Wydawca: JanKa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 254 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bahama yellow - Marta Magaczewska

 

Bohaterowie "Bahama yellow" noszą oryginalne imiona, niekojarzące się z żadnym konkretnym miejscem na Ziemi: Lelech, Skomroch, Tabiołka, Lala, Zajc, Koffel, Kauk... Przekształcając klasyka, można powiedzieć, że akcja utworu toczy się wszędzie, czyli nigdzie, a  obcujemy ze światem pełnym napięcia i grozy, który utracił lub właśnie traci sens. Poczucie tej utraty u każdego z bohaterów jest inne, największe u Koffla, który (czy przypadkiem?) pierwszy kończy życie. Ostatecznie autorka  pozwala przeżyć tym, którzy tego sensu do końca, z uporem szukają, nawet jeśli tylko stwarzają sobie iluzję, tragiczni i śmieszni w podejmowanych próbach przetrwania. Bo czy to człowiek decyduje o własnym losie, czy też jest dotkliwie od narodzin skazany – cały z materii, pozostający pod presją ciała, które musi mieć swój kres? Na przekór absurdowi w tym świecie od początku wyczuwalny jest stały rytm, zrodzony z mocy słowa i sugestywnego obrazu.

 

Autorka o książce:

Zastanowiło mnie, w jaki sposób zachodziła przemiana zwierzęcia w istotę ludzką. Kiedy ta istota zaczęła czuć i myśleć; i co też czuła i myślała. Jak człowiek fizyczny ewoluował w metafizycznego. Próby wyobrażenia sobie tego procesu dały początek opowieści, która nosi wszelkie znamiona kryminału. Opisane w utworze wydarzenia dzieją się na terenie Zakładu DOPC i równolegle w umysłach ludzi, w ich mrocznym, chaotycznym wnętrzu. Tłem jest absurdalna współczesność. Chciałam zderzyć czytelnika z tekstem dziwnym, niejednoznacznym. Tekstem, który wzbudzi w nim sprzeczne emocje; dostatecznie poważnym, by skłonić go do refleksji i dostatecznie niepoważnym, by zbić go z tropu. To tragikomiczna farsa o człowieku.

 

Książka otrzymała Nagrodę Jury konkursu Najlepsza Książka na Jesień 2011.

Opinie o ebooku Bahama yellow - Marta Magaczewska

Fragment ebooka Bahama yellow - Marta Magaczewska

Marta Magaczewska

Bahama yellow

© Copyright by Marta Magaczewska, 2011

© Copyright by wydawnictwo JanKa, 2011

Projekt okładki

Anna M. Koźbiel

Redakcja

Janina Rogalska-Koźbiel

Korekta

Jan Wiśniewski

Łamanie

MJK

ISBN 978-83-62247-13-4

Wydanie I

Pruszków 2011

Wydawca

JanKa

ul. Majowa 11/17

05-800 Pruszków

wydawnictwo@jankawydawnictwo.pl

Konwersja:

Ażeby po nas zostały jedynie

Ślady na piasku i kręgi na wodzie

Leopold Staff

1 Gdy los zapuścił się do ścieku

Tamtego dnia Koffel obudził się późno. Nieświadomy, co szykuje dla niego Przeznaczenie, wynurzał się ze snu, pławiąc się w uczuciu rozanielenia, boskiej słabości, którą wywoływał krążący w jego żyłach alkohol. Wiedział, że szefowa tego nie pochwala, ale przecież nie mogła naruszyć jego prywatności. Chroniło go prawo; musiał być poprawny w miejscu pracy, lecz nikomu nie wolno było przeszkodzić mu w tym, co robił z samym sobą poza nią.

– Myślę, że ludzie chętnie przyjęli to prawo – mawiał Koffel, po czym dodawał: – To jedno z tych, które nie zmuszają do obowiązku, lecz z niego zwalniają, jeśli wiecie, co mam na myśli. To wolność, kochani. Każdy sobie i dla siebie. Wolność. Dlatego tu jestem.

Myśl jego krążyła leniwie i z oporem przecierała sobie szlaki w zamglonym mózgu. Nie do końca był pewien, kim jest. To znaczy wydawało mu się dziwne, że ten, co leży, i ten, co to myśli, to jeden i ten sam człowiek. Czuł się tak, jakby ktoś go tylko grał, a on jakby tylko oglądał jedno z wcieleń siebie.

Człowiek w filmie wydawał mu się stopniowo coraz bliższy, wreszcie się w nim odnalazł. Jak to się… właściwie… zaczęło? Leżąc spokojnie, z błogim uśmiechem na twarzy, pozwolił, by pytanie wpadło w czeluść, w której było tak ciemno, że ciężko było cokolwiek odróżnić.

Czy nie zaczęło się od tego, że nie umiał mówić?

Na początku był maleńką istotą pozbawioną świadomości, która z czasem zaczęła dostrzegać świat, a w świecie tym dwunożne istoty, porozumiewające się dźwiękami. Wiedziony instynktem mimikry, powtarzał dziwne dźwięki, mimo przeczucia, że są dziwnie niewystarczające.

Kamień. Gwiazda. Ciało. Krowa. Pociąg. Sklep. Krew. Cukierek.

Odnosił wrażenie, że żadne ze słów, które zapamiętywał, nie odzwierciedla tego, co oznacza. Z czasem zdał sobie sprawę, że gdyby dowolnie przestawić ich litery i umówić się, że odtąd na kamień mówić będziemy – mieńka, na gwiazdę – dawiazg, na ciało – iałoć, na krowę – warok, niewiele by się zmieniło.

Słowa, myślał, są takie nieznaczące.

Kiedy więc inne szczerbate istoty w jego wieku tworzyły już długie zdania, które miały i sens, i celowość, on ledwo umiał nazywać przedmioty. W ciągu następnych lat poczynił pewne postępy, choć mniej z potrzeby własnej, a bardziej pod przymusem nauczycielskiej linijki. Nauczył się więc tworzyć ciągi wyrazów, wpojono mu też wiedzę na temat gramatyki, części mowy, akcentów oraz stylów; i to, rzec można, był jego koniec.

Z całą tą wiedzą, równie niezbędną, co pozbawioną sensu, czuł się coraz bardziej zagubiony. Ciężko żyć, gdy jedyna ścieżka poznania zamknięta jest na głucho. Właściwie prócz myśli nie zostaje wtedy już nic. Żaden transfer, żaden przepływ informacji i uczuć. Pusta, nienazwana prawda.

Refleksja przyszła z czasem: trzeba było mówić dla wprawy. Po prostu: mówić, mówić, mówić, żeby nie zapomnieć, jak się mówi; mówić jak wszyscy inni – o niczym. Gadać, bełkotać, nawet pieprzyć od rzeczy. Mówić. Mówić. Mówić. Ja mówię, ty mówisz, on, ona, ono mówi, my mówimy, wy mówicie, oni, one mówią. Moovią. Muwią. Mufią. Mufti. Mufka. Muł. Mur. Murza. Burzan. Bukszpan. Szpan. Pan. Panna. Panicz. Znicz. I tak dalej.

Ja nie mówiłem, przypomniał sobie Koffel z trudem, dlatego potem, jak raz poszedłem do sklepu, zgubiłem się.

Zgubił się w stylu, w akcencie – na przedostatnią czy na trzecią od końca; w słowach, w znaczeniach, w żargonie i języku literackim, bo nie chciał ich mieszać. W sensie, w symbolice, w znaczeniu, w skojarzeniach, jakie wywołują, świadomy, że każdy rozumie słowa inaczej. Bełkotał rozpaczliwie, tłumaczył, nie potrafiąc nadać słowom właściwej ekspresji i stosownego sensu w desperackiej, niemal straceńczej próbie bycia zrozumiałym.

A przecież chodziło wtedy tylko o dżem truskawkowy.

Kiedyś jeszcze było tak, że ludzie do niego podchodzili. Niektórzy unosili jedynie dłoń w geście powitania i rzucali krótkie: „Jak tam?”, by po chwili jego bełkotu odwracać znużony wzrok i mamrotać coś o sklepie, co im go zaraz zamkną. Inni wyciągali go na piwo; dzwonili: „Idziemy pogadać” i Koffel szedł, ciągnięty za rękę jak oporne dziecko, z uczuciem mrowienia w szczękach.

Nie był stadnym typem. Spośród wszystkich ludzi, jakich miał wokół, zawsze wolał samego siebie. Nie szukał towarzystwa innego niż swoje własne. Zawsze więc myślał, że jednak nie pójdzie. Nigdzie nie pójdzie, z nimi nie pójdzie, nie ma ochoty. Albo pójdzie, ale tylko na chwilę. Na trochę, żeby o nim nie zapomnieli. Iść? Nie iść? Nie chciało się.

Choć powinienem mieć przyjaciół. Wielu przyjaciół, uświadamiał sobie z lękiem, by kiedyś nie być sam. Muszę się z nimi spotkać i muszę gadać, by nie obudzić się któregoś dnia, po latach, rozejrzeć wokół i nie ujrzeć nikogo.

Dobrze. Więc pójdzie. Weźmie coś mocnego. Będzie gadać. Albo nie będzie, właściwie nie musi się odzywać, wystarczy, że się pojawi, a nie zapomną o nim, gdy kiedyś będzie ich potrzebował. Gdy na przykład będzie umierał, to go wtedy będą trzymać za rękę. Koffel wiedział, że nie chce być wtedy sam.

Dlaczego jednak sądził, że dla nich liczy się samo jego istnienie? Może wierzył wtedy jeszcze, w czasach, gdy w ogóle w coś wierzył, że – by istnieć dla kogoś, istnieć w czyjejś świadomości – wystarczy żyć. A przecież, jego twarz stężała na moment, trzeba żyć tu albo tam, z tym albo z tamtym, po tej lub po tamtej stronie.

Więc pewnie była to gra. Ciągnęła się od dawna: zbierali się cichaczem, by nikt nie zauważył, i przemykali wzdłuż murów, by wreszcie usiąść przy zawilgłym okrągłym stole, tym co zwykle, pod szarawym parasolem, który kiedyś był biały, teraz zaś przybrudzony deszczem i tym wszystkim, co unosi się w powietrzu niczym glony na powierzchni morza. Pili piwo, siedzieli i gadali. To znaczy – oni gadali, ludzie, Koffel zaś pił. Kiedyś uderzał jeszcze słowem o słowo, próbując skrzesać sensowne zdania, lecz coraz częściej brakowało mu sił. Bał się, że jeśli będzie mówił o życiu, nie starczy mu energii na nie samo.

I rzeczywiście: im bardziej mówił, tym mniej go było.

A jako że prawo pozwoliło mu robić, co chce, i zabroniło komukolwiek w to ingerować, Koffel zaczął pić. Pijąc, czuł ekstatyczne, wyuzdane szczęście, niezmącone najmniejszą kroplą goryczy. W tych chwilach bywał tak szczęśliwy, jak tylko może być człowiek, który dobrze wie, co robi i ma pełne przekonanie o celowości czynów. Toteż co dzień wlewał w siebie alkohol i co dzień czekał cierpliwie, aż ten zaburzy mu zmysły tak, by słowa odbijały się od ścian pustki, by drgały w pajęczynie i zlepione bez sensu ginęły w lepkiej próżni. Alkohol sprawiał, że wypowiadane dźwięki traciły nadaną im przez ludzi moc do tego stopnia, że z wolna zapominał, co znaczą. Tężała w nim za to i przebijała na wskroś wszechpotężna MYŚL. Choć z czasem, przyznawał z niepokojem, straciła na swej przejrzystości. Teraz Koffel wzdragał się przed uświadomieniem sobie tego, myśl jego była tak zamulona, że nie było już widać dna.

A cuchnęła przy tym jak diabelskie szambo.

Najbardziej lubił, żeby wszyscy widzieli jego słabość. Nic nie ekscytowało go bardziej, niż gdy szedł, zataczając się, a nad nim zwisało drżące niebo, grożąc w każdej chwili zawaleniem; gdy zapadała się pod nim ziemia, jakby chcąc go pochłonąć za życia; gdy ściany chwiały się niczym burty statku na wzburzonym morzu, zamieniając się czasem miejscami; gdy szedł w niemocy, tkwiąc w swym ciele i nie potrafiąc nim władać; gdy usta miał zdrętwiałe; gdy nie czuł zębów, mimo że sunął po nich językiem; gdy w ustach miał smak krwi; gdy żołądek przeżerały mu procenty; gdy alkohol burzył się w żyłach, paląc go od wewnątrz…

Lubił, żeby ludzie patrzyli na niego z potępieniem, odrazą i fałszywą litością, usuwając się z drogi, którą szedł. Wprawiało go to w stan uniesienia, jakby zawładnęło nim coś potężniejszego od niego, na co on nie miał żadnego wpływu, co zabijało go powoli, cicho i systematycznie, napawając złudną otuchą i łagodząc ból niczym morfina.

O, tak. To było najlepsze.

Alkohol miał też inną cudowną właściwość: w pełni odrywał od rzeczywistości, a przez to pozwalał dostrzec abstrakcję. Abstrakcja zaś była dlań piętnem geniuszu, by nie powiedzieć: wznosiła go ponad ludzkość. Więc? Przekonany o swej wyższości i wiedziony jej pokusą, mógł już tylko nurzać się w złudzeniach, chociaż – i to Koffel wiedział równie dobrze – abstrahentium non est mendacium1. A przecież, rozumował w nielicznych chwilach trzeźwości, abstrakcją jest sam świat, tyle że na trzeźwo to boli, a po pijaku – śmieszy.

*

Dziedziniec był brukowany, brama wjazdowa – niebieska, dalej, nie wiedzieć czemu, wszystko się nagle ścieśniało i świat zamykał się w kwadracie: ściana, ściana, brama, ściana. Domu jednak nie widać.

To zresztą nieistotne. Bo po dziedzińcu skakała żaba, a za żabą gonił sum. Dorodny, z wąsiskami.

Za bramą czaiła się pustynia. Było pełno, pełno piachu. Po pustyni galopował arab, koń znaczy, czarny, lśniący, krew taka gorąca. Na arabie siedział człowiek szczelnie zasłonięty turbanami. Szczerzył w uśmiechu zębiska. Miał w sobie coś z wilka.

Na dziedzińcu, tam gdzie skakała żaba, żaba skakała dalej, ale pojawili się też ludzie. Kobieta miała płaskie pantofle i jaskrawą spódnicę.

– Trzeba było zrobić ten obiad wcześniej – powiedziała.

Mężczyzna, stojący obok, miał okulary w rogowej oprawie i patrzył zza nich ołowianym wzrokiem. Była też mała dziewczynka, całkiem pozbawiona zębów. Jej oczy zezowały w jego stronę.

*

Koffel przeleżał cały dzień, śniąc. Oporna wyobraźnia wiodła go leniwie z miejsca w miejsce, a alkohol nasączał sny czernią, migotliwymi kształtami i tą bardzo szczególną, umiłowaną przez niego, abstrakcją.

Jednak zawiódł. Obraz znikał z wolna, jakby opadała nań czarna kurtyna.

Koffel uniósł ołowiane powieki.

Ujrzał przed sobą okno. Miało ono w sobie niewysłowiony smutek. Ściana była równie posępna. Stała tam, gdzie zwykle, ale czuć było, że sama nie widzi w tym sensu, i że jest tam tylko dlatego, że nie może być gdzie indziej.

Mężczyzna poruszył się z trudem i poczuł w żołądku dotkliwą pustkę. Język miał jak drewno, a usta jak wióry.

Był taki słaby, słabszy od liścia. Byle kto mógł podejść i uderzyć go w twarz. Mury mogły zbiec się i runąć wprost na niego, a on by się nawet nie ruszył. W jego krwi pojawiło się dobrze mu znane uczucie triumfu.

Zaswędziało go w nosie, lecz nie był w stanie skłonić ręki do tego, by się uniosła i w nim podłubała. Nawet ona nie chciała go słuchać, jakby własny organizm stracił dla niego szacunek. Nie, to nawet nie szacunek. Ha! Co za słowo. Brzmi jak z innej epoki. Z tej, w której patrzył życiu w twarz. Jego ciało odmawiało współpracy, bo zwyczajnie było zbyt słabe. Takie – śmiertelne. Było to żenujące, bo przecież wstyd! – a jednocześnie tak imponujące; to, że można się poddać. Tak siebie zniweczyć i tak tkwić w tym zatwardziałym pragnieniu samozniszczenia. Tak wytrącić kosę z rąk Śmierci: Hej! jak chcesz, to przychodź, mam to w dupie.

Ależ on jej grał na nosie, ten Koffel. Tak sobie myślał, że nieźle wykiwał Los. Bo Los się zgnilizną nie zajmuje. Wtrąca ludzi na piedestały lub ich z nich strąca, ale do ścieku nie zstępuje, bo po co? Jest więc sam, zapomniany przez ludzi, zapomniany przez Boga, więc trochę tak, jakby unosił się w próżni i równie dobrze mogłoby go całkiem nie być, skoro i tak prawie go już nie było.

Tak to Koffel rozumował pogodnie i tylko jednej rzeczy nie przewidział: że któregoś dnia Los jednak postanowi pogrzebać w kanałach. Nie żeby celowo, nie. Raczej tak, że szedł sobie, powiedzmy, ulicą, bawiąc się światem jak jojem i nagle mu to jojo wpadło – chlup! – do studzienki. Więc wściekły na cały świat Los zlazł do tej studzienki. Zlazł po jojo, a wyciągnął Koffla. Czy nie tak mogło być? A jak już znalazł, to zmusił do pojedynku o coś, na czym zależało mu najmniej w świecie. O życie.

Niczego więc Koffel nie podejrzewał, gdy zwlekał się z łóżka i wychodził z domu po wódkę. Szedł lekko zamroczony, nie tak jednak, jakby tego pragnął. Patrzył na swe stopy, patrzył na płyty chodnika, które przesuwały się pod nimi, a jego umysł rejestrował poprzeczne linie, jedną za drugą, jedną za drugą, jedną za drugą.

To, czego nie chciał najbardziej w świecie, to myśleć, jednak mimowolnie myślał, że coś w tym jest, w tym monotonnym układzie. Że to może bez znaczenia, ale w zasadzie ma to jakiś niezgłębiony sens. Że one są na swoim miejscu, właśnie tu, te linie. Raz poprzeczne, raz podłużne. Takie i takie. Na krzyż.

Szedł i szedł, aż wreszcie zatrzymał się dokładnie tam, gdzie mu Los wyznaczył spotkanie, to znaczy przed parą innych stóp. Były dwie, niewielkie, trochę jakby inne w kształcie i przez dłuższą chwilę Koffel nie mógł zdecydować, na czym polega ich odmienność. Miały małe czerwone paznokcie i były bose.

– Tak okropnie bolą mnie nogi. Te buty mnie obcierają.

Słowa dobiegały go jakby z oddali, z jakiejś odległej przestrzeni zasnutej watą. Sam głos też był jakiś inny, nie taki gruby jak jego. Raczej… zwiewny. Kojarzył się Kofflowi z tiulową firanką, którą wybrzusza podmuch wiatru w sierpniowe popołudnie.

– Kupiłam je za dwie stówy, zupełna paranoja. Jutro oddam, bo to jest chore. Kupujesz buty za dwie stówy i myślisz, że przechodzisz, wiesz, lata. No, do przyszłego roku, niech będzie. Ale nie, żeby wyjść i dwóch kroków nie zrobić. Co ja, forsą rzygam? Zaraz jutro idę oddać. Niech mi kasę dają albo inne buty. Może wezmę. Ale żeby to szmelc znowu nie był.

Koffel uniósł głowę i załzawionymi oczami sprawdził, skąd dobiega głos. Jak za mgłą dostrzegł twarz delikatną i natchnioną, okoloną długimi brązowymi włosami. Źrenic już nie dostrzegł, bo brązowe włosy frunęły i ich właścicielka oddaliła się, nieustannie coś mówiąc.

Machinalnie skierował się za źródłem głosu. Zaraz też usłyszał wzmożony hałas, który wcześniej szemrał jakby w tle. Ktoś coś do niego mówił? Nie, to muzyka taka głośna. Już nie było pusto. Tłoczyli się wokół niego ludzie, mnóstwo ludzi, całe morze. Czuł na sobie cudze ręce, stopy, kolana i łokcie. Wkrótce też wezbrana fala pchnęła go w sam środek ciemnego pomieszczenia i Koffel zorientował się, że tańczy czy raczej podryguje w takt muzyki. Instynktownie skierował się ku błyskom światła, które niczym latarnia na morzu zbłąkanych wędrowców prowadziły go do baru z alkoholem.

Gdy po kilku kolejkach odepchnęła go od baru kolejna fala ludzkich ciał, zawiodło go znów na środek parkietu, gdzie zamiast powietrzem oddychało się wyziewami z setek otwartych ust, dwutlenkiem węgla i parującym potem.

Wkrótce przestał czuć nawet i to.

Tłum falował, Koffel falował, było mu gorąco, ale właściwie dobrze, bo w tym miejscu nie czuło się czasu ni przestrzeni, a co jak co, ale czas i przestrzeń były to dwie rzeczy, które znosił najgorzej.

Miał problem z utrzymaniem równowagi, zwłaszcza że co jakiś czas przyklejały się do niego szczelnie miękkie ciała, szepcząc coś do ucha i łyskając zębami. Tych fascynujących ciemnych istot było bardzo dużo. Było ich właściwie całe mnóstwo; wszystkie ciepłe i pachnące kusząco czymś słodkim. Lgnęły do niego, szukając radośnie jego ust, wczepiały się w jego ciało idealnie jak puzzle i ruszały w rytm wrzaskliwej muzyki w tle.

Koffel skupiał się na tym, by nie upaść. Nie potrzebował niczego, byle tylko unosić się bezwładnie w tej huczącej, przesyconej dymem czerni. Gdy jednak przywarło do niego kolejne ciało, ze zdumieniem odkrył, że należy ono do właścicielki małych stóp o czerwonych paznokciach.

Tak, to była ona, poznawał po głosie, choć nie rozróżniał słów, które szeptała mu czerwona plama ust. Chcąc poczuć tę istotę w sposób namacalny, chwycił za to, co wystawało, i poczuł, że ciało szczelniej się do niego przycisnęło, a nawet, że łaskocze go śmiesznie w szyję czymś miękkim i wilgotnym. Nie były to doznania całkiem nowe. Były względnie znajome, choć wspomnienia z trudem torowały sobie ścieżkę w jego zmąconym umyśle. Ale niewątpliwie musiał już kiedyś znać istoty pachnące tak inaczej, tak inne. O… tak. Było to zdecydowanie przyjemne; Koffel uśmiechnął się w uniesieniu.

Gdy tak tańczył, co z zewnątrz wyglądało, jakby dostał ataku epilepsji, nagle coś podcięło mu nogi. Poczuł, że traci równowagę, a członki jego ciała rozbiegają się w sposób nieskoordynowany. Nadepnął następnie na jedną z małych stóp, został brutalnie odepchnięty, trafił w coś miękkiego, poczuł cios na skroni i zwalił się ciężko na kolana, po czym chwiejąc się, osiadł na ziemi.

Ziemia była brudna i śmierdziała. Koffel czuł to wyraźnie, bo nos miał w nią wtulony. Zdrętwiałym językiem próbował prosić, żeby się skończyło to, co działo się z jego plecami; miał wrażenie, jakby przejeżdżał po nich pociąg, ale silne uderzenie w żołądek sprawiło, że zadławił się i zwymiotował. Gdy razy ustały, dotkliwie skopany, z rozwaloną głową, zdołał przewrócić się na plecy obok własnych rzygowin i po raz pierwszy tego wieczoru jego spojrzenie nabrało ostrości.

Zobaczył nad sobą krąg twarzy, na których pogardliwe uśmiechy pełzały niczym dżdżownice.

Po jego ciele rozlał się ból, a wraz z nim gorzki triumf, co pojawiał się zawsze wtedy, gdy bezład i bezwola buntowały się przeciwko sile, którą był sens. Uczucie to opanowało go, gdy w chwilę potem pochylali się nad nim ludzie w białych fartuchach, by z wysiłkiem unieść jego wiotkie członki i pobudzić je do życia. Gdy tracił przytomność, błysnęła mu myśl, że bezwładne ciało jest nieskończonym dowodem na to, że słabość znów wygrywa.

*

Tamto jednak było wcześniej i sięgało daleko głębiej, niżbyśmy się tego spodziewali.

Ten zaś wieczór zaczął się jak wszystkie inne.

Koffel wrócił, zataczając się. Zrzucił po ciemku ubranie, czując się jak chomik na chwiejnej karuzelce. Pomyślał mętnie, że jest idealnie wkomponowany w chaos gwiazd, które drżały odbite w szybie.

Odwrócił się, stracił równowagę, a gdy ją odzyskał, poszedł śladem księżyca, którego wąski strumień rozświetlał pokój trupim blaskiem.

Wtem w mroku ktoś zastąpił mu drogę.

Koffel krzyknął i przewrócił się, ale stało się to raczej dlatego, że zdawało mu się, że powinien zareagować zaskoczeniem, niż że naprawdę był zaskoczony. Jego zmysły były zbyt stępione, by mógł się spontanicznie zdumieć.

Teraz mamrotał pod nosem, gramoląc się niezgrabnie.

– Gdzie jesteś, kapitanie? – zapytał głos.

– A! Znaaam cię! – Koffel rozjaśnił się nieprzytomnym uśmiechem. – Mni tu ni ma.

– Więc gdzie jesteś?

– Niegdźe.

– Która to godzina, wiesz?

– Wyglondam na wruszke?

Koffel roześmiał się. Dobrze się rozumieli. Uderzyły w niego nagle, niczym fale, zapachy cytryny. Skąd? Słodkie mandarynki i kokosy.

– Nie wiedziałem, że księżyc ma smak tropików – szepnął zamroczony.

Podszedł chwiejnym krokiem do okna, podtrzymywany za łokieć. Podłoga zapadała się pod nim, grzązł w niej niczym w ruchomych piaskach. Głowa mu piszczała, szumiała jak antena telewizyjna drugiej kategorii. Myśl ta rozbawiła go.

– Odbierasz mnie, odbierasz? – pytał, przekrzywiając głowę i przystawiając do niej wskazujące palce obu dłoni.

Stanęli przy oknie. Teraz zwisał nad nimi pomarańczowożółty księżyc.

– Stęsknione dusze odlatują, klekocząc jak siwe żurawie. W mroku ukoi je północny wiatr, słodki, duszący jak piaski pustyni. Zgasłe dusze zwinięte w kule ognia mkną nocą ku kolebkom kosmosów, płyną ponad brzydotą, ponad miastami, ponad państwami, w których błazen na błaźnie, zbiry, kupczyki, mordercy i z całego zła twarze zrodzone, twarze zakrwawione, piękne twarze – rzekł cicho człowiek, patrząc na dyniowatą kulę pełgającą wśród gwiazd.

Któryś z neuronów Koffla zaskoczył i ów uświadomił sobie, że nie wie, skąd wzięła się w jego nosie zakrzepła krew.

– W mroku nocy, w pyłu kurzawie wiatr ukoi katusze – usłyszał.

– Myślałem, że Bóg – wypluł z siebie, czując, że coś leci mu z nosa i tamuje oddech.

Ciemna twarz patrzyła na niego chwilę bez słowa, po czym rzekła:

– Wiatr północny, wiatr duszący piachem, pył zwietrzałych kości duszny, ogniste dusze zwinięte w kule, drżące błyskawice, samotne wilki w głuszy, pajęczyn zwisy lśniące brylantami, ludzi smagły żywot głuchy…

Big Bang, pomyślał Koffel w ostatnim przebłysku świadomości.

2 Noc, lecz nie wszyscy śpią

Skomroch nigdy nie potrafił zrozumieć, jak się tu znalazł. Przecież przez całe życie starał się być w porządku; taki, jak to powszechnie przyjęte; taki, jak trzeba,comme il faut.

Noc była ciemna, lecz nie potrafił spać. Jeśli dzień był piekłem, to noc przedsionkiem do niego: było wciąż duszno i temperatura mimo późnej pory niemal wcale nie spadła.

Nie znajdując snu ani lepszego rozwiązania, podniósł się z łóżka, stanął na środku pokoju i zaczął tańczyć boso w rytm muzyki, która brzmiała mu w głowie:advance and retire, clicks, rocks, seven-step, skip-step, step, three-step, toestands, treble…

To dla nich nauczył się tańca irlandzkiego, dla nich nauczył się kląć i pić dwunastoprocentowego dätbiera, który mu nie smakował, dla nich układał włosy na bok i do góry, dla nich nosił szkła kontaktowe, które barwiły mu tęczówki na kolor niebieski – bo kolor ten jest ponoć najbardziej lubiany – dla nich rozwierał szeroko oczy, by zyskać zaufanie, dla nich nauczył się nienagannych manier, dowcipów na każdą okazję, picia wódki i odmawiania jej – słowem, nauczył się wszystkiego, by ludzie czuli do niego sympatię. Odkąd pamiętał, obserwował, jak należy się zachowywać; podglądał i naśladowałludzi; godzinami ćwiczył przed lustrem ich gesty, ich ruchy i mimikę; uczył się, niczym obcego języka, ich kolokwialnych, modnych i dowcipnych zwrotów: that’s a neat bike you’ve got there, Jerry, good night sleep tight, don’t let the bed bugs bite, quantum materiae materietur marmota monax si marmota monax materiam materiari possit, ça fait chier, vatti a fare una sega, sie es hat mich umgehauen, eres una mamacita.

Wdziewał cudze twarze, nakładał na usta cudze uśmiechy, a ciało układał tak, by nie odstawało od innych. Przypominał w tym rycerza, co zbroi się do bitwy, nie po to jednak, by zrobić komuś krzywdę, ale po to, by nie zrobili krzywdy jemu. By go lubili, by uznali za swego. By nie widzieli w nim tego, co widział w sobie on: niepokojącej, ośmieszającej wrażliwości. O nie! Nie chciał przejść przez życie z piętnem odmieńca.

Nie zawsze mu się udawało. Nie zawsze potrafił nad sobą zapanować. Miewał niebezpieczne chwile, w których, choć pilnował sam siebie jak najsurowszy kapo, to jednak wymykał się spod kontroli. Ulegał wzruszeniu; pod jego wpływem wykonywał drobne gesty, mimowolne odruchy, tak nieludzkie w tych czasach. Patrzył na przykład jak głupi w niebo, czuł się nieszczęśliwy, wrzucał drobne do czyjegoś kapelusza, skłaniał z szacunkiem głowę przed starszymi, a nawet myślał o śmierci.

Wszystko to wywoływało u ludzi grymas niesmaku i pełne politowania wzruszanie ramionami. Nic z wewnątrz mnie, powtarzał więc sobie Skomroch, nic z mojego wnętrza nie może zaznać światła dziennego.

Całkiem tak, jakby prawdziwy człowiek w rzeczywistości był upiorem.

W takich chwilach, choć zawsze szybko przywoływał się do porządku, udając, że nic się nie stało, że to niechcący, ludzie dziwnie na niego patrzyli i ostatecznie traktowali go jak trochę niespełna rozumu. Jak obcego. By nie powiedzieć: jak wroga.

To bolało, lecz Skomroch, który nauczył się taić wiele, udawał, że wszystko w porządku. Nie wolno pokazywać się bez maski, powtarzał sobie.

Jak długo można udawać?

Całe życie.

Kiedyś jeszcze myślał naiwnie, że może być szczery wobec kobiet. Nie żeby uważał je za inne od reszty. Myślał po prostu, że dla zachowania równowagi w tym świecie, w którym liczy się tylko powłoka, dobrze jest mieć przy sobie choć jedną istotę, która wie, jaki jesteś. Samotna wyspa, której plaże podmywają fale fałszu. Powiedzmy: ktoś, przy kim nie wstydzisz się umrzeć.

Gdy zakochał się po raz pierwszy, pewny był, że znalazł się w niebie i że nic nie jest w stanie go z niego strącić. A że ściany niebios nie mogą być gołe, zaraz też zaczął szukać słów, którymi mógłby je wytapetować. Pisał poemat. Pisał poemat wiele tygodni, wciąż i na nowo poszukując najwłaściwszych zwrotów i przeklinając ubóstwo swego języka, wszystkich języków świata. Bo też, stwierdził poniewczasie, miłość postrzega się wszystkimi zmysłami. By więc ją opisać, należałoby użyć tworzywa, które poruszyłoby je wszystkie.

Na fali tych rozmyślań skończył pisać utwór, który uważał jednak za mocno niedoskonały, zwłaszcza w obliczu doskonałości ukochanej. Gdy wreszcie się ośmielił, nabył czerwoną różę oraz pudło czekoladek w znaczącym kształcie serca i z tymi symbolami udał się wprost do niej. Tam rymsnął na kolana i wyrecytował nieśmiało swe dzieło.

Wyczekała spokojnie do ostatniego wersu. Gdy przebrzmiała puenta i zapadła cisza, wstała, obciągnęła sukienkę, a następnie rzekła:

– Śmieszny jesteś, misiu.

Właściwie nie wiadomo było, czy to dobrze, czy źle. Zbliżył się więc, wręczył jej różę i pudło, a ona nadal stała, jakby na coś czekając.

– To wszystko? – zapytała.

Skomroch nie rozumiał; patrzył w jej piękne oczy i nie rozumiał, dlaczego widzi w nich gniew. Jakże szczątkowe są ludzkie zmysły!

Więcej jej nie zobaczył. Przyjaciel doniósł mu jeszcze, że nie zamierza ona, jak mówi, zadawać się z ubogimi dziwakami. Potem się pobrali, ale Skomroch nie został zaproszony na ślub.

Z inną dziewczyną, która była mu bardzo bliska, w której – zdawało mu się – odnalazł pokrewną duszę, jechał raz pociągiem i gdy przez uchylone drzwi wypadło dziecko, on rzucił się za nim.

Dziecko miało góra trzy lata i wychylało się niebezpiecznie przez niedomknięte drzwi wagonu. Wir powietrza wciągnął je tak gwałtownie, że błysnęły tylko rozwarte szeroko oczy, a drobne usta nie zdążyły się nawet ułożyć w krzyk „mamo!”.

Skomroch, widząc to, błyskawicznie rzucił się za nim i wylądował ciężko, osłaniając sobą kruche kości malucha.

Wyszedł z tego cało, choć mocno poturbowany. To znaczy zadrapania i rozcięty policzek zagoiły się szybko i w miarę bezboleśnie. Co innego pierś – tam gniotło go coś niemiłosiernie, co jeszcze długo podsuwało mu przed oczy obraz dziewczyny i huczało jej kwaśnymi słowami:

– Skomroch, ty jesteś jakiś inny.

Odeszła oczywiście. Trzeba było pozwolić mu umrzeć, pomyślał poniewczasie. Patrzeć, kiwać z troską głową, a potem współczuć, ale ją mieć, małą, samotną wysepkę.

Potem była jeszcze jedna. Gdy Skomroch, sponiewierany, ale wciąż żenująco ufny, odkrywał ponownie uroki zakochania, ona testowała go jak nowy samochód, by ostatecznie stwierdzić, że nie odpowiada jej standardom.

Wtedy przestał nad sobą panować. Z każdą chwilą coraz bardziej tracił kontrolę nad swymi gestami, mimiką i słowami. Był zbolały, a to budziło w ludziach wstręt; gdy się ocknął, było już za późno. Przynajmniej dla ludzi. Ich zdaniem kropla przepełniła czarę. Odtąd coraz częściej wytykali go palcami, śmiali mu się w twarz, a za plecami mówili: „On jest trochę, tego… wiecie”.

I tak wreszcie nadszedł dzień, gdy obok niego nie było już żadnego, nawet najmniejszego, nawet najbardziej fałszywego przyjaciela. Znów trochę czasu minęło, nim zdał sobie z tego sprawę, i jeszcze trochę, nim w to uwierzył. A gdy wreszcie to nastąpiło, poczuł, że nie chce ich znać. Nie chce znać wcale ludzi, widzieć ich na wpół drwiących, na wpół litościwych spojrzeń, że nie chce mieć z nimi, z ludźmi, w ogóle do czynienia, a zwłaszcza że nie chce do nich mówić ani by oni mówili do niego. Każde ludzkie słowo było szyderstwem. Każdy człowiek prztyczkiem w nos od Boga. Zaciął się w milczeniu i nawet jego zdumiało, jak łatwo mu to przyszło.

*

Tymczasem Kauk stał na secesyjnym balkoniku i przechylał się niebezpiecznie. Gdy czuł, że głowa zaczyna ciągnąć ciało w dół, wytrzymywał jeszcze chwilę, balansując drżącym tułowiem, po czym się prostował. U licha, huśtanie na balustradzie było jedynym źródłem adrenaliny w jego obecnym życiu. A to trochę mało, gdy w poprzednim wcieleniu władało się bronią, a wraz z nią śmiercią. Naprawdę mało. To tak, jakby komuś, kto całe życie pił wiadrami wódkę, zaproponować setkę. Śmiechu warte, niech to wszyscy diabli!

Kauk nudził się potężnie; każdy dzień był tu podobny do drugiego. Miał związane ręce, a nic nie drażniło go bardziej. O, jak chętnie by wrócił do starych dobrych czasów, gdy był Kimś, gdy miał rangę oficera, która otwierała przed nim wszystkie, nawet najbardziej zakazane drogi. Mógł wtedy robić, czego dusza zapragnie. Cóż za cudowna to była samowola! Nikt mu niczego nie bronił, bo cholernie się go bali, bali się go wszyscy jak jeden mąż. O, jakie to było zabawne!

Do wojska trafił, jak wszyscy, przez przypadek, ale wysłany na front jako jedyny ujrzał w wojnie pole do działania. Nie przypominał żadnego z braci żołnierzy, młodych mężczyzn, co płakali na widok martwych przyjaciół, pisali listy do dawnych ukochanych i tęsknili do czystego, uporządkowanego życia sprzed. On właśnie w wojnie się odnalazł; zakochał i oddał całym sercem jak okrutnej kochance. On się tam, na wojnie, jak wesz zagnieździł i jak wesz toczył krew z setek, setek walczących.

Nie zawahał się, gdy miał strzelić po raz pierwszy do człowieka, którego przyprowadzili przed jego oblicze, pytając, co zrobić z jeńcem. Mężczyzna miał skrępowane z tyłu ręce, mówił coś po hiszpańsku, ale Kauk nie rozumiał. Mógł co prawda zapytać swoich ludzi, co on takiego zrobił, ale po co? To bez znaczenia. Człowiek, który ma związane ręce i żałośnie płacze na kolanach, musi być zdrajcą. A zdrajców za zdradę się karze. I jakby tego było mało, irytacji dopełniło słońce. Okropne, nużąco rozpalone hiszpańskie słońce, które doprowadzało go do furii. Pot ściekał mu po karku, a koszula wkurzająco lepiła się do pleców, gdy wyciągał pistolet. Spokojnie odbezpieczył i, nawet nie celując, strzelił. Mężczyzna zamilkł w samym środku wywodu, bo ani na chwilę nie chciał przestać mówić. Kauk burknął zirytowany: „Aquí se habla inglés” i wepchnął broń w ręce jednego z żołnierzy, rzuciwszy krótkie: „Wyczyścić”.

Potem były ich dziesiątki, setki. Nie wahał się strzelać do cywilów. Nie wahał się podpalać domów i ani razu nie zastanowiło go, po co właściwie to robi. Tak do końca nie wiedział nawet, o co chodzi w tej wojnie, ale przecież nie to było najważniejsze. Szybko zapamiętał, w której jest drużynie, całkiem jak wtedy, gdy grywali w nogę z dzieciakami z sąsiedztwa i trzeba było pamiętać, która bramka własna i kogo faulować.

Prędko też pojął, że na wojnie panuje jedna zasada: jak nie ty ich, to oni – ciebie. I tę też zasadę Kauk, który nie był filozofem, stosował w życiu.

Oj, bywało wesoło.

Zaśmiał się i poklepał dłońmi po kolanach, a jego twarz starego dziecka skrzywiła się z zadowoleniem.

Mówiono, że nie ma sobie równych. Na jego widok ludziom ze strachu odbierało rozum. Nie raz, nie dwa pozostawieni sami sobie, woleli sami się zgładzić, niż dopuścić go do siebie. I dobrze. Nawet lepiej.

Mlasnął. Było się wielkim człowiekiem.

Uderzył się pięścią w siwiejącą pierś i wysunął szczękę.

Tyle że się skończyły te szczęśliwe czasy. Tak to się wszystko źle potoczyło, że po wojnie musiał uciekać. Był tu i tam, trochę się włóczył, ale nikt nie chciał udzielić mu schronienia. Ludzie szli w zaparte, rzucali mu nienawistne spojrzenia zza firan, aż wreszcie go wydali, zgarnęli, zamknęli w celi, chcieli zadać pokutę. Tak to kat znalazł się – ho, ho! – jak bliziutko swych ofiar. Niebezpiecznie blisko, jak sam określił, a się na tym znał. Dobrze, że był nie w ciemię bity. Umiał o siebie zadbać i tak zadbał, że znalazł się w miejscu, do którego wprawdzie ich ręce nie sięgały, ale niewiarygodnie ziało tu nudą. Jedyną rozrywkę stanowiło tu polowanie na pająki, których były całe pułki; łapał je i napuszczał na siebie, a wtedy zdawało mu się, że skandują, wymachując kosmatymi nogami: Ave, Kauk, morituri te salutant.

Nuda. A do tego mordercze upały. Pod lejącym się z nieba piekielnym żarem Kauk miał ochotę strzelać do wszystkiego, co się rusza – słońce z jakichś powodów budziło w nim mordercze instynkty. Może po prostu dlatego, że nie znosił, gdy mokra koszula lepiła mu się do pleców. Czasem naprawdę niewiele trzeba.

Poczuł, że nawet teraz, o północy, poci się z gorąca. Balustrada jękliwie zaskrzypiała, uginając się pod jego ciężarem i zostawiając brzydkie ślady rdzy na pasiastej piżamie.