę nie zgodziłbym się, żeby powierzyć jej bezpieczeństwo komukolwiek innemu. Była na mnie skazana, czy jej się to podobało, czy nie.

Webb zamrugał, co było jedynym wyrazem zaskoczenia, jakiego można się było po nim spodziewać, i spojrzał na Izzy.

– Panno Astor?

– Jakoś damy radę. Proszę nie robić sobie kłopotu – odparła z uroczym, niewymuszonym, a jednocześnie nieszczerym uśmiechem, na którego widok przeszły mnie ciarki.

– A więc niech tak będzie – wybąkał niespiesznie Webb, po czym odwrócił się do mnie i, zanim poszedł w swoją stronę, wypowiedział bezgłośnie „powodzenia”.

Izzy i ja wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, podczas gdy wszystkie emocje, które przez ostatnie trzy lata z takim wysiłkiem zakopywałem najgłębiej, jak się dało, przedzierały się z powrotem na powierzchnię. Swoimi pazurami odrywały strupy, odsłaniając ukryte pod nimi rany, które nie zdążyły się jeszcze zabliźnić. Kto by pomyślał, że nasze ponowne spotkanie odbędzie się w takich okolicznościach. Co prawda od początku mieliśmy w zwyczaju wpadać na siebie w najgorszych możliwych chwilach i najbardziej niedogodnych miejscach, więc na dobrą sprawę nie powinniśmy być zdziwieni, że tym razem padło na państwo ogarnięte wojną.

– Myślałem, że mieszkasz w Nowym Jorku – udało mi się wreszcie wychrypieć, choć głosem brzmiącym tak, jakby został przeciągnięty kilkanaście razy po szorstkim chodniku. Tam gdzie nikt nie będzie próbował wysadzić cię w powietrze.

– Co ty nie powiesz. – Izzy uniosła brew i poprawiła zsuwający się z jej ramienia plecak. – Zabawna sprawa, bo ja myślałam, że nie żyjesz. Jak widać, oboje byliśmy w błędzie.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

IZZY

 

 

 

Saint Louis

Listopad 2011

 

– Piętnaście A. Piętnaście A… – mruczałam pod nosem, przyglądając się numerom siedzeń i przeciskając się zatłoczonym przejściem między rzędami foteli w samolocie regionalnych linii lotniczych. Z każdym krokiem walizka z bagażem podręcznym coraz bardziej wyślizgiwała mi się z klejących się od potu dłoni. Gdy wreszcie wypatrzyłam swoje miejsce i zobaczyłam, że schowek na bagaż nad moim fotelem nie został jeszcze zajęty, odetchnęłam z ulgą. Po chwili jednak zaklęłam w myślach, bo miejsce A znajdowało się przy oknie.

Mój żołądek zaplątał się w supeł. Jak mogłam zarezerwować fotel przy oknie? W miejscu, z którego będę dokładnie widzieć zbliżającą się potencjalną katastrofę.

Ale chwileczkę. Siedzenie zajmował już jakiś facet. Miał opuszczoną głowę, spod czapki z logo drużyny hokejowej Saint Louis Blues nie było widać jego twarzy. Być może źle odczytałam swój bilet.

Stanęłam przy właściwym rzędzie, wspięłam się na palce i podniosłam bagaż tak wysoko, jak tylko pozwalały mi wyciągnięte w górę ręce, starając się trafić nim do schowka. Dotknął jego krawędzi, ale na tym się skończyło. Żeby wsunąć go do końca, musiałabym chyba wdrapać się na fotel… albo urosnąć dobre piętnaście centymetrów.

Jasnofioletowa walizka wysmyknęła mi się z rąk i bez dalszej walki poddała się działaniu grawitacji, wycelowana prosto w moją twarz. Nim zdążyłam w jakikolwiek sposób okazać zdziwienie, olbrzymia dłoń złapała niesforny bagaż, zatrzymując go zaledwie parę centymetrów przed moim nosem.

Jasna dupa.

– Mało brakowało – zza walizki dobiegł niski głos. – Może jednak przyda się pomoc?

– Tak, poproszę – odparłam, starając się pozbierać po zamieszaniu, które niechcący wywołałam.

Jedynym, co zdążyłam zauważyć, była czapeczka Bluesmanów. Facet zdołał zdumiewająco szybko odwrócić się w fotelu, podnieść się z niego, zrobić krok w stronę przejścia między siedzeniami i złapać moją walizkę. Jednym płynnym ruchem. Imponujące.

– I po sprawie. – Mężczyzna z łatwością wsunął mój bagaż do schowka nad fotelami.

– Dzięki. Już myślałam, że zdrowo oberwę. I to własną walizką. – Uśmiechnęłam się, podnosząc głowę, wysoko, jeszcze trochę wyżej, żeby spojrzeć na mojego wybawcę.

O rany. Gość był… całkiem niczego sobie. Choć w sumie to mało powiedziane. Jego wygląd powodował opad szczęki, a wyobraźnię rozpalał do czerwoności. Niech ktoś pociągnie za dźwignię alarmu pożarowego! Kanciasty podbródek pokrywała delikatna warstwa ciemnego kilkudniowego zarostu. Nawet rozcięcie i purpurowe stłuczenie znaczące prawą połowę dolnej wargi nie odejmowały mu ani trochę uroku, nie kiedy facet miał takie oczy… Te oczy… Wow! Po prostu: wow! Dwa błękitne kryształki, które pozbawiły mnie wszystkich znanych mi słów. Co do jednego.

No i masz! Stałam nieruchomo, wpatrzona w niego jak w obrazek. Gdyby chociaż były to zalotne spojrzenia, jakimi z całą pewnością obrzuciłaby go Serena, bezwstydnie prosząc o numer telefonu i ostatecznie dostając to, czego chce. Nie. W moim wydaniu było to tępe gapienie się z szeroko otwartymi ustami. Byłam tego świadoma, ale nie umiałam się powstrzymać.

Zamknij usta.

Nic z tego, wciąż się gapisz. Gapisz się na niego. Gapisz się!

– Ja też – odezwał się, unosząc lekko kącik ust.

Wzięta z zaskoczenia, zamrugałam. Ja też… Że co, proszę?

– Nie rozumiem?

Jego brwi zmarszczyły się, był równie zdezorientowany co ja.

– Ja też – powtórzył. – Ja też myślałem, że walizka rąbnie cię w głowę.

– Racja. – Odruchowo chciałam założyć kosmyk włosów za ucho, zapomniawszy, że w pośpiechu upięłam je w niechlujny kok, więc nie miałam czego poprawiać. Cudownie. Jakby nie było już wystarczająco niezręcznie, poczułam ciepło rozlewające się po mojej twarzy, co prawdopodobnie oznaczało, że przybrała co najmniej dziesięć różnych odcieni czerwieni.

Facet opadł z powrotem na swoje miejsce, a ja zdałam sobie sprawę, że nasza krótka wymiana zdań stanęła na drodze pozostałym ludziom wsiadającym do samolotu.

– Przepraszam – wymamrotałam do stojącego za mną pasażera, po czym dałam nura w fotel o numerze piętnaście B. – Zabawna sprawa, ale mogłabym przysiąc, że na bilecie miałam wpisane miejsce przy oknie. – Przełożyłam pasek torebki przez głowę, rozpięłam kurtkę i zaczęłam ją ściągać, starając się za bardzo przy tym nie wiercić. Wolałam nie ryzykować, że dźgnę Pana Niebieskookiego łokciem i zrobię z siebie jeszcze większą kretynkę.

– O cholera. – Nagle odwrócił głowę w moją stronę i zrobił skrzywioną minę. – Zamieniłem się miejscami z kobietą w siedem A, żeby mogła usiąść koło dziecka. I pewnie przez przypadek cię podsiadłem. – Sięgnął po wsunięty pod fotel przed nim plecak w kolorze wojskowej zieleni. Miał tak szerokie barki, że musnął nimi moje lewe kolano, gdy się nachylał. – Przesiądźmy się.

– Nie! – wypaliłam.

Najpierw znieruchomiał, a następnie powoli obrócił głowę, żeby na mnie spojrzeć.

– Nie?

– To znaczy… nie cierpię siedzieć przy oknie. Właściwie to boję się latać, więc tak będzie lepiej. – Świetnie, teraz będę paplać bez ładu i składu. – Chyba że wolisz usiąść przy przejściu. – Wstrzymałam oddech w nadziei, że ani trochę mu na tym nie zależało.

Oparł się z powrotem na swoim fotelu i ruchem głowy zaprzeczył.

– Nie, nie trzeba. Przeraża cię latanie, co? – zapytał bez śladu kpiny w głosie.

– No tak. – Poczułam ulgę, a napięte mięśnie ramion w jednej chwili się rozluźniły. Złożyłam kurtkę i upchnęłam ją razem z torebką pod siedzenie przede mną.

– Dlaczego? – dociekał. – Jeśli mogę zapytać.

Po moich policzkach rozlało się ciepło.

– Od zawsze boję się latać. Jest w tym coś takiego, co sprawia, że… – przerwałam i pokręciłam głową. – Rzecz w tym, że statystycznie rzecz biorąc, nic nam nie grozi. Wskaźnik wypadkowości za ubiegły rok wyniósł jeden na jeden i trzy dziesiąte miliona, co stanowiło wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem, kiedy wynosił jeden na półtora miliona. Ale jeśli wziąć pod uwagę, ile każdego dnia odbywa się lotów, wychodzi na to, że jazda samochodem jest dużo bardziej niebezpieczna, bo prawdopodobieństwo wypadku na drodze to aż jeden na sto trzy. Choć nie zmienia to faktu, że w katastrofach lotniczych zginęło w zeszłym roku osiemset dwadzieścia osiem osób, a ja nie chciałabym dołączyć do tego grona. – Znowu trajkoczesz. Przygryzłam wargi, modląc się w duchu, żeby mój pozbawiony taktu umysł dał mi wreszcie spokój.

– Hmm… – Między brwiami mojego współpasażera zarysowały się dwie wyraźne linie. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

– Zakładam, że ciebie ten problem nie dotyczy – oceniłam, bo facet wyglądał, jakby absolutnie niczego się nie bał.

– Nie mam pojęcia. Nigdy wcześniej nie latałem, ale odkąd wyłuszczyłaś mi statystyki, nasuwają mi się pewne wątpliwości.

– O Boże, przepraszam. – Moje dłonie wystrzeliły w górę, żeby zakryć usta. – Kiedy się denerwuję, paplam bez namysłu. Do tego mam ADHD. A rano nie wzięłam leków, bo nalałam sobie soku pomarańczowego, postawiłam go na blat i położyłam obok niego tabletkę, ale sok wypiła Serena. Musiałam nalać go jeszcze raz, rozproszyłam się i pigułka została w kuchni. Pewnie wciąż tam leży… – Ogromnie zakłopotana, zacisnęłam mocno powieki. Jeden głęboki wdech później otworzyłam oczy i zobaczyłam, że mężczyzna przygląda mi się z uniesionymi brwiami. – Wybacz. Dodajmy do tego fakt, że o wszystkim za dużo myślę, i proszę bardzo. Trajkoczę jak nakręcona.

Na jego twarz zakradł się drobny uśmiech.

– Nic się nie stało. Tylko co w takim razie robisz w samolocie? – Wyregulował nawiew nad swoim fotelem i podwinął rękawy czarnej koszulki, odsłaniając opalone przedramiona. Gość był nieźle zbudowany. Na widok jego umięśnionych rąk, chcąc nie chcąc, zaczęłam zastanawiać się, czy reszta jego ciała wygląda podobnie.

– Święto Dziękczynienia – rzuciłam, wzruszając ramionami. – Po odstawieniu mnie na uczelnię rodzice wybrali się w rejs dookoła świata. Moja starsza siostra, Serena, jest na trzecim roku na uniwerku Waszyngtona. Studiuje dziennikarstwo. A ponieważ chciałyśmy spędzić ten dzień razem, a ja mieszkam aż w Syracuse, lot samolotem wydawał się najsensowniejszym rozwiązaniem. A ty?

– Lecę na szkolenie dla rekrutów w bazie Fort Benning. Tak w ogóle nazywam się Nathaniel Phelan. Znajomi mówią na mnie Nate.

Sznur pasażerów przeciskających się między fotelami zniknął. Pozostali tylko spóźnialscy, którzy w pośpiechu szukali swoich miejsc.

– Cześć, Nate. Jestem Izzy. – Podałam mu dłoń, a on ją uścisnął. – Izzy Astor. – Nie miałam pojęcia, jak udało mi się wypowiedzieć swoje imię i nazwisko, podczas gdy cała moja uwaga skupiała się na fakturze zrogowaciałej skóry jego dłoni, która całkowicie zakryła moją, oraz na trzepotaniu skrzydeł motyli, które poczułam w brzuchu w reakcji na ciepło jego ciała.

W żadnym wypadku nie byłam jedną z osób, które wierzą, że pierwszy dotyk potrafi razić człowieka piorunem. Takie bzdury to tylko w romansach! A jednak, siedziałam sparaliżowana, przeszyta do szpiku kości nagłym wyładowaniem elektrycznym. Jego oczy delikatnie migotały, jakby on też to poczuł. Towarzyszyło temu trudne do opisania uczucie… połączenia. Coś jak ten przynoszący satysfakcję moment, kiedy umieszcza się ostatniego z puzzli w układance.

Serena nazwałaby to przeznaczeniem, tyle że ona należała do beznadziejnych romantyczek. Dla mnie było to nic innego jak pociąg seksualny.

– Miło cię poznać, Izzy. – Powoli potrząsnął moją dłonią, a potem, jeszcze wolniej, rozluźnił chwyt, niespiesznie wycofując palce, których koniuszkami pobudzał każde zakończenie nerwowe po wewnętrznej stronie mojej dłoni. – Niech zgadnę. To skrót od Isabelle?

– Właściwie to od Isabeau. – Chcąc zająć czymś myśli, choćby na krótko, sięgnęłam do sprzączki pasa, zatrzasnęłam ją i naprężyłam czarną taśmę na biodrach.

– Isabeau – wymówił moje imię, zapinając swój pas.

– Tak wyszło. Mama uwielbiała Zaklętą w sokoła.

Przejście między fotelami wreszcie całkowicie opustoszało. Wyglądało na to, że wszyscy pasażerowie byli już na pokładzie.

– Zaklętą w sokoła? – powtórzył pytającym tonem Nate, lekko marszcząc brew.

– To film z lat osiemdziesiątych, w którym pewna para wkurza złego średniowiecznego biskupa swoją miłością. Biskup zabujał się w dziewczynie, ale ona kocha Navarre’a, więc klecha rzuca na nich oboje klątwę. Navarre nocą przeistacza się w wilka, a jego ukochana w ciągu dnia zamienia się w sokoła, przez co widują się tylko o świcie i o zmierzchu. Isabeau jest tytułową kobietą sokołem. – Przestań mleć jęzorem! Boże, czemu ja taka jestem?

– Brzmi dość… tragicznie.

– Szanowni państwo, witamy na pokładzie lotu osiemset dwadzieścia sześć linii Transcontinental – obwieściła stewardesa przez mikrofon.

– Nie jest aż tak tragicznie. Udaje im się przełamać klątwę i wszystko kończy się dobrze. – Nachyliłam się i jakimś szczęśliwym trafem wydobyłam komórkę z torebki bez wytrząsania z niej całej zawartości.

Po podświetleniu ekranu zauważyłam dwie nieodczytane wiadomości od Sereny.

 

Serena: napisz jak będziesz w samolocie

 

Serena: nie żartuję!

 

Oba esemesy dzieliło piętnaście minut.

– Jeżeli ktoś z państwa jeszcze tego nie zrobił, proszę umieścić swój bagaż podręczny w schowku nad siedzeniem albo wsunąć go pod fotel przed sobą. Proszę o zajęcie miejsc i zapięcie pasów – mówiła dalej stewardesa nieco świergotliwym, ale w pełni profesjonalnym głosem.

Wystukałam na telefonie wiadomość do siostry.

 

Isabeau: wsiadłam

 

Serena: już się martwiłam

 

Pokręciłam głową z uśmiechem. Byłam dla Sereny jedynym powodem do zmartwień.

 

Isabeau: martwiłaś się? Że zgubię się między kontrolą bezpieczeństwa a bramką?

 

Serena: z tobą nigdy nie wiadomo

 

Aż tak źle przecież ze mną nie było.

 

Isabeau: Kocham cię. Dzięki za ten tydzień.

 

Serena: Ja kocham cię bardziej. Napisz jak wylądujesz

 

Z głośników płynęły dalsze komunikaty personelu pokładowego:

– Jeśli ktoś z państwa zajmuje siedzenie obok wyjścia awaryjnego, proszę zapoznać się ze specjalnymi instrukcjami umieszczonymi na oparciu fotela przed państwem. Jeśli nie życzą sobie państwo wykonywać opisanych tam czynności, gdyby doszło do sytuacji zagrożenia, mogą państwo poprosić stewardesę o zamianę miejsca.

Podniosłam wzrok.

– To my – powiedziałam do Nate’a. – Wyjście awaryjne jest w naszym rzędzie.

Spojrzał na oznaczenia na drzwiach, po czym bez słowa nachylił się, żeby sięgnąć po kartę bezpieczeństwa. Musiałam przyznać, że tylko dodało mu to uroku. Pasażerowie byli właśnie informowani, że na pokładzie samolotu nie wolno palić.

Gdy Nate czytał instrukcję, stewardesa odłożyła mikrofon i zamknęła drzwi. Poczułam, jak przyspiesza mi tętno i ogarnia mnie niepokój. Odblokowałam ekran telefonu, sprawdziłam Instagram i Twittera, po czym ustawiłam w komórce tryb samolotowy, wsunęłam ją do przedniej kieszonki kamizelki i zapięłam zamek. Kiedy do wybijającego szaleńczy rytm serca dołączył ucisk w gardle, skierowałam nawiew na twarz i rozkręciłam go maksymalnie.

Nate odłożył instrukcję bezpieczeństwa z powrotem do kieszeni w fotelu przed nim i poprawił się w swoim, wyglądając z zaciekawieniem przez okno. Lotnisko spowijała gęsta poranna mgła, przez którą mieliśmy już dwadzieścia minut opóźnienia.

– Nie zapomnij o telefonie – odezwałam się, jeszcze zanim personel pokładowy zdążył powiedzieć to samo przez interkom. – Trzeba go przełączyć na tryb samolotowy.

– Nie mam telefonu, więc nie mam co przełączać. – Nate rzucił mi przelotny uśmiech i skrzywił się po tym, jak przesunął językiem po rozciętej wardze.

– Co ci się stało? – Wskazałam palcem na swoje usta. – Jeśli tym razem to ja mogę zapytać?

Zrzedła mu mina.

– Trochę się z kimś pokłóciłem. To długa historia. – Sięgnął do oparcia fotela przed nim i wyciągnął z przymocowanej do niego kieszonki książkę w miękkiej okładce, Wszystko za Everest Jona Krakauera.

Czytał książki?! Facet coraz bardziej mi się podobał.

Zrozumiałam aluzję i wydobyłam własną książkę z torebki. Dwa światy autorstwa Jennifer L. Armentrout. Otworzyłam ją na stronie zaznaczonej zakładką, mniej więcej w połowie jedenastego rozdziału.

– Proszę personel pokładowy o przygotowanie do kołowania. – Z głośników popłynął głęboki basowy głos.

– Ciekawa lektura? – zapytał Nate, gdy samolot wycofywał spod rękawa.

– Bardzo. Ale coś mi mówi, że raczej preferujesz literaturę faktu. – Skinieniem głowy wskazałam otwartą, na wpół przeczytaną książkę, którą trzymał w rękach. – A jak twoja?

Samolot skręcił w prawo i zaczął się toczyć do przodu. Wciągnęłam głośno powietrze nosem, po czym wypuściłam je ustami.

– Dobra. Naprawdę świetna. Trafiłem na nią na liście stu książek, które powinno się przeczytać przed trzydziestką, albo jakoś tak. Czytam je po kolei. – Zerknął na mnie i zmarszczył czoło. – Wszystko w porządku?

– Tak – odparłam krótko, choć w tym samym momencie czułam, jak przez mój żołądek przetacza się wóz drabiniasty. – Wiedziałeś, że najbardziej niebezpiecznymi etapami lotu są pierwsze trzy minuty po starcie i ostatnie osiem minut przed lądowaniem?

– Nie miałem pojęcia.

Z trudem przełknęłam ślinę.

– Kiedyś brałam środki uspokajające. Oczywiście przepisane przez lekarza. Nie bawię się w nic nielegalnego. Nie żebym miała coś przeciwko, gdybyś lubił czasem… – Słyszałam, co najlepszego wygaduję, i wprawiło mnie to w potworne zakłopotanie. Czemu mój własny umysł tak bardzo mnie nienawidzi?

– Mnie też do tego nie ciągnie. Dlaczego przestałaś brać pigułki? – Nate zamknął książkę.

– Zwalają mnie z nóg i pewnego razu mało co nie przegapiłam przesiadki w Filadelfii. Stewardesa musiała mną zdrowo potrząsnąć, żebym się obudziła, a potem zasuwałam co sił w nogach do swojej bramki. Drzwi do rękawa były już zamknięte, wszyscy zdążyli wejść na pokład, ale jeszcze mnie wpuszczono. Od tamtej pory niczego nie łykam.

Samolot ustawił się za innymi maszynami w kolejce do kołowania. Przestań wyglądać przez okno. Dobrze wiesz, że to tylko pogarsza sprawę.

– Wcale się nie dziwię. – Nate odchrząknął. – To co tam studiujesz w Syracuse? – Ta jawna próba oderwania mojej uwagi od tego, co działo się wokół, sprawiła, że kąciki moich ust powędrowały w górę.

– Public relations – zdradziłam, z trudem powstrzymując śmiech. – Zazwyczaj dość dobrze radzę sobie w kontaktach z ludźmi. Przynajmniej dopóki w grę nie wchodzi samolot.

– Moim zdaniem całkiem nieźle ci idzie. – Uśmiechnął się szeroko i, niech Bóg ma mnie w opiece, na jego prawym policzku pojawił się dołeczek.

– A ty? Dlaczego zaciągasz się do armii? Czemu nie pójdziesz na studia? – Ja też zamknęłam książkę i odłożyłam ją na kolana.

– Nie miałem większego wyboru. W liceum byłem nie najgorszym uczniem, ale nie na tyle dobrym, żeby załapać się na stypendium. Pieniędzy w domu nie starcza nawet na kablówkę, a co dopiero na czesne. Nie będę ukrywał, że rodzice potrzebują mojego wsparcia. Prowadzą małe gospodarstwo na południe od Shipman w Illinois – przerwał i na chwilę odwrócił wzrok. – W zasadzie farma należy do mamy. Dostała ją w spadku po moim dziadku. Tak czy owak, armia opłaci mi studia, więc idę do wojska.

Pokiwałam głową, choć nawet się nie oszukiwałam, że rozumiem jego sytuację. Sama dorastałam w zgoła odmiennych warunkach. W moim przypadku pytanie brzmiało, dokąd wybiorę się na studia, a nie, czy w ogóle będę studiować. Mama i tata w żartach nazywali czesne inwestycją w ekspansję rodzinnej spółki, ponieważ w pełni finansowali moją edukację. Nie musiałam dokonywać tak trudnych wyborów jak Nate.

– A co zamierzasz robić po studiach?

Jego brwi znów się ściągnęły.

– Nie wybiegam myślami tak daleko. Może zostanę nauczycielem. Lubię angielski. Na przykład coś związanego z literaturą. A może spodoba mi się w wojsku. W siłach specjalnych mogłoby być nawet ciekawie.

– Panie i panowie, z tej strony kapitan. Przede wszystkim chciałbym powitać państwa na pokładzie bezpośredniego lotu osiemset dwadzieścia sześć do Atlanty. Jak zapewne państwo zauważyliście, mamy tego poranka dosyć gęstą mgłę, przez którą wszystko odbywa się wolniej niż zwykle. Przed nami na start czeka jeszcze dwadzieścia jeden samolotów, więc minie dobre czterdzieści minut, a może nawet więcej, zanim wzbijemy się w powietrze.

Przez kabinę przetoczył się zbiorowy pomruk niezadowolenia. Ja też wydałam z siebie rozgoryczone stęknięcie. Czterdziestominutowe opóźnienie nie sprawi, że ucieknie mi samolot do Syracuse, ale na przesiadkę zostanie mi bardzo mało czasu.

– Dobra wiadomość jest taka, że gdy tylko przebijemy się przez mgłę, pogoda powinna nam sprzyjać, wobec czego spróbujemy nadrobić trochę czasu podczas lotu. Bądźmy cierpliwi i dziękuję, że lecicie razem z nami.

Wokół nas rozległa się seria krótkich dzwonków. To inni pasażerowie, z całą pewnością zaniepokojeni dalszym przebiegiem podróży i ewentualnymi przesiadkami, naciskali guziki służące do przywołania personelu pokładowego.

– Masz przesiadkę w Atlancie? – zapytałam Nate’a.

– Tak, do Columbus, ale z kilkugodzinnym zapasem – odpowiedział i dotknął kciukiem zranionej wargi.

– Jakby co, mam przy sobie maść z antybiotykiem – zaproponowałam. – Tylenol też się znajdzie, jeśli cię boli.

Jego brwi powędrowały w górę.

– Trzymasz w torebce zestaw pierwszej pomocy?

Moje policzki po raz kolejny się zaczerwieniły.

– Tylko to, co najpotrzebniejsze. Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek utknie na pasie startowym z obcym facetem, który z powodu jakiejś długiej historii ma rozcięte usta. – Uśmiechnęłam się powoli.

Jego łagodny śmiech był niemal niesłyszalny.

– Nic mi nie będzie. Bywało gorzej.

– Niespecjalnie mnie to przekonuje. – Hmm. Na jego nosie uwagę zwracało nieznaczne zgrubienie i siłą rzeczy zaczęłam się głowić, czy nie został kiedyś złamany.

Tym razem Nate zaśmiał się głośniej.

– Zaufaj mi. To nic takiego.

– To chyba nie było takie drobne nieporozumienie.

– Rzadko bywają drobne – odparł i zamilkł.

Poczułam nieprzyjemny ucisk w piersi, gdy tylko zdałam sobie sprawę, że wsadzam nos w nie swoje sprawy. W dodatku nie pierwszy raz.

– A więc… co jeszcze przeczytałeś spośród stu książek, których nie można przegapić?

– Hmm… – Spojrzał w górę, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. – Outsiderów, napisała to…

– S. E. Hinton – dokończyłam. Cholera, weszłam mu w słowo. – No proszę. Jestem niemal pewna, że rozdają tę książkę każdemu potencjalnemu rozrabiace w pierwszej klasie liceum. – Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu.

– Chwilunia… – Odsunął się jak oparzony. – Po czym niby można poznać… – wskazał gestem na siebie – że jestem rozrabiaką? Wychowałem się na farmie.

Roześmiałam się, zapominając na moment, że cały czas powoli toczymy się w kierunku pasa startowego.

– Z taką muskulaturą? Z taką buźką? Z tą rozciętą wargą? Z obtartymi knykciami? – Zerknęłam na miejsce, w którym podwinięty rękaw spotykał się z odsłoniętą skórą jego przedramienia. Spod materiału widoczne były zawijasy wykonane czarnym tuszem. – Do tego jeszcze tatuaże? Idealny materiał na rozrabiakę. Założę się, że zostawiłeś za sobą multum złamanych serc.

– Kto używa słowa „multum” w normalnej rozmowie? – Jego uśmiech sprawił, że sama uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Rozrabiaka czy nie, nie miałam wątpliwości, że na ten widok niejedna była gotowa ściągnąć majtki. Kto wie, gdybyśmy nie siedzieli w samolocie, być może właśnie rozważałabym pierwszą w życiu przygodę na jedną noc. – Tak się składa, że wiem kto. Grzeczne studentki.

– Przyznaję się do winy. – Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. – Masz nawet zamyślony wyraz twarzy atrakcyjnego mola książkowego. Wypisz wymaluj Jess Mariano.

– Co to za jeden? – Nate zamrugał, lekko zdezorientowany.

– Jess Mariano – wydusiłam. Dla takich oczu mogłabym umrzeć. Ich odcień przypominał tafle błękitnych polodowcowych jezior w Silverton. – No wiesz, ten z Kochanych kłopotów.

– Nie oglądałem. – Nate pokręcił przecząco głową.

– Gdybyś miał kiedyś okazję, po prostu pamiętaj, że w zasadzie jesteś Jessem, tylko… wyższym i przystojniejszym. – Nie zdążyłam w porę ugryźć się w język.

– Przystojniejszym, tak? – droczył się ze mną, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie, które natychmiast podniosło temperaturę mojego ciała o dobry stopień albo i dwa.

– Zapomnij, że to powiedziałam. – Oderwałam od niego swoje skrępowane spojrzenie i rozpięłam kamizelkę. Czemu nagle zrobiło się tak gorąco? – Co jeszcze masz na liście lektur?

Nate delikatnie zmrużył oczy, ale przystał na tę oczywistą sugestię zmiany tematu.

– Przeczytałem już 451 stopni Fahrenheita, Władcę much, Ostatniego Mohikanina…

– To dopiero był świetny film – westchnęłam. – Scena, w której obiecuje, że ją odnajdzie, po czym rzuca się przez wodospad? Coś niesamowitego! Klasyka romansu.

– Obejrzenie filmu się nie liczy! – Nate pokręcił głową, śmiejąc się pod nosem. – I to nie jest żaden romans, tylko powieść przygodowa z wplecioną w fabułę historią miłości. Do romansu temu daleko.

– Jak możesz twierdzić, że to nie romans?

– Bo książka trochę się różni od filmu – wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami.

– Czym?

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Tak! – Uwielbiałam ten film. Razem z kubełkiem lodów skutecznie zaleczał rany złamanego serca.

– Cora umiera.

Szczęka mi opadła, na co Nate lekko się skrzywił.

– Sama dopytywałaś.

– Teraz już na pewno tego nie przeczytam. Lepiej zostanę przy filmie – mruknęłam.

Samolot akurat podjechał kawałek do przodu. Wyglądanie przez okno nadal nie miało większego sensu. Widoczność była do dupy.

Kolejne minuty upłynęły nam na wymianie uwag na temat kilku następnych książek z listy Nate’a. Niektóre z nich, na przykład Wielkiego Gatsby’ego, czytałam w liceum, inne natomiast, jak choćby Kompania braci, nie trafiły dotąd w moje ręce.

– No dobra, a co znalazłoby się na twojej liście stu książek? – zapytał.

– Dobre pytanie. – Odchyliłam głowę, żeby się zastanowić. Samolot wciąż się toczył. – Z całą pewnością Duma i uprzedzenie. Do tego Na wschód od Edenu…

– O rany, miałem dosyć Steinbecka po Gronach gniewu.

– Na wschód od Edenu jest dużo lepsze. – Pokiwałam z powagą głową, jakby moja opinia była faktem. – Co jeszcze… Opowieść podręcznej i Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks też mnie wciągnęły. A właśnie, czytałeś już Igrzyska śmierci? Trzeci tom wyszedł w ubiegłym roku i jest genialny.

– Jeszcze nie. Dopiero co skończyłem Przygody Hucka Finna i teraz sięgnąłem po to. – Wskazał wzrokiem trzymaną na kolanach książkę. – Może powinienem przerzucić się na coś bardziej współczesnego.

– Przecież Huck Finn jest świetny. Nie ma to jak żeglowanie po Missisipi.

– Dobrze się czytało, to prawda – przyznał. – Na szkoleniu raczej nie będę miał czasu na czytanie, ale spakowałem kilka książek tak na wszelki wypadek. – Na chwilę się zamyślił. – Znajomy, który odbył przeszkolenie rok temu, powiedział mi, że na wejściu prawie wszystko zabierają. W razie czego włożyłem iPoda do podpisanego zamykanego woreczka.

– Ile… – Zacisnęłam usta, nim wypłynęła z nich reszta słów. To nie moja sprawa, ile miał lat, choć wyglądał mniej więcej na mojego rówieśnika.

– Ile mam lat? – dokończył pytanie, a ja potaknęłam. – W zeszłym miesiącu skończyłem dziewiętnaście. A ty?

– Mam osiemnastkę w marcu. Dopiero zaczęłam studia. – Przesunęłam kciukiem po krawędzi swojej książki, żeby tylko zająć czymś ręce. – Nie denerwujesz się?

– Lotem? – Jego brwi nieznacznie się ściągnęły.

– Pójściem do wojska. Bierzemy udział w kilku wojnach. – Margo, moja współlokatorka, kilka lat wcześniej straciła starszego brata w Iraku, ale nie zamierzałam o tym wspominać.

W skrzydła samolotu uderzył silny strumień płynu do odladzania.

– Słyszałem to i owo. – Znów ten dołeczek. Nate wziął głęboki wdech i spojrzał przed siebie, jakby chciał dobrze przemyśleć odpowiedź. – Skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie boję śmierci i umierania. Ale prawda jest taka, że wszędzie wokół nas toczą się jakieś wojny. Po prostu niektóre konflikty widać wyraźniej niż inne. Już nieraz ktoś się na mnie rzucał, a następnym razem będę przynajmniej uzbrojony. Zresztą z mojego punktu widzenia gra jest warta świeczki. Pomyśl tylko… Gdybyś nie wsiadła do tego samolotu, nigdy byśmy się nie spotkali. Podjęłaś ryzyko i otrzymałaś nagrodę, prawda? – Spojrzał w moją stronę, pochwycił i przytrzymał moje spojrzenie.

Ogarnęło mnie nagłe pragnienie opuszczenia samolotu, które jednak nie miało nic wspólnego z obawą przed lotem, bo moje myśli krążyły wyłącznie wokół Nathaniela. Gdybyśmy spotkali się na kampusie albo w moim rodzinnym Denver, ta rozmowa nie musiałaby się skończyć po paru godzinach, kiedy wylądujemy w Atlancie.

Z drugiej strony, gdybyśmy znajdowali się teraz tam, a nie tu, wcale nie jest powiedziane, że ta rozmowa w ogóle by się odbyła. Raczej nie miałam w zwyczaju zagadywać przystojnych facetów. To była działka Margo. Zwykle celowałam w tych bardziej niepozornych, nie mierząc tam, gdzie mogłabym nie sięgnąć.

– Mogłabym wysyłać ci książki – zaproponowałam naprędce. – Jeśli będzie ci wolno czytać i nie starczyłoby ci tego, co ze sobą zabierasz.

– Mówisz poważnie? – W jego szeroko otwartych oczach malowało się zaskoczenie.

Pokiwałam głową, a uśmiech, który w odpowiedzi posłał mi Nate, przyspieszył mój puls do niewyobrażalnego wręcz tempa.

– Proszę personel pokładowy o przygotowanie do startu. – W kabinie pasażerskiej rozległ się głos pilota. Wyglądało na to, że wreszcie nadeszła nasza kolej.

Steward znajdujący się najbliżej nas poprosił osobę siedzącą kilka rzędów przed nami o złożenie stolika, a następnie energicznym krokiem wrócił na swoje miejsce, usiadł przodem do pasażerów i zapiął pas.

W reakcji na świst zwiększających obroty silników obiema dłońmi mocno chwyciłam podłokietniki. Samolot wystrzelił przed siebie, z ogromną siłą wciskając mnie w oparcie fotela. Mgła rozrzedziła się na tyle, że można było dostrzec brzeg pasa startowego, który uciekał nam spod kół z coraz większą prędkością. Mocno zacisnęłam powieki i wzięłam uspokajający nerwy wdech, zanim ponownie je otworzyłam.

Nate odwrócił się w moją stronę i wyciągnął do mnie otwartą dłoń.

– Dam radę – wydusiłam przez zaciśnięte zęby, starając się pamiętać, by nabierać powietrza przez nos i wypuszczać je ustami.

– Bez obaw. Nie gryzę.

A, chrzanić to.

Chwyciłam jego dłoń, a Nate splótł swoje palce z moimi, rozlewając przyjemne ciepło po mojej lodowatej, wilgotnej skórze.

– Śmiało, możesz ją miętosić, ile chcesz. Nie takie rzeczy znosiłem.

– Żebyś potem nie żałował. – Zacisnęłam dłoń, ile sił w mięśniach, aż zbielały mi kostki. Im szybciej pędziliśmy, tym krótszy i płytszy stawał się mój oddech.

– Jakoś w to wątpię. – Pogładził moją skórę kciukiem. – Trzy minuty, zgadza się? Trzy pierwsze minuty po starcie?

– Tak.

Przysunął lewy nadgarstek do naszych złączonych dłoni i nacisnął palcem kilka guzików. Stoper rozpoczął odliczanie.

– Proszę bardzo. Jak tylko upłyną trzy minuty, będziesz mogła się odprężyć aż do lądowania.

– Słodki jesteś. – Opony dudniły po nawierzchni pasa. Samolot cały się telepał, gnając z coraz większą prędkością. Oplotłam dłoń Nate’a tak mocno, że prawdopodobnie pozbawiłam jego palce dopływu krwi, tyle że byłam zbyt zajęta próbą utrzymania w miarę równomiernego oddechu, by poczuć jakiekolwiek zakłopotanie.

– Różnie mnie nazywano, ale „słodki” jeszcze nie byłem. – Nie pozostał mi dłużny i też ścisnął moją dłoń.

Samolot oderwał się od ziemi.

– Zapytaj mnie o coś – palnęłam, żeby tylko odciągnąć myśli od czarnych wizji torpedujących umysł. – O cokolwiek. – Mój puls zdążył już wystrzelić w kosmos.

– Okej. – Zmarszczył brwi w zamyśleniu. – Zauważyłaś, że sosny się kołyszą?

– Co takiego?

– Sosny. – Nate spojrzał na zegarek. – Ludzie zachwycają się kołyszącymi się palmami, a przecież sosny zachowują się tak samo. Nic mnie tak nie uspokaja jak widok falujących na wietrze sosen.

– Sosny… – Zadumałam się. – Nigdy nie zwróciłam na to uwagi.

– A widzisz. Jaki jest twój ulubiony film?

– Titanic – rzuciłam z automatu.

Samolot zaczął się wznosić, gwałtownie nabierając wysokości, przez co żołądek chyba wywrócił mi się na lewą stronę.

– Poważnie?

– Serio. – Kiwnęłam szybko głową. – Co prawda wiadomo, że zmieściliby się razem na tych drzwiach, ale cała reszta bardzo mi się podobała.

Nate zaśmiał się łagodnie i pokręcił głową.

– Jeszcze dwie minuty.

– Dwie minuty – powtórzyłam, starając się zmusić siłą woli swój oddech do uspokojenia się i usiłując przełknąć zalegającą mi w gardle gulę. Prawdopodobieństwo stania się ofiarą katastrofy lotniczej było bliskie zeru, a mimo to właśnie wczepiłam się z całej siły w cudownego nieznajomego, który miał wszelkie podstawy, by sądzić, że brakuje mi co najmniej paru klepek.

– Jaka jest twoja ulubiona pora dnia? – zapytał. – Wybacz, ale robię, co mogę, żeby cię czymś zająć.

– Zachód słońca. A twoja?

– Wschód słońca. Bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie nowy dzień.

Nate rzucił przelotne spojrzenie na morze szarości roztaczające się za oknem. Pochyliłam się i sama też w nie na chwilę zerknęłam. Przez gęstą mgłę mogłam dostrzec krawędź skrzydła, ale wszystko inne ginęło w mętnej zawiesinie. Może to nawet lepiej, że nie widziałam ziemi.

Silniki zawyły potępieńczo.

– Co do… – zaczął Nate.

Zgrzyt metalu trącego o metal zmroził moje serce.

Skrzydło samolotu zmieniło się w kulę ognia.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Tytuł oryginału: In the Likely Event

 

Text copyright © 2023 by Rebecca Yarros

All rights reserved

 

Translation copyright © 2023 by Grupa Wydawnicza FILIA

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2024

 

Projekt okładki: Shasti O’Leary Soudant

Zdjęcia: © Angela Lumsden / Stocksy United

© Dacian Groza / Stocksy United

 

Redakcja: Olga Smolec-Kmoch

Korekta: Piotr Luberadzki, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8357-339-7

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

SERIA: HYPE