Zagrożona ordynacja. Rodzinne gniazdo Adlerberg, tom 1 - Monika Raspen - ebook
NOWOŚĆ

Zagrożona ordynacja. Rodzinne gniazdo Adlerberg, tom 1 ebook

Monika Raspen

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Maj, rok 1937. Nad bazą lotniczą Lakehurst w USA dochodzi do katastrofy niemieckiego sterowca „Hindenburg”. Ginie w niej Dagobert, spadkobierca fortuny arystokratycznego rodu von Adlersteinów. Zmienia to diametralnie sytuację rodziny zamieszkującej sudecki zamek Adlerberg. Zgodnie z umową ordynacyjną, majątek i tytuł ma teraz przejąć daleki kuzyn, młody lekarz i pilot, Richard. Byłoby idealnie, gdyby najstarsza z panien von Adlerstein wyszła za niego za mąż, jednak żadna ze stron nie ma takiego zamiaru.

Władzę w Niemczech dzierży niepodzielnie Adolf Hitler, którego losy w tajemniczy sposób wiążą się z von Adlersteinami. Ich kuzyn, Hermann Göring, dawny ulubieniec seniorki rodu, Herty, zmusza ją do zorganizowania w sudeckiej posiadłości tajnego zjazdu europejskich przywódców, który może zaważyć na przyszłych losach Europy. To wielkie wyzwanie, ponieważ kobieta jest córką Polki, bardzo związaną z ojczyzną matki…

W Adlerbergu każdy ukrywa jakąś tajemnicę, a na Hercie, powiernicy sekretów, ciąży wielka odpowiedzialność: ocalenie rodziny i rodowego majątku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 528

Data ważności licencji: 9/30/2031

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Monika Raspen

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redaktor

Małgorzata Burakiewicz

 

Redakcja techniczna

Joanna Podolska

 

Korekta

Joanna Podolska, Natalia Ziółkowska, Karolina Niemiałkowska

 

Projekt okładki i elementów graficznych

Urszula Gireń

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68923-61-2

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected] | www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tę opowieść o Dolnym Śląsku dedykuję zawsze mnie wspierającej M.B.

 

 

 

Nie licząc paru wyjątków, ludzie, którzy kierują tym Rządem, mają mentalność, jakiej ani Wy, ani ja nie jesteśmy w stanie pojąć. Niektórzy z nich to psychopaci, którzy normalnie, w innym kraju, byliby poddani terapii.

George Messersmith w: Eric Larson,

W ogrodzie bestii

 

 

Ja potrzeby kraju tego znam,

sznurki władzy mogę trzymać sam.

Starczy, że ściągnę je i już tłum posłuszny jest.

Twoja wola jest rozkazem: uczynimy to, co chcesz!

Sznurki w tył, sznurki w przód,

marionetki wprawiam w ruch.

I znów tak tańczą, jak im gram!

Jack Murphy, Nan Knighton,

Afera Mayerling (musical)

 

 

Czy możliwa jest przyjaźń z ludźmi, którzy mają zupełnie obce myśli i uczucia – tak obce, że wystarczy, bym stanął w drzwiach, żeby nagle zamilkli ze wstydu i zakłopotania?

Mihail Sebastian,

Od dwóch tysięcy lat

 

 

 

 

Od autorki

 

 

 

 

Moje Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!

Od lat zachwycają mnie opowieści, w których historia nie jest jedynie tłem, lecz żywą siłą wpływającą na losy zwykłych i niezwykłych ludzi. Przed napisaniem każdej książki przeprowadzam wieloletnią – tak, wieloletnią! – kwerendę i zawsze dokładam wszelkich starań, żeby umieścić w każdej z nich jak najwięcej historycznych szczegółów i jak najlepiej oddać konteksty epoki. Choć fabuła utkana jest z prawdziwych wydarzeń, choć umieszczam w niej prawdziwe postacie, istniejące miejsca i rzeczywiste wydarzenia, moja opowieść pozostaje jednak fikcją i w żadnym wypadku nie należy jej traktować jak historycznego opracowania. Może być natomiast źródłem inspiracji do historycznych dociekań i poszukiwań. I taki jest mój cel.

Każda powieść utkana jest także z licznych fascynacji i inspiracji. Na stworzenie dziejów fikcyjnego Adlerbergu złożyły się fragmenty wielu gawęd o dawnych czasach. Zaczęło się od słuchania tego, co mówili świadkowie historii. Pierwsi byli moi dziadkowie opowiadający mi dzieje rodziny i anegdoty z przeszłości. Później poszerzyłam zakres poszukiwań poza historie rodzinne: zaczęłam czytać wszystkie dostępne pamiętniki, dzienniki, wspomnienia, przeglądać archiwalne dokumenty, zdjęcia, nagrania.

Żeby samodzielnie napisać historię, która ukazuje społeczną panoramę, warto mieć własnych literackich mistrzów w tej materii. Moje ulubione arcydzieła literatury, które podejmują temat losów rodziny na tle historii w szczególnie inspirujący dla mnie sposób, to cykl powieściowy Johna Galsworthy’ego: Saga rodu Forsyte’ów, orazTomasza Manna:Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny, a także Na wschód od Edenu Johna Steinbecka i trylogia Kena Folletta: Stulecie. Jeśli jeszcze ich nie znacie, to gorąco Wam te książki polecam.

Niezwykle ważne są dla mnie również historyczne filmy i seriale. Te oglądam z czasem coraz wnikliwiej, weryfikując pojawiające się w nich informacje. Do wybranych wracam wielokrotnie. Niektóre przez lata kształtowały moją wyobraźnię, wręcz towarzyszyły mojemu dojrzewaniu.

Najważniejszym z seriali pokazujących w drobiazgowy sposób panoramę świata, który odchodzi, jest dla mnie Downton Abbey. Nie ukrywam tej inspiracji – przeciwnie! Od pierwszego obejrzenia serial zachwycił mnie, bo scenarzysta Julian Fellowes stworzył opowieść, która – moim zdaniem – jest jedną z najdoskonalszych i najpiękniejszych współczesnych interpretacji archetypów i toposów obecnych od stuleci w europejskiej kulturze. Wcześniej jednak zwrócił moją uwagę inny film ze scenariuszem jego autorstwa, który nagrodzono w 2002 roku Oscarem i nominowano do sześciu kolejnych. Chodzi o Gosford Parkw reżyserii Roberta Altmanna, będący w moim odbiorze preludium do Downton Abbey, który to – wraz z Babilon Berlin – uważam za seriale wszechczasów.

