Pół życia - Jodi Picoult - ebook
Opis

Najnowsza powieść autorki międzynarodowych bestsellerów!

Picoult po mistrzowsku zgłębia naturę rodziny: miłość oraz siłę – i cenę, jaką czasem trzeba za nie zapłacić.

Luke Warren jest badaczem wilków. Pisze o nich, studiuje ich zachowania, a kiedyś nawet z nimi zamieszkał. Pod wieloma względami są mu bliższe niż własna rodzina, z którą właściwie nie ma kontaktu, odkąd żona go rzuciła, a syn Edward wyjechał.

Niespodziewanie Luke zostaje ciężko ranny w wypadku samochodowym, a wraz z nim siostra Edwarda, Cara. Nagle wszystko się zmienia: Edward musi wrócić do domu, który opuścił przed laty, i razem z siostrą podjąć decyzję co do leczenia ojca. Nie ma łatwych odpowiedzi, za to pojawiają się pytania: jakie tajemnice skrywa przed sobą rodzeństwo? Co stoi za pragnieniem, by pozwolić ojcu umrzeć… lub utrzymać go przy życiu za wszelką cenę? Czego życzyłby sobie sam Luke? I przede wszystkim, na ile zapomnieli to, o czym zawsze pamięta wilk: że członkowie stada potrzebują siebie nawzajem, a przetrwanie czasem idzie w parze z ofiarą?

Pierwsze miejsce na listach bestsellerów „The New York Times” i „Los Angeles Times”!

Pobudza wyobraźnię, prowokuje, stawia trudne pytania… wśród popularnych autorek tylko Jodi Picoult potrafi pisać w tak bezkompromisowy, a jednocześnie ujmujący sposób. Każda nowa powieść jest lepsza od poprzedniej.

„People Magazine”

Powieści Picoult są genialne w skromny, bezpretensjonalny sposób.

Stephen King

Picoult powraca z dwoma prowokacyjnymi pytaniami: Czy człowiek może dołączyć do stada wilków? Oraz: kto ma prawo decydować o życiu i śmierci?

„Publishers Weekly”

Imponujące opisy natury wilków, zachowań stadnych i hierarchii, która o nich decyduje, sprawiają, że powieść Picoult jest niezwykle prawdziwa oraz bogata w sensie psychologicznym i poznawczym… To historia, która może złamać wam serce, ale od której nie będziecie się mogli odwrócić.

„Image Magazine”

Jodi Picoult jest autorką dziewiętnastu powieści, w tym bestsellerowych „Bez mojej zgody”, „Krucha jak lód”, „W naszym domu”. Jej książki przełożono na 34 języki, zajmują one pierwsze miejsca na listach bestsellerów na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

LONE WOLF

First pu­bli­shed by Atria Bo­oks, a Di­vi­sion of Si­mon & Schu­s­ter Inc.

Co­py­ri­ght © 2012 by Jodi Pi­co­ult

All ri­ghts re­se­rved

Pro­jekt okład­ki

Ewa Wój­cik

Zdję­cie na okład­ce

© Pho­to­Al­to Agen­cy/Get­ty Ima­ges­flash Press Me­dia

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy

Ka­ta­rzy­na Rudz­ka

Re­dak­cja

Lu­cy­na Łu­czyń­ska

Ko­rek­ta

Gra­ży­na Na­wroc­ka

Ła­ma­nie

Ewa Wój­cik

ISBN 978-83-7839-382-5

War­sza­wa 2012

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Me­dia Sp. z o.o.

02-697 War­sza­wa,

ul. Rzy­mow­skie­go 28

www.pro­szyn­ski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Dla Jo­sha, Ale­xa i Mat­thew Pi­co­ultCio­cia Was ko­cha. Bar­dzo.

PRO­LOG

Wszyst­kie opo­wie­ści są o wil­kach. Wszyst­kie, któ­re war­to po­wta­rzać. Po­zo­sta­łe to sen­ty­men­tal­ne bred­nie (…). Po­myśl tyl­ko. Jest uciecz­ka przed wil­ka­mi, wal­ka z wil­ka­mi, poj­ma­nie wil­ków, oswo­je­nie wil­ków. By­cie rzu­co­nym wil­kom na po­żar­cie, rzu­ca­nie in­nych wil­kom, żeby wil­ki zja­dły ich, nie cie­bie. Uciecz­ka z wil­ka­mi. Za­mia­na w wil­ka. I naj­lep­sze, prze­mia­na w wil­ka prze­wod­ni­ka. Nie ma in­nych przy­zwo­itych hi­sto­rii.

Mar­ga­ret Atwo­od, Śle­py za­bój­ca (2000)

prze­ło­ży­ła Mał­go­rza­ta He­sko-Ko­ło­dziń­ska

LUKE

Te­raz my­ślę, może nie po­wi­nie­nem wy­pu­ścić ty­gry­sa.

Z resz­tą po­szło ła­two: za­do­wo­lo­na, ocię­ża­ła para sło­ni, wście­kła ka­pu­cyn­ka splu­nę­ła mi pod nogi, kie­dy szczęk­ną­łem ry­glem, śnież­no­bia­łe ara­by, któ­rych od­dech za­wisł w prze­strze­ni mię­dzy nami ni­czym py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. Lu­dzie nie do­ce­nia­ją zwie­rząt, a już naj­mniej cyr­ko­wi tre­se­rzy, jed­nak­że z chwi­lą, gdy uj­rza­ły mnie w pół­mro­ku przed klat­ką, wie­dzia­łem, że zro­zu­mie­ją. Dla­te­go na­wet naj­ha­ła­śliw­sze z nich – pa­pu­gi zmu­sza­ne do la­ta­nia kre­tyń­skim ob­ło­kiem nad gło­wa­mi pu­dli – bez­sze­lest­nie bi­jąc skrzy­dła­mi, wy­le­gły na ze­wnątrz.

Mia­łem dzie­więć lat i do Be­res­ford w sta­nie New Hamp­shi­re przy­je­chał Nie­sa­mo­wi­ty Na­miot Cu­dów Wła­dy­sła­wa – co samo w so­bie za­kra­wa­ło na cud, bo nic nie przy­jeż­dża­ło do Be­res­ford, z wy­jąt­kiem nar­cia­rzy, gdy my­li­li dro­gę, i dzien­ni­ka­rzy w cza­sie przed­wy­bor­czych spo­tkań pre­zy­denc­kich, któ­rzy za­trzy­my­wa­li się na kawę w skle­pie wie­lo­bran­żo­wym Hama lub od­le­wa­li na sta­cji ben­zy­no­wej. Pra­wie wszy­scy moi kum­ple usi­ło­wa­li prze­ci­snąć się przez szpa­ry w pro­wi­zo­rycz­nym ogro­dze­niu wznie­sio­nym przez cyr­kow­ców, aby na gapę obej­rzeć przed­sta­wie­nie. Ja też po­zna­łem cyrk wła­śnie spod ław­ki, pod­glą­da­jąc mię­dzy sto­pa­mi „le­gal­nych” wi­dzów z moim naj­lep­szym ko­le­gą Lo­uisem.

Ko­pu­łę na­mio­tu wy­ma­lo­wa­no od we­wnątrz w gwiaz­dy. To ty­po­we dla mia­sto­wych, któ­rzy nie ro­zu­mie­li, że wy­star­czy­ło roz­ło­żyć na­miot, aby uj­rzeć nad sobą praw­dzi­wy nie­bo­skłon. Do­ra­sta­łem pod go­łym nie­bem. Nie spo­sób miesz­kać tam, gdzie ja – na skra­ju pusz­czy Gór Bia­łych – bez bi­wa­ko­wa­nia i pa­trze­nia na nie­bo nocą. Kie­dy przy­zwy­cza­jał się wzrok, wy­glą­da­ło jak od­wró­co­na do góry dnem misa z bro­ka­tem, ni­czym wi­dok ze środ­ka śnież­nej kuli. I było mi żal cyr­kow­ców, któ­rzy mu­sie­li im­pro­wi­zo­wać z sza­blo­na­mi.

Przy­zna­ję, że nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od ob­szy­te­go czer­wo­ny­mi ce­ki­na­mi fra­ka mi­strza ce­re­mo­nii i nie­bo­tycz­nych nóg tan­cer­ki na li­nie. Kie­dy zro­bi­ła szpa­gat w po­wie­trzu i wy­lą­do­wa­ła z no­ga­mi ople­cio­ny­mi wo­kół liny, Lo­uis wy­pu­ścił wstrzy­my­wa­ny od­dech. Szczę­śli­wa lina, po­wie­dział.

Na­stęp­nie wpusz­czo­no zwie­rzę­ta. Naj­pierw ko­nie, ły­ska­ją­ce gniew­nym okiem. Po­tem mał­pę w nie­do­rzecz­nym stro­ju he­rol­da, któ­ra wsko­czy­ła na sio­dło pierw­sze­go ru­ma­ka i szcze­rząc zęby do pu­blicz­no­ści, jeź­dzi­ła w kół­ko po are­nie. Psy ska­ka­ły przez ob­rę­cze, sło­nie tań­czy­ły tak, jak­by znaj­do­wa­ły się w in­nej stre­fie cza­so­wej, tę­czo­wy ob­łok pta­ków.

Wresz­cie zja­wił się ty­grys.

Oczy­wi­ście na­ro­bi­li dużo szu­mu. Jaki nie­bez­piecz­ny, i że­by­śmy nie ro­bi­li tego na wła­sną rękę, i ta­kie tam. Kie­dy pod­nie­sio­no właz klat­ki, tre­ser o gąb­cza­stym, pie­go­wa­tym licu sta­nął po­środ­ku are­ny. Ty­grys ryk­nął i na­wet z da­le­ka po­czu­łem jego ro­so­ło­wy od­dech.

Wsko­czył na me­ta­lo­wy pod­nó­żek i za­mach­nął się łapą. Na roz­kaz sta­nął na tyl­nych no­gach i ob­ró­cił się wo­kół wła­snej osi.

Wie­dzia­łem co nie­co o ty­gry­sach… na przy­kład, gdy­by je ogo­lić, skó­ra też by­ła­by prę­go­wa­na. I każ­dy ma z tyłu na uszach bia­łe plam­ki, jak­by miał cię na oku, na­wet gdy się od­wró­ci ple­ca­mi.

Do tego ich miej­sce jest w dzi­czy. Nie tu, w Be­res­ford, przy wtó­rze krzy­ków i okla­sków tłu­mu.

W tam­tej chwi­li sta­ły się dwie rze­czy. Po pierw­sze, zro­zu­mia­łem, że już chy­ba nie lu­bię cyr­ku. Po dru­gie, ty­grys spoj­rzał pro­sto na mnie, jak­by od po­cząt­ku wie­dział, gdzie je­stem… od­ga­dłem w lot, cze­go pra­gnie.

Po wie­czor­nym przed­sta­wie­niu cyr­kow­cy po­szli nad je­zio­ro za szko­łą pod­sta­wo­wą, aby się na­pić, za­grać w po­ke­ra i po­pły­wać. Zna­czy­ło to, że więk­szość przy­czep za­par­ko­wa­nych z tyłu świe­ci­ła pust­ką. Zo­sta­wi­li straż­ni­ka – ka­wał chło­pa z ogo­lo­nym łbem i kół­kiem w no­sie – ale chra­pał w naj­lep­sze z pu­stą bu­tel­ką po wód­ce sto­ją­cą obok. Wśli­zną­łem się nie­zau­wa­żo­ny.

Na­wet z per­spek­ty­wy cza­su nie umiem wy­tłu­ma­czyć, co mnie do tego pod­ku­si­ło. Cho­dzi­ło o coś mię­dzy mną a ty­gry­sem, o świa­do­mość, że ja je­stem wol­ny, a on nie.

O fakt, że jego nie­prze­wi­dy­wal­ne, dzi­kie ży­cie spro­wa­dzo­no do przed­sta­wie­nia o trze­ciej po po­łu­dniu i siód­mej wie­czo­rem.

Naj­trud­niej było otwo­rzyć klat­kę mał­py. Z więk­szo­ścią po­ra­dzi­łem so­bie szpi­kul­cem do lodu zwę­dzo­nym z bar­ku dziad­ka. Szyb­ko i bez­sze­lest­nie wy­pu­ści­łem zwie­rzę­ta, od­pro­wa­dza­jąc je wzro­kiem w ciem­ność. Chy­ba ro­zu­mia­ły ko­niecz­ność za­cho­wa­nia dys­kre­cji, bo na­wet pa­pu­gi ulot­ni­ły się bez naj­mniej­sze­go ha­ła­su.

Ty­gry­sa zo­sta­wi­łem so­bie na ko­niec. Przy­szło mi do gło­wy, że po­zo­sta­łe zwie­rzę­ta mu­szą mieć co naj­mniej kwa­drans prze­wa­gi, za­nim po­ślę za nimi dra­pież­ni­ka. Dla­te­go kuc­ną­łem przed klat­ką i ry­so­wa­łem ka­my­kiem po pia­sku, kon­tro­lu­jąc czas na ze­gar­ku. A gdy tak sie­dzia­łem, opo­dal prze­szła ko­bie­ta z bro­dą.

Od razu mnie zo­ba­czy­ła.

