Wydawca: JanKa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaćmienie - Marta Magaczewska

 

„Ta historia pana zmieni” – powiada jeden z bohaterów powieści do  mężczyzny, szukającego miałkich atrakcji na plaży. Zmieni, czyli otworzy oczy na świat inny, świat intrygujący, bo przesycony tajemnicą, świat nie z tej ziemi.

Literatura rozrywkowa oferuje dziś wiele takich światów-półproduktów, światów-wytworów nowoczesnych technologii. Tyle że zwykle gubi się w nich człowiek. Marta Magaczewska całą siłą sugestywnego pióra buntuje się przeciw tej tendencji: przeciw uprzedmiotowieniu człowieka, przeciw traktowaniu kobiety jako rozrywki, przeciw  miłości jako zetknięciu naskórków, jak pewien typ relacji męsko-damskiej trafnie określił Chamfort. Autorka „Zaćmienia” umieszcza swych bohaterów wśród malowniczych pejzaży Bretanii, ale uwagę koncentruje nie na egzotyce przyrody, lecz na pełnym napięcia byciu – gestach, słowach i  milczeniu –  mężczyzny i kobiety. Tworzy obraz zagadki nietypowej, dowodzi tego, że nieogarnionym i niepoznawalnym kosmosem potrafi być jedna drobna, krucha ludzka istota dla drugiej.

Bohaterka powieści – Lydia-Mara-Vivienne – jak ptak niebieski wyrywa się w przestworza i właśnie  tym swoim istnieniem na granicy światów przyciąga i zastanawia. Czy  mężczyźnie, który zechce jej towarzyszyć, zdoła uświadomić, czym jest prawdziwa miłość, czy też – kaleka i niezdolna do uznania ziemskich praw ciążenia –  stanie się jeszcze jednym wcieleniem femme fatale?

 

Autorka o książce:

Zaćmienie” to moje poszukiwanie duchowości, bardzo niedoskonałe; najprościej byłoby uwierzyć w Boga. Skoro jednak tego się nie potrafi, szuka się nadprzyrodzonych sił w żywiołach, magnetycznych związków między ludźmi a kosmosem, by przynajmniej nie widzieć świata jako chaosu, a siebie samego jako przypadku.

Opinie o ebooku Zaćmienie - Marta Magaczewska

Fragment ebooka Zaćmienie - Marta Magaczewska

Marta Magaczewska

Zaćmienie

Copyright © Marta Magaczewska 2010

Projekt okładki

Anna M. Koźbiel

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Jan Wiśniewski

Łamanie

Pracownia DTP Aneta Osipiak-Wypiór

ISBN 978-83-62247-05-9

Wydanie I

Pruszków 2010

Wydawca

JanKa

ul. Majowa 11/17

05-800 Pruszków

www.jankawydawnictwo.pl

Konwersja:

Tamtego dnia słońce okryło się mrokiem

Byłem wtedy w Morgat.

To miał być wymarzony urlop; miałem leżeć na plaży i pływać w zatoce. Niestety, lato, jak na złość, przyszło chłodne i deszczowe.

Któregoś ranka obudził mnie deszcz. Długo leżałem bezczynnie, gapiąc się na muchę. Latała bez sensu w koło. Gdy przestało padać, wyszedłem. Ludzi nie było wiele; widziałem ich w kawiarniach i samochodach mknących do centrum miasta; ja jednak szedłem ulubioną trasą, na której końcu stała ławka, wystawiona wprost na otwarte morze. Świetne miejsce. Lubiłem tam siedzieć.

Już z dala zauważyłem, że tym razem ktoś ją zajął. Jakiś facet. Podszedłem i spytałem, lekko zirytowany:

– Można?

– Proszę.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Wkurzała mnie obecność tego gościa. Chciałem być sam.

Coś zaskrzypiało.

Facet spojrzał na mnie i zapytał:

– Papierosa?

– Dzięki, nie palę.

– Ja też nie.

Przyjrzałem mu się. Mógł mieć góra trzydziestkę. Wyglądał nieco dziwnie. Miał takie oczy… jakby smutne.

– Pan, zdaje się, nie ma ochoty na rozmowę.

– Nie bardzo.

– Rozumiem.

Zrobiło mi się głupio.

– Pan na wakacjach? – zapytałem, by się zrehabilitować.

– Nie. Ja tu tylko czekam – odparł.

– Jedno nie wyklucza drugiego. A na co pan czeka?

Facet nie odpowiedział. Patrzył na morze.

Znów coś zaskrzypiało. Odwróciłem się. Nikogo.

Mewy kwiliły i raz po raz nurkowały w morzu. Wiatr gnał po niebie zwaliste chmury. Z jednej wyrzeźbił końską głowę z rozdętymi nozdrzami.

– Najbardziej lubiła takie niebo jak dziś – powiedział znienacka facet. – Gniewne, ciemne. Z kluczem wrzeszczących wron lub mew. Wie pan, monsieur, to właśnie lubiła.

– Tak? – rzekłem bez większego zainteresowania.

– Gdy po raz pierwszy ujrzałem jej oczy, ich wyraz coś mi przypominał, z czymś się kojarzył, ale nie mogłem zrozumieć z czym…

– Rzuciła pana, co? – przerwałem mu brutalnie.

Mężczyzna spojrzał na mnie z nagłą pogardą, lecz po chwili jego wzrok złagodniał, zamglony smutkiem.

– Pan nic nie rozumie – rzekł cicho.

Wzruszyłem ramionami.

– To co się właściwie stało?

Spojrzał na mnie uważnie.

