Czarownice z Salem Falls - Jodi Picoult - ebook
Opis

Jack St. Bride, nauczyciel w prywatnej szkole dla dziewcząt, nie ma innego wyjścia - musi całkowicie zerwać ze swoim dawnym życiem, które legło gruzach z powodu zakochanej w nim uczennicy. Szukając miejsca, w którym mógłby się ukryć i pogrzebać przeszłość, trafia do sennego miasteczka Salem Falls w Nowej Anglii. Powrót do nauczania nie wchodzi w grę, zostaje więc pomywaczem w małej restauracji należącej do Addie Peabody. Wkrótce między właścicielką a skromnym, bezpretensjonalnym Jackiem rodzi się uczucie. Niestety, w sielskim miasteczku mieszka też czwórka skrywających mroczne tajemnice nastolatek, które obierają sobie Jacka za cel niecnych knowań. Rozpętuje się współczesne polowanie na czarownice i Jack po raz kolejny musi walczyć z wymiarem sprawiedliwości oraz z uprzedzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 752

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


POLECAMY

BEZ MOJEJ ZGODY

ZAGUBIONA PRZESZŁOŚĆ

ŚWIADECTWO PRAWDY

DZIESIĄTY KRĄG

JESIEŃ CUDÓW

CZAROWNICE Z SALEM FALLS

W IMIĘ MIŁOŚCI

JAK Z OBRAZKA

DZIEWIĘTNAŚCIE MINUT

DESZCZOWA NOC

KARUZELA UCZUĆ

PRZEMIANA

KRUCHA JAK LÓD

DRUGIE SPOJRZENIE

W NASZYM DOMU

LINIA ŻYCIA

TAM GDZIE TY

GŁOS SERCA

PÓŁ ŻYCIA

ANITA SHREVE

DRUGA MIŁOŚĆ

WYZNANIA

TRUDNA MIŁOŚĆ

HISTORIA PEWNEGO LATA

TRUDNE DECYZJE

SKRADZIONY CZAS

PRZEKLEŃSTWA MIŁOŚCI

Tytuł oryginału

SALEM FALLS

Copyright © 2001 by Jodi Picoult

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Ewa Wójcik

Ilustracja na okładce

Photographer’s Choice/Getty Images/Flesh Press Media

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Eliz Czerwińska

Hanna Szamalin

ISBN 978-83-7839-312-2

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Toma, z wyrazami miłości

– żeby cały świat się dowiedział,

jak wiele dla mnie znaczysz.

Podziękowania

Gdybym umiała posługiwać się czarami, jak niektóre postaci tej książki, poprosiłabym o nieograniczoną wiedzę dla siebie. Ponieważ jednak jej nie posiadam, moja powieść zawdzięcza swój kształt wielu ekspertom, którym pragnę tutaj gorąco podziękować.

Wyrazy wdzięczności chciałabym złożyć następującym osobom: grupie lekarzy i psychiatrów, bez protestu udzielających mi wszelkich konsultacji o różnych porach dnia i nocy: dr. Davidowi Toubowi, dr. Jimowi Umasowi, dr Tii Horner, dr Marybeth Durkin, a także dwójce toksykologów – Janowi Scheinerowi i Betty Martin. Serdecznie dziękuję również detektywowi porucznikowi Frankowi Moranowi za informacje dotyczące policyjnej procedury postępowania z ofiarami gwałtu; Chrisowi Farinie, który odsłonił przede mną tajniki restauracyjnej kuchni, oraz Lisie Schiermeier, specjalistce od profilowania DNA, która komuś o tak mało naukowym zacięciu jak ja zdołała wyjaśnić podstawy genetyki. Dziękuję Aidanowi Curranowi za podsunięcie dowcipu o niezapłodnionych jajkach; Steve’owi Ivesowi za informacje dotyczące baseballu i sokole, redaktorskie oko; Dianie i Duncanowi Watsonsom za scenę z uprzedzaniem życzeń klientów; Teresie Farinie za pracę nad tekstem i Halowi Friendowi za wirtualną wycieczkę po nowojorskim Lower East Side. Dzięki pracom Starhawk i Scotta Cunninghama zrozumiałam podstawy wiccańskich wierzeń. Kiki Keating pomogła mi nakreślić wątek kryminalny, Chris Keating służył mi nieocenionymi wiadomościami z zakresu prawa potrzebnymi do rozwinięcia wspomnianego wątku, a Jennifer Sternick wykonała tak wspaniałą pracę przy opisie procesu, że będę robić wszystko, by już zechciała zostać moim stałym konsultantem prawniczym. Dziękuję również Laurze Gross, Camille McDuffie i Jane Picoult za wkład w ostateczny kształt i dystrybucję tej powieści. Najszczersze wyrazy wdzięczności kieruję też do JoAnn Mapson – dzięki naszym roboczym sesjom ta książka nabrała dużo pełniejszego kształtu, a przede wszystkim ja uwierzyłam w sens jej tworzenia. Na koniec chciałabym jak najgoręcej podziękować Kipowi Hakala i Emily Besler z Pocket Books. Gdyby każdy autor miał wsparcie tak cudownego duetu redaktorów, świat wydawniczy byłby najpiękniejszym ze światów.

Marzec 2000

North Haverhill, New Hampshire

Po przejściu kilku kilometrów Jack St. Bride postanowił całkowicie zerwać ze swoim dawnym życiem.

Wędrował bez celu drogą numer dziesięć i kulił się z zimna. Rano włożył spodnie khaki, białą koszulę, eleganckie półbuty na cienkiej podeszwie i pasek z miękkiej, gładkiej skóry – ubranie, które ostatnio miał na sobie pięć tysięcy siedemset sześćdziesiąt godzin temu. W sierpniu ubiegłego roku leżało na nim jak ulał; teraz granatowa marynarka wydawała się za luźna, a spodnie żałośnie opadały w talii. Jednak tym, co przede wszystkim traciło się w więzieniu, nie były kilogramy, lecz duma.

Tęsknił do zimowej kurtki, ale kiedy człowiek wychodzi z więzienia, wkłada na siebie to, w czym tam trafił. I zabiera to, co wniósł. Dlatego Jack miał przy sobie czterdzieści trzy dolary – te same, które się znajdowały w jego portfelu owego upalnego popołudnia, gdy go zamykali – a także kilka kluczy otwierających drzwi do miejsc, gdzie nie był już mile widziany, oraz listek gumy do żucia.

Zwalnianych z więzienia zazwyczaj odbierali członkowie rodziny. Albo przynajmniej organizowali im transport do domu. Na Jacka nikt nie czekał, sam też nie pomyślał o jakimś środku lokomocji. Kiedy zamknęła się za nim brama, gdy kłapnęła niczym stalowa szczęka, po prostu ruszył pieszo przed siebie.

Śnieg wciskał się w buty, a przejeżdżające ciężarówki ochlapywały mu spodnie zimnym, rozjeżdżonym błotem. Niespodziewanie na poboczu zatrzymała się taksówka i kierowca odkręcił szybę, ale Jack uparcie brnął naprzód, pewien, że samochód przyjechał po innego pasażera.

– Problemy z wozem? – zawołał taksówkarz.

Jack obejrzał się przez ramię, nie zauważył jednak na poboczu żadnych innych osób.

– Podróżuję na piechotę – odkrzyknął więc w odpowiedzi.

– Beznadziejna pogoda na taką podróż – zauważył mężczyzna.

Jack wpatrywał się w niego w milczeniu. Na palcach jednej ręki mógł policzyć luźne pogawędki, w jakich uczestniczył minionego roku. Zamknął się w sobie, bo tak było najprościej. I najbezpieczniej.

– Dokąd pan zmierza?

Chodzi o to, że Jack nie miał pojęcia. Przed zwolnieniem nie rozważył wielu istotnych, życiowych kwestii: jak i za co się utrzyma?, czym się będzie poruszał?, gdzie zamieszka? Zdecydował, że nie wróci do miasteczka Loyal w stanie New Hampshire – nie zamierzał nawet zabierać stamtąd swojego dobytku. No bo na co mu pozostałości po czasach kariery, która legła w gruzach; po człowieku, którego chciał odesłać w niepamięć?

– Słuchaj, przyjacielu – taksówkarz zmarszczył brwi – może jednak wskoczysz do środka?

Jack skinął głową i zastygł w oczekiwaniu. Nie rozległ się jednak głośny, wibrujący dźwięk brzęczyka ani trzask odskakującej blokady. I wówczas sobie uświadomił, że w świecie poza murami nie musi czekać na szczęk zamków, żeby gdzieś wejść lub skądś wyjść.

I

Jack i Jill pod górkę szli

Z wiadrem, do studni, po wodę.

Potknęli się, stoczyli w dół

I Jack rozbił sobie głowę.

Wstał i do domu ruszył w cwał,

Biegł co sił w nogach po prostu,

By matka zakleiła guz

Plastrem z papieru i octu.

Czyż najlepszą pokutą nie jest pokuta publiczna?