– No, no – po­wie­dzia­ła, cho­ciaż nie wi­dzia­łem jej ust w gę­stwi­nie za­ro­stu. Ale nie za­py­ta­ła mnie, co ro­bię, i nie ka­za­ła mi się wy­no­sić. – Uwa­żaj – do­da­ła. – On sika.

– Mu­sia­ła za­uwa­żyć nie­obec­ność po­zo­sta­łych zwie­rząt – klat­ki zo­sta­wi­łem otwar­te na oścież – ale tyl­ko spo­glą­da­ła na mnie dłu­gą chwi­lę, po czym we­szła po schod­kach do swo­jej przy­cze­py. Wstrzy­ma­łem od­dech w oba­wie, że we­zwie po­li­cję, ale usły­sza­łem tyl­ko ra­dio. Skrzyp­ce. I z przy­cze­py do­biegł jej głę­bo­ki ba­ry­ton.

Po­wiem wam, że do dzi­siaj pa­mię­tam zgrzyt me­ta­lu, gdy otwie­ra­łem jego klat­kę. To, że otarł się o mnie jak ko­tek, by za­raz jed­nym su­sem prze­sa­dzić płot. I smak stra­chu, kie­dy zro­zu­mia­łem, że do­sta­nę za swo­je.

Ale… nie do­sta­łem. Ko­bie­ta z bro­dą nie wspo­mnia­ła o mnie ani słó­wecz­kiem i zrzu­co­no winę na czy­ści­cie­li kla­tek. Poza tym w mia­stecz­ku wy­bu­chło rano za­mie­sza­nie zwią­za­ne z wy­ła­py­wa­niem zbie­głych zwie­rząt. Sło­nie plu­ska­ły się w fon­tan­nie po tym, gdy prze­wró­ci­ły mar­mu­ro­wy po­mnik Fran­kli­na Pier­ce’a. Mał­pę zna­le­zio­no w miej­sco­wej ja­dło­daj­ni, gdzie do­rwa­ła się do cze­ko­la­do­we­go tor­tu. Psy grze­ba­ły w śmiet­ni­ku za ki­nem, a ko­nie się roz­pro­szy­ły. Jed­ne­go zła­pa­no, gdy ga­lo­po­wał głów­ną uli­cą mia­sta. Je­den za­wę­dro­wał na pa­stwi­sko i pasł się z kro­wa­mi. Je­den po­ko­nał po­nad pięt­na­ście ki­lo­me­trów i do­tarł aż na stok nar­ciar­ski, i tam wy­pa­trzył go he­li­kop­ter. Spo­śród trzech pa­pug dwie prze­pa­dły jak ka­mień w wodę, a jed­na przy­cup­nę­ła na dzwon­ni­cy ko­ścio­ła.

Oczy­wi­ście ty­grys za­padł się pod zie­mię. Sta­no­wi­ło to po­waż­ny pro­blem, gdyż zbłą­ka­na pa­pu­ga i dra­pież­nik na wol­no­ści to dwie róż­ne rze­czy. Gwar­dzi­ści prze­cze­sy­wa­li pusz­czę i na trzy dni za­mknię­to szko­ły. Lo­uis przy­jeż­dżał do mnie na ro­we­rze z por­cją naj­śwież­szych do­nie­sień, że ty­grys za­bił tucz­ni­ka pana Wolt­ma­na, na­sze­go dy­rek­to­ra, dwu­let­nie dziec­ko…

Nie po­do­ba­ła mi się myśl, że za­bił co­kol­wiek. Wy­obra­ża­łem so­bie, że w cią­gu dnia śpi wy­so­ko na drze­wie, a nocą po­dą­ża we­dług mapy gwiazd.

Sześć dni po tym, kie­dy wy­pu­ści­łem cyr­ko­we zwie­rzę­ta, świe­żo upie­czo­ny gwar­dzi­sta, Hop­per McPhee, zna­lazł ostat­nie­go ucie­ki­nie­ra. Pły­nął rze­ką Ammo-no­osuc, z py­skiem i ła­pa­mi wciąż uma­za­ny­mi krwią po upo­lo­wa­niu je­le­nia. We­dług Hop­pe­ra McPhee, ty­grys rzu­cił się na nie­go z pa­zu­ra­mi i chciał go za­bić, dla­te­go mu­siał strze­lać.

Bar­dzo wąt­pię. Po ta­kiej wy­żer­ce mu­siał być ospa­ły i z pew­no­ścią syty. Ale nie mam wąt­pli­wo­ści, że rzu­cił się na Hop­pe­ra McPhee, bo – jak wspo­mnia­łem – lu­dzie nie do­ce­nia­ją zwie­rząt. Wi­dząc wy­mie­rzo­ną w sie­bie lufę, ty­grys zro­zu­miał, co się świę­ci.

Że po­zba­wią go wi­do­ku roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba.

Że znów za­mkną go do klat­ki.

I co? Wy­brał.

Wcho­dzisz mię­dzy wil­ki, rób jak one.

Ni­ki­ta Chrusz­czow, ra­dziec­ki pre­mier,

wy­po­wiedź przy­to­czo­na w „Ob­se­rve­rze”,

26 wrze­śnia 1971

CZĘŚĆ PIERW­SZA

CARA

Za­nim na­sza cię­ża­rów­ka wpa­da na drze­wo, przy­po­mi­nam so­bie swo­ją pierw­szą pró­bę ra­to­wa­nia czy­je­goś ży­cia.

Mia­łam trzy­na­ście lat i wła­śnie wpro­wa­dzi­łam się z po­wro­tem do ojca. Moje ubra­nia wpraw­dzie znów za­wi­sły w daw­nym po­ko­ju, ale ja za­miesz­ka­łam z ple­ca­kiem w przy­cze­pie na pół­noc­nym krań­cu red­mondz­kie­go Par­ku Di­no­zau­rów. Miesz­ka­ły tam wil­ki ojca wraz z gi­bo­na­mi, so­ko­ła­mi, spa­sio­nym lwem oraz me­cha­nicz­nym ty­ra­no­zau­rem, ry­czą­cym o peł­nej go­dzi­nie. Po­nie­waż oj­ciec spę­dzał tam dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent swo­je­go cza­su, oczy­wi­ste było, że pój­dę jego śla­dem.

Uwa­ża­łam, że to lep­sze roz­wią­za­nie od po­by­tu z mamą, Joem i cu­dow­ny­mi bliź­nię­ta­mi, ale nie po­szło tak gład­ko, jak my­śla­łam. Wy­obra­ża­łam so­bie chy­ba wspól­ne sma­że­nie na­le­śni­ków z tatą w nie­dziel­ne po­ran­ki, gra­nie w kar­ty i spa­ce­ry po le­sie. Owszem, tata spa­ce­ro­wał po le­sie, lecz las znaj­do­wał się w za­gro­dzie, wy­bu­do­wa­nej dla wil­ków, a tata za­cho­wy­wał się jak je­den z nich. Ta­rzał się w bło­cie z Sibo i So­bagw, uni­kał Pe­ke­dy, bety sta­da. Jadł su­ro­we­go cie­la­ka z wil­ka­mi u boku, ma­jąc za­krwa­wio­ne usta i dło­nie.

Wie­rzył, że in­fil­tra­cja wa­ta­hy jest bar­dziej po­ucza­ją­ca niż ob­ser­wa­cja z da­le­ka za przy­kła­dem bio­lo­gów. Kie­dy się wpro­wa­dzi­łam, pięć wa­tah zdą­ży­ło go za­ak­cep­to­wać jako peł­no­praw­ne­go człon­ka – mógł z nimi miesz­kać, jeść i po­lo­wać, mimo że był czło­wie­kiem. Z tego po­wo­du nie­któ­rzy uwa­ża­li go za ge­niu­sza. Inni za wa­ria­ta.

Kie­dy zo­sta­wi­łam mamę i jej nową ro­dzi­nę, tata nie­zu­peł­nie cze­kał na mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Sie­dział z Me­sta­we, któ­ra pierw­szy raz spo­dzie­wa­ła się mło­dych, i usi­ło­wał po­zy­skać jej za­ufa­nie, żeby wy­bra­ła go na opie­ku­na swo­je­go po­tom­stwa. Na­wet tam spał, ze swo­ją wil­czą ro­dzi­ną, pod­czas gdy ja prze­sia­dy­wa­łam do póź­na i oglą­da­łam te­le­wi­zję. W przy­cze­pie czu­łam się sa­mot­na, lecz w pu­stym domu by­ło­by mi jesz­cze go­rzej.

La­tem w oko­li­cy ro­iło się od tu­ry­stów, ale w mar­cu głu­pi ty­ra­no­zaur ry­czał do pu­ste­go par­ku. Je­dy­ny­mi oso­ba­mi, któ­re tkwi­ły tu­taj poza se­zo­nem, był mój tata opie­ku­ją­cy się wil­ka­mi oraz Wal­ter, do­zor­ca i jego za­stęp­ca. Czu­łam się jak w wid­mo­wym mie­ście, więc po szko­le za­czę­łam włó­czyć się przy za­gro­dach, a Be­da­gi, te­ster, kro­czył po dru­giej stro­nie pło­tu, oswa­ja­jąc się z moim za­pa­chem. Pa­trzy­łam, jak oj­ciec wy­ko­pu­je jamę do po­ro­du dla Me­sta­we, i opo­wia­da­łam mu o ka­pi­ta­nie dru­ży­ny fut­bo­lo­wej, któ­re­go przy­ła­pa­no na ścią­ga­niu, i obo­ist­ce ze szkol­nej or­kie­stry, któ­ra za­czę­ła no­sić tu­ni­ki i po­dob­no jest w cią­ży.

W re­wan­żu tata opo­wia­dał mi, dla­cze­go mar­twi się o Me­sta­we: była mło­da i nie po­le­gał zbyt­nio na jej in­stynk­cie. Nie mia­ła wzo­ru do na­śla­do­wa­nia, któ­ry na­uczył­by ją by­cia do­brą mat­ką, to jej pierw­sza cią­ża. Cza­sem wil­czy­ca po­rzu­ca­ła mło­de, gdyż było to dla niej je­dy­ne wyj­ście z sy­tu­acji.

Kie­dy uro­dzi­ła, zda­wa­ło się, że wszyst­ko idzie jak z płat­ka. Oj­ciec uczcił to bu­tel­ką szam­pa­na i po­zwo­lił mi wy­pić je­den kie­li­szek. Chcia­łam zo­ba­czyć ma­lu­chy, ale od­parł, że miną ty­go­dnie, za­nim się po­ka­żą. Me­sta­we spę­dzi cały ty­dzień w ja­mie, kar­miąc co dwie go­dzi­ny.

Za­le­d­wie dwa dni póź­niej obu­dził mnie w środ­ku nocy.

– Cara – po­wie­dział. – Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy.

Na­cią­gnę­łam kurt­kę i buty, i po­bie­głam za nim do jamy, gdzie mia­ła le­żeć Me­sta­we. Sęk w tym, że nie le­ża­ła. Włó­czy­ła się, byle jak naj­da­lej od mło­dych.

– Pró­bo­wa­łem wszyst­kie­go, żeby ją zwa­bić z po­wro­tem, ale nie chce – wy­ja­śnił rze­czo­wo. – Mamy je­dy­ną oka­zję, żeby ura­to­wać mło­de.

Za­nur­ko­wał w ja­mie i wy­szedł z dwo­ma ma­ły­mi, po­marsz­czo­ny­mi szczur­ka­mi. Przy­najm­niej tak wy­glą­da­ły: oczka mia­ły za­ci­śnię­te i wiły się w jego rę­kach. Po­dał wilcz­ki mnie: wsu­nę­łam je za pa­zu­chę, a on wró­cił po resz­tę. Je­den wy­glą­dał go­rzej od po­zo­sta­łych trzech; nie ru­szał się i za­miast mru­czeć, tyl­ko z rzad­ka po­sa­py­wał.

Po­szli­śmy do szo­py z na­rzę­dzia­mi, sto­ją­cej za przy­cze­pą. Kie­dy spa­łam, po­wy­rzu­cał wszyst­kie gra­ty na śnieg i pod­ło­ga we­wnątrz była te­raz wy­ło­żo­na sia­nem. We­wnątrz nie­du­że­go kar­to­nu le­żał pu­szy­sty koc w czer­wo­ną krat­kę.

– Włóż je do środ­ka – po­le­cił oj­ciec, a ja zro­bi­łam, co ka­zał. Go­rą­ca bu­tel­ka pod spodem ogrza­ła koc i trzy mło­de za­raz za­czę­ły się mo­ścić. Czwar­ty był zim­ny jak lód, więc za­miast po­ło­żyć go obok ro­dzeń­stwa, wsu­nę­łam go pod kurt­kę i przy­tu­li­łam do pier­si.

Oj­ciec wró­cił z bu­tel­ka­mi peł­ny­mi es­bi­la­cu, cze­goś w ro­dza­ju mle­ka mo­dy­fi­ko­wa­ne­go, ale dla zwie­rząt. Się­gnął po wilcz­ka w mo­ich ob­ję­ciach, ale nie chcia­łam go pu­ścić.

– Na­kar­mię resz­tę – oznaj­mił, i kie­dy ja prze­ko­ny­wa­łam ma­łe­go, żeby li­znął choć­by parę kro­pe­lek, po­zo­sta­łe trzy wy­pi­ły wszyst­ko aż do den­ka.

Kar­mi­li­śmy mło­de co dwie go­dzi­ny. Na­stęp­ne­go ran­ka nie po­szłam do szko­ły, a tata nie opo­no­wał. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że ro­bi­my tu­taj coś waż­niej­sze­go niż to, cze­go mogę się na­uczyć w kla­sie.

Trze­cie­go dnia nada­li­śmy im imio­na. Oj­ciec wie­rzył w nada­wa­nie nie­zwy­kłych imion nie­zwy­kłym stwo­rze­niom, dla­te­go wszyst­kie po­cho­dzi­ły z ję­zy­ka Abe­na­ków. „No­dah”, któ­re zna­czy­ło „Usłysz mnie”, przy­pa­dło naj­więk­sze­mu z gro­mad­ki, ha­ła­śli­we­mu, czar­ne­mu wul­ka­no­wi ener­gii. Kina, in­a­czej „Spójrz tu­taj”, wiecz­nie za­plą­ty­wał się w sznu­ro­wa­dła i wiązł pod po­kry­wą kar­to­nu, a Kita, lub „Po­słu­chaj”, trzy­mał się na ubo­czu i nic nie umy­ka­ło jego uwa­dze.

Ich sio­strzycz­ce nada­łam imię Mi­gu­en, czy­li „Piór­ko”. Zda­rza­ło się, że piła tak samo jak bra­cia, i wie­rzy­łam, że naj­gor­sze mi­nę­ło, ale po­tem wiot­cza­ła mi w ob­ję­ciach i znów mu­sia­łam ją ma­so­wać i wkła­dać pod blu­zę.

By­łam tak wy­koń­czo­na, że le­d­wo wi­dzia­łam na oczy. Cza­sem za­sy­pia­łam na sto­ją­co, za­pa­da­łam w krót­ką drzem­kę, by za­raz znów się ock­nąć. Nie roz­sta­wa­łam się z Mi­gu­en ani na chwi­lę. Obu­dziw­szy się o czwar­tej w nocy, na­po­tka­łam wzrok ojca: pa­trzył na mnie z miną, ja­kiej jesz­cze nig­dy u nie­go nie wi­dzia­łam.

– Kie­dy się uro­dzi­łaś – po­wie­dział – też nie chcia­łem cię pu­ścić.

Dwie go­dzi­ny póź­niej Mi­gu­en za­czę­ła dy­go­tać. Bła­ga­łam tatę, że­by­śmy po­je­cha­li do we­te­ry­na­rza, do szpi­ta­la, gdzie­kol­wiek. Pła­ka­łam tak strasz­nie, że za­pa­ko­wał po­zo­sta­łe wilcz­ki do kar­to­nu i za­niósł je do swo­jej wy­słu­żo­nej cię­ża­rów­ki. Kar­ton stał mię­dzy nami na przed­nim sie­dze­niu, a Mi­gu­en trzę­sła się pod moją kurt­ką. Ja też się trzę­słam, choć nie je­stem pew­na, czy z zim­na, czy może ze stra­chu przed tym, na co się za­no­si­ło.

Umar­ła, za­nim do­je­cha­li­śmy do we­te­ry­na­rza. Od razu wie­dzia­łam, zro­bi­ła się lżej­sza w mo­ich ra­mio­nach. Jak sko­rup­ka.

Za­czę­łam krzy­czeć. Nie mo­głam znieść my­śli o Mi­gu­en, mar­twej tak bli­sko mnie.

Oj­ciec za­brał ją i owi­nął w swo­ją fla­ne­lo­wą ko­szu­lę, a na­stęp­nie umie­ścił na tyl­nym sie­dze­niu, poza za­się­giem mo­je­go wzro­ku.

– W le­sie nie prze­ży­ła­by na­wet jed­ne­go dnia – tłu­ma­czył uspo­ka­ja­ją­co. – Tyl­ko dzię­ki to­bie wy­trwa­ła tak dłu­go.

Mar­ne po­cie­sze­nie. Wy­bu­chłam gło­śnym pła­czem.

Na­gle kar­ton z ma­ły­mi zna­lazł się na ta­bli­cy roz­dziel­czej, a ja w ra­mio­nach taty. Pach­niał mię­tą i śnie­giem. Po raz pierw­szy w ży­ciu zro­zu­mia­łam, dla­cze­go nie może ze­rwać z na­ło­giem, ja­kim była dla nie­go więź z wil­ka­mi. W po­rów­na­niu z czymś ta­kim czy to waż­ne, że za­po­mi­na! ode­brać pra­nie i przyjść na kon­sul­ta­cje z wy­cho­waw­cą?

Na wol­no­ści, mó­wił, wil­czy­ca prze­cho­dzi trud­ną szko­łę ży­cia. Lecz w nie­wo­li, gdzie mło­de ro­dzą się tyl­ko co trzy lub czte­ry lata, pa­nu­ją inną za­sa­dy. Nie moż­na stać z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi i pa­trzeć, jak umie­ra­ją.

– Na­tu­ra do­po­mi­na się o swo­je – pod­su­mo­wał. – Ale to nam wca­le nie uła­twia spra­wy, praw­da?

Przed przy­cze­pą mo­je­go ojca w Red­mond stoi drze­wo, czer­wo­ny klon. Po­sa­dzi­li­śmy go la­tem po śmier­ci Mi­gu­en, w miej­scu, gdzie ją po­cho­wa­li­śmy. Czte­ry lata póź­niej to samo drze­wo zda­je się pę­dzić pro­sto na nas. I ude­rza­my w nie czo­ło­wo.

Ko­bie­ta klę­czy obok mnie.

– Ock­nę­ła się – stwier­dza. W oczach mam deszcz, czu­ję dym i nie wi­dzę ojca.

– Tato? – Sły­szę to tyl­ko w mo­jej gło­wie.

Moje ser­ce bije po nie­wła­ści­wej stro­nie. Pa­trzę na pul­su­ją­cy bark.

– Wy­glą­da na zła­ma­nie ło­pat­ki i pew­nie po­ła­ma­ne że­bra. Cara? Masz na imię Cara?

Skąd ona to wie?

– Mia­łaś wy­pa­dek – mówi ko­bie­ta. – Za­bie­ra­my cię do szpi­ta­la.

– Mój… oj­ciec… – wy­krztu­szam. Każ­de sło­wo wier­ci jak nóż wbi­ty w ra­mię.

Od­wra­cam gło­wę, żeby go zna­leźć, i wi­dzę stra­ża­ków, po­le­wa­ją­cych z węża ogni­stą kulę, któ­ra była jego cię­ża­rów­ką. Woda na mo­jej twa­rzy to nie deszcz, tyl­ko mgieł­ka ze stru­mie­nia pod ci­śnie­niem.

Na­gle so­bie przy­po­mi­nam: pa­ję­czy­na roz­trza­ska­nej szy­by, ślizg sa­mo­cho­du, za­pach ben­zy­ny. I że nie od­po­wie­dział, gdy go za­wo­ła­łam. Dy­go­czę.

– Je­steś bar­dzo dziel­na – mówi ko­bie­ta. – Wy­wlec ojca z sa­mo­cho­du w ta­kim sta­nie…

Oglą­da­łam kie­dyś w TV wy­wiad z na­sto­lat­ką – pod­nio­sła lo­dów­kę przy­gnia­ta­ją­cą jej ma­łe­go ku­zy­na. Ad­re­na­li­na i te spra­wy.

Od­cho­dzi stra­żak, któ­ry za­sła­niał mi wi­dok, i wi­dzę dru­gą grup­kę ra­tow­ni­ków wo­kół ojca, le­żą­ce­go nie­ru­cho­mo na uli­cy.

– Gdy­by nie ty – do­da­je ko­bie­ta – twój tata mógł­by nie żyć.

Po­tem przyj­dzie mi do gło­wy, czy to nie z po­wo­du tych słów zro­bi­łam to, co zro­bi­łam. Ale te­raz po pro­stu za­czy­nam pła­kać, bo wiem, że nie ma nic bar­dziej da­le­kie­go od praw­dy.

LUKE

Bez prze­rwy za­da­ją mi py­ta­nie: Jak mo­głeś tego do­ko­nać? Ja­kim cu­dem po­rzu­ci­łeś cy­wi­li­za­cję i ro­dzi­nę w celu za­miesz­ka­nia w ka­na­dyj­skiej pusz­czy z wa­ta­hą dzi­kich wil­ków? Jak mo­głeś wy­rzec się prysz­ni­ca, kawy, kon­tak­tu z dru­gim czło­wie­kiem, roz­mo­wy, dwóch lat ży­cia swo­ich dzie­ci?

No cóż, nie tę­sk­nisz za prysz­ni­cem, je­śli my­dło za­bi­ja za­pach, po któ­rym cię roz­po­zna­ją.

Nie tę­sk­nisz za kawą, je­śli cały czas masz na­pię­te wszyst­kie zmy­sły bez jej udzia­łu.

Nie tę­sk­nisz za kon­tak­tem z dru­gim czło­wie­kiem, kie­dy grze­jesz się w cie­ple wil­czych bra­ci. Nie tę­sk­nisz za roz­mo­wą, gdy uczysz się ich ję­zy­ka.

Nie po­rzu­casz ro­dzi­ny. Zy­sku­jesz ko­lej­ną.

Dla­te­go praw­dzi­we py­ta­nie nie brzmi, dla­cze­go zo­sta­wi­łem ten świat, aby za­miesz­kać w le­sie.

Sęk w tym, co skło­ni­ło mnie do po­wro­tu.

GEO­R­GIE

Za­wsze oba­wia­łam się te­le­fo­nu ze szpi­ta­la. Tak jak po­dej­rze­wa­łam, dzwo­ni w środ­ku nocy.

– Tak? – Sia­dam, za­po­mi­na­jąc na chwi­lę, że mam nowe ży­cie, dru­gie­go męża.

– Kto to? – pyta Joe, prze­wra­ca­jąc się na dru­gi bok.

Ale nie dzwo­nią w spra­wie Luke’a.

– Je­stem mat­ką Cary – po­twier­dzam. – Co się sta­ło?

– Mia­ła wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy – in­for­mu­je pie­lę­gniar­ka. – Do­zna­ła po­waż­ne­go pęk­nię­cia bar­ku. Jej ży­ciu nic nie za­gra­ża, ale musi przejść ope­ra­cję…

Wy­ska­ku­ję z łóż­ka, po omac­ku szu­kam spodni.

– Za­raz będę – rzu­cam do słu­chaw­ki.

Joe sia­da na łóż­ku i za­pa­la świa­tło.

– Cho­dzi o Carę – mó­wię. – Mia­ła wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy.

Nie pyta, dla­cze­go nie po­wia­do­mi­li Luke’a, któ­ry jest jej opie­ku­nem praw­nym. Może po­wia­do­mi­li. Ale może go nie ma, jak za­wsze. Wcią­gam swe­ter i wkła­dam buty, usi­łu­jąc sku­pić się na spra­wach prak­tycz­nych i nie ulec emo­cjom.

– Eli­za­beth nie lubi na­le­śni­ków na śnia­da­nie, a Jack­son musi za­nieść zgo­dę na wy­ciecz­kę kla­so­wą. – Pod­no­szę gło­wę. – Ty rano nie mu­sisz być w są­dzie?

– O mnie się nie martw – od­po­wia­da ła­god­nie Joe.

– Zaj­mę się bliź­nię­ta­mi, sę­dzią i całą resz­tą. Ty zaj­mij się Carą.

Cza­sem nie wie­rzę wła­sne­mu szczę­ściu, że je­stem żoną tego czło­wie­ka. Cza­sem my­ślę, że za­słu­ży­łam na to po tylu la­tach mał­żeń­stwa z Lu­kiem. Cza­sem jed­nak – na przy­kład te­raz – czu­ję, że jesz­cze przyj­dzie mi za to za­pła­cić.

Gdy wpa­dam do szpi­ta­la, w izbie przy­jęć jest nie­wie­le osób.

– Cara War­ren – wy­krztu­szam. – Przy­wie­zio­no ją ka­ret­ką, to moja cór­ka.

Po­spiesz­nie wy­rzu­cam sy­la­by.

Pie­lę­gniar­ka pro­wa­dzi mnie przez drzwi w głąb ko­ry­ta­rza prze­szklo­nych sal, za­cie­nio­nych za­sło­na­mi. Nie­któ­re drzwi są otwar­te. Wi­dzę sta­rą ko­bie­tę w szpi­tal­nej ko­szu­li, sie­dzą­cą na łóż­ku. Męż­czy­znę w dżin­sach roz­cię­tych do ko­la­na, z unie­sio­ną spuch­nię­tą kost­ką. Usu­wa­my się z dro­gi, kie­dy obok prze­wo­żą na wóz­ku cię­żar­ną, sku­pio­ną na mia­ro­wym od­de­chu.

To Luke na­uczył Carę pro­wa­dzić sa­mo­chód. Na prze­kór wro­dzo­nej lek­ko­myśl­no­ści, w kwe­stii bez­pie­czeń­stwa cór­ki był nie­ugię­ty. Za­miast obo­wiąz­ko­wych czter­dzie­stu go­dzin jaz­dy przed eg­za­mi­nem na pra­wo jaz­dy zmu­sił ją do pięć­dzie­się­ciu. Cara jest prze­zor­nym, ostroż­nym kie­row­cą. Ale co ro­bi­ła tak póź­no na dro­dze w dzień po­wsze­dni? Ona spo­wo­do­wa­ła wy­pa­dek? Ucier­piał ktoś oprócz niej?

Wresz­cie pie­lę­gniar­ka od­su­wa jed­ną za­sło­nę. Cara leży na łóż­ku, jak­by skur­czo­na i le­d­wo żywa ze stra­chu. Na jej ciem­nych wło­sach, twa­rzy i swe­trze jest krew. Rękę ma przy­ban­da­żo­wa­ną cia­sno do tu­ło­wia.

– Ma­mu­siu – szlo­cha. Nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio mnie tak na­zwa­ła.

Wy­da­je okrzyk, kie­dy ota­czam ją ra­mio­na­mi.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze – mó­wię.

Pod­no­si na mnie wzrok, leci jej z nosa.

– Gdzie tata?

Te sło­wa nie po­win­ny mnie bo­leć, ale bolą.

– Na pew­no go po­wia­do­mi­li.

Na­gle wcho­dzi le­kar­ka.

– Czy to pani jest mamą Cary? Po­trze­bu­je­my zgo­dy na prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji. – Do­da­je coś jesz­cze – wy­ła­pu­ję sło­wa „ło­pat­ka” i „pier­ścień ro­ta­to­rów” – po czym wrę­cza mi kar­tę do pod­pi­sa­nia.

– Gdzie tata? – krzy­czy Cara.

Le­kar­ka od­wra­ca się do niej.

– Jest pod do­brą opie­ką – od­po­wia­da i do­cie­ra do mnie, że Cara nie je­cha­ła sama.

– Luke też tam był? Nic mu nie jest?

– Jest pani jego żoną?

– Byłą – pre­cy­zu­ję.

– W ta­kim ra­zie nie mogę ujaw­nić żad­nych in­for­ma­cji. Ta­kie prze­pi­sy. Ale owszem – przy­zna­je. – Jest w na­szym szpi­ta­lu. – Pa­trzy na mnie, ści­sza­jąc głos, żeby Cara nie sły­sza­ła. – Mu­si­my po­wia­do­mić jego naj­bliż­szą ro­dzi­nę. Ma żonę? Ro­dzi­ców? Czy mo­gła­by pani do ko­goś za­dzwo­nić?

Luke nie oże­nił się dru­gi raz. Wy­cho­wa­li go dziad­ko­wie, któ­rzy umar­li przed laty. Gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło, ka­zał­by mi za­dzwo­nić do Wal­te­ra, żeby na­kar­mił wil­ki.

Ale może nie za­le­ży. Może wła­śnie tego nie może – nie chce – po­wie­dzieć mi le­kar­ka.

Za­nim mam czas od­po­wie­dzieć, wcho­dzą dwie sa­ni­ta­riusz­ki i od­su­wa­ją łóż­ko Cary od ścia­ny. Czu­ję, jak­by grunt umy­kał mi spod nóg, w gło­wie szu­mią mi py­ta­nia, któ­re po­win­nam za­dać, i fak­ty, któ­re na­le­ża­ło­by po­twier­dzić, nim od­wio­zą ją na salę ope­ra­cyj­ną, lecz dzia­ła­nie pod pre­sją nig­dy nie na­le­ża­ło do mo­ich moc­nych stron. Uśmie­cham się z przy­mu­sem i ści­skam wol­ną rękę Cary.

– Nig­dzie się stąd nie ru­szę! – za­pew­niam tro­chę zbyt dziar­skim to­nem. Po chwi­li zo­sta­ję sama w ste­ryl­nej sali, ci­sza dźwię­czy w uszach.

Się­gam do to­reb­ki po ko­mór­kę. Cie­ka­we, któ­ra może być go­dzi­na w Bang­ko­ku.

LUKE

Wa­ta­ha jest jak ma­fia. Każ­dy ma tu­taj swo­je miej­sce, każ­dy musi ro­bić swo­je.

Wszy­scy sły­sze­li o al­fie, przy­wód­cy sta­da. To oj­ciec chrzest­ny, mózg, obroń­ca i ten, któ­ry mówi po­zo­sta­łym, do­kąd mają iść, gdzie po­lo­wać i na co. Alfa po­dej­mu­je de­cy­zje, jest capo di tut­ti capi1, któ­ry z od­le­gło­ści trzech me­trów wy­chwy­ci zmia­nę tęt­na ofia­ry. Ale da­le­ko mu do twar­de­go służ­bi­sty, ja­kie­go po­ka­zu­ją w fil­mach. Jest zbyt cen­ny jako de­cy­dent, żeby się na­ra­żać.

I dla­te­go przed każ­dym alfą stoi beta, czy­li go­ryl. Beta to nie­ustra­szo­ny za­bi­ja­ka, agre­sja w czy­stej po­sta­ci. Po­dej­dziesz za bli­sko do sze­fa, to po­pa­mię­tasz. Nie jest nie­za­stą­pio­ny; jego śmierć nie zro­bi na ni­kim wra­że­nia, bo za­wsze znaj­dzie się inny twar­dziel na jego miej­sce.

Jest rów­nież te­ster, ostroż­ny i po­dejrz­li­wy, któ­ry ni­ko­mu nie ufa. Wszę­dzie go peł­no; wy­pa­tru­je zmia­ny, każ­de­go od­stęp­stwa od nor­my, aby w ra­zie po­trze­by po­wia­do­mić alfę. Jego czuj­ność jest nie­odzow­na dla bez­pie­czeń­stwa wa­ta­hy. Jest też swo­istym kon­tro­le­rem ja­ko­ści: je­śli ktoś w sta­dzie miga się od obo­wiąz­ków, te­ster pro­wo­ku­je sy­tu­ację, gdy tam­ten ma po­ka­zać, ile jest wart – na przy­kład musi zmie­rzyć się z betą. Je­że­li beta nie zdo­ła go po­wa­lić, prze­sta­je za­słu­gi­wać na swo­je mia­no.

Od­lud­ko­wi nada­wa­no róż­ne na­zwy, po­cząw­szy od Kop­ciusz­ka, na ome­dze skoń­czyw­szy. Choć wcze­śniej przy­pi­sy­wa­no mu rolę ko­zła ofiar­ne­go z miej­scem na naj­niż­szym szcze­blu w hie­rar­chii, dzi­siaj wie­my, że od­gry­wa klu­czo­wą rolę. Ni­czym mały, łeb­ski praw­nik na usłu­gach ma­fii, któ­ry wno­si szczyp­tę hu­mo­ru i po­tra­fi stu­dzić emo­cje, ome­ga jak nikt roz­ła­do­wu­je we­wnętrz­ne kon­flik­ty sta­da. Gdy dwa wil­ki bio­rą się za łby, ome­ga wcho­dzi mię­dzy nich i za­czy­na bła­zno­wać do­pó­ty, do­pó­ki tam­ci tro­chę nie ochło­ną. Wresz­cie każ­dy wra­ca bez uszczerb­ku do swo­ich za­jęć. Ome­dze da­le­ko do Kop­ciusz­ka, któ­ry za­wsze do­sta­je baty: od­gry­wa istot­ną rolę roz­jem­cy. Bez nie­go wa­ta­ha nie mo­gła­by funk­cjo­no­wać, bo wszy­scy bez prze­rwy ska­ka­li­by so­bie do oczu.

Mów­cie o ma­fii, co chce­cie, lecz taki układ się spraw­dza, po­nie­waż każ­dy ma kon­kret­ną rolę do ode­gra­nia. Robi, co do nie­go na­le­ży, dla wyż­sze­go do­bra or­ga­ni­za­cji. I bez wa­ha­nia nad­sta­wił­by kar­ku za po­zo­sta­łych.

Dru­gi po­wód, dla któ­re­go wa­ta­ha przy­po­mi­na ma­fię?

Dla obu nie ma nic waż­niej­sze­go od ro­dzi­ny.

EDWARD

Zdzi­wi­li­by­ście się, jak ła­two od­sta­wać w dzie­wię­cio­mi­lio­no­wym mie­ście. Ale, bądź co bądź, je­stem pa­ran­giem. Wi­dać to po moim nie­for­mal­nym na­uczy­ciel­skim stro­ju – ko­szu­li z kra­wa­tem – i po ja­snych wło­sach, lśnią­cych w bez­mia­rze czer­ni jak la­tar­nia mor­ska.

Garst­ka mo­ich uczniów ma dzi­siaj kon­wer­sa­cje. Pra­cu­ją w pa­rach i mają ode­grać scen­kę mię­dzy klien­tem i sprze­daw­cą.

– Są ochot­ni­cy? – py­tam.

Od­po­wia­da­ją mi świersz­cze.

Ta­jo­wie są pa­to­lo­gicz­nie nie­śmia­li, co w po­łą­cze­niu z oba­wą przed utra­tą twa­rzy w ra­zie złej od­po­wie­dzi spra­wia, że lek­cja dłu­ży się w nie­skoń­czo­ność. Prze­waż­nie pro­szę uczniów o pra­cę w ma­łych gru­pach, po czym cho­dzę od jed­nej do dru­giej i spraw­dzam ćwi­cze­nia. Lecz w dni ta­kie jak ten, gdy oce­niam ak­tyw­ność, chcąc nie chcąc, mu­szą pro­du­ko­wać się przed resz­tą kla­sy.

– Jao – zwra­cam się do jed­ne­go z męż­czyzn. – Masz sklep zoo­lo­gicz­ny i chcesz na­mó­wić Ja­idee na za­kup czwo­ro­no­ga. – Zwra­cam się do in­ne­go ucznia. – Ja­idee, ty nie chcesz ku­pić zwie­rzę­cia. Słu­cha­my.

Wsta­ją, ści­ska­jąc ze­szy­ty.

– Po­le­cam kup­no psa – za­czy­na Jao.

– Jed­ne­go już mam – od­po­wia­da Ja­idee.

– Świet­nie! – za­chę­cam. – Jao, po­daj mu po­wód, dla któ­re­go po­wi­nien ku­pić od cie­bie psa.

– To żywy pies – do­da­je Jao.

Ja­idee wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Nie każ­dy po­trze­bu­je żywe zwie­rzę.

Cóż, by­wa­ją gor­sze dni.

Zbie­ram od uczniów za­da­nie do­mo­we, za­nim wy­le­gną z sali, na­gle oży­wie­ni i roz­ga­da­ni w ję­zy­ku, któ­re­go po sze­ściu la­tach nadal się uczę. Ap­sa­ra, bab­cia czwor­ga wnu­cząt, wrę­cza mi wy­pra­co­wa­nie z tezą i uza­sad­nie­niem. Pa­trzę na ty­tuł: „Jedz we­ge­ta­rian i bądź zdrów jak ryba”.

– Spa­dam, Ajarn Edward – mówi we­so­ło. Przed roz­po­czę­ciem na­uki w szko­le ję­zy­ko­wej pró­bo­wa­ła uczyć się an­giel­skie­go z se­ria­li. Nie mam ser­ca jej po­wie­dzieć, że to brzyd­kie wy­ra­że­nie.

Od sze­ściu lat uczę an­giel­skie­go w szko­le ję­zy­ko­wej miesz­czą­cej się w naj­więk­szym cen­trum han­dlo­wym, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łem, po­ło­żo­ne oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut tak­sów­ką od Bang­ko­ku. Zdo­by­łem tę pra­cę przy­pad­ko­wo – ob­je­cha­łem z ple­ca­kiem Taj­lan­dię, ima­jąc się po dro­dze róż­nych za­jęć, by za­ro­bić parę na utrzy­ma­nie, po czym w wie­ku osiem­na­stu lat wy­lą­do­wa­łem za kon­tu­arem w Pat­pon­gu. Był to je­den z osła­wio­nych taj­skich klu­bów z ka­to­ey­ami – trans­we­sty­ta­mi, któ­rzy na­bra­li na­wet mnie – a ja pró­bo­wa­łem za­osz­czę­dzić wy­star­cza­ją­co go­tów­ki, by wy­je­chać z mia­sta. Je­den z po­zo­sta­łych bar­ma­nów był Ir­land­czy­kiem i do­ra­biał jako na­uczy­ciel w In­sty­tu­cie Ję­zy­ka Ame­ry­kań­skie­go. Po­szu­ku­ją wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych lek­to­rów, po­wie­dział. Gdy od­po­wie­dzia­łem, że nie mam kwa­li­fi­ka­cji, tyl­ko się za­śmiał.

– Mó­wisz po an­giel­sku, nie? – od­parł.

Obec­nie za­ra­biam czter­dzie­ści pięć ty­się­cy bah­tów. Mam swo­je miesz­ka­nie, kil­ka ro­man­sów z tu­byl­ca­mi na kon­cie i cho­dzę z in­ny­mi emi­gran­ta­mi na drin­ka do Nany Pla­zy. Spo­ro się na­uczy­łem. Nie na­le­ży do­ty­kać ni­czy­jej gło­wy, gdyż to naj­wyż­sza część cia­ła – w do­słow­nym i du­cho­wym sen­sie. W me­trze nie wy­pa­da za­kła­dać nogi na nogę, bo de­mon­stru­je­my w ten spo­sób po­de­szwy pa­sa­że­rom sie­dzą­cym na­prze­ciw – są one do­słow­nie i du­cho­wo nie­czy­ste, więc był­by to bar­dzo ob­raź­li­wy gest. Nie po­da­je­my ręki, tyl­ko wai – skła­da­my dło­nie jak do mo­dli­twy, do­ty­ka­jąc nosa czub­ka­mi pal­ców. Im wy­żej unie­sio­ne ręce i głęb­szy ukłon, tym wię­cej sza­cun­ku oka­zu­je­my. „Wai” może słu­żyć jako po­wi­ta­nie, prze­pro­si­ny, wy­raz wdzięcz­no­ści.

Trud­no nie po­dzi­wiać kul­tu­ry, któ­ra jed­nym ge­stem wy­ra­ża po­dzię­ko­wa­nie i skru­chę.

Ile­kroć za­czy­nam mieć do­syć oto­cze­nia lub na­bie­ram po­czu­cia, że nic się nie zmie­nia, przy­wo­łu­ję się do po­rząd­ku. Je­stem tu­taj je­dy­nie go­ściem, a taj­ska kul­tu­ra i prze­ko­na­nia funk­cjo­nu­ją dłu­żej ode mnie. To, co dla jed­ne­go jest róż­ni­cą po­glą­dów, dla dru­gie­go może sta­no­wić ka­ry­god­ny prze­jaw bra­ku sza­cun­ku.

Ża­łu­ję, że nie wie­dzia­łem wów­czas tego, co wiem te­raz.

Nie­ła­two do­trzeć do Koh Chang. Leży trzy­sta pięt­na­ście ki­lo­me­trów au­to­bu­sem z Bang­ko­ku, a gdy do­je­dziesz do Trat po­ło­żo­ne­go we wschod­nich pro­win­cjach, mu­sisz zła­pać song­ta­ew do jed­nej z trzech przy­sta­ni. Ao Tham­ma­chat jest naj­lep­sza – tyl­ko dwa­dzie­ścia mi­nut pro­mem na wy­spę. Lam Ngob jest naj­gor­sza – ku­try za­mie­nio­ne na pro­my cza­sem wlo­ką się po­nad go­dzi­nę.

Może to idio­tyzm po­ko­ny­wać taką od­le­głość w cza­sie dwu­dnio­we­go urlo­pu, ale war­to. Cza­sem Bang­kok dusi i po­trze­bu­ję wy­tchnie­nia w mniej za­tło­czo­nym miej­scu. Skła­dam to na karb dzie­ciń­stwa w za­kąt­ku No­wej An­glii wciąż od­da­lo­nym o dwie go­dzi­ny od naj­bliż­sze­go cen­trum han­dlo­we­go. Po nocy w ta­nim ho­te­lu od rana pró­bu­ję zna­leźć dro­gę do Khlong Nu­eng, naj­wyż­sze­go wo­do­spa­du na wy­spie. Już mam dać za wy­gra­ną – je­stem mo­kry jak szczur i chce mi się pić – kie­dy na­raz dro­gę za­gra­dza mi naj­więk­szy głaz, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Zgrzy­ta­jąc zę­ba­mi, za­ha­czam sto­pą o wy­stęp i za­czy­nam się na nie­go wspi­nać. Buty śli­zga­ją mi się na ska­le, ka­le­czę ko­la­no i nę­ka­ją mnie oba­wy, jak zej­dę, ale nie od­pusz­czam.

Z wy­sił­kiem do­cie­ram na szczyt i zsu­wam się po dru­giej stro­nie. Lą­du­ję na dwóch no­gach i moim oczom uka­zu­je się naj­cu­dow­niej­sza ka­ska­da wody, któ­ra mi­go­cząc, wy­peł­nia jar. Roz­bie­ram się do bok­se­rek i za­nu­rzam w kry­sta­licz­nej toni. Wpły­wam pod wo­do­spad, po czym wy­cho­dzę na brzeg i kła­dę się na ple­cach w ocze­ki­wa­niu, aż wy­su­szy mnie słoń­ce.

Od cza­su przy­jaz­du do Taj­lan­dii do­świad­czy­łem mnó­stwa chwil, gdy na­po­ty­ka­łem coś tak nie­wia­ry­god­ne­go, że pra­gną­łem po­dzie­lić się wra­że­nia­mi z dru­gą oso­bą. Sęk w tym, że czło­wiek tra­ci ten przy­wi­lej wraz z sa­mot­no­ścią. Dla­te­go ro­bię to, co za­wsze, od sze­ściu lat: wy­cią­gam ko­mór­kę i pstry­kam zdję­cie wo­do­spa­du. Oczy­wi­ście nig­dy nie ma mnie na zdję­ciach. I nie wiem, komu je po­ka­żę, sko­ro więk­szość mo­ich związ­ków mia­ła krót­szy ter­min waż­no­ści niż mle­ko w kar­to­ni­ku. Lecz pro­wa­dzę ten cy­fro­wy al­bum – po­cząw­szy od pierw­szej świą­ty­ni, któ­rą zo­ba­czy­łem w Taj­lan­dii, mi­ster­nej i wy­peł­nio­nej da­ra­mi, po­przez drew­nia­ne pe­ni­sy w Chao Mae Tup­tam, skoń­czyw­szy na zro­śnię­tych pło­dach, dry­fu­ją­cych w for­ma­li­nie w Mu­zeum Są­dow­nic­twa opo­dal Wat Arun.

Trzy­mam w ręku te­le­fon i prze­glą­dam zdję­cia, gdy na­raz za­czy­na wi­bro­wać. Zer­kam na wy­świe­tlacz – pew­nie ko­le­ga chce mnie za­pro­sić na piwo, a może to mój szef z proś­bą o za­stęp­stwo lub ktoś, kogo po­zna­łem w ubie­gły week­end w Blue Ice Bar. Nie­sa­mo­wi­te, że za­sięg na wy­gwiz­do­wie w Taj­lan­dii jest lep­szy niż w Gó­rach Bia­łych w New Hamp­shi­re.

Po­łą­cze­nie za­gra­nicz­ne.

– Halo? – Pod­no­szę te­le­fon do ucha.

– Edward – sły­szę głos mat­ki. – Mu­sisz przy­je­chać do domu.

Po­wrót do Sta­nów, wy­po­ży­cze­nie sa­mo­cho­du (na co w chwi­li wy­jaz­du by­łem za mło­dy) i po­dróż do Be­res­ford w sta­nie New Hamp­shi­re zaj­mu­je mi całą dobę. O dzi­wo, nie je­stem sen­ny, ner­wy mi nie po­zwa­la­ją. Po pierw­sze, od sze­ściu lat nie sie­dzia­łem za kół­kiem i pro­wa­dze­nie wy­ma­ga peł­ne­go sku­pie­nia. Po dru­gie, od­twa­rzam w my­ślach to, co usły­sza­łem od mat­ki oraz neu­ro­chi­rur­ga, któ­ry ope­ro­wał mo­je­go ojca.

Wje­chał sa­mo­cho­dem w drze­wo.

Zna­le­zio­no jego i Carę na ze­wnątrz.

Cara ma po­gru­cho­ta­ny bark.

Oj­ciec nie re­agu­je na bodź­ce, ma po­więk­szo­ną pra­wą źre­ni­cę. Nie od­dy­cha sa­mo­dziel­nie. Ra­tow­ni­cy na­zwa­li to roz­le­głym po­ura­zo­wym uszko­dze­niem mó­zgu.

Mat­ka za­dzwo­ni­ła do mnie po wy­lą­do­wa­niu. Cara jest po za­bie­gu; po­da­no jej środ­ki prze­ciw­bó­lo­we i śpi. Po­li­cjan­ci przy­szli ją prze­słu­chać, ale mat­ka ka­za­ła im wyjść. Noc spę­dzi­ła w szpi­ta­lu, jej głos rwał się na strzę­py.

Po­wiem wprost: cza­sem roz­my­śla­łem o tym, jak wy­glą­dał­by mój po­wrót. Wy­obra­ża­łem so­bie przy­ję­cie po­wi­tal­ne w na­szym domu: mama upie­kła­by mój ulu­bio­ny pla­cek (im­bi­ro­wo-mar­chwio­wy), a Cara zro­bi­ła­by fi­gur­kę z li­za­ków z na­pi­sem „Brat nr 1”. Ale oczy­wi­ście mama się wy­pro­wa­dzi­ła, a Cara jest za duża na li­za­ki i po­dob­ne wy­głu­py.

Pew­nie za­uwa­ży­li­ście, że w tej wi­zji za­bra­kło miej­sca dla taty.

Po tylu la­tach w me­tro­po­lii Be­res­ford robi na mnie wra­że­nie wid­mo­we­go mia­sta. Ja­sne, lu­dzi nie bra­ku­je, ale od nad­mia­ru pu­stej prze­strze­ni krę­ci mi się w gło­wie. Naj­wyż­szy bu­dy­nek ma trzy kon­dy­gna­cje. Z każ­de­go miej­sca wi­dać góry.

Par­ku­ję przed szpi­ta­lem i wbie­gam do środ­ka – mam na so­bie dżin­sy i blu­zę, nie­zbyt od­po­wied­ni strój jak na tu­tej­szą zimę, ale po­zby­łem się cie­płej odzie­ży. Ochot­nicz­ka w izbie przy­jęć wy­glą­da jak pian­ka cu­kro­wa – jest pulch­na, mięk­ka i upu­dro­wa­na. Py­tam o salę Cary War­ren z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze, za­sta­nę tam mat­kę. Po dru­gie, po­trze­bu­ję chwi­li cza­su, za­nim znów sta­nę twa­rzą w twarz z oj­cem.

Cara leży na czwar­tym pię­trze, w sali 430. Cze­kam, aż za­mkną się drzwi win­dy (kie­dy ostat­ni raz je­cha­łem sam win­dą?), i bio­rę kil­ka głę­bo­kich wde­chów. Na ko­ry­ta­rzu z po­chy­lo­ną gło­wą mi­jam pie­lę­gniar­ki i otwie­ram drzwi z na­zwi­skiem Cary na kar­cie.

Na szpi­tal­nym łóż­ku śpi ko­bie­ta.

Ma dłu­gie, ciem­ne wło­sy i si­nia­ka na skro­ni. Unie­ru­cho­mio­ne ra­mię przy­le­ga ści­śle do tu­ło­wia. Spod koca wy­sta­je sto­pa z po­ma­lo­wa­ny­mi na fio­le­to­wo pa­znok­cia­mi.

Już nie jest moją małą sio­strzycz­ką. Co tu dużo mó­wić, ona wca­le nie jest mała.

Tak się za­ga­pi­łem, że w pierw­szej chwi­li na­wet nie za­uwa­żam mat­ki. Wsta­je, z ręką przy­ci­śnię­tą do ust.

– Edward? – szep­cze.

Wy­jeż­dża­jąc, już by­łem wyż­szy od niej. A gdy jesz­cze na­bra­łem cia­ła, je­stem bar­dziej ro­sły, sil­niej­szy. Jak on.

Wy­cią­ga do mnie ręce. „Ser­co­we ori­ga­mi”. Tak mó­wi­ła, gdy by­li­śmy mali i wpa­da­li­śmy w jej otwar­te ra­mio­na. Wspo­mnie­nie kłu­je i uwie­ra jak drza­zga, ale od­wza­jem­niam uścisk. Cie­ka­we, że mimo róż­ni­cy wzro­stu to ona zda­je się mnie pod­trzy­my­wać, a nie od­wrot­nie.

Czu­ję się jak Gu­li­wer w świe­cie Li­li­pu­tów, za duży na wła­sne wspo­mnie­nia. Mat­ka ocie­ra oczy.

– Nie wie­rzę, że tu­taj je­steś.

Mam na koń­cu ję­zy­ka, iż nie by­ło­by mnie, gdy­by nie wy­pa­dek ojca i sio­stry, ale nic nie mó­wię.

– Jak ona się czu­je? – py­tam, wska­zu­jąc na Carę.

– Jest otu­ma­nio­na le­ka­mi. Jesz­cze boli ją po ope­ra­cji.

– Wy­glą­da… in­a­czej.

– Ty też.

Chy­ba wszy­scy mo­że­my to o so­bie po­wie­dzieć. Na twa­rzy mat­ki wid­nie­ją zmarszcz­ki, na któ­re nig­dy nie zwró­ci­łem uwa­gi, a może ich nie było. Co do ojca… Cóż, nie spo­sób so­bie wy­obra­zić, że w ogó­le się zmie­nił.

– Pój­dę do taty – mó­wię.

Mat­ka pod­no­si to­reb­kę ze zdję­cia­mi dwoj­ga ma­łych pół-Azja­tów. Do­my­ślam się, że to bliź­nię­ta. Dziw­ne uczu­cie, mieć ro­dzeń­stwo, któ­re­go się nie zna.

– Do­brze – od­po­wia­da.

Sa­mot­ność to ostat­nia rzecz, na któ­rą mam te­raz ocho­tę. Po­dob­nie jak by­cie do­ro­słym. Ale coś każe mi ją po­wstrzy­mać.

– Nie mu­sisz ze mną iść. Nie je­stem dziec­kiem.

– Wi­dzę. – Nie spusz­cza ze mnie wzro­ku. Jej sło­wa są zbyt mięk­kie, jak owi­nię­te we fla­ne­lę.

Wiem, co so­bie my­śli: że tyle ją omi­nę­ło. Moje stu­dia. Dy­plom. Zwie­rze­nia na te­mat mo­jej pierw­szej pra­cy, mi­ło­ści. Po­moc w urzą­dza­niu pierw­sze­go miesz­ka­nia.

– Cara może się obu­dzić i cię po­trze­bo­wać – ła­go­dzę cios.

Waha się, ale tyl­ko przez chwi­lę.

– Wró­cisz? – pyta.

Ki­wam gło­wą, choć przy­się­ga­łem, że to nig­dy nie na­stą­pi.

W któ­rymś mo­men­cie ży­cia chcia­łem zo­stać le­ka­rzem. Po­do­ba­ła mi się ste­ryl­ność tego za­wo­du, jego upo­rząd­ko­wa­na na­tu­ra. To, że cza­sem wy­star­czy znać symp­to­my, aby zlo­ka­li­zo­wać pro­blem i go roz­wią­zać.

Nie­ste­ty, do tego trze­ba mieć w ma­łym pal­cu bio­lo­gię, a gdy po raz pierw­szy wrę­czo­no mi skal­pel i ka­za­no wy­pa­tro­szyć płód świ­ni, stra­ci­łem przy­tom­ność.

Sęk w tym, że da­le­ko mi do na­ukow­ca. W li­ceum za­tra­ca­łem się w książ­kach, co oka­za­ło się przy­dat­ne, gdyż dzię­ki temu po­głę­bia­łem wie­dzę po opusz­cze­niu domu. Za­ło­żę się, że prze­czy­ta­łem wię­cej kla­sy­ków niż więk­szość ab­sol­wen­tów wyż­szych uczel­ni. Ale wiem też rze­czy, któ­rych nie uczą w książ­kach, na przy­kład żeby uni­kać ba­rów na pię­trze na Pat­pong Road, bo są pro­wa­dzo­ne przez zbi­rów, lub cho­dzić na ma­saż tyl­ko tam, gdzie przez wi­try­nę moż­na zaj­rzeć do środ­ka, a unik­nie­my nie­spo­dzia­nek w po­sta­ci nie­za­po­wie­dzia­nych „bo­nu­sów”. Cho­ciaż nie mam dy­plo­mu, ode­bra­łem nie­jed­ną lek­cję od ży­cia.

Ale w to­wa­rzy­stwie dok­to­ra Sa­int-Cla­re czu­ję się jak idio­ta. Ciem­na masa. Jak­bym nie umiał po­łą­czyć in­for­ma­cji, któ­rych mi udzie­la.

– Pań­ski oj­ciec do­znał roz­le­głe­go po­ura­zo­we­go uszko­dze­nia mó­zgu – in­for­mu­je. – Kie­dy go przy­wie­zio­no, miał roz­sze­rzo­ną pra­wą źre­ni­cę i nie re­ago­wał na bodź­ce. Miał ranę na czo­le i nie ru­szał lewą stro­ną cia­ła. Le­d­wie od­dy­chał, więc pod­łą­czo­no go do re­spi­ra­to­ra. Kie­dy mnie we­zwa­no, stwier­dzi­łem obrzęk oko­ło­oczo­do­ło­wy.

– Słu­cham?

– Opu­chli­znę – tłu­ma­czy chi­rurg. – Wo­kół oczu. Po­wtó­rzy­li­śmy ska­lę Glas­gow, któ­rą za­sto­so­wa­no na miej­scu zda­rze­nia, i uzy­skał pięć punk­tów. Na pod­sta­wie to­mo­gra­fii stwier­dzo­no krwiak w pła­cie skro­nio­wym, krwo­tok pod­pa­ję­czy­nów­ko­wy oraz wy­lew do­ko­mo­ro­wy mó­zgu. – Pod­no­si na mnie wzrok. – In­ny­mi sło­wy, krew. Wo­kół mó­zgu i w ko­mo­rach, co wska­zu­je na po­waż­ny uraz. Po­da­li­śmy man­ni­tol, aby ob­ni­żyć ci­śnie­nie śród­czasz­ko­we, i na­tych­miast prze­pro­wa­dzi­li­śmy ope­ra­cję w celu usu­nię­cia krwia­ka w pła­cie skro­nio­wym oraz czę­ści ob­wo­do­wej pła­ta.

Pa­trzę na nie­go z osłu­pie­niem.

– Wy­cię­li­ście mu ka­wa­łek mó­zgu?

– Zre­du­ko­wa­li­śmy na­cisk, któ­ry mógł go za­bić – pre­cy­zu­je le­karz. – Lo­bek­to­mia skro­nio­wa wpły­nie na część jego wspo­mnień, ale nie wszyst­kie. Nie wpły­nie na ośro­dek mowy i nie spo­wo­du­je za­bu­rzeń mo­to­ry­ki i oso­bo­wo­ści.

Za­bra­li mo­je­mu ojcu część wspo­mnień. Tych zwią­za­nych z jego uko­cha­ny­mi wil­ka­mi? A może z nami? Za któ­ry­mi tę­sk­nił­by bar­dziej?

– Czy ope­ra­cja się uda­ła?

– Źre­ni­ca znów re­agu­je na świa­tło, a za­tor zo­stał usu­nię­ty. Lecz obrzęk i krwiak spo­wo­do­wa­ły wgło­bie­nie, czy­li prze­miesz­cze­nie czę­ści mó­zgo­wia z jed­ne­go prze­dzia­łu ana­to­micz­ne­go do in­ne­go, co z ko­lei do­pro­wa­dzi­ło do uci­śnię­cia pnia mó­zgu i wy­le­wów wtór­nych.

– Nie ro­zu­miem…

– Ci­śnie­nie śród­czasz­ko­we spa­dło – tłu­ma­czy le­karz – ale wciąż nie od­zy­skał przy­tom­no­ści, nie re­agu­je na bodź­ce i nie od­dy­cha sa­mo­dziel­nie. Po­wtó­rzy­li­śmy to­mo­gra­fię, wi­dać, że wy­le­wy w rdze­niu prze­dłu­żo­nym i mo­ście są nie­co więk­sze niż pod­czas pierw­sze­go ba­da­nia. Dla­te­go wciąż jest nie­przy­tom­ny.

Czu­ję, jak­bym pły­wał w me­la­sie, jak­by sło­wa pły­nę­ły z mo­ich ust w ob­cym ję­zy­ku.

– Ale wy­zdro­wie­je, praw­da? – py­tam, bo w grun­cie rze­czy nie li­czy się nic wię­cej.

Chi­rurg skła­da ręce.

– Cze­ka­my na roz­wój sy­tu­acji…

Ale. Jest jed­no „ale”, do­brze je sły­szę.

– Zmia­ny, któ­re wi­dzi­my, do­ty­ka­ją czę­ści pnia mó­zgu od­po­wie­dzial­nej za od­dy­cha­nie i świa­do­mość. Moż­li­we, że pań­ski oj­ciec na za­wsze po­zo­sta­nie pod­łą­czo­ny do re­spi­ra­to­ra – uzu­peł­nia bez­na­mięt­nie dok­tor Sa­int-Cla­re. – Moż­li­we, że nig­dy się nie obu­dzi.

Kie­dy mia­łem szes­na­ście lat i wła­śnie do­sta­łem pra­wo jaz­dy, po­je­cha­łem na im­pre­zę i zo­sta­łem dłu­żej, niż mia­łem, ła­miąc na­kaz ro­dzi­ców. Za­par­ko­wa­łem w pew­nym od­da­le­niu od domu, po czym chył­kiem prze­mkną­łem przez traw­nik i otwo­rzy­łem drzwi w na­dziei, że mi się upie­cze. Ale gdy wzrok przy­zwy­cza­ił się do ciem­no­ści, zo­ba­czy­łem ojca śpią­ce­go na fo­te­lu w sa­lo­nie i zro­zu­mia­łem, że już po mnie. Za­wsze po­wta­rzał, że kie­dy miesz­kał z wil­ka­mi, nig­dy nie za­sy­piał na do­bre. Mu­siał za­cho­wać czuj­ność, spać z otwar­tym okiem na wy­pa­dek ewen­tu­al­ne­go ata­ku.

I rze­czy­wi­ście, w chwi­li gdy prze­stą­pi­łem próg, za­stą­pił mi dro­gę. Nie wy­rzekł ani sło­wa, tyl­ko cze­kał, aż coś po­wiem.

– Wiem – rzu­ci­łem. – Mam szla­ban.

Oj­ciec sta­nął z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi.

– Daw­no temu ro­dzi­ce nie spusz­cza­li dzie­ci z oczu ani na chwi­lę – oznaj­mił. – Je­śli szcze­nię prze­szka­dza ojcu o dru­giej nad ra­nem, ten nie war­czy, by zo­sta­wi­ło go w spo­ko­ju i dało mu spać. Sia­da czuj­nie, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Cze­go chcesz? Do­kąd się wy­bie­rasz?”.

By­łem jesz­cze tro­chę pi­ja­ny i uzna­łem, że pra­wi mi ka­za­nia, da­jąc w ten spo­sób upust zło­ści. Te­raz za­sta­na­wiam się, czy nie był przy­pad­kiem zły na sie­bie – za to, że uległ swo­jej ludz­kiej na­tu­rze, przy­my­ka­jąc na chwi­lę obo­je oczu.

– Mogę go zo­ba­czyć? – za­py­ta­łem le­ka­rza.

Pro­wa­dzi mnie na OIOM. Pie­lę­gniar­ka stoi po­chy­lo­na nad łóż­kiem, spraw­dza apa­ra­tu­rę.

– Syn pana War­re­na, praw­da? – mówi. – Jak­by ktoś skó­rę zdarł.

Ale jej sło­wa le­d­wo do mnie do­cie­ra­ją. Wpa­tru­ję się w pa­cjen­ta na szpi­tal­nym łóż­ku.

Za­szła ja­kaś strasz­na po­mył­ka, bły­snę­ła pierw­sza myśl. To nie może być mój oj­ciec.

Bo ten nie­ru­cho­my, pod­łą­czo­ny do kro­plów­ki czło­wiek z czę­ścio­wo ogo­lo­ną gło­wą, czasz­ką owi­nię­tą bia­łym ban­da­żem i rur­ką w ustach…

Ten osob­nik ze szwa­mi na skro­ni jak po­twór Fran­ken­ste­ina i siń­ca­mi do­ko­ła oczu…

W ni­czym nie przy­po­mi­na czło­wie­ka, któ­ry zruj­no­wał mi ży­cie.

LUKE

Czer­wo­ny Kap­tu­rek po­wi­nien do­stać w skó­rę.

Ta smar­ku­la i jej bab­cia roz­pu­ści­ły tyle kłam­li­wych po­gło­sek o wil­kach, że do­pro­wa­dzi­ły do ich nie­mal cał­ko­wi­tej za­gła­dy. Wie­le mi­tów po­cho­dzi ze śre­dnio­wiecz­ne­go Pa­ry­ża, gdzie do­cho­dzi­ło do po­rwań dzie­ci przez wil­ki. Dzi­siaj uwa­ża się, że były to w isto­cie hy­bry­dy wil­ków z psa­mi. Wilk czy­stej krwi bar­dziej boi się cie­bie niż ty jego. Nie za­ata­ku­je, do­pó­ki nie po­czu­je się za­gro­żo­ny.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że wil­ki za­bi­ja­ją wszyst­ko na swo­jej dro­dze.

W isto­cie za­bi­ja­ją tyl­ko, żeby jeść. Na­wet kie­dy ata­ku­ją sta­do, nie za­bi­ja­ją wszyst­kich zwie­rząt. Alfa me­to­dycz­nie wy­zna­cza ofia­rę.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że wil­ki zmniej­szą po­pu­la­cję je­le­ni.

W isto­cie na każ­de dzie­sięć po­lo­wań za­bi­ja­ją tyl­ko jed­no zwie­rzę.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że wil­ki za­kra­da­ją się na far­my i mor­du­ją by­dło.

W isto­cie są to rzad­kie przy­pad­ki, bio­lo­dzy na­wet nie uwzględ­nia­ją ich w sta­ty­sty­kach.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że wil­ki są nie­bez­piecz­ne dla lu­dzi.

W isto­cie we wszyst­kich oko­ło dwu­dzie­stu od­no­to­wa­nych przy­pad­kach do kon­fron­ta­cji wil­ka z czło­wie­kiem do­szło za spra­wą tego dru­gie­go. I nie udo­ku­men­to­wa­no ani jed­ne­go przy­pad­ku, aby zdro­wy, dzi­ki wilk za­bił czło­wie­ka.

Do­my­śla­cie się, że za trze­ma świn­ka­mi też nie prze­pa­dam.

CARA

Sie­dzę przy sto­li­ku w na­szym par­ku, ubra­na w pu­cho­wą kurt­kę i owi­nię­ta ko­cem. Ni­ko­go nie ma, bo jest luty i park ofi­cjal­nie za­mknię­to, ale głów­na atrak­cja – ru­cho­me di­no­zau­ry, któ­rych nie spo­sób prze­oczyć – dzia­ła jak w se­zo­nie. Wszyst­ko jest ze sobą sprzę­żo­ne – nie moż­na odłą­czyć ty­ra­no­zau­ra bez po­zba­wie­nia prą­du ca­łe­go ośrod­ka, w tym kla­tek i wy­bie­gów. Od cza­su do cza­su, chcąc uciec od rze­czy­wi­sto­ści, idę do opu­sto­sza­łej czę­ści par­ku i pa­trzę, jak tri­ce­ra­tops o peł­nej go­dzi­nie po­trzą­sa pla­sti­ko­wą gło­wą, zrzu­ca­jąc cza­pę śnie­gu. We­lo­ci­rap­tor wsz­czy­na uda­wa­ną bój­kę z ty­ra­no­zau­rem, obaj po uda w za­spie. Dziw­nie. Jak­bym pa­trzy­ła na ko­niec świa­ta. Cza­sem ich me­ta­licz­ne ryki pło­szą gi­bo­ny, któ­re też za­czy­na­ją się wy­dzie­rać.

Z po­wo­du gi­bo­nów wła­śnie nie sły­szę wo­ła­nia ojca, do­pó­ki nie sta­je tuż na wprost mnie.

– Cara? Cara! – Ma na so­bie zi­mo­wy kom­bi­ne­zon, któ­ry wie­sza na ga­łę­zi przed przy­cze­pą i nig­dy nie pie­rze, po­nie­waż wil­ki roz­po­zna­ją go po za­pa­chu. Wi­dzę, że nie­daw­no z nimi jadł, bo na koń­cach dłu­gich wło­sów, któ­re oka­la­ją mu twarz, zo­sta­ła krew. Zwy­kle od­gry­wa rolę ome­gi, więc ucztu­je mię­dzy alfą i betą. To nie­za­po­mnia­ny wi­dok, gdyż wil­czy po­si­łek przy­po­mi­na wal­kę gla­dia­to­rów. Wszy­scy sku­pia­ją się wo­kół pa­dli­ny i je­dzą w wy­zna­czo­nym mo­men­cie to, co im się na­le­ży. Jest przy tym mnó­stwo war­cze­nia i kła­pa­nia zę­ba­mi, gdy każ­dy – nie wy­łą­cza­jąc mo­je­go taty – bro­ni swo­jej czę­ści łupu. Oj­ciec zwykł ja­dać su­ro­we mię­so, jak wil­ki, lecz z po­wo­du pro­ble­mów z żo­łąd­kiem za­czął go­to­wać swo­ją por­cję ne­rek i wą­tro­by, a na­stęp­nie cho­wać je w wo­recz­ku za pa­zu­chą i pod­rzu­cać do roz­cię­te­go brzu­cha cie­la­ka. Dzię­ki cze­mu jadł, nie wzbu­dza­jąc po­dej­rzeń współ­bie­siad­ni­ków.

Na mój wi­dok od­dy­cha z ulgą.

– Cara – po­wta­rza. – Już my­śla­łem, że cię stra­ci­łem.

Usi­łu­ję wstać i po­wie­dzieć mu, że by­łam tu­taj cały czas, ale nie mogę. Nogi za­plą­ta­ły mi się w koc, mam unie­ru­cho­mio­ne ra­mio­na. Na­raz wi­dzę, że to nie koc, tyl­ko ban­daż. I to nie oj­ciec mnie wo­łał, ale mama.

– Obu­dzi­łaś się – mówi. Pa­trzy na mnie, si­ląc się na uśmiech.

Czu­ję, jak­by przy­gnia­tał mnie słoń. Chcę o coś spy­tać, ale sło­wa nie prze­cho­dzą mi przez gar­dło. Na­gle po­ja­wia się dru­ga twarz, twarz ko­bie­ty, mięk­ka jak z waty.

– Je­śli bę­dzie bo­la­ło – mówi – na­ci­śnij tu­taj. – Kła­dzie moją dłoń na gu­zi­ku. Na­ci­skam.

Chcę spy­tać o ojca, ale za­sy­piam.

***

Zno­wu mi się śni, bo:

Oj­ciec jest w po­ko­ju, ale to nie mój oj­ciec, tego ko­goś znam tyl­ko ze zdjęć – do­kład­nie trzech, któ­re mat­ka trzy­ma w szu­fla­dzie z bie­li­zną, pod ak­sa­mit­ną pod­szew­ką szka­tuł­ki z per­ła­mi po bab­ci. Na wszyst­kich trzech obej­mu­je ją ra­mie­niem. Jest młod­szy i szczu­plej­szy, ma krót­sze wło­sy.

Obec­na wer­sja ojca pa­trzy na mnie z miną, jak­by mój wi­dok też bu­dził zdu­mie­nie.

– Nie od­chodź – pro­szę, z tru­dem do­by­wa­jąc głos.

Uśmie­cha się.

To dru­gi po­wód, dla któ­re­go wiem, że śnię. Na tam­tych zdję­ciach tata jest za­wsze uśmiech­nię­ty. Obo­je z mamą wy­glą­da­ją na szczę­śli­wych, co też wi­dy­wa­łam tyl­ko na fo­to­gra­fiach.

Nie śpię, ale uda­ję, że tak. Dwaj po­li­cjan­ci sto­ją przy łóż­ku i roz­ma­wia­ją z mamą.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać z pani cór­ką, to bar­dzo waż­ne – na­le­ga wyż­szy. – Chce­my usta­lić prze­bieg zda­rzeń.

Cie­ka­we, co oj­ciec im po­wie­dział. Czu­ję su­chość w gar­dle.

– Moja cór­ka nie jest w sta­nie od­po­wia­dać na żad­ne py­ta­nia – mówi sztyw­no mat­ka. Wzrok wszyst­kich troj­ga pali mnie w twarz.

– Ro­zu­mie­my, że li­czy się przede wszyst­kim jej zdro­wie, pro­szę pani.

– W ta­kim ra­zie nie wiem, po co przy­szli­ście – uci­na mat­ka.

Oglą­dam Pra­wo i po­rzą­dek. Wiem, że wy­star­czy mi­kro­sko­pij­ny od­prysk far­by, by uzie­mić kłam­li­we­go ban­dy­tę. Czy to ru­ty­no­wa wi­zy­ta, jak w wy­pad­ku każ­dej krak­sy? A może coś wie­dzą?

Pocę się i ser­ce za­czy­na mi moc­niej bić. Na­gle uświa­da­miam so­bie, że mają mnie jak na wi­del­cu, bo je­stem pod­łą­czo­na do ma­szy­ny. Wie­dząc, że się po­grą­żam, wi­dzę ocza­mi wy­obraź­ni, jak wszy­scy ga­pią się na mo­ni­tor.

– Na­praw­dę my­śli­cie, że jej oj­ciec ce­lo­wo do­pro­wa­dził do wy­pad­ku? – pyta mama.

Na­stę­pu­je chwi­la ci­szy.

– Nie – od­po­wia­da je­den z po­li­cjan­tów.

Ser­ce tak mi tłu­cze, że za chwi­lę przy­bie­gnie pie­lę­gniar­ka i za­trą­bi na alarm.

– Więc co was spro­wa­dza? – drą­ży mat­ka.

Sły­szę sze­lest i pod­glą­dam przez uchy­lo­ną po­wie­kę, że po­li­cjant wrę­cza ma­mie wi­zy­tów­kę.

– Ze­chce pani po­wia­do­mić nas, kie­dy cór­ka od­zy­ska przy­tom­ność.

Ich kro­ki nio­są się echem.

Li­czę do pięć­dzie­się­ciu. Po­wo­li, z prze­rwa­mi. Na­stęp­nie otwie­ram oczy.

– Mamo? – Głos mi się ła­mie.

Na­tych­miast sia­da obok mnie na łóż­ku.

– Jak się czu­jesz?

Wciąż boli mnie bark, ale jest znacz­nie le­piej. Wol­ną ręką do­ty­kam czo­ła i czu­ję pod pal­ca­mi obrzęk, szwy.

– Boli – mó­wię.

Mama się­ga po moją dłoń. Mam coś przy­twier­dzo­ne do pal­ca, przez skó­rę prze­świ­tu­je czer­wo­na lamp­ka. Jak E.T.

– Zła­ma­łaś ło­pat­kę – oznaj­mia. – W czwar­tek wie­czo­rem mia­łaś ope­ra­cję.

– Jaki dzi­siaj dzień? – py­tam.

– So­bo­ta – mówi.

Stra­ci­łam cały pią­tek.

Pró­bu­ję usiąść, co oka­zu­je się nie­moż­li­we z ra­mie­niem przy­twier­dzo­nym do boku jak mu­mia.

– Gdzie tata?

Lek­ki gry­mas prze­ci­na jej twarz.

– Wi­dzia­łam go z ra­tow­ni­ka­mi, a po­tem… po­tem… – Nie koń­czę, bo ta cała kon­spi­ra­cja, mina mat­ki i moje ha­lu­cy­na­cje na­gle ukła­da­ją się w jed­ną ca­łość. – On nie żyje – szep­czę. – Nie chcesz mi po­wie­dzieć.

Moc­niej ści­ska moją dłoń.

– Ależ żyje.

– W ta­kim ra­zie chcę go zo­ba­czyć – żą­dam.

– Caro, je­steś za sła­ba.

– Do ja­snej cho­le­ry, po­zwól mi go zo­ba­czyć! – krzy­czę.

Przy­najm­niej uda­je mi się zwró­cić czy­jąś uwa­gę. Do sali wbie­ga ko­bie­ta ze szpi­tal­nym iden­ty­fi­ka­to­rem, ale bez far­tu­cha.

– Uspo­kój się, Caro.

Jest ni­ska i drob­nej bu­do­wy, ma czar­ne sprę­żyn­ki, któ­re pod­ska­ku­ją wraz z każ­dą sy­la­bą.

– Kim pani jest?

– Mam na imię Tri­na. Je­stem z opie­ki spo­łecz­nej, przy­dzie­lo­no mnie do cie­bie. Ro­zu­miem, że na­su­wa ci się wie­le py­tań…

– Owszem, na przy­kład to, że leżę owi­nię­ta jak za­sra­ny fa­ra­on, z gębą jak po­twór Fran­ken­ste­ina, a mój oj­ciec jest pew­nie w kost­ni­cy, więc jak mam się uspo­ko­ić?

Mat­ka z Tri­ną wy­mie­nia­ją spoj­rze­nia i od razu wiem, że roz­ma­wia­ły na mój te­mat, kie­dy le­ża­łam odu­rzo­na pro­cha­mi. Je­śli nie za­pro­wa­dzą mnie do taty, pój­dę sama. Do­czoł­gam się, je­śli trze­ba.

– Twój oj­ciec do­znał bar­dzo po­waż­ne­go uszko­dze­nia mó­zgu – mówi Tri­na to­nem, jak­by in­for­mo­wa­ła mnie, że za­po­wia­da się ostra zima albo że musi wy­wa­żyć koła. Mówi to tak, jak­by uszko­dze­nie mó­zgu nie było ni­czym gor­szym od wro­śnię­te­go pa­znok­cia.

– To zna­czy?

– Prze­szedł ope­ra­cję zmniej­sze­nia obrzę­ku mó­zgu. Nie od­dy­cha sa­mo­dziel­nie. Jest nie­przy­tom­ny.

– Po­dob­nie jak ja przed pię­cio­ma mi­nu­ta­mi – kwi­tu­ję, my­śląc jed­nak, że to wszyst­ko moja wina.

– Za­pro­wa­dzę cię do ojca, Caro – cią­gnie Tri­na – ale przy­go­tuj się na wstrząs.

Bo co? Bo leży w łóż­ku? Bo jest po­ła­ta­ny jak ja i ople­cio­ny rur­ka­mi? Mój oj­ciec jest w cią­głym ru­chu, rzad­ko sie­dzi w domu. Wstrzą­sem jest zo­ba­czyć go śpią­ce­go w fo­te­lu.

Woła pie­lę­gniar­kę i sa­dza­ją mnie na wóz­ku, co nie na­le­ży do przy­jem­no­ści. Za­ci­skam zęby. Na ko­ry­ta­rzu roz­no­si się za­pach li­zo­lu i cze­goś, co za­wsze przy­pra­wia mnie o ciar­ki.

Ostat­nio by­łam tu­taj rok temu. Tata i ja mie­li­śmy warsz­ta­ty z Za­zim, wil­kiem, z któ­rym cza­sem jeź­dzi­my po szko­łach, żeby opo­wie­dzieć o ży­ciu wa­ta­hy. Tata za­wsze od­by­wa z dzieć­mi mi­ni­kurs za­cho­wa­nia w obec­no­ści dzi­kie­go zwie­rza – czy­li nie wy­cią­gaj ręki, uni­kaj gwał­tow­nych ru­chów, niech za­po­zna się z two­im za­pa­chem. I tam­te­go dnia ucznio­wie za­cho­wy­wa­li się bez za­rzu­tu, po­dob­nie jak Zazi. Ale ja­kiś pół­głó­wek w in­nej czę­ści bu­dyn­ku dla ka­wa­łu włą­czył sy­re­nę alar­mo­wą i ha­łas wy­stra­szył wil­ka. Zazi rzu­cił się do uciecz­ki i traf chciał, że naj­bli­żej miał do okna. Tata oplótł go ra­mio­na­mi i ko­niec koń­ców wy­padł przez to okno za­miast wil­ka. Zazi wy­szedł z tego bez szwan­ku, za to oj­ciec roz­ciął so­bie rękę aż do ko­ści.

Oczy­wi­ście naj­pierw mu­siał od­tran­spor­to­wać wil­ka do za­gro­dy. Pro­wi­zo­rycz­ny opa­tru­nek cały na­siąk­nął krwią, a roz­trzę­sio­ny dy­rek­tor szko­ły – przy­je­chał z nami do par­ku – uparł się od­wieźć tatę na izbę przy­jęć, gdzie za­ło­żo­no mu pięt­na­ście szwów. Jed­nak­że za­raz po po­wro­cie do domu tata po­szedł do za­gro­dy No­da­ha, Kiny i Kity, któ­re wy­cho­wał od ma­łe­go i wśród nich był obec­nie ome­gą.

Sta­łam przy ogro­dze­niu, pa­trząc, jak No­dah ska­cze na tatę. Od razu ro­ze­rwał ban­daż zę­ba­mi, a Kina za­czął li­zać ranę. By­łam pew­na, że ro­ze­rwie szwy, na co zresz­tą pew­nie li­czył tata. Opo­wia­dał mi, jak to w dzi­czy ka­le­czył się cza­sem w cza­sie po­lo­wa­nia, bo nie miał na so­bie ochron­ne­go fu­tra jak jego wil­czy bra­cia i sio­stry. Zwie­rzę­ta wy­li­zy­wa­ły mu wów­czas ranę, aż się otwie­ra­ła. Oj­ciec na­brał prze­ko­na­nia, że ich śli­na ma lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści, bo mimo że spał na go­łej zie­mi i nie miał do­stę­pu do an­ty­bio­ty­ków, przez bli­sko dwa lata, któ­re spę­dził w głu­szy, ani razu nie na­ba­wił się in­fek­cji, a rany go­iły się w mgnie­niu oka. Kina li­zał, a tata wzdry­gnął się parę razy, ale rana prze­sta­ła krwa­wić i wy­szedł z za­gro­dy. Ru­szy­li­śmy na wzgó­rze w stro­nę przy­cze­py. „Nie cier­pię szpi­ta­li”, rzu­cił to­nem wy­ja­śnie­nia.

Gdy Tri­na wie­zie mnie ko­ry­ta­rzem – mama drep­cze za nami – mi­ja­my lu­dzi w gip­sie, wspar­tych na ku­lach lub bal­ko­ni­kach. Leżę na or­to­pe­dii, ale oj­ciec jest gdzie in­dziej. Mu­si­my wsiąść do win­dy i zje­chać na trze­cie pię­tro.

Wcho­dzi­my przez po­dwój­ne drzwi, przy któ­rych wi­dzę na­pis OIOM.

Po ko­ry­ta­rzu krę­cą się tyl­ko le­ka­rze.

Tri­na przy­sta­je i kuca na­prze­ciw mnie.

– Czu­jesz się na si­łach?

Ki­wam gło­wą.

Wcho­dzi ty­łem do sali, cią­gnąc za sobą wó­zek, po czym od­wra­ca mnie przo­dem do łóż­ka.

Tata wy­glą­da jak po­sąg. Przy­po­mi­na mar­mu­ro­we­go wo­jow­ni­ka w grec­kiej sek­cji mu­zeum – krzep­kie­go, na­pię­te­go i kom­plet­nie po­zba­wio­ne­go wy­ra­zu. Wy­cią­gam rękę i do­ty­kam pal­cem jego dło­ni. Ani drgnie. Je­dy­ną ozna­ką ży­cia jest szum ma­szyn, do któ­rych go pod­łą­czo­no.

Ja mu to zro­bi­łam.

Przy­gry­zam war­gę, wiem, że się roz­pła­czę, i nie chcę ro­bić tego na oczach mamy i Tri­ny.

– Czy on wy­zdro­wie­je? – py­tam szep­tem.

Mama kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu.

– Le­ka­rze nie wie­dzą – od­po­wia­da ła­mią­cym się gło­sem.

Łzy pły­ną mi po twa­rzy.

– Ta­tu­siu? To ja. Cara. Obudź się. Mu­sisz się obu­dzić.

Przez gło­wę prze­la­tu­ją mi te­le­wi­zyj­ne opo­wie­ści o spa­ra­li­żo­wa­nych, któ­rzy nie­spo­dzie­wa­nie wsta­ją z łóż­ka i za­czy­na­ją cho­dzić, nie­wi­do­mi od­zy­sku­ją wzrok; oj­co­wie z uszko­dze­niem mó­zgu na­gle przy­tom­nie­ją i z uśmie­chem wy­ba­cza­ją ci wszyst­ko.

Sły­szę szum wody i otwie­ra­ją się drzwi do ła­zien­ki. Wy­cho­dzi młod­sza wer­sja mo­je­go taty, któ­rą wczo­raj wi­dzia­łam w snach, męż­czy­zna wy­cie­ra ręce w spodnie od dre­su. Pa­trzy na mat­kę, a po­tem na mnie.

– Cara – mówi. – O rety. Obu­dzi­łaś się.

A więc to nie był sen. Po­zna­ję głos, pły­ną­cy z ob­ce­go, do­ro­słe­go cia­ła.

– Co on tu­taj robi? – szep­czę.

– Za­dzwo­ni­łam do nie­go – wy­zna­je mat­ka. – Caro.

Krę­cę gło­wą.

– My­li­łam się. Nie dam rady.

Tri­na na­tych­miast za­wra­ca wó­zek i znów pa­trzę na drzwi.

– Nic nie szko­dzi – mówi neu­tral­nym to­nem. – To nie­ła­twe, wi­dzieć uko­cha­ną oso­bę w ta­kim sta­nie. Wró­cisz, gdy po­czu­jesz się le­piej.

Uda­ję, że się z nią zga­dzam. Lecz nie tyl­ko wi­dok nie­przy­tom­ne­go ojca spra­wił, że świat za­trząsł się w po­sa­dach.

Spra­wił to rów­nież wi­dok bra­ta, któ­re­go po­cho­wa­łam przed laty.

Nie mogę po­wie­dzieć, że Edward i ja by­li­śmy bli­sko. Sie­dem lat to w dzie­ciń­stwie spo­ra róż­ni­ca wie­ku: li­ce­ali­sta ma nie­wie­le wspól­ne­go z sio­strą, któ­ra jesz­cze bawi się lal­ka­mi. Ale ja uwiel­bia­łam star­sze­go bra­ta. Otwie­ra­łam książ­ki, któ­re cza­sem zo­sta­wiał na ku­chen­nym sto­le, i uda­wa­łam, że ro­zu­miem, o co w nich cho­dzi. Za­kra­da­łam się do jego po­ko­ju, kła­dłam się na łóż­ku i słu­cha­łam jego iPo­da. Gdy­by mnie przy­ła­pał, do­sta­ła­bym baty.

Pod­sta­wów­ka znaj­do­wa­ła się nie­da­le­ko li­ceum, więc Edward mu­siał mnie rano od­pro­wa­dzać. Sta­no­wi­ło to część za­war­tej z ro­dzi­ca­mi umo­wy, w myśl któ­rej mie­li do­ło­żyć mu po­ło­wę do wy­ma­rzo­nych czte­rech kó­łek. W za­mian mat­ka na­le­ga­ła, by od­sta­wiał mnie pod wej­ście do szko­ły.

I tak wła­śnie ro­bił.

Mia­łam je­de­na­ście lat, mo­głam więc już sama prze­cho­dzić na świa­tłach. Ale brat nie po­zwa­lał. Dzień w dzień par­ko­wał sa­mo­chód i cze­kał ze mną. Z chwi­lą zmia­ny świa­teł ra­zem scho­dzi­li­śmy z kra­węż­ni­ka, po czym brał mnie za rękę lub chwy­tał za ra­mię i nie pusz­czał, póki nie zna­leź­li­śmy się po dru­giej stro­nie. Owa czyn­ność tak we­szła mu w krew, że pew­nie wca­le się nad nią nie za­sta­na­wiał.

Mo­głam wy­szarp­nąć rękę albo za­żą­dać, żeby mnie pu­ścił, ale nig­dy tego nie zro­bi­łam.

Pierw­sze­go dnia po jego odej­ściu, gdy mu­sia­łam sama iść do szko­ły i przejść przez uli­cę, zda­wa­ło mi się, że mam do po­ko­na­nia od­ci­nek dwu­krot­nie dłuż­szy niż zwy­kle.

Lo­gicz­nie rzecz bio­rąc, ro­zu­miem, że na­sza ro­dzi­na nie roz­pa­dła się po wy­jeź­dzie Edwar­da z jego winy. Ale w wie­ku je­de­na­stu lat czło­wiek ma w no­sie lo­gi­kę. I po pro­stu tę­sk­ni za star­szym bra­tem.

– Mu­sia­łam do nie­go za­dzwo­nić – tłu­ma­czy mat­ka. – Nadal jest sy­nem two­je­go ojca. Szpi­tal po­trze­bo­wał ko­goś do po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji co do dal­sze­go le­cze­nia.

Nie dość, że oj­ciec jest w śpiącz­ce, to je­dy­ną zo­rien­to­wa­ną w sy­tu­acji oso­bą jest jak na iro­nię mój brat ucie­ki­nier. Do­sta­ję bia­łej go­rącz­ki na myśl, że czu­wa przy ta­cie za­miast mnie.

– A dla­cze­go ty nie mo­głaś?

– Bo nie je­stem już jego żoną.

– Więc cze­mu nikt nie spy­tał mnie?

Mat­ka sia­da na skra­ju szpi­tal­ne­go łóż­ka.

– Po pierw­sze, nie by­łaś w sta­nie po­dej­mo­wać żad­nych de­cy­zji. Poza tym, je­steś nie­let­nia. Szpi­tal po­trze­bo­wał oso­by po­wy­żej osiem­na­ste­go roku ży­cia.

– On od­szedł – rzu­cam, stwier­dza­jąc fakt oczy­wi­sty. – Nie za­słu­gu­je, żeby tu­taj być.

– Caro. – Mat­ka po­cie­ra dło­nią twarz. – Nie mo­żesz za wszyst­ko ob­wi­niać Edwar­da.

Nie do­da­je, że winę za roz­pad mał­żeń­stwa i wy­jazd Edwar­da po­no­si mój oj­ciec. Uwa­ża na sło­wa, gdyż wła­śnie z ich po­wo­du wy­pro­wa­dzi­łam się od niej przed czte­re­ma laty.

Wy­pro­wa­dzi­łam się, bo nie pa­so­wa­łam do jej no­wej ro­dzi­ny, ale zo­sta­łam z tatą, bo za­pew­nił mi opie­kę, ja­kiej z jej stro­ny nig­dy nie do­świad­czy­łam. Trud­no to wy­tłu­ma­czyć. Dla mnie nie li­czy­ło się, czy zmie­nia­ją mi po­ściel raz w ty­go­dniu czy raz na parę mie­się­cy, gdy się ko­muś przy­po­mni. W za­mian tata na­uczył mnie roz­po­zna­wać drze­wa, i to zu­peł­nie przy­pad­kiem. Od nie­go do­wie­dzia­łam się, że let­nia bu­rza jest świet­ną oka­zją do pra­cy na ze­wnątrz, bez za­wra­ca­nia so­bie gło­wy ko­ma­ra­mi czy ża­rem le­ją­cym się z nie­ba.

Kie­dyś, gdy by­li­śmy w za­gro­dzie, na­pa­to­czył się bor­suk. Zwy­kle po­zwa­la­my wil­kom za­bi­jać drob­ną zwie­rzy­nę, któ­ra za­pę­dza się do środ­ka, ale wów­czas je­den z do­ro­słych wil­ków do­padł bor­su­ka i za­miast go za­bić, prze­gryzł mu krę­go­słup, przez co zwie­rzę po­włó­czy­ło tyl­ny­mi ła­pa­mi. Na­stęp­nie sam od­szedł na bok, po­zwa­la­jąc, aby dwa mło­de do­bi­ły ofia­rę. Ży­cie z moim tatą wy­glą­da­ło po­dob­nie. Przy nim nie li­czy­ło się odej­ście Edwar­da. Z tatą było war­to być tyl­ko dru­gim człon­kiem wa­ta­hy, z któ­rym dzie­lił się swo­ją wie­dzą i na któ­rym po­le­gał tak jak on na nim.

Uświa­da­miam so­bie, że je­śli oj­ciec się nie obu­dzi, będę mu­sia­ła wró­cić do mamy.

Na­gle otwie­ra­ją się drzwi mo­jej sali i wcho­dzą dwaj po­li­cjan­ci, któ­rzy byli tu­taj wczo­raj.

– Cara – mówi wyż­szy. – Miło, że się obu­dzi­łaś. Na­zy­wam się Du­mont, a to jest Whig­by. Chcie­li­by­śmy za­mie­nić z tobą dwa sło­wa…

Mat­ka za­gra­dza sobą łóż­ko.

– Cara nie­daw­no mia­ła ope­ra­cję. Musi od­po­cząć.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, pro­szę pani, ale nie wyj­dzie­my stąd, do­pó­ki nie po­roz­ma­wia­my z pani cór­ką. – Du­mont sia­da na krze­śle przy łóż­ku. – Czy ze­chcesz od­po­wie­dzieć na kil­ka py­tań na te­mat wy­pad­ku, Caro?

Zer­kam na mat­kę i prze­no­szę wzrok na po­li­cjan­ta.

– Chy­ba tak…