– Pan chce zaspokoić ciekawość, ale nie chce pan zrozumieć. Czy to dobre czy złe? Nie wiem. Myślę, że to całkiem ludzka obojętność. Tak czy owak miło, że moja historia posłuży komuś, na przykład panu, monsieur, do zabicia czasu.

W tamtej chwili chciałem odejść, ale właściwie czemu? Facet miał rację. I tak nie miałem co robić. Mogłem słuchać. Spojrzałem pytająco.

– Nie wiem, czy można tej historii wysłuchać i nie zarazić się nią – ciągnął ten w zamyśleniu. – Ona pana zmieni.

I DIEPPE

… ciemniała powoli…

1

Przyjechałem do Dieppe dwudziestego lipca. Nazajutrz po południu wybrałem się na moją ulubioną plażę. Było chłodno, od morza wiał zimny wiatr, nie najlepsza pogoda na spacer. Wyszedłem jednak, bo chciałem popatrzeć na słońce. Tamtego dnia było zaćmienie.

Plaża, ku której się kierowałem, jest mała, dzika, zawsze pusta, bo dostęp do niej jest trudny; leży jakieś dwa kilometry od najbliższej osady, a żeby dostać się do niej, trzeba zejść po skałach pokrytych czarnym małżem. Nie bardzo można się tam kąpać, chyba że ktoś lubi pływać wśród wodorostów, a jakby tego było mało, dwa razy dziennie plaża znika, zalewana przez wodę. Tam nie warto przyjeżdżać, jeśli nie zna się godzin odpływu. Ja je znałem.

Schodziłem uważnie po śliskich kamieniach. Plaża, jak powiedziałem, jest maleńka i dokładnie ukryta przed światem, dlatego zawsze byłem tam sam i wtedy również byłem pewien, że nikogo nie zastanę.

Jakież było moje zdumienie, gdy zeskoczywszy z ostatniego głazu, uniosłem głowę i ujrzałem siedzącą naprzeciw mnie, w morzu, postać.

Patrzyłem zaintrygowany.

Na skale wychodzącej dobre dziesięć metrów w morze kulił się czarny człowiek z głową opartą na kolanach. Na głowie miał czarną czapeczkę, włosów nie było widać. Nie umiałem rozpoznać: chłopak czy dziewczyna.

Było dość mroczno, bo słoneczne światło było już przytłumione; cicho, jeśli nie liczyć łomotu fal i wiatru. Od czasu do czasu zakwiliła mewa.

Usiadłem na najbardziej odległym głazie, zirytowany, że ktoś odkrył moją plażę.

Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas. Człowiek nie był świadomy mej obecności, nie odwrócił się ani razu. Ja zaś popatrywałem to na niego, to na morze, to na słońce, które traciło blask. Na nosie miałem okulary i raz po raz spoglądałem w niebo. Widok był niezwykły: słońce przesłaniała w połowie czarna kula. Byłem zafascynowany.

W pewnej chwili zorientowałem się, że woda zaczyna się podnosić. Rozpoczął się przypływ. Pan wie, monsieur, jaki jest ocean. Przypływy i odpływy są tu tak gwałtowne, że jeśli lubi się rozmyślać godzinami na głazach wysuniętych w morze, należy zachować ostrożność. Odsłonięte całkowicie, gdy jest odpływ, w czasie przypływu giną nawet na metr pod wodą! Ta zaś, na której siedział nieznajomy, była zalana już do połowy, a wiedziałem, że ocean może dużo więcej: w czasie przypływu wystaje ledwo jej czubek.

Człowiek powinien więc się zbierać, jeśli chce wrócić na ląd suchą nogą, on jednak zdawał się nie zauważać, że woda jest coraz bliżej. Podszedłem do brzegu i przekrzykując fale, zawołałem:

– Allô! Radzę zejść z kamienia, zaczął się przypływ!

Człowiek drgnął gwałtownie i się odwrócił. Twarz zakrywały mu duże ciemne okulary. Rozejrzał się nerwowo, spojrzał na morze. Fale atakowały coraz silniej. Pod nim była teraz pienista topiel. Obserwowałem, jak wstaje i chwiejąc się, zaczyna schodzić. Zdawało mi się, że cały się trzęsie. Jego ruchy były niepewne, ślizgał się i potykał na mokrych głazach.

Skacząc z jednego na drugi, zbliżyłem się do niego, podałem rękę. Uchwycił się jej, a chwilę potem poślizgnął i o mały włos nie wpadł do wody, która, czarna od małży, falowała obślizgłymi wodorostami.

Jednak dziewczyna. Jej mokra, lodowata ręka trzęsła się panicznie w mojej, ściskając ją kurczowo.

– Spokojnie – powiedziałem. – Trzymaj się.

Zeskoczyliśmy na niknącą z minuty na minutę plażę i zaczęliśmy mozolną wspinaczkę po głazach. Dziewczyna szła przede mną, niesłychanie zdenerwowana, raz po raz ślizgając się i potykając. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na górze, zerknąłem w dół: z plaży nie zostało nic. Uciekliśmy w samą porę.

Odwróciłem się do dziewczyny, która odeszła kilka kroków.

– Już dobrze? – zapytałem. – Przestraszyłaś się? Tu trzeba być ostrożnym, inaczej można się wykąpać – zażartowałem. – Zresztą i tak nas trochę zmoczyło.

Dziewczyna skinęła głową.

– Ttak… dziękuję – szepnęła.

– Odetchnij chwilę. Może zostanę z tobą przez ten czas? Jest ci zimno? Zaparkowałem tu niedaleko. Mam w samochodzie termos z gorącą herbatą. Może się napijesz? Wyglądasz na zziębniętą.

– Nnie. Dziękuję.

