Zagubiona przeszłość - Jodi Picoult - ebook
Opis

Delia Hopkins ma bajkowe życie. Mieszka w uroczym miasteczku w sielskim stanie New Hampshire. Ma małą córeczkę, przystojnego narzeczonego, ukochanego ojca oraz psa, z którym pracuje przy poszukiwaniu zaginionych ludzi. Trwają przygotowania do ślubu. Ni stąd, ni zowąd Delię zaczynają dręczyć wspomnienia, których nie potrafi wyjaśnić ani umiejscowić w czasie i przestrzeni. A potem nagle w jej domu zjawia się policjant, przynosząc nieoczekiwaną wiadomość, która rujnuje bezpieczny świat młodej kobiety.

Co czuje człowiek, dowiedziawszy się, że nie jest tym, za kogo się uważał? Jak pogodzić się z faktem, że kochany człowiek ukrywał prawdziwą tożsamość, a jakaś obca osoba może rościć sobie prawo do silnych więzi? Dlaczego na pozór słuszne decyzje są często krzywdzące dla innych? Jodi Picoult dotyka kolejnego trudnego tematu zaczerpniętego z życia, przedstawiając go z właściwą sobie przenikliwością, empatią i wrażliwością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 636

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jodi Picoult

Zagubiona przeszłość

Przełożył Michał Juszkiewicz

Prószyński i S-ka

Warszawa 2009

Tytuł oryginału VANISHING ACTS

Copyright © 2005 by Jodi Picoult

All Rights Reserved

Originally published by Atria Books, an Imprint of Simon & Schuster, Inc.

Zdjęcie na okładce © Somos Images/Corbis

Redakcja Magdalena Koziej

Korekta Mariola Będkowska Michał Załuska

Łamanie Ewa Wójcik

ISBN 978-83-7648-202-6

Warszawa 2009

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Druk i oprawa

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej

03-828 Warszawa, ul. Mińska 65

Konwersja: Nexto Digital Services

Dedykacja

Książkę tę dedykuję Katie Desmond, która w dniu mojego ślubu karmiła mnie markizami na śniadanie, która potrafi docenić fason obuwia z niebieskiego zamszu i wie dokładnie, ilu ludzi znalazło śmierć tamtej pierwszej nocy na Queen Elisabeth II. Co jakiś czas człowiekowi zdarza się wyciągnąć szczęśliwy los, jakim jest wspaniały, niezapomniany przyjaciel. Ty jesteś dla mnie właśnie kimś takim.

Jakież inne słowa, można by zapytać, godne są tego, aby je pamiętano i powtarzano, jeśli nie te wypowiedziane z natchnienia miłości? Już samo to, że padły, można nazwać cudem. Słów tych jest niewiele i należą one do rzadkości, lecz powracają wiecznie niczym melodia poddawana nieustannej obróbce w ludzkiej pamięci. Inne zaś słowa kruszą się i odpadają wraz ze sztukaterią kryjącą pod sobą serce. Tamtych słów cudownych nie powinniśmy już powtarzać na głos. Nie mamy prawa wysłuchiwać ich, kiedy tylko dusza zapragnie.

Henry David Thoreau,

Tydzień na rzekach Concord i Merrimack, 1849

Podziękowania

Jak zwykle, nie pracowałam sama. Wdzięczność należy się w pierwszym rzędzie sierżant Janice Mallaburn z biura szeryfa okręgu Maricopa, wulkanowi energii, która nie miała jednak pojęcia, na co się godzi, ofiarowując mi pomoc, gdy zjawiłam się z wizytą w areszcie na Madison Street; ona pierwsza (i jedyna) spośród wszystkich moich światłych ekspertów nazwała mnie „nałogowcem". Dziękuję prawniczym specjalistom w różnych dziedzinach prawa: Chrisowi oraz Kiki Keatingom, Allegrze Lubano, Kevinowi Baggsowi (oraz Jean Arnett), Davidowi Bashowi, Jen Sternick, detektyw Claire Demarais, komendantowi Nickowi Giaccone oraz kapitanowi Frankowi Moranowi. Specjalne podziękowanie należy się sędzinie Jennifer Sobel, która zabrała mnie na jeden dzień do aresztu – nawet jeśli zrobiła to wyłącznie po to, aby ktoś zechciał później uwierzyć w te niesamowite historie, które stamtąd przyniosłam. Dzięki policjantom z oddziałów poszukiwawczych: Mattowi Zarelli z Rhode Island i Jamesowi Steinmetzowi z New Hampshire (oraz jego czworonożnymi podopiecznym, Maggie i Grecie), zrozumiałam, dlaczego psy-tropiciele to takie wspaniałe zwierzęta. Dziękuję lekarzom, szcze gólnie psychiatrom, za informacje dotyczące ukąszeń przez skorpiona, tracheotomii, histerektomii oraz stłumionych wspomnień; wyrazy mojej wdzięczności niech zechcą przyjąć Doug Fagen, Jan Scheiner, Ralph Cahaly, David Toub, Roland Eavey i Jim Umlas. Sindy Follensbee, jak zwykle, dziękuję za błyskawiczne przepisanie tekstu. Jeffowi Hastingsowi, JoAnn Mapson i Steve'owi Alspachowi – za zgodę na bezlitosne wykorzystanie ich własnych losów w mojej opowieści. Jane Picoult – za to, że jest najlepszą pierwszą recenzentką. Za pełną poświęcenia pracę nad moimi książkami dziękuję Carolyn Reidy, Judith Curr, Sarze Branham, Karen Mender i wszystkim ludziom w Atria Books, którzy konsekwentnie psują mnie i rozpuszczają. Składam gorące podziękowania Camille McDuffie, kobiecie o żelaznym charakterze, która czuwa nad tym, aby cały zespół pracował z oddaniem nad moimi książkami. Dziękuję Laurze Gross w piętnastą rocznicę naszej znajomości (sto lat!), Emily Bestler zaś za najlepszy doping, jaki pisarka może sobie wymarzyć. Dziękuję także Kyle'owi, Jake'owi, Samancie oraz Timowi – za to, że są.

Prolog

Kiedy zniknęłam po raz pierwszy, miałam sześć lat.

Było to podczas występu mojego taty na świątecznej imprezie w klubie seniora; ojciec był iluzjonistą. Pech chciał, że akurat tego dnia zachorowała na grypę jego asystentka, pani recepcjonistka, która miała prawdziwy złoty ząb i sztuczne rzęsy grube jak pajęcze odnóża. Już miałam błagać tatę, żeby pozwolił mi wystąpić ze sobą, ale skończyło się inaczej: on sam mnie poprosił o przysługę. Przysługę, dobre sobie!

Miałam więc, jak już powiedziałam, lat sześć i wciąż jeszcze święcie wierzyłam, że tata potrafi wyciągnąć mi pieniążek z ucha, wyszperać bukiet kwiatów w fałdach szenilowego swetra pani Kleban i sprawić, że sztuczna szczęka pana van Looena zniknie bez śladu. Napatrzyłam się na jego sztuczki, powtarzane bez przerwy dla rozrywki starszych państwa, którzy przychodzili do klubu seniora grać w bingo, wykonywać ćwiczenia gimnastyczne na siedząco i oglądać stare czarno-białe filmy ze ścieżką dźwiękową trzeszczącą jak płomień w kominku. Wiedziałam, że niektóre rzeczy są na niby, na przykład te podkręcone wąsy, które przylepiał sobie tata, albo jego ćwierćdolarówka z dwoma awersami, ale jeśli chodzi o czarodziejską różdżkę, to byłam absolutnie pewna, że drzemie w niej moc, która potrafi przenieść mnie w niebyt, gdzie pozostanę tak długo, aż on uzna, że nadszedł stosowny moment, aby przywołać mnie z powrotem.

Tamtego świątecznego wieczoru w klubie seniora zebrali się mieszkańcy trzech domów spokojnej starości działających w naszym mieście; mężnie stawiwszy czoło mrozom i śnieżycy, przyjechali wspólnym autokarem na imprezę. Zasiedli półkolem i przyglądali się występowi mojego taty, a tymczasem ja czekałam za kulisami. Wreszcie usłyszałam zapowiedź: „A oto przed państwem Zdumiewająca Cordelia!", i wyszłam, prezentując wszem wobec naszywany cekinami trykocik gimnastyczny, który zazwyczaj spoczywał w głębi mojego pudła z kostiumami do przebieranek.

Tego wieczoru nauczyłam się wielu nowych rzeczy. Na przykład że asystentka iluzjonisty musi umieć, między innymi, radzić sobie z iluzją w bezpośrednim starciu. Że sekret niewidzialności tak naprawdę polega tylko na tym, że trzeba zwinąć się w kłębek, ułożyć ciało w odpowiedni sposób i pozwolić, aby opadła na nie czarna zasłona. Że człowiek nie może ulotnić się jak kamfora, a kiedy nie można kogoś znaleźć, to znaczy, że z jakiegoś powodu szuka się nie tam, gdzie trzeba.

I

Wydaje mi się, że jest to kwestia miłości.

Im bardziej człowiek ukocha jakieś wspomnienie,

tym większej nabiera ono mocy

i tym bardziej zaczyna przypominać fantazję.

Władimir Nabokow

DELIA

Nie ma sposobu, aby żyć na tym świecie, nie pozostawiając niczego po sobie. Nie istnieje człowiek nieuwikłany w sieć ściśle wytyczonych ścieżek, którymi mogą być na przykład pokwitowania użycia karty kredytowej, terminarze umówionych spotkań, obietnice złożone innym ludziom. Inne ślady, jak odciski palców, są niewidzialne – o ile się nie wie, jak ich szukać. A nawet w wypadku, gdy brak wszelkich innych tropów, zawsze jest jeszcze zapach. Każdy z nas stanowi centrum niewidzialnej chmury, która przemieszcza się razem z nim, gdy idzie sprawdzić e-mail, wychodzi pobiegać, kiedy na zmianę z kimś używa tego samego samochodu. Za każdym z nas nieustannie sypią się złuszczone komórki skóry, czterdzieści tysięcy na minutę, tworząc tropy zapachowe sięgające naszych podbródków i nóg.

Biegnę w ślad za Gretą, która u podnóża góry, w miejscu, gdzie zaczynają się gęste chaszcze, nagle przyspiesza. Nogi mam utytłane aż po same kolana mazistym błotem; mojemu tropowcowi nie przeszkadza ono w najmniejszym stopniu. Ten straszliwy teren, gdzie orientuję się z najwyższym trudem, ma jedną zaletę: trop się w nim trzyma.

Miał mi towarzyszyć policjant z okręgowego posterunku w mieście Carroll, stan New Hampshire, ale został w tyle. Wystarczyło mu jeden raz rzucić okiem na ten gąszcz, w który Greta wgryzła się jak buldożer.

– Nigdy w życiu – orzekł. – Nie ma mowy, żeby przeszło tędy czteroletnie dziecko.

Prawdę mówiąc, wszystko zdaje się wskazywać, że pan mundurowy ma rację. Jest już dobrze po południu, słońce zaczyna zachodzić, a ziemia traci ciepło, co powoduje, że prądy powietrza spływają po zboczu, przez co Greta łapie w tym miejscu woń dziewczynki, która przeszła gdzieś dalej, tam, gdzie jeszcze jest płasko.

– Greta jest innego zdania – odpowiadam policjantowi.

W moim fachu nie można sobie pozwolić na brak zaufania do partnera. Pięćdziesiąt procent powierzchni psiego nosa to zmysł węchu – u człowieka, czyli u mnie też, jest to tylko kilka mizernych centymetrów kwadratowych. Jeśli zatem Greta upiera się, że mała Holly Gardiner, która wymknęła się z przedszkolnego placu zabaw, zawędrowała aż tutaj i puściła się na przełaj w kierunku szczytu Podstępnej Góry, i jeśli chcę ją znaleźć, nie mam innego wyjścia, jak tylko ruszyć tą samą drogą.

Greta przez kilkadziesiąt metrów obwąchuje skraj zarośli, szarpiąc się na końcu pięciometrowej smyczy. To piękny pies, ten mój tropowiec; aksamitna brązowa sierść z czarnym klinem na czubku głowy. Kiedy biegnie, jej ruchy są niezdarne, jak u dziewczynki smutnym wzrokiem śledzącej z widowni tancerki na scenie. Dwukrotnie okrąża gładką, nagą skałkę i podnosi oczy na mnie, a fałdy jej długiego pyska pogłębiają się. Zapach niesie się, rozchodzi jak kręgi na wodzie, do której ktoś wrzucił kamień; tutaj dziewczynka przystanęła, żeby odpocząć.

– Szukaj – wydaję polecenie. Greta obiega teren, węsząc wściekle, łapie woń i puszcza się biegiem. Pędzę za nią; nagle krzywię się z bólu, kiedy jakaś gałązka smaga mnie po twarzy, rozcinając skórę nad lewym okiem. Przedzieramy się przez plątaninę krzewów zdziczałej winorośli. Po drugiej stronie jest wąska ścieżynka, prowadząca na polanę.

Dziewczynka siedzi na mokrej ziemi, ciasno oplatając rączkami kolana. Trzęsie się jak osika. Jak zwykle w pierwszej chwili jej twarz ma rysy Sophie, a ja muszę się siłą powstrzymywać, żeby nie porwać małej w ramiona; wiem, że to by ją na śmierć wystraszyło. Greta robi wielkiego susa i zaczyna podskakiwać w miejscu; w ten sposób daje mi znak, że znalazła, że do tej właśnie osoby należy zapach czapeczki na misiu, którą dałam jej do nawęszenia w przedszkolu, dziesięć kilometrów stąd.

Dziewczynka unosi na nas oczy, mruga, powoli przebijając się przez twardą skorupę strachu.

– Ty jesteś Holly, zgadłam? – Kucam obok niej, ściągając z ramion rozgrzaną ciepłem ciała kurtkę, którą otulam jej sterczące łopatki. – Ja mam na imię Delia. – Na gwizdnięcie moja suka podbiega do nas. – A to jest Greta.

Odpinam uprząż, którą zawsze zakładam suce w terenie, kiedy kogoś szukamy. Greta merda z całych sił, jej ogon, a wraz z nim całe ciało, chodzi jak wskazówka metronomu. Dziewczynka wyciąga rączkę, klepie psią szyję, a ja obrzucam ją szybkim, uważnym spojrzeniem.

– Skaleczyłaś się gdzieś?

Mała kręci głową, zauważa u mnie krwawiące rozcięcie nad okiem.

– A pani tak.

W tej samej chwili na polanę wpada policjant, zdyszany po forsownym biegu.

– Niech mnie cholera – sapie. – Znalazła ją pani.

Zawsze znajduję. Nie siedzę jednak w tym fachu dlatego, że mam wyniki. Nie jestem uzależniona od adrenaliny i nie przepadam za szczęśliwymi zakończeniami. Robię to, co robię, bo w głębi serca to ja jestem tą zabłąkaną dziewczynką.

Przyglądam się z daleka spotkaniu pani Gardiner z odnalezioną córeczką, widzę, jak Holly znika w matczynych ramionach, jak na obie spływa to uczucie olbrzymiej ulgi, spajając mocno niczym szew. I nawet gdyby ta kobieta była innej rasy albo wystrojona jak Cyganka, to i tak wyłowiłabym ją z tłumu innych: odróżnia się tym, że wygląda jak rozwinięty motek, z którego ubyła połowa włóczki.

Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego niż to, że mogłabym stracić moją Sophie. Kiedy kobieta jest w ciąży, myśli tylko i wyłącznie o tym, żeby mieć swoje ciało z powrotem na własność. Lecz kiedy dziecko już się urodzi, przychodzi olśnienie: największa część jej osoby jest od tej pory odrębnym bytem, na który czyhają wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, który pewnego dnia może po prostu zniknąć – i tak przez resztę życia matka zawsze stara się zatrzymać dziecko przy sobie, najbliżej jak tylko się da. To jest właśnie najdziwniejsze w macierzyństwie: dopóki się nie ma dzieci, nie wie się nawet, jak bardzo chciało się je mieć.

Kiedy szukamy z Gretą kolejnej zaginionej osoby, jej wiek i płeć nie grają roli – bo dla kogoś ten konkretny człowiek znaczy tyle, co Sophie dla mnie.

Wiem dobrze, że silna więź, która łączy mnie z córką, ma po części charakter kompensacyjny. Moja matka umarła, kiedy miałam trzy lata. Kiedy byłam w wieku Sophie, słyszałam nieraz, jak mój tato wyjaśnia innym ludziom, że jego żona zginęła w wypadku – i za nic nie mogłam zrozumieć, o co mu chodziło. Skoro zgi nęła, to dlaczego jej nie szuka? Przecież wie, gdzie jest – w wypadku. Pojęłam to dopiero wtedy, gdy życie mnie nauczyło, że rzeczy bezwartościowe się nie gubią, że nikomu nie brakuje czegoś, na czym mu nie zależało; ja jednak byłam za mała i nie zdążyłam zgromadzić wspomnień o mamie. Przez długi czas powracał do mnie tylko jej zapach, mieszanka wanilii i jabłek, aromat, który stawiał ją przede mną nie dalej niż na wyciągnięcie ręki. A potem nawet to się ulotniło, rozpłynęło. Bez takiej wskazówki nawet Greta nie znalazłaby nikogo.

Moja suka, siedząca na ziemi tuż obok mnie, trąca mnie nosem w czoło, przypominając o krwawiącym rozcięciu. Ciekawe, czy trzeba będzie to szyć; ciekawe, czy znów wysłucham ojcowskiej tyrady o tym, że powinnam znaleźć sobie w życiu jakieś bezpieczniejsze zajęcie i zostać na przykład łowcą nagród albo dowódcą saperskiej brygady antyterrorystycznej.

Przykładam do rany opatrunek, który ktoś mi podał. Unoszę wzrok – to Fitz, mój najlepszy przyjaciel i, tak się składa, reporter najpoczytniejszej gazety w naszym stanie.

– Biłaś się? – pyta. – Co mu zrobiłaś? Jak wygląda? Tak samo jak ty?

– Nie biłam się. Drzewo się na mnie rzuciło.

– Nie zalewaj. Nie takie drzewo straszne, jak je leśniczy maluje.

Nasz dom stoi pomiędzy dwoma innymi: Fitzwilliam MacMurray wychował się w jednym z nich. W drugim mieszkał Eric Talcott. Mój tato mówił, że jesteśmy syjamskie trojaczki. Znamy się od zawsze, a wśród naszych wspólnych wspomnień można znaleźć i ślimaki suszone solą na chodniku, i bombardowanie ludzi balonami z wodą z wysokości szkolnego dachu, i porwanie kota wuefistki. W dzieciństwie stanowiliśmy triumwirat, a jako dorośli nadal utrzymujemy nadzwyczaj bliskie kontakty; dość powiedzieć, że na moim ślubie Fitz wystąpi w podwójnej roli – jako wspólny drużba, Erica i mój.

Z tej perspektywy Fitz wygląda jak gigant, ma metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu i rudą czuprynę, która płonie mu na głowie.

– Zgodzisz się na kilka słów dla prasy? – pyta.

Zawsze wiedziałam, że będzie zarabiał na życie pisaniem, chociaż wyobrażałam go sobie raczej jako poetę albo autora krótkich form, dla którego słowa są tym, czym dla dzieci kamyki i patyczki do zabawy: surowcem do budowania szkieletowych konstrukcji służących do wypełnienia wyobraźnią.

– Weź coś wymyśl – odpowiadam.

Wybuch śmiechu.

– Nie wiesz, że ja pracuję w „New Hampshire Gazette", a nie w „New York Timesie"?

– Przepraszam…?

Na dźwięk kobiecego głosu obracamy się oboje. Matka Holly Gardiner spogląda mi prosto w oczy; na twarzy ma wypisane tak wiele, że przez chwilę milczy, nie mogąc znaleźć właściwych słów.

– Dziękuję – wybiera w końcu jedno. – Ogromnie pani dziękuję.

– Proszę podziękować Grecie – odpowiadam. – To jej zasługa.

Kobieta jest bliska łez. Przytłacza ją ciężar tej chwili – jej waga, doniosłość spadają na nią nagle niczym niespodziewana ulewa. Chwyta mnie za rękę, ściska ją w swojej dłoni; na jedno uderzenie serca łączy nas pulsująca nić matczynego porozumienia. Potem odchodzi i wraca do ratowników, którzy zajmują się Holly.

W okresie dorastania zdarzały mi się chwile, gdy straszliwie żałowałam, że nie mam mamy: kiedy na przykład graliśmy szkolny koncert, a każde inne dziec ko miało na widowni dwójkę rodziców, kiedy dostałam pierwszy okres i czytałam instrukcje z paczki tamponów, siedząc z tatą na krawędzi wanny, kiedy po raz pierwszy całowałam się z Erikiem i czułam się tak, jakbym za chwilę miała eksplodować.

Chwile takie jak teraz.

Fitz obejmuje mnie ramieniem.

– Nie martw się, nic nie straciłaś – pociesza mnie cichym głosem. – Twój tato był lepszy niż większość pełnych rodzin.

– Wiem – mówię, ale nie przestaję śledzić wzrokiem Holly Gardiner, drepczącej do samochodu u boku mamy, uczepionej jej ręki. Wyglądają razem jak dwa klejnociki na cieniutkiej nitce, nitce, która w każdej chwili może pęknąć.

W wieczornych wiadomościach nasza wspólna akcja, Grety i moja, jest tematem dnia. New Hampshire to stan słabo zurbanizowany; tutejsze gazety nie prześcigają się w relacjach o wojnach gangów, morderstwach i seryjnych gwałcicielach. U nas mówi się o pożarach stodół, uroczystych otwarciach nowych szpitali i o lokalnych bohaterach, takich jak ja.

Stoję z ojcem przy stole kuchennym, przygotowujemy kolację.

– Coś nie tak z Sophie? – pytam, rzuciwszy okiem przez drzwi do salonu, gdzie moja córka leży zwinięta w kłębek na dywanie.

– Zmęczona – odpowiada tato.

Rzeczywiście, Sophie zdarza się zdrzemnąć po przyjeździe z przedszkola, ale dziś nie mogłam jej odebrać, bo dostałam wezwanie; musiała pojechać z dziadkiem do klubu seniora i siedzieć tam aż do zamknięcia. Ale to chyba jednak nie wszystko: kiedy wróciłam do domu, nie czekała na mnie jak zwykle w przedpokoju z najważniejszymi wiadomościami dnia. Nie dowiedziałam się, kto dziś huśtał się najwyżej, jaką książkę czytała im pani Easley ani też czy na podwieczorek znów były kostki z marchewki i sera, już trzeci dzień z rzędu.

– Zmierzyłeś jej temperaturę? – pytam.

– Nie mogłem znaleźć linijki. – Tato uśmiecha się, widząc jak ze zniecierpliwieniem przewracam oczami. – Odżyje, zanim jeszcze dostanie deser – zapowiada mi. – Dzieci szybko odzyskują energię.

Mój ojciec ma już prawie sześćdziesiąt lat, a trzyma się świetnie, w ogóle nie wygląda na swój wiek. Ma szpakowate włosy i wysportowaną sylwetkę. Pań, które z ochotą rzuciłyby się w ramiona takiego mężczyzny jak Andrew Hopkins, nigdy nie brakowało, ale ojciec rzadko kiedy umawiał się z kobietami i nie ożenił się ponownie. Zwykł mawiać, że dla chłopaka najważniejsze w życiu jest to, żeby spotkał tę jedną jedyną, najcudowniejszą dziewczynę, on zaś miał to szczęście, że złożono mu ją prosto w ręce na oddziale położniczym.

Staje przy kuchence i zalewa przecier pomidorowy mlekiem pół na pół ze śmietaną; ten domowy przepis dostaliśmy od jednej starszej pani z jego klubu seniora. Okazał się zadziwiająco dobry – w odróżnieniu od innych domowych sposobów, na przykład na ochronę przed krupem (czarna tasiemka wiązana na szyi) albo na ból ucha (zatkanie małżowiny watą nasączoną oliwą z pieprzem).

– O której przyjedzie Eric? – pyta. – Nie mogę tego trzymać na ogniu.

Eric miał wrócić już pół godziny temu, ale nie zadzwonił, że się spóźni, i nie odbiera komórki. Nie wiem, gdzie się podziewa, ale wyobraźnia podpowiada wiele możliwości: bar U Murphy'ego na Main Street, pub Callahan's na North Park, jakiś przydrożny rów.

Do kuchni wchodzi Sophie.

– Cześć – zagaduję, a niepokój o Erica ulatnia się na widok szerokiego, promiennego uśmiechu naszej córeczki. – Przyszłaś pomóc? – Wyciągam w jej stronę miskę z fasolą; wiem, że lubi, jak strączki trzaskają przy otwieraniu.

Mała wzrusza ramionami i siada na stołku pod lodówką.

– Jak było w przedszkolu? – staram się wciągnąć ją do rozmowy.

Jej twarzyczka nagle ciemnieje jak lipcowe niebo, kiedy nadciąga burza, przesłania ją groźna chmura. Trwa to jedną chwilę, po czym Sophie wbija we mnie wzrok.

– Jennica ma krostkę – dowiaduję się.

– To niedobrze. – Nie pamiętam, czy Jennica to ta platynowa blondyneczka z warkoczykami, czy może córka właściciela wykwintnego sklepu z kawą.

– Też chcę krostkę.

– Wydaje ci się. – W oknie błyskają światła samochodu, ale nie skręca on na nasz podjazd. Skupiam uwagę na rozmowie z Sophie, usiłując sobie przypomnieć, czy krosty są zakaźne, czy może to tylko babski przesąd.

– Ale ona jest taka zielona – piszczy Sophie. – I mięciutka, i ma karteczkę z imieniem.

Wychodzi na to, że owa Krostka to najnowszy krzyk mody wśród przytulanek.

– Zobaczymy, może dostaniesz ją na urodziny – mówię.

– Na pewno zapomnisz, tak samo jak dzisiaj – syczy Sophie z wyrzutem, ucieka z kuchni i biegnie po schodach na górę.

A mnie nagle rzuca się w oczy czerwone kółeczko w kalendarzu. Godzina trzynasta, herbatka dla dzieci i rodziców. O trzynastej byłam w połowie drogi na szczyt Podstępnej, szukając z Gretą Holly Gardiner.

Kiedy byłam mała, nigdy nie mówiłam tacie, że w szkole jest spotkanie dla dziewczynek i ich mam. Udawałam, że jestem chora, żeby móc zostać w domu i nie musieć patrzeć, jak do każdej koleżanki przychodzi jej mama, bo wiedziałam, że moja nigdy nie stanie w drzwiach klasy.

Sophie leży na łóżku w swoim pokoju.

– Kochanie – odzywam się. – Bardzo cię przepraszam.

Moja córka patrzy mi w oczy.

– Jak już ich wszystkich znajdziesz – wbija mi nóż prosto w serce – to myślisz czasem o mnie?

Nie odpowiadam od razu. Najpierw podnoszę ją z łóżka i sadzam sobie na kolanach.

– Myślę o tobie nawet przez sen – zapewniam.

Czując, jak to drobne ciałko stapia się w jedną całość z moim, wprost nie mogę uwierzyć, że kiedy dowiedziałam się o ciąży, zastanawiałam się, czy jej nie usunąć. Dziecko było nieślubne, a Eric miał dość własnych kłopotów, żeby dorzucać mu jeszcze taką odpowiedzialność. W końcu jednak doszłam do wniosku, że nie potrafię tego zrobić. Chciałam być matką, która nie pozwoli odebrać sobie dziecka bez walki, i to zaciekłej, ciężkiej walki. Chętnie wyobrażam sobie, że moja mama była właśnie taka.

Wychowywanie Sophie – z Erikiem albo samotnie, bo zdarzały się lata, kiedy był nieobecny – okazało się trudniejsze, niż się spodziewałam. Wszelkie sukcesy na tym polu zawdzięczam genialnemu przykładowi, który dał mi ojciec. Winą za każdą porażkę obarczam zły los.

W drzwiach do sypialni staje Eric. Jego widok zapiera mi dech w piersiach – trwa to pół sekundy, zanim umysł zaleją wspomnienia. Sophie ma moje ciemne włosy oraz piegi, i to na szczęście już wszystko. Po nim wzięła natomiast szczupłą sylwetkę i wydatne kości po liczkowe, swobodny, naturalny uśmiech i intrygujące spojrzenie, rozjarzony błękit lodowca.

– Przepraszam za spóźnienie. – Eric muska ustami czubek mojej głowy, a ja nabieram powietrza przez nos, szukając w jego oddechu zdradzieckich śladów alkoholu. Podnosi Sophie z moich kolan, bierze małą na ręce.

Nie wyczuwam ani cierpkiej woni whiskey, ani zbożowo-drożdżowej nuty, jaką pozostawia piwo, ale to oczywiście o niczym nie świadczy. Jeszcze w szkole średniej Eric opanował tysiąc sposobów kamuflażu stanu wskazującego na spożycie.

– Gdzie byłeś? – pytam.

– Ze znajomym w Amazonce. – Z tylnej kieszeni Eric wyciąga zieloną żabkę-przytulankę.

Sophie piszczy z radości, ściskając go tak mocno, że chyba zaraz cały zdrętwieje.

– Podeszła nas z dwóch stron – potrząsam z niedowierzaniem głową. – Spryciara.

– Asekuracja. – Eric stawia małą na podłodze, a ona wypada pędem z pokoju; biegnie na dół, pochwalić się dziadkowi.

Wtulam się w ramiona mojego mężczyzny, zatykając kciuki w tylne kieszenie jego dżinsów. Jego serce bije tuż obok mojego ucha, podaje mi tempo. Przepraszam za brak zaufania, myślę, a na głos pytam:

– Czy ja też dostanę żabkę?

– Już dostałaś. Pocałowałaś ją, a żabka zamieniła się we mnie. Pamiętasz? – Dla zobrazowania swoich słów Eric przesuwa ustami od niewielkiego zagłębienia u dołu mojej szyi – blizny po upadku na sankach, kiedy miałam dwa lata – w górę, aż do samych ust. Czuję smak kawy i smak nadziei i, dzięki Bogu, żadnych innych smaków.

Kiedy pocałunek dobiega końca, stoimy tak w pokoju naszej córki jeszcze przez kilka minut, przytuleni, otoczeni ciszą i spokojem. Zawsze go kochałam. Z krostkami. Ze wszystkim.

Gdy Eric, Fitz i ja byliśmy jeszcze dziećmi, wymyśliliśmy własny język. Mało co już z niego pamiętam, ale kilka słów zawsze przypomnę sobie bez trudu, na przykład valyango, co znaczyło „pirat", i palapala, czyli „deszcz". Było jeszcze jedno słowo, ruskifer, pojęcie nieprzetłumaczalne na angielski, a oznaczające nierówne, powgniatane dno wiklinowego koszyka, w miejscu gdzie wszystkie pręty wikliny splatają się razem; czasami używaliśmy tego słowa na określenie naszej przyjaźni. To było jeszcze zanim wspólna zabawa zaczęła przypominać stały punkt w harmonogramie uporządkowanego małżeństwa, w czasach kiedy prawie każdy dzień zaczynał się od tego, że ja wpadałam do któregoś z chłopaków albo jeden z nich przychodził po mnie i razem szliśmy po drugiego lub też oni obaj zachodzili z rana do mojego domu.

Zimą budowaliśmy śnieżne fortece, drążąc w środku jamy i labirynty korytarzy. Stawialiśmy w nich nawet trzy śnieżne trony i siedzieliśmy na nich, ssąc sople lodu tak długo, aż z zimna martwiały nam wszystkie palce u rąk i nóg. Wiosną dostawaliśmy od taty Fitza watę cukrową z syropu klonowego własnej roboty i biliśmy się na widelce o najdłuższe, najsłodsze pasemka. Jesienią chodziliśmy przez płot „na dzierżawę" do sadu jabłoniowego pana McNaba i zajadaliśmy się macounami, kortlandami i jonatanami; pamiętam, że skórka owoców była nagrzana, ciepła jak nasza własna. Latem przy blasku złapanych w słoik świetlików zapisywaliśmy sobie życzenia i wróżby na przyszłość, a potem chowaliśmy je w dziurze po sęku w pniu starego klonu; miał to być wehikuł czasu, który cofnie nas w przeszłość, kiedy już dorośniemy.

Każde z nas miało własną, wyznaczoną rolę: Fitz był marzycielem, ja taktykiem, a Eric był naszym rzecznikiem, jako ten, kto z równą łatwością potrafił czarować dorosłych, jak i inne dzieciaki. Eric nigdy nie zapominał języka w gębie i zawsze wiedział, co należy powiedzieć, kiedy cała stołówka gapi się na ciebie, bo upuściłaś tacę z obiadem, albo kiedy nauczyciel o coś cię pyta akurat w momencie, gdy wypisujesz listę świątecznych prezentów. Członkowie jego świty chodzili skąpani w blasku przypominającym promienie słońca wpadającego przez szybę okienną, muskające ciepłem nadstawioną twarz.

Początek zmian przypadł na pierwsze studenckie wakacje. Powrót do utartych reguł życia w domu rodzinnym wszystkim nam dawał się we znaki, ale Eric znosił to najgorzej i odżywał tylko wtedy, kiedy wieczorem wybieraliśmy się dokądś we trójkę. Za każdym razem wyciągał nas do jakiegoś baru – znał sporo takich, gdzie wpuszczali nieletnich. Po skończonej zabawie Fitz wracał do domu, a ja szłam z Erikiem na drugi brzeg jeziora w miejskim parku. Kładliśmy na ziemi starą kołdrę i rozbieraliśmy się, przepędzając komary z tych miejsc na naszych ciałach, co do których żywiliśmy konkretne zamiary. Ale kiedy mnie całował, w jego oddechu zawsze czułam alkohol. Nie mogłam ścierpieć tego zapachu. To takie moje dziwactwo, chociaż, jak sądzę, wcale nie mniej absurdalne jak to, że niektórzy ludzie nie znoszą zapachu benzyny i kiedy tankują samochód, muszą wstrzymywać oddech. W każdym razie po pierwszym pocałunku, kiedy w moje nozdrza uderzała ta gorzka woń sfermentowanego alkoholu, odsuwałam się od Erica, a on śmiał się ze mnie i wyzywał od świętoszek. W końcu zaczęłam wierzyć, że faktycznie taka jestem, bo to było łatwiejsze, niż przyznać się przed samą sobą, co tak naprawdę oddala mnie od niego.

Czasami bywa tak, że kroczymy przez życie na oślep – i z całych sił będziemy się zapierać, że to nie my, własnymi palcami, zasupłaliśmy sobie opaskę na oczach. Przez dziesięć lat po skończeniu szkoły średniej Fitz i ja tak właśnie żyliśmy. Kiedy Eric mówił, że pije tylko jedno piwko raz na jakiś czas – wierzyliśmy mu. Odwracaliśmy wzrok, widząc, jak na trzeźwo trzęsą mu się ręce. Kiedy próbowałam porozmawiać na ten temat, słyszałam, że to mój problem, nie jego. A jednak, mimo wszystko, i tak nie potrafiłam zerwać tej znajomości. Eric przewijał się w tle każdego wspomnienia, które przywoływałam z pamięci; pozbyć się ich oznaczało utracić smak dzieciństwa.

Tego dnia, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, Eric rozwalił samochodem wątłą barierkę na skraju drogi i wjechał komuś na pole kukurydzy. Zadzwonił do mnie, żeby opowiedzieć, co się stało, i całą winę zwalił na świstaka, który podobno wyskoczył mu przed maskę. A ja rozłączyłam się i pojechałam do Fitza. „Wydaje mi się, że mamy problem", powiedziałam mu, jakby to był problem całej naszej trójki i w gruncie rzeczy tak właśnie było.

Fitz wysłuchał z moich ust tej prawdy, którą tak skrzętnie skrywaliśmy przed sobą. A potem zdradziłam mu najnowszą sensację, wspaniałą i przerażającą. „Nie poradzę sobie sama", powiedziałam na koniec.

Spojrzał w dół, na mój brzuch, płaski jakby nigdy nic. „Nie jesteś sama", odparł.

Eric był, bez dwóch zdań, człowiekiem, za którym inni poszliby w ogień, ale tego wieczoru zrozumiałam, że Fitz i ja także stanowimy siłę, z którą należy się liczyć. A kiedy pożegnałam się z nim i pojechałam do domu, uzbrojona we wszystkie potrzebne słowa, które Eric miał ode mnie usłyszeć, przypomniało mi się to, co napisałam na kartce tamtego lata, gdy starałam się odgad nąć, jak potoczy się moje życie. Wstydziłam się tego, co napisałam i złożyłam papier trzy razy, żeby Fitz i Eric nie podejrzeli. Ja – chłopczyca wychowana w towarzystwie facetów, bawiąca się z nimi w Wyspę Skarbów albo w Indianę Jonesa, dziewczyna, która tylko jeden jedyny raz w życiu była nieszczęsną damą w opałach, i która nawet wtedy uratowała się samodzielnie – napisałam na tamtej kartce tylko jedno szalone życzenie.

Nadejdzie taki dzień, kiedy zostanę matką.

W Wexton, naszym mieście, pracuje trzech adwokatów. Eric jest jednym z nich. Zajmuje się handlem nieruchomościami i egzekucją testamentów, czasem kogoś rozwiedzie, ale ma też niejakie doświadczenie w sądzie, bo zdarza mu się reprezentować ludzi oskarżonych o prowadzenie pod wpływem alkoholu albo o drobne kradzieże. Zwykle wygrywa swoje sprawy, co mnie akurat nie dziwi ani trochę; w końcu nie raz, i nie dwa zasiadałam na ławie przysięgłych – i zawsze dawałam się przekonać.

Sprawa na wokandzie: mój ślub. Dla mnie wystarczyłoby pojechać do sądu i podpisać dokumenty, ale Eric zaczął przebąkiwać, że może fajnie by było wyprawić huczne wesele i zanim się obejrzałam, byłam zasypana folderami sal bankietowych, nagraniami zespołów weselnych i katalogami florystów.

Po skończonej kolacji siedzę na podłodze w salonie. Kolana mam zasłane próbkami tkanin. Wygląda to jak łaciata kapa zszyta ze ścinków.

– Przecież to wszystko jedno, czy serwetki będą niebieskie czy lazurowe – mruczę sama do siebie. – Lazur to też niebieski, tyle że na sterydach.

Wręczam Ericowi stosik albumów ze zdjęciami; mamy wybrać dziesięć jego portretów i dziesięć moich do czołówki filmu ze ślubu. Otwiera na chybił trafił pierw szy z wierzchu. Na zdjęciu jesteśmy we trójkę, Eric, Fitz i ja. Wbici w zimowe kombinezony, w których wyglądamy jak serdelki, stoimy w otworze wejściowym naszego podwórkowego igloo. Ja w środku, pomiędzy nimi dwoma. Mało jest zdjęć, na których byłoby inaczej.

– Co ja mam na głowie, popatrz – śmieje się Eric, wskazując na swoje włosy. – Wyglądam jak strach na wróble.

– Nie, to ja wyglądam jak strach na wróble. Ty wyglądasz, jakby piorun w miotłę strzelił.

Na zdjęciach z kolejnych dwóch albumów jestem już starsza. Mniej tam portretów całej naszej trójki; zaczynają się serie „Eric i ja", a Fitz udziela się już jakby tylko na okrasę. Bal na zakończenie szkoły średniej: Eric i ja, a na osobnej fotce Fitz z dziewczyną, której imienia nie potrafię sobie przypomnieć.

Kiedy mieliśmy po piętnaście lat, powiedzieliśmy raz rodzicom, że wybieramy się ze szkołą na całodzienną wycieczkę z noclegiem, a zamiast tego zakradliśmy się na wieżę dzwonniczą gmachu biblioteki w Dartmouth, na jej dach, żeby obejrzeć deszcz meteorów. Popijając spirytusową nalewkę na brzoskwiniach, podebraną z barku w domu Erica, patrzyliśmy, jak gwiazdy bawią się w berka z księżycem. W końcu Fitz zasnął, przytulony do butelki, a ja czekałam z Erikiem, aż pokażą się komety, przecinające skosem nieboskłon. „Widziałaś?", zapytał nagle, a kiedy nie udało mi się wypatrzyć na niebie spadającej gwiazdy, wziął mnie za rękę i wskazał ją moim własnym palcem. I już nie puścił.

Kiedy o wpół do piątej rano zeszliśmy z tego dachu, wiedziałam już, jak smakuje pocałunek. I nasza trójka przestała być trójką.

Do salonu zagląda mój ojciec.

– Idę na górę, na telewizję – mówi. – Pozamykaj wszystko, dobrze?

Spoglądam na niego.

– Gdzie są moje zdjęcia z dzieciństwa?

– W albumach.

– Nie… Te wcześniejsze, kiedy miałam cztery, pięć lat. – Podnoszę się z podłogi, siadam prosto. – Można by też wmontować do filmu jakieś twoje zdjęcie ślubne.

Jedyne zdjęcie mojej matki, jakie znajduje się w tym domu, należy do mnie. Widać na nim kobietę, która za chwilę się uśmiechnie. Oglądając je, nie można się nie zastanawiać, dla kogo jest przeznaczony ten uśmiech i z czego ona tak się cieszy.

Ojciec wbija wzrok w podłogę, potrząsa lekko głową.

– No cóż, wiedziałem, że ta chwila musi kiedyś nadejść. Chodźcie.

Prowadzi nas do swojej sypialni. Siadamy na jego dużym, podwójnym łóżku, po tej nieużywanej stronie. Tato wyjmuje z szafy puszkę z napisem „Pepsi-Cola" na wieczku i wysypuje całą jej zawartość na pościel, pomiędzy mnie a Erica: są tam dziesiątki fotografii, na których widać moją mamę, ubraną w kwieciste spódnice i bluzki z cienkiej gazy, z burzą czarnych włosów spływających falami po plecach. Portret weselny: mama w białej, rozkloszowanej sukni, tato wbity w smoking tak obcisły, że wydaje się, jakby za chwilę miał wystrzelić z niego jak korek. Na innych zdjęciach jestem ja, ciasno zawinięta w kocyk; wyglądam jak wielki rogalik, a mama trzyma mnie niezgrabnie na rękach. Jest też jedno, gdzie siedzimy we trójkę na brzydkiej zielonej kanapie: mama, tato, a pomiędzy nimi ja – pomost z pulchnego ciała, zmieszanej krwi.

Czuję się jak badacz, który przybył na obcą planetę z jedną rolką filmu w aparacie, jak uczestnik strajku głodowego zaproszony na bankiet – tych nowych obrazów jest tyle, że muszę sobie powtarzać raz po raz, że nie znikną, powstrzymywać się siłą, żeby nie rzucić się do przeglądania. Policzki nabiegają mi krwią, jakby ktoś mnie uderzył.

– Dlaczego chowałeś to wszystko? – pytam ojca.

On wyjmuje mi z ręki jedno zdjęcie i wpatruje się w nie tak długo, aż nabieram przekonania, że w ogóle zapomniał o naszej obecności.

– Kiedyś trzymałem je na widoku – odzywa się wreszcie – ale ty wciąż pytałaś, kiedy mama wróci do domu. A mnie się zdarzało, że przechodząc obok półki, na której je ustawiłem, zatrzymywałem się ni stąd, ni zowąd i gapiłem się na nie przez dziesięć minut, przez pół godziny, przez pół dnia. Schowałem te zdjęcia nie dlatego, że nie chciałem ich oglądać, ale dlatego, że nie pragnąłem robić nic innego, jak tylko patrzeć na nie. – Odkłada ślubne zdjęcie z powrotem do puszki, przysypuje innymi. – Możesz je wziąć – mówi do mnie. – Wszystkie.

Wychodzi, zostawiając nas w ciemniejącej sypialni. Eric dotyka fotografii leżącej na samym wierzchu, delikatnie, jakby to była kulka dmuchawca.

– Wybierz to – mówi cicho. – Chcę mieć ciebie na tym zdjęciu.

Kiedy nie udaje mi się kogoś odnaleźć, taki człowiek pozostaje w mojej pamięci. Przechowuję w niej nastolatka, który w lodowaty marcowy poranek skoczył z mostu kolejowego Fairlee-Orford do rzeki Connecticut; kobietę z North Conway, która zniknęła bez śladu, zostawiając ogień pod garnkiem i dziecko w kojcu; niemowlę porwane z samochodu zaparkowanego przed pocztą w Stratford, pozostawione na chwilę przez opiekunkę, która miała dużą paczkę do wysłania i nie mogła go zabrać ze sobą. Niekiedy ich widuję; stają za moimi plecami, kiedy myję zęby, ich twarze migają mi w ostatniej chwili przed zaśnięciem albo, tak jak dziś, budzą mnie w środku nocy i nie pozwalają z powrotem zasnąć.

Jest wieczór. W powietrzu wisi gęsta mgła, ale Greta i ja znamy tę okolicę na pamięć, bo tędy biegną nasze szlaki treningowe. Siadam na omszałej kłodzie, a Greta obwąchuje teren. Nad moją głową z gałęzi zwisa coś, co jest żółte i ma kształt kuli.

Jestem małą dziewczynką. Przyglądałam mu się, jak sadził w ogródku drzewko cytrynowe, a teraz tańczę dookołaroślinki. Chciałabym zrobić lemoniadę, ale na gałęziachnie ma żadnych owoców, bo nasze drzewko to dopiero małedziecko. „Kiedy będą cytrynki?", pytam go. „Jeszcze trochę", odpowiada. Siadam obok, na ziemi i patrzę, jak krzaczek rośnie. „To ja poczekam", oświadczam. Na te słowa onpodchodzi i bierze mnie za rękę. „Chodź, grilla", mówi.„Skoro mamy tu siedzieć tyle czasu, to lepiej przynieść sobie coś na ząb".

Bywają sny, które potrafią w nocy zawieruszyć się gdzieś w ustach, a rano ulatują z pierwszym ziewnięciem. Ale to wspomnienie jest zbyt rzeczywiste. Jakby naprawdę coś takiego się zdarzyło.

Mieszkam w New Hampshire od urodzenia. Żadne drzewo cytrusowe nie zniesie klimatu w tym stanie, gdzie białe jest już Halloween, a nie dopiero Boże Narodzenie. Zdejmuję z gałęzi żółtą kulkę; to podziobana bryłka ulepiona z łoju i ziarna dla ptaków.

Grilla. Co to znaczy grilla?

Nie przestaję o tym myśleć nawet następnego ranka, po odwiezieniu Sophie do przedszkola. Żeby jej wynagrodzić moje wczorajsze zachowanie, zostałam z nią dziesięć minut. Pobawiłyśmy się klockami, namalowałyśmy razem obrazek, puszczałyśmy mydlane bańki. Zaplanowałam sobie na ten dzień poranny trening terenowy z Gretą, ale gdy wsiadałam do samochodu, rzucił mi się w oczy port fel ojca, leżący na podłodze. Kilka dni temu tato pojechał na stację po benzynę. Podskoczę do klubu seniora i oddam mu zgubę; przynajmniej tak mu się odwdzięczę.

Zajeżdżam na klubowy parking i otwieram tylną klapę. Greta uderza krótko ogonem w podłogę. Każę jej zostać. Na siedzeniu, gdzie jeździ mój pies, wożę dodatkowo sprzęt do pierwszej pomocy, duży termoizolowany pojemnik na wodę, kilka różnych kompletów uprzęży oraz smycze.

Nagle czuję ukłucie w nadgarstek; coś mi łazi po ręce. Serce natychmiast rusza galopem, a gardło zaciska się boleśnie. Zawsze tak się dzieje, wystarczy, że pomyślę o pająku, kleszczu albo jakimś innym robalu. Zrywam kurtkę z ramion. Na mojej skórze stygnie pot. Zastanawiam się, czy ten pająk poleciał gdzieś daleko, czy może wylądował mi przy samych butach.

Nie wiem, dlaczego prześladuje mnie ta fobia. Szukałam przecież ludzi w górach, chodziłam po występach i półkach skalnych. Wiem, co to znaczy stanąć oko w oko z uzbrojonym przestępcą. Ale pokażcie mi najmniejszego pajęczaka – i w jednej chwili nakrywam się nogami.

Przez całą drogę do klubu seniora uspokajam się głębokimi wdechami. Zastaję ojca w sali, gdzie odbywają się wszystkie imprezy. Stoi z boku, przyglądając się wtorkowym ćwiczeniom jogi.

– Cześć – wita mnie szeptem, nie chcąc przeszkadzać swoim klubowiczom, wykonującym powitanie słońca. – Co się stało?

Wyciągam jego portfel z kieszeni.

– Nie rozglądałeś się za tym?

– Aha, to tam się zapodział – uśmiecha się. – Ileż pożytku ma ojciec z córki, która zawodowo zajmuje się szukaniem różnych zgub.

– To akurat znalazłam w sposób staroświecki – informuję go. – Czyli przypadkiem.

Ojciec wychodzi z sali na korytarz.

– I tak wiedziałem, że kiedyś do mnie wróci – mówi. – Wszystko wraca. Masz czas na małą kawkę?

– Nie bardzo – odpowiadam, ale pozwalam się zaprowadzić do mikroskopijnej kuchenki, wręczyć sobie kubek kawy, a potem zaciągnąć do gabinetu taty. Kiedy byłam mała, przesiadywałam z nim tutaj, a on załatwiał sprawy przez telefon, jednocześnie zabawiając mnie magicznymi sztuczkami, które wyczyniał za pomocą biurowych spinaczy i chusteczek do nosa. Podnoszę z jego biurka przycisk do papieru, kamień pomalowany tak, żeby wyglądał jak biedronka. To prezent ode mnie; zrobiłam go dla niego, kiedy miałam mniej więcej tyle lat, ile teraz ma Sophie. – Już dawno mógłbyś to wyrzucić – mówię mu.

– Bardzo lubię tę biedronkę. – Wyjmuje mi ją z dłoni i kładzie pośrodku biurka.

– Tato – pytam – czy my mieliśmy kiedyś drzewko cytrynowe?

– Co takiego? – Zanim zdążę powtórzyć pytanie, ojciec marszczy brwi i kiwa na mnie ręką. – Poczekaj. Coś ci wystaje… Nie, niżej… Pozwól. – Nachylam się, a on przesuwa stuloną dłonią po moim karku. – A oto przed państwem Zdumiewająca Cordelia! – słyszę starą zapowiedź z naszych wspólnych występów, a potem tato wyciąga mi zza ucha sznur pereł. – To były jej perły. – Z tymi słowami prowadzi mnie do lustra wiszącego na drzwiach do gabinetu. Jak przez mgłę przypominam sobie oglądane wczoraj zdjęcie weselne. Ojciec staje za mną i zapina zameczek. Spoglądamy razem w lustro, w którym odbija się ktoś, kogo nie ma.

Redakcja „New Hampshire Gazette" jest w Manchesterze, największym mieście naszego stanu, ale Fitz pracuje najczęściej w swoim gabinecie, urządzonym w drugiej sypialni mieszkania, które wynajmuje w Wex ton. Na dole znajduje się pizzeria, a przewodami odprowadzającymi gorące powietrze snuje się zapach sosu marinara. Wchodzimy po schodach. Pazury Grety postukują na linoleum. Obok drzwi Fitza stoi naturalnej wielkości kartonowy Chewbacca z „Gwiezdnych wojen". Wiem, że za nim, na haczyku, wisi klucz; zdejmuję go i otwieram sobie.

Klucząc wśród stosów ubrań rzuconych niedbale na podłogę i stert książek, które zawsze mnożą się tutaj jak króliki, docieram w końcu do Fitza siedzącego przy komputerze.

– Hej – witam się. – Obiecałeś, że założysz dla nas trop.

Greta wpada do pokoju i pakuje mu się na kolana, co prawie się jej udaje. Fitz drapie ją energicznie za uszami; suka wpiera się w jego tors jeszcze mocniej, zrzucając z blatu kilka fotografii.

Podnoszę je z podłogi. Na jednej widać człowieka z dziurą w głowie; w dziurze tkwi zapalona świeczka. Drugie zdjęcie przedstawia uśmiechniętego chłopca, który w każdym oku ma dwie źrenice. Podaję obie fotki właścicielowi.

– Krewni? – zagaduję.

– Dostałem zamówienie na artykuł z serii „Nie do wiary". – Fitz macha podobizną człowieka z gromnicą w czerepie. – Ten pan, jak piszą, wykazał się nadzwyczajną pomysłowością i pracował jako nocny strażnik. Znalazłem też traktat medyczny z roku 1911, opisujący przypadek jedenastoletniego dziecka, które miało ząb trzonowy na stopie.

– No i co? – Wzruszam ramionami. – Każdy ma jakieś swoje dziwactwo. Eric potrafi zwinąć język w koniczynkę, ty robisz taką ohydną rzecz z oczami…

– Chodzi ci o to? – uśmiecha się Fitz, ale w porę uciekam wzrokiem. – A ty dostajesz małpiego rozumu na widok tatuażu w kształcie pajęczyny – kończy za mnie.

Odwracam się z powrotem do niego.

– Zawsze bałam się pająków?

– Odkąd tylko cię znam – pada odpowiedź. – Może w poprzednim życiu byłaś muchą?

– A jeśli tak?

– Żartowałem. Kiedy ktoś ma lęk wysokości, to nie znaczy od razu, że sto lat temu był alpinistą i spadł w przepaść.

Od słowa do słowa – i opowiadam Fitzowi o drzewku cytrynowym. O tym, że pamiętam gorące promienie słońca kładące się złocistą koroną na mojej głowie. Że drzewko posadzono w ziemi czerwonej jak krew. Że na podeszwie miałam trzy litery: ABC.

Fitz słucha, założywszy ręce na piersi. Łowi każde moje słowo. Z taką samą uwagą wysłuchiwał mnie, kiedy miałam dziesięć lat i opowiadałam mu, że w nogach mojego łóżka siedział duch Indianina.

– No tak – odzywa się w końcu. – Inna sprawa, gdybyś zwierzyła mi się, że we wspomnieniach paradujesz w krynolinie albo strzelasz z muszkietu… Może to są jakieś zapomniane obrazy z twojego obecnego życia. Prowadzi się teraz rozmaite badania nad tak zwanym syndromem odzyskanych wspomnień. Pomyszkuję trochę, może coś wyszperam.

– Wydawało mi się, że odzyskane wspomnienia są zazwyczaj traumatyczne. Czy cytrusy mogą wywołać szok?

– Lachanofobia – odpowiada Fitz bez namysłu. – Lęk przed warzywami. To chyba zrozumiałe, że praktycznie każde piętro piramidy pokarmowej może powodować jakąś fobię.

– Twoi staruszkowie nie żałowali funduszy na wykształcenie synka. Ile na ciebie poszło?

Fitz szczerzy zęby w uśmiechu i sięga po smycz Grety.

– Gdzie chcecie mnie tropić?

Mamy to opracowane od dawna. Zdejmie bluzę i zostawi ją na dole, przy schodach, na próbkę zapachu dla Grety. Potem zacznie kluczyć po uliczkach, ścieżkach i zagajnikach. Będzie nam uciekał przez pięć kilometrów, dziesięć, piętnaście – dopóki starczy mu ochoty. Damy mu kwadrans forów, a potem do dzieła.

– Gdzie sobie życzysz – odpowiadam, absolutnie pewna, że znajdziemy go, gdziekolwiek by się zaszył.

Zdarzyło się raz, że szukałyśmy uciekiniera, a znalazłyśmy tylko jego zwłoki. Martwe ciało momentalnie zmienia zapach; w miarę jak zbliżałyśmy się do celu, do Grety zaczynało docierać, że coś jest nie tak. Kiedy zobaczyłam chłopaka wiszącego na gałęzi potężnego dębu, zmiękły mi nogi. Runęłam na kolana, nie mogąc złapać tchu, myśląc tylko o jednym: o ile się spóźniłam. Byłam tak wstrząśnięta, że dopiero po chwili zwróciłam uwagę na zachowanie Grety: suka zakręciła się za własnym ogonem, skomląc, a potem położyła się na ziemi, zakrywając łapami nos. Po raz pierwszy znalazła coś, czego wcale nie chciała znaleźć – i nie wiedziała, co zrobić z tym odkryciem.

Trop był zawiły. Fitz kluczył; po wyjściu z domu zajrzał do pizzerii, potem przeszedł środkiem Main Street, skręcił za stacją benzynową, przekroczył niewielki strumień i zszedł po stromym zboczu na brzeg rzeczki, której koryto jest naturalnie ukształtowane jak zjeżdżalnia w basenie. Dopadłyśmy go dopiero po dziewięciu kilometrach, przy czym ja przemoczyłam spodnie po same kolana. Greta wywęszyła Fitza za młodniakiem, gdzie mokre liście lśniły jak monety.W nagrodę za udane poszukiwanie Fitz rzucił jej ulubionego faszerowanego łosia.

– Kto jest mądry? Który piesek jest mądry?

Odwiozłam go do domu, a potem pojechałam po Sophie do przedszkola. Czekając na dzwonek, obejrzałam sobie moje perły. Jest ich pięćdziesiąt dwie – tyle lat miałaby dziś moja mama, gdyby nie umarła. Przesuwam je w palcach niczym paciorki różańca, do każdego dodając gorące pragnienie – żebyśmy byli szczęśliwi z Erikiem, żeby Sophie omijały wszelkie nieszczęścia, żeby Fitz znalazł sobie kogoś na całe życie, żeby mój ojciec nie zaczął chorować. Kiedy kończą mi się intencje, do każdej perły dodaję jedno wspomnienie. O niej. Przywołuję ten dzień, kiedy zabrała mnie do zoo – pamięć podsunęła mi ten obraz zaledwie kilka dni temu, pobudzona zdjęciem z któregoś albumu. Widzę ją jak przez mgłę, tańczącą boso w kuchni. Czuję dotyk jej palców, mydlących mi głowę szamponem dla dzieci.

W kolejnym przebłysku dostrzegam ją leżącą na łóżku, zalaną łzami.

Nie chcę, żeby ten obraz wypadł ostatni, więc tasuję wspomnienia jak talię kart, kładąc na samym końcu tamten jej taniec. Wyobrażam sobie, że każde wspomnienie jest jak ziarnko piasku, dookoła którego uformowała się perła; twarda skorupa chroni je, nie pozwala się zatrzeć, zetrzeć na pył, ulecieć z wiatrem.

To Sophie wpada na pomysł, żeby grać z psem w gry planszowe; po obejrzeniu w telewizji powtórki „Konia, który mówi" oświadcza, że Greta jest mądrzejsza od wszystkich koni na świecie. Ku mojemu zdumieniu, Greta podejmuje wyzwanie. Kiedy przychodzi kolej Sophie, suka wchodzi łapami na planszę gry Tarapaty i próbuje poturlać kości nosem. Widok jest niewiarygodny.

– Tato! – śmieję się głośno. Ojciec jest na górze, składa pranie. – Chodź, musisz to zobaczyć.

Dzwoni telefon i od razu włącza się sekretarka, a z głośnika płynie głos Fitza:

– Delia, jesteś w domu? Muszę z tobą pogadać.

Zrywam się, sięgając po słuchawkę, ale Sophie jest szybsza. W mgnieniu oka podbiega do aparatu i przerywa połączenie.

– Obiecałaś – mówi z naciskiem, ale jeszcze zanim przebrzmi to słowo, jej wzrok przyciąga to, co dzieje się za moimi plecami.

Odwracam się. Za oknem miga czerwono-niebieski sygnał policyjny. Trzy radiowozy zatarasowały podjazd, a do drzwi zbliżają się dwaj policjanci.

Natychmiast cała sztywnieję. Jeśli otworzę te drzwi, usłyszę coś, czego nie chcę usłyszeć – że Eric prowadził po pijanemu i siedzi w areszcie, że miał wypadek. Albo coś jeszcze gorszego.

Kiedy rozlega się dzwonek do drzwi, nie ruszam się z miejsca, siedzę bez ruchu z założonymi rękami. Muszę, inaczej kompletnie się rozkleję. Kolejny dzwonek; słyszę, jak Sophie obraca gałkę w drzwiach.

– Mama w domu, myszko? – pyta jeden z policjantów. Znam go; Greta i ja pomogłyśmy mu kiedyś odszukać bandytę, który uciekł z miejsca przestępstwa. – Dobry wieczór, Delio – wita się ze mną.

Dobywam z siebie głosu, który brzmi głucho jak dzwon pod wodą:

– Dobry wieczór, Rob. Czy coś się stało?

W jego oczach widzę wahanie.

– Przyszliśmy zobaczyć się z twoim ojcem.

Natychmiast zalewa mnie fala ulgi. Skoro chcą widzieć się z ojcem, to znaczy, że nie chodzi o Erica.

– Zawołam go – mówię, ale odwróciwszy się, widzę, że już stoi w drzwiach. W ręce ma parę moich skarpetek. Zwija je starannie w kulkę i podaje mi.

– W czym mogę panom pomóc? – zwraca się do policjantów.

– Pan Andrew Hopkins? – pyta drugi z nich. – Mamy nakaz aresztowania pana za ukrywanie się przed wymiarem sprawiedliwości w związku z porwaniem nieletniej Bethany Matthews.

W dłoni Roba dostrzegam kajdanki.

– To jakaś pomyłka – wtrącam się, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. – Mój ojciec nikogo nie porwał.

– Ma pan prawo zachować milczenie. – Rob recytuje dalszy ciąg formułki. – Wszystko, cokolwiek pan powie, może zostać wykorzystane przeciwko panu w sądzie. Ma pan prawo do adwokata, ma pan prawo zażądać, aby adwokat był obecny podczas każdego przesłuchania…

– Zadzwoń do Erica – mówi ojciec. – On będzie wiedział, co robić.

Policjanci wyprowadzają go z domu. W mojej głowie kłębią się setki pytań: Dlaczego mu to robicie? Skąd to straszne nieporozumienie? Ale przez gardło ściśnięte niczym garotą przedziera się zupełnie inne zdanie, takie, które mnie samą zaskakuje:

– Kto to jest Bethany Matthews?

A ojciec, który ani na chwilę nie oderwał ode mnie oczu, odpowiada:

– To byłaś ty.

ERIC

Mało brakowało, a spóźniłbym się na spotkanie. Wszystko przez tę wywrotkę, której nie mogłem wyprzedzić. Służby komunalne w Wexton mają takich kilkanaście, a wszystkie o tej porze roku, w marcu, jeżdżą wyładowane po brzegi śniegiem zbieranym z chodników, parkingów i stacji benzynowych. Kiedy napada go tyle, że zaczyna brakować miejsca do odgarniania śniegu, na przykład kiedy zdarzy się śnieżyca, ładuje się to wszystko na wywrotki i wywozi. Kiedyś wyobrażałem sobie, że te ciężarówki jadą na południe, w kierunku Florydy i kiedy cały ładunek stopnieje, zawracają. W rzeczywistości wygląda to jednak inaczej: po prostu zrzucają wszystko do wąwozu, który biegnie skrajem miejskiego pola golfowego. Zbiera się tam taka góra śniegu, że jeszcze w czerwcu, kiedy temperatura sięga nawet dwudziestu trzech stopni Celsjusza, dzieciaki przychodzą w to miejsce z sankami. W szortach.

Najbardziej zdumiewający w tym wszystkim jest absolutny brak wszelkich przykrych konsekwencji. Można by się spodziewać, że takie zwały zamarzniętej wody muszą spowodować powódź o sile, która zniesie kilka samochodów albo zamieni autostradę międzystanową w rwącą rzekę. Tymczasem nie: ziemia pod spodem jest prawie sucha. Dlaczego tak się dzieje, dowiedzieliśmy się na fizyce: otóż śnieg znika bez śladu. Jest to jedna z tych substancji, które ze stałego stanu skupienia przechodzą bezpośrednio w gazowy, z pominięciem fazy ciekłej. Nazywa się to sublimacją.

Co ciekawe, drugie znaczenie tego słowa poznałem dopiero na moich spotkaniach. W psychologii sublimacja oznacza wykorzystanie energii jakiegoś mało szlachetnego popędu do realizacji innego celu, o większej wartości etycznej.

Ciężarówka odbija w prawo, na drogę dojazdową. Wymijam ją, dociskając gaz. Przejeżdżam obok baru, który w ciągu ostatnich sześciu miesięcy trzykrotnie zmieniał właściciela. Kawałek dalej znajduje się stary sklep spożywczo-przemysłowy, gdzie wciąż jeszcze sprzedają te same cukierki na wagę co kiedyś; czasami kupuję je dla Sophie. Potem mijam fermę drobiową, przyglądając się pękatym walcom z siana ułożonym pod ścianą stodoły i w końcu zatrzymuję wóz na parkingu, wyskakuję z niego i szybkim krokiem wchodzę do budynku.

Jeszcze się nie zaczęło. Ludzie wciąż oblegają stół z kawą i ciastkami, pogadując w małych grupkach, zmuszeni okolicznościami do wytworzenia zażyłej atmosfery. Panowie w garniturach stoją obok kobiet w spodniach od dresu, starszawi mężczyźni obok chłopaków, którzy jeszcze muszą poczekać na pełny zarost. Niektórzy, jak mi wiadomo, mieszkają nawet o godzinę jazdy samochodem stąd. Podchodzę do męskiej grupki, gdzie ciska się gromy na drużynę Bruins, pobitą na głowę w rozgrywkach playoff.

Migoczą zapalane jarzeniówki. Prowadzący prosi nas o zajęcie miejsc. Ucisza zebranych i rzuca kilka uwag wstępnych. Siadam obok pewnej pani, która usi łuje bezszelestnie otworzyć torebkę dropsów owocowych. Unosi głowę, zauważa, że się jej przyglądam, i częstuje mnie, oblawszy się rumieńcem.

Zielone jabłko.

Staram się ssać otrzymany od niej cukierek, zamiast go pogryźć, ale cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Nic nie pomaga wyobrażanie sobie, jak drops w moich ustach robi się cieniutki jak opłatek; miażdżę go zębami i połykam. Następuje chwila ciszy; podnoszę rękę, a prowadzący uśmiecha się do mnie zachęcająco.

– Mam na imię Eric – przedstawiam się, wstając. – Jestem alkoholikiem.

Po ukończeniu studiów prawniczych miałem kilka możliwości zatrudnienia. Mogłem przyjąć propozycję prestiżowej kancelarii w Bostonie, gdzie klienci płaciliby dwieście pięćdziesiąt dolarów za godzinę mojej pracy; mogłem wykazać się humanitaryzmem i zostać obrońcą z urzędu – kilkanaście okręgów miało wolne stanowiska; mogłem też odbyć aplikację w Stanowym Sądzie Najwyższym. Tymczasem zamiast wybrać obiecującą karierę, ja wróciłem do Wexton i założyłem własną kancelaryjkę. Bo co się okazało: muszę być tam, gdzie jest Delia.

Pierwszy lepszy facet mógłby wam opowiedzieć, jak to było, kiedy zrozumiał, że kobieta stojąca obok niego jest tą, z którą chce spędzić resztę życia. W moim wypadku było nieco inaczej: miałem Delię obok siebie od tak dawna, że zorientowałem się, o co chodzi, dopiero gdy jej zabrakło w pobliżu. Studiowaliśmy w miastach odległych o osiemset kilometrów; kiedy dzwoniłem i włączała się automatyczna sekretarka, przed oczami stawał mi nieodmiennie jakiś nieznajomy adorator, który właśnie w tym momencie robił mi krecią robotę. Muszę przyznać, że odkąd sięgam pamięcią, byłem obiektem uczuć tej dziewczyny i teraz dostawałem szału na samą myśl, że po raz pierwszy w życiu miałbym się zmierzyć z jakąś konkurencją. Żeby przepędzić obsesyjne myśli na jej temat, zacząłem „wyskakiwać na piwko" i, niestety, tych piwek zaczęło przybywać, aż w końcu zamiast jednego wlewałem w siebie sześć albo dziesięć.

Można powiedzieć, że picie mam we krwi. Każdy coś czytał o dzieciach alkoholików, wszyscy wiedzą, co mówią statystyki. Kiedy byłem mały, dałbym sobie rękę uciąć, że nigdy, przenigdy nie zrobię z siebie tego, co moja matka – i miałbym szanse powodzenia, gdyby nie ta szaleńcza tęsknota za Delią. Gdy nie było jej w pobliżu, czułem w sobie ogromną pustkę, którą musiałem czymś wypełnić. A w rodzinie Talcottów wypełniało się ją właśnie tym.

Zabawne. Zacząłem pić na umór, bo chciałem, żeby Delia patrzyła tylko i wyłącznie na mnie, chciałem widzieć jej oczy zwrócone na mnie, na nikogo innego – i z tego samego powodu zerwałem z nałogiem. Delia nie jest tak po prostu kobietą, z którą chcę spędzić resztę życia; ona jest powodem, dla którego jeszcze żyję.

Mam dziś spotkanie z potencjalnym klientem, który okazuje się wroną o imieniu Węgielek. Węgielek podobno wypadł z gniazda – tak informuje mnie pan Martin Schnurr, który znalazł ptaka i zaopiekował się nim. Jednak nawet po powrocie do zdrowia Węgielek przylatywał do pana Schnurra, do jego domu w Hanoverze, a on zaczął go karmić okruszkami ciastek i wystawiać mu zimną kawę w miseczce. I nie wadziłoby to nikomu, gdyby pewnego dnia Węgielek nie postraszył dzieci sąsiadów. Zawiadomiono odpowiednie władze. Okazało się, że istnieją przepisy dotyczące ptaków wędrownych, w tym wron. Jego samozwańczy opiekun nie posiada licencji na opiekę nad ptakiem tego gatunku.

– Uciekł im z państwowego schroniska. – W głosie pana Schnurra brzmi duma. – Sam do mnie trafił, a to będzie z piętnaście kilometrów.

– Wolny jak ptak – kiwam głową. – A w jaki sposób ja mogę panu pomóc?

– Ci z wydziału ochrony środowiska znów tutaj po niego przyjadą. Chcę otrzymać orzeczenie sądu, że nie mogą mi go zabrać – pada odpowiedź. – Jeśli będzie trzeba, to mogę iść z tym do Sądu Najwyższego.

Prędzej nastąpi koniec świata, niż sprawa pana Schnurra i jego Węgielka stanie na wokandzie w Waszyngtonie, ale nie dostaję szansy, żeby wyjaśnić to ptasiemu dobroczyńcy, bo nagle drzwi otwierają się z hukiem i do mojego gabinetu wpada Delia, rozhisteryzowana i zalana łzami. Drętwieję. Spodziewam się najgorszego: coś się stało Sophie. Klient przestaje dla mnie istnieć. Wyprowadzam Delię na korytarz i tam usiłuję dowiedzieć się prawdy.

– Aresztowali ojca – słyszę. – Jedź tam, Eric. Musisz tam jechać.

Nie mam bladego pojęcia, za co Andrew mógł trafić do aresztu. Nie dopytuję się o to zresztą. Delia ufa, że potrafię wyjaśnić tę sprawę i, jak zwykle, jej wiara we mnie dodaje mi skrzydeł: zaczynam wierzyć, że rzeczywiście zdołam to zrobić.

– Zajmę się tym – uspokajam ją, chociaż tak naprawdę chcę powiedzieć: „Nie bój się. Jestem z tobą".

Nigdy nie bawiliśmy się w moim domu; co najwyżej na podwórku. Codziennie wstawałem wcześnie, żeby być tym pierwszym, który zapuka do drzwi Delii albo Fitza, a jeśli już umówiliśmy się, że zbiórka jest u mnie, nigdy nie zapraszałem ich do środka. Siedzieliśmy na tarasie z tyłu domu albo w garażu. Tajemnica, ukrywana przeze mnie tak skrzętnie, wyszła na jaw, kiedy miałem dziewięć lat.

To był ten zimowy sezon, kiedy Fitz zaczął grać w hokeja w drużynie juniorów. Tym sposobem Delia i ja zostawaliśmy po południu we dwójkę. Delia od najmłodszych lat chodziła z kluczem na szyi, bo jej tata pracował do późna w klubie seniora. Nie przejmowała się tym wcale, aż kiedyś zobaczyła w telewizji film o jakimś facecie, który miał brata bliźniaka i kazał po śmierci przesłać mu swój palec serdeczny w pudełku wysłanym aksamitem. Od tej pory nie lubiła zostawać sama. Zaczęła wymyślać różne preteksty, żebyśmy szli po lekcjach do niej – a mnie było w to graj, choćby dlatego, że nie musiałem siedzieć u siebie. Ale jednak zawsze zaglądałem najpierw do domu. Miałem pod ręką tysiąc wymówek: że muszę zostawić tornister, wziąć cieplejszą bluzę, dać mamie do podpisania kartkę ze stopniami. Potem szedłem do Delii, do domu obok.

Pewnego dnia przystanęliśmy na rozwidleniu dróg, gdzie po jednej stronie mieszkała Dee, a po drugiej ja.

– Żebym na ciebie nie czekała! – usłyszałem od niej.

W domu przywitała mnie głucha cisza. Zły znak. Obszedłem wszystkie pokoje, wołając mamę i znalazłem ją wreszcie na podłodze w kuchni. Była nieprzytomna.

Tym razem leżała inaczej niż zwykle, na boku, z policzkiem w gęstej kałuży wymiocin. Kiedy zapaliłem światło, mrugnęła – oczy miała rubinowe.

Podniosłem butelkę i wylałem resztkę burbona do zlewu. Odciągnąłem mamę o krok dalej i wytarłem podłogę papierowym ręcznikiem. Potem stanąłem za jej plecami, ująłem ją pod pachy i zaparłem się z całych sił, usiłując unieść jej korpus na tyle, żeby móc zataszczyć ją do pokoju, na kanapę.

– Może ci jakoś pomogę? – usłyszałem głos Delii.

Dopiero to pytanie, zadane cichym głosem, uświadomiło mi, że stała w drzwiach kuchni już dobrą chwilę. Kiedy je zadała, byłem odwrócony, więc nie mogła spoj rzeć mi w oczy – i bardzo dobrze. Razem ułożyliśmy mamę na kanapie, bokiem, żeby się nie udławiła, gdyby znowu zebrało jej się na wymioty. Włączyłem telewizor i znalazłem jakąś telenowelę, którą lubiła oglądać. Nagle usłyszałem jej bełkot:

– Eric, kotku, weź mi przynieś… – Odpłynęła, zanim zdążyła dokończyć zdanie. Obejrzałem się; Delii już nie było.

Trudno powiedzieć, żebym się zdziwił. Bo prawdę mówiąc, dlatego właśnie tak się kryłem z tym przed nimi, dwójką moich najlepszych przyjaciół: gdyby dowiedzieli się prawdy, uciekliby gdzie pieprz rośnie. Tego byłem pewien.

Wróciłem do kuchni, ciągnąc za sobą nogi, jakby były z ołowiu. Delia stała na środku z gąbką w dłoni, mierząc wzrokiem podłogę.

– Czy płyn do dywanów jest tylko do dywanów? – zapytała.

– Idź do siebie – powiedziałem, udając, że pochłania mnie fascynujący deseń linoleum, malutkie niebieskie kropki.

Delia podeszła do mnie. Zobaczyła we mnie świra, którym naprawdę byłem. Dotknęła palcem swojej piersi, kreśląc na niej krzyżyk.

– Nikomu nie powiem – przyrzekła.

Poczułem na policzku zdradziecką łzę. Otarłem ją zaciśniętą pięścią.

– Lepiej sobie idź – powtórzyłem, chociaż to była ostatnia rzecz, której w tym momencie sobie życzyłem.

– Dobrze – zgodziła się. I została.

Komisariat w Wexton jest taki sam jak inne małomiasteczkowe komisariaty: bryłowata betonowa budowla z masztem flagowym wyrastającym na trawniku niczym łodyga tulipana-giganta. Dyspozytorka otrzymuje tak mało wezwań, że ogląda w pracy telewizję; mały przenośny odbiornik stoi wprost na jej biurku. Całą ścianę zajmuje malowidło przedszkolaków zatytułowane: „Dziękujemy panu komendantowi, że dba o nasze bezpieczeństwo". Wchodzę, przedstawiam się jako adwokat Andrew Hopkinsa i proszę o widzenie z klientem.

Odzywa się brzęczyk u drzwi i wchodzi policjant z dystynkcjami sierżanta. Zabiera mnie i prowadzi przez labirynt korytarzy, do sekretariatu. Żądam udostępnienia nakazu aresztowania, udając przy tym, jak zrobiłby każdy obrońca, że wiem o wiele więcej niż naprawdę, przynajmniej na razie. Przebiegam dokument wzrokiem, starając się nie okazać po sobie zdziwienia na widok tego, co jest w nim napisane. Porwanie?

Andrew Hopkins oskarżony o porwanie. Równie dobrze można by oskarżyć Matkę Teresę o herezję. Ten człowiek, o ile mi wiadomo, nigdy w życiu nie dostał mandatu, nie mówiąc już o zarzutach o popełnienie przestępstwa. Andrew to wzorowy ojciec: troskliwy, szalenie przywiązany do córki. W dzieciństwie oddałbym wszystko, żeby mieć takiego. Nie dziwię się wcale, że Delia wpadła w histerię. Kiedy ma się ojca, który jest, w pełnym znaczeniu tego słowa, osobą publiczną i nagle zostaje on oskarżony o to, że jest kimś zupełnie innym – to rzeczywiście można dostać świra.

W areszcie są dwie cele. Zwykle zajmują je pijani kierowcy, którzy muszą odespać bal; tę po lewej znam z własnego doświadczenia. Andrew siedzi w drugiej, na żelaznej pryczy. Na mój widok wstaje.

Nigdy przedtem nie myślałem o nim jak o starym człowieku, a przecież ma już prawie sześćdziesiąt lat i w mdłym świetle więziennej żarówki nie wygląda nawet o jeden dzień młodziej. Zaciska palce na prętach.

– Gdzie jest Delia? – pyta.

– Wszystko w porządku. To ona przysłała mnie tutaj. – Podchodzę bliżej i opieram się o kratę. Nie podejmuję rozmowy, dopóki sierżant nie wyjdzie. – O nic się nie martw, Andrew – uspokajam. – Na pewno cię z kimś pomylili. Odwołamy się, wszystko wyjaśnimy, a potem może jeszcze coś dostaniesz za straty moralne. Powiedz mi teraz…

– To nie jest pomyłka – przerywa mi Andrew łagodnym głosem.

Na chwilę odbiera mi mowę. Mogę tylko patrzeć na niego. Andrew chce powtórzyć swoje wyznanie, ale nie daję mu dojść do słowa.

– Nic nie mów – unoszę dłoń. – Nic już nie mów, dobrze?

Część mojej świadomości przełączyła się na automatyczny tryb „adwokat". Kiedy klient przyznaje się do winy, a większość wcale nie chce się z nią kryć, adwokat zatyka uszy i robi swoje. I to niezależnie od oskarżenia. Nieważne, czy chodzi o ciężkie przestępstwo czy o wykroczenie, o morderstwo czy o – Boże jedyny – porwanie. Zawsze istnieje sposób na to, żeby przemyślnie przedstawić sytuację ławie przysięgłych, uczulić ich na niuanse, subtelne odcienie sprawy.

Ale inna część mojej świadomości nie ma nic wspólnego z pracą adwokata. Ta część to narzeczony Delii. Człowiek, który musi poznać prawdę, żeby przekazać ją potem córce oskarżonego. Cóż to za zwyrodnialec, który kradnie czyjeś dziecko? Gdyby ktoś porwał mi Sophie, co bym mu zrobił, jeśli tylko dostałbym go w swoje ręce?

Ponownie przebiegam wzrokiem nakaz aresztowania.

– Bethany Matthews – odczytuję głośno nazwisko.

– To… było jej nazwisko.

Nie musi dodawać nic więcej; w jednej chwili domyślam się, do kogo należało to nazwisko. Że dziewczynka, którą porwano w poprzednim życiu, to Delia.

Zdaję sobie sprawę – lepiej niż większość ludzi – że nie wszyscy bandyci ubierają się w czarne skóry i że nie każdy złoczyńca nosi na czole wielki znak ostrzegawczy. Przestępcy jeżdżą tymi samymi autobusami co my. Pakują nam zakupy w sklepie spożywczym, wypłacają gotówkę w banku i uczą nasze dzieci. Nie różnią się od nas niczym. I właśnie dlatego udaje im się unikać kary.

Prawniczy głos wewnętrzny zaleca mi ostrożność i rozwagę, przypomina, że mogą istnieć okoliczności łagodzące, o których dotąd nie wiem. Reszta mojej świadomości zastanawia się, czy Delia płakała, kiedy ją zabierał. Czy się bała. Ile lat jej matka szukała zaginionej córki.

Czy wciąż jej szuka.

– Posłuchaj, Eric…

– Jutro w sądzie stanowym zostanie ci przedstawiony akt oskarżenia z zarzutem o uchylanie się od wymiaru sprawiedliwości – przerywam mu. – Ale zasadność tego oskarżenia potwierdziła wielka ława przysięgłych w Arizonie. Aby się bronić, będziemy musieli tam polecieć.

– Eric…

– Andrew – odwracam się do niego plecami – nie mogę. Nie w tej chwili. – Podchodzę do drzwi, ale w ostatniej chwili cofam się. Wracam pod celę. – Czy Delia to twoja córka?

– Oczywiście!