Dlaczego widzowie na całym świecie tak bardzo pokochali ten brytyjski serial? Ponieważ intuicyjnie czuli, jakby skądś już znali tę opowieść – osadzoną, co prawda, w innych realiach geograficznych, historycznych i społecznych, ale z łudząco podobnymi bohaterami i ich bliźniaczymi losami na tle wielkiej historii. Trochę jak współczesny moralitet z bohaterami będącymi odpowiednikami dawnego Everymana – każdego człowieka i Mankind/Humanum Genus – Ludzkości. To współczesny The Castle of Perseverance (czyli: zamek wytrwałości),gdzie historia po raz kolejny daje człowiekowi powtarzające się lekcje. Samo miejsce zaś jest z jednej strony alegorią ciągłości, tradycji, bastionu zasad, a z drugiej skostniałych form, które nie nadążają za zmieniającym się światem. Każda z serialowych postaci jest swego rodzaju archetypem: wzorcem reprezentującym cechy takich literackich bohaterów, jakich znamy ze swojego otoczenia.

Muszę przyznać, że myślenie o tym, wracanie do tego filmu, stało się dla mnie swego rodzaju idée fixe. Zaczęło nurtować mnie pytanie: a co by było, gdyby to filmowe imaginarium przemijającego świata przenieść w inny czas i miejsce? Sprawdzić, jak znane mechanizmy zafunkcjonują z innymi trochę, ale jakże podobnymi ludźmi? W pozornie odmiennych realiach, a jednak z uniwersalnymi problemami? W znanym nam, a jednak mającym wiele niewiadomych kręgu kulturowym: na Dolnym Śląsku, w latach 1937-1939, w rzeczywistości zdominowanej przez nazizm, w okolicznościach pełnych tajemnic, gdzie losy mieszkańców splatają się z dramatem Białej Rosji, polityką III Rzeszy i nadciągającą wojną.

Podjęłam taką próbę. Był to dla mnie rodzaj twórczego doświadczenia – wpisanie uniwersalnych archetypów w tak bliskie mi realia historyczne.

Na pierwszy plan wysuwa się nestorka rodu, która – mimo, iż formalnie nie dziedziczy ani nie rządzi – w rzeczywistości sprawuje władzę i kreuje rzeczywistość. Jak wiele innych władczyń i arystokratek od zawsze. Pierwsza myśl: królowa Bona, druga: Izabela Lubomirska. Pisząc tę „rolę”, miałam w tyle głowy również silne kobiety z rodu Potockich z Krzeszowic: Katarzynę, Krystynę i Różę, późniejszą Raczyńską.

Widać tu kobiecą siłę, wręcz dominację, a jednak dyskryminację kobiet w kwestii dziedziczenia. Mimo postępu i nowoczesności kobiety nadal „mają obowiązek” rodzić następców, bo tylko oni mogą zapewnić utrzymanie majątków w rękach rodu. To prawo stworzyli również mężczyźni. Nie jest ważne, że kobiety wnoszą posagi ratujące fideikomisy przed bankructwem, że mają bystre umysły i są w stanie wybrać najlepszy rodzaj inwestycji i pomnażania zasobów. One i tak trafią pod męski zarząd.

Główna bohaterka powieści, Herta, nosi w sobie siłę, poczucie odpowiedzialności i ironiczny dystans, które tak zachwycały mnie w filmowych bohaterkach. Jednocześnie jest intelektualistką dbającą o dziedzictwo i filantropką z niezwykłą osobowością, odwagą i talentem organizacyjnym.

Losy córek Adlersteinów wyrastają z kilku źródeł jednocześnie. Motyw rodziny, w której rodzą się po sobie same siostry, towarzyszy mi od lat. Moja babcia Anna miała cztery siostry: Rozalię, Ewę, Helenę, Juliannę. Moja prababcia Marianna owdowiała i potrafiła świetnie zarządzać majątkiem. Moja mama, także Anna, również miała cztery siostry: Janinę, Irenę, Marię i Ewę. Z rodzinnych opowieści wiem, że moja mama przyszła na świat w momencie, kiedy oczekiwano chłopca, a zaledwie pięć minut później urodziła się jej siostra bliźniaczka. Co ciekawe: występująca na kartach powieści Carin von Kantzow, późniejsza pani Göring, również była czwartą z pięciu córek. Cztery siostry są więc naturalnym elementem mojej układanki.

Inspiracją stworzenia domu z czterema córkami była dla mnie również cesarzowa Aleksandra Fiodorowna – Alix, jedna z czterech sióstr, a zarazem matka czterech córek. Poza tym w tym samym czasie żyły w Anglii fascynujące dzisiejszych historyków, a gorszące sobie współczesnych, siostry Mitford. Losy Nancy, Pameli, Diany, Unity, Jessiki i Deborah, których skrajnie odmienne poglądy i wybory życiowe stały się symbolem pękniętej Europy pierwszej połowy XX wieku to materiał na serię powieści. Ja wyposażyłam moją Adolfine w cechy Deborah i Unity.

Jedna z moich krewnych zginęła tragicznie w wieku dwudziestu lat, krótko po zaręczynach – wspomnienie tej rodzinnej tragedii znalazło echo w losach Sophie. Inna odrzuciła starannie zaplanowane małżeństwo i wybrała mezalians, kierując się uczuciem zamiast oczekiwaniami otoczenia, co bardzo pogorszyło jej życiowy start – to także znalazło odbicie w powieści.

Mój dziadek Stanisław przyczynił się do stworzenia postaci dwóch mężczyzn, którzy brali udział w wojnie i oprócz fizycznych odnieśli dużo gorsze, bo psychiczne rany. „Syndrom tchórza” – jak niegdyś określano zespół stresu pourazowego – był po wielkiej wojnie ogromnym problemem, z którym mierzyli się byli żołnierze.

Także Warwara Morokina ma swoje korzenie w historii. Jej postać została częściowo zainspirowana postacią Barbary Bazanowej, klientki i kontrahentki firmy Fabergé, której losy stały się dla mnie punktem wyjścia do stworzenia jednej z najważniejszych bohaterek rosyjskiego wątku powieści. Warwara, ale i Natasza otrzymały również cechy innej rzeczywistej postaci – Eleny „Nelly” Oboleńskiej, matki dwóch pięknych córek bywających na carskim dworze.

Konflikt teściowa-synowa jest stary jak świat. A jeśli synowa jest w dodatku z innego kręgu kulturowego, sytuacja staje się rzeczywiście trudna. Jeżeli, na domiar złego, teściowa zawdzięcza „obcej” materialną pomoc, bo kobieta wniosła spory posag, dochodzi częstokroć do prawdziwej wojny podjazdowej. Na przełomie wieków i w międzywojniu takie małżeństwa z cudzoziemkami, które były de facto kontraktami przynoszącymi obydwu stronom wymierne korzyści, stanowiły prawdziwy trend społeczny. W mojej powieści żoną z innego kręgu kulturowego jest Biała Rosjanka, ale na linii teściowa–synowa działają te same mechanizmy, czasami komiczne jak w serialu czy filmie Wojna domowaz 2008 roku.

Julian Fellowes, pisząc Downton Abbey, inspirował się dwiema publikacjami poruszającymi ten temat. Temat szeroki, bo obejmujący nie tylko fakt wejścia do arystokratycznej rodziny zupełnie nieznanej osoby, ale też szok kulturowy związany z zupełnie innym podejściem do rutyny codziennego życia. Mam na myśli: To Marry an English Lord autorstwa Gail MacColl i Carol McD. Wallace oraz: The Husband Hunters:American Heiresses Who Married into the British Aristocracy Anne de Courcy.

Arystokratyczne domy w całej Europie funkcjonowały podobnie: majordomus i ochmistrzyni, kamerdyner, sekretarz, osobista pokojowa, kucharz, rzadziej kucharka; podobny, wypracowany przez wielopokoleniowe doświadczenia schemat rozkładu pomieszczeń w domu; sprawdzone metody zarządzania; nierzadko praca ponad siły i chęć wyrwania się z zaklętego kręgu. Kalendarz corocznych powtarzalnych wydarzeń, bo schemat, powtarzalność, reguły to podwaliny tego świata starych zamków i wielowiekowych tradycji.

A jednak nie wszystko da się przewidzieć, bo los nie zsyła ludziom ostrzegawczych sygnałów, kiedy chce ich doświadczyć. W moim ukochanym serialu pojawia się motyw katastrofy, która nieodwracalnie zmienia świat. Mnie od wielu lat intryguje historia sterowców, więc…

Nie wszyscy mieliśmy wysoko urodzonych przodków, ale wszyscy mamy w swoich rodzinnych sagach wiele niedopowiedzeń i tajemnic przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Pochodzenie… Podkreślam zawsze w swoich książkach, co niejednokrotnie wzbudza kontrowersje, a nawet niechęć, ale jest niezaprzeczalnym historycznym faktem, że pochodzenia nigdy nie możemy być stuprocentowo pewni. W tej powieści szczególnie wiele takiej niepewności. Temat ten często poruszają zajmujące się genealogią Aneta Godynia (ig: galicyjskie_drzewo) i Marta Maćkowiak (ig: duchyprzodków).

Do Downton Abbey wracam z wielką przyjemnością, wręcz z fascynacją. Urzeka mnie w tym serialu nie tylko niezwykła dbałość o szczegóły i piękno świata przedstawionego, lecz także sposób, w jaki wielka historia przenika codzienność bohaterów. Ta opowieść przypomina o tym, że przełomowe wydarzenia nie rozgrywają się wyłącznie na polach bitew i w gabinetach polityków. Ich echo dociera do rezydencji, kuchni, bibliotek, ogrodów i służbówek, zmieniając życie ludzi, którzy jeszcze wczoraj wierzyli, że ich świat pozostanie nienaruszony.

Podobne emocje towarzyszyły mi podczas wieloletnich poszukiwań śladów dawnych mieszkańców Dolnego Śląska. Rozmowy z ludźmi, długie godziny spędzone w archiwach, pamiętniki, fotografie, listy i zapomniane rodzinne historie uświadomiły mi, że za każdą zabytkową fasadą lub dziś już tylko jej ruinami kryją się losy równie fascynujące jak te, które oglądamy na ekranie. A często znacznie bardziej dramatyczne, bo wydarzyły się naprawdę.

Adlerberg narodził się właśnie z tej fascynacji. Nie z chęci opowiedzenia historii o wielkiej polityce i arystokratycznej rodzinie, ale z pragnienia pokazania świata stojącego u progu nieodwracalnych zmian. Świata ludzi, którzy kochają, rywalizują, popełniają błędy, ukrywają sekrety i próbują ocalić to, co dla nich najcenniejsze, nie przeczuwając jeszcze, że nad Europą gromadzą się ciemne chmury, a nawałnica odmieni wszystko. I że nadciąga – to idealne metaforyczne określenie tych ówczesnych realiów – zmierzch bogów.

Czy znacie film Zmierzch bogów(niem. Die Verdammten, czyli: potępieni), który nakręcił w 1969 roku jeden z najwybitniejszych włoskich reżyserów, wywodzący się zresztą z arystokratycznej rodziny, Luchino Visconti? Jeśli nie, to proszę, obejrzyjcie go. Osadziłam swoją opowieść w tych samych realiach. To samo miejsce i ten sam czas – Trzecia Rzesza, oficjalnie Rzesza Niemiecka, tuż przed wybuchem wojny. Piękny świat: architektura, luksus, uroda, talenty – pozornie wszystko, co najlepsze… I pokazanie, jak człowiek potrafi wykorzystać to w niecny sposób.

Wielu z Was miało zapewne okazję oglądać „gdzieś tam w świecie” stare rodowe siedziby, które mają to wielkie szczęście, że ominęły je wojenne zawieruchy. Dolny Śląsk był niegdyś taką baśniową krainą. Porównywano go do francuskiej Doliny Loary, gdzie można podziwiać prawie trzysta zamków i pałaców. To człowiek sprawił, że dziś jest tutaj inaczej…

Chcę Was zabrać do zamku, którego nigdy nie było na mapie, ale ja zbudowałam go w swojej wyobraźni na Czarcich Skałach, które znajdują się między wsiami Łączna i Różana. A Łączna i Różana rozciągają się między miejscowościami Mieroszów i Chełmsko Śląskie. Pewnie wielu z Was nigdy o nich nie słyszało. Ja też, mimo że od tylu lat zajmuję się historią, usłyszałam o nich dopiero niedawno. Dlatego cieszę się, że dowiecie się o tych miejscach właśnie ode mnie. Niech zamieszkają ten świat duchy osób, które rodziły się i umierały w nieistniejących już dolnośląskich domach. Duchy ludzi pochowanych na cmentarzach, po których nie ma śladu.

Jeżeli podczas lektury poczujecie, że przekroczyliście próg Adlerbergu i zasiedliście przy stole z jego gospodarzami, uznam, że osiągnęłam to, o czym marzy każdy pisarz – stworzyłam świat, do którego chce się wracać. Możecie wybrać sobie towarzystwo i zjeść posiłek z von Adlersteinami lub z ich służbą. Herta, której matka była Polką, hołduje zasadzie „gość w dom, Bóg w dom” i chętnie ugości każdego. Fräulein Sidonia zawsze znajdzie dla przybysza dodatkowe nakrycie, zrzędliwa Frau Kuhnke zaś doleje do zupy nieco wody, żeby starczyło dla wszystkich.

Nie jestem zwolenniczką wyjaśniania, dla kogo piszę, bo wiem, że po tę książkę może sięgnąć każdy. Moje książki są zaprzeczeniem sensacji, powieści awanturniczych i filmów kostiumowych. Nie znajdziecie tutaj wartkiej akcji, nie dostaniecie uładzonego obrazu rzeczywistości ani idealnego świata. Jak każdy pisarz patrzę na rzeczywistość, którą tworzę, przez pryzmat swoich sympatii, ale i uprzedzeń.

Niedawno zaczęłam prowadzić dla Radia Lublin podcast „Historia subiektywnie” i wraz z doktor Małgorzatą Żurakowską staram się pokazać, że wydarzeniom historycznym warto się przyglądać z otwartym umysłem, ponieważ nader często spotykamy się z projektowaniem własnych wyobrażeń na historyczne fakty. Dlatego dwie osoby będące świadkami tych samych wydarzeń – przez pryzmat własnych oczekiwań, doświadczeń i całej złożoności zmysłowej percepcji – mogą je postrzegać całkowicie odmiennie.

Wiem, jak bardzo można się do swoich wyobrażeń i związanych z nimi oczekiwań przywiązać. To bardzo dobry punkt wyjścia, żeby dyskutować o historii, ale zawsze z szacunkiem dla rozmówcy. Mam nadzieję, że moje książki aktywnie przyczyniają się do budowania takiego dialogu. Po to je przecież dla Was piszę.

Dodam jeszcze, że mój ponad trzydziestoletni, w pełni świadomy kontakt z archiwami i dokumentami wciąż mnie zaskakuje. Eksplorator historii badający tajemnice przeszłości cyklicznie natyka się na niespodzianki, które udowadniają, że to, czego był całkowicie pewny, może wyglądać zgoła inaczej. Wielokrotnie spotkałam się z tym, że wszyscy przyjmowali za pewnik na przykład jakąś datę i nagle wnikliwość jednego człowieka uświadamiała, że wszyscy byli w błędzie. Potwierdza to historia z datą urodzin księżnej Izabeli Czartoryskiej, która po dwustu latach okazała się datą błędnie powielaną, bo ktoś kiedyś źle odczytał niestarannie wypisany akt urodzenia.

Dlatego zawsze podkreślam – niech historia będzie polem poszukiwań i polemik, a nie zadufania i konfliktów. Zachęcam wszystkich do samodzielnego sprawdzania informacji, z którymi stykacie się w otaczającym świecie – w publikacjach, nagraniach, a zwłaszcza w sieci. Żyjemy w czasach, kiedy każdy, bez żadnych konsekwencji, może napisać właściwie wszystko i niestety często to nie akademicka wiedza i zawodowe kompetencje, a liczne grono odbiorców powielanych treści decyduje o „prawdzie”. Dlatego proszę Was – sprawdzajcie wszystko sami, a pytania zadawajcie specjalistom, a nie osobom popularyzującym własne wyobrażenia o historii. Błędy popełniamy wszyscy, ja też ich nie uniknę, zawsze jednak dokładam wszelkich starań, aby było ich jak najmniej. A jak wygląda prawda? To wiedzą tylko ci, którzy żyli w tamtym świecie, w tamtych czasach.

Dolny Śląsk to moja mała ojczyzna. Mimo że pochodzę z Pomorza, to miejsce wybrałam do życia. Obiecałam sobie, że w każdej mojej książce znajdzie się przynajmniej niewielka wzmianka o tym cudownym, naprawdę magicznym regionie.

Tak powstał Adlerberg – z kompromisu między historią i fikcją. Z podróży między archiwami i pamięcią rodzinną, między fascynacją serialem Downton Abbeya przekonaniem, że opowieść o wielkim domu, jego mieszkańcach i służbie jest jedną z najbardziej uniwersalnych historii europejskiej kultury. Nie jest historią jednego miejsca ani jednego rodu. Jest opowieścią o świecie, który bezpowrotnie odszedł. Za którym tęsknimy jak za czymś znanym i kochanym, i dlatego ciągle szukamy inspiracji, żeby wskrzeszać go na nowo. Wielkie fortuny, namiętności, dobro i zło w najróżniejszych odsłonach… niezależnie od czasu i miejsca przydarza nam się ciągle to samo. Teraźniejszość jest przeszłością, jej plonem, czy tego chcemy czy nie.

 

Wasza,

Monika Raspen

 

Piszcie do mnie na adres: [email protected]

lub na Instagramie: monikaraspen_z_sudetow

 

 

 

 

Spis najważniejszych postaci

 

 

 

 

Rodzina von Adlersteinów

• Hedwiga, zwana Hertą – seniorka rodu, strażniczka Adlerbergu i rodzinnych tradycji

• August – syn Herty, ordynat Adlerbergu

• Natalia, z domu Morokina, zwana Nataszą – żona Augusta, rosyjska arystokratka

• Aleksandra, zwana Saszą – siostra Augusta, kobieta niezależna i zaangażowana w działalność konspiracyjną

• Dagobert von Tittkov-Adlerstein – przyszły dziedzic ordynacji

• Rudolf von Tittkov-Adlerstein – młodszy brat Dagoberta

 

Córki Natalii i Augusta

• Caroline – najstarsza z sióstr, wychowywana na przyszłą żonę kolejnego ordynata

• Adolfine – bliźniaczka Caroline, ambitna studentka medycyny zafascynowana nazizmem i nowoczesną nauką

• Rossie – inteligentna, oczytana i wrażliwa, najmniej urodziwa z sióstr

• Sophie – najmłodsza z sióstr, pogodna, odważna i pełna uroku, podobna do swojej polskiej prababki

 

 

Rodzina Morokinów

• Warwara – matka Natalii, żony Augusta

• Ksenia – siostra Natalii, więźniarka Kołymy

 

Rodzina Strembergów

• Richard Stremberg von Adlerstein – lekarz, naukowiec, lotnik; krewny Adlersteinów, przyszły dziedzic ordynacji

• Maria – matka Richarda, arystokratka, która popełniła mezalians

• Wolf Wagner – przyjaciel Richarda, brat kobiety, w której Richard był zakochany

 

Domownicy i służba Adlerbergu

• Diethmar Habicht – majordomus Adlerbergu

• Sidonia Tode – ochmistrzyni

• Łucja Horn – młoda pokojówka, która skrywa tajemnicę

• Irma Laubner – ambitna, bardzo zdolna służąca, która chce zmienić swoje życie

• Karol Longobard – przyjaciel pana domu i towarzysz z pola bitwy, obecnie pokojowy/asystent

•Frau Kuhnke – zrzędliwa kucharka, której wybuchów boją się domownicy

• Gretka – nastoletnia sierota wychowywana przez służbę Adlerbergu, jej nieżyjący rodzice byli tu kucharzami

• Olga Woroncowna – pokojowa Natalii, od lat związana z Adlerbergiem

• Wolfram – syn Olgi

 

Pozostali bohaterowie

• Max von Poldeck – utracjusz, arystokrata i znawca sztuki, robi karierę w SS

•Éminence Grise – tajemniczy, niewyobrażalnie bogaty człowiek, którego wpływy sięgają daleko poza granice Niemiec

• Ebba Manteufel – nauczycielka z Friedlandu, córka kierownika miejscowej poczty

• Lena Rosenblum – siostra majordomusa Habichta

• Rachela Simmler – żydowska przyjaciółka Herty

• Radca Exter – prawnik rodziny

 

 

 

 

Spis niemieckojęzycznych nazw geograficznych

 

 

 

 

Adlerberg – fikcyjny zamek rodu von Adlersteinów

Albendorf – Okrzeszyn

Bad Altheide – Polanica-Zdrój

Bad Salzbrunn – Szczawno-Zdrój

Breslau – Wrocław

Burg Tzschocha – Zamek Czocha

Bad Charlottenbrunn – Jedlina-Zdrój

Eibenhof/Eibendorf/Woislowitz – Wojsławice

Friedland – Mieroszów

Görbersdorf – Sokołowsko

Hirschberg – Jelenia Góra

Kunzendorf – Mokrzeszów

Kreisau – Krzyżowa

Kynsburg – Zamek Grodno

Landeshut – Kamienna Góra

Liebau – Lubawka

Liebenau – Libna

Raspenau – Łączna

Rosenau – Różana

Schloss Fürstenstein – Zamek Książ

Schreiberhau – Szklarska Poręba

Schweidnitz – Świdnica

Schmidtsdorf – Kowalowa

Schömberg – Chełmsko Śląskie

Sonnenburg – Słońsk

Sudetenstraße – Droga Sudecka

Totenburg – właśc. Schlesier Ehrenmal; Śląski Pomnik Chwały, potocznie: Wzgórze umarłych

Waldenburg – Wałbrzych

 

ROK 1937

 

 

Rozdział 1

 

 

 

 

06.05.1937, USA, okolice bazy lotniczej Lakehurst, New Jersey

 

Dochodziła dziewiętnasta. Lądowanie niemieckiego sterowca pasażerskiego „Hindenburg” opóźniało się o kilka godzin. Sprawiła to burza, która nie pozwalała na przycumowanie maszyny linami. Dlatego stewardzi spokojnie roznosili tace z kanapkami i ciasteczkami, koktajle dla pań i mocniejsze alkohole dla panów, a kapitan skierował kolosa w stronę oceanu, żeby zapewnić pasażerom dodatkową rozrywkę. Sterowiec sunął nad Atlantykiem z niemal nierzeczywistą łagodnością, która po pewnym czasie odbierała poczucie wysokości i oddalenia od ziemi.

W salonie pasażerskim panowało przyjemne ciepło, światło lamp rozlewało się miękko po jasnych wnętrzach urządzonych w stylu Bauhaus[1]. Przyciszone rozmowy, przerywane od czasu do czasu śmiechem, brzęk szkła i głęboki, jednostajny pomruk silników aerostatu tworzyły atmosferę bezpieczeństwa, jakiej nie powstydziłby się najlepszy hotel na kontynencie. Kilku pasażerów ze śmiechem zakładało się między sobą o spore kwoty, pytając, czy wieczne pióro postawione na blacie stolika przewróci się przez najbliższe pół godziny.

