Wyzwoliciel - Chrząstek Krzysztof - ebook

Wyzwoliciel ebook

Chrząstek Krzysztof

0,0

Opis

Powieść o człowieku, który postanowił odmienić swe nieciekawe życie. Dzięki rozwojowi duchowemu dochodzi do równowagi i stopniowo osiąga coraz więcej. Przeżywa pasjonujące przygody i z czasem zaczyna odgrywać ważną rolę w społeczeństwie. Musi sobie też poradzić z życiem uczuciowym, które się komplikuje. Powieść z elementami fantastyki i ważnymi odniesieniami do aktualnych wydarzeń na świecie. A w pewnym momencie robi się naprawdę gorąco. To lektura dla interesujących się rozwojem i mistyką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 701

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Chrząstek Krzysztof

Wyzwoliciel

Żelazny Guru

© Chrząstek Krzysztof, 2021

Powieść o człowieku, który postanowił odmienić swe nieciekawe życie. Dzięki rozwojowi duchowemu dochodzi do równowagi i stopniowo osiąga coraz więcej. Przeżywa pasjonujące przygody i z czasem zaczyna odgrywać ważną rolę w społeczeństwie. Musi sobie też poradzić z życiem uczuciowym, które się komplikuje. Powieść z elementami fantastyki i ważnymi odniesieniami do aktualnych wydarzeń na świecie. A w pewnym momencie robi się naprawdę gorąco.

To lektura dla interesujących się rozwojem i mistyką.

ISBN 978-83-8245-751-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Projekt okładki:

Krzysztof Chrząstek

Grafika pochodzi z bezpłatnych źródeł

Wszelkie prawa do książki należą do:

Krzysztof Chrząstek

Wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek prawdziwych osób, postaci, miejsc lub wydarzeń jest w tej książce całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Całość tej powieści opowiada o fikcyjnych wydarzeniach i przygodach grupy ludzi.

Żadna część tej publikacji lub jej fragment nie może być w jakiejkolwiek formie upubliczniona, kopiowana, powielana, przepisywana, zapisywana, przetwarzana, przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych, tłumaczona ani udostępniana w jakiejkolwiek formie, jakąkolwiek metodą, gdziekolwiek i kiedykolwiek bez pisemnej zgody autora.

— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —

Ten, który wie, jak i gdzie trzeba dojść, może doprowadzić do rajskiej oazy nawet tych, którzy nigdy o niej nie śnili.

— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —

To było jak sen. W dalekim kraju, za górami i morzami żyli sobie ludzie. Żyli, albo wegetowali, nikt już prawie nie umiał tam tego odróżnić. Ale niektórzy się budzili.

Jan pamiętał doskonale ten moment. Wryło mu się to w pamięć, niczym pierwszy pocałunek. Tamtego dnia usiadł za stołem i zdecydował, że już dłużej tak nie może żyć.

Miał dość wszystkiego. Jego życie było nijakie i przeciekało mu przez palce, niczym woda na pustyni. Miał dość tych samych poranków i tych samych wieczorów. Pracy w biurze, wiecznie naburmuszonego szefa i korków na ulicach. Nawet tramwaje były przepełnione. Nie mówiąc już o zwietrzałych zapachach jakie roztaczali wokół siebie stłoczeni tam ludzie. Miał tego serdecznie dość. Nie chciał tak żyć i codziennie zmierzać donikąd. To znaczy do nielubianego biura, nielubianej pracy i nielubianych pogaduszek z kumplami, którzy myśleli przeważnie o tym, ile wypić, którą zaliczyć i kto wygra w najbliższym meczu. Jakby od tego zależały losy ludzkości.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu po prostu się zbuntował. Nie tym pierwszym młodzieńczym porywem, który dzisiaj jest taki, a jutro inny. On zdecydował na całego. Walnął nawet pięścią w stół niczym mały dyktator i wstał z krzesła.

Podszedł do okna i spojrzał na podwórko. Drzewa dostawały właśnie nowe świeże liście, a ptaki zanosiły się swoimi pierwszymi tego roku śpiewami. Uchylił okno, aby w ten ciepły, wiosenny poranek odetchnąć świeżym powietrzem i atmosferą budzącej się natury.

Tam tętniło życie, podczas gdy przez ostatnie lata jego własne życie było wypełnione zaduchem, nicością, tępą, niszczącą rutyną i marazmem obrośniętym w obietnice sukcesu.

Owszem, miał własne mieszkanie — te wymarzone dwa pokoje w bloku z płyty. Miał telewizor, komputer i dobrą pracą. Początkowo nawet lubił przychodzić do banku i zajmować tam swoje miejsce. Jarała go ta praca w takiej jasnej i przejrzystej strukturze. Zwłaszcza, że zazdrościli mu jej jego koledzy ze studiów, z którymi jeszcze utrzymywał kontakt. Wiedział że jeżeli będzie się wystarczająco starał, to zajdzie być może aż na sam szczyt tej piramidy.

Przerzucał zatem papiery, wykonywał telefony, polecenia szefa i przyjmował interesantów. Przez pierwsze dwa lata fascynował się tym nawet i chłonął tę niemal szpitalną atmosferę pieniędzy, blichtru i bogactwa. Cieszył go jego nowy garnitur, który wkładał do pracy i te spojrzenia zainteresowanych nim kobiet.

Ale pomimo tego stosunkowo dużego awansu, jakim była ta zmiana pracy z poprzedniej, to nie znalazł miłości swojego życia. A przecież tak bardzo pragnął, aby u jego boku pojawiła się ta ukochana, mądra i piękna kobieta. Tak tęsknił za jej spojrzeniem i obejmującymi go ramionami.

Nie mógł odżałować, że niedawno — w połowie maja, tuż po godzinie piętnastej widział w autobusie piękną, tlenioną blondynkę o mądrych oczach. Zdziwił się, bo rzadko się trafia ktoś taki. Miała naprawdę piękne i duże, niebieskie oczy, w których dojrzał spokojną, bystrą inteligencję.

Gdy wsiadł, od razu ją zauważył. Miała lekko natapirowane włosy. Zerkał na nią ukradkiem, pozwalając sobie na dwa dłuższe spojrzenia, aby lepiej się jej przyjrzeć. Ona również z dwa razy zerknęła na niego. Do tego miała takie duże, pełne i naturalne usta posmarowane delikatnie białym kremem. Nie przypuszczał dotąd, że usta mogą być aż tak piękne. Czuł spokój, nie było podniecenia, tylko zainteresowanie. Nie wiedział zatem, co ma zrobić.

Już kiedyś startował do kilku pięknych kobiet, ale jakoś potem nie okazywały się na tyle interesujące, czy zaciekawione nim, aby jakaś z tych relacji przetrwała dłużej. On również był nimi nieco rozczarowany.

Zastanawiał się zatem, co teraz zrobić, bo siedzieli po przeciwnych stronach wąskiego przejścia pomiędzy fotelami w autobusie. Jechali dość długo i kilka razy ich spojrzenia się spotkały. Patrzyła uważnie, ale spokojnie, jakby też się zastanawiała. Bawiła się przy tym telefonem, na tle którego odznaczały się jej różowo pomalowane, długie paznokcie lub tipsy. Tego nie wiedział. Niezbyt to lubił u kobiet, ale miał nadzieję, że to tylko tipsy, które można zdjąć. — Ostatecznie takie pazurki też można obciąć — pomyślał z lekkim, wewnętrznym uśmiechem.

Po chwili jednak Jan pomyślał, że taka kobieta z pewnością nie może być sama. — Zbyt piękna na to — zastanawiał się z lekkim smutkiem. — Albo może nawet ma kilku facetów, którzy się za nią uganiają. Kto wie… Ech… — takie właśnie myśli przelatywały mu wtedy przez głowę.

Gdy zbierała się już do wysiadania i stanęła przy drzwiach, to nagle odwróciła się lekko i spojrzała właśnie na niego. I to tak przeciągle. Jan był zaskoczony, bo wcześniej dłuższą chwilę na nią nie zerkał i nawet lekko w duchu odpuścił sobie tę sytuację. Nie był też pewien, czy tylko tak sobie spoglądała, czy też naprawdę patrzyła właśnie na niego. Ale po chwili ona znowu się odwróciła i spojrzała mu w oczy. Delikatnie też przygryzła swą dolną wargę z prawej strony. Wyglądało to uroczo.

Jan nie wiedział, co zrobić. Z jednej strony był zaskoczony, cieszył się, a z drugiej wiedział, czuł to niemal, że ktoś taki nie może być sam. Jej uroda zbyt rzucała się w oczy. Czas na chwilę zwolnił, a może nawet stanął w miejscu. Takie momenty pamięta się potem latami, a może nawet aż od końca życia.

I tak patrzył i patrzył jej intensywnie w oczy, nie wiedząc, co o tym myśleć i co zrobić. Jakby chciał wyczytać zamiary jej duszy. A ona nagle poczuła się jakoś dziwnie, bo przez jej twarz przeszedł grymas rozczarowania, smutku, zaskoczenia, albo zniecierpliwienia…

Jan patrzył tylko, jak wychodziła z autobusu w tych swoich czarnych bucikach na płaskim, szerokim obcasie i w wąskich czarnych dżinsach. Zebrał się w sobie i również wysiadł. Miał nawet za nią podbiec i zagadać, ale szła tak szybko. Chyba na jakieś spotkanie, trzymając w ręku reklamówkę popularnego sklepu odzieżowego.

Nie chciał, aby poczuła się niekomfortowo. Na pewno nie. I nie wiedział dlaczego tak wyszło. Był zły na siebie. Przecież mógł zwyczajnie powiedzieć coś miłego i by się okazało, czy jest pomiędzy nimi chociaż nić porozumienia. A może nawet coś więcej. Los dawał mu wtedy możliwość obcowania z najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widział. A on się wahał, albo się zablokował.

— To chyba jakaś artystyczna dusza. Może maluje, rysuje lub robi coś w tym stylu? — przemknęło mu jeszcze przez głowę, gdy znikała mu z oczu, oddalając się coraz bardziej od dworca kolejowego, gdzie wysiedli.

— Chyba wielka okazja przemknęła mi właśnie przed nosem — wkurzał się na siebie, za to, że nieodpowiednio zareagował.

— Przecież mogłem jakoś do niej zagadać — znów to sobie wyrzucał. -Chociażby powiedzieć „dzień dobry”, albo się uśmiechnąć. No właśnie — a czemu ona się do mnie nie uśmiechnęła? Nawet odrobinę… — zachodził w głowę. — Wtedy byłoby mi dużo łatwiej. Czułbym jej wsparcie, zainteresowanie. A tak, pokazała, że się jej podobam, ale czy szło za tym coś więcej? Nadzieja na głębsze uczucie, a nie tylko krótką namiętność? Choć i to jest przyjemne — gubił się w myślach. — A może po prostu wiedziała, że mężczyźni reagują na takie sygnały? I każdy by zareagował. Każdy… a ja stałem, a właściwie siedziałem jak kołek, zamiast się ruszyć, poznać ją, a może nawet zdobyć jej serce. A już na pewno przeżyć niesamowite doświadczenie. Całowanie takich ponętnych ust było z pewnością rozkoszne — żałował i wnerwiał się na swoją opieszałość i nieumiejętność podrywania kobiet. Tylko czasem mu to wychodziło, gdy zebrał się w sobie i przemyślał mniej więcej, jak się odezwać i zachować.

— Chyba za intensywnie się w nią wtedy wpatrywałem — martwił się. — Niektórzy mi mówią, że czasem mogę przyszpilić spojrzeniem, a przecież niektóre kobiety są delikatne.

Może to wartościowa kobieta, która szuka takiego jak ja — dobrego, uczciwego i delikatnego mężczyzny, a dotąd trafiała tylko na chcących ją przelecieć napakowanych samców? Kto wie? Może też wyczuła we mnie dobrego człowieka — to, co ja w niej? Albo nawet bratnią duszę? Ech… Może jeszcze się spotkamy, jak Bóg da… — miał taką cichą nadzieję. Chciał tego bardzo, aby się przekonać kim ona jest, jaki jest dźwięk jej głosu i czy mogliby się polubić, zaprzyjaźnić, a może nawet i pokochać. Tak prawdziwie — z całego serca.

Ale choć mijały kolejne dni, a on czasem jeździł tą trasą, nie spotkał jej dotąd. Bywał też w muzeach, na wystawach, koncertach jazzowych i wegetariańskich imprezach, bo pomyślał, że taka kobieta może się obracać w tych kręgach. Ale i tam jej nie wypatrzył. Zrobiło się ciepło, więc jeździł rowerem po mieście i okolicy, ale nigdzie jej nie spotkał. Miał nawet przeczucie, że będzie pewnego dnia na pobliskim osiedlu, ale tam też jej nie było.

— Widzisz — jak jest okazja, to trzeba działać… — smucił się, nie mogąc się zebrać do dalszego działania. — Ale może, gdyby była mi przeznaczona, to widzielibyśmy się i spotkali co najmniej dwa razy. A może ona już mnie nie chce i się do mnie zraziła?

Przez pewien czas miał jeszcze nadzieję, że zobaczy ją na którymś portalu społecznościowym, albo na jakimś forum randkowym, ale pomimo usilnych starań, nie udało mu się to. Normalnie, jakby znikła, albo zapadła się pod ziemię.

Miał też cichą nadzieję, że może ona go gdzieś znajdzie i napisze do niego przez internet. — Może też ją zaintrygowałem i pomimo tego, że chyba nie odebrała wtedy dobrze tego mojego długiego wpatrywania się w nią, to zechce nawiązać znajomość? Miał nadzieję, że ich spojrzenia znowu się spotkają. Marzył o tym. Niemal czuł jej obecność. Wiedział, że taka kobieta mogłaby odmienić jego życie na lepsze, a i on miał jej wiele do zaoferowania. Swoją dobroć, czułość i spokój. Całe dobre serce.

— Ech, dlaczego człowiek czasem tak się dziwnie zachowuje i nie wykorzystuje takiej szansy? Okazji, która przeleciała mu koło nosa? A przecież może byłoby fajnie i miło? — miał nadzieję. — Może byśmy do siebie pasowali? Kobiety przecież mają dobrą intuicję, a ona lgnęła do mnie. Może potrzebowała mojego ciepła i wsparcia? A przecież ja mam tego w nadmiarze. Ech… A co, jeśli zmieniła fryzurę, kolor włosów i już jej nie poznam? — martwił się. — Ale przecież te oczy i usta powinienem poznać zawsze i wszędzie. Tak, na pewno — uśmiechnął się, próbując sobie przypomnieć szczegóły jej twarzy.

— A może po prostu miałem się nauczyć, że nawet bardzo piękne kobiety mogą być mną zainteresowane i wyczuwać moje wnętrze?

Z kolejnymi dniami jego nadzieja jednak coraz bardziej zblakła.

— Cóż… albo ją kiedyś spotkam, albo jeszcze lepszą, albo trzeba po prostu poczekać… — pocieszał się, choć było mu już naprawdę smutno. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, najbardziej chodziło mu o znalezienie mądrej, dobrej, uczciwej i pięknej kobiety, do której poczułby miłość i która by go pokochała całym swoim sercem. Miał nadzieję, że taka właśnie była ona. Ale pewności nie miał. Nie wiedział, jaka była, co lubiła i jak się zachowywała. Nie znał nawet brzmienia jej głosu. A to było dla niego ważne. — Przecież bliskiej osoby słucha się często, więc warto lubić brzmienie jej głosu, jej ton i sposób, w jaki się wypowiada. Nie mówiąc już o treści — uśmiechnął się, bo lubił mądre kobiety. Zwłaszcza takie, które dbały o siebie i swój dom, czy mieszkanie. Takie, od których promieniowało ciepło i dobroć.

W końcu zdał sobie sprawę, że chyba pora rozejrzeć się za innymi. Jan odwiedzał różne kluby, gdzie przesiadywał godzinami, patrząc na pojawiające się tam kobiety. Czasem jakąś zagadywał, albo prosił do tańca. Niektórym z nich zamawiał drinki, albo coś do zjedzenia. A jeżeli rozmowa się kleiła i wyczuwał, że kobieta jest chętna, to zapraszał ją do siebie. Zdarzało się nawet, że to one przejmowały inicjatywę i ciągnęły go do mieszkania na herbatkę.

Jeśli taka kobieta mu się podobała, to chętnie na to przystawał. — W końcu trzeba korzystać z życia — mówił sobie, mając nadzieję na to, że będzie im razem dobrze i z czasem się okaże, że ta właśnie kobieta jest tą właściwą. Tą ukochaną. Taką od serca.

Rzadko jednak zdążyli dopić ten szlachetny napój z Chin, bo obojgu im nie o to chodziło. Lądowali w łóżku, spijając rozkosz życia i wzajemnej, krótkiej fascynacji.

Z reguły jednak, po kilku spotkaniach okazywało się, że te zabawne i wyluzowane panny, które pulsowały wdziękiem i seksapilem w klubie, były marudne, zaborcze, ograniczone, płytkie, albo nawet trafiło mu się kilka pracoholiczek. Z tymi było chyba nawet najgorzej, bo musiał się wstrzelić pomiędzy ich liczne zajęcia pozazawodowe, aby mogli się wreszcie spotkać. Dla nich ważniejsze były szkolenia językowe, jakieś kursy, zajęcia sportowe czy warsztaty. Te, którym zbyt zależało na namiętności, często w ten właśnie sposób próbowały odreagować stres, albo nieudane związki. Jan to czasem wyczuwał i ulatniał się wtedy, bo nie o to mu w tym wszystkim chodziło.

Wciąż jednak myślał o tamtej z autobusu. Była naprawdę inna niż wszystkie. Jakaś niezwykła i nieziemsko piękna. — A może bym się rozczarował? — „Jak kogoś nie sprawdzisz, to się nie przekonasz” — powiedział mu kiedyś kumpel, któremu nieopatrznie się z tego zwierzył. Miał rację. — Jak coś takiego się pojawia, to trzeba to sprawdzić i tyle — postanowił Jan, nie chcąc, aby już kiedykolwiek taka okazja wymknęła mu się z ręki.

Samotność jednak coraz bardziej dawała mu się we znaki. Zatem postanowił spróbować poumawiać się na randki przez internet. Początkowo go to nawet bawiło, bo zawsze czuł ten pierwszy dreszczyk emocji — kim się okaże taka kobieta, ale po miesiącach takich zabaw, miał tego serdecznie dość. Wkurzył się i posmutniał. Sporadyczny seks przestawał mu smakować. Miał dość tych kobiet, alkoholu i ich roszczeniowego nastawienia. Jeszcze gorzej było z tymi, które chciały mieć bardziej dzieci, niż partnera. Takim chodziło tylko o jedno. Wreszcie zajść w ciążę i spełnić się jako mama. Partner był dla nich sprawą drugorzędną.

— Co za czasy. Gdzie się pochowały te wszystkie fajne kobiety? — zastanawiał się. I postanowił od tego wszystkiego wreszcie odpocząć.

Wziął wtedy urlop i wyjechał z miasta. Chciał odwiedzić te miejsca, które kiedyś sprawiały mu radość. Najpierw pojechał nad morze. Szum fal i posmak słonej wody podczas kąpieli dał mu chwilowy relaks i wytchnienie. Chodzenie jednak samemu nie dawało mu już satysfakcji.

Kiedyś był tu z dziewczyną, którą kochał. Ona też mówiłam mu, że go kochała. Jednak już po dwóch latach, kiedy miał właśnie iść do niej z kwiatami, zadzwoniła do niego i powiedziała mu, że to koniec. Był zszokowany. Chciał się z nią szybko spotkać i porozmawiać na ten temat. Ale ona nie chciała. Dobijał się do jej drzwi, ale albo jej nie było, albo nie chciała mu otworzyć. Nie odbierała też telefonów. Dopiero po miesiącu udało mu się z nią zobaczyć.

— O co chodzi? — rzucił krótko.

— Już cię nie kocham — wycedziła, lekko wzruszając ramionami.

— Jak to?

— No tak, po prostu zdałam sobie sprawę, że potrzebuję innego mężczyzny.

— Jakiego? — był zrozpaczony.

— Inteligentnego, zaradnego, takiego dla którego liczy się cel i zdobywanie, osiąganie kolejnych wyzwań.

— Przecież mam pracę!? Nawet mogę wkrótce awansować na starszego specjalistę! — czuł rozczarowanie jej słowami.

Ale ona się tylko uśmiechnęła z wyrozumiałością.

— I ja mam być przez najbliższe lata ze starszym specjalistą? — wydęła wyniośle wargi. — Mój drogi, nie sądzisz chyba, że to by mnie usatysfakcjonowało?

Czuł, że tylko siłą woli powstrzymuje się przed parsknięcie mu w twarz.

— Zmieniłaś się — rzucił smutno.

— Dojrzałam.

— Czyli lecisz na kasę i ustawionych facetów? — zaatakował.

— Kobieta musi się szanować.

— Ta… spojrzał na nią taksującym wzrokiem, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. — A gdzie tu miejsce na miłość?

Znowu się uśmiechnęła.

— Ciebie kochałam. I co mi z tego przyszło? Dwa stracone lata… — Stracone lata? — wszedł jej oburzony w słowo. — A te szczęśliwe wyjazdy, piękne noce i wspólne rozmowy?

— Och, to było… nawet miłe i takie słodkie, młodzieńcze, ale życie płynie. Dałam ci dwa lata swojego pięknego życia i co z tego dziś mam?

— Przecież miałem ci się oświadczyć w czerwcu? — wargi mu drżały z emocji.

— Inni już mają domy, samochody, a my się ciągle spotykamy w tym małym, ciasnym mieszkanku, które będziesz jeszcze pewnie spłacał z dwadzieścia lat.

— Z twoją pomocą byłoby szybciej.

— O tak. A gdzie pieniądze na dzieci, ich wychowanie, dobre szkoły i zajęcia pozalekcyjne? Nie… My do siebie nie pasujemy.

— Rozumiem, że gdybym zarabiał o jedno zero więcej, byłbym odpowiednim kandydatem?

— Kto wie — zawahała się. — Wtedy miałbyś jakieś perspektywy.

— Tylko to się dla ciebie liczy? A gdzie te zapewnienia o miłości i radości ze wspólnego bycia? — zamrugał pośpiesznie oczami, jakby nie mogąc jeszcze uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

— Samą miłością się nie najesz i rachunków nie opłacisz — zmroziła go.

— Wiesz co… ty jesteś cyniczną, zepsutą babą, która leci tylko na kasę…

— Możliwe, że tak to teraz odbierasz, ale..

— Ale — jak to mówi przysłowie — „lepiej zjeść kromkę chleba z kimś kogoś się kocha i szanuje, niż najlepsze frykasy z kimś obojętnym, niekochanym, albo wrogiem.”

— Nie znasz życia — rzuciła sucho.

— Ale ciebie już wystarczająco poznałem.

— No cóż…

— Właśnie — no cóż… Jakbyś kiedyś jeszcze zmieniła zdanie i na powrót stała się normalną, czułą i radosną kobietą, a nie jakąś harpią, modliszką i pijawką, którą nie wiem kiedy się stałaś, to daj znać. Numer znasz.

Spojrzała tylko na niego krzywo.

— Cześć.

— Cześć.

I tyle ją widział.

Nigdy też już nie zadzwoniła. On też nie. Nie chciał się płaszczyć. Nawet mu sms-a z życzeniami imieninowymi nie wysłała. — Lafirynda — pomyślał wtedy tylko i to był już naprawdę koniec.

Przez chwilę nawet się zastanawiał, że być może miała rację. Rozejrzał się za lepszą pracę i nadarzyła się wtedy ta okazja w banku.

Początkowo było miło, ale potem i tego miał dość. Miał dość takiego życia. Jego koleżanki z pracy interesowała tylko kariera, albo flirty, ale nie poważny związek. A że inne poszukiwania partnerki nie przynosiły rezultatów, więc skupił się na pracy. I nawet przez pewien czas dał się wciągnąć w monotonię i uroki takiego życia. Ale jego dusza wołała za czymś innym.

Szum fal nieco go uspokajał. Widoki, które kiedyś wywoływały jego zachwyt i entuzjazm, teraz go jakoś nie ujmowany. Spróbował jeszcze z górami. Pojechał i wędrował tym samym szlakiem, którym kiedyś szedł taki szczęśliwy ze swoją pierwszą dziewczyną. Jeszcze zanim poznał Alicję.

Przez pół roku było im ze sobą naprawdę dobrze, ale potem wszystko się zepsuło. Ona poznała innego, bogatszego i przystojniejszego od niego. I gdy on próbował załatwić sobie swój pierwszy staż, ona poszła z tamtym do łóżka.

I tak to się wtedy skończyło. Choć chwilę wcześniej zapewniała go o swojej wierności.

— Czy kobiety zawsze tak postępują? — gorzko wspominał Alicję i Monikę. — Mówią godzinami o miłości i chcą czułości, ale chwilę później lecą na kasę i blichtr. Czy naprawdę rządzą nimi tylko chwilowe emocje i ci, którzy potrafią je w nich wywołać, mają je jak w garści? Co się dzieje z tym światem? — pomyślał wpatrując się w gwiazdy przy schronisku, gdzie wykupił sobie nocleg.

Jednak i to mu nie pomogło.

Te kilka dni w górach wkurzyły go jeszcze bardziej. Miał dosyć wszystkiego i siebie tym bardziej. Dwie kobiety, na które stawiał w swoim życiu, zawiodły go. Praca też nie dawała mu już satysfakcji. — Ten świat chyba oszalał — myślał czasem. Widział co dzień te cyniczne twarze i oczy nastawione na awans, podwyżki i robienie kariery. Jakby nic innego nie mogło się już liczyć.

Dodatkowo, coraz mniej mu się podobały niektóre procedury, a nawet zapisy umów kredytowych jego własnego banku. Zastanawiał się, co by było, gdyby w tym banku sam wziął teraz kredyt. I okazało się, że nie chciał być klientem banku, w którym pracował. A to już bardzo źle wróżyło. Nie mógł z czystym sumieniem polecać innym ludziom tych produktów, z których żył. Denerwowało go to coraz bardziej.

Gdy rano się spakował i zszedł do jadalni na dole schroniska, zauważył, że na jednym ze stolików leży jakaś książka. „Medytacja dla każdego — podstawy relaksacji ciała i umysłu” — odczytał z zielonej okładki.

Rozejrzał się po sali, ale najwyraźniej nikt jej nie szukał.

