Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
Witaj w Kocim Kraju – miejscu, gdzie marazm, korupcja i dekadencja stały się codziennością.
Gorzko-śmieszna antyutopia napisana w 1932 roku przez Lao She, jednego z najwybitniejszych chińskich pisarzy XX wieku, zaskakuje swoją aktualnością. To nie tylko literacka podróż do fantastycznego świata, w którym ludzka logika już dawno przestała obowiązywać, lecz także przenikliwy komentarz na temat polityki, bierności i końca złudzeń.
Lektura obowiązkowa dla fanów klasycznych dystopii.
Trigger warningi / treści potencjalnie niepokojące: mizoginia, niewolnictwo, przemoc, śmierć dziecka (wspomnienie), śmierć samobójcza, używki, wykorzystanie seksualne (także osób nieletnich).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 291
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Treści potencjalnie niepokojące
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Posłowie od Tłumaczki
O Autorze
O książce
Dopisek od Tłumaczki
zapiski z kociego kraju
Lao She
Z chińskiego przełożyła
Magdalena Stoszek-Deng
Yumeka
Tytuł oryginalny: Māochéngjì猫城记
Tłumaczenie z języka chińskiego: Magdalena Stoszek-Deng
Copyright © by Wydawnictwo Yumeka, 2026
Copyright © for the Polish translation by Magdalena Stoszek-Deng, 2026
Redakcja: Monika Pertek-Koprowska
Redaktor prowadząca: Klaudia Szary
Korekta: Klaudia Szary, Klaudia Golon
Skład i opracowanie graficzne: Klaudia Szary
Projekt okładki: Klaudia Hansel
Grafika liścia na otwarcie rozdziałów: Freepik.com
ISBN: 978-83-976643-1-9 (oprawa miękka), 978-83-976643-2-6 (e-book)
Tłumaczenie na podstawie tekstu dostępnego w domenie publicznej.
Wydawnictwo Yumeka
ul. Ziołowa 43A/155, 40-635 Katowice
www.yumeka.pl
www.instagram.com/wydawnictwo.yumeka
www.facebook.com/wydawnictwo.yumeka
Treści potencjalnie niepokojące: mizoginia, niewolnictwo, przemoc, śmierć dziecka (wspomnienie), śmierć samobójcza, używki, wykorzystanie seksualne (także osób nieletnich).
Rozdział 1
Statek kosmiczny się rozbił.
A mój przyjaciel – kolega ze szkolnych czasów, który przez ostatnie dwa tygodnie pełnił funkcję pilota – roztrzaskał się wraz z nim!
A co ze mną? Czy to możliwe, że nadal żyję? Jakim cudem nie zginąłem? Bóg jeden wie. Nie czas poddawać się rozpaczy.
Naszym celem był Mars. Wedle wyliczeń mojego nieżyjącego już przyjaciela zdołaliśmy wlecieć w jego atmosferę, nim doszło do katastrofy. Zatem… wylądowałem chyba na Marsie? Jeśli faktycznie tak było, dusza mojego przyjaciela mogła spoczywać w spokoju. Warto było zginąć, by zostać pierwszym Chińczykiem, który postawił tu stopę! Ale czy naprawdę właśnie tam się znajdowałem? Pozostawało mi tylko uwierzyć, że tak. Musiałem założyć, że to w istocie był Mars, bo nie mogłem ani tego dowieść, ani temu zaprzeczyć. Oczywiście dałoby się to ustalić, wnioskując po układzie gwiazd i planet. Niestety, na astronomii znałem się tak jak na egipskich hieroglifach, to znaczy wcale. Mój przyjaciel ustaliłby to bez najmniejszego trudu, ale on… Ach! Mój wierny druh, mój towarzysz z dziecięcych lat!
Statek się rozbił. Jak zatem wrócę na Ziemię? Strach pomyśleć! Jedyne, co mi zostało, to ubranie na grzbiecie (w strzępach, niczym pasemka suszonego szpinaku) i prowiant w żołądku. Nie warto było wybiegać myślami w przyszłość, nie wiedziałem nawet, jak tu przeżyję, jak sobie poradzę! Nie znając tutejszego klimatu ani języka… Czy na Marsie żyją w ogóle jakieś podobne ludziom istoty? Coraz więcej pytań… Postanowiłem się nimi nie zadręczać. „Marsjański rozbitek” – czyż nie było w tych słowach odrobiny otuchy? Nie mogłem pozwolić, by rozterki i zmartwienia pozbawiły mnie tej resztki odwagi, która mi została.
To oczywiście tylko próba odtworzenia mojej ówczesnej sytuacji i targających mną emocji. Tak naprawdę miałem wówczas mętlik w głowie. Pogmatwany umysł rodzi czasem chaotyczne, niespójne myśli, teraz jednak ich nie pamiętam. Pamiętam tylko te dwa pytania: „Jak wrócę na Ziemię?” i „Jak tu przeżyję?”. Trzymały się mnie uporczywie i nawet gdy mój umysł w końcu nieco się uspokoił, nadal po nim krążyły, realne i prawdziwe, jak dwie wyrzucone na brzeg morza deski z okrętu, który dawno już zatonął.
Oprzytomniałem. Pierwsze, co należało zrobić, to zastanowić się, jak pochować przyjaciela – a raczej jego smętne resztki. Obawiałem się choćby spojrzeć na nasz statek. On również był mi druhem. Wierna maszyna dowiozła nas aż tutaj.
Obaj moi towarzysze podróży dokonali żywota. Zostałem tylko ja i dojmujące wrażenie, że w jakiś sposób ponoszę odpowiedzialność za ich nieszczęście. Zginęli ci, którzy dysponowali faktycznymi umiejętnościami, a przeżyłem ja, całkiem bezużyteczny. Głupcy mają szczęście. Cóż za bolesne pocieszenie! Doszedłem do wniosku, że dam radę pochować przyjaciela, ale ze statkiem sobie nie poradzę.
Należało wykopać dół, jednak zamiast do tego przystąpić, rozglądałem się wokół załzawionymi oczyma, w kompletnym stuporze. Dlaczego nie objąłem wówczas szczątków przyjaciela i nad nimi nie zapłakałem? Dlaczego od razu nie zacząłem kopać grobu? Byłem wtedy w dziwnym stanie, jak ktoś raptem wybudzony ze snu, trudno mi więc usprawiedliwić moje ówczesne działania. Choć może to tylko wymówka, która pozwala mi poczuć się nieco lepiej.
Rozglądałem się wokół. Dziwne, ale wszystko, co wówczas widziałem, pamiętam teraz niezwykle wyraźnie – wystarczy, że zamknę oczy, a obrazy natychmiast wracają do mnie jak żywe. Chwili tej, podobnie jak dnia, gdy z matką po raz pierwszy odwiedziłem grób ojca, nie zapomnę nigdy.
Nie jestem w stanie powiedzieć, co takiego właściwie wtedy ujrzałem. Na wszystko wokół patrzyłem wzrokiem pełnym obojętnego zainteresowania, jeśli w ogóle można tak powiedzieć. Byłem niczym oblewane strumieniami deszczu drzewo, które z obojętnością przyjmuje spadające na nie krople, jedynie jego listki poruszają się lekko pod ciężarem każdej z nich. Przed moimi oczami rozpościerała się szara połać nieba. Nie taka jak w pochmurny dzień – raczej, jak gdyby samo powietrze było szare. Słońce musiało mocno świecić, chociaż ciepło jego promieni było niewspółmierne do ich blasku – grzało mocno, ale nie raziło. Szare powietrze wydawało się tak gęste, ciężkie i duszne, że niemal mogłem go dotknąć. Nie dlatego, że unosił się w nim pył, wręcz przeciwnie, w niczym nie przypominało kurzawy podczas burzy piaskowej, a widoczność była doskonała – jednak promienie słoneczne załamywały się i równomiernie rozpraszały w zetknięciu z ową szarością; taki oto srebrnosiwy świat. Przypominało to nieco północne Chiny, gdzie podczas letniej suszy pojawia się czasem na niebie jakaś bezużyteczna szara chmura, która co prawda przysłania nieco słońce, ale nie przyczynia się do spadku temperatury, tyle że tutaj szara atmosfera była ciemniejsza, cięższa, niżej zawieszona, jakby dryfowała tuż przy mojej twarzy. Idealnym porównaniem dla tego świata byłaby wytłaczarnia tofu, spowita w nocy gorącą parą, zza której przebija się nieśmiało upiorne światełko lampy olejnej.
Czułem się tu nieswojo.
W oddali majaczyło pasmo niewielkich gór, nieco ciemniejszych niż tafla nieba. Mimo wszystko docierały tam promienie słoneczne wydobywające z szarości gór delikatne odcienie czerwieni, jak opalizujące kolory na gołębiej szyi.
Królestwo szarości! Pamiętam, że właśnie te słowa przyszły mi do głowy, choć nie wiedziałem przecież, czy w ogóle istnieje tu coś na kształt państwa albo królestwa.
Przeniósłszy wzrok na nieco bliższą okolicę, spostrzegłem szarą równinę. Nie było na niej drzew, domów ani pól – ciągnęła się równo i płasko. Porastały ją pochylające się ku ziemi trawy. Ich łodygi uginały się pod ciężarem dużych blaszek. „Wygląda na to, że gleba jest żyzna”, pomyślałem. Ciekawe, dlaczego nikt jej nie uprawia?
Niedaleko mnie krążyło kilka szarych drapieżnych ptaków podobnych do jastrzębi – jedynie ich ogony były białe. Tych kilka białych punktów wyróżniało się w całym tym szarym świecie, nie rozpędzało jednak panującego wokół odczucia ponurej duszności. Zdawało się, jakby w mrocznym powietrzu krążyły zwitki papierowych pieniędzy[1]!
Ptaki zbliżały się w moją stronę. Gdy tak na nie patrzyłem, serce zaczęło mi mocniej bić. Musiały spostrzec mojego przyjaciela, to, co z niego…
Z oddali nadlatywało kilka kolejnych sztuk.
Wpadłem w panikę. Instynktownie rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu łopaty, ale oczywiście jej tam nie było, nie było nawet kija! Jedyne, co mi zostało, to wrócić do wraku. Wyposażony w metalowy pręt mógłbym przecież wykopać grób. Ptaki krążyły już nad moją głową. Nie miałem czasu im się przyglądać, ale czułem, że są coraz niżej, a sądząc po ich okrzykach – przeciągłych i świdrujących – tuż nade mną. Próbowałem oderwać przypadkowy fragment statku, nie wiedząc nawet, co to za część. Po prostu ciągnąłem z całej siły jak szaleniec.
Jeden z ptaków obniżył lot. Wrzasnąłem dziko. Zamachał skrzydłami, a jego nogi już-już miały dotknąć ziemi, lecz – wystraszony moim wrzaskiem – rozłożył ogon i poderwał się do lotu. Ale zaraz zjawiły się następne, skrzecząc jak sroki, które zwęszyły smakowity kąsek.
Ptaszyska na górze krzyczały coraz głośniej, jak gdyby prosiły te na dole, by zaczekały. Wreszcie z potężnym łopotem wylądowały wszystkie naraz. Ciągnąc uparcie za część statku, poczułem nagle lepkość po wewnętrznej stronie dłoni. Musiałem się zaciąć, ale nie czułem bólu. Ciągnij, ciągnij, ciągnij! To na nic!
Rzuciłem się z wrzaskiem na ptaki. Rozdając kopniaki na prawo i lewo, wpadłem między nie. One zaś, z rozłożonymi skrzydłami, uciekały na wszystkie strony, ale nie sprawiały wrażenia, jakby miały zamiar odlecieć. Jeden z nich dobierał się już do… Już dziobnął! Wpadłem w istny szał, rzuciłem się do przodu, gotów walczyć z nim gołymi rękami, wówczas jednak otaczająca nas zewsząd reszta ptaków podeszła bliżej. Znów zacząłem kopać na oślep. Rozwrzeszczały się i rozłożywszy silne skrzydła, uciekały we wszystkich kierunkach, wystarczyło jednak, bym cofnął nogę, a natychmiast wracały, z oczami nabiegłymi krwią. Nabrały odwagi i nie zamierzały już ustępować, wręcz przeciwnie, coraz mocniej dziobały mnie po stopach.
Nagle sobie przypomniałem, że u boku mam przytroczony pistolet. Wyprostowałem się, by po niego sięgnąć, gdy wtem… „A to co?! Skąd oni się tu wzięli?!” Jakieś siedem, osiem kroków ode mnie stała grupa ludzi. Przyjrzałem się nieco uważniej. To byli ludzie o kocich twarzach!
[1] Wykonane z papieru banknoty spalane dla zmarłych. (Przypisy pochodzą od Tłumaczki).
Rozdział 2
„Wyciągać pistolet czy czekać?”
Przez moją głowę przewijały się dziesiątki myśli. Im bardziej próbowałem zachować spokój, tym większy miałem mętlik w głowie. Ostatecznie opuściłem rękę. Uśmiechnąłem się do siebie.
Wyprawa na Marsa to był mój pomysł. Podjąłem go na własne ryzyko i nawet jeśli miałbym zginąć z rąk tych kotoludzi (choć może są oni najłagodniejszymi z istot, któż to może wiedzieć?), doszłoby do tego również z powodu moich wyborów. Czemuż więc miałbym pierwszy sięgać po broń?
Szlachetne intencje często sprawiają, że człowiek nabiera odwagi, toteż strach całkowicie mnie opuścił. Czy skończy się to szczęśliwe, czy – przeciwnie – doprowadzi do katastrofy…? Pożyjemy, zobaczymy. Cokolwiek miałoby się zdarzyć, nie ja powinienem być agresorem.
Zauważywszy, że stoję bez ruchu, kotoludzie zbliżyli się o kilka kroków. Powoli, ale stanowczo, jak kot, który spostrzegł mysz.
Ptaki wzbiły się do lotu, niosąc w dziobach kawałki… Zamknąłem oczy.
Nim zdążyłem je otworzyć, poczułem, że ktoś chwycił mnie za ręce. Nie przypuszczałem, że kotoludzie potrafią się poruszać tak szybko. I tak cicho! W ogóle nie usłyszałem odgłosu ich kroków.
Czy popełniłem błąd, nie wyjąwszy pistoletu zza pasa? Nie! Moje sumienie niczego takiego mi nie podpowiadało. Niebezpieczeństwo jest chlebem powszednim kogoś żądnego przygód.
Uspokoiłem się, nie miałem już nawet ochoty otwierać oczu. I nie wynikało to wcale z jakiejś przewrotnej chęci, by wyprowadzić ich w pole. Mimo że nie stawiałem oporu, chwycili mnie jeszcze mocniej. „Cóż to za wątpliwej moralności banda?”, pomyślałem. Poczucie wyższości napawało mnie dumą, dlatego nie zamierzałem się z nimi siłować.
Na moich ramionach spoczywało teraz po kilka rąk, miękkich, o żelaznym uścisku i – jak się zdawało – całkiem sprężystych. Wpijały mi się w ciało niczym rzemienie. Opór nie miał sensu. Zrozumiałem, że gdybym próbował uwolnić ramiona, ich ręce zacisnęłyby się jeszcze mocniej, aż przebiłyby skórę. Takie z nich były istoty: najpierw zakradają się i w niecywilizowany sposób chwytają człowieka, a później, nie bacząc na jego reakcję, poddają go okrutnym torturom. Jakby fizyczny ból był w stanie osłabić szlachetność ducha! Ze wstydem przyznaję, że w tamtym momencie nieco żałowałem, że nie sięgnąłem po pistolet. O ile rzeczywiście miałem rację, to względem tych istot należało było zastosować zasadę „kto pierwszy uderzy, ten ma przewagę”. Jeden wystrzał i wszyscy by uciekli. Ale teraz nie było już o tym mowy. Szlachetność okazała się pułapką, którą zastawiłem sam na siebie, niech zatem zginę w blasku własnej szlachetności!
Otworzyłem oczy. Kotoludzie stali za mną, jakby kryli się przed moim wzrokiem. To podstępne zagranie sprawiło, że odczuwałem wobec nich jeszcze większą niechęć. Nie bałem się już śmierci, tylko myślałem: „Skoro już wpadłem w wasze łapy, możecie mnie zabić, ale po cóż te wszystkie przebiegłe zagrywki?!”.
– I po co to… – wyrwało mi się.
Nie dokończyłem. Przecież i tak by mnie nie zrozumieli. Uścisk przybrał na sile, tyle przyszło z tych kilku słów! Nawet gdyby rozumieli moją mowę, to i tak pewnie strzępiłbym sobie język na próżno. Nie odwróciłem więc głowy, poddałem się, mając jedynie nadzieję, że zwiążą mnie sznurem. Nie byłem w stanie znieść tego ich miękkiego, ciepłego, obrzydliwego uścisku!
Krążących w powietrzu ptaków jeszcze przybyło. Z rozłożonym skrzydłami i spuszczonymi głowami czekały na okazję, by zanurkować i uraczyć się tym, co zostało z mojego przyjaciela…
O co właściwie chodzi tym z tyłu, w co oni grają? Takie rozciągnięte w czasie działanie, niczym wyrafinowana tortura, doprowadzało mnie do szaleństwa. Mimo to nadal, z uniesioną głową, obserwowałem ptaki – te okrutne stwory, które w kilka minut mogły rozprawić się z moim druhem. Ach! Czy to w ogóle możliwe – spożyć człowieka w kilka minut? Jeśli tak, to trudno powiedzieć o ptakach, że są okrutne.
Trochę zazdrościłem mojemu przyjacielowi. Kolego! Zginąłeś szybką i lekką śmiercią, a teraz równie szybko znikniesz. Można powiedzieć, że miałeś niewyobrażalne szczęście, bo mnie wciąż czekały powoli dawkowane udręki!
„Szybciej tam!”, miałem ochotę zawołać, ale słowa zawisły na moich ustach. Choć obce mi były natura i zwyczaje kotoludzi, instynktownie wyczułem, że są najbardziej okrutnymi stworzeniami we wszechświecie, a okrutne istoty nie robią niczego „ot tak”, „po prostu”, satysfakcją napawa ich powolne ćwiartowanie człowieka żywcem. Co dobrego mogły przynieść moje słowa? Przygotowałem się na wbijanie igieł pod paznokcie i wlewanie nafty do nosa – oczywiście, jeśli na Marsie mieli takie rzeczy jak igły i nafta.
Uroniłem łzę. Nie dlatego, że się bałem, lecz dlatego, że przypomniał mi się rodzinny dom. Wspaniałe Chiny, cywilizowane, wielkie Chiny – gdzie nie ma okrucieństwa, brutalnych kar cielesnych ani ptaków jedzących trupy. Czy nigdy już nie będzie mi dane cieszyć się zwykłą ludzką egzystencją? Nawet jeśli ocaleję na Marsie, to pewnie nie obędzie się bez nieskończonych przykrości i opresji…
Kilka rąk spoczęło na moich nogach. Kotoludzie nie odzywali się słowem, ale czułem na plecach ich gorące oddechy. Ogarnęło mnie obrzydzenie, jakby oplótł mnie ogromny wąż.
Brzdęk! Znienacka rozległ się donośny dźwięk i przerwał trwającą, zdawałoby się – wiecznie, ciszę. Usłyszałem go tak wyraźnie, że do dziś czasem rezonuje mi w uszach. Zapięto mnie w kajdany! Przewidziałem, że zrobią coś podobnego. Założyli je tak ciasno, że nogi od razu zdrętwiały mi w kostkach. Jakiej zbrodni byłem winien? Jakie były ich zamiary? Nie miałem pojęcia. Po cóż zresztą nad tym dywagować. W społeczeństwie ludzi o kocich twarzach rozum nie odgrywał żadnej roli, nie mówiąc już o uczuciach, dlaczego więc miałbym zaprzątać sobie tym głowę?
Kajdanki zapięto mi również na nadgarstkach. Ale kotoludzie nadal ściskali mnie mocno za ramiona i nogi. Ten nadmiar ostrożności – i towarzyszący jej ładunek niepotrzebnego okrucieństwa – musiał być niezbędny, by przetrwać w tym mrocznym świecie. Moje nadzieje, że kajdanki uwolnią mnie od ich gorących dłoni, okazały się płonne.
Tymczasem dwie kolejne dłonie spoczęły na mojej szyi. Oznaczało to chyba, że mam się nie odwracać… Ale któż chciałby dać im tę satysfakcję?! Człowiek – nieważne, jak nisko by upadł – ma zawsze choć odrobinę szacunku do samego siebie. W tym momencie gardziłem już kotoludźmi.
„I co, nadal nie idziemy?”, pomyślałem. Wówczas, jakby chcąc mi udowodnić, że potrafią działać szybciej, kopnęli mnie w nogę – był to rozkaz, bym ruszał. Kostki miałem już całkiem obrzmiałe i zdrętwiałe. Pod wpływem kopniaka poleciałem do przodu, ale przytrzymali mnie, wbijając mi ręce w żebra, niczym haki – miękkie i twarde zarazem. Z tyłu dobiegło mnie kilka syknięć czy prychnięć, takich, jakimi obdarzają się samce kotów, gdy próbują się przepłoszyć. Musiał to być śmiech kotoludzi, uradowanych, że mnie maltretują, oczywiście. Gdyby zależało im na czasie, mogliby mnie przecież nieść. To by mnie ucieszyło, bo ledwo stawiałem kroki. A jednak z czystej chęci, by ze mną igrać – o ile takie haniebne pobudki można uznać za wystarczający powód – upierali się, bym szedł sam.
Ręce miałem skute z tyłu, pot zalewał mi oczy, nie mogłem nawet potrząsnąć głową, by go strzepnąć – tak mocno ściskali mnie za szyję! Szedłem więc przed siebie – nie, właściwie trudno powiedzieć, że szedłem, nie znajduję jednak określenia, które oddawałoby jednocześnie podskakiwanie, kuśtykanie, potykanie się, wykręcanie nóg w kostce i tym podobne ruchy.
Zdołałem przejść parę kroków, gdy usłyszałem (na szczęście nie zatkali mi uszu) łopot skrzydeł dziesiątek ptaków, który brzmiał jak okrzyk bojowy. I wkrótce stado przystąpiło do uczty…
Miałem do siebie wielki żal. Gdybym tylko zaczął działać nieco wcześniej, może zdążyłbym go zakopać. Ach, czemuż stałem jak słup i traciłem czas, bezmyślnie przyglądając się okolicy! Przyjacielu! Nawet gdybym nie zginął i jakimś cudem zdołał tu wrócić, po tobie nie będzie już nawet śladu! Żadne piękne wspomnienia nie wystarczą, by zrównoważyć to okropne poczucie winy. Ilekroć to sobie przypomnę, tylekroć poczuję się jak najbardziej bezwartościowy człowiek na świecie!
Trwałem jak w koszmarze: mimo że ciało cierpiało, myśli pozostały nieskrępowane. Mój umysł skupił się więc na zmarłym przyjacielu – za każdym razem, gdy przymykałem oczy, widziałem ptaki dziobiące jego ciało i czułem, jakby dziobały moje serce.
„Dokąd my właściwie idziemy?”, zastanawiałem się. Nie miałem najmniejszej ochoty, by otworzyć oczy i rozejrzeć się wokół. Czyż mogłem żywić jakąkolwiek nadzieję, że uda mi się zapamiętać drogę albo uciec? Czy w ogóle szedłem? A może skakałem albo się toczyłem? Tylko kotoludzie wiedzieli.
Myślami byłem gdzie indziej i wydawało mi się wręcz, że moje ciało nie należy do mnie. Czułem tylko nieustannie spływający z czoła pot. Niczym ciężko ranny człowiek straciłem poczucie własnego ciała, towarzyszyła mi jedynie mglista świadomość, że któraś jego część bardzo się poci. Zupełnie jakby życie wymykało mi się z rąk, a ja nie czułem przecież agonii, żadnego cierpienia.
Szedłem, mając ciemność przed oczyma. Po chwili zdecydowałem się je jednak otworzyć. Miałem wrażenie, jakbym był na głębokim rauszu i powoli wracał do zmysłów. Poczułem narastający, przejmujący ból w kostkach. Nie mogłem ich nawet rozmasować. Dopiero po chwili odkryłem, że znajduję się na niewielkim statku. Nie miałem pojęcia, jak tam trafiłem, ale musiało się to zdarzyć jakiś czas temu. W stopach wróciło mi czucie i coraz silniej dawał o sobie znać przejmujący ból. Odwróciłem się, bo moja szyja była już wolna od uścisku gorących rąk, ale nikogo nie zobaczyłem.
Nad sobą miałem srebrnoszare niebo, a pod sobą gęstą, ciepłą, szarą rzekę, która płynęła w kompletnej ciszy, choć nurt był rwący. A pośrodku rzeki – ja i mój stateczek dryfujący razem z prądem.
Rozdział 3
Nie miałem czasu zastanawiać się nad swoim bezpieczeństwem. To pojęcie nawet nie zaświtało mi w głowie. Upał, głód, pragnienie, ból… Nic jednak nie mogło przezwyciężyć wyczerpania, które mnie ogarnęło. Miałem przecież za sobą ponaddwutygodniowy lot statkiem. Nie mogłem położyć się na plecach, bo przeszkadzały mi kajdanki, ale mimo wszystko udało mi się przyjąć wygodniejszą pozycję. Położyłem się na boku i zasnąłem. Zdałem się na łaskę tej mętnej, gorącej rzeki i nie obchodziło mnie nic innego. Czy jednak w takich okolicznościach mogłem liczyć na przyjemne sny?
Gdy się obudziłem, siedziałem w rogu niewielkiego pomieszczenia, a raczej niewielkiego dołu. Nie było tam okien ani drzwi, tylko coś w rodzaju ścian otaczało, można by rzec, gołą ziemię, z której wyrastały chwasty. Za dach służyło natomiast srebrnoszare niebo. Ręce miałem wolne, ale przewiązany byłem grubym sznurem. (Doprawdy, nie potrzebowałem aż tak ekstrawaganckiego paska!). Jeden z jego końców mnie opasywał, drugi – niewidoczny – przymocowany był zapewne na zewnątrz. Wyglądało na to, że spuszczono mnie do tego dołka po linie.
A jednak ukryty pod koszulą pistolet nadal był na swoim miejscu.
Dziwne!
Co tu się działo? Zostałem porwany? Czy porywacze wyślą na Ziemię żądanie okupu? Nie, to wymagałoby zbyt wiele wysiłku. A może uznawszy mnie za jakieś monstrum, zamierzali mnie wytresować i oddać do zoo? Albo przeprowadzić na mnie wiwisekcję w laboratorium? To miałoby sens. Zaśmiałem się lekko, najwyraźniej traciłem rozum. Umierałem z pragnienia. Dlaczego nie odebrali mi broni? Dziwna, ale i pocieszająca świadomość nie mogła jednak stanowić remedium na suchość w ustach.
Rozejrzałem się wokół i ujrzałem wybawienie! Stojącą w kącie kamienną kadź. Co w niej było? Nie miałem nad czym rozmyślać, coś podpowiadało mi, że muszę się do niej dostać. Instynkt czasem bierze górę nad rozumem. Ale że nogi nadal miałem skute, pozostawało mi jedynie skakać. Zacisnąłem zęby i – nie zważając na ból – spróbowałem wstać. Bez skutku, po kilku próbach nogi odmówiły posłuszeństwa. Może więc lepiej usiąść? Pragnienie niemal rozrywało mi klatkę piersiową. Nie dbałem już o własną godność ani o inne wartości duchowe – jeśli trzeba, będę się czołgał! Dół, w którym się znajdowałem, nie był zbyt szeroki i gdybym się rozciągnął na ziemi, brakowałoby mi dosłownie kilku centymetrów, by rękami dosięgnąć upragnioną kadź. Niestety, sznur już przy pierwszej próbie ostrzegł, że na to nie pozwoli – prędzej na nim zawisnę. Beznadzieja.
Nieznośne palenie w ustach zmotywowało mnie do wytężenia umysłu. A gdybym położył się na plecach i spróbował przesunąć do przodu samymi nogami, wyciągniętymi niczym u wywróconego na grzbiet chrząszcza? Choć sznur oplatał mnie dość ciasno, może udałoby mi się pomanewrować nim tak, żeby znalazł się na wysokości żeber? W końcu byłem tam szczuplejszy niż w udach, a kto wie, może przesunąłby się jeszcze dalej, aż do klatki piersiowej, a wówczas dotykałbym już kadzi stopami! Może bym się przy tym trochę poharatał, ale było to lepsze od palącego pragnienia.
Zdarłem sobie skórę – nieważne. Dalej, dalej! Znów zabolało – mniejsza z tym, jeszcze troszeczkę… Ach! Stopy w końcu dotknęły bezcennej kadzi! Kajdany na nogach nie pozwalały mi jednak rozłożyć ich wystarczająco szeroko, by ją złapać. Podkurczyłem więc lekko nogi. Udało mi się nieco rozsunąć stopy, ale wówczas nie dosięgały one kadzi. Beznadzieja. Pozostawało mi leżeć i podziwiać niebo.
Ach, jak chciało mi się pić…
Wymacałem pistolet. Przyjrzałem się mojej poręcznej, misternie wykonanej broni. Gdyby tak zamknąć oczy, przystawić sobie do skroni okrągłą, gładką lufę, lekko nacisnąć spust… już nigdy nie zaznałbym pragnienia.
Nagły przebłysk radości sprawił, że usiadłem. Odwróciłem się do ściany, wymierzyłem w sznur i – bach! bach! – oddałem dwa strzały w jego kierunku. W jednym miejscu wyraźnie go nadwątliłem. Niczym szaleniec zacząłem rwać go rękami i zębami, aż w końcu pękł. Z dzikiej euforii zapomniałem o krępujących mnie kajdanach, rzuciłem się przed siebie i natychmiast upadłem, ale od razu zacząłem czołgać się w kierunku kadzi. Wziąłem ją do rąk, w środku coś zalśniło – woda! Chyba woda, a może… Nieważne, nie czas na wahanie. Kadź była gruba i ciężka, niewygodnie się z niej piło, ale gdy umoczyłem usta, płyn okazał się chłodny i orzeźwiający jak ambrozja. Wysiłek popłaca – zdawało mi się, że wówczas pojąłem tę życiową mądrość.
Wody nie było wiele, więc nie zostawiłem ani kropli.
Trzymałem cenną kadź w objęciach. Ledwie poprawił mi się humor, a już dałem się ponieść wyobraźni: gdybym miał wracać na Ziemię, muszę koniecznie zabrać ją ze sobą. A że to było teraz niemożliwe… poczułem pustkę w głowie. Nie wiem, jak długo tak siedziałem, wpatrując się tępo w otwór naczynia.
Nade mną przeleciało stado ptaków, których proste, krótkie pokrzykiwania przywróciły mi trzeźwość umysłu. Uniósłszy głowę, spostrzegłem, że niebo wypełniła jasnobrzoskwiniowa zorza. Choć nie wyparła całej szarości, to mimo wszystko zrobiło się nieco jaśniej, przejrzyściej. Szczyty otaczających mnie ścian skąpane były w intensywnym blasku. „Pewnie zapada zmierzch”, pomyślałem. „Co dalej?”
Żaden z planów, które mógłbym powziąć na Ziemi, nie wydawał się tu odpowiedni. Nie miałem zresztą najmniejszego rozeznania we własnym położeniu. Robinson Crusoe miał szczęście: był zdany na siebie, mógł sam o sobie decydować, ja zaś musiałem wyratować się z rąk bandy kotoludzi. Czy ktokolwiek znał ich historię i obyczaje?
Ale przecież musiałem coś zrobić, prawda?
Przede wszystkim należało pozbyć się kajdan. Przez cały ten czas nie przyszło mi do głowy, by przyjrzeć się temu, co właściwie krępowało moje ruchy. Założyłem, że kajdany były żelazne, teraz jednak musiałem to zweryfikować. Nie, wcale tak nie było, miały szarawobiały odcień. Nie znali żelaza! Być może dlatego nie zabrali mojego pistoletu. Kotoludzi cechowała daleko posunięta ostrożność i najwidoczniej bali się nawet dotknąć tej nieznanej sobie rzeczy, a tym bardziej nie ważyli się jej zabrać.
Spróbowałem zerwać kajdany, na próżno. Ciekawe, z czego były zrobione? Gdy uderzyłem je lufą pistoletu, wydały metaliczny dźwięk, choć inny, niż wydałoby żelazo. A więc srebro? Ołów? Coś stosunkowo miękkiego, rozerwanie ich nie wydawało się niemożliwe. Mógłbym roztłuc kadź – bo porzuciłem już plan, by zabrać ją na Ziemię – i kamiennymi odłamkami spróbować je przepiłować. Wahałem się jednak, czy rozbić naczynie, bo hałas mógł zwrócić czyjąś uwagę. Bo przecież ktoś musiał mnie pilnować, prawda? A może wcale nie? Przecież dopiero co wystrzeliłem z pistoletu. Zacząłem się martwić. A co jeśli wystrzały sprowadzą tu kotoludzi? Ci się nie pojawiali, nabrałem więc odwagi i rąbnąłem kadzią o ziemię. Odłupał się fragment, niewielki, lecz bardzo ostry. Przystąpiłem do pracy.
Jeśli się włoży odpowiednio dużo wysiłku, to i stalowy wiązar da się zeszlifować tak, by otrzymać igłę do haftu; dla chcącego nic trudnego. Mimo wszystko próba przepiłowania metalowych kajdan kawałkiem kamienia, i to w krótkim czasie, nie rokowała zbyt pomyślnie. Ponieważ jednak doświadczenie zazwyczaj jest dzieckiem błędu, nie pozostawało mi nic innego, jak ochoczo i z optymizmem oddać się temu zadaniu. Moje ziemskie doświadczenie i tak nie na wiele się tu zdawało. Po dłuższej chwili zorientowałem się, że na kajdanach nie ma nawet rysy. Równie dobrze mógłbym próbować przeciąć diament kamieniem.
Zacząłem macać na oślep: strzępy ubrań na grzbiecie, buty, włosy – a nuż znajdę coś, co mi pomoże. Aha! W niewielkiej kieszeni, tuż pod pasem, trafiłem na małe metalowe pudełko – zapałki. Gdybym nie szukał tak skrupulatnie, na pewno bym sobie o nich nie przypomniał. Nie paliłem, więc nie miałem w zwyczaju nosić zapałek. Skąd więc się wzięły? Ach, tak, prawda, dał mi je przyjaciel – usłyszał, że wybieram się na daleką wyprawę, i w ostatniej chwili wpadł na lądowisko, by mnie pożegnać, a z braku lepszego podarku wetknął mi do kieszeni to pudełeczko. „Chyba nie przeciąży zbytnio statku!”, zażartował. Teraz to sobie przypomniałem. Zupełnie jakby wydarzyło się to wiele, wiele lat temu. Dwutygodniowy lot nie pomagał trzeźwo i spokojnie sięgać pamięcią w przeszłość.
Obracałem pudełko w rękach. Skoro nie miałem nadziei na poprawę sytuacji, pozostawało mi tylko wrócić myślami do dawnych, dobrych chwil. Istota żywa potrafi znaleźć pocieszenie w różnych rzeczach.
Ściemniło się. Poczułem głód. Zapaliłem zapałkę, żeby się rozejrzeć, czy aby nie ma tu niczego do jedzenia. Zgasła, więc zapaliłem kolejną i bez większej wiary przyłożyłem ten mały, śmieszny płomyk do kajdan u nóg. I nagle… Sssss! Została po nich jedynie kupka szarobiałego popiołu. Zniknęły jak za pociągnięciem pędzla wyćwiczonego kaligrafa. W powietrzu uniósł się zapach, który przyprawił mnie o mdłości.
Kto by przypuszczał, że kotoludzie potrafią zrobić użytek z chemii!
Rozdział 4
Cóż z tego, że udało mi się uwolnić ręce i nogi, skoro wciąż byłem w niewoli! Nie traciłem jednak ducha. Przynajmniej nie musiałem dłużej wyręczać kotoludzi i strzec za nich tego nieszczęsnego dołka. Zabrałem pistolet i zapałki, po czym, chwyciwszy za zwisający sznur, zacząłem się wspinać.
Gdy wynurzyłem się na powierzchnię, ujrzałem ciemną szarość – nie przypominała jednak mroku nocy, a raczej ciepłą, bezbarwną mgłę. Wspiąłem się na szczyt muru i zeskoczyłem. Dokąd teraz? Nagle opuściła mnie odwaga. Wokół nie było nic: ani ludzi, ani świateł, ani żadnego dźwięku. W oddali – a może wcale nie tak daleko, nie umiałem określić odległości – majaczył las. Czy odważę się do niego wejść? Kto wie, jakie bestie mogą się tam czaić?
Spojrzałem na gwiazdy. Widać było jedynie kilka największych, które na tle szarego nieba emanowały czerwonawym blaskiem.
Znów zachciało mi się pić, byłem też bardzo głodny. Nawet gdybym nie wzdragał się upodobnić do drapieżnych ptaków, to i tak nie potrafiłem polować, zwłaszcza w nocy. Na szczęście nie było zimno. W tym miejscu nawet nagiemu człowiekowi nie dokuczałby chłód – ani za dnia, ani nocą. Przysiadłem pod murem i spoglądałem na nieliczne gwiazdy i zarys lasu w oddali. Próbowałem o niczym nie myśleć, nawet najbardziej niedorzeczne refleksje mogły bowiem przyprawić mnie o łzy. Samotność jest bardziej nieznośna niż cierpienie.
Siedziałem tak długo, aż w końcu powieki zaczęły mi ciążyć, nie miałem jednak odwagi się zdrzemnąć. Na chwilę zamknąłem oczy, ale przy pierwszym mocniejszym uderzeniu serca natychmiast je otworzyłem, po czym znów przymknąłem i tak na zmianę. W pewnym momencie zdało mi się, że widzę przemykający cień, ale nim zdążyłem mu się przyjrzeć, zniknął. Zganiłem się, że wyobrażam sobie jakieś nieistniejące zjawy, i opuściłem powieki, ale coś nie dawało mi spokoju. Hej! Znów cień, jakaś ciemna sylwetka, która zniknęła, ledwie ją dostrzegłem. Włosy stanęły mi na głowie. Nie uśmiechało mi się polowanie na duchy, zwłaszcza na Marsie.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Zmrużyłem oczy i obserwowałem wszystko przez cieniutką szparkę.
Jest! Zbliża się!
Już się nie bałem. To żaden duch czy demon, tylko kotoczłowiek. Zmysły kotoludzi musiały być niesamowicie rozwinięte, skoro ten osobnik potrafił z tak daleka wypatrzeć, czy mam otwarte oczy. Byłem spięty, ale i podekscytowany, niemal przestałem oddychać, czekałem. „Jeśli tylko się zbliży, poradzę sobie”, myślałem, jakby nie ulegało wątpliwości, że góruję nad kotoludźmi. Skąd jednak brało się to przekonanie, nie wiem. Może stąd, że miałem broń? Ale to przecież śmieszne.
Zdawało się, że minęły wieki, nim kotoczłowiek do mnie poszedł. Każdy krok zajmował mu dobry kwadrans, albo i godzinę, i każdy przepełniony był ostrożnością – ewidentnie dziedziczoną z pokolenia na pokolenie. Stawiał kroczek prawą nogą, potem lewą, następnie robił unik, po czym się prostował, wyginał lekko w lewo, wycofywał, opadał na ziemię niczym płatek śniegu i podpełznąwszy nieco w przód, znów wyginał grzbiet… Tak czynią koty, gdy nocami ćwiczą się w łowieniu myszy. Było to bardzo ciekawe widowisko.
Gdybym się tylko poruszył – ba! wystarczyłoby, bym nagle otworzył oczy – z pewnością umknąłby co tchu w piersiach. Nie ruszałem się więc, tylko obserwowałem go spod półprzymkniętych powiek.
Zrozumiałem wówczas, że nie ma wobec mnie wrogich zamiarów i że to raczej on boi się mnie. Przyszedł sam, nieuzbrojony, nie wyglądało więc na to, że chce mnie zabić. „Jak dać mu do zrozumienia, że nie mam zamysłu go skrzywdzić? Najlepiej chyba pozostać w bezruchu”, rozważałem. „W ten sposób go nie wystraszę”.
Był coraz bliżej. Czułem już jego ciepły oddech. Pochylił się nade mną niczym biegacz sztafetowy gotowy do przejęcia pałeczki i dwukrotnie zamachał mi ręką przed twarzą. Delikatnie skinąłem głową. Błyskawicznie cofnął dłoń i przybrał pozycję, z której w każdej chwili mógł rzucić się do ucieczki, ale nie uciekł. Patrzył na mnie, a ja znów lekko kiwnąłem głową. Powoli uniosłem ręce i wyciągnąłem dłonie w jego stronę. Zdawał się rozumieć ten język migowy i w odpowiedzi sam skinął głową, cofając nogę, wciąż gotów do ucieczki. Wskazałem na niego palcem, który następnie zgiąłem, sygnalizując, by się zbliżył. On znów skinął. Wyprostowałem się i patrzyłem na niego. Chyba porzucił zamiar ucieczki. Wreszcie wstałem.
Jeżeli mitrężenie czasu uznać za sztukę, to kotoludzie są jej największymi mistrzami. Pojęcia nie mam, ile czasu spędziliśmy w ten sposób: pokazując coś na migi, kiwając głową, wykrzywiając usta, marszcząc nos i ruszając niemal każdym mięśniem w swoim ciele, by dowieść, że jesteśmy do siebie przyjaźnie nastawieni. Mogłoby to równie dobrze trwać kolejną godzinę, ha, może i kolejny tydzień, gdyby nie to, że w oddali pojawiły się jakieś sylwetki. Kotoczłowiek dostrzegł je pierwszy. Nim je zauważyłem, odbiegł już na kilka kroków i przywoływał mnie ręką. Pobiegłem za nim.
Biegł dość szybko i bezszelestnie. Ja natomiast – głodny i spragniony – już po paru metrach miałem mroczki przed oczami. Czułem jednak, że jeśli nas dogonią, to ani mnie, ani mojego kociego towarzysza nie czeka nic dobrego. „Najlepiej trzymać się blisko nowego przyjaciela – zapewne wie, jak stawiać czoła marsjańskim niebezpieczeństwom”, pomyślałem.
Tamci musieli się zbliżać, bo mój towarzysz przyspieszył kroku. Truchtaliśmy tak przez chwilę, ale czułem, że długo już nie wytrzymam i że serce wyskoczy mi z piersi. Z tyłu dobiegł nas jakiś dźwięk, długi i przenikliwy. Kotoludzie musieli być rozgniewani, skoro zdradzili się w ten sposób. Wiedziałem, że prędzej czy później upadnę, jeszcze kilka kroków, a z ust tryśnie mi krew i tak oto zakończę żywot.
Ostatkiem sił dobyłem pistoletu. Upadając na ziemię, wystrzeliłem, sam nie wiem, w jakim kierunku. Nie odnotowałem nawet dźwięku wystrzału, bo straciłem przytomność.
Obudziłem się w jakimś pomieszczeniu. Szarość, czerwony blask, ziemia, statek kosmiczny, plama krwi, sznur… Znów odpłynąłem.
Dopiero po wielu dniach dowiedziałem się, że mój nowy znajomy przywlókł mnie tu, do swojego domu, jak zdechłego psa. Gdyby mi tego nie powiedział, nigdy bym się nie domyślił. Ziemia na Marsie jest tak delikatna i miękka, że nie miałem na ciele najmniejszych obrażeń. Kotoludzi, którzy nas ścigali, spłoszył wystrzał. Wzięli nogi za pas i umykali tak, że zatrzymali się dopiero trzy dni później. Dzięki temu niewielkiemu pistoletowi wyposażonemu w dwanaście naboi stałem się bohaterem znanym na całym Marsie.
Rozdział 5
Spałem długo i gdyby nie obudziło mnie kąsanie much, mógłbym tak spać całą wieczność. Powiedziałem „mucha”, choć tak naprawdę nie wiem, jak powinienem nazwać te stworzenia, przypominały bowiem całkiem przyjemne dla oka zielone motylki, tyle tylko, że okazały się o wiele bardziej dokuczliwe niż ich ziemskie odpowiedniki. W dodatku było ich mnóstwo. Każdy ruch dłoni wzniecał chmarę zielonych nibylisteczków.
Ciało miałem zdrętwiałe, bo całą noc spędziłem na ziemi. Zdaje się, że w języku kotoludzi nie istniało słowo oznaczające „łóżko”. Jedną ręką walczyłem z zielonymi muchami, drugą zaś rozmasowywałem mięśnie, rozglądając się dookoła. W pomieszczeniu nie było nic ciekawego. Kotoludzie spali na ziemi, więc siłą rzeczy „sypialnia” pozbawiona była wyposażenia. Miałem nadzieję, że znajdę jakąś miednicę, żeby się porządnie wymyć. Nieźle się spociłem przez noc i poprzednie pół dnia. Niestety. Skoro nie miałem na czym zawiesić oka, pozostawało mi przyglądać się gołym ścianom i wykonanemu z gliny sufitowi bez jakichkolwiek zdobień. W jednej ze ścian znajdował się metrowy otwór, który służył za drzwi, a także za okno.
Jakimś cudem nadal miałem przy sobie pistolet. Nie zgubiłem go po drodze ani nie skonfiskowali mi go kotoludzie.
Uzbrojony, wypełzłem przez otwór na zewnątrz. Dopiero wówczas zrozumiałem, że okna nie na wiele by się zdały. Izba mieściła się w lesie, prawdopodobnie w tym samym, który ujrzałem wczoraj wieczorem. Gęste liście nie przepuściłyby najsilniejszych nawet promieni słonecznych, a co dopiero światła stłumionego przez szarosiwą atmosferę. Nic dziwnego, że kotoludzie wykształcili tak sprawny wzrok. Mimo że nie docierało tu słońce, w lesie wcale nie było rześko, przeciwnie – gorąca, duszna, wilgotna para spowijała wszystko i niemal wisiała w szarym powietrzu.
Ponownie się rozejrzałem, tym razem w nadziei, że zauważę jakieś źródło wody – strumyk albo rów, w którym mógłbym się wykąpać. Nie znalazłem niczego poza liśćmi, wilgotnym powietrzem i zaduchem.
Na jednym z drzew siedział kotoczłowiek. Niewątpliwie zauważył mnie już dawno temu, ale gdy tylko zdał sobie sprawę, że go spostrzegłem, skrył się za liśćmi. Zirytowało mnie to. Któż podejmuje gości w ten sposób? Nie oferuje nic do jedzenia ani do picia, tylko ten śmierdzący kąt do spania! Uważałem się za jego gościa, w końcu nie znalazłem się tu z własnej woli, to on mnie tu sprowadził.
„Dość tych ceregieli”, pomyślałem.
Gdy się do niego zbliżyłem, umknął aż na szczyt drzewa. Wspiąłem się na nie, chwyciłem za jeden z większych konarów i bezceremonialnie zacząłem nim potrząsać. Kotoczłowiek wydał z siebie jakiś dźwięk. Nie rozumiałem jego mowy, ale przestałem trząść gałęzią. Zeskoczyłem na ziemię i czekałem na niego. Chyba pojął, że nie ma jak uciec, położył uszy po sobie – niczym kot, który przegrał walkę – i powoli zszedł na ziemię.
Wskazałem na swoje usta, kilka razy zamknąłem je i otworzyłem, wyciągając szyję, by dać mu do zrozumienia, że chcę pić i jeść. Zrozumiał i wskazał na drzewo. Uznałem, że chodzi mu o jakieś owoce.
„Być może dieta kotoludzi nie obejmuje zbóż”, snułem uczone przypuszczenia.