Dagobert von Tittkov-Adlerstein siedział wygodnie w fotelu, z naturalną swobodą właściwą ludziom, którzy od dziecka przywykli do komfortu i tego, że świat wokół nich funkcjonuje w myśl ściśle określonych reguł. Gdyby takie byty istniały, to Dagobert byłby idealną personifikacją pojęć: old money[2]i quiet luxury[3].Teraz obracał w dłoni kieliszek, w którym bursztynowy trunek chwytał światło i odbijał je ciepłym, złotym blaskiem.

– Ten wypad do Ameryki to ostatnia szansa dla mnie na prawdziwy gorący romans – powiedział, unosząc lekko jasną brew i spoglądając na brata. Uwielbiał go prowokować w ten sposób. – Później, gdy już ożenię się z Caroline, jej matka i babka nie pozwolą mi spojrzeć na żadną kobietę. Do końca życia, wyobrażasz sobie?

Rudolf uśmiechnął się łagodnie i, pochylony w stronę starszego brata, szepnął:

– A po cóż miałbyś patrzeć na inne kobiety? Caroline jest taka piękna i dobra, a to najważniejsze, prawda? To najsłodsza dziewczyna, jaką znam! Chyba doceniasz, jakim jesteś wybrańcem losu?

Dagobert zamyślił się na moment, jakby udzielenie odpowiedzi wprawiło go w zakłopotanie. Boże drogi, jakim ten Rudi był idealistą! Zupełnie nie znał życia! Skąd przyszła mu do tej poczciwej głowiny myśl, że Caroline to słodka kobieta? Dla niego zawsze była wredną, na szczęście niegroźną złośnicą. Nie kochał jej, ale uważał, że jest bardzo pociągająca.

– To prawda – powiedział w końcu. – Ale kto ci powiedział, że dla żony trzeba tracić głowę, mój dobroduszny braciszku? Po prostu chcę się po raz ostatni zabawić!

Roześmiał się, lecz w tym śmiechu była nuta smutku, której nie potrafił do końca ukryć. Najwyraźniej coś go dręczyło.

– Oj, Dagoberciku… – Rudolf pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem. – Nie wierzę, że jesteś taki cyniczny. Na pewno będziesz dobrym mężem. I ojcem. Jesteście sobie przeznaczeni. Przecież ją kochasz, prawda?

– Popatrz, ognie świętego Elma! – rzucił Dagobert lekko, unikając odpowiedzi na pytanie brata. – Może piorun strzeli w ten wehikuł i nie będzie żadnego ślubu? I wszystko diabli wezmą!

– Nie żartuj w ten sposób.

Dagobert jednym haustem wypił zawartość kieliszka.

– Ja nie żartuję. – Chwycił brata za ramiona i silnie nim potrząsnął. – Tydzień temu, niczym pospolity morderca, zrzucałem w Hiszpanii bomby na rodziny podobne do tej, która siedzi obok nas[4]! Nienawidzę wojska! Zgłosiłem się do Legionu Condor tylko po to, żeby odbębnić służbę, zdobyć stopień i odsunąć się czym prędzej od tego wszystkiego. Kurwa, Rudi! Ja nie chciałem tam lecieć! A nie mogłem odmówić, bo dostałbym kulkę w łeb, rozumiesz?! Za odmowę zabijania kobiet i dzieci dostałbym karę śmierci! Dokąd ten świat zmierza?

Obaj spojrzeli w stronę rodziny siedzącej nieopodal. Państwo Doehnerowie wyglądali jak podręcznikowa familia. Ojciec, Hermann, poważny i skupiony, o twarzy człowieka przyzwyczajonego do porządku. Matilde, matka, elegancka, czujna i emanująca dumą ze swojej rodziny. I troje dzieci, które przez cały czas lotu zachowywały się nienagannie, wręcz podręcznikowo.

– Spójrz tylko – mruknął Dagobert z lekkim rozbawieniem. – Idealna niemiecka familia. Szczęśliwa. Żywa! Ile takich hiszpańskich rodzin zabiły zrzucone przeze mnie bomby? No ile?! Jak myślisz?!

Sięgnął po butelkę i znowu nalał sobie do pełna.

– Masz już dość, bracie! – Młodszy Tittkov-Adlerstein próbował przywołać go do porządku.

– Nie! Muszę się znieczulić, Rudi! Dlatego namówiłem cię na tę eskapadę. Mam nadzieję, że potrafię zapomnieć! Pijaństwo, łajdaczenie się, hazard, żeby tylko…

Rudolf ze smutkiem pokiwał głową. Wiedział, że jego brat pod maską nonszalanckiego dziedzica fortuny ukrywał wrażliwe serce. Słyszał, jak Dagobert płakał w swojej sypialni, kiedy przyjechał z Hiszpanii na urlop. Starszy brat nie powiedział domownikom, co tam zaszło, ale i tak cały cywilizowany świat mówił o zbombardowaniu baskijskiego miasteczka Guernika.

– Popatrz, Rolfi, ta mała Irene nie spuszcza z ciebie oczu… – powiedział Dagobert nonszalanckim tonem i wychylił resztę trunku z kolejnego kieliszka. – Dobra partia! Za kilka lat… kto wie? Jak ja ci zazdroszczę tej twojej choroby kręgosłupa! Uchroniła cię przed pójściem do wojska! Poderwiesz niedługo jakąś ładną dziewczynę i będziesz szczęśliwy!

Rudolf lekko się zarumienił i odwrócił wzrok. Cieszył się, że jego brat nie ma pojęcia, w kim pechowo ulokował swoje uczucia, ale i tak czuł się wobec niego nielojalny.

– Przestań! To jeszcze dziecko.

– Dziś niemieckie dziewczęta szybko dorastają, Rudi.

Młodziutka Irene rzeczywiście ciągle spoglądała w ich stronę. Kiedy oczy jej i Rudolfa na chwilę się spotkały, spuściła wzrok. Po chwili znów podniosła go nieśmiało, bo najwyraźniej nie mogła się powstrzymać.

W tej samej chwili, gdzieś za ich plecami, rozległ się dziwny dźwięk. Brzmiał tak, jakby ktoś dla żartu strzelił z nadmuchanej papierowej torebki.