— Może już poszli? W końcu jest już po dziesiątej, a w górach to późna godzina — pomyślał i otworzył zaciekawiony książkę. Przerzucił kilka kartek i zaczął czytać co poniektóre zdania.

— Może to jest odpowiedź na moje modlitwy? — zastanawiał się. — W końcu chciałem, aby Bóg dał mi jakiś znak.

Jedząc śniadanie i popijając herbatę, czytał pierwszy rozdział.

„Usiądź wygodnie i po prostu odetchnij” — to właśnie robię — uśmiechnął się Jan. „Rozluźnij całe swoje ciało i umysł. Rozluźnij swoje stopy, łydki, kolana i uda, a potem wszystkie kolejne, poszczególne części ciała. Gdy poczujesz w nich relaks i odprężenie, pora, abyś zrelaksował również swój umysł.”

— O, z tym może być gorzej — pomyślał.

„Całkowity relaks i rozluźnienie potrzebne jest do tego, aby móc być po prostu obecnym w tu i teraz i zagłębić się w siebie, w swoją jaźń i ciszę.”

— Ta… tylko co mi to da? — zapytał sam siebie i przerzucił kilka stron.

„Medytacja może pomóc każdemu. Daje odprężenie, uspokojenie i wyciszenie emocji. Poza tym, wydatnie wpływa na całe ciało i jego funkcje. Reguluje i uspokaja oddech, a nawet obniża ciśnienie krwi. W tym czasie regenerują się również tkanki, dochodzi więc do procesu uzdrowienia.”

— O, to ciekawe. Chyba potrzebuję całościowej regeneracji — pomyślał, przeglądając kolejne kartki.

Na końcu poradnika znalazł adres strony internetowej i krótką notkę o autorze. Było też parę telefonów i opis kilku ośrodków medytacyjnych.

— O, jeden jest moim mieście — zauważył zdziwiony i z lekkim uśmiechem, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszał.

Naraz spojrzał na wewnętrzną stronę tylnej okładki i zauważył, że na jej dole zrobiony był długopisem dopisek: „Ta książka jest dla ciebie. Skorzystasz, kiedy będziesz gotowy”.

Przez chwilę nie wiedział, co o tym myśleć. Cud, czy czyjś żart? A może jakaś dobra dusza rozsiewała w różnych miejscach ziarna dla zagubionych i poszukujących jak on ludzi, które potem zakiełkują czymś dobrym? Bo tego, że jest w jakiejś ukrytej kamerze nie podejrzewał.

W końcu się otrząsnął.

— Jak to kiedy będę gotowy? Już jestem. I to od urodzenia — skrzywił w uśmiechu twarz, przywołując swoje ulubione kiedyś powiedzonko, którym raczył czasem ludzi. I cieszył się, że ktoś nieznajomy zrobił mu taki prezent.

Po chwili jednak posmutniał. Bo na kumpli nie mógł już liczyć. Po studiach część z nich rozjechała się po świecie, a nawet ci, którzy tu pozostali, szybko zostali wciągnięci w żony, zakupy, dzieci i kupy oraz ten cały kołowrót zwany szczęściem, albo dorosłym życiem.

Umawiał się jeszcze czasem z niektórymi z nich, ale przez te ostatnie miesiące jakoś coraz mniej miał ochoty żłopać piwko i wysłuchiwać kolejnych opowieści z ich rodzinnych sielanek, które niekoniecznie zawsze były aż tak miłe.

Dowiadywał się, że piękności, za którymi oglądali się kiedyś wszyscy faceci, teraz tyły, pierdziały, a nawet nie chciało im się sprzątać. Chodziły w pomiętych dresach i dłubały w nosie przy stole.

Inny mu znowu opowiadał o cichych dniach czy też awanturach z powodu różnicy zdań na temat mebli, auta, miejsca wyjazdu na wczasy czy nawet co do postępowania względem dzieci.

Oczywiście z początku i oni przynosi wspaniałe opowieści rodzinnych sielanek, ale jakoś zbyt szybko, jak na jego wyczucie, zaczęli go zasypywać właśnie takimi opowieściami.

— Jesteś szczęśliwy? — zapytał kiedyś Stefana.

— Weź stary daj spokój. Ja zarobić muszę na Dankę i syna. A wczoraj się okazało, że być może znowu będę tatą… — westchnął. — Chyba robotę zmienię, albo poszukam jakieś fuchy.

— Ale czy jesteś szczęśliwy? — drążył.

— No jasne, że tak — odparł po chwili wahania. — Jak żona mi dobrze ugotuje, dziecko jest zdrowe, to pewnie że jestem. A co? Nie wyglądam? — utkwił w nim zasmucone oczy.

— Nie, no wyglądasz — nie chciał go dołować. — Tylko tak chciałem wiedzieć, czy jest ci dobrze? Czy czujesz wiatr w żaglach i masz siły góry przenosić?

— O stary… od razu widać, że nie masz rodziny. Ja odpocząć chcę… dlatego tu przychodzę. Mam godzinę dla siebie i nieco oddechu…

Jan pokiwał tylko głową.

— Nie myśl jednak, że jest mi źle. O nie. Zaraz wrócę sobie na kolację, potem kąpanie dziecka i — mrugnął porozumiewawczo okiem — pobaraszkujemy sobie w łóżku, hehe. A ty znowu sam jak palec — poklepał go po ramieniu. — Znalazłbyś sobie wreszcie jakąś babkę.

— Przecież szukam. Myślisz, że łatwo teraz o uczciwą, dobrą kobietę?

— No tak, wkoło tyle bab szuka teraz jedynie sponsora, że strach poderwać kogoś nawet na jakieś katolickiej uczelni.

— Hehe. Fakt, świat się zmienia.

— I niekoniecznie na lepsze. Dlatego musimy trzymać się razem.

Jan pokiwał głową, ale podjął decyzję, że na razie nie będzie się z nim spotykał. Zdał sobie sprawę, że z jego znajomych to teraz tylko Krzysztof był szczęśliwy w związku. Lubili się wzajemnie ze swoją wybranką i razem spędzali mnóstwo czasu — jeździli na wycieczki, często chodzili na spacery, na których trzymali się za ręce i patrzyli na siebie takim szczęśliwym wzrokiem. Może dlatego, że nie mieli dzieci? — zastanawiał się czasem, gdy widywał ich przypadkiem na mieście. Rzadko z nimi rozmawiał, bo ci woleli swoje towarzystwo od jakichś wspólnych spotkań.

Powrót ze schroniska szlakiem zajął mu pół dnia. Na szczęście była dobra pogoda, więc nacieszył się jeszcze trochę słońcem. Książkę zabrał ze sobą. Niesiona w plecaku jakoś dodawała mu sił i otuchy. Czasami do niej zaglądał, gdy zatrzymywał się na odpoczynek.

Tuż przed zejściem ze szlaku na parking, zobaczył cudowny zachód słońca. Kolory pomarańczowy i złoty ukazywały mu się teraz w pełnej krasie. Cieszył się tą chwilą, bo przez ostatnie dni było raczej pochmurno. A teraz miał przed oczami piękny okrąg słońca, który sycił go barwą, uspokajał i wyciszył tak, że przez chwilę nawet o niczym nie myślał. Patrzył tylko jak urzeczony tym widokiem i było mu naprawdę dobrze. Było tak, jak pisali w tej książce — jego umysł, zajęty słońcem, na chwilę przystanął i rozkoszował się tą właśnie chwilą. Nie błądził nigdzie, ani nie rozważał kolejnych idei. Po prostu zamilkł. Jakby chciał dać pierwszeństwo temu odwiecznemu pięknu końca dnia.

Jan ocknął się po dłuższej chwili, gdy już całe słońce skryło się za wierzchołkiem góry. Z miejsca zrobiło się o wiele ciemniej i chłodniej. Na szczęście auto miał zaparkowane w pobliżu.

Wsiadł i ruszył do domu.

Jego szef miał zdziwioną minę, gdy nazajutrz położył na jego biurku wypowiedzenie umowy o pracę. Nigdy mu się to wcześniej w jego długoletnie karierze nie zdarzyło. Janowi też nie.

Spojrzał tylko dziwnie na niego, jakby nie dowierzając. Jak dotąd to za nim wszyscy biegali z podaniami o pracę i prośbami o awans czy podwyżkę. Opanował się jednak i zapytał.

— Ma pan lepszą pracę?

— Nie.

Ta odpowiedź zdziwiła go jeszcze bardziej.

— To jak to tak?

— Ta praca przestała mnie cieszyć, więc nie ma sensu, abym tu był.

Tamten parsknął śmiechem. — Chyba mu odbiło — pomyślał.

— Niech pan będzie rozsądny — próbował mu przemówić do rozumu, bo mimo wszystko był to sumienny pracownik, który wszystko robił na czas i tak, jak trzeba.

— Byłem wystarczająco długo. Za długo. Teraz czas na odrobinę szaleństwa — uśmiechnął się. — A właściwie to na zadbanie o siebie.

— I jak pan chce tego dokonać?

— Zapisałem się na medytację.

Kierownik skrzywił się, ale dziarsko kontynuował.

— A tak, to niektórym pomaga. Dwie panie z księgowości chodzą na takie zajęcia. Jogę czy coś w tym stylu. Przecież pan też może się tym zajmować po pracy…

— Nie słucha mnie pan — powiedział sucho, patrząc mu w oczy. — Ta robota mnie już nie kręci i nie widzę w niej sensu. Właściwie, to nawet nie chcę tu już dłużej być. Dlatego proszę o natychmiastowe rozwiązanie umowy za porozumieniem stron.

— Rozumiem. A zatem żegnam — zakończył szorstko, biorąc go za wariata. — Ludzie latami proszą się o posadę w tej instytucji, a ten czubek rezygnuje, bo coś mu się ubzdurało. Ale może to i lepiej, nie będziemy mieć u siebie świrów — zakończył swój monolog wewnętrzny i podpisał jego rezygnację.

Jan nawet nie spojrzał na dokument, tylko zgarnął go z biurka i wyszedł z gabinetu. Szerokim korytarzem szybko dotarł do miejsca, gdzie tyle czasu tu spędził. Zabrał swoje rzeczy i z westchnieniem ulgi wyszedł na korytarz. Tam zobaczyła go Ewa.

— A ty gdzie się wybierasz o tej porze?

— Do domu?

— Co wylali cię? — zdziwiła się, aż jej oczy zrobiły się okrągłe. — Za co? — Sam odszedłem.

— No co ty? — nie dowierzała. — Powiedz prawdę.

— No przecież ci mówię. Mam już dość tej ponurej instytucji, tego mrocznego gmaszyska i…

— Dostałeś lepszą robotę u konkurencji? Przyznaj się — chciała być pierwszą, która dowie się o tej sensacji.

— Nie. Ta robota mnie nie uszczęśliwiała, więc już jej nie chcę.

Zaśmiała się.

— Hahaha… Ale zgrywus jesteś. Ty, ale za co teraz będziesz żył?

Wzruszył ramionami i odszedł w stronę wyjścia.

A ona jeszcze długo za nim patrzyła i nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Coś wewnątrz niej dziwnie nie dawało jej spokoju. Jakby dotknął jej jakiejś czułej struny, która nie drgała już od lat.

A on zostawił dokument w kadrach i już go nie było. Był wolny i mógł wreszcie odetchnąć pełną piersią. Zupełnie, jakby w jego twarz i płuca powiał świeży i ożywczy powiew wiatru.

Sala była jeszcze pusta, gdy do niej wszedł. Porozkładane karimaty w kolorze niebieskim i zielonym zachęcały do położenia się. Jednak już po chwili kilka osób weszło do środka i usiadło po turecku w wybranych miejscach.

Usiadł tak jak oni w drugim rzędzie materacy i rozglądał się ciekawie po sali oraz twarzach osób, które coraz liczniej tu przychodziły.

Nie minęło nawet piętnaście minut, a do środka weszło około trzydziestu osób. Kobiety, mężczyźni, nastolatki i studenci. Byli tu chyba wszyscy poza noworodkami.

— Witam was serdecznie na pierwszych zajęciach w nowym sezonie. Cieszę się, że tak licznie przybyliście. Tak jak zapewne poczytaliście, nauczymy się tu medytacji i zrelaksujemy swoje ciała i umysły, abyśmy mogli wreszcie poczuć, że żyjemy, istniejemy i nauczyli się, jak można widzieć, postrzegać i czuć wszystko z nieco szerszej perspektywy.

Otworzymy się też na inspiracje i uczucia wyższe — na przykład spokój, radość i szczęście. A nie muszę chyba mówić, że tego — poza pieniędzmi i zdrowiem — potrzebujemy najbardziej — uśmiechnął się prowadzący, dziarski czterdziestoparoletni mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Gdy wszedł do sali swym pewnym krokiem, Jan od razu poczuł, że to jest ktoś, kogo warto posłuchać. Nic jeszcze nie powiedział, ale jego chód bosych stóp, jego postawa i światło w oczach mówiło mu aż nazbyt wiele. To był człowiek na swoim miejscu, który dokładnie wiedział, gdzie jest, po co tu jest i cieszył się tym, co robił.

— Dobrze — pomyślał Jan — zakosztujemy nirwany. Poczytał o tym dzień wcześniej. O mitycznym stanie, kiedy człowiek jest szczęśliwy i świadomy siebie samego, wszystkiego dookoła i zjednoczony z całością istnienia.

Co prawda, było to dla niego zupełnie nowe pojęcie, ale czytając o nim, poczuł się tak, jakby coś sobie właśnie przypominał. Coś, co być może już kiedyś uchwycił.