Przyjrzałem się jej uważnie. Była cała na czarno. Czarne buty, spodnie i gruby golf. Na głowie czarna czapeczka z daszkiem i duże ciemne okulary. Widziałem tylko kawałek nosa, wąskie, drżące usta i trójkątną brodę. Była bardzo blada. Usta miała sine z zimna. I wciąż się trzęsła. Zdjąłem ciepłą kurtkę i okryłem ją.

– Dziękuję.

– Może podwiozę cię do domu? Jest zimno, zaczyna padać, a ty już jesteś przemoczona…

– Nie trzeba. Dziękuję.

Zdaje się, że nie umie powiedzieć nic prócz „tak, dziękuję” i „nie, dziękuję”, pomyślałem. Tak czy owak, nie chciałem zostawić jej samej na tym odludziu.

– Proszę iść za mną – powiedziałem kategorycznie. – Nie bój się ani, do licha, nie unoś honorem, to przecież żaden problem.

– Nie boję się.

– No to chodźmy.

Obejrzała się na morze. Stała chwilę, niezdecydowana. Wzdrygnęła się, pewnie z zimna. Wreszcie niechętnie ruszyła za mną.

– Więc? Dokąd jedziemy?

– …

– Gdzie mieszkasz?

– L’hôtel le Grand Bleu.

– Świetnie, ja mieszkam dwie ulice dalej.

Wsiedliśmy do samochodu. Zaproponowałem ponownie herbatę. Odmówiła. Pomyślałem, że może, wbrew temu, co mówi, czuje się niepewnie, wsiadając do samochodu z obcym facetem.

– Przepraszam, że przedstawiam się dopiero teraz. Marius Geert.

Skinęła obojętnie głową.

Ruszyłem, zerkając z ciekawością na ekscentryczną towarzyszkę podróży.

– A mogę wiedzieć, jak ty się nazywasz? – zapytałem życzliwie.

– Lydia Mortaire – odparła po chwili tak długiej, że myślałem, że nie odpowie.

– Bardzo mi miło.

Zapadła cisza.

– Wiesz, że dziś było zaćmienie słońca? – spróbowałem po dłuższej chwili.

– Nie.

No co za sopel.

– Hm. Tak. Właśnie. Więc… – Speszyłem się. – Zawsze wybierasz się na spacer w tak niesprzyjającą pogodę?

– Zdarza się.

Miała niski, matowy głos.

– Słońce nie było tak jasne i grzało dużo mniej. Taak… Jesteś tu na długo?

– Nie.

– Na wakacjach?

– Nie.

– W odwiedziny?

– Nie.

– Może delegacja?

– Nie.

– Przepraszam, że wypytuję. – Skonfundowałem się. – Ja będę tu dwa tygodnie. No, może niekoniecznie tu. Może wyjadę za dwa, trzy dni. Lubię wędrowne wakacje. Myślałem o Plouha.

Odpowiedziała mi cisza. Chyba mnie nawet nie słuchała. Było w niej coś dziwnego, w tej dziewczynie. Przygnębienie? Jakiś… chłód?

– A ty tu zostajesz?

– Nie.

Dałem za wygraną.

Jękliwie zawodząc, minęła nas karetka pogotowia.

Lydia Mortaire patrzyła w okno.

Zatrzymałem samochód przed hotelem le Grand Bleu.

– Jestem dozgonnie wdzięczna za pomoc i podwiezienie – wysiliła się na dłuższe zdanie.

– To była prawdziwa przyjemność – odparłem uprzejmie.

Tak się rozstaliśmy. Cicho szczęknęły za nią drzwi.

Nic na siłę, pomyślałem, choć mogłaby to być ciekawa znajomość. Naturalnie, gdyby dziewczyna zechciała rozmawiać.

Tymczasem pojechałem do siebie. Wynajmowałem wtedy, jak zwykle, pokój u madame Grisaire; do Dieppe wracałem co roku, odkąd przyjechałem tam po raz pierwszy, jeszcze jako dziecko, i zawsze ta miła starsza pani udzielała mi gościny.

Było chłodne, deszczowe popołudnie, postanowiłem więc przeznaczyć je na pracę. Widzi pan, ja co prawda byłem na urlopie, ale obiecałem, że w tym czasie napiszę artykuł do „La Science”. Z wykształcenia jestem matematykiem, lecz z zamiłowania astronomem. Redaktor „La Science” zwracał się do mnie czasem z prośbą o napisanie artykułu. Tym razem miałem napisać o Plutonie.

Dwudziestego lipca tego roku miało miejsce zakrycie przez Plutona podwójnej, co utrudnia ustalenie miejsca widoczności zakrycia, gwiazdy P126; podobne zakrycie zajdzie dwudziestego pierwszego sierpnia.

Kiedy planeta, która nie ma atmosfery, zaczyna zakrywać gwiazdę, to staje się ona zupełnie niewidoczna; jednak obserwacje z roku 1988 wykazały, że w wypadku Plutona gwiazda ciemniała powoli, co oznacza, że może na nim istnieć atmosfera.

Badania nad atmosferą Plutona są możliwe tylko podczas zakrycia; to jedyna planeta, której nie zbadały sondy kosmiczne i która widoczna jest tylko przez stosunkowo duże teleskopy; teraz astronomowie liczą na to, że zjawisko zakrycia dostarczy informacji o zawartości i strukturze gazowej planety, o czym mamy wciąż niewiele danych.

2

Następnego dnia pogoda nie była wiele lepsza. Rano, jeszcze przed śniadaniem, postanowiłem się przejść. Skierowałem się na ścieżkę wiodącą wzdłuż skalistego brzegu. Kilometr dalej jest parę sklepów, tam zamierzałem zaopatrzyć się w świeżą prasę i wrócić tą samą trasą.

Wiatr był jeszcze silniejszy niż wczoraj. Idąc, patrzyłem z zachwytem na fale rozbijające się u mych stóp. Z wody raz po raz wynurzały się i niknęły potężne głazy, akceptując w milczeniu, jak to kamienie, swój los.

Byłem w nie tak zapatrzony, że nie zauważyłem człowieka, który szedł z naprzeciwka i niechcący wpadłem na niego.

– Ups, przepraszam!

Ona. Lydia Mortaire. Czapeczka, czarny golf.

– O? – zdziwiłem się. – To ty?

Spojrzałem i zaparło mi dech w piersiach. Bo nie miała już ciemnych szkieł. Zobaczyłem jej oczy: aż za duże w szczupłej twarzy, ciemne, o pięknym kształcie. To nie ich piękno jednak mnie poruszyło, lecz wyraz bólu, jaki się w nich malował; ściągnięta, smutna twarz przypominała maskę z greckiej tragedii; rozwarte źrenice były szkliste, patrzyły na mnie, nie widząc. Z lękiem pomyślałem, że wyglądały trochę tak, jakby duch dziewczyny przebywał w innej galaktyce, a w niej samej życie ledwo się tliło. I jednocześnie, w ułamku sekundy, przemknęła mi przez głowę myśl, obraz czy skojarzenie z kimś lub czymś, lecz wrażenie to natychmiast znikło, pozostawiwszy we mnie dziwne uczucie niepokoju i pragnienie zrozumienia.

Uczucia te musiały malować się na mej twarzy, bo dziewczyna spuściła głowę i próbowała mnie wyminąć. Zmusiłem się do uśmiechu.

– Dzień dobry! – rzekłem prawie pogodnie. – Przepraszam, że tak na ciebie wpadłem. Zagapiłem się na morze.

– Dzień dobry. – Kolejna próba ucieczki.

– Ale zaczekaj, proszę! Ja właśnie chciałem powiedzieć, że… nie jadłem jeszcze śniadania, wyszedłem właściwie po gazetę… i że może zjemy śniadanie razem? Jeśli ty też nie…

– Nie. Dziękuję.

– Ale ja znam taką miłą naleśnikarnię… A jeśli nie, jest tu też amerykańska knajpka, możemy zjeść jajecznicę na bekonie, grzanki i popić sokiem pomarańczowym, jak w filmach – mówiłem szybko. – Poza tym znów idą chmury. Więc skoro słońca nie ma…

– Słońca już dziś nie będzie, monsieur, nie będzie go też całą noc, aż do rana. Jak wtedy pan sobie poradzi? – przemówiła niespodziewanie dłużej i nim zdążyłem jej odpowiedzieć, dorzuciła: – Dlaczego słońce ma mieć tak wielki wpływ na moje decyzje?

Roześmiałem się, zadowolony, że dała się wciągnąć w pogawędkę.

– Jesteś nieugięta. Ja faktycznie ciągle o tym słońcu… – Podrapałem się po głowie. – Widzisz, nie jestem rasowym podrywaczem, dlatego wypadam tak żałośnie. Ale proszę, pozwól mi się zrehabilitować. Bez słońca można żyć, oczywiście, ale może niekoniecznie trzeba pod jego nieobecność spacerować. Myślę, że miło będzie usiąść w knajpce i po prostu porozmawiać. O słońcu, które zgasło albo o czymkolwiek innym.

Milczała.

Chmury wisiały nisko nad nami, zrobiło się ciemniej.

Przesunęliśmy się, by przepuścić kilku spacerowiczów.

– Proszę uszanować moją samotność.

– Ale…

– Proszę mnie nie męczyć.

– Ciekawisz mnie.

– Cóż we mnie ciekawego? – prychnęła.

– Masz piękne oczy. Przypominasz mi kogoś…

– Kogo? – spytała jakby z lękiem.

– Sam jeszcze nie wiem, jakbym cię spotkał w jakiejś książce…

– Co za bzdury! – Zdenerwowała się. – Proszę dać mi przejść.

Usunąłem się ze ścieżki, rozczarowany. Sopel, pomyślałem, sopel lodu.

Odeszła szybko. Krzyknąłem za nią:

– Mieszkam na 3 rue Vieillerose.

Nawet się nie obejrzała.

Poszedłem w swoją stronę, lecz zakup gazety całkiem wyparował mi z głowy. Byłem zaintrygowany. Przez ten wyraz oczu może, a może dlatego, że była taka nieprzystępna. Czasem trudno zrozumieć, dlaczego robimy to czy tamto. Nie pamiętam, dlaczego wtedy chciałem się z nią umówić. Miałem czas, byłem sam, chyba chciałem po prostu spędzić z kimś tych kilka dni. Z przygodnie poznaną dziewczyną? Dla zabicia czasu? Czemu nie? Może myślałem, że jest interesująca i że znajomość z nią urozmaiciłaby wakacje.

Jak się jednak okazało, miało być zupełnie inaczej. Byłem jak dziecko, które krąży wokół noża, olśnione jego blaskiem, nieświadome tego, jaki ból potrafi zadać. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Tamtego dnia rozpadało się. Zasiadłem znów do artykułu i pisałem nieprzerwanie aż do szesnastej zero siedem, kiedy to od pracy oderwało mnie ciche pukanie do drzwi.