ARTHUR MILLER, „CZAROWNICE Z SALEM”

Marzec 2000

Salem Falls, New Hampshire

W dniu, który Addie Peabody uznała za drugi z najgorszych dni swojego życia, chłodnia i zmywarka zepsuły się jednocześnie niczym para starych kochanków, którzy już nie potrafią bez siebie żyć. Dla każdego takie wydarzenie byłoby ciężką próbą nerwów, ale dla niej, właścicielki restauracji Do-Or-Diner, urosło do rozmiarów apokaliptycznej katastrofy. Przygnębiona przycisnęła dłonie do stalowych drzwi chłodni, jakby wierzyła, że zdoła ją wskrzesić siłą własnej woli.

Sama nie wiedziała, co jest w tej sytuacji gorsze: narażenie się na złamanie przepisów sanitarnych czy utrata potencjalnego dochodu. Dziesięć kilo suchego lodu – niemal cały zapas lokalnego sklepu z artykułami medycznymi – nie sprawdzało się w działaniu. Jeszcze parę godzin, a trzeba będzie wyrzucić kilka trzyipółlitrowych wiaderek z sosem mięsnym, duszoną wołowiną i bulionem z kurczaka, ugotowanymi tego ranka.

– Wezmę się do lepienia bałwana – zdecydowała po chwili.

– Teraz? – Delila, kucharka, zmarszczyła brwi i skrzyżowała na piersi ręce potężne jak u kowala. – Wiesz, Addie, nigdy nie chciałam słuchać, gdy wszyscy dokoła nazywali cię wariatką, ale…

– Włożę go do chłodni. Może w ten sposób uda się uratować potrawy do czasu, aż zjawi się serwisant.

– Bałwany mają to do siebie, że się topią – stwierdziła Delila, ale Addie widziała, że pomysł ją zaintrygował.

– To usuniemy jego szczątki i ulepimy następnego.

– A tymczasem klienci sami się obsłużą?

– Nie. Poproszę, żeby nam pomogli. Przyniesiesz śniegowce dla Chloe?

Jak na dziesiątą rano restauracja świeciła pustkami. Z sześciu lóż tylko dwie były zajęte: jedna przez matkę z małym dzieckiem, druga przez faceta o wyglądzie biznesmena, właśnie strząsającego z laptopa okruchy muffinki. Przy barze, nad kubkami z kawą garbili się Stuart i Wallace – dwaj wiekowi stali bywalcy, kłótliwie omawiający nagłówki z porannego wydania miejscowej gazety.

– Panie i panowie! – odezwała się głośno Addie. – Mam przyjemność ogłosić rozpoczęcie zimowego festynu restauracji Do-Or-Diner. Pierwszą atrakcją będzie konkurs na najlepszą śniegową rzeźbę, więc jeżeli zechcecie wyjść na zewnątrz, niezwłocznie rozpoczniemy zabawę…

– Dziś na dworze straszny ziąb! – zaoponował Wallace.

– To oczywiste. W innym wypadku mielibyśmy przecież festyn letni. Zwycięzca naszego konkursu… będzie przez miesiąc jadać śniadania na koszt lokalu.

Stuart i Wallace wzruszyli ramionami – to dobry znak. Mała dziewczynka zaczęła energicznie podskakiwać na siedzeniu, niczym popcorn pęczniejący na patelni. Tylko biznesmen zdawał się nieprzekonany, gdy więc inni wychodzili na tyły restauracji, Addie podeszła do jego stolika.

– Proszę posłuchać – oświadczył sucho – nie mam zamiaru lepić bałwana, okay? Chcę jedynie w spokoju zjeść śniadanie.

– Cóż, przykro mi, ale chwilowo nie serwujemy posiłków. Zajmujemy się twórczością artystyczną. – Uraczyła go jednym ze swoich najbardziej promiennych uśmiechów.

Mężczyzna pozostał niewzruszony. Rzucił na stół garść drobnych, chwycił palto i podniósł się energicznie.

– Pani jest stuknięta.

Addie patrzyła w spokoju, gdy wychodził na ulicę.

– Wiem – mruknęła. – Wszyscy tak mówią.

*

Na zewnątrz Stuart i Wallace, sapiąc ciężko w szaliki, lepili całkiem udatnego pancernika. Delila wyczarowała śniegowego kurczaka, udziec jagnięcy i gigantyczny strąk fasoli. Mała dziewczynka, wciśnięta w kombinezon w kolorach szarości i granatu, położyła się na plecach i energicznie kreśliła orła na śniegu.

Addie przypomniała sobie, jak przed laty Chloe zapytała: „To niebo, gdzie się idzie po śmierci, jest nad czy pod miejscem, z którego leci śnieg?”.

– Masz piekielne szczęście – odezwała się Delila. – A co byś zrobiła, gdyby nie byłoby teraz śniegu?

