Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zastrzyk śmierci - Małgorzata Rogala

Morderca już wydał wyrok. Zostało niewiele czasu.

 

Ewa Frydrych znajduje szczelnie owinięte taśmą ciało męża – szefa portalu krytyki kulinarnej, którego opinie nie wszystkim przypadły do gustu. Dlaczego ktoś wstrzyknął mu truciznę i pozbawił życia? Czy chodziło tylko o zemstę, czy za zbrodnią kryje się coś jeszcze? Tym bardziej że w podobny sposób giną kolejne osoby. Sprawę prowadzą starsza aspirant Agata Górska i komisarz Sławek Tomczyk, którzy próbują rozwikłać serię zagadkowych śmierci.

 

Tymczasem ktoś wysyła anonimy do młodszej siostry komisarza Tomczyka. Czy ma to jakiś związek ze sprawą? Kim jest Zosia i dlaczego ktoś musi ją chronić? Nowe światło na sprawę rzuci niewyjaśniona tragedia sprzed lat, która nie pozwoli o sobie zapomnieć.

 

Małgorzata Rogala kolejny raz udowadnia, że należy jej się miejsce na kryminalnym podium.

Opinie o ebooku Zastrzyk śmierci - Małgorzata Rogala

Fragment ebooka Zastrzyk śmierci - Małgorzata Rogala

Copyright © Małgorzata Rogala, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Klaudia Bryła

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce:

www.shutterstock.com/patpitchaya

www.shutterstock.com/mylisa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-739-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Zauważył ją, gdy wyłoniła się zza rogu. Zmierzała w jego kierunku lekkim, tanecznym krokiem; tak lekkim, że sprawiała wrażenie, jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Prześlizgiwał się wzrokiem po liniach jej ciała i coraz bardziej utwierdzał w przekonaniu, że to ona. Kiedy już się zbliżyła, utonął w jasnym spojrzeniu i nie miało znaczenia, że patrzyła gdzieś daleko, ponad jego ramieniem. Nie miało też znaczenia, że nie on był adresatem uśmiechu, który zakwitł na jej twarzy. I wreszcie, nie miało znaczenia, że go minęła bez słowa, odrzucając na plecy długie włosy. Najważniejsze było, że wróciła, a on dostał drugą szansę, której nie zamierzał zmarnować.

Przez cały wieczór jego myśli krążyły wokół dziewczyny, a w nocy przyszła do niego we śnie. Usiadła na brzegu łóżka i popatrzyła mu w oczy.

– Dlaczego tak późno zjawiłaś się w moim życiu? – spytał.

– Wcześniej nie byłeś gotowy.

– A teraz jestem?

– Tak.

Potem trzymał ją w ramionach, całował usta, które do tej pory smakował tylko w wyobraźni, i pieścił jej ciało. Jego serce biło w szalonym rytmie.

– Dobrze się czujesz? – spytała z troską w głosie.

– Coś dziwnego się ze mną dzieje, gdy cię dotykam. – Odetchnął głęboko.

– Doskonale to rozumiem.

– Czuję się tak, jakbym znał cię od bardzo dawna. – Znów pochylił się nad nią.

– To zrozumiałe, przecież się znamy – odpowiedziała szeptem.

Jej obraz zaczął powoli się rozmywać, więc przycisnął ją mocniej do siebie. Obudził się ze skotłowaną kołdrą w objęciach i z silnym przekonaniem, że dostał znak. Był gotowy, by chronić Zosię i wiedział, że już nigdy nie pozwoli jej skrzywdzić.

ROZDZIAŁ 1

Marzec 2014

Chmury, Bocian i Krzyż. Klara Romaniuk jeszcze raz pochyliła głowę nad rozłożonymi kartami Lenormand i przeanalizowała widniejące na nich symbole, a następnie podniosła wzrok na kobietę, która siedziała naprzeciwko niej. Mięśnie twarzy gościa były napięte, a dłonie zaciśnięte na kolanach.

– Przeprowadzenie zmian będzie się wiązało z wyjściem ze strefy komfortu – zaczęła Klara. – Zapanuje okres niestabilności, może pojawić się cierpienie. Jest to nieuniknione, gdy zaczynamy burzyć to, co dla innych jest nienaruszalne. Warto się zastanowić, czy jest pani na to gotowa, a jeśli odpowiedź brzmi „tak”, wtedy znaleźć sposób, aby ponieść jak najmniejsze koszty psychologiczne. – Wróżka spojrzała w szeroko otwarte oczy klientki. – Proszę również pamiętać, że karty nie są wyrocznią – dodała. – Ich symbole pomagają nam skontaktować się z podświadomością, ale decyzje należą do nas. Tak należy traktować wróżbę. Najważniejsze, żeby zaufać swojej intuicji, dostrzegać wskazówki i dobrze je odczytywać.

– Właśnie! – Twarz klientki rozluźniła się, a kąciki ust uniosły w przelotnym uśmiechu. Dłonie przeniosły się z kolan na uda, a tułów odchylił na oparcie fotela. – Ma pani rację. Znaki są najważniejsze.

– A dokładnie: właściwa interpretacja – doprecyzowała Klara i złożyła karty w stosik.

– Zgadza się. Prawie każdego dnia dostajemy informacje, jak postępować, i znaki, które potwierdzają słuszność naszych wyborów albo dają dalsze wskazówki. – Przygryzła wargi. – Intuicja, ma pani rację, trzeba się wsłuchać w siebie. – Klientka pokiwała głową. – Dziękuję, ta wróżba to też znak. I potwierdzenie.

– Cieszę się, wszystkiego dobrego. – Klara wstała, dając sygnał, że spotkanie dobiegło końca.

Odprowadziła klientkę do przedpokoju i zamknęła za nią drzwi. Potem wróciła na miejsce przy stoliku, oczyściła karty nad płomieniem świecy i ułożyła je w pudełku zgodnie z kolejnością. Drżenie, które odczuwała wewnątrz ciała przez cały wieczór, nie mijało. Klara zdjęła z oparcia fotela ciepły szal i otuliła się wełnianą tkaniną. Spojrzała na zegarek i uświadomiła sobie, że zbliża się czas następnego spotkania. Przeszła się po mieszkaniu, uważnie lustrując zakamarki. Wszystko było w porządku.

* * *

Iwona Tyszka oparła łokcie na biurku i zasłoniła oczy dłońmi ułożonymi w kształt łódek. Napięcie w ramionach i plecach, opuchnięte nogi i ból głowy sprawiały, że nie była w stanie się skupić. Ciało jednoznacznie dawało sygnał, że dziś już nie zamierza współpracować z umysłem. Jak zza ściany dobiegł do Iwony głos Antoniego Frydrycha, trzydziestodwulatka, współwłaściciela firmy Smakosz Doradza.

– Mówiłem, że ma być więcej skojarzeń z seksem.

Firma, lub raczej firemka, jak mówiła o niej Iwona, zajmowała się krytyką kulinarną. W praktyce działalność Smakosza polegała na tym, że Antoni i jego żona Ewa odwiedzali restauracje i kawiarnie, jedli, pili i robili zdjęcia, a następnie przekazywali informacje Iwonie, do której należało napisanie krytycznego tekstu. W większości wypadków Frydrychowie byli niezadowoleni z posiłku lub z obsługi, albo z jednego i drugiego, a zdjęcia, które robili, przyprawiały dziewczynę o mdłości. Na fotografiach widniały talerze z niedojedzonymi potrawami, filiżanki ze śladami szminki, pokruszone resztki ciasta. Iwona nie rozumiała, w jaki sposób takie zdjęcia mogły kogokolwiek zachęcić do pozostania na stronie i przeczytania artykułu. Jednak licznik wejść i statystyki dotyczące częstotliwości czytania poszczególnych wpisów dowodziły, że budzące niesmak fotografie, które towarzyszyły publikacjom, nie tylko nikogo nie zniechęcały, ale nawet budziły większe zainteresowanie. Iwona, z natury ceniąca piękno w różnych jego przejawach, była zaskoczona tym faktem i zastanawiała się, jaką grupę ludzi reprezentują czytelnicy strony. Drugą częścią działalności firmy Smakosz Doradza było pisanie artykułów sponsorowanych, które z założenia miały zawierać pochwały i zachęcać do spędzenia czasu w opisywanym lokalu. Takim artykułom towarzyszyły piękne zdjęcia, a rachunek za ich publikację znacznie przewyższał koszt trzydaniowego obiadu dla dwóch osób.

Iwona oderwała ręce od twarzy.

– Co mówisz? – spytała.

– Jedzenie i seks, rozumiesz? – rzucił Antoni, stukając palcem w monitor komputera. – Mówiłem. Przyjemność. Tak ma się kojarzyć.

– Jak rozbabrane resztki jedzenia mogą się kojarzyć z przyjemnym seksem? – Iwona przewróciła oczami. – To tak, jakbyś się kochał w śmierdzącej koszuli i dziurawych gaciach.

– Mówię o artykule sponsorowanym – odparł Frydrych. – Zdjęcie jest porządne, ale jeszcze ulepszyłem je w Photoshopie. – Odwrócił monitor w jej stronę. – Widzisz? A ty miałaś napisać laurkę, która skusi klientów do odwiedzin w knajpie. – Szef założył ręce za głowę. – No i napisałaś, tylko że ja nie czuję żadnych emocji podczas czytania. Klient płaci i chce dostać smakowity kąsek. – Frydrych się rozkręcał. – Tyle razy mówiłem, że informacje mają być podane w kontrowersyjny sposób, powinny budzić ciekawość, prowokować, kojarzyć się z seksem, być smaczne… – Zamilkł i zamknął na chwilę oczy, po czym podniósł powieki i wycelował palcem wskazującym w Iwonę. – Idealne miejsce na randkę… Po zjedzeniu posiłku żadna ci się nie oprze... Po wieczorze spędzonym w takim miejscu on będzie twój na zawsze... I tak dalej, rozumiesz? – Mężczyzna upajał się słowami, które z siebie wyrzucał.

Co za palant, pomyślała Iwona, zaraz zwymiotuję.

– Czy nie powinnam najpierw tam pójść i zobaczyć, zanim coś napiszę? – spytała i wyłączyła komputer.

– A po co? Masz zdjęcie, wystarczy jak uruchomisz wyobraźnię. Gdy cię zatrudnialiśmy, zapewniałaś, że ją masz. Klient płaci, więc postaraj się, jesteś przecież po polonistyce. Musisz to poprawić.

– Idę już do domu.

– Jak to? – Rzucił jej zaskoczone spojrzenie i opuścił rękę.

Dziewczyna demonstracyjnie pokazała zegarek.

– Jest dziewiętnasta. – Wstała i sięgnęła po torebkę.

– Ale przyszłaś dziś później.

– Wczoraj siedziałam do dwudziestej, powiedziałeś, że mogę odebrać nadgodziny. – Fala złości ogarniała jej napięte ciało. – Podeszła do biurka szefa, oparła dłonie na blacie i pochyliła się w stronę mężczyzny. – Posłuchaj, Antoni, od dziesięciu dni czekam na przelew i mam dość. Nie kiwnę nawet palcem, dopóki nie zobaczę swoich pieniędzy na koncie. Brak mi motywacji.

– Mówiłem, jutro postaram się sprawdzić twoje ostatnie zestawienie czynności i wtedy zrobię przelew.

– Słyszę to codzienne od kilku dni – powiedziała Iwona. – Ja wywiązuję się z obowiązków. Zrobiłam swoją pracę w terminie, a ty mnie zwodzisz od półtora tygodnia. To jest brak szacunku, poza tym ja, podobnie jak wy, nie żyję samym powietrzem i mam rachunki do zapłacenia. – Zdjęła z wieszaka płaszcz.

– Wyluzuj. – Antoni wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek. – Właściwie to i ja muszę się zbierać. – Odłożył myszkę i wsunął klawiaturę pod blat biurka. – Dostaniesz pieniądze, nie ma się co pienić. Przecież mamy umowę.

Iwona poprawiła torbę na ramieniu i położyła rękę na klamce.

– Nie nazywaj tego śmiecia umową. Od kilku miesięcy nie mam ubezpieczenia, bo musiałam się wyrejestrować z pośredniaka, a te marne grosze, które mi płacicie, ledwo starczają na opłaty i jedzenie. Więc, do cholery, nie mów do mnie „wyluzuj”! – Nie czekając na odpowiedź, wyszła, trzaskając drzwiami.

* * *

Po wyjściu Iwony Antoni pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie rozumiał, dlaczego tak się zdenerwowała i złożył to na karb jej zmęczenia. A może ma okres, pomyślał. Na pewno zdawała sobie sprawę, że powinna być mu wdzięczna za stworzenie dla niej miejsca pracy i nie wybrzydzać na umowę o dzieło. Musiała mieć świadomość, że wielu pracodawców nie oferowało nawet takiego kontraktu, a jedynie świadczenie pracy na czarno i wynagrodzenie w kopercie. On zaproponował uczciwy układ i umowę o dzieło. Wiadomo, że chodziło o koszty, ale skoro polskie prawo było pełne luk i dawało pracodawcy narzędzia do ochrony swoich interesów, Frydrych zamierzał z nich skwapliwie korzystać. Uśmiechnął się do siebie i zmierzył krytycznym okiem wyświetlone na monitorze i udoskonalone zdjęcie wnętrza restauracji, dla której Smakosz przygotowywał artykuł sponsorowany. Postanowił, że nazajutrz sporządzi dla Iwony listę niezbędnych poprawek, ale dziś czas naglił. Musiał wyjść, przecież nie chciał się spóźnić na spotkanie.

* * *

– Jeśli tylko nie będziecie włączać głośno muzyki, dogadamy się – powiedziała Klara Romaniuk, obracając na palcu srebrny pierścionek z dużym, turkusowym oczkiem.

Pięćdziesięciopięcioletnia kobieta mieszkała sama w ponadstumetrowym mieszkaniu na Targowej. Lokum, niegdyś powstałe z połączenia dwóch mniejszych, należało najpierw do jej dziadków, później do rodziców, a następnie została w nim Klara z mężem i dziećmi. Syn i córka, gdy dorośli, odmówili mieszkania w „starej, zapyziałej kamienicy” i przeprowadzili się do bloków z wielkiej płyty, otoczonych parkanami, wyposażonych w alarmy i pilnowanych przez ochroniarzy. Po śmierci męża Klara została sama w zbyt dużym, jak na jej potrzeby, mieszkaniu. Po długim namyśle postanowiła wynająć jego część, składającą się z dwóch niewielkich sypialni, sąsiadującej z nimi łazienki i małej kuchni. Uznała, że przyda jej się comiesięczny zastrzyk finansowy, a poza tym była zdania, że w mieszkanie należałoby tchnąć więcej życia, a nic tak nie ożywiało domu, jak obecność ludzi. Kilka tygodni temu zamieściła ogłoszenie w lokalnej prasie, ale do tej pory żaden z kandydatów nie przypadł jej do gustu. Aż do dziś.

Klara Romaniuk popatrzyła uważnie na młode, na oko dwudziestoparoletnie kobiety siedzące po drugiej stronie ławy w salonie. Zuzanna Jurecka, szatynka z włosami do ramion, wymieniła spojrzenie z rudowłosą Polą Kwiecień.

– Możemy zobaczyć pokoje? – spytała, dmuchając w ciemną grzywkę, która sięgała jej do brwi.

– Oczywiście. – Właścicielka mieszkania wstała. – Proszę.

Przeszły z salonu do obszernego przedpokoju, a następnie skręciły w lewo. Za jasnobrązowymi drzwiami znajdowała się druga część mieszkania.

– W zasadzie jest to samodzielne lokum, z drugimi drzwiami, które prowadzą na klatkę schodową – powiedziała Klara, gdy weszły do pierwszego pomieszczenia. Pod ścianą stał tapczan przykryty kolorową narzutą, obok niego niska komoda z lampką nocną, a naprzeciwko biurko, krzesło i dwudrzwiowa szafa. W oknie wisiała firanka z bawełnianej koronki. – Drugi pokój wygląda tak samo. – Kobieta cofnęła się i otworzyła następne drzwi. – Pracuję w domu, ale czasem wyjeżdżam i chyba rzuciło się to w oczy lokalnym złodziejaszkom. Ostatnio próbowali się włamać do mieszkania. Sąsiadka ich spłoszyła.

– Rozumiem. – Pola odsunęła z policzka pasmo włosów i zajrzała do pokoju.

– Chciałabym, żeby ktoś, kto tu zamieszka, zapalił światło w drugiej części mieszkania, kiedy mnie nie będzie w Warszawie – dodała Klara.

– Do tego niepotrzebne są lokatorki – zauważyła rudowłosa. – Wystarczy sąsiadka.

– To starsza osoba, nie chcę jej fatygować.

– Jaka jest cena? – spytała Zuzanna.

– Jeśli się zdecydujecie, wezmę od was tysiąc czterysta złotych plus opłatę za prąd. W tej części mieszkania jest drugi licznik. Oprócz mnie nikt tu nie mieszka i nikt nie ma kluczy. Warunek jest taki, że nie grzebiecie w moich rzeczach, a kiedy mnie nie ma, zapalacie światło w salonie. Dostaniecie klucze do drugich drzwi i możecie się wprowadzić choćby zaraz. Oczywiście sporządzimy umowę.

Potencjalne lokatorki wymieniły się spojrzeniami.

– Możemy się naradzić i dać znać do jutra? – spytała szatynka.

– Oczywiście. Macie mój numer. – Klara odprowadziła je do wyjścia.

Kiedy została sama, wróciła do salonu, zapaliła świecę, a następnie potasowała i rozłożyła karty. Dom, Pies i Pierścionek zwiastowały zawarcie umowy. Trzeba szykować pokoje, uśmiechnęła się do siebie Klara.

Jeszcze raz potasowała karty i zrobiła rozkład Wielkiej Tablicy, dzięki któremu mogła przyjrzeć się różnym aspektom swojego życia i odczytać powiązania między nimi. Klara odszukała swój sygnifikator i położenie kart głównych, a następnie zinterpretowała linie wpływów. W drugiej kolejności zajęła się kartami otaczającymi sygnifikator, a w szczególności tymi, które znajdowały się nad nim: Księżyc, Kosa i Rózgi. Wróżka odchyliła się na oparcie fotela i zamknęła oczy. Karty Madame Lenormand były obecne w jej życiu, odkąd sięgała pamięcią. Umiejętności ich interpretowania nauczyła ją babcia, która potrafiła dostrzegać w karcianych symbolach to, czego nie widzieli inni. Z pozoru zwyczajne rysunki uruchamiały intuicję, podpowiadały lub ostrzegały. Tak jak teraz. Klara otworzyła oczy i jeszcze raz przebiegła wzrokiem po trzydziestu sześciu kartach ułożonych w kształt tablicy. Coś się wydarzy, coś złego, pomyślała i rozejrzała się w poszukiwaniu szala. Złożyła kolorowe kartoniki i schowała je do szkatułki z alabastru. Drgnęła na dźwięk dzwoniącej komórki.

– Halo? – zgłosiła się. – Dobry wieczór – odpowiedziała na powitanie i słuchała przez chwilę rozmówcy. – Rozumiem. Chciałby pan odwołać dzisiejsze spotkanie? Oczywiście, nie ma żadnego problemu.

Zwilżyła językiem kciuk i palec wskazujący i zgasiła płomień świecy. Dobrze się złożyło, pomyślała Klara. Odczuwała zbyt wielkie zdenerwowanie, żeby jeszcze dziś odczytywać dla kogoś przesłanie swoich ulubionych kart. Musiała odpocząć i się uspokoić.

* * *

Ewa Frydrych spacerowała po pokoju, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Początkowa złość, spowodowana przedłużającą się nieobecnością męża w domu, ustąpiła miejsca niepokojowi, gdy telefon Antka za każdym razem odpowiadał zgłoszeniem poczty głosowej: „Mówi Antoni Frydrych, proszę zostawić wiadomość”. Nie bacząc na późną porę, zadzwoniła do kilku znajomych osób, ale gdy jedna z koleżanek zasugerowała żartobliwie, że Ewa powinna bardziej zainteresować się tym, co robi Antoni po godzinach, zrezygnowała z telefonowania. Rozzłoszczona i upokorzona, postanowiła pojechać do biura firmy. Gdy już tam dotarła, bezskutecznie próbowała znaleźć miejsce do zaparkowania w małej, osiedlowej uliczce. Wreszcie, po dziesięciu minutach krążenia w kółko, Ewa zatrzymała auto przy krawężniku i włączyła światła awaryjne. Postanowiła wyjść tylko na chwilę i sprawdzić, czy Antek jest w biurze. Kiedy zbliżyła się do budynku i spojrzała w okna lokalu użytkowego, w którym mieściło się biuro Smakosza, zauważyła bladą smugę światła między opuszczoną roletą a parapetem. Pomyślała z irytacją, że Antek znów siedzi wpatrzony w ekran komputera, zapomniawszy o bożym świecie, a ona niepotrzebnie odchodzi od zmysłów. Gdy postawiła stopę na schodku, usłyszała klakson. Obejrzała się. W uliczce zatrzymała się furgonetka, ponieważ samochód Ewy uniemożliwiał jej wyjazd z osiedla. Kobieta cofnęła się i wróciła do auta.

* * *

Stanął w miejscu, gdzie nie sięgało blade światło pojedynczej latarni, i obserwował wejście do lokalu. Był wystarczająco blisko, by dostrzec, że chociaż rolety zasłaniały szyby, nad parapetem została kilkucentymetrowa, jasna przestrzeń. Miał nadzieję, że jest wystarczająco szeroka, aby mógł sprawdzić, co kryło wnętrze pomieszczenia. Odczekał jeszcze kilka minut i już miał ruszyć, gdy drzwi otworzyły się z impetem i z wnętrza wybiegła dziewczyna. Cofnął się błyskawicznie, a ona, mrucząc coś do siebie, przeszła obok szybkim krokiem, prawie depcząc mu po palcach. Z trudem powstrzymał śmiech. Gdy dziewczyna się oddaliła, znów zerknął w stronę lokalu, który go interesował, i zobaczył stojącą przed drzwiami postać. Osoba miała na sobie ciemne spodnie i kurtkę, a na ramieniu torbę listonoszkę. Nacisnęła klamkę i weszła do środka.

Obserwator już się nie wahał. Policzył do dwudziestu i kilkoma susami pokonał odległość dzielącą go od okna. Schylił się i wbił wzrok w przestrzeń między końcem rolety a parapetem. Potrzebował kilku minut, żeby pojąć znaczenie sceny, która rozgrywała się na jego oczach, a potem kilku następnych na ochłonięcie, gdy zdał sobie sprawę, kim jest osoba znajdująca się wewnątrz. Fascynacja i niedowierzanie tak bardzo osłabiły jego czujność, że gdy intruz zgasił światło i otworzył drzwi, żeby opuścić lokal, omal nie przyłapał obserwatora, który w ostatniej chwili oderwał nos od szyby, odskoczył i ukrył się za rosnącym przed oknem krzewem. Odczekał kilkanaście minut i niespodziewanie stał się świadkiem kolejnej sceny. Wtedy skorzystał z okazji i odszedł na tyle daleko, żeby nikomu nie rzucać się w oczy i na tyle blisko, żeby móc obserwować dalszy przebieg zdarzeń. Domyślał się, że wkrótce zaroi się tu od policjantów i zamierzał śledzić ich poczynania. Miał nad nimi przewagę; wiedział coś, do czego oni będą musieli dojść drogą żmudnego śledztwa, o ile w ogóle uda im się rozwiązać tę zagadkę. Mógłby im pomóc, ale nie zamierzał. Przynajmniej na razie. Kto wie, do czego mogła mu się przydać wiedza, którą niespodziewanie posiadł.

ROZDZIAŁ 2

– Agata… Agata, obudź się…

Głos był stłumiony i nabrzmiały łzami. Starsza aspirant Górska z trudem podniosła powieki. W sypialni paliła się nocna lampka, a na podłodze przy łóżku siedziała Kinga, najmłodsza siostra Sławka. W kurtce, z twarzą zalaną łzami.

– Nareszcie. – Dziewczyna pociągnęła nosem. – Jaki ty masz sen! Można by cię wynieść.

Agata przetarła palcami oczy.

– Chryste, Kinga, co tu robisz? – Podparła się na łokciu. – Czy nie miałaś być przypadkiem na całonocnej imprezie? – Położyła dłoń na brzuchu kota, który leżał obok na kołdrze, i delikatnie pogłaskała. Borys uniósł powieki i wbił w nią migdałowe oczy. Górska znalazła go na klatce schodowej dzień przed sylwestrem. Siedział na parapecie i miauczał. Odwiedziła wszystkich sąsiadów, a potem powiesiła kartki z ogłoszeniem. Nikt się nie zgłosił, co przyjęła z ulgą i radością, ponieważ w międzyczasie przywykła do obecności kota i z obawą myślała o możliwości rozstania.

– Jaki on piękny – zachwyciła się Kinga. – Za każdym razem, gdy go widzę, mam ochotę go wyściskać. Ale koty chyba tego nie lubią.

Jakby dla potwierdzenia Borys przeciągnął się, wstał i zeskoczył na podłogę.

– Mogę zostać u ciebie do rana? – spytała dziewczyna i wyjęła chusteczkę, aby wytrzeć nos.

– Poczekaj chwileczkę, nie zmieniaj tematu. – Agata usiadła i przeniosła spojrzenie na zegar. Dochodziła dwudziesta trzecia. – Jest noc. Co się stało? Jak weszłaś do mojego mieszkania? Gadaj, tylko bez kręcenia.

Kinga uciekła wzrokiem i znów przyłożyła chustkę do twarzy.

– Jeju, może jeszcze poświecisz mi lampą w oczy – odburknęła stłumionym głosem. – Otworzyłam sobie.

– Otworzyłaś sobie? – Górska uniosła brwi. – Ciekawe czym?

– Taki zamek jak twój można palcem otworzyć.

– Bez wykrętów, to porządny zamek. Skąd miałaś klucze?

– Mówię, że nie miałam. – Dziewczyna rozpięła kurtkę. – Gorąco tu, jeszcze grzeją? Powinnaś przykręcić kaloryfer.

– Tracę cierpliwość – ostrzegła policjantka.

– Dobrze, spokojnie. – Kinga na chwilę uniosła dłonie. – Otworzyłam tym. – Włożyła rękę do kieszeni i wyjęła coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kilka powyginanych drutów spiętych razem metalowym kółkiem.

– Kinga, czy to jest to, o czym myślę?! – Górska poderwała się i usiadła na łóżku.

– Nie krzycz na mnie – chlipnęła dziewczyna. – Ten łobuz… Ten łobuz chciał mnie zgwałcić. – Nastolatka rozchyliła kurtkę i oczom Agaty ukazał się rozerwany dekolt bluzki. Górskiej natychmiast minęła irytacja, a jej miejsce zajęła mieszanina niepokoju i współczucia.

– Zgwałcić?! Kto? – Chwyciła Kingę za ręce. – Popatrz na mnie – poprosiła. – Zaraz zadzwonię do Sławka i przymkniemy zboczeńca jeszcze dziś. – Bolesne wspomnienia dały na chwilę o sobie znać i Agata poczuła ukłucie w sercu. Jako dawna ofiara molestowania ze strony „przyjaciela rodziny” była szczególnie wrażliwa na wszelkie przejawy przemocy wobec kobiet i dzieci. – Kto to jest?

Kinga smarknęła w chusteczkę i odetchnęła głęboko.

– No nie, bez przesady, żeby zaraz gdzieś dzwonić. To nie tak. – Otarła resztki łez.

– A jak? – Górska spojrzała na nią podejrzliwie. – Mów wszystko po kolei, bo nie wytrzymam.

Nastolatka odrzuciła na plecy długie ciemne włosy i zrobiła wdech.

– No wiesz… Tak naprawdę nie byłam na imprezie u Dominiki, tylko spotkałam się z Czarkiem. Wiesz, z tym, którego poznałam na Fejsie.

– Koleś-w-kinie-w-Lublinie-kochaj-mnie?

– Tak. – Kinga skinęła głową. – W metrze i swetrze kochaj mnie...[1] – zanuciła. – Ciągle mi to przysyła z YouTube’a, ma fioła na punkcie Brathanków.

– Chcesz powiedzieć, że pojechałaś do Lublina? Mówiłaś Sławkowi? I jakim cudem już wróciłaś? – Agata pomyślała, że nie zazdrości rodzicom dziewczyny. Nadążyć za siostrą Tomczyka i jej pomysłami to był nie lada wyczyn. Zastanowiła się przez chwilę, czy ona sama też taka kiedyś była, ale po namyśle uznała, że w wieku Kingi miała zupełnie inne problemy.

– Skąd ci przyszło do głowy, że Czarek mieszka w Lublinie? – zdziwiła się dziewczyna. – Spotkałam się z nim tutaj, w Warszawie, ale tak czy siak Sławek by nie pozwolił, dobrze wiesz. Mama go przekabaciła na swoją stronę i teraz jest taki jak rodzice, ciągle mnie kontroluje i wącha, czy nie popalam. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że będę nocować u Dominiki, tak jak w sylwestra.

– Tylko że wtedy naprawdę byłaś u niej, a teraz skłamałaś. – Agata opadła na poduszkę. – Z tobą się trudniej rozmawia niż z podejrzanymi – stwierdziła. – Masz dar komplikowania najprostszych rzeczy.

– Wcale nie, samo się skomplikowało. Naprawdę miałam potem pojechać do Dominiki, ale… no…

– Słuchaj. – Agata z powrotem usiadła. – Właśnie zamknęliśmy trudne śledztwo. Byłam na nogach przez czternaście godzin, niedawno położyłam się spać. Powiedz mi wreszcie, krótko i konkretnie, co się stało, bo nie ręczę za siebie. Zaraz szlag mnie trafi.

– Miło spędziliśmy czas, przynajmniej na początku. – Kinga jeszcze raz wytarła nos i oczy, rozmazując resztki makijażu. – Czarek zaprosił mnie na fajne żarcie, jedliśmy, gadaliśmy… Potem mieliśmy iść do kina, ale po drodze chciał wstąpić do swojej firmy, coś zabrać, jakieś dokumenty. Zajechaliśmy tam i okazało się, że on… zamierza mnie przelecieć na swojej biurowej kanapie.

– Kinga, a czego się spodziewałaś? – Agata znów potarła oczy, walcząc z sennością. – Idziesz do pustego biura z facetem, którego kilka tygodni wcześniej poznałaś w necie i myślisz, że co? Będziecie się trzymać za rączki i oglądać na komputerze To właśnie miłość? Zero wyobraźni! – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Całe szczęście, że nie trafiłaś na seryjnego mordercę, który związałby cię i wyciął serce. Ten przynajmniej od razu pokazał, o co mu chodzi.

– Wyciął serce? Masz pomysły. – Kinga skrzywiła się z niesmakiem. – To pewnie przez twoją pracę. – Dziewczyna przesiadła się z podłogi na fotel i zsunęła z ramion kurtkę. Borys wrócił do sypialni, wskoczył na jej kolana i zwinął się w kłębek. – Lubi mnie, widzisz? – Zadowolona, zanurzyła palce w kociej sierści. – To co, przechowasz mnie do rana? – Zerknęła spod oka na Agatę. – Przepraszam, nie miałam innego pomysłu i, szczerze mówiąc, myślałam, że nocujesz u Sławka. Miałam zamiar przekimać się do szóstej i pojechać do domu, zanim wrócisz. Gdyby ten głupek nie był taki napalony, nikt by się o niczym nie dowiedział.

– A dlaczego nie pojechałaś do Dominiki, skoro byłyście umówione? – zaciekawiła się Górska i wbiła w nią nieruchome spojrzenie.

– Ja… – Kinga urwała i oblała się rumieńcem. – To znaczy…

Agata pokiwała głową.

– Wcale nie byłaś umówiona z Dominiką, prawda? Miała cię tylko kryć. Umówiłaś się z kolesiem i liczyłaś, że zapewni ci całonocne atrakcje. – Górska zastanowiła się. – Wspominałaś coś o kinie… Maraton filmowy w multipleksie? A potem spacer o świcie przez uśpione miasto? – zakpiła.

– Skąd wiesz? – wyjąkała dziewczyna.

– Czyli trafiłam. Poderwał cię na romantyczny nastrój, a ty wzięłaś to za dobrą monetę. Nie przyszło ci do głowy, że ten rycerz nie będzie całować brzegu twojej sukni, tylko ma w planach zedrzeć ją z ciebie. Kiedy wyszło szydło z worka, nie miałaś gdzie się podziać, więc postanowiłaś przyjechać do mnie.

* * *

Komisarz Sławek Tomczyk zdążył przyłożyć głowę do poduszki, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu. Zacisnął powieki, próbując zignorować dzwonek. Miał za sobą kilkunastogodzinny dzień pracy wypełniony przesłuchaniami i uganianiem się po mieście za podejrzanym. Wieczorem wypił dwa piwa i padł jak nieżywy. Rozmowa telefoniczna z kimkolwiek była ostatnią rzeczą, na którą mógłby mieć ochotę. Aparat zamilkł po to, żeby za chwilę znów się rozdzwonić. Sławek zaklął i poddał się. Podniósł z podłogi komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Numer był nieznany.

– Tomczyk, słucham – rzucił.

– Dobry wieczór… – W słuchawce rozległ się dziewczęcy głos. – Przepraszam, że dzwonię tak późno… pewnie pana obudziłam, ale ja… – Dziewczyna urwała i zaczęła płakać.

Sławek przełożył aparat do drugiej ręki.

– Halo, słyszysz mnie? Jak się nazywasz? – spytał. – Weź głęboki oddech i spokojnie mi opowiedz, co się stało – powiedział, mimo że dziewczyna milczała. – Na pewno coś da się zrobić, rozumiesz? Tylko musisz się uspokoić.

– Tak… – Usłyszał głos po drugiej stronie.

– Nie wiem, do kogo chciałaś się dodzwonić, ale trafiło na mnie, a ja pracuję w policji, więc…

– Wiem, że pan jest z policji.

Ach tak, pomyślał Tomczyk, robi się coraz ciekawiej.

– Ja… – ciągnęła dziewczyna – … nie wiem, jak mam to panu powiedzieć.

– Zacznijmy od tego, że powiesz mi, kim jesteś.

– Dobrze… – Dziewczyna przedstawiła się, a Sławek drgnął, gdy usłyszał jej imię i nazwisko.

Z mieszaniną niepokoju i wściekłości wysłuchał opowieści, a potem zadał kilka pomocniczych pytań. Następnie pożegnał się i zapewnił dziewczynę, że skontaktuje się z nią, gdy tylko uzyska jakieś informacje. Rozłączył się i wybrał przycisk z przypisanym mu numerem telefonu. „Nie mogę odebrać, wiesz, co zrobić.” – Usłyszał głos i cichy śmiech.

Rzucił aparat na kołdrę i próbował uporządkować fakty. Myśl, Tomczyk, myśl, nakazywał sobie. Po chwili wiedział, od czego powinien zacząć. Wybrał drugi numer telefonu.

* * *

Górska schowała głowę w ramiona i siedziała przez chwilę w milczeniu. Siłą woli powstrzymała chęć, żeby przełożyć smarkatą przez kolano i dać jej klapsa. Potem znów wróciła myślami do czasu, gdy sama miała siedemnaście lat. Snuła się po ulicach, przesiadywała w zadymionym klubie Odlot, w szemranym towarzystwie, mając za znajomych prostytutki, alfonsów i paserów, i popijała piwo, które dostawała od szefa klubu w zamian za pomoc przy sprzątaniu stolików. Rozmyślania przerwał dźwięk dzwonka.

Your love sets me free

I feel high I never knew I had it in me…[2]

– Francesca Belmonte! – Kinga się ożywiła.

– Mój telefon. – Agata podeszła do komody, zerknęła na wyświetlacz i uniosła brwi.

– With you by my side / I can breathe easy / Breathe easy / Yes, I breathe easy![3] – zanuciła nastolatka.

– To Sławek. Niedługo zacznę podejrzewać, że ma zdolności telepatyczne.

– Błagam cię, nie odbieraj! – Kinga złożyła dłonie.

Górska oparła się o brzeg mebla i wzięła do ręki malachitową bransoletkę, która leżała obok dzwoniącego telefonu. Przesunęła palce po gładkich kamieniach, połączonych srebrnymi ogniwami.

– Oczekujesz ode mnie dyskrecji – bardziej stwierdziła, niż spytała. – Wiesz, w jakiej sytuacji mnie stawiasz?

– Przepraszam, Agata, naprawdę… To może powiem ci już wszystko do końca? – zaproponowała Kinga i znów pociągnęła nosem.

– Pominęłaś coś? – Górska ściągnęła brwi.

– Widzisz, musiałam się bronić, kopnęłam go i wykręciłam rękę. Chyba złamałam mu palec. Potem wzięłam swoją torbę i uciekłam. W dodatku komórka mi się rozładowała. Przyjechałam tutaj tramwajem i zobaczyłam, że ciemno w oknach, dlatego myślałam, że jesteś u Sławka. Nie przyszło mi do głowy, że możesz już spać. Myślisz, że Czarek pójdzie na policję?

– Jasne, że nie pójdzie. – Agata wzruszyła ramionami. – Ile on ma lat?

– Nie wiem dokładnie, powiedział, że dwadzieścia sześć.

– A ty siedemnaście.

– Skończone – uściśliła Kinga.

– Nieważne. – Górska machnęła ręką. – Gość próbował siłą cię przelecieć, a ty mu spuściłaś manto. Wątpię, żeby chciał się chwalić tym, co zaszło. – Wsunęła stopy w puchate kapcie. – Słuchaj, naprawdę jestem półprzytomna. Pościelę ci w drugim pokoju i rano pogadamy, okej?

– Okej, kochana jesteś! – Kinga przeniosła Borysa na łóżko i zawisła na szyi Agaty.

– Jeśli chcesz wziąć prysznic, ręczniki są w komodzie pod umywalką. Jutro ustalimy co dalej.

Kinga skinęła głową. Poszła do przedpokoju powiesić kurtkę i zdjąć buty, a następnie skierowała się do kuchni.

– Mogę zaparzyć herbatę?

– Tak, weź sobie, co chcesz – rzuciła Agata i poszła do drugiego pokoju.

Rozłożyła kanapę i wyjęła pościel. Gdy wkładała poduszkę do poszewki, ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Pomyślała, że mogła się tego spodziewać po tym, jak nie odebrała telefonu. Trudno, jest zabawa, jest ryzyko, mała powinna zdawać sobie z tego sprawę.

– Kinga, możesz otworzyć? Tylko najpierw spójrz przez wizjer – zawołała w stronę kuchni. Dokończyła ścielić łóżko, zgasiła górne światło i zapaliła małą lampkę.

– Już gotowe. – Wyjrzała do przedpokoju. Przy drzwiach stał Sławek i wbijał nieruchome spojrzenie w swoją siostrę.

– Tomczyk… – zaczęła Agata.

– Zadzwoniła rozhisteryzowana Dominika – odparł, nie spuszczając wzroku z nastolatki. – Nie mogła się do ciebie dodzwonić. Podobno miałaś co godzinę zdawać jej relację.

– Rozładował mi się telefon – bąknęła Kinga, wpatrując się w podłogę. – Wszystko ci wyjaśnię.

– Mam nadzieję. Ubieraj się, jedziemy do mnie.

– Sławuś, błagam cię, tylko nie mów rodzicom.

– Pospiesz się, chciałbym się przespać kilka godzin. Włożył rękę do kieszeni kurtki i wyjął wibrującą komórkę. – Tomczyk, słucham – zgłosił się.

Agata obserwowała, jak wyraz wściekłości na jego twarzy ustąpił miejsca skupieniu. Słuchała krótkich pytań, które zadawał rozmówcy, i już wiedziała, że zamiast powędrować do łóżka, będzie musiała zamienić piżamę na dżinsy i bluzę.

– Mamy trupa – powiedział swoim zwyczajem i popatrzył na nią znużonym wzrokiem. – Podobno nie mają kogo wysłać, wszyscy w terenie. – Wcisnął aparat z powrotem do kieszeni. – Możesz przenocować Kingę?

– Już jej pościeliłam. Daj mi jeszcze pięć minut, muszę włożyć jakieś ciuchy – poprosiła.

– Czekam w samochodzie. – Sławek odwrócił się i wyszedł.

– Jest wkurzony – powiedziała szeptem Kinga.

– Dziwisz się? – Agata wzięła ubranie z sypialni i poszła do łazienki. – Pogadamy rano.

Przebrała się, stopy wcisnęła w adidasy i w rozpiętej kurtce zbiegła na dół. Tomczyk stał oparty o drzwi auta. Na jej widok wsiadł i uruchomił silnik.

– Co mamy? – spytała Agata, gdy wyjechali ze skweru Oleandrów na Polną.

– Puławska, tuż przed skrzyżowaniem z Wałbrzyską i aleją Lotników. Na parterze bloku są lokale użytkowe, w jednym z nich znaleziono zwłoki mężczyzny. Nasi już pojechali, prokurator zawiadomiony.

– Skąd wiedziałeś, że młoda jest u mnie?

– Domyśliłem się. Zadzwoniła Dominika, wiesz, ta koleżanka Kingi. Nie mogła się z nią skontaktować, włączała się poczta głosowa. Przestraszyła się, a ponieważ miała mój numer od czasu sylwestra, zadzwoniła. Powiedziała, że Kinga umówiła się z jakimś facetem, którego poznała przez internet. Szlag mnie trafił. Zastanawiałem się, od czego zacząć i…

– I postanowiłeś zacząć ode mnie.

Przed wjazdem na plac Unii Lubelskiej światło zmieniło się na czerwone.

– Właśnie. – Sławek przycisnął hamulec. – A kiedy nie odebrałaś telefonu, domyśliłem się, że Kinga jest u ciebie. Gdybyś odebrała, musiałabyś kłamać, a to nie leży w twojej naturze. Raczej masz skłonność do pomijania milczeniem niewygodnej prawdy. – Zdjął rękę z dźwigni biegów i położył na dłoni Agaty. Splótł swoje palce z jej palcami.

– Tak łatwo mnie rozszyfrować? – Górska zerknęła na niego spod oka.

– Po prostu jestem dobrym gliną – stwierdził, uśmiechając się przelotnie. – Ale na poważnie, jutro przetrzepię jej skórę. To nie na moje nerwy, te gówniarskie wybryki, współczuję rodzicom. – Zabębnił palcami drugiej ręki w kierownicę.

– Tak mówisz, jakbyś zawsze był dorosły.

– A ty jak zwykle stajesz w jej obronie.

– Kłócimy się, jakbyśmy byli starym, dobrym małżeństwem i chodziło o naszą córkę. – Górska parsknęła śmiechem. – Przestań się rzucać, Tomczyk, i jedź, bo mamy zielone.

Zjechali z placu w Puławską. Agata, wciąż się uśmiechając, odbiegła myślami do nocy sylwestrowej, podczas której oboje zdali sobie sprawę, że łączy ich znacznie więcej niż tylko wspólna praca i przyjacielskie relacje. Wtedy też Górska poznała najmłodszą siostrę Sławka, która wróciła wcześniej z nieudanej imprezy i weszła po kryjomu do mieszkania brata. Schowała się w jego sypialni i przesiedziała tam kilka godzin, do czasu, aż sylwestrowi goście rozeszli się do domów. Jak się później dowiedziała Agata, Kinga, uczennica liceum i miłośniczka łaciny, nieustannie prowokowała los, nawiązując przygodne kontakty z młodymi mężczyznami i naiwnie wierząc, że w ten sposób znajdzie miłość życia. Krótkie znajomości kończyły się w najlepszym razie tym, że facet po dwóch spotkaniach, przerażony jej oddaniem, ulatniał się, ignorował telefony i blokował ją w sieci, a w najgorszym – próbą gwałtu. Całe szczęście, że Sławek zmusił siostrę do udziału w zajęciach z samoobrony i nie odpuszczał, dopóki nie udowodniła, że potrafi skutecznie, w razie konieczności, spacyfikować napastnika. Przy jej naiwności i skłonności do obdarzania bliźnich nieuzasadnionym zaufaniem, gdyby nie umiała się bronić, już dawno spotkałoby ją coś złego. Jakby tego wszystkiego było mało, nastolatka, gdy już oswoiła się z faktem, że jej brat spotyka się prywatnie z Agatą, wybrała Górską na powiernicę swoich nastoletnich sekretów. Dziewczyna częściej zwierzała się „bratowej”, jak czasem nazywała Agatę, niż własnej matce, czy starszym siostrom, co bywało kłopotliwe dla policjantki w pewnych sytuacjach, na przykład takich jak dzisiejsza.

– Jesteśmy na miejscu. – Sławek przerwał rozmyślania.

Górska wysiadła z auta i omiotła wzrokiem grupę gapiów, którzy zebrali się w uliczce osiedlowej w pobliżu bloku. Wymieniali uwagi, próbowali zagadywać stojącego nieopodal funkcjonariusza, a na ich twarzach malowała się ciekawość. Agata spojrzała w stronę drzwi, przed którymi stał aspirant Adam Chudecki.

– Trzeba im zrobić portreciki, może pomiędzy nimi kryje się zabójca – mruknęła do Sławka i uniosła rękę w powitalnym geście. – Cześć, Chudy.

– Zaraz zajrzę do techników i ustalę, czy możemy się rozejrzeć – odpowiedział Tomczyk, podążając za jej spojrzeniem. – Powiem któremuś z chłopaków, żeby pstryknął kilka fotek. – Siema – zwrócił się do kolegi. – Co mamy?

– Antoni Frydrych, trzydzieści dwa lata, miał przy sobie dokumenty. Ciało znalazła żona, Ewa. – Chudy kiwnął głową w stronę ławki, na której siedziała kobieta. Miała spuszczoną głowę i ocierała chusteczką łzy. – Przyjechała, bo nie mogła się z nim skontaktować. Weszła do biura i zobaczyła nieboszczyka.

– Okej – odparła Agata. – Pójdę z nią pogadać.

– Lekarz dał jej coś na uspokojenie, bo nie można się było z nią porozumieć. Zadzwoniłem po jej przyjaciółkę, zaraz powinna tu być.

– Dzięki.

Górska zbliżyła się do kobiety i usiadła obok. Ewa Frydrych podniosła głowę i spojrzała na policjantkę załzawionymi oczami.

– Nie mogę w to uwierzyć – wyszlochała. – To nie może być prawda…

– Starsza aspirant Agata Górska, wydział zabójstw. – Policjantka pokazała odznakę. – Wiem, że to dla pani trudne, ale chciałabym zadać kilka pytań – zaczęła. – Proszę mi powiedzieć, w jakich okolicznościach znalazła pani ciało męża?

– Nie wracał długo z pracy... Dzwoniłam kilka razy, ale zgłaszała się poczta głosowa. Zaczęłam się niepokoić, to było do niego niepodobne… W końcu wsiadłam do samochodu i przyjechałam tutaj. – Kobieta otarła płynące po twarzy łzy. – Antoni był w środku.

– Czy coś szczególnego zwróciło pani uwagę?