— Na początek kilka prostych rzeczy — mówił prowadzący zajęcia Tomasz. — Połóżcie się wygodnie. Zaczniemy od relaksu. W końcu każdy lubi rozluźnienie. I tego się teraz nauczymy. A ci, którzy już to znają, utrwalą sobie jeszcze bardziej tę cudowną, wspaniałą praktykę, która wnosi tyle dobrego do życia każdego z nas.

Tomasz włączył cichą, kojącą i odprężającą muzykę, a wszyscy się ułożyli wygodnie na matach. Niektórzy podłożyli sobie coś pod głowy i przykryj się nawet kocami.

Przyciemniono światła i na sali zaplanowała atmosfera relaksu i wytchnienia. Można było usłyszeć łagodny szum strumienia i ciche śpiewy ptaków, które niczym perły lub drogocenne kamienie połyskiwały w tej ciszy, sącząc się z głośników.

Jan również się ułożył, odetchnął głęboko i zamknął oczy. Postanowił dać się prowadzić temu nastrojowi i Tomaszowi. Zaufał, że jest bezpieczny, wolny i ma wszystko, czego teraz potrzebował.

— Oddycham głęboko i spokojnie — mówił cichym, spokojnym głosem Tomasz. — Każdy wdech i wydech wycisza mnie i uspokaja. Odprężam się całkowicie, a wszystkie moje mięśnie rozluźniają się.

Pozwalam, aby moje ciało oddychało teraz w najlepszym dla mnie rytmie, a ja tylko to spokojnie obserwuję… Jestem coraz bardziej zrelaksowany i odprężony. Przenika mnie cisza i błogi relaks. Moje myśli się uspokajają lub odpływają, jak chmury niesione wiatrem. Płyną po niebie w prawą stronę i oddalają się ode mnie. Dzięki temu moja głowa jest teraz coraz bardziej spokojna, jasna i czysta. Jestem bezpieczny i dobrze się czuję, tak po prostu leżąc i oddychając…

Jan powoli odpływał, stając się oddechem i obserwatorem. Dawno już nie czuł się tak błogo. Chyba tylko wtedy, gdy był jeszcze jako dziecko na wakacjach u dziadków na wsi. Bawił się wtedy beztrosko całymi dniami i objadał malinami, porzeczkami i truskawkami. Na samo wspomnienie ich smaku robiło mu się teraz słodko i przyjemnie, aż się uśmiechnął.

— Każdy wdech wypełnia mnie teraz energią miłości, radości, relaksu i odprężenia — kontynuował Tomasz. — Przynosi mi nowe siły, tlen i energię. A każdy mój wydech usuwa teraz z mojego ciała wszelkie napięcia, ból, dyskomfort, uczucie smutku i żalu. Usuwa ze mnie wszystko to, czego już nie potrzebuję i co jest mi zbędne. Również produkty przemiany materii, niechciane emocje i poczucie ciężaru. Uwalniam te wszystkie energie z mojego ciała i umysłu i oddaję je poprzez swoje stopy Matce Ziemi, która to wszystko transformuje i przekształca w coś korzystnego dla mnie i dla innych istot.

— Jan zwrócił uwagę na to ostatnie słowo. Wyczuł, że to nie chodziło tylko o ludzi, ale również o wszystkie rośliny, zwierzęta i pewnie inne istoty, których jeszcze nie zna współczesna nauka.

Robiło mu się coraz bardziej błogo i sennie.

— Nie zasypiam jednak, ale utrzymuję swoją przytomność na tyle, aby wiedzieć, gdzie jestem, co robię i dobrze się z tym czuć — Tomasz rozejrzał się po uczestnikach zajęć, jakby wyczuwał, że część z nich zaczyna wchodzić w płytki sen.

— Jestem tu i teraz. Coraz bardziej i bardziej wchodzę w głęboki relaks i odprężenie. Jestem w pełni bezpieczny i dobrze się czuję. Z każdym wdechem i wydechem pogłębia się mój stan relaksu i wchodzę w głęboką medytację. Jest mi z tym dobrze i miło. Poddaję się teraz w pełni temu relaksowi i rozluźnieniu. Puszczam wszelkie napięcia. Pozwalam sobie na to teraz i wypełniam się dobrą energią, radością i nadzieją.

Pozwalam, aby moje ciało uzdrowiło się teraz całkowicie. Niech wszystkie komórki mojego ciała zostaną teraz uzdrowione i oczyszczone. Niech wszystkie części i narządy mojego ciała się teraz zharmonizują z tym, co najlepsze — z moją boską cząstką i najlepszym dla nich programem funkcjonowania… A teraz niech wszystkie moje komórki i narządy zsynchronizują się ze sobą nawzajem. Niech teraz całe moje ciało będzie zdrowe, piękne i młode. Pozwalam sobie na to i cieszę się tym.

Pozwalam sobie również na to, aby tylko dobre, świeże i zdrowe produkty służyły mi za posiłek. Odtąd wybieram tylko takie rzeczy do jedzenia i takie napoje, które mnie wzmacniają, odżywiają i uzdrawiają. Robię to spontanicznie i intuicyjnie.

— Pięknie… — pomyślał Jan, nim zasnął. Na chwilę przeniósł się do pachnącego lasu, w którym zbierał, jak kiedyś w dzieciństwie, grzyby. Rozglądał się zadowolony po tych okazałych podgrzybkach, kurkach, borowikach i kaniach. Uśmiechnął się i wtedy posłyszał gdzieś w oddali delikatny odgłos melodyjnego dzwoneczka. Rozejrzał się, ale w lesie nie było widać źródła tego dźwięku. I wtedy powoli las zaczął falować, a odgłos dzwonka stawał się coraz wyraźniejszy i coraz bliższy. Jan znowu usłyszał ten sam spokojny głos.

— A teraz powoli otwieramy oczy i powracamy do tu i teraz. Do tej pięknej sali i świadomości swojego ciała. Kto jest gotowy, może delikatnie się przeciągnąć, a potem lekko przekręcić się na prawą stronę i powoli wstać…

Nie śpiesz się… Daj sobie czas… Rozkoszuj się tym stanem i odprężeniem.

Jan był zadowolony. Ta część zajęć mu się podobała.

— To miłe uczucie. Powinienem robić to częściej. Dawno się tak dobrze nie czułem — pomyślał, siadając na macie i rozglądając się na boki, aby zobaczyć, co robią inni uczestnicy zajęć. Nie wiedział, ile to trwało, ale chyba dość długo. Co najmniej czterdzieści minut.

— Pięć minut przerwy — odezwał się prowadzący. — Jeżeli ktoś potrzebuje iść do toalety, to proszę bardzo. Za chwilę zaczniemy ćwiczenia oddechowe i uważności.

Jan wstał i przeszedł się po sali spokojnym krokiem. Przyglądał się twarzom. Jedne były wesołe, a inne nieco skupione. Zdarzały się też sztywne, a nawet smutne. Odrobinę tylko bardziej odprężone po tym relaksie. Zauważył też kilka ciekawych kobiet, które go zainteresowały. Postanowił, że będzie chodził na te zajęcia częściej.

Już ponad miesiąc stawiał się regularnie w tej sali, aby uspokajać swój umysł i relaksować ciało. Poznał też bliżej kilka osób, w tym Justynę. Rozmawiali na przerwie, a potem poszli coś zjeść po zajęciach. I jej i jemu było miło. Poleciła mu też kilka książek o medytacji, rozwoju duchowym i zdrowym odżywianiu.

— W zdrowym ciele zdrowy duch — mówiła ze śmiechem. Ja chodzę też na jogę. Może byś przyszedł zobaczyć?

— Czemu nie, mogę spróbować — mówił Jan, wpatrując się w te iskierki w jej oczach, jakby próbując odgadnąć, co mu to może wywróżyć.

Zatem odtąd, oprócz chodzenia w środy na medytacje, przychodził też w czwartki na lekcje jogi. O, to już nie było zawsze takie przyjemne. Nie rozciągnięte przez lata ciało nieraz go bolało i strzykało, gdy wykonywał co trudniejsze asany. Po pewnym czasie jednak z radością wykonywał poszczególne ćwiczenia, jak „powitanie słońca”, a nawet „krowi pysk”. Miał z tą asaną sporo problemów na początku, ale teraz już nie stanowiła dla niego trudności. Powoli wciągał się w ten świat. Dużo czytał, medytował samodzielnie w domu i uczył się sztuki przyrządzanie posiłków według zasad pięciu przemian — elementów, z jakich składa się wszystko — ziemi, wody, ognia, drzewa i metalu.

Kupował też kilka czasopism i je namiętnie studiował. Wciągały go też te historie o duchach, życiu po śmierci i horoskopach. Postanowił sobie również zafundować profesjonalny odczyt horoskopu. Dziwił się że ta bystra, niewysoka szatynka potrafiła tyle o nim i o jego cechach, przyszłości i przeszłości powiedzieć, tylko na podstawie dnia i godziny jego urodzenia.

— To niebywałe. Nie spodziewałem się, że w tym jest tyle prawdy.

Uśmiechnęła się, słysząc te słowa.

— Wielu się dziwi. Proszę tylko pamiętać, że horoskop pokazuje pewne predyspozycje i możliwości. I wszystko, no… prawie wszystko -poprawiła się po chwili — można zmienić, gdyby było coś tam niekorzystnego.

— Jak?

— Wytrwałą pracą nad sobą, swoim umysłem, nawykami i życiowymi postawami. Dobrymi wyborami. A przede wszystkim działaniami. Bo tylko one przynoszą trwałe rezultaty. Proszę tylko pamiętać, że jako działania rozumiemy tu nie tylko czyny, tak zwane fizyczne, ale również wszelkie myśli, działania mentalne, a nawet uczucia. Niektórzy mówią nawet, że to właśnie uczucia decydują o tym, co nas w życiu spotyka.

To było dla niego coś nowego…

— To ciekawe. Pierwszy raz o czymś takim słyszę.

— Oby nie ostatni — zażartowała. — Ja też się rozwijam i chodzę na różne warsztaty. Mogę panu podrzucić na maila kilka tytułów ciekawych książek na ten temat.

Zgodził się z ochotą. To były najciekawsze dwie godziny jego życia w ciągu ostatnich lat.

Zapłacił jej za konsultację i wyszedł z kawiarni, gdzie się spotkali.

I tak dzień za dniem czytał coraz więcej i wypróbowywał różne techniki, przepisy i recepty. Na wszystko — lepszą przemianę materii, zdrowie, samopoczucie, szczęście, a nawet długowieczność.

Z czasem zauważył, że internet pełen jest wiedzy, kursów i porad z zakresu ezoteryki, rozwoju duchowego, osobistego, a nawet magii.

Znalazł też kilka ciekawych warsztatów weekendowych, które postanowił zaliczyć. Zapisał się też na kilka forów internetowych, na których zaczął się coraz bardziej udzielać.

Opisywał tam swoje przemyślenia, problemy i czytał z uwagą porady tych, którzy mu odpisywali. Po pół roku miał już małe grono znajomych, z którymi się spotykał na różnych zajęciach i warsztatach. Z niektórymi nawet prywatnie.

Miał też dwie przyjaciółki, z którymi miło mu się rozmawiało. Cieszył się tym nowym życiem. W domu miał ciszę i spokój. Nadal nie pracował, ale nie to go teraz zajmowało.

Na warsztatach dowiadywał się, że w życiu warto robić tylko to, co się lubi i kocha. To, co sprawia przyjemność i radość. Tak też zamierzał robić. Tylko to, co mu naprawdę pasowało i co czuł całym swoim sercem.

Temat serca pojawiał się ostatnio coraz częściej na różnych forach i w publikacjach. Ludzie zwracali coraz większą uwagę na tę przestrzeń, poprzez którą każda istota połączona była ze Stwórcą i całym stworzeniem.

Z książek oraz ćwiczeń na warsztatach dowiedział się, jak pracować z energią, jak czuć jej wibracje oraz jak rozwijać subtelne centra energii w ciele zwane czakramami.

Były to mistyczne poziomy świadomości, które rozwijali latami jogini medytujący w niedostępnych, ośnieżonych Himalajach.

Zaciekawiło go to, że wszystkie główne czakry miały kolejne kolory tęczy — czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, granatowy i fioletowy a także złoty.

Widział w tym pewien sens. Zaczytywał się więc nowinkami na temat odkryć związanych z tajemnicami, „złotą proporcją”, liczbą Fi, która była ponoć wszechobecna w całym stworzeniu — kwiatach, liściach, a nawet budowie ludzkiego ciała.

Czasem też spotykał jakąś ciekawą kobietę. Gośka, którą poznał na jednym z warsztatów, okazała się miła i bystra. Tak jak on, lubiła ciszę i naturę. Rozmawiało im się dobrze. Często się też do niego uśmiechała. Spotykali się zatem od czasu do czasu, rozmawiali i jeździli razem na rowerze. W maju, gdy leżeli na kocu rozłożonym na trawie przy niewielkim stawie, nagle jakoś tak spontanicznie ich dłonie się spotkały.

Zaskoczyło go to i zelektryzowało. Bo ona wcale nie przesunęła swojej ręki, a nawet miał wrażenie, że lekko przylgnęła do jego dłoni.

Wziął zatem głęboki oddech i lekko posmyrał ją palcem po ręce. Nie drgnęła nawet, ale gdy spojrzał na jej twarz, dostrzegł delikatny uśmiech zadowolenia. Kontynuował zatem pieszczotę. Po chwili, mając zamknięte oczy, przysunęła się do niego.

Nie czekał już dłużej. Pocałował ją w ramię, szyję a potem w usta, które delikatnie rozwarła.

Całowali się długo i namiętnie. Jego język penetrował jej usta i sycił się dotykiem jej języka, który również był ochoczy do takich zabaw. Rozochocony sięgnął po jej jędrny biust.

Oddychała głęboko i pozwalała mu na wszystko. Ale gdy zjechał palcami pomiędzy jej uda, otworzyła oczy i rozejrzała się.

— Nie tutaj. Jeszcze ktoś zobaczy… — powiedziała, wzięła jego rękę i położyła sobie na piersi.

Całowali się ponad pół godziny. Były to długie, namiętne pocałunki, przetykane muskaniem jej policzków, brody, warg i oczu. A ona oddawała mu chętnie wszystkie te całusy i pieszczoty. Byli jak w transie radości i spełnienia.

Oboje byli bardzo zadowoleni, ale chcieli więcej. Zebrali się zatem i pojechali do niego. Jego mieszkanie było po prostu bliżej, a nie chcieli już dłużej czekać.

Zdążyli tylko wypić herbatę i zjeść kilka kanapek, gdy namiętność znów wzięła nad nimi górę. Dobrze, że nie składał tego dnia łóżka i od razu mogli położyć się na miękkiej pościeli.

Kochali się długo i namiętnie, jak dwa spragnione serca, które odnalazły czysty strumień wody życia. Odnalazły również radość, której tak długo im brakowało. Znowu poczuł całym sobą, że żyje i że jest pięknie.

Zapach jej ciała i namiętne oczy wprawiały go w prawdziwie błogi nastój. Patrzyła na niego z uwielbieniem i mocno to czuł. Dawno już nikt tak na niego nie patrzył, więc teraz pobudzało go to do czynów. Falowali rytmicznie i płynnie przechodzili od jednej pozycji do innej. Cieszył się, że w każdej potrafili odnaleźć wspólny rytm i przyjemność. Zarówno w klasycznej, jak i od tyłu, czy na jeźdźca było im ze sobą naprawdę dobrze. Jakby pasowali do siebie od zawsze. Dziwił się tylko, że ich spotkanie nastąpiło dopiero teraz. Tym bardziej był jej spragniony i cieszył się tą chwilą.

Upajał się, patrząc jak galopuje do spełnienia, kołysząc się nad nim. Jej włosy łaskotały go po klatce piersiowej i ramionach. A głęboki oddech i to delikatne muskanie kasztanowych włosów sprawiały, że chciał więcej i więcej. Obejmował ją, tulił i całował, poddając się temu rytmowi wchodzenia i wychodzenia z niej, który raz przyśpieszał, a potem delikatnie zwalniał. Mógłby tak bez końca.

Ta noc była naprawdę bardzo długa i skończyła się dopiero gdzieś nad ranem, gdy oboje usnęli, przytuleni do siebie. Byli szczęśliwi, spełnieni i czuli, że niczego im więcej nie trzeba. Nagi żar ich ciał i serc powoli się uspokajał. A blady świt spoglądał z uznaniem na ich sny i pragnienia.

I tak odtąd sypiali ze sobą a to u niego, a to u niej. Jedli razem śniadania i obiady, a potem chodzili wspólnie na różne zajęcia.

Od tego czasu zupełnie inaczej mu się ćwiczyło. Tak, jakby jakaś niewidzialna siła wypełniała mu całą klatkę piersiową, nogi i ramiona. Jej uśmiech, figura i jędrne pośladki zachęcały go do dalszych ćwiczeń. Sama jej obecność i to, co ich łączyło, dodawało mu sił i chęci do działania. Czuł, że żyje i chciało mu się coraz bardziej tak po prostu szczęśliwie żyć.

Wspólne wyjazdy na różne warsztaty medytacyjne i rozwoju duchowego stały się odtąd jeszcze bardziej ciekawe, piękne i mistyczne. Cieszył się, że odnalazł swoją bratnią duszę, z którą mógł się dzielić swoją pasją i przemyśleniami.

Codziennie medytowali razem, czytali te same książki, a potem kochali się namiętnie, całowali, coś jedli i znowu się kochali. Istny raj i spełnienie dla każdego mężczyzny. Chciał, aby tak było zawsze. Podobało mu się w niej wszystko. Biust, pupa, nogi, dłonie, twarz, oczy, mądre spojrzenie i jej głos, który tak pięknie wymawiał jego imię. Prawdziwa sielanka dla duszy. Czuł całym sobą, że ten rozwój duchowy jest piękny i ma naprawdę głęboki sens.

Tak upłynęło im kolejne pół roku. Gośka zainteresowała się rozwojem, gdy została zwolniona z poprzedniej pracy. Byli zatem w podobnej sytuacji. Ale powoli kończyły się i jemu i jej pieniądze. Gośka martwiła się tym coraz bardziej i przebąkiwała, że chyba pójdzie do pracy, bo za coś trzeba żyć. Jemu jednak to się wcale nie uśmiechało. Nie chciał wracać za biurko, ani tym bardziej brać jakąś robotę poniżej swoich możliwości. A ponieważ prowadzący jedne z zajęć wspomniał, że poszukuje organizatora, który zająłby się wszystkim, co dotyczyło jego zajęć, postanowił spróbować.

Dogadali się i odtąd wysyłał różne maile, pisał na forach o kolejnych zajęciach i zbierał zapisy. Prowizja, którą miał dostawać była przyzwoita. Wkrótce zebrał odpowiednią grupę osób i odbyły się pierwsze zajęcia z jego udziałem jako organizatorem. Gośka też tam była, oczywiście za znacznie mniejszą kwotę, bo nie policzył jej swojej prowizji. Sam też nie musiał płacić za zajęcia, więc nie dość, że z nich skorzystał, to nie musiał za nie płacić i jeszcze na tym zarobił. To mu odpowiadało.

Zajęcia udały się świetnie. Zarówno prowadzący, jak i uczestniczy byli bardzo zadowoleni. Jan chętnie przytulił do swego serca kwotę, którą zarobił dzięki tym warsztatom. Mógł wreszcie spokojnie odetchnąć. Miał kasę na kolejny miesiąc oszczędnego życia.

Umówił się z prowadzącym co do tematu i terminu kolejnych zajęć i pojechał razem z Gośką, tym razem do niej.

Odpoczęli chwilę po zajęciach. Takie warsztaty dawały im zawsze pozytywnego kopa w górę. Pomiędzy uczestnikami wytwarzała się jakaś wielka synergia, która powiększała ich potencjał. Wspólna intencja medytacji i oczyszczania swojego umysłu z negatywnych przekonań dawała im siłę. Czasem nawet jeść im się nie chciało podczas przerwy, tak byli pozytywnie naładowani.

Z reguły taki stan uniesienia trwał kilka dni po zajęciach.

— To normalne — powiedział prowadzący, gdy go o to kiedyś zapytał. — Razem generujemy potężną energię i wzmacniamy się wzajemnie. Nie od parady mówią, że z kim przestajesz, takim się stajesz. Dlatego warto otaczać się dobrymi, miłymi i życzliwymi ludźmi

— I chodzić na warsztaty — dodał ze śmiechem Jan.

— Właśnie — odwzajemnił jego uśmiech.

Gośka przygotowała kolację, którą zjedli ze smakiem. Odkrył, że proste jedzenie — chleb, nieco awokado, pomidor i cebula z odrobiną oleju lnianego i przyprawami smakowały wyśmienicie, a w towarzystwie osoby, którą się lubi, wręcz wybornie.

Byli pełni energii, więc jeszcze długo w nocy kołysali się na falach namiętności, a ich wargi i ciała spijały nektar rozkoszy, uniesienia i oddania. Czuł się tak błogo, jak nigdy dotąd. Doceniony jako kochanek i spełniony mężczyzna.

Z czasem zaczął organizować zajęcia i innym osobom. Chodzili więc razem na jeszcze więcej różnego rodzaju warsztatów i seminariów, a on przy tym zarabiał. I to nawet dobrze. Niewiele mniej niż w ostatniej pracy.

Było mu więc coraz lepiej. Myślał nawet o tym, czy nie zapytać Gośki, czy by nie chciała… Te słowa jednak jakoś nie chciały mu przejść przez gardło. Bał się nawet o nich pomyśleć. Gdzieś wewnątrz siebie czuł jeszcze ranę po poprzednich związkach.

Tak upłynęło im błogie półtora miesiąca. A potem nagle, z dnia na dzień, Gośka powiedziała, że dzwoniła Ulka i ma dla niej jakąś dobrą robotę w biurze, a ściślej w księgowości.

— Chcesz podliczać słupki jakichś durnych wydatków? — był niezadowolony, gdy mu o tym powiedziała.

— Zarabiać muszę, mieszkanie się samo nie opłaci.

— Przecież ja zarabiam. Mogę ci dać czy pożyczyć na czynsz. Zakupy przecież robimy razem — przekonywał.

Ale ona jakoś nie chciała o tym słyszeć.

— No nie wiem, spłukana jestem. Zostało mi kilkaset złotych na koncie.

— To może, jak mówiłem ci wcześniej, zajęła byś się ze mną organizacją tych zajęć? Widzisz przecież, że dobrze idą.

Zamyśliła się przez chwilę.

— Może to i dobry pomysł, ale tam więcej zarobię. Nie sądziłam nawet, że tyle teraz płacą. Gdy powiedziała mu kwotę, też się zdziwił, bo to było nawet ciut więcej, niż teraz zarabiał, gdy pomagał trzem osobom w warsztatach.

— A masz doświadczenie? — nie dowierzał.

— Kiedyś rok byłam asystentką głównego księgowego, więc trochę się orientuję. Resztę pokaże mi Ulka. Dam radę i podszkolę się w audycie. Ona już w tym siedzi z pięć lat.

Zasmuciło go to trochę. Zwłaszcza, że miała zacząć od przyszłego tygodnia. Ale co było robić — uparła się.

Odtąd ich poranki nabrały zupełnie innego tempa. Zrywała się wcześnie, brała szybki prysznic i robiła śniadanie. Początkowo wstawał razem z nią i wspólnie jedli. Ale w kolejnym tygodniu już mu się nie chciało. Przyzwyczaił się do tego, że kładli się dotąd późno, bo oglądali różne ciekawe, inspirujące filmy w internecie, albo zwyczajnie się kochali. Teraz jednak ona wybiła go z tego rytmu. Wracała też dosyć późno, bo na mieście były korki, więc czasem była w domu z powrotem dopiero dziesięć godzin po wyjściu.

Kręcił na to nosem, ale co było robić. Świetnie zarabiała i nawet była zadowolona z atmosfery w pracy. Pooddawała małe pożyczki swoim koleżankom i jeszcze miała pieniądze na wspólne wakacje, które planowali.

Odtąd jeszcze bardziej doceniali wspólne chwile. Było bowiem dużo mniej czasu na spacery, rozmowy i warsztaty. Z niektórych z nich nawet zrezygnowała. Zostawiła sobie tylko jogę, bo to ją bardzo cieszyło i medytację. Czuła się kobieco i lekko na tych zajęciach. Dawały jej też one satysfakcję, że może wykonać dobrze te liczne asany. Czuła się z tymi ćwiczeniami dobrze, ponętnie i młodo. Dodawały jej sił, uśmiechu i wigoru.

Co było robić. Jan przyzwyczajał się powoli i do tego. Znowu więc chodził sam na spacery i część zajęć. Póki co, nie chciał odpuszczać narzuconego sobie tempa. Chciał poznać i zrozumieć jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Chciał poznać dogłębnie siebie, swoje negatywne wzorce, które mu przeszkadzały w szczęśliwym i spełnionym życiu i chciał zakosztować pełni boskości, którą obiecywali niektórzy nauczyciele duchowi. Chciał po prostu być szczęśliwy. Tu i teraz, natychmiast. A tymczasem mijały kolejne tygodnie takiego życia. A zmiany były, póki co, małe. Cieszył się tylko, że finansowo i związkowo jest miło i stabilnie.

Pierwszy zgrzyt nastąpił, gdy nie chciała z nim jechać w weekend na zajęcia w góry.

— To za daleko autem. A tyle godzin w pociągu to nie dla mnie — narzekała.

— Damy radę. Przecież to nie jest koniec świata — przekonywał zdziwiony.

— Ale ja muszę być w poniedziałek rano w pracy.

— No to wyjedziemy wcześniej. Przecież wielu tak robi — przypomniał jej, że czasami na zajęciach, na których bywali, niektórzy kończyli odrobinę wcześniej w niedzielę, aby zdążyć na ostatnie pociągi, autobusy, albo spokojnie dojechać autami do domu.

— Nie chce mi się — wzruszyła ramionami. — Muszę nieco odpocząć po tym kołowrocie w pracy — przeciągnęła się i ziewnęła.

— Jak chcesz — rzucił tylko naburmuszony.

Co było robić. Pierwszy raz od kilku miesięcy pojechał sam na warsztaty. Czuł się trochę dziwnie, bo już przywykł do jej częstej obecności, jej zapachu, dotyku i spojrzenia. Czuł się z nią dobrze i nie chciał tego zmieniać.

Gdy wrócił z zajęć, nie zastał jej w domu. Przyjechał wcześniej, bo chciał jej zrobić niespodziankę i nieco z nią pobyć. Zdziwił się, że nie odbierała telefonu. Pojechał zatem do siebie.

Rano też nie odbierała. Dopiero wieczorem udało im się skontaktować.

— Halo — powiedział, gdy odebrał połączenie od niej.

— Cześć. I jak było?

— Fajnie. A dlaczego cię nie było?

— Długo by opowiadać. Dziewczyny mnie wyciągnęły na miasto i zabalowałyśmy.

— Aha. To o której się widzimy?

Chwilę trwało, zanim mu odpowiedziała.

— Wiesz, dziś chcę odpocząć po wczorajszym. Więc może jutro po pracy?

— Dopiero? — był wyraźnie zdziwiony i rozczarowany.

— No przecież niedawno się widzieliśmy. Wytrzymasz. To na razie.

— Cześć.

Nie był zadowolony z tej rozmowy. Coś go niepokoiło. To nie było wyraźne uczucie, ale jeszcze dłuższą chwilę nie dawało mu to spokoju.

Kilka kolejnych dni upłynęło im w normalnym ich rytmie. Rozmawiali, kochali się i spali. Ona zrywała się do pracy, a on spał sobie smacznie dłużej jakieś dwie godziny. Potem wstał, sprawdzał pocztę i odpisywał na maile. Ustalał też kolejne terminy zajęć, które organizował. Po południu roznosił ulotki i umieszczał ogłoszenia w necie.

I w takim mniej więcej rytmie upłynęły im dwa kolejne miesiące.

W międzyczasie zafascynowały go odkrycia dotyczące różnych starożytnych budowli, które najwyraźniej zostały zbudowane z użyciem technologii nam dzisiaj niedostępnych, choć oficjalna nauka tego jeszcze nie uznawała. Widział te wszystkie ogromne głazy szczelnie dopasowane do siebie, których nie zdołałyby obecnie przesunąć największe dźwigi, nie mówiąc już o uniesieniu ich. Dostrzegał też artyzm i precyzję wykonania rzeźb i detali, które mogli wykonać tylko prawdziwi artyści lub zaawansowane urządzenia sterowne komputerem.

— Czyżby — zadawał sobie te same pytania, które od lat rozważali znawcy tematu — przed nami była o wiele bardziej od nas rozwinięta cywilizacja? A co, jeśli to byli kosmici, albo co, jeśli to kosmici zainicjowali rozwój technologiczny na ziemi? A może nawet każdy inny — w tym duchowy? — zastanawiał się, oglądając kolejne filmiki na ten temat w internecie.

Wciągały go one coraz bardziej. Uwielbiał te nowe rozważania na temat piramid i ich przeznaczenia. Z zachwytem patrzył na to zdjęcie z góry, ukazujące, że ściany piramid podzielone są pionowo w połowie i de facto jest ich osiem, a nie cztery, na dodatek lekko wklęsłe. A widać to tylko tuż po wschodzie słońca podczas równonocy.

Pociągała go cywilizacja Puma Punku, której nazwa brzmiała, jak jakieś zaklęcie. Zobaczył te fascynujące budowle z takimi detalami wykonanymi w kamieniu, których nie mogliby zrobić teraz nawet najlepsi kamieniarze, czy inżynierowie.

Podekscytowany oglądał zatopione piramidy w pobliżu Japonii, których wielkość była imponująca. Jego zaciekawienie sięgnęło zenitu, gdy przeczytał i zobaczył zdjęcie skamienieliny, na której obok tropu dinozaura widniała ludzka stopa.

— Czyżby… — po raz kolejny nabrał głębszego oddechu, a jego umysł potrzebował chwili, aby przywyknąć do tej myśli — nie mówili nam prawdy o naszej przeszłości? — rozważał. — A może historia ludzkości wyglądała zupełnie inaczej, niż nas uczono w szkole? — gorączkował się. — Kto zatem ukrywa prawdę i dlaczego?

I tak, jak przez ostatni czas żył tylko w atmosferze miłości, radości, harmonii i szczęścia, tak teraz wnikał w ciemne, mroczne tematy spisków, tajnych stowarzyszeń i manipulacji, które powszechne były w różnych instytucjach, ruchach społecznych, nauce, a nawet i religiach.

— To okropne, nieludzkie… Jak tak można? — mówił sam do siebie, oglądając kolejne materiały w internecie. — Więc pieniądze to obecnie tylko zapis w komputerze? Więc to nie rząd USA kieruje walutą tego kraju? Więc to nie politycy rządzą krajami? Więc to nie Titanic zatonął? Więc piramidy nigdy nie były grobowcami? Więc te rewolucje były sterowane, żeby jeszcze bardziej ogłupić ludzi i wyciąć tych, którzy jeszcze potrafili myśleć? Więc Hitler być może uciekł i żył potem jeszcze długo w Ameryce Południowej, albo nawet na Antarktydzie?

W jego głowie aż się gotowało od nadmiaru informacji. Nagle świat, który zaczął mu się w ostatnim czasie tak klarownie układać, znowu zaczął usuwać mu się spod stóp. Zupełnie tak, jakby ten cały rozwój, czy też poszerzanie świadomości okazało się być odkrywaniem kolejnych kłamstw, którymi zewsząd faszerował ludzi system, w którym żyli. System finansowy, polityczny, religijny i medialny. I tak jak dotąd wypełniał się tylko pozytywnymi afirmacjami, myślami i uczuciami, tak teraz był przerażony natłokiem nowych i niezbyt pomyślnych dla ludzi informacji.

Tych knowań, manipulacji, ukrywania prawdy i niejasności oraz zafałszowań faktów było mu po prostu za wiele. Czytając, słuchając i oglądając te wszystkie materiały, Jan popadał w coraz większe przygnębienie. I tak, jak przez cały rok unoszony był na fali szczęścia, radości i energii do zmiany świata na lepsze za pomocą wizualizacji, medytacji i modlitwy, tak teraz popadał w coraz większy smutek i zniechęcenie spowodowane mnogością zła, manipulacji i knowań, które teraz odkrywał. A już najbardziej dobiło go to, gdy się dowiedział, ile mrocznych, satanistycznych, wykorzystujących negatywnie energie symboli, znaków i gestów przekazywanych jest w muzyce rozrywkowej w teledyskach. Niektórych z nich w ogóle nie było widać, bo pokazywane były tylko przez zbyt krótki czas, aby przeciętny człowiek nie mógł ich zauważyć. Teraz już wiedział, co znaczy jedno oko, piramida czy rogi z włosów na głowach młodych piosenkarek.

— Ciekawe, czy one wszystkie o tym wiedzą i się na to zgadzają, czy też są tak beznadziejnie głupie lub dające sobą manipulować? A może lecą zwyczajnie na kasę i sławę? Może reszta się dla nich nie liczy, byle hajs się zgadzał?

Próbował się zorientować, co można zrobić, aby było lepiej, ale na różnych forach poza pisaniem, że właśnie w jakimś mieście sypią z samolotów szkodliwe chemitrails albo podają dzieciom trujące szczepionki w Afryce czy Indiach, niewiele się działo. Były oczywiście jakieś protesty, czy próby debat z politykami, ale na niewiele to się zdawało. Zresztą okazało się, że politycy to tylko marionetki jakichś grup rządzących zza kurtyny. Niewidoczni dla innych, stale pozostawali w cieniu i dzięki temu mogli sprawiać wrażenie, że wcale ich nie ma. Ale z zimną zawziętością i bezduszną taktyką parli do przodu, próbując zrealizować swoje antyludzkie i niemoralne cele.

— Zwyczajne bicie piany, które nikomu w niczym nie pomaga — ocenił krótko tę pisaninę na różnych forach. — Po co zatem nam cała ta wiedza, skoro nic lub niewiele możemy z tym zrobić? — zastanawiał się, pisząc w podobnym tonie kolejne posty na jednym z forów internetowych.

Ale tego już się w ogóle nie spodziewał. To był jak cios poniżej pasa. Natrafił na materiały mówiące o tym, że różne środowiska są inwigilowane przez różnych agentów ciemnych sił, a nawet przez nich sterowane. Ponoć również te środowiska alternatywne.

To już go wnerwiło nie na żarty.

— To kto jest zatem wrogiem, a kto przyjacielem? — rozważał.

I wtedy sobie przypomniał porady pewnego nauczyciela duchowego, że największym wrogiem, z którym trzeba się zmierzyć, są nasze własne negatywne tendencje, wzorce mentalne i energetyczne, które są uśpione w podświadomości. To one psują nam budowanie lepszej, pięknej, spokojnej, zdrowej i szczęśliwej teraźniejszości, a tym samym i przyszłości.

— Jak z tym walczyć? — zapytał go.

— To z czym walczysz, rośnie w siłę — odpowiadał mu — bo karmi się twoją energią, którą temu dajesz.

Przyjął to z pokorą. Wierzył mu. Zaczął więc z ochotą i regularnie afirmować pokój i spokój w swoim wnętrzu, życiu i otoczeniu. Trochę bardziej się po tym uspokoił, a niektóre osoby nawet zaczęły się do niego uśmiechać, choć wcześniej relacje z nimi były napięte lub nijakie. To go zachęciło do dalszej pracy nad sobą i wykorzenienia ze swojego umysłu wszelkiego zła. Chciał, aby w jego wnętrzu panował tylko boski spokój, lekkość, miłość i nadzieja.

Pisał codziennie afirmacje, które polecił mu prowadzący warsztaty. Oprócz tego regularnie medytował i słuchał nagranych medytacji na określone tematy jak pokój serca, spokój umysłu, doskonałe zdrowie i samopoczucie.

Potem gdzieś wyczytał, że jeśli choć jedna osoba rozwinie w sobie w pełni spokój, to ogarnie on cały świat. Miało to się stać na zasadzie efektu setnej małpy. Zaobserwowano bowiem, że gdy pewna ilość małp nauczyła się myć banany, to inne też to robiły, choć nie było pomiędzy nimi fizycznego kontaktu.

— Najwyraźniej informacja o tym odkryciu gdzieś się zapisuje energetycznie w matrycy świata. Ale czy to prawda? — zaczynał mieć coraz większe wątpliwości co do jakości i prawdziwości nauk, które pilnie zgłębiał przez te ostatnie miesiące. Co prawda prace Masaru Emoto go zaciekawiły i uwielbiał patrzeć na te kryształy, które tworzyły się w wodzie tylko pod wpływem wypowiadanych przy niej słów lub nawet karteczek z napisanymi na nich pozytywnymi lub negatywnymi wyrazami, które naklejano na naczynia, ale pewne wątpliwości pozostały.

— Przecież my się składamy w ponad 70% z wody — zauważył zaciekawiony i oszołomiony. — Więc jaki duży wpływ mają na nas te słowa, które wypowiadają do nas inni czy te, które mówimy sobie sami. O Boże… przecież do tego wliczają się wszystkie słowa i obrazy, którymi karmią nas media — uświadomił sobie. — To dlatego niektórzy nauczyciele doradzają wyłączenie tych programów, które mówią o złu czy nienawiści. I pewnie dlatego coraz więcej osób ogląda głównie to, co jest w internecie, a nie klasyczną telewizję. Ja też już coraz mniej jej oglądam. Głównie filmy przyrodnicze, podróżnicze i kabarety. Widać instynktownie wyczułem, czym grozi takie oglądanie różnych dzienników, wiadomości czy serwisów informacyjnych. Zbyt dużo tam jest negatywnych treści i napięcia. Może nawet ktoś je tak specjalnie dobiera, aby szokować ludzi i im szkodzić? Kto wie? — zastanawiał się.

Ufał co prawda, że świat zmierza ku dobremu, ale wątpliwości jakoś nie ustępowały. Nie dawało mu to spokoju. Wciąż się zastanawiał nad tymi naukami, że wystarczy tylko jedna osoba do zmiany świata na lepsze.

— To dlaczego to jakoś dotąd się nie stało? Co, nie ma dwóch albo dziesięciu dobrych ludzi, którzy medytują w intencji pokoju? — nie mógł tego pojąć. Widział przecież całe setki, a może nawet i tysiące medytujących równocześnie ludzi w Azji. — Za słabi są, czy co? Nikt z nich nie wykorzenił zła ze swego umysłu? —

Chodził długo po pokoju, bo czasem dawało mu to jakąś przestrzeń do lepszego rozważenia zagadnień. — To co robią ci wszyscy mistrzowie znani na całym świecie? — posmutniał. W końcu, po długim czasie, zaczęło docierać do niego coś zupełnie nowego. Aż przymrużył oczy, jakby właśnie odkrył kolejną, mroczną i skrywaną tajemnicę.

— A może te nauki kłamią? Albo zawierają w sobie jakieś małe ziarenko prawdy, otoczone przez duże chwasty kłamstw, niedopowiedzeń i manipulacji? Przecież gdyby tak było, to już Buddzie by się to udało — zastanawiał się. — A może z nim jest podobnie jak z Jezusem? Do końca nie wiadomo, czy istniał ktoś taki — Jan przez długi czas męczył się z tym tematem, bo wyrósł w tej tradycji. Zdumiało go, gdy przeczytał, że Jezus, podobnie jak Mojżesz, jak podejrzewali niektórzy badacze, mógł być postacią wymyśloną — figurą poetycką. Albo zlepkiem kilku postaci znanych w tamtym okresie. A już gdy natrafił na informację, że prawdopodobnie i Sokrates został wymyślony przez Platona na zasadzie swojej antytezy czyli przeciwieństwa, to przez cały dzień chodził przybity. Wieczorem nawet prawie dostał gorączki od tego natłoku nowych, szokujących informacji i emocji, które się w nim kłębiły.

Jan nie wiedział już, co o tym wszystkim sądzić. Bo jeden przypadek, nawet tak znanej postaci jak Jezus, to może by i przebolał i przyjął. Ale kilka?

— To w jakim świecie my żyjemy?! To co jest zatem prawdą? I kto ją zna? — wkurzał się i dumał, popijając swoją ulubioną ziołową herbatę. — Może Jezus to jednak tylko kompilacja różnych postaci, które były w tamtych czasach wędrownymi nauczycielami? Albo całkiem go wymyślono, aby wtłoczyć ludziom trochę duchowych czy psychologicznych nauk, by zająć nimi umysły ludzi — zamyślił się głęboko, siadając w fotelu. A co z całunem turyńskim? Ech, też do końca nie wiadomo kiedy się pojawił. Może to tylko jakaś technologia nam nie ujawniona go stworzyła, żeby ludzie wierzyli. Wierzyli, ale nie wiedzieli na pewno… Kto wie…

— Chyba rzeczywiście żyjemy w jakimś pieprzonym matrixie i nikt już nie wie, co jest prawdziwe, a co jest sztuczną kreacją. I kto tak nami manipuluje? — wnerwiał się. — I po co? Tak… po co?…

Dwa dni nie zaglądał do internetu i nic nie czytał na ten temat. Chciał odsapnąć. Z telewizji zrezygnował już dawno, bo poszło się porzygać od tych tandetnych, propagandowych reklam ciągnących się ponad dziesięć minut i kretyńskich, negatywnych informacji oraz pseudorozrywkowych programów.

— Kto to jeszcze wytrzymuje? — dziwił się.

I wtedy przypomniał sobie, jak przeczytał, że wielu podejrzewa, iż George Orwell nie stworzył sam z siebie tej strasznej wizji społeczeństwa przyszłości w roku 1984, tylko będąc członkiem tajnych stowarzyszeń, napisał to, co oni chcieli, aby zaistniało potem w społeczeństwie.

— To tylko nędzne, perfidne programowanie umysłów! — wkurzał się coraz bardziej. — Tylko kim są ci, którzy tym wszystkim sterują? — to pytanie wciąż pozostawało bez odpowiedzi.

— Ale spokojnie — dowiem się — zmarszczył groźnie czoło — a wtedy… — zacisnął bezwiednie pięści, a jego wzrok stał się zimny jak stal. Patrzył w dal, jakby próbując odgadnąć swoją przyszłość lub wyczuć, co ma dokładnie robić.

Te nowe rozważania pochłonęły go całkowicie i nawet z Gośką rozmawiał rzadziej. Tyle, co na zajęciach i gdy wspólnie jedli. A potem gnał na organizowane przez siebie warsztaty lub wyszukiwał w necie kolejne informacje. Pochłonęły go one tak bardzo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy założyli mu w domu internet. To były długie godziny, doby i dni buszowania po sieci. Jak urzeczony przeskakiwał wtedy z tematu na temat, ucząc się tej trudnej sztuki serfowania po sieci. Bo gdy zaledwie zakończył czytać lub oglądać jakieś ciekawe zagadnienia, natychmiast odnajdywał nowe, które je uzupełniały lub rozszerzały. To było jak nałóg. Ciągnęło się bez końca.

— To ciekawe, że młodsze pokolenie nawet nie jest w stanie pojąć, że kiedyś nie było internetu — uśmiechnął się gorzko i z lekkim smutkiem.

Ale teraz chciał wreszcie poznać prawdę i powiedzieć o niej ludziom. Chciał dojść po nitce do prawdziwego kłębka zdarzeń i tych, którzy go namotali. Chciał wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego zajął się tak dogłębnie rozwojem duchowym i zgłębianiem tajemnic świata. Siedział zatem długie godziny i w relaksie słuchał inspiracji swojej wyższej jaźni, tej boskiej cząstki w nim, która ma stałe połączenie ze Stwórcą. Tak go uczyli, a on czuł, że to jest prawda.

Z czasem zaczął też odczuwać pobudzenie jakiejś energii w dole kręgosłupa. Czuł mrowienie i dziwne gorąco, które szło mu do brzucha.

— To kundalini — tłumaczył mu nauczyciel. — Boska energia zgromadzona w dole kręgosłupa. Gdy się przebudzi, wędruje do mózgu, aby się z nim połączyć. Wtedy następuje rozszerzenie świadomości, a przy pełnym jej rozwoju następuje oświecenie, czyli doznanie pełni swojego jestestwa. To połączenie się z Bogiem i unia ze światem. Wtedy wie się i widzi wszystko od razu. Człowiek staje się pełnią i niczego więcej już nie potrzebuje, bo staje się falą szczęścia, błogości i miłości. Rozumie wszystko i nie ma już swojego ograniczającego ego — osobowości.

Bardzo mu się to wszystko podobało i dlatego medytował jeszcze więcej, aby szybciej pobudzić tego węża kundalini, jak go niektórzy nazywali.

Pozostawał zatem w domu i długie godziny siedział z prostym kręgosłupem, aby umożliwić wzejście tej energii do góry. Czasem miał różne wizje, a nawet obrazy jak w kinie, różnych przeżyć z dzieciństwa i sytuacji, które wyglądały, jakby to było jakieś inne życie kogoś zupełnie innego.

— To przeszłe życia, które się czasem pokazują w medytacji. Przypominają o tym, co było ważne dla naszej duszy i podświadomości. Czasem też pokazują nam przyczyny naszych problemów w obecnym życiu.

— Jakich problemów? — dopytywał.

— Na przykład dotyczących związków, finansów, seksu, albo relacji z niektórymi osobami.

— Rozumiem.

Stałe medytacje pochłaniały go całkowicie. Chciał poznać całą prawdę o sobie, świecie i stworzeniu ludzi. Wchłaniał w siebie ciszę tych chwil i koił się dobrą energią, która wypełniała go coraz bardziej.

Gośka też jakoś rzadziej domagała się wspólnie spędzanego czasu. Zaczęła nawet częściej nocować u siebie. Początkowo było mu to nawet na rękę, bo mógł oddać się niemal całonocnym medytacjom i nie musiał się nią zajmować. Ona patrzyła tylko jakoś tak dziwnie na niego, gdy objawiał jej swoje nowe odkrycia.

— Schudłeś — zauważyła w końcu.

— To chyba dobrze — mrugnął szelmowsko okiem. — Człowiek szczupły wygląda na młodszego — uśmiechnął się. — Poza tym dobry kogut nigdy nie jest tłusty.

— A tam… — machnęła tylko ręką. — Gotowałeś coś dzisiaj?

— No… nie było czasu — rozejrzał się po nieco zabałaganionym mieszkaniu.

— To co, ja mam harować, a tobie się nawet raz na tydzień jakiejś zupy nie chce upichcić? — powiedziała z wyrzutem.

— Też mogłabyś czasem coś zrobić. Wychodzisz wcześnie, przychodzisz coraz później… — dopiero teraz to do niego dotarło.

— Jajecznica będzie, nic więcej mi się nie chce — rzuciła tylko i poszła do kuchni. Wbiła cztery jajka na patelnię i zaczęła je mieszać drewnianą łyżką. Już po chwili miała dobrze ściętą jajecznicę, którą nałożyła na dwa talerze. Obok położyła po kilka kromek chleba razowego.

Jedli w milczeniu. Tego dnia oboje jakoś nie byli w sosie. Nie chciało im się ze sobą gadać, a po kolacji każdy zagłębił się w internecie. Ona poszła szybko spać, a on medytował prawie do rana. Potem wsunął się cicho do łóżka i przytulił do jej pleców. Przespał może z dwie godziny.

Nazajutrz powróciła lepsza atmosfera. Wybaczali sobie te drobne nieporozumienia, jak kiedyś na początku ich znajomości. Śniadanie zjedli razem, całując się i przytulając. Tym razem to on przygotował posiłek.

Tak mniej więcej mijały im kolejne dni. Jemu na medytacjach i wypatrywaniu w necie różnych nowinek, a jej na pracy i dojazdach do niej. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Ale kilka dni potem powiedziała, że musi zostać dłużej w robocie, żeby coś tam nadgonić.

Cierpliwie czekał aż do godziny dwudziestej. Dopiero wtedy zadzwonił.

— Przecież się umawialiśmy na kolację i dłuugą, czułą noc — zachęcał, gdy mu powiedziała, że jeszcze jej trochę zejdzie.

— To nie ucieknie, a pracy muszę pilnować. Wiesz… chyba prześpię się u siebie.

— No co ty?

— No, bo zmęczona jestem strasznie — ziewnęła do słuchawki — a jeszcze mi pewnie z dwie godziny to zajmie.

— Aż tyle? — wkurzył się.

— Będziesz miał więcej czasu na medytacje.

— Hm… — nie chciał już naciskać. — No to co, jutro się widzimy, tak?

— Jutro chcę się z Ulką i Danką spotkać. Mamy babskie sprawy do obgadania. Ale pojutrze jak najbardziej możemy się zobaczyć. Najlepiej na mieście. Zjemy coś i pospacerujemy chwilę. Muszę się dobrze wyspać.

— Sama?

— No chyba nie chcesz mnie budzić chrapaniem?

Zdziwiło go to, bo chociaż rzeczywiście czasem zdarzało mu się zachrapać, ale nigdy jakoś jej to wcześniej nie przeszkadzało.

Trochę ciężko mu się medytowało przez te dwa dni. Nie czuł natchnienia i tej wewnętrznej lekkości, z jaką czasem zagłębiał się w siebie, osiągając ciszę i spokój umysłu, w której objawiały mu się różne pomysły i obrazy. Kundalini niewiele mu się poruszyło. Raz tylko poczuł jej drgnienie.

Na spotkaniu też była jakaś taka oschła. Tak mu się przynajmniej wydawało. I chociaż przytulali się parę razy i wymienili pocałunki, to czegoś mu brakowało. Rozmowa też była jakaś taka średnia. Nie wiedział dokładnie, o co chodzi, ale wyczuł inną atmosferę pomiędzy nimi. Jakby była jakaś spięta. A gdy już nie dało mu się jej jednak namówić, na wspólną noc, postanowił zadzwonić do Ulki. Coś mu tu śmierdziało.

Wkurzony wrócił do domu i od razu wybrał numer.

— Hej, co tam u ciebie — zapytał na początek.

— A wporzo, jakoś leci. Robota, dzieciaka trzeba odprowadzić do przedszkola i tak w koło Macieju. A jak tam te twoje warsztaty?

— Bardzo dobrze, ale wiesz… ostatnio Gośka jest jakaś taka dziwna. Powiedz, o co tu chodzi? Znacie się przecież od lat — od razu przeszedł do rzeczy.

— Hm… wiesz… — zamilkła na chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć.

— Co hm…? Jakbym wiedział, to bym nie dzwonił — zaniepokoił się. — Mów co wiesz.

— No dobra… — nie chciała przedłużać, a poza tym lubiła go i szanowała, że był taki normalny — nie pił, nie palił i nie oglądał się za innymi babkami. — No… ona się chyba spotyka z szefem.

— Co?… Co ty gadasz? — zatkało go nieco.

— No byli na jakimś szkoleniu razem i chyba pomiędzy nimi coś zaiskrzyło. Mówiłam jej, że to głupie i żeby uważała. Ale najwyraźniej nie słuchała.

— Dziękuję za szczerość. Trzymaj się.

— Pa.

To był wstrząs. Tego się nie spodziewał. W głowie mu zawirowało, a żołądek podszedł mu pod samo serce. Musiał usiąść.

— Może nie jest jeszcze za późno? — pocieszał się, mając nadzieję na to uczucie, które go połączyło z Gośką.

Nie odbierała jednak, gdy do niej zadzwonił. Wysłał jej sms-a z prośbą o oddzwonienie.

Ne wierzył, że mogłaby… z kimś innym…

Podjechał samochodem pod jej mieszkanie. Stanął tak, aby nie rzucać się w oczy i widzieć alejkę przed jej bramą. Nadal nie odbierała, ani nie odpisywała. Światło w mieszkaniu było zgaszone, więc postanowił zaczekać.

Mijała już druga godzina, gdy ją zobaczył. Nie była sama. Szła z kimś pod rękę.

Zadzwonił do niej i patrzył, co zrobi. Wyciągnęła telefon, spojrzała tylko na ekran i wygasiła go. Schowała aparat do torebki. Jak gdyby nigdy nic wsunęła tamtemu rękę pod ramię i zmierzali do bramy. Tej bramy, którą tyle razy przekraczali razem, upojeni szczęściem i roześmiani.

Zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Mógł podbiec i zrobić jej scenę, a tamtemu obić ryja. Już prawie się zerwał, gdy coś w nim go powstrzymało. Jeszcze raz zadzwonił. Znowu spojrzała tylko na ekran i schowała aparat.

Szybko wysłał jej sms-a: Spotkamy się dziś?

Znowu wyjęła telefon i przeczytała. Chwilę się zastanawiała i szybko odpisała: Nie dzisiaj. Padam z nóg. Muszę odpocząć.

Zadzwonił.

Tym razem odebrała.

— Cześć — próbował być miły, a nawet się uśmiechnąć. — To kiedy się widzimy?

— Może jutro po siedemnastej.

— A może dziś? — mówił kusząco. — Zrobię ci masaż.

— Jutro. Teraz nie mogę rozmawiać. Kończę dopiero robotę.

— No to masaż dobrze ci zrobi. Zrelaksujesz się i…

— Jedyne, o czym marzę, to pójść teraz do łóżka i porządnie się wyspać. Pa, muszę kończyć. Lecę z nóg.

Widział, jak patrzyła na tamtego i się lekko uśmiechała.

— Aha, to pa.

— Pa.

To było jak zdzielenie go w twarz z plaskacza zaraz po przebudzeniu.

Jeszcze chwilę się wahał czy nie podbiec i nie obić im obu gąb. W zasadzie już otwierał drzwi auta. Zagryzł jednak zęby w ostatniej chwili. Była przecież dorosła i nie byli małżeństwem. Szkoda tylko, że kłamała mu tak ohydnie. Niemalże w żywe oczy.

— Nosz kurwa — nie wytrzymał, gdy patrzył, jak spokojnie wchodzili do bramy. — Pieprzone zdziry — uderzył dłonią w kierownicę. Przeklinał rzadko, ale teraz go poniosło.

Wrócił do domu.

Nie mógł uwierzyć w to, że ta, którą pokochał, jego bogini, szlaja się teraz z kimś innym. I to po tym, co razem przeżyli. Nie chciał dopuścić do siebie, że być może teraz…

Jeszcze raz zadzwonił. Usłyszał tylko sygnał oczekiwania na połączenie.

Wysłał jej jeszcze jednego sms-a: Tęsknię i czekam na telefon. Odezwij się. Dodam ci energii. Po co czekać do jutra? ;) — zakończył puszczeniem oczka, ale zbierało mu się na płacz na przemian z chęcią, aby jednak pojechać do niej, dać jej w twarz, a tamtemu porządnie obić mordę. — Oboje zasłużyli. Ja pieprzę… może od razu powinienem zareagować? — długo jeszcze gryzł się z tymi myślami.

To spotkanie nie było przyjemne.

— Cześć.

— Cześć — powiedziała sucho. Była spokojna i opanowana, a jego aż nosiło.

— I jak, wypoczęłaś?

Uśmiechnęła się tylko.

— Wiesz Jan…

— No pewnie, że wiem! — chciał jej wykrzyczeć w twarz, ale się wstrzymał.

— Jakoś ostatnio odsunęliśmy się od siebie.

— Co ty gadasz? Zawsze starałem się spędzać z tobą jak najwięcej czasu. O co ci chodzi?

— Medytowałeś, miałeś te swoje zajęcia…

— Przecież też mogłaś chodzić na nie i jeździć. Ale wolałaś jakieś pogaduchy z koleżankami. Co, nie zależy ci już na rozwoju?

— Zależy… ale chcę spokoju, stabilizacji.

— Jakiej stabilizacji? Oboje przecież zarabiamy. Dobrze nam ze sobą, a ja nawet chciałem, no… chciałem cię…

— Wiem… Ale to się chyba nie uda. Ty poczułeś wolność i poszybowałeś gdzieś w dal, a ja potrzebuję teraz stabilnego gniazda.

— Co ty gadasz? Przecież się kochamy, mamy mieszkania, pieniądze? O co ci chodzi?

Spojrzała na niego przeciągle i westchnęła.

— Chyba pora na dzieci, założenie rodziny.

— No dobra, pomyślimy o tym…

— Jan… poznałam kogoś — utkwiła w nim beznamiętne, suche spojrzenie.

Poczuł jak bezradność wypełniała mu powoli najpierw nogi, a potem tułów i serce. Nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa.

— To dobry człowiek. Ustabilizowany. Wolny. Dobrze się dogadujemy — mówiła powoli.

— A ze mną się źle dogadywałaś? — doszedł wreszcie do głosu. Nie mógł uwierzyć w to, co ona mówi. — To co znaczyły te wszystkie miesiące? To kochanie się do rana?… Czego ci u mnie brakuje? Co on takiego ma? — wydobył z siebie resztki sił.

— Ty jesteś jeszcze młody duchem. Jesteś idealistą. A ja chcę pożyć spokojnie, jak ludzie.

— To dotąd nie żyliśmy jak ludzie?

— To były… — próbowała dobrać odpowiednie słowo — wakacje. Takie miłe odprężenie, ale…

— Niektórzy przez całe swoje życie nie będą mieli tyle wakacji. Tylko zapieprzają od rana do nocy przez czterdzieści lat, a potem budzą się z ręką w nocniku, chorobami i brakiem szczęścia, a nawet zadowolenia z całego życia. A my mieliśmy szansę poznać coś głębszego, zobaczyć i doświadczyć szerszej perspektywy naszego życia. Poczuć wolność i dowiedzieć się prawdy o świecie.

— No widzisz. Ty będziesz szukał, drążył, dociekał… A ja już chcę po prostu szczęśliwego małżeństwa, dwójki dzieci, domu pod miastem…

— To nie mogłaś mi o tym powiedzieć. Przecież możemy…

— Nie możemy.

— Jak to?

— Przyjęłam jego oświadczyny. Tak będzie lepiej dla mnie i dla ciebie.

Pokiwał tylko smutno głową.

— Tak myślisz?

— Tak czuję — spojrzała na niego przestraszona, widząc, jak bardzo zbladł.

— Czyli ten cały rozwój duchowy i bycie ze mną było dla ciebie tylko odpoczynkiem pomiędzy poważnymi związkami, tak? Byłem tylko taką miłą odskocznią na wakacjach? Załapałem się na twoją chęć namiętnego bzykania?

— Nie Jan. Ja też cię kochałam — powiedziała cicho.

— A teraz już mnie nie kochasz? A to ciekawe. Ponoć miłość jest wieczna i nie ma początku, ani końca. Jest, albo nie ma jej wcale.

— Tak się mówi, ale życie pokazuje czasem inaczej. No… czasem można kochać — utkwiła w nim spojrzenie — dwie osoby naraz, ale wybiera się tę jedną.

Posmutniał, choć jeszcze przez moment zastanawiał się, czy nie wykorzystać jeszcze jakoś tego, co mu właśnie powiedziała. Ale po chwili odpuścił.

— Czyli nie chcesz być ze mną?

— Już nie. Ale dziękuję ci za wszystko. To był piękny czas…

— Widać nie dość piękny… przynajmniej dla ciebie — pokiwał smutno głową, próbując oswoić się z tym, co mu właśnie powiedziała. — Rozumiem — zadrgały mu usta, ale się opanował. — Zatem powodzenia ci życzę i szczęścia.

— Dziękuję. Tobie też.

— Do widzenia — chciał odejść jak najprędzej.

— Do widzenia… Jan, na pewno znajdziesz jeszcze swoją wielką miłość. Wierzę w to — rzuciła za nim, gdy odchodził. — Zasługujesz na to — dodała już tylko cicho sama do siebie. Wiedziała, że będzie mu z tym ciężko. Dobrze go poznała i wiedziała, że to wrażliwy mężczyzna, niemalże unikat na tym świecie.

Popatrzyła jednak na pierścionek na swojej ręce i uśmiechnęła się na myśl o tym, co miało ją wkrótce spotkać na tej drodze życia, którą wybrała.

A on rzucił jej jeszcze ostatnie, krótkie spojrzenie i odszedł szybkim krokiem. Chciał być jak najdalej stąd.

Ten dzień nie był przyjemny. Wrócił do domu i nawet przez chwilę zastanawiał się, czy nie napić się wina, ale jakiś cudem się powstrzymał. W domu nie miał już od dawna żadnego trunku. Od kilku miesięcy był wegetarianinem i uważał na to, co jadł i pił. A wszelkie trunki były szkodliwe i miały złe wibracje — tak mówił mu jego nauczyciel.

Pooglądał trochę telewizji, której nie włączał przez długi czas. Ale nie znalazł nic ciekawego, poza końcówką komedii z Louisem de Funes’em. On zawsze wprawiał go w dobry nastrój.

— Mały nerwus, który jak nikt umie rozbawić człowieka — śmiał się. — Jak to jest, że w latach siedemdziesiątych robili takie zabawne filmy, a teraz tylko strzelanki, albo głupie telenowele? — zastanawiał się. Ale film szybko się skończył. Westchnął głęboko, bo ponury nastrój znowu zaczął do niego wracać.

— No cóż. Przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Może to jakaś próba, nauka, albo lekcja dla mojej duszy? Albo jakaś pieprzona karma — tłumaczył sam sobie, gdy usiadał do medytacji. Najbardziej jednak na świecie chciał teraz wziąć ją w ramiona, zacałować jej twarz i wjechać członkiem w jej waginę. O niczym innym nie marzył.

Próbował spokojnym oddechem wpłynąć na swoje samopoczucie, ale tym razem niewiele to dało. Po jakiejś półtorej godziny poddał się i poszedł spać.

Ranek nie był radosny. Nie chciało mu się wstawać, jeść, ani nigdzie iść. Nawet na maile nie odpowiedział, tylko zobaczył, że ktoś się dopytuje o szczegóły najbliższych warsztatów.

— Pieprzę to. Idę na spacer.

Wyszedł do swojego ulubionego parku, ale i tu nie znalazł ukojenia.

— Kurcze, jak te emocje szarpią człowiekiem — zauważył. — A chciałem zbawiać innych mądrością i wiedzą. Tylko co teraz? — wzruszył ramionami.

Przez cały tydzień chodził smutny i osowiały. Odpisywał tylko na te najpilniejsze maile i kupował jedzenie. Poza tym nigdzie nie chodził i nic nowego nie czytał. Postanowił się zresetować. Wyjechał w pobliskie góry.

Te trzy dni nieco go uspokoiły. Raz nawet zadzwoniła Ulka.

— Cześć.

— Cześć.

— I jak się trzymasz?

— Ujdzie.

— Co robisz?

— Spaceruję trochę po górach. Tu mam przynajmniej świeże powietrze.

— I spokój.

— Ta…

— To dobrze. Żebyś tam czegoś głupiego nie zrobił. Tak bywa. Trafisz jeszcze na swoją.

— Ta… — mówił bez przekonania.

— No to trzymaj się i być może do zobaczenia na jakichś zajęciach. Chyba znowu zacznę chodzić na jogę.

— Okej, dziękuję, że dzwonisz. Pozdrawiam.

— Pa.

Zdał sobie sprawę, że to już był koniec jego związku. Westchnął ciężko i rozejrzał się po górach. Ich cisza dodawała mu nieco otuchy i spokoju.

Postanowił, że pomimo bólu i rozczarowania, które czuł, będzie kontynuował swoje badania i poszukiwania. Wciągnął się nawet w popularno-naukowy serial pokazujący tajemnice świata i antyczne budowle. Podejmował on tematy ufo, obcych cywilizacji i tych, które choć były kiedyś wysoko rozwinięte, to nagle zniknęły bez śladu i żadnej widocznej przyczyny.

Obejrzał kilka sezonów „Starożytnych kosmitów” i „Gwiezdnych wrót”. Ten drugi był czystą, filmową rozrywką, ale jak najbardziej poruszał wszystkie te tematy. Było nawet kilka odcinków, w których mówiło się o oświeceniu. Te zainteresowały go najbardziej. Oba seriale mu się bardzo podobały. Czas mijał mu szybko, a on powoli wracał do równowagi. Wykasował nawet wszystkie smsy od niej i do niej i był gotowy na coś nowego. A przynajmniej na spokój, którego teraz najbardziej potrzebował.

— Wszystko płynie, zmienia się — przypomniał sobie. — A nie mogłoby zmieniać się z przyjemnego na jeszcze bardziej przyjemne? — przedrzeźniał swoje własne myśli. I wtedy zrozumiał, że to być może jakieś negatywne tendencje jego własnej podświadomości, której przecież nie znał w całości, mogły spowodować w jego życiu takie właśnie zawirowania. Postanowił uważniej przyjrzeć się swojemu dzieciństwu, a zwłaszcza relacjom pomiędzy rodzicami, które już wiedział, że mocno potem rzutowały na życie człowieka.

— Może moi rodzice też mieli różne tarcia, gdy byłem mały? Albo uważali, przynajmniej w pewnym okresie, że związki to tylko udręka, kłopoty i nieporozumienia? Zdrady, któregoś z rodziców raczej nie podejrzewam, ale kto ich tam wie. Przecież też byli młodzi, mieli gorącą krew i chcieli zakosztować życia. Albo jedno z nich mogło mieć kiedyś jakiś poważny problem do rozwiązania, a drugie je wtedy zostawiło z nim samego. Dokładnie jak mnie teraz Gośka. Bo ponoć schematy rodzinne się powtarzają. Ale czy musi tak być? — przelatywało mu przez głowę z szybkością błyskawicy.

Westchnął głęboko i poszedł napić się mocnej, zielonej herbaty. To go czasem odświeżało.

Jan postanowił się w coś zaangażować. Chciał zająć swój umysł czymś pożytecznym. Z uwagą czytał o różnych spotkaniach i planach dotyczących rozwoju świata i jego własnego kraju. Nawet uczestniczył w kilku akcjach zalesiania i uświadamiania ludzi, skąd się bierze w sklepach pokrojone pięknie w plasterki mięso.