Obaj bracia unieśli głowy.

– Co to było, Dagobert?

– Pewnie diabeł przyleciał po moją potępioną duszę! – Starszy roześmiał się sztucznie.

Hermann Doehner wstał.

– Sprawdzę, co to za hałas – powiedział i ruszył w stronę drzwi.

Irene poderwała się z kanapy i z lekkością i wdziękiem baletnicy podeszła do półki z książkami. Dagobert odprowadził ją wzrokiem i uśmiechnął się ze smutkiem.

– Taka piękna i niewinna! Jak ty, bracie. Całe życie przed wami! A ja czuję się jak starzec…

– Nie mów tak! Zapomnisz o tym wszystkim!

– Nie, Rudi. Ja jestem potępiony. Po tym, co się stało, nie jestem już normalnym człowiekiem. Nie chcę już żyć…

Nagle sterowiec się przechylił. Nie był to żaden gwałtowny wstrząs, lecz ciężkie, powolne opadanie dziobu, jakby ogromne cielsko straciło równowagę. Wszyscy poderwali się z miejsc, ale podłoga pod ich stopami zaczęła zmieniać kąt nachylenia, a to, co jeszcze przed chwilą było stabilne, zaczęło się przesuwać. Stoły i krzesła były przytwierdzone na stałe, lecz kieliszki, filiżanki, talerze, sztućce i wazony z kwiatami spadały na posadzkę i tłukły się z brzękiem.

Dagobert i Rudolf osunęli się po podłodze i uderzyli z wielką siłą o ścianę. Była przechylona pod takim kątem, że teraz mieli ją pod stopami.

– Mamo, co się dzieje?! – krzyknął jeden z małych chłopców.

I wtedy rozległ się przerażony głos Matilde Doehner:

– Pali się!

Wskazywała ręką okno.

Za szybą nie było już spokojnego nieba, tylko ognista poświata. W jednej chwili żywioł rozprzestrzenił się gwałtownie, jakby samo powietrze było najlepszym paliwem. Ściana płomieni błyskawicznie przesunęła się wzdłuż konstrukcji kolosa, obejmując ją z przerażającą łatwością.

Sterowiec zadrżał. I zaczął opadać.

Jeszcze rok wcześniej był symbolem triumfu człowieka nad przestrzenią. LZ 129 „Hindenburg” od maja 1936 roku wykonywał regularne loty przez Atlantyk, łącząc Frankfurt nad Menem z Lakehurst w stanie New Jersey. Przewoził pasażerów, pocztę i ładunki, a wraz z nimi przekonanie, że świat stał się bliższy, bardziej dostępny i uporządkowany. A człowiek po tym, jak opanował ziemię, teraz przestworza czyni sobie poddanymi z przerażającą nonszalancją.

Był największym statkiem powietrznym, jaki kiedykolwiek powstał. Jego ogromna konstrukcja, długa na niemal dwieście czterdzieści pięć metrów i szeroka na ponad czterdzieści, unosiła się dzięki dwustu tysiącom kubików[5] gazu i tworzyła w powietrzu przestrzeń, która bardziej przypominała elegancki hotel niż jakikolwiek środek transportu. W jego wnętrzu znajdowały się salony, jadalnie i pokłady spacerowe. Pasażerowie mogli w komfortowych warunkach obserwować świat z wysokości. Gdy sterowiec przelatywał nad Nową Fundlandią, podekscytowani podziwiali góry lodowe, a gdy leciał nad Nowym Jorkiem, sunął tak nisko, że niemal dotykał ludzi zgromadzonych na platformie Empire State Building. Statua Wolności oglądana z góry przypominała ogrodową figurkę pokrytą zieloną patyną.

Sterowiec wydawał się niezniszczalny. Dziś była rocznica jego pierwszego lotu do Ameryki. Nic nie zapowiadało tego tragicznego końca.

Ogień podsycony wodorem rozprzestrzeniał się błyskawicznie, pochłaniając połacie bawełnianej materii impregnowane proszkiem aluminiowym i tlenkiem żelaza. Konstrukcja traciła wytrzymałość, fragmenty poszycia odrywały się i odpadały, a pasażerowie, jeszcze przed chwilą spokojni, rzucili się w panice do wyjść i do okien. Ich rozpaczliwe krzyki mieszały się z hukiem płomieni niszczących sterowiec.

„Hindenburg” drżał jak żywe stworzenie, które nagle pojęło, że umiera. Agonii olbrzyma towarzyszyły przerażające odgłosy. Huk ognia, trzaski rozpadającej się konstrukcji, głosy przerażonych ludzi. Toksyczny dym wciskał się do płuc, gryzł w gardła, osmalał brwi i rzęsy. Po chwili całe oświetlenie zgasło, a jego miejsce zajęła pulsująca czerwień płomieni.

Jakaś kobieta modliła się półgłosem. Młody mężczyzna walił pięściami w nagrzewającą się ścianę, jakby postradał rozum i w ten sposób chciał się wyrwać z tej płonącej pułapki.

Jedyna stewardesa, Emilie Imhof, pochyliła się nad chłopcami Doehnerów, którzy – przerażeni, z szeroko otwartymi oczami – przywarli do siebie.

– Chodźcie ze mną do mamy. Musimy skoczyć! – Chwyciła w swoje silne dłonie ich drobne ręce.

Matilde Doehner stała już przy oknie i szukała wzrokiem męża, lecz widziała tylko ogień, dym i obce twarze naznaczone strachem.

– Hermann! – zawołała, ale jej głos zginął w huku.

Kadłub statku uderzył o ziemię z głuchym jękiem. Podłoga na chwilę się wyrównała, jakby sterowiec próbował jeszcze odzyskać równowagę, lecz ogień już pożerał jego wnętrzności. Przez okno, które jeszcze przed chwilą było tylko granicą dzielącą luksusowe wnętrze i świat, teraz z zewnątrz zaczęły się wdzierać płomienie. Między jęzorami ognia widać było ludzi stojących na ziemi, machających rękami, krzyczących, wyciągających ramiona ku tym, którzy wciąż byli uwięzieni w środku.

– Skaczcie! – krzyczeli z dołu. – Skaczcie, na miłość boską! Spalicie się!

Dagobert podbiegł do okna.

– Na co czekacie?! – ryknął, odwracając się do pasażerów. – Nie ma czasu!

Matilde chwyciła syna i podniosła jak piórko. Nie wahała się ani chwili. Wyrzuciła go przez okno. Chłopiec zniknął za ścianą płomieni, jakby pochłonęła go czeluść piekielna.

– Werner!

Drugi syn trzymał się kurczowo jej żakietu. Ogień był już tak blisko, że czuła żar na skórze. Uniosła chłopca i spróbowała przerzucić go, podobnie jak pierwszego, przez ramę okna. On się jednak bronił. Odbił się od ościeżnicy, uderzył o nią barkiem i cofnął się z powrotem do wnętrza.

– Nie chcę! – wrzasnął, chwytając się rozpaczliwie rozgrzanej ramy, po czym straszliwie się rozpłakał.

Matka złapała go brutalnie, sprawiając dziecku ból. Jego włosy już się paliły, twarz czerwieniała od ognia.

– Patrz na mnie! – krzyknęła. – Patrz na mnie!

Wymierzyła mu silny policzek i korzystając z zaskoczenia, wyrzuciła drugiego syna przez płonącą ścianę.

Matilde czuła, jak jej włosy zaczynają się palić. Rozpaczliwymi ruchami ugasiła je ręką, z której płatami odchodziła już poparzona skóra. Zaczęła kaszleć. Żar cuchnący chemikaliami wdzierał się do jej płuc. Odwróciła się po raz ostatni.

– Irene!

Jej córka stała kilka kroków dalej, wpatrzona w korytarz prowadzący do centralnej części sterowca.

– Nie wyjdę bez papy! – krzyczała. – Nie ruszę się bez niego!

Rudolf podbiegł do niej i chwycił ją za dłonie.

– Uciekaj! – powiedział szybko, nachylając się do jej twarzy. – Ja pójdę po twojego ojca.

– Naprawdę? – zapytała, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.

Przytaknął. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go dziecinnie w usta.

– Zmykaj, malutka! – wyszeptał wzruszony.

Odepchnął ją lekko w stronę okna. W ułamku sekundy przypomniał sobie kocię z opaloną sierścią, które kiedyś wyciągnął ze zgliszcz. Nie przeżyło…

Dobiegł go znajomy głos. Dagobert krzyczał z drugiej strony salonu:

– Przez okna! Wszyscy skaczcie przez okna!

Ich spojrzenia się spotkały. Rudolf popatrzył na brata i pomyślał, że jest bohaterem. Nie ewakuował się. Ratował obcych ludzi.

– Rudi, uciekaj! – wrzasnął i jemu również wskazał okno.

Rudolf tylko pokręcił głową i skierował wzrok w stronę płonącego korytarza, a potem pobiegł.

– Cholera! Spalimy się tu! – ryknął Dagobert i ruszył za nim.

Korytarz był tunelem ognia. Powietrze paliło w płucach, oczy łzawiły, a każdy oddech był walką o kolejny haust powietrza.

– Hermann! – krzyczał Rudolf.

Wśród płomieni zobaczył, że ojciec Irene leży nieruchomo na podłodze, a jego ubranie już płonie. Najwyraźniej próbował otworzyć drzwi do pokoju tajemniczego księcia, którego wprowadzono na pokład sterowca tuż przed startem i który ani na moment nie pokazał się pozostałym pasażerom. Rudolf poczuł wyrzuty sumienia, bo ów tajemniczy gość na prośbę brata zgodził się odstąpić im w ostatniej chwili jedną z dwóch zarezerwowanych dla siebie kabin. Powinni byli mu teraz pomóc! W tej części ogień płonął ze szczególną zajadłością i nie było najmniejszej szansy na to, żeby arystokrata mógł ujść z życiem.

Rudolf rzucił się ku leżącemu Hermannowi, zdzierając marynarkę. Próbował nią tłumić płomienie.

– Wstawaj! – krzyczał. – Słyszysz mnie?!

W tej samej chwili rozległ się nad nimi dziwny trzask. Część konstrukcji zadrżała i runęła, przygniatając obydwu mężczyzn. Rudolf zawył z bólu. Wiedział już, że nie ma ratunku i umrze tutaj spalony żywcem.

Dagobert dopadł do brata i chwycił go za rękę.

– Chodź!

Pociągnął z całej siły. Rudolf nie poruszył się. Najpewniej miał złamany kręgosłup. Widział, że ojciec Irene nie daje oznak życia, a jego ubranie płonie. Ogień sięgał także jego własnych włosów, osmalając je i boleśnie wgryzając się w skórę twarzy, karku i rąk.

– Uciekaj! – krzyknął do brata. – Ratuj się! Błagam!

– Nie! Nie zostawię cię tutaj!

Dagobert chwycił jego poparzoną dłoń i ścisnął ją boleśnie. Na palcu, oświetlony przez płomienie, błysnął rodowy sygnet von Adlersteinów. Miał kolor ciemnej krwi.

– Zawsze wiedziałem, że jesteś najukochańszym bratem – powiedział Rudolf tak spokojnie, jakby był poza tym piekłem. Pochylił się nad nim i oparli o siebie poparzone czoła, ściskając się za ręce jak wtedy, kiedy byli małymi chłopcami.

Świat wokół nich zatrzymał się na chwilę. A potem nastąpił kolejny wybuch.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[1] Bauhaus – modernistyczny nurt w architekturze i designie, zapoczątkowany w 1919 r. w Niemczech przez Waltera Gropiusa, oparty na zasadzie: „forma podąża za funkcją”. Cechuje się minimalizmem, formami geometrycznymi, wykorzystaniem stali i szkła.

[2]old money (ang.) – stare pieniądze

[3]quiet luxury (ang.) –cicha elegancja

[4] Chodzi o bombardowanie Guerniki, 26 kwietnia 1937 r.

[5] Kubik – potoczna nazwa metra sześciennego.