– Czy kiedykolwiek widziałaś, żeby w marcu nie leżał u nas śnieg? To nie jest żadne szczęście. O szczęściu mogłabym mówić, gdyby serwisant zjawił się dzień wcześniej, niż zapowiedział.

Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki rozległ się nagle donośny, męski głos.

– Halo, jest tu kto?

– Siedzimy na dworze! – odkrzyknęła Addie i poczuła drobne ukłucie rozczarowania, gdy zamiast fachowca, zza rogu wyszedł młody policjant. – O, cześć, Orren. Wpadłeś na kawę?

– Um… nie, Addie. Jestem tu służbowo.

Poczuła lekki zawrót głowy. Czyżby niezadowolony biznesmen zdążył w tak ekspresowym tempie zawiadomić inspekcję sanitarną? I czy jakikolwiek policjant ma prawo zażądać od niej zamknięcia lokalu? Zanim jednak zdążyła wyartykułować swoje wątpliwości, Orren odezwał się ponownie.

– Chodzi o twojego ojca – wyjaśnił, rumieniąc się gwałtownie. – Został aresztowany.

*

Addie wpadła na posterunek jak burza – aż dwuskrzydłowe drzwi odbiły w zawiasach, zgarniając do środka podmuch lodowatego powietrza.

– Jezu – jęknął dyżurny sierżant. – Mam nadzieję, że Wes Courtemanche znalazł sobie dobrą kryjówkę.

– Gdzie on jest? – ostrym tonem zapytała Addie.

– Jeżeli miałbym zgadywać, powiedziałbym, że w męskim kiblu, zabarykadowany w jednej z kabin. Albo wcisnął się w pustą szafkę w szatni i zatrzasnął na głucho. – Sierżant podrapał się w zamyśleniu po policzku. – Chociaż teraz mi się właśnie przypomniało, że jak pewnego dnia moja żona wstąpiła na wojenną ścieżkę, schowałem się w bagażniku radiowozu.

– Nie mówię o funkcjonariuszu Courtemanche – wycedziła Addie przez zaciśnięte zęby. – Mam na myśli mojego ojca.

– A, Roya! Jest na dołku. – Mężczyzna się skrzywił, jakby przypomniał sobie coś bolesnego. – Ale jeżeli przyszłaś go wyciągnąć, i tak będziesz musiała porozmawiać z Wesem.To on dokonał aresztowania. – Podniósł słuchawkę telefonu. – Usiądź, Addie. Dam ci znać, jak będzie wolny.

Addie spiorunowała go wzrokiem.

– I bez ciebie się dowiem. Skunksa zawsze można wyczuć na długo przedtem, zanim się pojawi.

– Ejże Addie, czy doprawdy wypada mówić w ten sposób o człowieku, który ocalił twojemu ojcu życie?

W granatowym mundurze, z policyjną odznaką błyskającą niczym trzecie oko Wes Courtemanche był tak olśniewająco przystojny, że większość kobiet z Salem Falls w swoich fantazjach posuwała się do przestępstwa. Addie jednak wystarczyło tylko jedno spojrzenie, by stwierdzić – zresztą nie po raz pierwszy w życiu – że niektórzy mężczyźni powinni się rodzić z datą przydatności do użycia.

– Aresztowanie sześćdziesięciopięciolatka jakoś mi się nie kojarzy z ratowaniem życia.

Wes ujął ją delikatnie za łokieć i poprowadził w głąb korytarza, z dala od oczu i uszu dyżurnego.

– Addie, twój ojciec znowu prowadził pod wpływem alkoholu.

Zaczęły ją palić policzki. Dla nikogo w Salem Falls nie było tajemnicą, że Roy Peabody za dużo pije, a już miesiąc temu całkiem przebrał miarę, gdy w zamroczeniu nie zapanował nad kierownicą i trzasnął samochodem w pomnik Gilesa Coreya – jedynego mężczyzny, który padł ofiarą urządzonego przez purytanów polowania na czarownice. Wówczas Roy stracił prawo jazdy, Addie zaś, dla jego bezpieczeństwa, oddała rozbity samochód na złom. Jej własna mazda stała teraz bezpiecznie zaparkowana przy restauracji. Jakim więc autem mógł kierować Roy?

Jakby czytając w jej myślach, Wes wyjaśnił:

– Jechał poboczem międzystanowej dziesiątki na kosiarce do trawy.

– Na kosiarce do trawy… – powtórzyła głucho Addie. – Wes, coś takiego nie rozwija więcej niż dziesięć kilometrów na godzinę.

– Dwadzieścia pięć, ale to nieważne. Chodzi o to, że Roy nie ma prawa jazdy, a więc nie wolno mu prowadzić żadnych pojazdów mechanicznych po drogach publicznych.

– Może działał z powodu wyższej konieczności…

– Zapewne to była wyższa konieczność, Addie. Skonfiskowaliśmy mu świeżutką, nienapoczętą półlitrówkę wódki… Wracał do domu z North Haverhill, z tamtejszego monopolowego. – Wes zawiesił głos i spojrzał baczniej na Addie masującą ze znużeniem skronie. – Czy mógłbym coś dla ciebie zrobić? Cokolwiek?

– Jak na jeden dzień zrobiłeś aż nadto, Wes. Rany, aresztowałeś mojego ojca, bo szalał po szosie na kosiarce do trawy! Zapewne odznaczą cię Purpurowym Sercem lub czymś w tym rodzaju, skoro z tak wielkim poświęceniem zatroszczyłeś się o bezpieczeństwo publiczne.

– Chwila moment, Addie. Ja się zatroszczyłem o bezpieczeństwo… o bezpieczeństwo Roya. Pomyśl tylko, co by się stało, gdyby jakaś ciężarówka ścięła zakręt i uderzyła w twojego ojca? Albo gdyby zasnął za kółkiem?

– Czy mogę już go zabrać do domu?

Wes spojrzał na nią przeciągle, a Addie odniosła wrażenie, że przenika jej myśli i sortuje niczym kartotekę – sięga po niektóre z nich z zainteresowaniem i ze znudzeniem odkłada pozostałe. Zacisnęła mocno powieki.

– Jasne – odparł w końcu. – Chodź za mną.

Poprowadził ją na tyły posterunku, do pokoju zatrzymań, gdzie stało duże biurko, za którym urzędował funkcjonariusz pełniący dyżur w areszcie. Obok biurka znajdował się wysoki kontuar, a na nim poduszki z tuszem do pobierania odcisków palców. W mrocznej głębi majaczyło trio maleńkich cel.

– Nie zamierzam rejestrować tego zatrzymania, Addie – Wes dotknął lekko jej ramienia.

– Ależ jesteś łaskawy!

Parsknął śmiechem i ruszył ku celom, a chwilę później Addie usłyszała, jak zakratowane drzwi otwierają się z metalicznym poświstem miecza wyciąganego z pochwy.

– Zgadnij, kto na ciebie czeka, Roy?

Głos ojca był słodki, sączył się leniwie niczym płynny miód.

– Moja Margaret?

– Niestety nie. Już minęło pięć lat, jak Margaret od nas odeszła, zapomniałeś?

Mężczyźni wynurzyli się zza załomu. Roy Peabody całym ciężarem wisiał na Wesie. Miał białe włosy, gęste i miękkie jak puch gołębicy, oraz błękitne oczy, w których zawsze się czaił jakiś sekret. Jeżeli chciał, potrafił być doprawdy czarujący.

– Addie! – zapiał radośnie. – Najlepsze życzenia z okazji urodzin!

Rzucił się gwałtownie na szyję córce, aż ugięły się pod nią kolana.

– Chodź, tato. Zabieram cię do domu.

Wes wsunął kciuk za pasek.

– Pomóc ci zapakować go do auta?

– Nie, dzięki. Damy sobie radę.

W tej chwili ojciec wydawał się jej bardziej kruchy i bezcielesny niż Chloe, mimo to przemierzali korytarz ciężko i pokracznie – jak uczestnicy wyścigu w workach.

Wes przytrzymał otwarte drzwi.

– Cóż, Addie, bardzo mi przykro, że w twoje urodziny musiałem cię tu ściągnąć w tak niemiłej sprawie.

Nie obejrzała się na niego – nawet nie zwolniła kroku.

– Nie mam dziś urodzin – wycedziła i wyprowadziła ojca z posterunku.

*

O szóstej trzydzieści Gillian Duncan zapaliła zapałkę i machała termometrem nad płomieniem tak długo, aż wskazał temperaturę, która z łatwością przekonała ojca, że Gilly jest zbyt chora, aby iść do szkoły. W efekcie cały ranek spędziła w łóżku, słuchając Alanis Morissette, czesząc i układając swoje długie, rude włosy oraz malując paznokcie u rąk i nóg na jarzeniowoniebieski kolor. Mimo że skończyła siedemnaście lat i z powodzeniem mogła zadbać o siebie, ojciec wziął wolny dzień, by w razie czego być pod ręką. To ją wkurzyło, a jednocześnie sprawiło jej cichą satysfakcję. Jako właściciel zakładów farmaceutycznych i największy pracodawca w Salem Falls Amos Duncan był powszechnie uważany za najbogatszego i najbardziej zapracowanego obywatela miasta. A jednak zawsze miał czas dla córki: zajmował się nią czule od czasu, gdy Gilly skończyła osiem lat – od czasu, gdy zmarła mama.

Wczesnym popołudniem dostawała już obłędu z nudów i była nawet gotowa posunąć się do tak drastycznego kroku, jak przejrzenie szkolnego podręcznika, ale szczęśliwie ocalił ją dźwięk gongu przy drzwiach wejściowych. Gilly pilnie nadstawiła ucha i podchwyciła dobiegające z dołu głosy przyjaciółek.

– Dzień dobry, panie D. – To bez wątpienia Meg. – Jak się miewa Gillian?

Zanim zdążył odpowiedzieć, do rozmowy włączyła się Whitney.

– Przyniosłyśmy żelki. Moja mama mówi, że wyciągają gorączkę. A nawet jeżeli to nieprawda, wystarczy, że bosko smakują.

– Mamy też dla niej pracę domową – dorzuciła Chelsea. Była najnowszą przyjaciółką Gilly, zakompleksioną z powodu wysokiego wzrostu, nieśmiałą dziewczyną, która często popadała w zakłopotanie.

– Dzięki Bogu, że się zjawiłyście – odrzekł Amos. – Trudno mi rozpoznać własną córkę, o ile nie jesteście wszystkie razem. Sprawdzę tylko, czy przypadkiem nie śpi.

Gillian zanurkowała pod kołdrę, desperacko próbując zrobić zbolałą minę. Ojciec uchylił drzwi i zerknął do środka.

– Masz dość sił na przyjęcie gości, Gilly?

Usiadła na łóżku, przecierając oczy.

– Uhm. Mogą trochę posiedzieć.

Skinął głową, po czym krzyknął na dziewczęta. Szarżę na sypialnię Gillian poprowadziła Meg i wkrótce na schodach poniosło się echo galopu ciężkich butów.

– Rany, mój cały dom zmieściłby się w tym pokoju – szepnęła Chelsea, wchodząc do środka.

– Ano tak, przecież pierwszy raz jesteś w tym pałacu – zauważyła Whitney.

Gillian zerknęła z ukosa na ojca. W Salem Falls powszechnie żartowano, że chociaż miasteczko rozciągało się głównie po zachodniej stronie drogi, dom Duncanów stał na skraju strony wschodniej, ponieważ Amos chciał mieć widok na swoje rozległe królestwo, a jednoczenie nie zamierzał się pospolitować z plebsem.

– Tej wiosny rozpoczniemy budowę mostu zwodzonego – wtrącił z kamienną twarzą.

Chelsea spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Naprawdę?

Whitney parsknęła śmiechem. Lubiła ojca Gillian – wszystkie go lubiły. Dobrze wiedział, jak sprawić, żeby nastolatki swobodnie się czuły w jego towarzystwie.

– Jeżeli ją za bardzo wymęczycie, zapędzę was do kopania fosy – oznajmił srogo, po czym mrugnął do Chelsea i zamknął za sobą drzwi.

Dziewczyny rozłożyły się na dywanie. Przypominały wianuszek lilii unoszących się na stawie.

– I co robiłaś? – zainteresowała się Meg. – Oglądałaś kolejny odcinek „Passions”?

Meg Saxton była najlepszą przyjaciółką Gilly. W wieku siedemnastu lat wciąż jeszcze nie straciła dziecięcej pulchności, a jej twarz okalała burza brązowych loków.

– Nie miałam ochoty na żadne opery mydlane. Ucięłam sobie drzemkę.

– Drzemkę? Wydawało mi się, że tylko udajesz chorobę.

Gillian wzruszyła ramionami.

– Ja nie udaję. Wprawiam się w metodzie Stanisławskiego.

– Cóż, dla twojej informacji, test z trygonometrii był naprawdę wredny – odezwała się Whitney, jedynaczka, córka miejskiego radnego, zachwycająca swoją delikatną urodą. Szybko rozerwała opakowanie z żelkami i włożyła jedną do ust. – Nie mogłybyśmy przypadkiem wymyślić zaklęcia, dzięki któremu wszystkie dostałybyśmy szóstki?

Chelsea rozejrzała się nerwowo po wielkim, pięknym pokoju, po czym popatrzyła pytająco na Gillian.

– Jesteś pewna, że możemy uprawiać czary, gdy twój ojciec siedzi na dole?

Oczywiście, że mogły – i z pewnością będą to za chwilę robić. Studiowały Sztukę już niemal od roku i właśnie w tym celu zebrały się tutaj dzisiejszego popołudnia.

– Przecież bym was nie zapraszała, gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości – odparła Gilly, wyciągając spod materaca skoroszyt w czarno-białej oprawie. Na naklejce okrągłymi literami wypisano tytuł: „Księga Cieni”. Podniosła się z łóżka i poczłapała do sąsiadującej z sypialnią łazienki. Rozległ się odgłos płynącej z kranu wody i chwilę później Gillian wyszła z napełnioną szklanką w dłoni.

– Masz – wyciągnęła szklankę ku Whitney. – Pij.

Whitney pociągnęła mały łyk i natychmiast wypluła wodę na podłogę.

– Ohyda! Jest słona!

– Jasne – odparła Gilly; chodziła wkoło przyjaciółki i sypała sól na dywan, zakreślając w ten sposób święty krąg. – Wolałabyś tracić czas na kąpiel? A może znasz lepszy sposób samooczyszczenia?

Krzywiąc usta, Whitney pociągnęła kolejny łyk, po czym przekazała szklankę pozostałym.

– Dzisiaj musimy się streszczać – oznajmiła Meg. – Mama mnie zabije, jeżeli nie będę w domu przed wpół do piątej.

Usiadła na podłodze dokładnie naprzeciwko Gillian, a Whitney i Chelsea utworzyły pozostałe rogi czworokąta. Gilly chwyciła Whitney za rękę i wówczas przez uchylone okno wdarł się powiew zimnego powietrza. Whitney dotknęła dłoni Meg, a wtedy lekko przygasło światło lampki stojącej na nocnym stoliku. Gdy Meg ujęła dłoń Chelsea, zatrzepotały strony skoroszytu. A kiedy Chelsea chwyciła rękę Gillian, powietrze stało się tak gęste, że trudno było oddychać.

– Jakiego koloru jest twój krąg? – Gilly zwróciła się do Chelsea.

– Niebieski.

– A twój?

Meg zamknęła oczy.

– Różowy.

– Mój jest srebrny – mruknęła Whitney.

– A mój czysto złoty – oznajmiła Gillian.

Trzymając się mocno za ręce, siedziały z zamkniętymi oczami. Przez ten rok już się nauczyły, że nie trzeba mieć otwartych oczu, by wszystko widzieć jasno. Ich umysły płynęły ku stożkowi mocy, podczas gdy kolorowe pierścienie splotły się w gruby krąg zamykający przyjaciółki w swoim wnętrzu.

*

– No nie. Znowu to samo? – westchnęła Delila, gdy Addie wciągnęła Roya Peabody’ego do kuchni.

– Przynajmniej ty sobie odpuść. – Addie mocno zacisnęła zęby, ponieważ ojciec boleśnie nadepnął jej na stopę.

– To Delila? – zachrypiał Roy, wyciągając przed siebie szyję. – Najładniejsza kucharka w całym New Hampshire?

Addie zdołała wepchnąć ojca na wąskie schody prowadzące z kuchni do jego mieszkania na górze.

– Czy Chloe nie sprawiała ci kłopotów? – rzuciła przez ramię do Delili.

– Najmniejszych, skarbie. – Delila ponownie westchnęła. – Najmniejszych.

Addie i Roy wdrapali się na górę tylko dzięki czystej sile woli.

– Powinieneś usiąść, tato – powiedziała miękko Addie i zaprowadziła go do fotela o wystrzępionym obiciu, stojącego w tym samym miejscu, od kiedy sięgała pamięcią.

Przez podłogę i warstwę wykładziny dywanowej do mieszkania wpływał zapach potrawki przygotowanej przez Delilę na godziny szczytu, czyli porę lunchu: marchewka, duszona wołowina, tymianek. W dzieciństwie Addie wierzyła, że wdychanie tych aromatów czyni restaurację cząstką jej organizmu – taką samą jak krew czy kości. Kiedyś ojciec z pewnością miał identyczny stosunek do tego miejsca, jednak od siedmiu lat jego noga nie postała w kuchni restauracji. Niekiedy Addie się zastanawiała, czy nie odczuwał z tego powodu bólów fantomowych, jak po stracie ręki lub nogi, i czy nie pił, żeby stępić cierpienie.

Przykucnęła przy jego fotelu.

– Tatusiu… – wyszeptała.

– Moja dziewczynka – wzruszył się Roy.

Addie również była bliska łez.

– Chciałabym cię prosić o przysługę. W Do-Or-Diner codziennie panuje taki ruch, że sama już nie daję sobie rady. Jesteś mi potrzebny…

– Och, Addie. Przestań.

– Zająłbyś się tylko kasą. Nie musiałbyś w ogóle wchodzić do kuchni.

– Wcale mnie nie potrzebujesz do obsługi kasy. Po prostu chcesz mnie mieć cały czas na oku.

– To nieprawda! – Addie zarumieniła się gwałtownie.

– W porządku, kochanie. – Położył dłoń na dłoni córki i lekko ścisnął jej palce. – Miło wiedzieć, że kogoś jeszcze obchodzi, gdzie jestem i co robię.

Addie postanowiła wreszcie powiedzieć ojcu to, co powinna mu wyznać kilka lat temu, w owych miesiącach po śmierci mamy, kiedy – zbyt zajęta utrzymywaniem restauracji na powierzchni – nie dostrzegła, że ojciec tonie. I już otwierała usta, ale nagle zabrzmiał dzwonek telefonu.

– Zejdź tu natychmiast – zarządziła Delila. – Mówiłaś, że to twój kiepski dzień? Cóż, właśnie się zmienia w koszmar.

*

– Coś pan mówił? – Oczy taksówkarza spotkały się w lusterku wstecznym z oczami Jacka.

– Nie.

– Czy ta okolica wygląda znajomo?

Jack wcześniej skłamał kierowcy – ale czymże było jedno kłamstwo w całym łańcuchu pozostałych? Powiedział, że nie pamięta nazwy miasteczka, które jest celem jego podróży, lecz wie z całą pewnością, że droga numer dziesięć przebiega przez jego centrum. I bez wątpienia je rozpozna, gdy tylko się znajdą na głównej ulicy.

Teraz, czterdzieści minut później, spojrzał uważnie przez okno. Przejeżdżali przez niewielką, ale zamożną miejscowość, z typowym dla Nowej Anglii kościołem o białej iglicowej wieży. Na ulicach ujrzał kobiety w butach do konnej jazdy, z zaaferowaniem biegające od sklepu do sklepu. Jackowi to miasteczko zbytnio przypominało atmosferę snobistycznego Loyal, szczycącego się prywatnym, prestiżowym liceum Westonbrook, pokręcił więc przecząco głową.

– To nie tutaj.

Szukał miejsca, w którym mógłby się ukryć, zniknąć na jakiś czas dla świata i zastanowić się, co dalej począć ze swoim życiem. Powrót do nauczania w żadnym razie nie wchodził w grę. Chodzi o to, że Jack nigdy nie robił niczego innego. W Westonbrook pracował przez cztery lata… potężna wyrwa do ominięcia w rozmowach kwalifikacyjnych, gdyby zamierzał się ubiegać o pracę w pokrewnym zawodzie. Nie wspominając już o fakcie, że nawet kierownik zwykłego McDonalda mógł go zapytać, czy kiedykolwiek był karany.

Jednostajne kołysanie samochodu sprawiło, że zapadł w drzemkę. Śnił mu się Aldo, współwięzień, z którym pracował na farmie. Jego dziewczyna przyjeżdżała do Haverhill i niczym Króliczek Wielkanocny zostawiała mu różne skarby na polu: butelkę whisky, hasz, kawę rozpuszczalną. Pewnego razu sama się rozłożyła nago na kocu i czekała cierpliwie, aż Aldo nadjedzie traktorem. „Nie przyspieszaj”, napominał Jacka, ilekroć razem wyruszali w pole. „Nigdy nie wiadomo, co się nam może trafić”.

– Dojeżdżamy do Salem Falls. – Ze snu wyrwał go głos taksówkarza.

Niebieska tablica z ręcznie wymalowaną nazwą obwieszczała dodatkowo, że miasteczko jest siedzibą firmy Duncan Pharmaceuticals. Miejscowość rozpościerała się wachlarzowato od centralnego błonia, zwieńczonego spiżowym pomnikiem, żałośnie przekrzywionym w lewo, jakby ktoś z przeciwnej strony huknął w niego taranem. Na obrzeżu placu rozsiadły się trzy świeżo odmalowane budynki: bank, dom towarowy i urząd miejski. Miasteczko w ogóle wyglądało schludnie: z ulic i chodników starannie uprzątnięto śnieg i tylko na rogu, niczym zjawa nie z tego świata, majaczył zdezelowany wagon kolejowy. Jack dopiero po chwili zarejestrował świadomie ten obrazek, odwrócił się gwałtownie i gdy taksówka właśnie miała wjeżdżać na rondo okalające błonie, zdał sobie sprawę, że to restauracja typowa dla każdego amerykańskiego miasta i miasteczka.

W jej oknie dostrzegł niewielkie ogłoszenie.

– Proszę się zatrzymać! – wykrzyknął. – Jesteśmy na miejscu.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI