Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 304 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zacisze 13 - Olga Rudnicka

Czarna komedia z wątkiem kryminalnym.

Marta i jej przyjaciółka Aneta znajdują dwa trupy i z różnych powodów zamiast zgłosić sprawę na policję… ukrywają je w piwnicy. Mają z tym trochę kłopotu – po piętach depczą im przestępcy, którzy szukają ukrytego przed laty cennego łupu, policja, tajemniczy przystojny mężczyzna, były mąż Marty i szalona staruszka.

Olga Rudnicka (ur. 1988)

Absolwentka Pedagogiki Specjalnej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorka powieści kryminalnych: „Martwe Jezioro”, „Czy ten rudy kot to pies?”, „Zacisze 13” i „Zacisze 13 Powrót”. Pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. Kocha jazdę konną i rytmy latynoamerykańskie, zwłaszcza salsę. Namiętnie czyta Joannę Chmielewską, Stephena Kinga, Joe Hilla, Tess Gerritsen i Jeffery'ego Deavera. 

Opinie o ebooku Zacisze 13 - Olga Rudnicka

Fragment ebooka Zacisze 13 - Olga Rudnicka

Copyright © Olga Rudnicka, 2009

Projekt okładki

Panczakiewicz Art.Design

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

Istockphoto.com

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-8123-432-0

Warszawa 2009

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Marta spoglądała groźnie na dwóch uczniów w ostatniej ławce, prowadzących wyjątkowo ożywioną dyskusję. Stojąc przy tablicy, nie słyszała, czego dotyczy rozmowa, ale z pewnością nie wojen napoleońskich, które właśnie powtarzali. Klasa maturalna była najbardziej wymagająca nie tylko ze względu na ogrom materiału bieżącego i powtórkowego, ale i ze względu na nastawienie samych uczniów. Zdający inny przedmiot niż historię nie widzieli sensu w powtórkach. Uważali je za stratę czasu, który mogliby przeznaczyć na naukę czegoś innego.

– Dawid! – krzyknęła głośno Marta. – Masz coś do powiedzenia?

– Na jaki temat, pani profesor? – Chłopak zupełnie się nie przejął groźnym wzrokiem nauczycielki.

– Na omawiany właśnie w klasie – odpowiedziała spokojnie.

– Chyba straciłem wątek – zauważył z uśmiechem.

– To widzę. Może podzielisz się z klasą tematem, który wyjaśniałeś koledze?

Marta nie chciała upokarzać Dawida, ale odpuścić też nie mogła. Na ostatniej klasówce twierdził, że gdyby Adolf Hitler zginął pod Grunwaldem, Napoleon Bonaparte zapobiegłby wybuchowi I wojny światowej. Pozostali uczniowie byli bardziej uświadomieni historycznie, głównie dlatego, że zadawali sobie przynajmniej minimum trudu, żeby uważać na lekcji i zerknąć czasem do podręcznika.

Dawid zaczerwienił się mocno.

– To nie jest dobry pomysł, pani profesor.

– Właśnie widzę. – Zmierzyła go ironicznym spojrzeniem i wróciła do tematu lekcji.

Nie minął nawet kwadrans, kiedy dyskusja w ostatniej ławce ponownie się ożywiła; tym razem rozległ się nawet śmiech. Tego już zignorować nie mogła.

– Dawid. Proszę na środek klasy. Natychmiast. – Starała się wydać polecenie najbardziej kategorycznym tonem, na jaki było ją stać, bez podnoszenia głosu.

Chłopak wyszedł niechętnie z ławki i szurając butami, jakby ważyły tonę, przeszedł powoli na wskazane przez nauczycielkę miejsce.

– Słuchamy – powiedziała i zachęciła go ruchem dłoni do mówienia.

– No bo wczoraj byliśmy u cioci Marysi... – Chłopak westchnął. – No i ona jest nie do końca w tę stronę co trzeba, nie? – wyjaśniał, wskazując palcem skroń, by nie było wątpliwości, jakiej strony osobowości jego uwaga dotyczyła. – No i ona rybę na obiad robiła. Kładzie ją na stole i skrobie nożem. A ryba plask ogonem, plask ogonem… – Zgiął kilkakrotnie nadgarstek, imitując trzepot rybiego ogona. – Bo wie pani, ciotka na żywca ją skrobała, bo zapomniała ją w łeb trzepnąć najpierw.

W tym momencie cała klasa wybuchnęła śmiechem.

Dawid znów zrobił się purpurowy. Marta przez chwilę starała się pohamować wesołość, ale bezskutecznie. Parsknęła śmiechem. Ocierając łzy, kazała chłopakowi wrócić na miejsce. Oczywiście było już po lekcji historii. Co chwila rozlegał się czyjś zdławiony chichot. Marta starała się nie patrzeć w stronę Dawida, wystarczyło bowiem jedno zerknięcie na zadowolonego z siebie chłopaka, by straciła wątek i zaczynała się śmiać. Na szczęście lekcja się zakończyła i Marta, starając się opanować rozbawienie, poszła do pokoju nauczycielskiego.

Pracowała w liceum od dwóch lat. Posłuchała rady mecenasa Rakowskiego, dzięki czemu miała teraz dobrą pracę – uczyła historii i wiedzy o społeczeństwie, a czasem pisała felietony do miejscowej gazety. Nie miała powodów do narzekań. Od roku nie brała już żadnych antydepresantów. Uczęszczała regularnie na kurs samoobrony. I co najważniejsze, była sama. Z matką utrzymywała tylko sporadyczny kontakt telefoniczny, bardziej z poczucia obowiązku niż innych względów. Nie zamierzała podawać jej swojego obecnego adresu. W poprzednim mieszkaniu Arek nachodził ją po procesie, w nocy budziły ją głuche telefony, czuła się niemal jak paranoiczka, w każdym pojawiającym się w pobliżu mężczyźnie upatrując byłego męża.

Życiowy zakręt, na którym się wówczas znalazła, uświadomił jej, że nie jest już tą samą potulną Martą. Uwolniła się od toksycznej matki, starającej się ukształtować ją na swoje podobieństwo. Wyzwoliła się od obsesyjnego kontrolowania przez męża. Nie zamierzała już nigdy wracać do takiego życia.

Gdy żaliła się matce, że Arek jest wobec niej agresywny, zamiast zrozumienia i wsparcia usłyszała, że sama jest sobie winna. Nie powinna denerwować takiego dobrego męża, przeciwnie, powinna być wdzięczna, że człowiek z jego pozycją nią się zainteresował. Marta teraz doskonale wiedziała, dlaczego Arek ożenił się ze zwykłą nauczycielką. Potrzebował worka treningowego i podnóżka, a nie partnerki. I taką funkcję pełniła przez dwa lata małżeństwa.

Ale skończyła z tym. Teraz była samodzielna, niezależna i samotna. Na razie odpowiadała jej taka sytuacja. Nie dopuszczała do siebie myśli, że za bardzo boi się zaangażowania, by nie okazało się, że wcale się nie zmieniła. Miała nadzieję, że pełna kompleksów kobieta odeszła w siną dal. Wolała nie czuć nic, niż pozwolić się ranić.

Z westchnieniem nalała kawy do filiżanki i usiadła do przeglądania prac zaliczeniowych. Styl i wnioski wyciągane przez uczniów pozostawiały wiele do życzenia, ale liczyło się to, że zmuszając ich do pisania prac, zmusza tym samym do zapoznania się z materiałem. W przeciwnym wypadku zajrzeliby do podręcznika dwa tygodnie przed maturą i to pod warunkiem, że by go znaleźli.

– Zajęta? – Przysiadła się do niej Aneta Majcher, nauczycielka biologii i dobra koleżanka.

– Trochę. – Marta wskazała na stos prac przed sobą. – Ale nie ma tu niczego, co nie mogłoby zaczekać.

– No i dobrze. – Aneta spojrzała z niechęcią na leżącą przy niej torbę. – Mam to samo. Aż się boję tam zajrzeć… Nie masz pojęcia, co wypisują. I to w dodatku maturzyści.

Marta zerknęła z rozbawieniem na koleżankę.

– Bez obaw. Uwierzę we wszystko.

Aneta też była rozwiedziona, ale twierdziła, że nie ma żadnego problemu, jeśli chodzi o nowe związki. Marta wiedziała, że to właśnie przez jeden z takich nowych związków rozpadło się małżeństwo przyjaciółki. Tyle że związek ten zawarł mąż Anety z koleżanką z pracy. Aneta ciężko przeżyła rozwód. Ale nie poddawała się. Mimo fiaska pierwszego małżeństwa miała ochotę na kolejne, gdy tylko znajdzie właściwego kandydata. Rzecz w tym, że chociaż nie przyznawała się do tego głośno, były mąż krążył nad nią niczym upiór. Gdy tylko zauważała, że coś jest nie tak, rzucała nowego kandydata momentalnie i bez wyjaśnień. Potrafiła wyjść nawet w połowie randki. Marta mogła zrozumieć, że przyjaciółka woli dmuchać na zimne. Przerwanie znajomości z facetem, który ślini się na widok każdej spódniczki, jest oczywiste i nie wymaga wyjaśnień. Rzucanie faceta tylko dlatego, że brzęczy łyżeczką, mieszając herbatę, jest tylko pretekstem.

– Wybieram się do kina w przyszłym tygodniu. Pójdziesz ze mną? – zapytała Aneta.

– Chętnie, ale pod warunkiem, że to nie jest kolejna podwójna randka, w którą usiłujesz mnie wmanewrować – zastrzegła Marta.

– Ostatnim razem to było nieporozumienie – skwitowała Aneta, marszcząc nos na wspomnienie feralnego wieczoru, kiedy zaplanowała wyjście do eleganckiej restauracji, a niepowiadomiona o tym Marta przyszła w dżinsach i swetrze.

– Co ty powiesz? Nieporozumienie? A mówi ci coś sformułowanie „totalna porażka”?

– A mówi ci coś sformułowanie „totalny odlot”? Pewnie nie, bo od kiedy tu mieszkasz, żadnego faceta nie wpuściłaś za próg domu.

– Może nie interesują mnie mężczyźni?

– E tam, gadanie. – Aneta machnęła lekceważąco ręką. – Gdyby interesowały cię kobiety, już dawno starałabyś się mnie poderwać. Jestem wolna, seksowna i do rzeczy. Skoro nie próbujesz, wolisz facetów. – Roześmiała się z własnego żartu.

Marta też parsknęła śmiechem.

– Skromnością nie grzeszysz.

Aneta rzeczywiście była do rzeczy. Nie za wysoka, szczupła, miała ciemne włosy do łopatek; brązowe oczy podkreślały jej oliwkową cerę. Była pełna życia i bez względu na okoliczności tryskała humorem. Stanowiły zupełne przeciwieństwo. Marta była wysoka i chuda. Włosy słomiany blond, zasługa farby, obcięte krótko przy karku, pazurkami nachodziły na twarz, uwydatniając kości policzkowe. Niebieskie oczy podkreślała tylko czarną kredką i tuszem, nie zadając sobie trudu robienia pełnego makijażu. Szkoda było jej na to czasu. Spokojna i zrównoważona. Jej życie w Śremie było równie spokojne i zrównoważone, żeby nie powiedzieć monotonne. Uważała, że wcześniej miała podniet aż nadto. Jeśli ma się zachowywać jak stara panna i tak być postrzegana, to niech tak będzie. Czuła się w swoim mieście bezpiecznie, a to najważniejsze. Nie miała zamiaru zrobić niczego, co mogłoby zakłócić równowagę, którą z takim trudem udało się jej osiągnąć.

– To jak? Idziesz? Będziemy tylko my dwie – kusiła Aneta.

– No dobrze – zgodziła się, dobrze wiedząc, że koleżanka nie odpuści.

Będzie to pierwszy piątkowy wieczór od kilku miesięcy, którego nie spędzi w domu, zwinięta w kłębek na fotelu, czytając książkę. Gdyby nie Tofik, którego ktoś jej podrzucił, wcale nie wychodziłaby z domu. Pies potrzebował ruchu i codziennych spacerów. Niewielki ogródek otaczający jej dom nie zapewniał psu wystarczającej swobody. Dzięki ulubieńcowi zaczęła biegać, a także zdecydowała się uczęszczać na kurs samoobrony. Wieczorne spacery są koniecznością, a nie mogła liczyć, że niewielki pies odkryje w sobie zdolności obronne odziedziczone po którymś z licznych przodków. Tofik był wielkości spaniela, drobny, z ogromnymi sterczącymi uszami, a jego pocieszna mordka przypominała nietoperza. Znalazła go niecały rok temu w ogrodzie. Zwabił ją żałosny skowyt i dziki wrzask kota sąsiadki, który znęcał się nad biednym psiakiem. Miała zamiar zostawić go w schronisku, ale gdy tam weszła, rozmyśliła się. Zwierzęta wprawdzie wydawały się zadbane, ale schronisko wyglądało jak betonowe piekło. Psy stawały na tylnych łapach, opierając się o kraty, skomlały i szczekały, a w oczach każdego widziała błaganie o dom. Nie mogła zostawić biedaka w tym miejscu.

Już od furtki słyszała szczekanie Tofika. Wyczuwał ją bezbłędnie. Podeszła do drzwi i zaczęła manewrować kluczem w zamku przy akompaniamencie radosnych pisków przerywanych skomleniem, poszczekiwaniem i drapaniem. Rzuciła torbę z książkami w przedpokoju i schyliła się, żeby podrapać psa za uszami. Wypuściła go na dwór, gdy uspokoił się trochę, a sama zaczęła się rozbierać. Początek marca był dość ciepły, czuło się już wiosnę w powietrzu, chociaż nocami temperatura spadała poniżej zera. Za wcześnie jednak było na rezygnację z ciepłej kurtki i czapki.

Weszła do niewielkiej kuchni i wstawiła wodę na herbatę.

Dom miał już swoje lata, ale był zadbany i co najważniejsze wolno stojący. Znała wprawdzie sąsiadów, czego nie udało się uniknąć, ale to nie to samo co blok z płyty, gdzie sąsiedzi wiedzą nawet, kiedy wchodzisz do łazienki i w jakim celu. Starsze małżeństwo, od którego kupiła dom, nie miało wygórowanych żądań finansowych. Na wpłatę początkową wystarczyło pieniędzy, które uzyskała po rozwodzie, choć Arek kombinował, jak mógł, żeby nie dostała nic. Pozostałą część będzie spłacać w ratach przez trzydzieści lat miejscowemu Bankowi Spółdzielczemu. Tak naprawdę stanie się więc właścicielką ukochanego domku, gdy będzie już prawdopodobnie na emeryturze.

Jej parterowy dom był ostatnim budynkiem położonym przy zacisznej uliczce wśród kilku podobnych. Poza niewielkim przedpokojem, kuchnią i łazienką miał trzy pokoje, z których jeden przeznaczyła na niewielki salon i bibliotekę. Pozostałe dwa to sypialnie. Dysponowała też sporą piwnicą, która pełniła funkcję składziku i rupieciarni zarazem. Garaż mieścił się w niewielkiej przybudówce; poza samochodem stała tam tylko kosiarka do trawy. Dla jej skromnej osoby i Tofika, który właśnie szczekaniem domagał się wpuszczenia do domu, było to aż nadto.

– Zaczekaj – poleciła psu, gdy ten grzecznie zatrzymał się na wycieraczce i z miłością w oczach patrzył na swoją panią, która uratowała go przed głodem, chłodem i agresywnym kotem sąsiadki. – Łapeczki – powiedziała, wyciągając szmatę. Pies posłusznie unosił po kolei łapy, które wycierała starannie, nim wpuściła pupila do domu. – Grzeczny pies – pochwaliła go, drapiąc za uszami, co Tofik uwielbiał.

Takiemu to dużo do szczęścia nie potrzeba, pomyślała, wsypując do miski suchą karmę.

*

Damian Gruszyński odłożył lornetkę. Zapisał starannie godzinę powrotu Marty do domu. Od kilku tygodni obserwował jej zwyczaje, notując godziny wyjścia i powrotu, łącznie z czasem porannego joggingu i spacerów z psem. Marta Żywek żyła według schematu, który się nie zmieniał. Według jej rozkładu dnia można by regulować zegarek. Poranny i popołudniowy jogging połączony ze spacerami z psem odbywały się dwa razy dziennie o tej samej porze. Oprócz codziennych wyjść do pracy, dwa razy w tygodniu chodziła na kurs samoobrony. Nie zauważył, żeby wychodziła wieczorami. Zakupy robiła raz w tygodniu w markecie. Nikt jej też nie odwiedzał z wyjątkiem niewysokiej brunetki, która była nauczycielką w tym samym liceum. Nie utrzymywała kontaktów z sąsiadami poza zwyczajowym dzień dobry. Sam nie należał do specjalnie towarzyskich ludzi, ale ta kobieta była niemal średniowieczną pustelnicą. Podejrzewał, że gdyby nie praca, nie wychodziłaby z domu.

Damian wynajął poddasze w sąsiednim domu po przeciwnej stronie ulicy. Mógł stąd przez lornetkę w miarę swobodnie obserwować Martę. Zadzwonił telefon.

– Cześć – rzucił do aparatu, zamykając okno.

– Coś się dzieje? – spytała rozmówczyni, nie przedstawiając się.

– Nic. Cisza i pustka. – Westchnął ciężko. – Dorota, gdyby coś się działo, wiedziałabyś pierwsza.

– Wiem – mruknęła. – Nie rozumiem, co jest grane. Chrust wyszedł tydzień temu. Nie wiem, czemu się nie pojawia.

– Może źle obstawiamy?

– Złapali cały gang z wyjątkiem tej kobiety. Nikt poza nią nie mógł zgarnąć łupu – powiedziała z naciskiem.

– Za bardzo też nie szukali. Poszli po linii najmniejszego oporu. Myślisz, że któryś z bandytów powierzyłby cały łup prostytutce? Jaką miałby gwarancję, że nie ucieknie z kasą?

– Damian, innej możliwości nie ma. Ustalono wszystkie ich poczynania. Dokładnie! Nie mogli ukryć łupu. Mogli go tylko komuś przekazać.

– Ale to wcale nie musi być ona. – Zaczął się bawić długopisem, którym sporządzał notatki. – Nie uwierzysz, jaka ta kobieta jest nudna i schematyczna. Jedyny interesujący element jej życia to pies.

– Skoncentruj się, Damian. – Dorota ostrym tonem przywołała go do porządku. – Adres się zgadza. To ten dom. Więc jeśli dom się zgadza, to reszta też. Za dużo myślisz – zganiła go. – Przyjadę dziś albo jutro. Coś wymyślimy, żeby się dostać do środka – dodała już łagodniej.

– Okej. Będę dalej robił swoje, ale mówię ci, że coś jest nie tak… – Westchnął ciężko. Jakakolwiek dyskusja z Dorotą była wykluczona. Czasami zastanawiał się, kto z nich dwojga nosi spodnie. Wolał jednak nie udzielać sobie odpowiedzi na to pytanie. Miał przeczucie, że odpowiedź nie przypadłaby mu do gustu.

*

Marta zmywała naczynia, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Spojrzała zaskoczona na zegarek. Aneta? Za wcześnie… Wytarła ręce i poszła otworzyć.

Za drzwiami stał Damian Gruszyński. Zamieszkał w pobliżu jakiś miesiąc temu. Poznali się dwa tygodnie później podczas porannego joggingu i od tej pory Marta skupiała się głównie na tym, by biegać szybciej niż sąsiad. Nie miała ochoty na bliższą znajomość, ale on nie przyjmował tego do wiadomości. Uprzejmy i sympatyczny, w żadnym wypadku nie był natrętny.

– Cześć. – Sprawiał wrażenie zakłopotanego. – Jesteś zajęta? – Przeczesał palcami włosy, nie wiedząc, co zrobić z rękoma.

– Cześć. To zależy, o co chodzi. – Nie kryła, że jest zaskoczona jego wizytą. – Potrzebujesz czegoś?

Widzieli się kilka razy podczas joggingu, ale gdyby nie Tofik, nawet by do niego nie podeszła. Niestety, ten pies okazywał sympatię każdemu, kto dał się namówić na rzucanie patyka.

– Nie, niczego nie potrzebuję. Tak tylko się zastanawiałem, czy nie pozwoliłabyś gdzieś się zaprosić? – Zarumienił się mocno.

– Ja i ty? – Na twarzy Marty widniało takie niedowierzanie, że Damian zmieszał się jeszcze bardziej.

– No wiesz, jest piątkowy wieczór. Pomyślałem, że może… – Zaczął tracić wątek i sam nie wiedział, co powiedzieć.

W gruncie rzeczy był nieśmiały i zawsze miał kłopoty z nawiązywaniem znajomości, szczególnie z atrakcyjnymi kobietami. Marta do takich niewątpliwie należała, mimo że zadawała sobie sporo trudu, by wyglądać niepozornie i szaro.

– Jestem umówiona – powiedziała chłodno. Nie zamierzała umawiać się na randki ani z nim, ani z nikim innym. Im prędzej Damian to zrozumie, tym lepiej dla niego.

– Rozumiem. To może innym razem? – spytał z nadzieją.

– Do widzenia – pożegnała się oschle.

Nie będzie żadnego innego razu, pomyślała, ale już zachowała się wystarczająco nieprzyjemnie, żeby nie dobijać go wypowiadaniem tego głośno. W końcu to nie jego wina… Zamknęła drzwi i przez wizjer obserwowała Damiana. Stał chwilę, wyraźnie zaskoczony nagłym i właściwie niegrzecznym pożegnaniem, po czym odwrócił się i odszedł. Na chodniku obejrzał się jeszcze na dom, ale na szczęście nie zawrócił.

– Mógłbyś uważniej wybierać sobie przyjaciół – powiedziała z wyrzutem do psa, który siedział przy jej nogach.

Damian wrócił do domu. Dorota spojrzała na niego z oczekiwaniem.

– Nic z tego. Spławiła mnie – obwieścił.

– Za mało się starałeś. – Wydęła wargi, niezadowolona z niepowodzenia.

– Przestań. Co niby miałem zrobić? Błagać na kolanach?

– W dzień nie możemy tam wejść. Jedyna szansa to wieczór. A sam mówiłeś, że nigdzie nie wychodzi. Więc jak to sobie wyobrażasz?

– Moim zdaniem to nie ona – mruknął, rzucając niedbale kurtkę na fotel.

– Przyznaj się, wpadła ci w oko – zirytowała się Dorota. – Zwariowałeś chyba… To kryminalistka.

– Tego nie wiesz. – Spojrzał na nią ze złością.

Była od niego dziesięć lat młodsza. Dopiero co skończyła studia, a myśli, że wszystkie rozumy pozjadała. Teraz jej drobna twarzyczka skurczyła się w grymasie gniewu.

– Zresztą powiedziała, że jest z kimś umówiona… – dodał, sam nie wiedząc dlaczego. Było to jego zdaniem bez znaczenia. Znaczenie miało tylko to, że został spławiony. Przyczyny nie były istotne.

– Naprawdę? To doskonale. – Twarz Doroty rozjaśnił triumfalny uśmiech. – Pójdziesz za nią, a ja spróbuję dostać się do domu. Jak będzie wracać, zadzwonisz i mi powiesz.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. – Spojrzał na nią z powątpiewaniem, żałując, że się odezwał. – To spore ryzyko. Myślałaś, co będzie, jak nas złapią?

– Idiota. Sprawa dla policji jest zamknięta – podsumowała krótko.

– Nie policją się martwię – warknął.

– Wymiękasz? – spytała zaczepnie, siadając okrakiem na krześle i spoglądając drwiąco.

– Wiesz, że nie w tym rzecz, milion złotych piechotą nie chodzi. Ale co my niby wiemy? Dostali po osiem lat. Ci, co strzelali, mają dożywocie. Łupu nie znaleziono. Nie ma żadnych śladów, tylko twoje domysły. Uważam, że tracimy czas – wyjaśniał łagodnie Dorocie, chociaż nauczony długoletnim doświadczeniem, nie spodziewał się, by najbardziej racjonalne argumenty mogły tu odnieść jakikolwiek skutek.

– Słuchaj, kochanki Chrusta nigdy nie złapano, a tylko ona mogła być jego wspólniczką. Nie odzyskano łupu i żaden klejnot nie trafił na rynek. Ona nadal musi to wszystko mieć! – Dorota nie poddawała się. Jeśli Damian zrezygnuje, przeprowadzi swój plan sama. Musi tylko poczekać.

– Dorota, a w twojej małej główce nie zagościła koncepcja, że ta kobieta mogła wyjechać za granicę i tam upłynnić biżuterię? – Nie potrafił darować sobie kąśliwego tonu. To, że był spokojny i flegmatyczny, nie znaczyło, że i bezwolny.

– Mój informator znał tylko jej pseudo z ulicy. Po tej aferze powiedziała, że wraca do rodziców. Teraz ma koło trzydziestki, nie wiem tylko, mniej czy więcej, ale wszystko się zgadza – odpowiedziała pewnym głosem. – Łącznie z adresem – dodała po chwili, widząc powątpiewanie na twarzy Damiana.

– I po ośmiu latach ten twój informator nadal pamięta adres? Mam wątpliwości co do tej sprawy…

– No tak dokładnie adresu to nie… – przyznała. – Ale ta dziwka podwoziła ją wtedy do Śremu. Zapamiętała miejscowość, pokazała mi ulicę. Sporo się zmieniło od tamtego czasu i nie mogła wskazać domu, ale zapamiętała numer: trzynaście. Tego była pewna na sto procent. Bo…

– Jest przesądna i ta trzynastka utkwiła jej w głowie. Wiem, mówiłaś mi to przynajmniej sto razy. Pytanie tylko, na ile można wierzyć zaćpanej prostytutce.

– Słuchaj, ja jej wierzę. Niby po co miałaby zmyślać? Zresztą proponowałam, żeby śledzić Chrusta, jak wyjdzie, ale się nie zgodziłeś.

– Bo to zbyt niebezpieczne. – Nie zamierzał ryzykować bardziej niż to konieczne. Nie podobała mu się ta zabawa, ale Dorota nie da mu żyć, jeśli zrezygnuje. – Ludzie dla mniejszych pieniędzy zabijali.

– Dlatego mam to. – Wyjęła z torebki pistolet.

Damian westchnął.

– To mi się jeszcze mniej podoba.

Zdążyła zjeść obiad, gdy dzwonek do drzwi obwieścił przybycie Anety. Była sama. Marta odetchnęła z ulgą. Podświadomie żywiła obawy, że koleżanka wbrew zapewnieniom przyprowadzi kogoś ze sobą.

– Jeszcze niegotowa? – spytała, patrząc na dżinsy i sweter Marty.

– Coś nie tak z moim strojem? – zdziwiła się. – To tylko kino. Nawet nie zapytałam, na co idziemy.

– Na komedię romantyczną – obwieściła Aneta. Inne filmy jej nie interesowały.

– Więc wyglądam wystarczająco dobrze – uznała Marta. – Chyba że zapomniałaś mi o czymś powiedzieć? – spytała podejrzliwie.

– Tym razem nie – radośnie oświadczyła Aneta. – Zbieraj się. Musimy być wcześniej, żeby mieć dobre miejsca. To nie metropolia. Mamy w mieście tylko jedno małe kino i pełno randkującej młodzieży.

Aneta miała rację. Komedia była całkiem sympatyczna. Dobrze się bawiły. Dochodziła dwudziesta druga, gdy wychodziły z kina. Marta z rozbawieniem spojrzała na kłaniającą się im młodzież. Przynajmniej tamci przyznawali się, że znają nauczyciela po wyjściu ze szkoły. Miała jednak nieodparte wrażenie, że obecność dwóch nauczycielek na seansie nie była dla nich miłą niespodzianką… Grzeczne oglądanie filmu nie jest głównym powodem, dla którego nastolatki chodzą do kina.

Odpowiedziała skinieniem na przywitanie Damiana. Trochę ją zaskoczył jego widok, ale może właśnie chciał ją zaprosić do kina. Skoro odmówiła, przyszedł sam. Nie było w tym nic dziwnego, że się na siebie natknęli, analizowała sytuację, próbując się pozbyć podejrzeń co do niego. Kino miało tylko jedną salę, więc inny seans nie wchodził w grę w tym samym czasie. Dziwić mogło jedynie to, że sąsiad lubi komedie romantyczne… Przez chwilę obawiała się, że Damian podejdzie, ale skierował się prosto do samochodu.

– Kto to był? – Aneta odprowadziła go wzrokiem. Zauważyła oczywiście jego pozdrowienie skierowane do koleżanki. Zauważyła również, że jest interesujący, mimo że nie zwalał z nóg, i nie nosi obrączki, chociaż to ostatnie akurat o niczym nie świadczyło.

– Sąsiad – odparła lakonicznie Marta, mocniej owijając szyję szalikiem.

– Znam wszystkich na twojej ulicy. – Aneta obejrzała się przez ramię na Damiana. – A jego nie. Jakieś szczegóły? Nie bądź taka…

– Ależ ty jesteś! – westchnęła Marta, udając irytację. – Nazywa się Damian. Przyjechał jakiś miesiąc temu. Nic więcej nie wiem, poza tym, że uprawia jogging. – Zaczerwieniła się gwałtownie, sama nie wiedząc dlaczego. W końcu nic w tym złego, że chciał z nią spędzić wieczór. Pewnie nikogo tu nie zna. Musi czuć się samotny, pomyślała z nagłym poczuciem winy, że tak niegrzecznie go dzisiaj potraktowała.

– Ej, coś kręcisz. – Aneta pogroziła jej palcem. – Wszystkie bujdy wyczuwam na kilometr. Gadaj od razu, co jest grane. Dobrze wiesz, że i tak się dowiem. – Zatrzymała się i uważnie wpatrywała w koleżankę.

– Dobrze wiem, że nie dasz mi żyć – odgryzła się Marta. – Naprawdę nic więcej nie wiem. Jakiś pisarz podobno. Zbiera materiały o małych miasteczkach.

– Pisarz? Artysta… – rozmarzyła się Aneta. – Przedstawisz nas sobie?

– Jak będzie okazja, ale niczego nie obiecuję. – Roześmiała się, widząc podekscytowanie przyjaciółki.

Nic dziwnego, pomyślała. Damian był jednym z nielicznych niezajętych mężczyzn w odpowiednim wieku. Nie wydawał się porażająco przystojny, ale miał miłą twarz. Ostro zarysowane kości policzkowe nadawały mu wyraz stanowczości i zdecydowania, ale ten twardy wizerunek łagodziły szerokie usta i odstające uszy.

– Będzie, będzie. Jak będzie trzeba, to zacznę biegać – oświadczyła Aneta, wsiadając do samochodu.

Marta nic nie powiedziała, ale na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania. Aneta traktowała wysiłek fizyczny jak zamach na własną osobę. Jedyną dopuszczalną formą ćwiczeń były dla przyjaciółki zakupy w centrach handlowych. Niewiarygodne, że to ta sama osoba, która wykańcza uczniów ciągłymi klasówkami. Surowa pani profesor ekscytowała się teraz nieznajomym jak nastolatka.

*

Marta wracała z porannego spaceru z Tofikiem, gdy z naprzeciwka wybiegł Damian. Skręciła, decydując się w ostatniej chwili na jeszcze jedno okrążenie. Nie miała ochoty z nim się spotkać. Niestety, zdrajca pies w radosnych podskokach pognał do Damiana. Nie mogła zostawić Tofika. Chcąc nie chcąc, musiała zawrócić i się przywitać.

– Cześć… Ten pies cię zamęczy, jeśli będziesz mu na wszystko pozwalał. – Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

– Lubię psy. – Rzucił Tofikowi patyk, za którym ten popędził uszczęśliwiony. Damian spojrzał na Martę badawczo. Widział, że chciała uniknąć spotkania. Gdyby nie pies, udałoby się jej. Miał nadzieję, że nie wygląda na zboczeńca. Innego wyjaśnienia, dlaczego ona go unika, nie widział. Nie jest odrażający, nie śmierdzi, nie narzuca się. Jest uprzejmy i kulturalny. Na początek powinno wystarczyć, zanim będzie musiał wykazać się innymi zaletami. Marta też nie wyglądała na kobietę, z którą byłoby coś nie tak. Chrust po ośmiu latach z pewnością jest już tylko wspomnieniem. Nie wierzył, żeby pozostawała wierna kryminaliście, którego ani razu nie odwiedziła w więzieniu. Zwłaszcza że jeśli Dorota ma rację i Marta Żywek, pseudonim Barbie, była kiedykolwiek związana ze środowiskiem przestępczym, to teraz wyszła już na prostą.

Nie wierzył, żeby mogła wszystko zmarnować dla trzeciorzędnego gangstera, i wczoraj powiedział to Dorocie, ale owa argumentacja nie trafiła jej do przekonania.

Marta czuła się niezręcznie. Nie wiedziała, co powiedzieć. Zaczęła się rozciągać, robiąc zamaszyste skłony. Może sam sobie pójdzie?

– Podobał ci się film? – zapytał Damian, ponownie rzucając zdyszanemu zwierzakowi obśliniony patyk.

– Tak. – Zaczęła teraz biegać w miejscu. Miała nadzieję, że ta rozgrzewka uzmysłowi Damianowi, że jest zimno i nie powinien jej zatrzymywać.

– Mnie też. – Odebrał psu patyk i ponownie rzucił.

Zerknął niepewnie na Martę. Nie patrzyła na niego, tylko obserwowała Tofika. Ewidentnie nie miała ochoty na bliższą znajomość. Czuł się jak idiota. Marta nie zadawała sobie najmniejszego trudu kontynuowania rozmowy, jeśli w ogóle można było nazwać to rozmową. Sam miał w tej kwestii wątpliwości. Niech Dorota sama ją podrywa, pomyślał z nagłą urazą. Dlaczego mam się ciągle zgadzać na wszystkie głupie pomysły?!

– Muszę lecieć. – Podał jej patyk przyniesiony przez Tofika. – Sorry, przyjacielu. – Podrapał psa za uszami. – Innym razem.

– Zdrajca – powiedziała z dezaprobatą do psa, gdy Damian odbiegł kilkanaście metrów.

Biedny zwierzak nie rozumiał, w czym rzecz, ale czuł, że pani jest z niego niezadowolona. Na wszelki wypadek pomachał przepraszająco ogonem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI