Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakładnik - Przemysław Borkowski

Podczas porannego programu na żywo do studia telewizyjnego wkracza uzbrojony mężczyzna. Bierze zakładników, zabija jednego z nich, a następnie odczytuje bezsensowne oświadczenie i popełnia samobójstwo.

Był zwyczajnym człowiekiem – mężem, ojcem i dobrze prosperującym przedsiębiorcą.

Co popchnęło go do tego czynu? Czy był zwykłym szaleńcem, czy też człowiekiem realizującym precyzyjny plan? Psycholog Zygmunt Rozłucki i dziennikarka Karolina Janczewska – świadkowie tego wydarzenia – postanawiają odpowiedzieć na te pytania kręcąc reportaż. Ich podróż śladami zamachowca niespodziewanie zamieni się w śledztwo dotyczące tajemniczej śmierci sprzed lat. Czy zdołają rozwiązać zagadkę z przeszłości? Czas goni, a od wyniku ich poszukiwań zależeć może życie kilku całkiem niewinnych młodych ludzi.

Opinie o ebooku Zakładnik - Przemysław Borkowski

Fragment ebooka Zakładnik - Przemysław Borkowski

Copyright © Przemysław Borkowski, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Hanna Trubicka

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: Ensuper/shutterstock, valleyboi63/shutterstock, Steve Collender/shutterstock, Ksenia Rogozina/shutterstock

Konwersja do publikacji elektronicznej: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-649-9

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

ROZDZIAŁ 1

Zygmunt Rozłucki, doktor psychologii, od czterech miesięcy ponownie pracujący w zawodzie, wpatrywał się z niechęcią w swojego pierwszego dziś pacjenta.

– Proszę powiedzieć, co się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania?

Pytanie otwarte. Tylko na tyle było go stać. Po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy to wszystko był naprawdę dobry pomysł. Półtoraroczna czarna dziura, w którą wpadł po samobójstwie siostry, zaczęła mu się jawić ostatnio w niepokojąco jasnych barwach. Przypomniał sobie swojego stałego towarzysza tamtych dni – duży kieliszek do koniaku napełniony do połowy dziesięcio- lub dwunastoletnią whisky single malt. Wyobraził sobie, że wychodzi bez słowa ze swojego gabinetu, jedzie metrem na Bielany, wchodzi do domu, myje zęby, otwiera szeroko okno, pozwalając, by ciepłe, czerwcowe powietrze owionęło jego twarz i patrząc na trzy sosny rosnące za oknem, wypija go jednym, długim łykiem. Potem siada w fotelu i czeka na uderzenie. Alkohol pojawia się jak fala, zalewa go gwałtownym przypływem od żołądka aż po czubek głowy, otula ciepłymi, bezpiecznymi, matczynymi wodami…

Cisza, która nagle nastała, uświadomiła mu, że musiało paść pytanie. Pytanie skierowane do niego.

– To bardzo ciekawa kwestia – powiedział, opierając brodę na koniuszkach złączonych palców. – Mógłby pan to rozwinąć?

Pacjent – trzydziestokilkuletni mężczyzna w garniturze, który przyszedł tu prosto po pracy w jednej z wielkich, finansowych korporacji – popatrzył na niego zdziwiony. Widocznie jednak ta odpowiedź była tylko trochę pozbawiona sensu, bo zaczął mówić dalej.

Wypalenie zawodowe. Na to, zdaje się, skarżył się ten młody jeszcze mężczyzna. Ciekawe, co by powiedział, gdyby usłyszał, że jego terapeuta cierpi na dokładnie to samo? I że nie jest to jedyne wypalenie, jakie mu doskwiera.

Rozłucki po raz kolejny spojrzał na koszulę mężczyzny. Była biała, sztywna, lśniąca wprost czystością. Ciekawe, że na nim każda koszula już po dwóch godzinach noszenia wyglądała jak wymięta szmata, a ten człowiek przyszedł tu po dziesięciu godzinach spędzonych w biurze i ciągle wyglądał, jakby przed chwilą wyjął ją z szafy. „Jak oni to robią?”, pomyślał. „Czy i z tego mają szkolenia? Jak chodzić, siedzieć, jeść, sikać i pisać na komputerze, żeby na założonej rano koszuli nie powstało aż do wieczora najmniejsze nawet zagniecenie?”

Sesja wlokła się niemiłosiernie. Wszystko to słyszał już dziesiątki razy. I to od dokładnie tak samo ubranych mężczyzn. Zmęczenie. Zniechęcenie. Brak motywacji do dalszej pracy. Spadek wyników. Nerwowość. Wyżywanie się na najbliższych. I jeszcze raz zmęczenie. „Jeśli cię to pocieszy, niepognieciony panie, odczuwam to samo”, pomyślał.

Cóż mógłby im wszystkim powiedzieć? Że powinni zmienić pracę. Z tym że nie wiadomo do końca, na jaką. Każda, najprzyjemniejsza nawet czynność, jeśli się ją wystarczająco często i pod przymusem powtarza – a na tym przecież polega praca – staje się prędzej czy później nieznośna. Pamiętał, jak rozmawiał kiedyś na kongresie w Wiedniu – w czasach, gdy jako młody doktorant, nadzieja Wydziału Psychologii, jeździł jeszcze na takie imprezy – z pewnym terapeutą z Francji. Opowiadał mu on, że zgłosił się do niego raz instruktor nurkowania. Mężczyzna ten wyjeżdżał co roku na kilka miesięcy na Martynikę, gdzie prowadził kursy dla bogatych turystów. Słońce, palmy, nurkowanie na rafie, wieczorem drinki w barze na plaży i wiele romansów – tak wyglądał jego typowy dzień w pracy. Mimo iż jego życie przypominało raj z folderów reklamowych, człowiek ten czuł przemożne zmęczenie i zniechęcenie. Już na miesiąc przed wyjazdem popadał w straszliwą depresję. Miewał myśli samobójcze. Diagnoza – wypalenie zawodowe.

– Czas minął – powiedział, starając się ze wszystkich sił, by w jego głosie nie było słychać ulgi. – Dokończymy tę rozmowę na naszym następnym spotkaniu.

Mężczyzna w niepogniecionej koszuli pożegnał się z nim miękkim uściskiem dłoni i wyszedł. Rozłucki został sam. Spojrzał na widoczny za oknem plac Konstytucji. Na budynku naprzeciwko jarzył się stary, siedemdziesięcioletni chyba neon reklamujący sklep sportowy mieszczący się poniżej. Kobieta w czerwonym trykocie podrzucała piłkę, która spadała następnie w dół po ścianie kamienicy. Dzień w dzień. Minuta po minucie. Od zmierzchu do świtu. Tak właśnie wygląda życie większości ludzi.

„Nie jestem dobrym psychoterapeutą”, pomyślał. „Nie jestem dobrym nikim. Niepotrzebnie zgodziłem się, by tu pracować. Tam, gdzie byłem, w wielkiej, czarnej, śmierdzącej dupie, było mi nawet dosyć dobrze”.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił jego szef i jedyny chyba przyjaciel. Człowiek, który postanowił podać mu rękę i zatrudnić go w swojej prywatnej poradni psychologicznej, gdy wszyscy inni już dawno spisali go na straty. Prawdopodobnie zresztą słusznie. Tego telefonu nie mógł nie odebrać, choć miał na to wielką ochotę.

– Witam pana profesora! – powiedział, siląc się na pogodny ton. – Co tam dobrego w świecie wielkich idei?

Ledwie poznał głos w słuchawce. Profesor Witold ­Konarzewski, jego dawny promotor, a obecnie przełożony, zbawca oraz coś w rodzaju zastępczego ojca, mówił, wydobywając z siebie słowa z wielkim trudem.

– Krztusiec – wyskrzeczał. – Choroba dzieci. W wieku siedemdziesięciu dwóch lat zapadłem na przypadłość przedszkolaków. Zaraziłem się od wnuka.

– Przykro mi.

– A mi nie. To nawet zabawne. Zapisałem się już na wizytę u pediatry.

To, co usłyszał, było prawdopodobnie śmiechem. A przynajmniej próbą jego wydobycia.

– Musisz mi pomóc – zaświszczał.

– Chodzi o któregoś z pana pacjentów? – Mimo dwudziestoletniej znajomości i niewątpliwej przyjaźni w dalszym ciągu nie potrafił się przemóc i mówić swojemu dawnemu promotorowi na „ty”.

– To akurat pestka. Chrzanić darmozjadów. ­Kazałem sekretarce już wszystkich odwołać. W grę wchodzi coś innego – Profesor spróbował dramatycznie zawiesić głos.

– Co?

– Sława, popularność oraz miłość kobiet – Śmiech, który teraz nastąpił, w zadziwiający sposób przypominał pianie koguta. – Krótko mówiąc, telewizja. Miałem być jutro w porannym programie. Jako ekspert od meandrów ludzkiej duszy. Musisz tam iść za mnie.

ROZDZIAŁ 2

Na to też niepotrzebnie się zgodził. Przekonały go nie tyle argumenty profesora, co trud, z jakim je z siebie wydobywał. Zgodził się, bo chciał mu już oszczędzić dalszego mówienia. Dobrze, powiedział, dobrze. Pójdę tam. Przypomnę się światu. Zainwestuję w swoją przyszłą pozycję. W dzisiejszych czasach nawet psychoterapeuta powinien być celebrytą. A przynajmniej pół- lub ćwierćcelebrytą.

Siedział więc teraz na krześle przypominającym fotel dentystyczny, z szyją okrytą białym prześcieradłem jak u fryzjera, i poddawał się pierwszemu w swoim życiu zabiegowi nakładania make-upu. Mężczyzna, który mu to czynił – sympatyczny, starszy i bardzo uprzejmy – potwierdzał swoim wyglądem i zachowaniem powszechną opinię, że w telewizji roi się od gejów. Kręciło go w nosie i miał straszną ochotę się podrapać, nie wiedział jednak, czy może, a nie chciał się narażać temu zniewieściałemu w ruchach i głosie dystyngowanemu panu, od którego biła jakaś dziwna charyzma.

Zamiast tego, by odwrócić trochę uwagę od tego upor­czywego świerzbienia, przyglądał się sobie w lustrze. Długie włosy i broda – pozostałość po półtorarocznej depresji – nadawały mu, musiał to przyznać, interesujący wygląd. Mimo czterdziestu z górą lat wyglądał dość młodo. Może poderwie tu jakąś trzeciorzędną gwiazdę? Taką, której chce się jeszcze przychodzić na poranny program do telewizji? Łypnie okiem, uśmiechnie się tajemniczo, rzuci jakiś mądro brzmiący psychologiczny banał i następny rok spędzą w łóżku, nie mogąc się opędzić od paparazzich. Kiedy ostatnio miał do czynienia z kobietą? A tak, przed tamtym wydarzeniem.

Szybko odegnał od siebie wspomnienia. Nie teraz. Teraz choć przez chwilę poczuje się jak ktoś, kim nie jest i nigdy nie będzie.

– Dzień dobry, panie Stasiu – usłyszał za sobą kobiecy głos. – Kończy pan? Bo ja bym chciała, jak zwykle, do pana.

– Już, już – odezwał się znad jego głowy zniewieściały mężczyzna. – Jeszcze tylko włoski zrobimy.

Właścicielka głosu przeszła przez pokój i usiadła na fotelu obok.

– To ja poczekam. Mam czas.

Rzucił krótkie spojrzenie na jej odbicie w lustrze. Szczupła, inteligentna twarz i długie, proste, kasztanowe włosy. „Ładna”, pomyślał. „Nawet bardzo”.

– Co też panią tym razem do nas sprowadza? – spytał pan Staś, muskając delikatnymi ruchami włosy swojej aktualnej ofiary.

– To, co zwykle – westchnęła. – Nakręciłam materiał na miarę afery Watergate. Puszczą go, a potem będziemy o nim rozmawiali.

– Coś ciekawego?

– Chyba pan żartuje. Najciekawsze w tej pracy jest jeżdżenie windą. Tam przynajmniej można spotkać czasami kogoś interesującego. Nie uwierzy pan, jaka bzdura. Pracownicy banków przebierają się za wielkie pluszaki, potem przytulają się do siebie, żeby naładować się pozytywną energią. Najnowsza moda prosto z Japonii. Co robić? Nie cierpię ostatnio na nadmiar zleceń od mojej redakcji.

– Czego to ludzie nie wymyślą… – Pan Staś pokręcił głową.

– A wszystko to pod opieką psychologów, którzy twierdzą, że pozwala to wzbudzić w sobie empatię i rozładować stres. Oraz oczywiście zintegrować zespół. Wyobraża pan sobie?

Rozłucki przełknął ślinę. Ponownie spojrzał na jej odbicie w lustrze. Dziewczyna mówiła z pasją, wydawała się dobrze wiedzieć, czego chce. „Konkretna babka”, pomyślał. Zawsze miał pociąg do takich kobiet.

Dziewczyna przechwyciła jego odbite w lustrze spojrzenie. Zmieszany uciekł wzrokiem na bok.

– Dzień dobry – powiedziała. I było to najwyraźniej do niego.

– Dzień dobry – odpowiedział, nie patrząc na nią.

– A pana co do nas sprowadza?

– Jestem jednym z gości.

– No tego się akurat domyśliłam. Na tym polega ten program. Przychodzą do niego różni goście. Interesuje mnie raczej, jakim konkretnie rodzajem gościa pan jest? Co pan robi na tyle interesującego, że dostąpił pan zaszczytu ­zaproszenia do telewizji na godzinę szóstą trzydzieści rano?

Spojrzał jeszcze raz na jej odbicie. Patrzyła na niego spokojnym, zaciekawionym wzrokiem. Nie było w tym spojrzeniu ironii czy chęci zaczepki. Po prostu chciała wiedzieć. Co by też mógł jej powiedzieć na tyle ciekawego, by wzbudzić jej zainteresowanie?

– Jestem psychologiem – powiedział. Tylko tyle wymyślił.

Pan Stasiu nad jego głową zaśmiał się dyskretnie. Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Pan też każe swoim pacjentom przebierać się za pluszaki i przytulać? – spytała.

– Nie, jeszcze mi się to nie zdarzyło – odpowiedział spokojnie. – Ale potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której bym to zalecił.

– Tak? – W jej głosie zabrzmiało powątpiewanie. – Na przykład jaką?

– Niektórzy ludzie są tak najeżeni emocjonalnie, tak kolczaści wobec świata i swoich bliskich, że taki rodzaj kostiumu mógłby im pomóc nauczyć się być bardziej miękkimi. Tego typu symboliczne działania przynoszą czasem nadspodziewanie dobry efekt. To trochę jak rytuał szamański. A rytuały szamańskie bywają dość ­skuteczne.

– Czyli wygłupiłam się, nazywając to bzdurą?

– Nie. Każda, najbardziej nawet sensowna metoda może zostać użyta w bezsensowny sposób. To, co pani opisała, wygląda mi rzeczywiście na kompletną bzdurę.

– Karolina. – Zobaczył w lustrze wyciągnięta w swoją stronę dłoń.

– Zygmunt. – Odwrócił się do niej i uścisnął jej rękę. Ich spojrzenia po raz pierwszy naprawdę się spotkały.

– Czyli nie wszyscy psycholodzy to zadufani kretyni? – spytała żartobliwie.

– Nie – odpowiedział. – Choć nie wykluczam, że takich jest zdecydowana większość. Z kolei nie wszystkie paniusie z telewizji to zakochane w sobie idiotki?

– Nie – zaśmiała się. – Choć nie wykluczam, że takich jest zdecydowana większość.

ROZDZIAŁ 3

Minęła siódma i rozpoczęły się poranne wiadomości. ­Rozłucki, z twarzą upudrowaną i sztywną od podkładu, siedział na kanapie w czymś w rodzaju poczekalni, w której goście oczekiwali na swoją kolej wejścia na wizję. Zaproponowano mu kawę, na co on skinieniem głowy się zgodził. Bał się, że gdy otworzy usta, popęka mu podkład i pojawią się na nim rysy niczym na dnie wyschniętego jeziora. Wiedział, że to nieprawda, wszyscy ci wymalowani ludzie, których widział na podglądzie ze studia, mówili przecież, i to dużo, ale póki co wolał nie ryzykować. Czuł się dziwnie, nienaturalnie. Wszystko go uwierało. Bielizna, o której istnieniu zazwyczaj nie pamiętał, nagle zaczęła obcierać go, wpijać się w ciało i drażnić.

Po niewielkim pomieszczeniu biegała w tę i z powrotem mała, chuda inspicjentka. Włosy mocno spięte w kok, wąskie okulary i zero makijażu. Kabłąk mikrofonu sięgający zza jej ucha w kierunku ust nadawał jej lekko militarny wygląd. Gdyby dać jej jeszcze chorągiewki, mogłaby dyrygować startami samolotów na lotniskowcu.

Nagle zatrzymała się przed nim i powiedziała:

– Jeszcze pięć minut. Wchodzi pan po tym materiale.

Poczuł suchość w ustach. A więc to jednak nastąpi. Po co w ogóle zgodził się tu przychodzić? Nie dość, że musiał wstać o piątej rano, to jeszcze za chwilę zrobi z siebie ­idiotę na oczach milionów jedzących śniadanie telewidzów.

Karolina, idąc w kierunku studia, uśmiechnęła się do niego. Spróbował odwzajemnić ten uśmiech. Z marnym skutkiem. A więc to po tym materiale wchodzi na wizję. Powiódł za nią tęsknym spojrzeniem. Figurę też miała niczego sobie. Kiedy wyjdzie z tej multimedialnej katowni, a ona wciąż tu będzie, zaprosi ją na kawę. Albo nie, kawę przecież wszyscy już tu pili. Zaprosi ją na ­cokolwiek.

Na ekranie podglądu pojawili się przebrani za wielkie pluszaki ludzie. Głos lektora informował o nowej meto­dzie wykorzystywanej w czasie szkoleń pracowników. Twarz Karoliny w zbliżeniu, po chwili inna twarz wystająca z głowy wielkiego zająca. „Ciekawe, jak musiała się czuć, przeprowadzając wywiad z czymś takim?”, pomyślał. Sześć lat podstawówki, trzy lata gimnazjum, trzy lata liceum i cztery lata studiów – wszystko po to, żeby udawać zainteresowanie tym, co ma do powiedzenia pluszowy zając.

Materiał skończył się i ponownie na ekranie pojawiło się studio. Karolina siedziała na jednym końcu wielkiej, jasnej, półkolistej kanapy naprzeciwko dwójki prezenterów prowadzących program. Za chwilę również on tam usiądzie. Czy będzie w stanie wydusić z siebie choćby słowo? Chwileczkę… O czym w zasadzie miała być jego rozmowa? Za nic nie mógł sobie tego przypomnieć.

– Zaraz pan wchodzi – usłyszał nad sobą głos inspicjentki. – Po tym będzie prognoza pogody, a potem pan. Podejdźmy już bliżej.

Wstał i ruszył za kobietą. Potknął się o pęk kabli biegnących w poprzek korytarza. Inspicjentka odwróciła się do niego i wymownie położyła palec na ustach. „A więc wchodzę w strefę śmierci”, pomyślał. Od tej pory wszystko, co powie, zostanie zarejestrowane i puszczone w eter. Dobrze, że nie miał już znajomych, przed którymi musiałby się potem tłumaczyć.

Stanęli za jedną z kamer. Jakiś człowiek w bojówkach i z włosami spiętymi w kucyk jeszcze raz sprawdził, czy mały mikrofon przyczepiony do klapy marynarki Rozłuckiego jest na swoim miejscu. Kanapa, na której siedzieli Karolina i prowadzący, oświetlona była jasnym, silnym światłem, a tu, gdzie stali oni, panował niemalże półmrok. Rozejrzał się po studiu. Z lewej strony kącik kuchenny. Tam zaproszeni kucharze oraz niektórzy celebryci pokazywali zaspanym gospodyniom domowym, jak przygotować potrawy, które ich mężowie natychmiast wyrzuciliby do kosza. Z prawej stolik zasłany dzisiejszymi wydaniami gazet, czekający na poranny przegląd prasy. Tuż za nim jakiś mężczyzna z pistoletem w wyciągniętej ręce idący szybkim krokiem w kierunku kanapy.

Zaraz. Chwileczkę. Jego mózg dopiero po chwili zrozumiał konsekwencje tego, co zobaczyły oczy. Mężczyzna z pistoletem był już przy kanapie. Krzyczał coś ochrypłym włosem, ponieważ jednak był jedyną osobą bez mikrofonu w klapie, nie było słychać co. Twarze prowadzących wyrażały bezbrzeżne zdumienie. Karolina podniosła się lekko, jakby zamierzała wstać, lecz wtedy lufa pistoletu zwróciła się w jej stronę, a głos mężczyzny stał się wyższy. Napastnik uniósł pistolet w górę i strzelił dwa razy. Twarz dziennikarki prowadzącej program zrobiła się blada jak ściana, jej partner osunął się w dół na siedzeniu kanapy, jakby zamierzał zemdleć. Dźwiękowiec stojący obok kamery zerwał słuchawki i chwycił się za uszy. Wszędzie spadały kawałki szkła z roztrzaskanego kulą reflektora, lśniąc w jaskrawym świetle.

Ludzie będący w studio patrzyli się na to jak zahipnotyzowani. Nikt się nie ruszył, ani nie wydał nawet dźwięku. Huk wystrzałów wydawał się ciągle jeszcze odbijać od wysokich, czarnych ścian hali nagraniowej. Dopiero po chwili, gdy mężczyzna z pistoletem odwrócił się do nich i skierował lufę w kierunku najbliższej kamery, rozległ się pierwszy krzyk. Jak na komendę wszyscy rzucili się do ucieczki. Inspicjentka krzyczała coś, przyciskając z całej siły kabłąk mikrofonu do ust. Kamera, za którą stał Rozłucki, zachwiała się i przewróciła pociągnięta przez zaplątanego w kable operatora.

– Schodzimy z anteny! Schodzimy z anteny! – wrzeszczała inspicjentka, próbując dostać się do wyjścia. Ktoś chwycił Rozłuckiego za ramię i pociągnął za sobą. Wyrwał mu się i ruszył w przeciwną stronę z niejasnym pragnieniem niesienia pomocy tej pięknej, dopiero co poznanej dziewczynie, która siedziała teraz śmiertelnie wystraszona na środku wielkiego i pustego już studia. Wtedy zobaczył wycelowaną w siebie lufę pistoletu. Mężczyzna, który go trzymał, wyglądał na przerażonego. Dobrze wiedział, że nie należy człowieka w takim stanie stawiać przed zbyt trudnymi wyborami. I że w sytuacji silnego stresu można nawet nie zauważyć momentu, w którym palec trochę zbyt silnie naciśnie na spust. Uniósł ręce dłońmi w kierunku mężczyzny i wycofał się powoli. Zanim zniknął za zamykanymi już pośpiesznie dźwiękoszczelnymi drzwiami, spojrzał jeszcze raz na dziewczynę. Ona też na niego patrzyła. „Nie zostawiaj mnie”, mówiło to spojrzenie. „Nie zostawiaj mnie tutaj”.

ROZDZIAŁ 4

Po wielkim, przeszklonym holu, w którym zmieściłby się pewnie nieduży kościół, biegali w tę i z powrotem ludzie w mundurach i bez. Na zewnątrz, za obrotowymi drzwiami, na podjeździe wyłożonym granitową kostką stało z pół tuzina radiowozów z włączonymi, kręcącymi się na dachach kogutami. Na dziesięciu ekranach wiszących półkolem na ścianach holu pokazywano na okrągło to samo – mężczyznę w szarej marynarce i dżinsach idącego z pistoletem przez telewizyjne studio. Twarze prezenterów różnych stacji komentujących to nagranie wyrażały to samo – zawodowy smutek i profesjonalną powagę, które tym razem wydawały się być jednak odrobinę bardziej szczere niż zazwyczaj.

Patrzył na to wszystko, siedząc przy stoliku w przylegającej do holu restauracji, gdzie policjanci zgromadzili wszystkich tych, którym udało się uciec ze studia. Ile osób nie zdołało, nie było jeszcze do końca wiadomo. Oprócz dwójki prowadzących i Karoliny, nie udało się doliczyć co najmniej dwóch osób.

„Pięciu zakładników. To jeszcze nie tak źle”, usłyszał rozmowę przy sąsiednim stoliku. „Ciekawe, czy jeśli zginą, prezydent ogłosi żałobę narodową?”

Faktycznie ciekawe. Nawet bardzo. Przypomniał sobie twarz Karoliny. A w zasadzie nie mógł jej sobie przypomnieć. Pamiętał tylko, że była ładna. Czy tak ją właśnie zapamięta? Jako ładną dziewczynę bez twarzy? Której nie zdążył zaprosić na kawę, bo zginęła?

– Jest pan podobno psychologiem? – Człowiek, który przed nim stał, i bez munduru wyglądał na policjanta.

– Podobno – odpowiedział. – Ale czasami sam nie jestem tego pewien.

– Komisarz Abramowski – przedstawił się mężczyzna, ignorując jego hamletyzujące wyznanie. – Bóg dał mi szansę na awans, przydzielając mnie do tej sprawy – powiedział w sposób, który jednoznacznie sugerował, że myśli wprost przeciwnie. – Niestety ten kretyn, nasz negocjator, postanowił wszystko spartolić i jadąc tu, władował się pod tramwaj. Teraz wiozą go właśnie do szpitala, gdzie mam nadzieję stanie się kolejną ofiarą błędów lekarskich. Nasz drugi negocjator jest akurat na urlopie i może tu być najwcześniej za trzy godziny. Nie mamy tyle czasu. Musi nam pan pomóc.

– Jak? – zdziwił się Rozłucki.

– Porozmawia pan z tym świrem na górze. Przekona go pan, żeby grzecznie odłożył broń i wyszedł z rączkami uniesionymi do góry. Albo żeby oszczędził podatnikom kosztów procesu i sam palnął sobie w łeb.

– Nigdy nie prowadziłem negocjacji – zaprotestował Rozłucki. – Nie znam się na tym. Potrzebna jest znajomość specjalnych technik, są na to odpowiednie szkolenia… Wasi negocjatorzy uczyli się tego zapewne wiele lat.

– Psycholog to psycholog – odparł komisarz. – Jeden pies. Idzie pan za mną.

Kurtka komisarza pachniała skórą i adrenaliną. Miał ją dokładnie przed swoim nosem, gdy wjeżdżali ruchomymi schodami na górę. Komisarz – solidny, szpakowaty mężczyzna koło pięćdziesiątki, z ciężką, grubą twarzą – ­wyglądał, jakby przez cały czas miał ochotę komuś przyłożyć. Zapewne nawet w domu nie schodził mu z twarzy ten grymas, będący mieszaniną pogardy i irytacji. Jego syn, jeśli takowego miał, pewnie nie miał z nim lekko.

– Jakieś zmiany? – rzucił do młodego mężczyzny w bluzie z kapturem, który podszedł do nich, gdy znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie jeszcze niedawno Rozłucki czekał na swoje pięć minut sławy.

– Mamy czwartego zakładnika. To podobno jakiś pracownik telewizji. Miał pecha, nie zdążył uciec jak inni. Siedzą teraz we czworo na kanapie. Nasz pojeb trzyma ich wszystkich na muszce.

– A ten piąty, którego się nie mogli doliczyć?

– Nic. Pewnie schował się gdzieś w ciemnym kącie i czeka. Bardzo rozsądnie. Miejmy nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy nic głupiego.

– Jakieś możliwości zdjęcia delikwenta? – komisarz zwrócił się do drugiego z mężczyzn, ogolonego na łyso i ubranego w czarny mundur z wieloma kieszeniami.

– Niewielkie. Piętro wyżej jest reżyserka z dobrym widokiem na studio. Niestety oddziela ją od niego gruba, dźwiękoszczelna szyba. Strzał przez taką szybę to zawsze ryzyko. Grube szkło zakrzywia światło. To, w co celuje snajper, nie pokrywa się z faktyczną linią strzału. Można próbować to jakoś korygować, ale i tak strzela się na wyczucie.

– Szturm?

– Możliwy tędy. – Antyterrorysta pokazał coś na planie studia wyrysowanym na postawianej pod ścianą białej tablicy. – Tu jest drugie wejście niewidoczne z miejsca, gdzie siedzi cel. Niestety potem, o tu – wskazał znowu coś na mapie – otwiera się bardzo duża, pusta przestrzeń, jakieś kilkadziesiąt metrów. Nasz cel będzie miał sporo czasu, żeby zareagować, zanim moi chłopcy go dopadną. A wtedy jeden czy dwóch zakładników może już witać się z Panem Bogiem.

– A nie mógłby któryś z tych twoich asów wychylić się zza winkla, o tu, i go odstrzelić?

– Niestety tu jest ta jebana kuchnia. Prawie dokładnie na linii strzału. Snajper musiałby wyjść aż do tego miejsca. A wtedy będzie już doskonale widoczny. I bach, bach! Zakładnicy nie żyją.

Komisarz pokiwał głową.

– Aha – powiedział. – No to już przynajmniej wiemy, w jakim szambie stoimy.

– No i jeszcze jedno – odezwał się chłopak w bluzie. – Przybiegł tu przed chwilą sam pan prezes. Ten gość na kanapie, prowadzący, to cholerna gwiazda. Koń pociągowy stacji. Jego programy przyciągają reklamodawców jak psia kupa muchy. Pan prezes niedwuznacznie zasugerował, że jakiekolwiek działania narażające jego życie są absolutnie niedopuszczalne. Jak również absolutnie niedopuszczalne są jakiekolwiek działania narażające życie pozostałych osób obecnych w studio. Gdyby któraś z nich zginęła, byłaby to dla stacji katastrofa wizerunkowa. I jeśli coś takiego się stanie, rozjedzie nas medialnie. Będziemy mieć gorszy PR niż w stanie wojennym.

– A wiadomo już, czego ten świr chce?

– Póki co się nie odezwał. Zresztą nie ma za bardzo jak. Nie ma mikrofonu.

– Prezenterzy mają przypięte mikrofony do ubrań. Mógłby powiedzieć coś do jednego z nich.

– Może nie wie, że tak można. A może czeka na nasz ruch.

– Mamy jakiś kontakt z zakładnikami?

– Prezenterzy mają tak zwane „ucho”, mały mikrofon włożony do małżowiny, przez który mówi do nich reżyser. Możemy to wykorzystać.

– Radziłbym póki co tego nie ruszać – odezwał się antyterrorysta. – Najprawdopodobniej nasz pojeb o tym nie wie. Jeśli teraz tego użyjemy, może coś usłyszeć, a wtedy nie wiadomo, jak zareaguje. Może się wkurzyć, że robimy coś za jego plecami. W najlepszym razie każe im wyjąć mikrofon i wyrzucić. Lepiej trzymać sprawę w tajemnicy i wykorzystać w czasie ewentualnego szturmu.

– Czyli co? Negocjujemy. – Komisarz spojrzał krytycznie na Rozłuckiego. – Wchodzisz.

ROZDZIAŁ 5

Podwójne, dźwiękoszczelne drzwi prowadzące do studia uchyliły się. Rozłucki, zgodnie z poleceniem komisarza, wysunął przez nie najpierw uniesioną prawą rękę z otwartą dłonią. Później, po dłuższej chwili, wystawił głowę. Zamachowiec został wcześniej poinformowany o nadejściu negocjatora za pomocą interkomu i skinieniem głowy wyraził na to zgodę. Mimo to Rozłuckiemu zrobiło się słabo, gdy tylko jego twarz minęła krawędź drzwi. Komisarz Abramowski stał tuż za nim, gotowy w razie jakichś kłopotów natychmiast wciągnąć go z powrotem. Całe szczęście nie okazało się to konieczne. Przez długie, cholernie długie dwie sekundy on i zamachowiec patrzyli sobie w oczy, potem, zgodnie z instrukcją komisarza, Rozłucki spuścił wzrok i wszedł dalej.

– Mogę? – spytał głośno, lecz studio było na tyle duże, że nie był pewien, czy tamten to w ogóle usłyszał.

– Proszę.

Głos mężczyzny był spokojny i zaskakująco, biorąc pod uwagę okoliczności, uprzejmy.

Rozłucki spojrzał ponownie na mężczyznę. „Musisz nawiązać z nim kontakt wzrokowy, ale nie możesz zrobić tego za wcześnie. – Przypomniał sobie instrukcje komisarza. – Zrób to dopiero wtedy, gdy uznasz, że możesz. Jeśli się pospieszysz, może to odebrać jako wyzwanie i poczuć się zagrożony”. Ton głosu mężczyzny przekonał go jednak, że ten czas nadejdzie już niedługo.

Mężczyzna siedział z lewej strony długiej, półkolistej kanapy, trzymając oparty na kolanie pistolet z lufą wycelowaną w czwórkę zakładników ściśniętych na jej drugim końcu. Wyglądał nad wyraz zwyczajnie. Ubrany był w czarne, skórzane pantofle, ciemne dżinsy, niebieską koszulę i tweedową marynarkę. Nalana twarz i rozpychający guziki koszuli brzuch zdradzały typową dla mężczyzn w wieku czterdziestu kilku lat nadwagę. Brązowe włosy były gęste i mocne. Przycięte krótko, lecz nie za krótko. Gdyby zrobić mu portret pamięciowy, pasowałby on do połowy czterdziestolatków w Polsce.

Rozłucki powoli podszedł bliżej. Mężczyzna patrzył na niego, lecz nie reagował. Zakładnicy również wbijali w niego swoje spojrzenia. Karolina wydawała się dość spokojna, choć niewątpliwie była przerażona. Prezenter wyglądał, jakby miał się za chwilę rozsypać. Dłonie mu drżały, krew całkiem odpłynęła z twarzy. Jego partnerka trzymała się lepiej, choć ona również była bardzo blada. Oczy miała wilgotne, jakby była na granicy płaczu. Tylko ostatni zakładnik – łysiejący mężczyzna z wydatnym brzuszkiem, ubrany w kraciastą koszulę i kamizelkę z wieloma kieszeniami – nie patrzył na Rozłuckiego. Siedział na brzegu kanapy, jakby nawet w tej sytuacji odczuwając skrępowanie zajmowaniem nieprzynależnego mu miejsca. Jego ­nieruchomy wzrok spoczywał gdzieś na odległym krańcu hali.

– Mogę tu stanąć? – spytał Rozłucki. Mężczyzna z pistoletem skinął głową. – A usiąść? – Rozłucki wskazał głową dużą, jasną pufę w tym samym kolorze co stojąca parę metrów od niej kanapa.

Zamachowiec skinął ponownie. Rozłucki podszedł do pufy i powoli na niej usiadł. Była dość miękka i niska, tak że zapadł się w nią głęboko. Siedział teraz w niezbyt wygodnej pozycji z kolanami sięgającymi prawie brody. Gdyby musiał stąd nagle uciekać, przyszło mu do głowy, nie byłoby mu łatwo szybko się zerwać.

Opuścił ręce, które do tej pory ciągle trzymał w górze, i oparł je wyprostowane o kolana. Zaryzykował i spojrzał mężczyźnie w oczy.

– Pierwszy raz w telewizji? – spytał.

W jego oczach dostrzegł zaskoczenie. Nie takiego pytania się spodziewał. O to właśnie chodziło Rozłuckiemu. O wybicie z roli, zmianę kontekstu. Był to stary trik znany wszystkim psychoterapeutom. Przynajmniej na coś jego głupia praktyka się przydała.

– Tak, pierwszy – odparł ostrożnie mężczyzna.

– Ja też – stwierdził z uśmiechem Rozłucki. Pierwsza zasada prowadzenia negocjacji, jak wyłożył mu przed wejściem komisarz Abramowski, to zbudowanie poczucia wspólnoty między negocjatorem a zamachowcem, utworzenie między nimi jakiegoś rodzaju emocjonalnej więzi. Wmówienie mu, że tak naprawdę jadą na tym samym wózku. – Imponujące, co? – kontynuował zachęcony początkowym ­sukcesem. – Nie wiedziałem, że te studia są takie wielkie.

Mężczyzna odruchowo powiódł spojrzeniem ­dookoła. Wyglądał, jakby dopiero teraz przyjrzał się dokładniej miejscu, w którym się znajduje.

– Ciekawie jest zobaczyć, jak to wszystko wygląda od kuchni – ciągnął dalej Rozłucki. – Do tej pory patrzyłem na to przez ekran telewizora, a teraz proszę, jestem tu, w środku. Niezłe uczucie, nie?

Mężczyzna powoli kiwnął głową. Rozłucki ze wszystkich sił starał się nie patrzeć na Karolinę. Ta więź emocjonalna z kolei tylko by mu przeszkadzała.

– Wie pan, że dziś po raz pierwszy w życiu zrobili mi make-up? Umalowali mnie, jakbym był kobietą.

Mężczyzna spojrzał na niego uważnie, jakby próbował dopatrzeć się śladów makijażu na jego twarzy.

– Nazywam się Dariusz Jakubiec – powiedział. – ­Zgadzam się, by w mediach podawano moje pełne nazwisko.

ROZDZIAŁ 6

– Chce odczytać swoje oświadczenie na wizji – powiedział, gdy już znalazł się z powrotem za podwójnymi drzwiami. – Ma być nadane na żywo na wszystkich kanałach należących do stacji. Nawet na sportowym i kulinarnym. Inaczej zacznie zabijać zakładników.

– No to żeś pan wynegocjował! – Komisarz Abramowski opadł ciężko na fotel.

– Uprzedzałem, że nie mam do tego odpowiednich kwalifikacji.

– Ja też nie mam odpowiednich kwalifikacji do użerania się z kretynami, a jednak to robię.

„Najciężej masz chyba z samym sobą”, pomyślał Rozłucki, lecz nie powiedział tego głośno.

– Najciężej ma pan komisarz z samym sobą – rzucił za niego młody chłopak w bluzie. Komisarz, o dziwo, uśmiechnął się pod nosem.

– Dobra, do roboty – powiedział z nagłym ożywieniem. – Leć do tego prezesika – zwrócił się do chłopaka – i sprowadź go tutaj. Niech podeślą tu też kogoś, kto zna się na całym tym sprzęcie w studio. Pan zostaje. – Spojrzał na Rozłuckiego. – Póki co należy pan do ekipy.

Rozłucki usiadł na wąskiej, białej kanapie pod ścianą. Tej samej, na której siedział, gdy Karolina wchodziła do studia. Przypomniał sobie jej twarz, gdy przez chwilę ich spojrzenia spotkały się tam, w środku. Twarz poważną, ściągniętą przerażeniem, ale też pełną nadziei, że oto on przyszedł tu, aby ją z tego wyciągnąć. „Nie ma co ukrywać”, pomyślał, „więź emocjonalna została zawiązana”. W podobnych sytuacjach, pełnych silnych, ekstremalnych doznań, takie rzeczy dzieją się szybciej.

– Jak pan myśli, zrobi to? – Pytanie komisarza wyrwało go z zamyślenia.

– Słucham?

– Myśli pan o czymś innym? To, co się tu dzieje, nie jest dla pana wystarczająco pasjonujące? – W głosie komisarza zabrzmiała irytacja. – Pytam się, czy ten świr to zrobi? Jest w stanie kogoś zastrzelić?

– Nie wiem.

– A kto ma niby wiedzieć? Jest pan psychologiem, tak czy nie? Powtórzę jeszcze raz, gdyby miał pan znowu problemy z koncentracją: czy nasz kolega z pistoletem potrafiłby kogoś zabić? To znaczy nie, źle postawiłem pytanie, każdy jest w stanie zabić, może mi pan wierzyć. Matka Teresa, gdyby ją postawić w odpowiedniej sytuacji, też pociągnęłaby za spust. Chodzi raczej o to, czy potrafi zastrzelić z zimną krwią niewinnego człowieka, który niczego złego mu nigdy nie zrobił? Czy też porwał się na coś, co go przerasta, i w ostatniej chwili zadrży mu ręka? A może blefuje, bo nigdy nie miał zamiaru nikogo zabijać, ma po prostu nadzieję, że się ugniemy, a kiedy nie spełnimy jego żądań, grzecznie odłoży broń i powie: „W porządku, nie było sprawy”?

Rozłucki zamyślił się.

– Żeby odpowiedzieć panu na to pytanie, musiałbym spotkać się z nim parę razy i zadać mu kilka dobrze ukierunkowanych pytań, być może nawet zrobić jakieś testy, ale nawet wtedy nie byłbym w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Mógłbym co najwyżej na tej podstawie wyrobić sobie opinię, jak funkcjonuje i jaką ma osobowość, i czy ma predyspozycje do tego typu zachowań, ale rozumiem, że nie o taką odpowiedź panu chodzi.

– Precyzyjnie rzecz ujmując, mam taką odpowiedź w dupie.

– Właśnie. Rozumiem, że wobec tego chodzi panu o odpowiedź, za którą nie jestem w stanie wziąć odpowiedzialności, bo nie mam wystarczających danych, by jej udzielić?

– Tak. Właśnie taką.

– Sądzę, że nie.

– Co, nie?

– Nie potrafiłby zrobić czegoś takiego. To nie jest typ mordercy, choć za takie zdanie wyrzucono by mnie z pierwszego roku psychologii. Nie widać w jego zachowaniu żadnych objawów charakterystycznych dla człowieka zaburzonego w jakikolwiek sposób. Powiem panu więcej: gdy tam byłem i rozmawiałem z nim, bałem się go tylko na początku. Potem zaczęło mi być go żal. Nie umiem powiedzieć dlaczego, ale bije od niego jakiś smutek.

– Czyli co? Nie mamy się czego obawiać? Możemy tam wejść i powiedzieć: „Hej, kolego, koniec zabawy, opuść lufę i chodź z nami”?

– Tego bym nie ryzykował. Pan zapewne też nie, sądząc po sarkazmie, z jakim wypowiedział pan ostatnie zdanie. Sam pan powiedział, że każdy jest w stanie zabić, wystarczy postawić go w odpowiedniej sytuacji. Nie wiemy tak naprawdę, w jakiej on jest sytuacji. Po coś tu przyszedł, coś chce tym osiągnąć. Nie wiemy, jaka jest jego motywacja i jak jest silna. Nie wiemy też, jak zachowa się, gdy przyprzemy go do muru. Sam pan wie, że przy silnym stresie traci się zdolność w pełni racjonalnej oceny rzeczywistości. Nie panuje się też wystarczająco nad własnymi odruchami. Gdy trzyma się palec na spuście, może to być bardzo niebezpieczne. Strzał może wtedy paść w zasadzie przypadkiem. Kilku policjantów zastrzeliło przez to kilku niewinnych ludzi.

Komisarz pokiwał głową.

– Czyli co pan radzi?

– Czekać i obserwować. I w żadnym razie nie podejmować żadnych gwałtownych działań.

– Jasne. I za takie opinie panu płacą?

– Nie. Płacą mi za wysłuchiwanie znudzonych bufonów w garniturach. Widzi pan tu kogoś takiego?

Komisarz sapnął i pokręcił głową. W tym momencie drzwi na korytarz otworzyły się i wszedł przez nie chłopak w bluzie. Szedł za nim niski, siwy mężczyzna w brązowej, sztruksowej marynarce.

– Pan Matecki – przedstawił go chłopak. – Zna się na tym. – Zrobił szeroki gest ręką ogarniający wszystko dookoła.

– Kim pan jest? – Komisarz Abramowski najwyraźniej nie miał zamiaru odwzajemniać się podaniem swojego nazwiska.

– Mówiąc zrozumiale, jestem szefem telewizyjnych techników.

– Co jesteśmy w stanie zrobić z tym sprzętem, który pan tam ma? – Komisarz wskazał ręką na studio. – Podobno prowadzący mają przypięte do ubrań mikrofony. Możemy wykorzystać je jako rodzaj podsłuchu?

– Nie.

– Nie?

– Niestety wszystkie linie są głuche. Już to sprawdzaliśmy.

– Dlaczego?

– Nie wiem – Niski mężczyzna wzruszył ramionami.

– Nie wiem! A może mi pan to, kurwa, jakoś dokładniej wytłumaczyć?

– Mówiąc zrozumiale, te mikrofony podpięte są kabelkiem do małych przekaźników przyczepionych ­zazwyczaj do paska od spodni. Ten przekaźnik ma formę takiej plastikowej kostki z wyświetlaczem. Kostka drogą radiową przesyła sygnał dalej, do odbiornika stojącego w ­studio. I dopiero z tego odbiornika kablami przesyłane jest to do reżyserki. Żaden sygnał stamtąd do nas nie dochodzi.

– Powtórzę jeszcze raz: dlaczego?

– Powtórzę jeszcze raz: nie wiem. Podczas ewakuacji studia było spore zamieszanie. Może ktoś niechcący wypiął jakiś kabel? Potknął się, wpadł na mikser, nacisnął łokciem jakiś guzik? Nie mam pojęcia.

– Można to jakoś naprawić?

– Trzeba by wejść do studia i sprawdzić, co jest nie tak.

– Czyli nie można.

– Czy to samo dotyczy tych mikrofonów wsadzonych do ucha? – spytał antyterrorysta.

– Tak. Zasada ich działania jest taka sama.

Antyterrorysta pokiwał głową.

– Czyli nie mamy żadnego podsłuchu na to, co się dzieje w studio?

– Żadnego. Gdyby to był program z publicznością, byłyby zainstalowane mikrofony pojemnościowe zbierające dźwięki oklasków. Takie mikrofony podłączone są zwykłymi kablami. Niestety w programach porannych publiczności nie ma.

– Kamery? Co z nimi? – spytał komisarz.

– Wszystkie działają. Niestety część z nich skierowana jest teraz w sufit, albo na ścianę, bo operatorzy, uciekając, poruszyli nimi i zmienili ich nakierowanie.

– Sam widziałem, jak jeden o mało nie przewrócił swojej – wtrącił Rozłucki.

– Właśnie. Ale z innych obraz jest całkiem niezły.

– Mógłby pan dać nam taki podgląd na ten ekran? – ­Komisarz wskazał telewizor zawieszony na ścianie.

– Jasne. Ale z reżyserki piętro wyżej widać wszystko jeszcze lepiej. Nie woleliby panowie przenieść się tam?

– Wykluczone – odparł antyterrorysta. – Jak gość zobaczy, że tam stoimy i go obserwujemy, może zrobić się nerwowy.

– A co z panem prezesem? – komisarz zwrócił się do chłopaka w bluzie. – Nie pofatyguje się do nas?

– Na razie nie – odparł chłopak. – Szkoda, że nie widziałeś, co się tam u nich dzieje. Wygląda to tak, jakby to tam wpadł zamachowiec, a nie tutaj. W każdym razie pan prezes kategorycznie wykluczył możliwość wygłoszenia ­jakiegokolwiek oświadczenia na wizji.

– No to już wiemy, w jakim szambie stoimy – powtórzył już po raz drugi komisarz.

ROZDZIAŁ 7

Ekran nagle rozświetlił się i pojawiło się na nim wnętrze studia. Kamera, z której płynął obraz, nastawiona była na szeroki plan, więc postaci siedzące na kanapie były małe i wydawały się znajdować w znacznej odległości od ­patrzących.

– To ujęcie jest najlepsze – powiedział Matecki. – ­Kamera łapie wszystko, choć zamachowiec i zakładnicy nie są dokładnie w centrum obrazu. Inne kamery nastawione były na zbliżenia, ponieważ jednak filmowane przez nie osoby nie siedzą dokładnie na tych samych miejscach, co w momencie wtargnięcia zamachowca, pokazują teraz ramiona albo na przykład kawałek kanapy.

Przez chwilę wszyscy z napięciem wpatrywali się w ekran. Zamachowiec siedział nieruchomo, w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, w jakiej zapamiętał go Rozłucki. Oparty o kolano pistolet wciąż wycelowany był w zakładników.

– Czy on śpi? – spytał komisarz. – Wygląda, jakby spał.

– Ostatnie wydarzenia musiały go bardzo wyczerpać emo­cjonalnie – wyjaśnił Rozłucki. – Nie jest łatwo wpaść gdzieś z bronią i grozić wszystkim śmiercią. Prawdopodobnie zastygł w czymś w rodzaju trybu stand-by. Wystarczy najmniejszy impuls, by się z powrotem włączył.

– Skurwysyn – powiedział chłopak w bluzie.

– Niewątpliwie – zgodził się komisarz.

– Czy on wie, że teraz na niego patrzymy? – spytał antyterrorysta.

Rozłucki popatrzył na niego jak na idiotę, pytanie jednak, jak się okazało, nie było aż tak bardzo pozbawione sensu, bo Matecki odpowiedział:

– Na kamerze, z której obraz jest aktualnie transmitowany, zapala się czerwone światełko, żeby prowadzący wiedzieli, w którą stronę mówić. Teraz oczywiście niczego nie transmitujemy, ale mechanizm w dalszym ciągu działa. Nie jesteśmy w stanie w tym momencie tego wyłączyć. Jeśli o tym wie, wie również, że go obserwujemy.

– Wydaje mi się, że wie – powiedział powoli komisarz.

Mężczyzna z pistoletem odwrócił głowę i spojrzał prosto w obiektyw. Widać to było wyraźnie pomimo sporej odległości. Potem wstał, chwycił jednego z zakładników i ruszył z nim w stronę kamery. Gdy byli już dostatecznie blisko, tak że widać było wyraźnie rysy ich twarzy, wypchnął zakładnika przed siebie, a sam stanął za nim. Łysiejący mężczyzna w kraciastej koszuli, biedak, który nie zdążył uciec ze studia, tak jak jego pozostali koledzy, trząsł się jak osika. Kiedy lufa dotknęła jego potylicy, zacisnął powieki i zaczął szlochać. Słyszeli niemal ten płacz, wdzierał im on się do mózgów, mimo iż monitor, w który wbijali spojrzenia, nie wydawał z siebie żadnego dźwięku z wyjątkiem jednostajnego elektrycznego szumu. W tej chwili cali byli wzrokiem, zatopieni bez pamięci w tym okrutnym reality show, transmitowanym specjalnie dla nich ekskluzywnym pokazie ludzkiego strachu i cierpienia. I kiedy wreszcie czerwona ciecz zabryzgała od wewnątrz ekran, na który patrzyli, żaden z nich nie wydał nawet dźwięku.

ROZDZIAŁ 8

Ktoś przyniósł kawę i wodę, Rozłucki nie zauważył nawet kto. Pan Matecki, szef techników, odwieziony został do szpitala z podejrzeniem stanu przedzawałowego. Karetka czekająca od jakiegoś czasu pod budynkiem przydała się w końcu. Nie po raz ostatni pewnie dzisiaj. Tamtemu biedakowi, na którego mózg przez chwilę patrzyli, przydałby się już zupełnie inny rodzaj transportu.

Komisarz Abramowski siedział w fotelu. Patrzył na prezesa telewizji, który stał przed nim, wymachując ­rękami. Wyraz jego twarzy mówił aż nadto wyraźnie, co myśli o tym tłustawym człowieku z brodą, na którego ­wypukłym brzuchu spoczywał krawat niczym pstrąg na ­półmisku.

– Czy pan w ogóle wie – ni to mówił, ni to krzyczał prezes – kim jest ten człowiek na kanapie? Czy pan go w ogóle zna?

– W tym kraju trudno go nie znać – zauważył chłopak w bluzie. – Nie prowadził już chyba tylko tramwaju.

Pan prezes nie zwykł najwyraźniej zwracać uwagi na słowa wypowiadane przez kogoś o pozycji tak dalece niższej od jego, bo nawet na niego nie spojrzał.

– Kontrakt gwiazdorski, trzy programy w naszej stacji, w tym jeden na licencji, za którą zapłaciłem grube miliony! Jeśli pan myśli, że zgodzę się na jakiś szturm, to jeszcze mnie pan nie zna.

– Ściśle rzecz ujmując, nie ma pan nic do gadania – powiedział spokojnie komisarz.

Prezes uśmiechnął się, jakby rozmawiał z dzieckiem.

– A jak pan myśli – powiedział, cedząc słowa – skąd macie te wszystkie odblaskowe pierdoły, które rozdajecie na pogadankach w szkołach? A jak pan myśli, dlaczego w naszych programach policja jest zawsze stawiana w dobrym świetle? Pamięta pan, jak zastrzeliliście tego chłopaka w Wielkopolsce, bo wydał wam się podobny do bandyty, którego ścigaliście? A pamięta pan, jak to relacjonowaliśmy? To proszę sobie wyobrazić, że w przyszłości takie zdarzenia możemy relacjonować zupełnie inaczej. I co pan na to? Panie komisarzu, my jesteśmy patriotami i wspieramy siłę, która dba o bezpieczeństwo naszych obywateli, ale jeśli ta siła zacznie tych obywateli narażać, przestaniemy ją wspierać. Niech pan porozmawia ze swoim szefem, a on niech porozmawia ze swoim. I jak już sobie wszyscy porozmawiacie, proszę przyjść do mnie i jeszcze raz powtórzyć, że nie mam w tej sprawie nic do gadania.

– Panie prezesie. – Komisarz starał się zachować spokój. – Mamy tam wariata z bronią, który zastrzelił już jednego człowieka, zresztą pana pracownika. Nie wiemy, kiedy zastrzeli następnego. Niech pan spojrzy na ten ekran, widzi pan? Obraz jest lekko czerwony. To krew, której resztki nie spłynęły do końca z obiektywu kamery. Chce pan, żeby całe studio tak wyglądało?

Prezes spojrzał na monitor i widać było, że ta konfrontacja z rzeczywistością zrobiła na nim pewne wrażenie.

– Proszę pana – powiedział znacznie już łagodniejszym tonem – nasza stacja ma poważne problemy finansowe, śmierć głównej gwiazdy może je jeszcze pogłębić. Tu pracują setki ludzi, mają rodziny na utrzymaniu, część ma kredyty. Proszę mi wierzyć, nie chodzi mi wyłącznie o własny tyłek.

– Bardzo mi przykro – powiedział komisarz – lecz z naszego punktu widzenia szturm jest jedynym rozwiązaniem. Takie są procedury w podobnych sytuacjach. W momencie, gdy zamachowiec zaczyna zabijać zakładników, zarządza się szturm.

– Czego on chce? Oświadczenia na wizji, tak? Jestem w stanie się na to zgodzić.

– Słucham?

– Puszczę mu to na wszystkich naszych kanałach, skoro sobie tego życzy.

– To wbrew wszelkim regułom. Ten człowiek zastrzelił przed chwilą zakładnika. Zgadzając się teraz na jego żądania, nagrodzimy go za to. Wyślemy sygnał do wszystkich świrów w tym kraju, że mogą zacząć działać.

– Biorę za to pełną odpowiedzialność. Także wobec pana przełożonych.

Wyszedł, jakby decyzja została właśnie podjęta.

– Możemy to wykorzystać – powiedział siedzący pod ścianą antyterrorysta.

Wszystkie oczy zwróciły się na niego.

– Takie oświadczenie to niezła przykrywka. Przebierzemy jednego z moich chłopców za gościa z telewizji, niech trzyma mikrofon, czy co tam się trzyma, i kiedy facet będzie wdzięczył się do kamery, ciach! Zdmuchniemy go jak paproch z kurtki.

– Na wizji? A jak coś się nie uda? – spytał komisarz.

– To amator – odpowiedział antyterrorysta. – Ma więcej szczęścia niż rozumu. Jego przewaga nad nami wynika z okoliczności, nie z umiejętności. Zmieńmy okoliczności, a odzyskamy przewagę. Gdy zostanie sam na sam z dobrze wyszkolonym człowiekiem, nie będzie miał żadnych szans. Nawet nie zauważy momentu, w którym znajdzie się na ziemi. Skuty kajdankami i z butem na karku. A my będziemy mieli sukces transmitowany na żywo.

ROZDZIAŁ 9

– Chce pana. – Komisarz Abramowski patrzył na Rozłuckiego jak na dziwny przedmiot, którego wartości dla innych nie jest w stanie się zrozumieć. – Ten debli, nasz negocjator, przyjechał tu tylko po to, żeby to właśnie usłyszeć. Że ma iść do diabła, a zamiast niego ma wrócić pan. I to pan ma trzymać mikrofon podczas wygłaszania oświadczenia. Czyli z całego naszego planu nici.

To ostatnie zdanie wypowiedział tak, jakby to była wina tylko i wyłącznie Rozłuckiego.

– Przykro mi.

– A mi nie. – Komisarz przysiadł się do jego stolika. Restauracja Kaprys świeciła teraz pustkami. Pracownicy telewizji i goście porannego programu po wstępnym przesłuchaniu zostali zwolnieni do domów. Tych, którzy chcieli zostać i zobaczyć, jak to się wszystko skończy, grzecznie wyproszono.

– Właśnie odebrałem telefon – powiedział, wypuszczając ciężko powietrze. – Dzwonił mój drogi szef. Pan prezes musi mieć naprawdę wysoko postawionych znajomych, bo otrzymałem wyraźnie polecenie: żadnych akcji. Czyli i tak nic z tego. Pomysł w każdym razie jest taki, żebyś tam wszedł i wszystko zorganizował. Pomysł nie mój, zaznaczam. Masz stać za kamerą, a oświadczenie ma przyjąć nasz drogocenny gwiazdor, który, tak się szczęśliwie składa, jest akurat na miejscu. Chodzi zdaje się o to, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ma to być przy okazji promocja stacji oraz news stulecia, który przebije oglądalnością lądowanie Pana Twardowskiego na księżycu. Dla porządku dodam, że możesz się nie zgodzić.

Rozłucki przypomniał sobie twarz Karoliny, a chwilę potem eksplodującą głowę pierwszego zakładnika.

– Zgadzam się – powiedział.

– Tak też myślałem. Zatem chodźmy. Musimy cię poobklejać różnymi urządzeniami. Pan prezes zaplanował początek show na siedemnastą, mamy więc jeszcze trochę czasu. Początkowo upierał się przy dwudziestej, w porze tak zwanego prime time’u, ale całe szczęście udało nam się to mu wyperswadować.

– Mam tylko jedno pytanie.

– Tak? – komisarz odwrócił się.

– Czy ja też mogę zacząć mówić panu na „ty”?

– Nie, ty nie. Być może dostąpisz tego zaszczytu, jak przeżyjesz.

ROZDZIAŁ 10

– Zanim tu podejdziesz, podnieś koszulę, a później zdejmij z siebie wszystkie te nadajniki, które ci przyczepili – mężczyzna z pistoletem patrzył na niego zmęczonym wzrokiem. Trzecie, stalowe oko również wycelowane było w niego.

Rozłucki posłusznie rozpiął guziki, a potem sięgnął ręką za plecy i odkleił tak pieczołowicie przed chwilą zamontowany podsłuch. Syknął z bólu, gdy odrywany plaster wydepilował mu kawałek skóry.

– A teraz chodź tu.

Ciągnąc za sobą kabel od trzymanego w dłoni ­mikrofonu, Rozłucki ruszył w stronę kanapy. Starał się nie patrzeć na leżące z jego lewej strony ciało. Mimo to rozchodzący się wokół zapach krwi o mało nie doprowadził go do wymiotów. Jak wskazywały ślady obok kanapy i drugi z unoszących się w powietrzu zapachów, ktoś nie zdołał, tak jak on, powstrzymać tego odruchu.

– Przypominam ci – głos mężczyzny był równie zmęczony jak jego spojrzenie – że jesteś cywilem. To nie twoja wojna, więc nie ryzykuj dla niej życia. Jeśli nie zrobisz nic głupiego, przeżyjesz. Podobnie jak oni. Chcę tylko zrobić to, co muszę zrobić, i wszyscy wrócicie do domów. Będziecie mieli co opowiadać znajomym.

„I psychoterapeutom – pomyślał Rozłucki – nie jest łatwo pozbyć się traumy po czymś takim”.

– Stań tu, za tą kamerą. – Wskazał mu miejsce pistoletem. – Wystarczy, że nakierujesz ją na mnie. Powinna sama złapać ostrość. Ty – wskazał prowadzącego – weź mikrofon.

Prezenter sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał. Jego rozszerzone przerażeniem oczy wpatrywały się w otwór lufy. Mężczyzna szturchnął go pistoletem w udo.

– Dalej! – powiedział.

Prezenter nie reagował. Jego blada twarz ściągnięta w dziwnym wyrazie niedającym się przypisać żadnej znanej emocji pozostawała nieruchoma. Zdawał się wręcz nie oddychać.

– No już! – Zniecierpliwiony zamachowiec przystawił mu pistolet do czoła.

– Nawet jeśli pana słyszy, prawdopodobnie nie jest w stanie się poruszyć – ostrożnie powiedział Rozłucki. – Silny stres doprowadził u niego do katatonii. Zawiesił się. Nawet gdyby strzelił mu pan w stopę, zapewne by się nie ruszył. Radzę wybrać kogoś innego.

Mężczyzna spojrzał na Rozłuckiego, jakby zastanawiał się, czy to, co powiedział, jest prawdą. Widocznie jednak mu uwierzył lub po prostu było mu wszystko jedno, bo teraz dla odmiany wycelował pistolet w Karolinę.

– Ty – rozkazał. – Ty go weź. Stań tu i trzymaj go w wyciągniętej ręce.

Karolina wstała i podeszła do Rozłuckiego. Nawet teraz poruszała się z gracją. Wzięła od niego mikrofon i stanęła obok. Odnalazła jego spojrzenie i uśmiechnęła się smutno.

„Czy to jest materiał, o jakim marzyłaś?”, pomyślał Rozłucki. „Ciekawy, pasjonujący, z wyrazistym bohaterem targanym silnymi emocjami? Trochę to się różni od wywiadu z człowiekiem przebranym za pluszowego zająca”.

– Raz, raz, próba mikrofonu – powiedział mężczyzna i uśmiechnął się kącikiem ust, jakby to był żart. – Mam nadzieję, że mnie słyszycie. Mam tutaj – podniósł do góry dłoń – najnowszy telefon z dużym wyświetlaczem i szybką transmisją danych. Można na nim oglądać telewizję. Nastawiłem go na wasz kanał. Jeśli nie zobaczę za chwilę na ekranie swojej twarzy i nie usłyszę swojego głosu, zabiję najpierw ją. – Pistoletem trzymanym w drugiej ręce wskazał siedzącą ciągle na kanapie prezenterkę.

Kobieta wydała z siebie stłumiony odgłos, ni to jęk, ni to szloch, i zaparła się dłońmi w siedzenie kanapy.

– Spokojnie – powiedział Rozłucki. – Proszę się nie bać. Obraz zaraz się pojawi. – Poczuł, jak dłoń Karoliny ściska go mocno za ramię.

Oczy wszystkich wbiły się teraz w mały ekran, na którym ubrany w garnitur człowiek poważnym głosem odczytywał po raz kolejny tekst tej samej wiadomości. Żółty pasek u dołu ekranu i duży napis „wydanie specjalne” widoczne były nawet na tak niewielkim urządzeniu. Po chwili smutny człowiek zniknął, a zamiast niego pojawiło się nagranie przedstawiające mężczyznę w szarej marynarce idącego z pistoletem w wyciągniętej ręce przez telewizyjne studio.

– Powtarzają to już chyba setny raz – powiedział mężczyzna. – Mam nadzieję, że równie często podają moje nazwisko. Widzisz mnie dobrze? – zwrócił się do Rozłuckiego.

– Tak. – Rozłucki spojrzał na mężczyznę przez wizjer kamery. Ostrość obrazu rzeczywiście wyregulowała się automatycznie.

Mężczyzna był spokojny, można by wręcz powiedzieć, że zrezygnowany. Nie widać w nim było żadnego podekscytowania, jakiego można byłoby się spodziewać po kimś, kto za chwilę osiągnie swój cel i znajdzie się na wizji. Wyglądało to tak, jakby realizował metodycznie jakiś plan. Punkt po punkcie, niczym pilot przed startem wciskający guziki w odpowiedniej, zawsze tej samej kolejności.

Sekundy mijały, lecz obraz z kamery, za którą stał Rozłucki, nie pojawiał się na ekranie telefonu komórkowego.

– No, dalej – przynaglił mężczyzna trzymane w dłoni urządzenie, a Rozłucki poczuł, jak kropla potu spływa mu po karku. Prezenterka załkała cicho z kanapy.

– Proszę… – jęknęła błagalnie.

Czas dłużył się niemiłosiernie. Jak długo mogło to trwać? Pięć minut, dziesięć? Nie, zapewne minęło raptem parę chwil, lecz każda z nich przetaczała się przed nimi powoli, niczym pociąg z czterdziestoma wypełnionymi węglem wagonami.

Rozłucki obejrzał się nerwowo za siebie, jakby mógł coś zobaczyć za zamkniętymi, dźwiękoszczelnymi drzwiami. Czy ten idiota w czarnym mundurze znowu czegoś nie wymyślił? Wydało mu się wręcz, że widzi czające się z prawej strony za kuchnią cienie z długimi lufami. Zrobiło mu się niedobrze, jakby ściśnięty strachem żołądek wypchnął całą swoją zawartość w kierunku przełyku.

Nagle prezenter na ekranie komórki przestał mówić. Przez chwilę siedział w milczeniu, potem powiedział:

– Przerywamy wydanie specjalne i łączymy się ze studiem, w którym zamachowiec przetrzymuje troje zakładników. Już za chwilę odczyta on na naszej antenie swoje oświadczenie. Będzie to pierwsza tego typu transmisja w dziejach polskiej telewizji. Zostańcie z nami. Wracamy za chwilę.

ROZDZIAŁ 11

– Reklamy?! – mężczyzna z pistoletem krzyknął z niedowierzaniem.

– Kurwa… – jęknęła prezenterka i zaczęła śmiać się nerwowo.

Na ekranie telefonu komórkowego pojawiła się młoda dziewczyna i równie młody chłopak. Oboje byli przeszczęśliwi i biegli przez park. Po chwili znana francuska aktorka rozkoszowała się smakiem polskiej wody mineralnej.

– Ile może trwać taki blok reklamowy? – spytał mężczyzna, wpatrując się w ekran.

– To zależy od oglądalności programu, który jest po nim – rzeczowo odpowiedziała prezenterka. – Jeśli jest duża, nawet do dziesięciu minut.

– A nasza jest duża?

– Miejmy nadzieję.

Spojrzenia wszystkich utkwione były w wyświetlaczu małego urządzenia. Zgromadzeni wokół niego ludzie na moment wyszli ze swoich ról kata i jego ofiar. Magia poruszających się obrazków zrównała ich i zjednoczyła. Wyglądali teraz jak kibice piłkarscy czekający na rozpoczęcie transmisji meczu. Jakby mimo różniącej ich diametralnie sytuacji zależało im na tym samym – żeby zobaczyć siebie w telewizji, dobrze w niej wypaść i mieć dużą oglądalność.

Blok reklamowy wreszcie się skończył. Na ekran komórki wrócił ponownie poważny prezenter, który jeszcze raz zapowiedział niezwykłą i niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju emisję na żywo. Brakowało tylko, by powiedział, że w konkurencyjnych stacjach czegoś równie ekscytującego nigdy nie będzie można zobaczyć. Po nim, zamiast obrazu ze studia, pojawiła się twarz prezesa telewizji.

– No nie… – westchnęła prezenterka. – Jeszcze i on!

Pan prezes głosem poważnym i smutnym, pełnym troski i poczucia odpowiedzialności poinformował widzów, że zgodził się na tak kontrowersyjne posunięcie, by ratować ludzkie życie, bo człowiek był, jest i zawsze będzie dla jego stacji najważniejszy. Że nie była to łatwa decyzja i długo bił się z myślami, czy powinien na to przystać. Wspominając o znanym prezenterze siedzącym teraz obok nich na kanapie w stanie katatonicznego stuporu, przypomniał mimochodem, że już wkrótce poprowadzi on nowy, niezwykle interesujący program. Po czym pożegnał się i życzył wszystkim, zapewne z przyzwyczajenia, miłego odbioru.

– Jak myślicie, puszczą znowu reklamy? – spytała Karo­lina.

Reklamy jednak już się nie pojawiły. Zamiast nich na ekran komórki wrócił poważny prezenter, który już po raz trzeci zapowiedział telewizyjne wydarzenie stulecia. Dochodziła właśnie siedemnasta. „Niezłe wyczucie czasu”, pomyślał Rozłucki. Nagle w studio rozległ się głos z inter­komu:

– Uwaga! Za pięć sekund wchodzimy!

Mężczyzna z pistoletem wyprostował się i machinalnie poprawił włosy. Prezenterka przybrała zbolały, lecz pełen godności wyraz twarzy i odwróciła się do kamery lewym, zapewne w jej mniemaniu lepszym, profilem. Nawet znany prezenter na moment wyszedł ze swojego stanu katatonicznego zawieszenia, spojrzał w oko kamery i uśmiechnął się, co w połączeniu z grymasem, w którym zastygła wcześniej jego twarz, dało efekt groteskowy i z lekka przerażający.

– …trzy, dwa, jeden. Akcja! – oznajmił głos z interkomu.

Na ekranie komórki pojawiła się twarz zamachowca. Mężczyzna rzucił na nią okiem, potem niepewnie spojrzał w kamerę. Spróbował sięgnąć po coś do kieszeni marynarki, lecz obie ręce miał zajęte, gdyż w jednej trzymał pistolet, a w drugiej telefon. Widać było, że tej trudności nie przewidział, bo przez chwilę rozglądał się wokół zagubiony. Potem jednak znalazł rozwiązanie – schował telefon do bocznej kieszeni marynarki i uwolnioną lewą ręką wyjął z wewnętrznej kieszeni złożoną na czworo kartkę papieru. Rozprostował ją za pomocą dłoni trzymającej pistolet, przytrzymał palcami obejmującymi rękojeść, zaś lewą ręką ponownie wyjął z kieszeni komórkę. Jeszcze raz sprawdził, czy na jej ekranie widzi swoją twarz, po czym skupił wzrok na kartce.

– Nazywam się Dariusz Jakubiec, chciałbym przeprosić wszystkich za to, co zrobiłem – zaczął czytać. – Biorę na siebie całą winę i wszystkie związane z nią konsekwencje. Przed chwilą zabiłem człowieka, nazywał się Andrzej Lesicki. Śmierć człowieka jest zawsze wielką tragedią, zwłaszcza dla jego bliskich. Dlatego proszę jeszcze raz o wybaczenie. Jednak wina, zwłaszcza jeśli została uznana i przyjęta, jeśli szczerze za nią żałujemy, nie wyklucza przebaczenia. Powinniśmy odpuścić sobie nasze zbrodnie i wyrzec się zemsty. Dlatego ja, Dariusz Jakubiec, stojąc nad zwłokami człowieka, którego zabiłem, Andrzeja ­Lesickiego, proszę, błagam o wybaczenie. – Mężczyzna uklęknął, a Rozłucki odruchowo podążył za nim obiektywem kamery. Widział teraz krople potu na prześwitującej pod jego włosami skórze głowy. Mężczyzna jeszcze raz sprawdził na ekranie komórki, czy dobrze go widać, potem spojrzał na Rozłuckiego, jakby chciał mu podziękować. – Wybaczenie jednak nie wyklucza i nie może wykluczać kary – czytał dalej. – Tę karę wymierzę sobie sam. – ­Potem włożył sobie pistolet do ust i strzelił.

ROZDZIAŁ 12

Telefon dzwonił już od kilku minut. Rozłucki nie odbierał, licząc na to, że kiedyś wreszcie umilknie. Póki co nie milkł. Ktoś, kto dzwonił, musiał wiedzieć, w jakim stanie jest jego właściciel.

Kto to mógł być? Była żona? Jeszcze kilka miesięcy temu miałby taką nadzieję, zerwałby się i podbiegł do telefonu, nie zważając na wzbierające wymioty i łupiący ból w czaszce. Dziś wiedział już, że to nie może być ona. Może to i lepiej, przynajmniej nie będzie musiał znów jej się tłumaczyć. Z tego samego co zawsze. I to pomimo tego, że od dłuższego czasu nie wymagała już od niego żadnych wyjaśnień.

Ale to nie była ona. A telefon wciąż dzwonił.

Przewrócił się na wznak i spróbował sięgnąć po niego ręką. Leżał na szafce, metr od jego łóżka. Już dawno powinien przesunąć ją bliżej. Jego była żona się na to nie zgadzała. Twierdziła, że będzie to źle wyglądało. Szafka przy łóżku, a potem aż do ściany dziura. Lepiej, żeby szafka stała pod ścianą. A po telefon zawsze można przecież wstać. Albo po to, żeby wyłączyć budzik.

Teraz mógł sobie przesuwać szafki, gdzie tylko chciał. Dziwne, że tego nie robił.