– Proszę! – krzyknąłem. – Jeśli chce mnie pani namówić na podwieczorek, to ja absolutnie odmawiam, pani za dobrze mnie karmi…

Odwróciłem głowę i poderwałem się. Bo to nie była siwa gospodyni, lecz, ku memu najwyższemu zdumieniu, Lydia Mortaire.

– O?! Dzień dobry! Po odprawie, jaką dałaś mi rano, naprawdę nie spodziewałem się…

Odwróciła się i cicho zamknęła za sobą drzwi.

– Właśnie… Byłam nieuprzejma… – Na jej twarzy odbił się wysiłek i niechęć. – Chciałam cię przeprosić za swe zachowanie. A jednocześnie – dodała natychmiast – poprosić o coś.

– Słucham.

Skrzyżowała ramiona na plecach.

– Wspominałeś, że wybierasz się do Plouha.

– Owszem. Chcesz, żebym cię podrzucił?

– Tak. Jeśli to nie kłopot – odparła grzecznie.

– Żaden, możesz mi wierzyć.

– Dziękuję. Kiedy wyruszasz?

– Pojutrze?

– Dobrze.

Do drzwi zapukała madame Grisaire. Wniosła ostrożnie tacę z podwieczorkiem. Zerknęła na Lydię nie bez ciekawości.

– Proszę się częstować.

– Zjesz ze mną? Będzie mi miło.

– Nie, ja już pójdę.

– W takim razie cię nie zabiorę.

Przystanęła zniecierpliwiona. Potem niespodziewanie uśmiechnęła się lekko, jedną stroną ust. Spojrzała na mnie dziwnie.

– Więc zostanę – powiedziała obojętnie.

Pomilczeliśmy chwilę.

Podeszła do okna, wyjrzała. Nachyliła się nad różami, które stały na parapecie w drewnianych skrzynkach. Dotknęła ich, potem ziemi, w której rosły. Rozejrzała się, wzięła butelkę z wodą i podlała kwiaty ostrożnym, uważnym ruchem. Potem zamarła z rękami założonymi na plecach. Nie jest chyba zbyt towarzyska, pomyślałem, obserwując ją kątem oka.

Nalałem jej kawy, podsunąłem ciasto, mając nadzieję, że rozkosze podniebienia ocieplą nieco nasze stosunki.

– Częstuj się. Nie zjem sam wszystkiego.

Pokręciła przecząco głową, opadła na fotel. Położyła ręce na stole, rozcapierzyła palce obu dłoni i przesunęła je, tam i z powrotem, znacząc na stole dwa półokręgi, lekko przechylona do przodu.

– Więc może chociaż kawa?

Wzięła w dłonie kubek; nie piła, jedynie je o niego grzała.

– Te kwiaty są od zawsze, odkąd przyjechałem tu po raz pierwszy.

Kiwnęła obojętnie głową.

– Czyli od dwudziestu lat. Madame Grisaire uwielbia róże.

–…

– Przyjeżdżam tu w lecie, czasem w zimie, gdy uda mi się wyrwać na kilka dni. Zimą, gdy byłem mały, siadałem na tym stołeczku, o tam, przy oknie, i patrzyłem na płatki śniegu.

Lydia patrzyła na mnie ze znużeniem.

– Ale nie chcę cię zanudzać. Więc… A dlaczego jedziesz do Plouha? Może masz tam kogoś? Rodzinę? Narzeczonego?

– Nie.

Spojrzałem pytająco.

– Ja też lubię wędrowne wakacje – powiedziała, po czym posłała mi swój krzywy, jednostronny uśmiech.

– W Plouha właściwie nie ma nic ciekawego.

– Owszem.

– Jest tam chyba coś w okolicy. Kościół…

Wstała powoli. Odstawiła kawę.

– Geert – powiedziała z westchnieniem, przerywając mi – to dziwne nazwisko.

– Zapamiętałaś? – ucieszyłem się.

– Oryginalne.

– Jestem półkrwi Francuzem. Moi dziadkowie byli Duńczykami. A ty, Lydio? Skąd jesteś?

– Skąd? Z Paryża. Jak wszyscy.

– Tam mieszkasz? Sama? Z rodziną?

Zrobiła nieokreślony ruch głową, który wziąłem za skinienie.

– Czym się zajmujesz?

– Jestem matematykiem. I po trosze astronomem amatorem. A ty?

Byłem zły na siebie za ten słowny ping-pong. Klnąc w duchu swe umiejętności konwersacyjne, zastanawiałem się, czy na jakiś temat da się z nią porozmawiać dłużej.

Nie umiałem jej rozgryźć i byłem tym zmęczony. Z nią dziwnie się rozmawiało; nie mówiła nic poza zdawkowymi słowami, nie dawała się wciągnąć w żaden temat. Potem zrozumiałem, że zachowywała się tak wobec wszystkich ludzi, z którymi przyszło jej rozmawiać, to była z jej strony zasłona dymna. Ale nie uprzedzajmy faktów. Dość, że wtedy kładłem to na karb jej nieufności wobec mnie i miałem ambicję przekonać ją do siebie oraz poznać.

– A ty? – powtórzyłem.

– Studiuję.

– Tak? A co?

Wzruszyła ramionami. Na ulico rozpłakało się dziecko i Lydia gwałtownie podniosła głowę.

– Ekonomię.

– Gdzie?

– Piszesz? – Zauważyła mój artykuł, co nie było trudne, bo zapisane kartki pokrywały całe biurko.

– Artykuł do gazety, do „La Science”.

Wzięła jedną z nich.

– Ciekawi cię astronomia?

– Nie. Piszesz o Plutonie?

– Jak widać.

– Co o nim wiesz?

– Och… – Zaśmiałem się. – Sporo. Astronomia to moja pasja. Chcesz się dowiedzieć czegoś specjalnego?

– „…jednak obserwacje z roku 1988 wykazały, że w wypadku Plutona gwiazda ciemniała powoli, co oznacza, że może na nim istnieć atmosfera” – przeczytała. – Zabawne.

Nie wiedziałem, co jest zabawne.

Lydia czytała chwilę w milczeniu.

– Opowiedz mi o nim. O Plutonie.

– Hmm… na przykład… podczas obserwacji w latach tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt pięć – tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt osiem stwierdzono, że atmosfera planety złożona jest z dwóch warstw: zewnętrznej, jednorodnej i izotermicznej, oraz wewnętrznej, która jest bardziej złożona; możliwe, że w tej drugiej zachodzi inwersja temperatury, gdy rośnie ona wraz z wysokością. Obserwacje mają odpowiedzieć na pytanie, czy od ostatniego zakrycia gwiazdy zaszły w jego atmosferze zmiany, gdyż od tamtego czasu planeta zaczęła oddalać się od Słońca i obecnie otrzymuje sześć procent mniej słonecznego światła… Mogę mówić o tym godzinami! – Zaśmiałem się.

Słuchała, po raz pierwszy skupiona. Pokiwała głową. Usiadła naprzeciw mnie, potem wstała.

– Pójdę już. Dziękuję za wykład i… wszystko.

Wyszła, nim zdążyłem ją zatrzymać, pozostawiając mnie w dziwnym stanie ciekawości i zmęczenia. Jej obecność była taka intensywna.

– A co mnie to wszystko… – powiedziałem, nalałem kawy i zasiadłem do pracy.

3

Nazajutrz przejaśniło się. Rano wyszedłem na spacer, ciekawy, czy i tym razem uda mi się spotkać tajemniczą Lydię M. Ale rzeczy i ludzie znajdują się same, na pewno nie wtedy, gdy specjalnie się ich szuka. Więc też Lydii nie było. Zastanawiałem się, czy nie odwiedzić jej w hotelu i nie zaproponować spaceru. Ot, tak sobie. Miałem przed sobą cały dzień: chłodny, słony i obiecujący.

W drodze powrotnej wstąpiłem więc do le Grand Bleu, który mieści się przy ulicy Cl. Groulard. W holu było pusto. Zadzwoniłem. Nikt się nie zjawiał. Czekałem, podziwiając żółte róże, które za szklanym przepierzeniem pokojówka wkładała do granatowych wazonów. Nacisnąłem powtórnie dzwonek. Z jednego z pomieszczeń wyszła inna pokojówka, uchyliła drzwi i powiedziała coś do tamtej. Tamta wytrzeszczyła oczy, skrzywiła usta i powiedziała coś, czego nie dosłyszałem, potrząsając energicznie głową. Obserwowałem tę niezrozumiałą pantomimę, gdy nareszcie wyrosła przede mną recepcjonistka.

Zapytałem o Lydię Mortaire. Zdecydowanie odparła, że nie przypomina sobie tego nazwiska, obiecała jednak sprawdzić. Sprawdziła w istocie, a następnie zapewniła mnie, że taka osoba tu nie mieszka. Zdziwiłem się. Na moją prośbę przejrzała listę gości i powiedziała, że nie mieszka tu też żadna Lydia. Spytałem wobec tego, czy kojarzy dziewczynę w czerni, która być może nazywa się inaczej, bo zdaje się, nie dosłyszałem jej nazwiska, gdy się przedstawiała. Kobieta, nie bez dozy ironii, poinformowała mnie uprzejmie, że owszem, taką osobę widziała, i że figuruje ona w spisie gości jako Vivienne Annicet. Dodała, że w pokoju jej nie ma, wyszła bowiem wcześnie rano. Podziękowałem i wyszedłem, głęboko zaniepokojony.

Dlaczego dziewczyna podała mi inne imię, inne nazwisko? Które z nich jest prawdziwe? Nie podobało mi się to i ucieszyłem się na myśl, że nazajutrz będę miał dostatecznie dużo czasu, by ją o to spytać.

Tymczasem skierowałem się na wybrzeże ulicą d’Ecosse ku Place du Puits Sale; mijając idących wolnym krokiem turystów, przeciąłem Jardin d’Enfants, skąd dochodziły krzyki dzieci, i w ten sposób znalazłem się na Square du Canada.

Oko w oko z Lydią Mortaire alias Vivienne Annicet. Stała zadumana przed tablicą pamiątkową.

Podszedłem niezauważony.

– To na cześć kanadyjskich żołnierzy. Polegli podczas próby zdobycia Dieppe w czterdziestym drugim. Próby, na dobrą sprawę, samobójczej.

Dziewczyna drgnęła i jej twarz, a raczej widoczna z niej dolna połowa, ściągnęła się w wyraz zaskoczenia.

– Usprawiedliwiano ją później jako sprawdzian przed inwazją w czterdziestym czwartym – dorzuciłem. – Dzień dobry.

Skinęła głową.

– Ranny z ciebie ptaszek.

– Tak jak z ciebie.

– O, ja nie zerwałem się aż tak wcześnie.

Patrzyła na mnie uważnie. Nie widziałem jej oczu, bo nie zdejmowała ciemnych okularów, choć słońca nie było. W szkłach widziałem odbicie swej głupio zirytowanej twarzy.

Miałem na końcu języka pytanie o to, kim jest i które z dwóch nazwisk jest prawdziwe, ale pomyślałem, że ostatecznie nie ma obowiązku mi odpowiadać. Nie byłem dla niej nikim więcej, jak tylko kierowcą, który miał ją podrzucić do Plouha, gdzie nie ma nikogo i gdzie jedzie tylko dlatego, że lubi wędrowne wakacje. Bardzo dobrze.

Zaświtał mi pewien pomysł.

– Jak dobrze, że cię widzę. Chciałem zaproponować ci przejażdżkę w pewne miejsce.

Otwarła usta, ale nie dałem jej dojść do słowa.

– Przepiękne miejsce. Rzadko podwożę autostopowiczów, chciałbym dowiedzieć się czegoś o tobie. Upewnić na przykład, że nie zaatakujesz mnie nożem na środku autostrady ani nie każesz mi się zatrzymać na siku w miejscu, gdzie napadnie mnie banda nożowników omamionych wizją zdobycia mojego samochodu czy portfela. Dlatego radzę nie odmawiać – mówiłem półżartem, lecz stanowczo.

Patrzyło na mnie zimne, sfinksowe oblicze.

– Więc nie odmówię. Wobec ciebie nie mam krwiożerczych zamiarów.

– A wobec kogo masz? – zażartowałem.

– Słucham?

– Tak sformułowałaś to zdanie…

Wzruszyła ramionami.

Umówiliśmy się na jedenastą, czyli za dwie godziny.

Punkt jedenasta znalazłem się w hotelu, pod drzwiami jej pokoju. Usłyszałem cichy szmer. Muzyka. Przysunąłem ucho do drzwi, lecz piosenka była tak cicha, że nie rozróżniałem słów. Zapukałem. Muzyka urwała się i usłyszałem ciche „proszę”.

– Salut! To ja.

– Wejdź. Już idę.

Poszła do łazienki.

Rozejrzałem się po pokoju. Czysto, żadnych rzeczy, jakby nikt w nim nie mieszkał. Najwidoczniej wszystko schowane w szafach i szufladach. Na stole pusty granatowy wazonik.

– Czyżby zabrakło róż? – zapytałem z głupia frant.

– Nie. Były tu. Chodźmy.

Wychodząc, ujrzałem w koszu przy drzwiach świeże, złamane na pół żółte róże.

Gdy wyjechaliśmy z miasta i znaleźliśmy się na szerokiej, wygodnej szosie wiodącej do Varengeville, zapytałem niewinnie:

– Zastanawiam się, jak właściwie do ciebie mówić.

– …

– Bo też od razu przeszedłem na ty. Nie masz nic przeciwko? No i twoje imię. Czy ja powinienem mówić Lydio czy Vivienne?

– Och, Lydio oczywiście…

Jednak speszyła się lekko.

– Bo dziś rano szukałem cię w hotelu i tam powiedziano mi, że nazywasz się Vivienne Annicet.

– Po co mnie szukałeś?

– Chciałem zaprosić cię na spacer.

Drgnęły jej nozdrza.

– Tak się wpisałam do rejestru.

– Rozumiesz, że mnie to zdziwiło?

– Naturalnie.

– Rozumiesz, ale nie zamierzasz mi tego wytłumaczyć?

– Istotnie nie.

– A mnie to zaniepokoiło, właśnie z perspektywy naszej przyszłej podróży. Zwyczajny człowiek nie wstydzi posługiwać się własnym imieniem i nazwiskiem.

– Ja się nie wstydzę.

– Ale?

– Nie chcę. Nie rozumiem, dlaczego mnie wypytujesz. Każdy ma swoje tajemnice, ja cię o twoje nie pytam.

– I ja ich nie mam, a przynajmniej nie mają one większego znaczenia. Dobrze. Nie musimy o tym mówić.

– Właśnie.

– Porozmawiajmy o czymś innym.

– A jeszcze lepiej pomilczmy.

– Lubisz, zdaje się, milczeć.

– Lubię. – Uśmiechnęła się tą stroną twarzy, którą widziałem.

– Cieszę się, że nie jesteśmy w Anglii…

– …

– W Anglii pasażer siedzi po lewej stronie i kierowca widzi jego prawy profil. A twój prawy profil nigdy się nie uśmiecha… Na szczęście jesteśmy we Francji i widzę lewą, uśmiechniętą stronę twojej twarzy – zażartowałem. – Masz więc dwie twarze. Czy i dwa życia?

– Zabawny jesteś – odparła Lydia. – Żadnego.

Otwarłem usta, by poprosić o wyjaśnienie tego ostatniego, Lydia jednak jednym spojrzeniem mi je zamknęła.

– Dokąd jedziemy? – spytała.

– Och, ja też mogę mieć swoje tajemnice…

Po kilkunastu minutach skręciłem w leśną drogę. Wkrótce byliśmy na miejscu. Znajdowaliśmy się na niewielkiej polanie. Kilkanaście metrów dalej zaczynała się ścieżka, która wiodła do niewielkiej przystani nad rzeczką płynącą, jakżeby inaczej, do oceanu. Na falach kołysała się, stukając burtą o drewno pomostu, mała zielona łódka. Pochyliłem się nad nią i zacząłem rozwiązywać cumę.

– Wskakuj. Tam, gdzie cię uprowadzam, nie da się dojść pieszo. Więc popłyniemy.

Lydia wsiadła po krótkim wahaniu.

Wiosłowałem ostrożnie, by nas nie ochlapać, i dopiero po chwili zauważyłem, że jest wyraźnie nieswoja.

– Nie lubisz pływać? – zapytałem.

Wzdrygnęła się. Była blada.

– Wszystko w porządku?

– Tak – odparła, a przecież ręce zacisnęła na ławce tak silnie, że aż zbielała jej skóra na kostkach.

– Zaraz będziemy na miejscu – powiedziałem, chcąc ją uspokoić. – Nie wiedziałem, że boisz się wody… Wtedy, pierwszego dnia, siedziałaś nad głębią. Nie bałaś się?

– Bałam.

– Czyli walczysz ze swym strachem?

– Tak można powiedzieć.

Kwadrans później znaleźliśmy się w miejscu, które po raz pierwszy zobaczyłem, mając dziesięć lat. Niezwykłe; od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Przycumowałem przy spróchniałym pomoście. Znajdowaliśmy się wśród dziesiątek owocowych drzew; były soczyście zielone i pachnące słodko, zwabiały do siebie brzęczące sennie pszczoły.

– Żałuję, że to nie kwiecień, bo wtedy sad jest najpiękniejszy. Wiśnie toną w bieli i wygląda, jakby spadł na niego obłok. Ale poczekaj, to nie wszystko…

Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczynał się ogród. Ogromny, piękny ogród, a w nim morze kwiatów we wszystkich kolorach tęczy. Kluczyliśmy ścieżkami obramowanymi muszlami, zbliżając się ku domowi z czerwonymi i niebieskimi oknami i słomianym dachem. Stało przed nim dwóch drewnianych żołnierzy, prezentujących broń przed każdym, kto przechodził. Zawsze wydawali mi się żywi.

Z chatki wyszła ku nam starsza kobieta w słomkowym kapeluszu malowanym w kwiaty, opierająca się na sękatym kijaszku. Na nasz widok uśmiechnęła się szeroko.

– A co ty tu robisz, dziecino?! – krzyknęła, otwierając szeroko niemal bezzębne usta.

Uśmiechnąłem się, rozbawiony. Trzydziestka za pasem, a babka wciąż zwraca się do mnie per „dziecino”.

– Witaj!

Uścisnąłem ją mocno.

– Witaj. Spodziewałam się ciebie, oczywiście, jak co roku, jak co roku… Mieszkasz jak zwykle u tej staruchy Grisaire?

– Jest młodsza od ciebie, Irène.

– Nosi gorset. – Wydęła wargi, robiąc do mnie oko.

– Tego to już nie wiem.

– Kogo tu przywiozłeś ze sobą? – zainteresowała się staruszka.

– Lydia Mortaire.

– Lydia Mortaire – powtórzyła babka z namysłem. – Lydia Mortaire. Bardzo mi miło – rzekła, przyglądając się jej uważnie. – Taak… Chodźcie. Oglądajcie ogród, ogród jest po to, by go oglądać… Przygotuję wam trochę wisienek, w tym roku mam istne zatrzęsienie.

Spacerowaliśmy po ogrodzie, podziwialiśmy kwiaty, których główki chyliły do ziemi podmuchy wiatru.

– Zazdroszczę ci, Irène, tak tu cicho i pięknie – powiedziałem, gdy staruszka podeszła do nas, dźwigając oburącz kosz pełen wiśni. – Z dala od miasta, od hałasu. Tu można być naprawdę szczęśliwym, jak w raju.

– Na ziemi, mój mały, nie ma raju – rzekła na to Irène – a co człowiek przeżył, to jego. Cisza i spokój, dziecino, nie zawsze oznaczają szczęście – dorzuciła. – Tu też przychodzą złe chwile.

– Co za złe chwile możesz tu mieć? Zdrowie jest, jest spokój. Żyć, nie umierać. – Rozejrzałem się z zachwytem, wdychając subtelny zapach róż i morskiego powietrza.

Babka zaśmiała się nisko.

– Nie ja ci będę o Ankou mówić, choć może najwyższy czas… Ale inni wiedzą o nim więcej, czy nie tak? – Spojrzała na Lydię, a ta oddała jej spojrzenie. – Co ja tam wiem, stara Bretonka? Wiem, że Anken to smutek, a Ankoun zapomnienie – mówiła, nie spuszczając wzroku z Lydii.

Nie rozumiałem.

– W każdym razie, synku, nie wszystko, o, nie wszystko, co piękne i ciche, bywa spokojne – powtórzyła Irène. – No, podobają się kwiaty?

Przytaknąłem gorąco.

– Kwiaty mają swoje historie. – Babka spojrzała na mnie bystro. – Mariusie, ty lubisz róże. Nie mylę się?

Istotnie, podziwiałem właśnie szpaler róż: czerwone, herbaciane, żółte, różowe, białe. Były nawet niebieskie.

– Nie mylisz się.

– Czarownice nigdy się nie mylą. – Zaśmiała się chropawo. – A ty, Lydio? Ty powinnaś lubić hiacynty… – Zastanowiła się i mówiła dalej niskim, ochrypłym głosem: – Wiesz? Znasz? Raz były trzy dziewczynki, siostrzyczki; jedna miała suknię czerwoną, druga niebieską, a trzecia białą. Tańczyły nad jeziorem, trzymając się za ręce, a księżyc przyświecał im z góry… I to wcale nie były elfy! Coś słodko pachniało i dziewczynki zniknęły w lesie… Potem zapachniało silniej, a z boru wysunęły się trzy trumny, w nich trzy dziewczynki. Latały świętojańskie robaczki… Czy one śpią, czy umarły? Zapach kwiatów mówi, że nie żyją… I dał się słyszeć wieczorny dzwon…

– Co za smutne historie, Irène. Gdzie to wyczytałaś? – Śmiałem się, ale po krzyżu przebiegły mi ciarki.

Lydia patrzyła na nią na pozór obojętnie. Ta jej twarz o zastygłych rysach… Spuściła głowę, po czym uniosła ją i powiedziała z uśmiechem, który podniósł jej oba kąciki ust, co nie znaczy, że był wesoły.

– Smutna