Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ikona z Jasnej Góry jest owinięta grubym kokonem legend. Czy są one prawdziwe? Tak, ale nie tyle w swej faktografii, ile w swoim przekazie teologicznym. Są dowodem na to, że Częstochowska Ikona od początku uobecniała w sobie niezwykłą Boską Moc. Moc niespotykaną!
Skoro jest cudowna, to musi być zupełnie wyjątkowa: mieć autora takiej miary jak św. Łukasz, być namalowana na deskach tak niezwykłych, jak blat nazaretańskiego stołu, mieć dzieje nasączone niezwykłościami jak gąbka.
Piękny ten kokon, ale może warto zajrzeć głębiej niż każą legendy?
Bo wówczas Ikona opowie nam WSZYSTKO.
Pojawi się obraz jeszcze piękniejszy, cuda tym bardziej zajaśnieją. Ikona rzuci światło w przyszłość. Okaże się proroctwem. Zrozumiemy, że Ona MOŻE WSZYSTKO.
Ikona - by wypełniła swe zadanie, musi posiadać trzech twórców. Pierwszym jest Bóg. O jej powstaniu decyduje Jego wola i Jego natchnienie. Drugi twórca świętego wizerunku to malarz, który jest jedynie „kopistą” Boskiej wizji. Jest jeszcze trzeci autor. To człowiek modlący się przed ikoną. Gdy ikona ma trzech autorów, jest żywa i czyni cuda. Gdy modlą się przed nią miliony ludzi - dzień i noc, przez setki lat - posiada ona Boską moc. Taka jest Ikona z Jasnej Góry.- Wincenty Łaszewski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Projekt okładki i stron tytułowych
Fahrenheit 451
Projekt graficzny, przygotowanie do druku, skład i łamanie wersji do druku, retusz zdjęć
TEKST Projekt
Redakcja i korekta
Barbara Manińska
Dyrektor wydawniczy
Maciej Marchewicz
ISBN 9788368771251
© Copyright by Wincenty Łaszewski
© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2026
Wydawca
Fronda PL, Sp. z o.o.
ul. Łopuszańska 32
02-220 Warszawa
tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35
faks 22 877 37 34
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwofronda.pl
www.facebook.com/FrondaWydawnictwo
www.twitter.com/Wyd_Fronda
Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora, współautora oraz wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
DEDYKACJA
WSTĘP
CZĘŚĆ PIERWSZA. POCZĄTKI „IKONY MATKI”
1. CZŁOWIEK – NAJCENNIEJSZA IKONA
2. ŹRÓDŁO MARYJNYCH IKON
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
Drodzy Czytelnicy, moje Siostry i moi Bracia!
Ta książka jest dla Was – ludzi zwykłych, szarych, głęboko wierzących.
Dla Was – uparcie oddających Maryi cześć, nawet gdy dziś to niemodne, niewłaściwe, a nawet niepoprawne.
To mój hołd dla Was, którzy swoją modlitwą i życiem dajecie Kościołowi Matkę, bo gdzie Ona, tam Kościół staje się domem.
To książka dla Was, którzy przez swe umiłowanie Maryi Niepokalanej zapewniacie trwanie Kościoła przy Prawdzie i przywołujecie powrót Jezusa w chwale.
Ta książka nie jest doskonała. Nic na świecie nie jest doskonałe poza Chrystusowym odkupieniem. Ale jest tu całe moje serce, cała moja wiedza, a także całe moje maryjne doświadczenie. Wam ofiarowane.
Ta książka jest dla Was! Niech będzie spotkaniem z Tą, której Niepokalane Serce przelewa się Bożą łaską. Niech pomoże Wam stanąć tak blisko przy Niej, że z tego najpiękniejszego duchowego naczynia będzie spływać niebo.
Zamieszkajcie pod tym Bożym Wodospadem…
Jest deszczowy jesienny wieczór, na Jasnej Górze dochodzi godzina dwudziesta pierwsza. Kaplica wypełniona po brzegi, głowa przy głowie, serce przy sercu. Za chwilę rozpocznie się Apel Jasnogórski.
Stoję w prezbiterium, wpuszczony przez zakrystię, przyciśnięty do ściany, w głębi, tak że nie widzę nawet Cudownej Ikony.
Mogę ją tylko oglądać odbitą w spojrzeniu wpatrzonych w nią ludzi.
I nie potrafię od tego widoku oderwać oczu. Czuję się tak, jakby moim udziałem stało się objawienie. Ukazuje mi się ono w odległości zaledwie kilku metrów ode mnie.
Tamtego wieczoru byłem świadkiem obecności Maryi. Oglądanej w osobach dwojga wizjonerów.
Na wprost Królowej, w pierwszym rzędzie, stoi dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna, chyba przed czterdziestym rokiem życia. Nie wiem, jak wcześnie musieli tu przyjść, by zająć najbardziej uprzywilejowane miejsce w kaplicy.
Chociaż stoją w centrum, nikt ich nie widzi, nikt nie zwraca na nich uwagi. Czy na pewno nikt? Ktoś na nich patrzy – mam wrażenie, że tylko na nich. Patrzy z taką uwagą i czułością, że dla tych dwojga przestał istnieć cały świat.
Istnieją tylko Ona i oni.
Kim są? Nie ma powodu, by ktoś się nimi zainteresował. Nie są ani piękni, ani dobrze ubrani. Są szarzy, prości, ubodzy, spracowani, mają na sobie odświętne tanie ubrania. Ich zmęczone twarze uniesione są w górę, ku Ikonie.
Jak nazwać to, co widzę? Są różni. Jego spojrzenie – jakby w czystym zachwycie, jej – jakby w ufnym zawstydzeniu. Trwają zapatrzeni. Nie robią niczego więcej. Zdawałoby się, że nie oddychają, że krew nie krąży w ich żyłach. Oni tylko są…
Dla nich zegary się zatrzymały. Na pół godziny przestał istnieć czas.
Dwoje ludzi… Żadne z nich przez cały ten czas nie oderwało oczu od Madonny.
Tych dwoje nie widziało Obrazu. Oni spotkali się z żywą Maryją. Reszta zniknęła.
To o nich pisał prymas Wyszyński: „Zdumiewająca była ich spokojna, ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą”.
Jakże zazdrościłem im ich prostej wiary, ich bezgranicznej ufności, tego zakochania, które oddaje wszystko. W tym momencie ich życie osiągnęło swój szczyt. Stanęli na Jasnej Górze i wspięli się z niej jeszcze wyżej – aż do nieba.
Będą o tej wizycie opowiadać swoim dzieciom i wnukom. Wracać do tej chwili jak do najpiękniejszego wspomnienia. Będą mówić o tym spotkaniu do końca życia, z nadzieją, że powtórzy się ono raz jeszcze – gdy będą umierać.
To mistyka prostych i pokornych. Dostępna chyba tylko dla takich serc.
Tamte chwile ujawniły w tych ludziach najpiękniejsze piękno stworzenia, które nie straci nigdy swego powołania do życia w zjednoczeniu z Bogiem. Do bycia z Nim jednością – tak blisko, jak w utraconym Raju.
Piękne było również i to, że nie byli osobno. To było ich wspólne doświadczenie, ich „razem”. Nie stali jeden obok drugiego – oni trwali przyciśnięci do siebie.
Pewnie gdyby byli tu zupełnie sami, a nie ściśnięci przez ludzką ciżbę, staliby tak samo blisko.
Tych dwoje ludzi widzi tu więcej niż wszyscy uczeni i mędrcy razem wzięci. To oni powinni opowiadać nam o Jasnogórskim Oknie otwartym na Siódme Niebo. Ale skoro nie pochylą się nad pustymi kartami i nie napiszą słowa, to, co ja napiszę, z całą pokorą, na jaką mnie stać, oddaję im – w hołdzie, na kolanach. Kolejne dni i miesiące zachwycony ich otwarciem na dotyk nadprzyrodzonego ciepła i miłości.
Teologowie nauczają, że ikona to okno uchylone na niebo. Ale może staje ono otworem tylko dla takich, jak tamtych dwoje zwyczajnych ludzi. Otwarcie ikony na widoki Raju jest możliwe tylko dla nich – dla tych, których serca już są „otwarte” na Boga.
Nieważne, czy byli to święci, czy ludzie pełni słabości i grzechu. Należy tu zastosować inne kryterium. Jak je nazwać? Może to tęsknota za tym, kim każdy z nas był i jest w Bożych planach – za świętością właśnie, za zjednoczeniem ze Stwórcą, za życiem w krainie Bożej woli, do której tęsknimy, ale do której nie umiemy trafić?
Ta książka jest dla nich. Niech umocni ich doświadczenie spotkania, które stało się ich udziałem przed Jasnogórskim Tronem Królowej Polski. By jeszcze bardziej Ją pokochali. By sami z wolna stali się – tak jak Ona – Ikoną Boga.
Co tych dwoje ujrzało w obliczu Czarnej Madonny? Stawiam to pytanie, wciąż zazdroszcząc im tamtego objawieniowego spotkania. Chciałbym podarować im tę książkę, z nadzieją, że po jej lekturze w ich oczach pojawi się choć iskierka światła podobnego do tego, które miałem łaskę oglądać tamtego wieczoru.
To dla nich piszę. I dla wszystkich, którzy w Świętej Ikonie zobaczyli Najświętszą Maryję.
Składam, litera po literze, najważniejszą z opowieści, które znam i które poznam w przyszłości – najważniejszą wśród ważnych, najpiękniejszą wśród pięknych, najbardziej proroczą pośród proroczych.
To opowieść, której nici snują się barwnie przez minione stulecia, a jedna z nich przebiegła tamtego dnia przez serca tych dwojga prostych ludzi… Przyglądam się tym niciom w zachwycie, widząc, jak świecą blaskiem nieba, patrząc, jak Ikona z Jasnej Góry uchyla się dla mnie na chwilę, zaledwie na szerokość odbicia oglądanego w ich źrenicach i przez wąską szparę pozwala oglądać niebo.
To opowieść o tym, jak Boska Opatrzność tka z tysięcy takich chwil historię, która zmienia świat. Wszystkie te małe, po ludzku nic nieznaczące Boże przebłyski są jak warkocz tkany z niezliczonych, niemal niewidocznych cienkich nitek. I powstaje z nich splot, w którym – wiem to! – ukryte są proroctwa będące nasionami przyszłych, świętych dni, stanowiące odpowiedzi na nasze najważniejsze pytania, układające się we wskazówki i drogowskazy, które sprawią, że nie zgubimy drogi. To miniona historia, która wciąż trwa, która wyrzuca nas na brzeg współczesnego „tu” i obecnego „teraz”, która daje prostą odpowiedź na najtrudniejsze pytania: o „jutro” i o wieczność.
Przychodzimy do Niej, klękamy, śpiewamy. Jesteśmy, pamiętamy, czuwamy… Ale ile wiemy o tym świętym, ikonijnym oknie otwartym dla nas na Jasnej Górze?
O czym jest ta najważniejsza z najpiękniejszych opowieść?
To opowieść o Jasnej Górze, której imię jest czymś więcej niż wskazaniem miejsca na mapie. To opowieść o Boskiej, Ikonicznej Latarni omiatającej światłem ziemie świata. A jej blask, gdziekolwiek dotrze, rodzi Boże życie.
Widziałem to w oczach tamtych dwojga.
To opowieść o Czarnej Ikonie, pełnej tajemnic i ukrytych znaczeń. To opowieść o Wizerunku będącym oknem otwartym na niebo. Wpada przez nie Boskie światło, które daje życie. Wieje przez nie niewidzialny Boży wiatr, który zmiata z nas grzech i brud. Sączą się przez nie nieustannie krople łaski, które karmią w nas to, co święte. I nagle nasza doczesność zaczyna nosić cechy „tamtej strony”.
Spisuję duchową historię opowiadającą o miejscu, które z nadania nieba stało się przed wiekami naszą duchową stolicą. To opowieść o miejscu, które jest też mistycznie obecne wszędzie tam, gdzie przed Jasnogórską Ikoną – w domu czy w świątyni – płonie światło czyjegoś serca.
Przywołuję opowieść o tym, co znaczy widzieć w Jasnej Górze oś wielkiej, narodowej historii. Maryjnej historii.
To wreszcie opowieść o missioclaromontana – misji Jasnej Góry przekraczającej ojczyste granice i w ogóle ziemskie granice.
To opowieść o dziejących się wokół cudach bez miary. Czy trzeba dodawać, że to również opowieść o cudach, które czekają na nasze przywołanie?
I znowu, jak refren… Wiem, kto przywoła te cuda. To ludzie jak tamtych dwoje, których owego pamiętnego dnia widziałem na Jasnej Górze, a którzy mnie nie widzieli. Oni widzieli niebo.
Czy może dziwić, że dla nich piszę i im dedykuję swój trud?
Niewiele pozostało ikon z pierwszych wieków. Zabrakło też tej, która była pierwowzorem ikony z Jasnej Góry - jej „Matki”. Nie dotrwał do naszych czasów także wizerunek Maryi Jerozolimskiej. Jeśli nie Turcy, to wojska napoleońskie…[Jerozolimska ikona Matki Bożej, według legend powstała piętnaście lat po Wniebowstąpieniu Pańskim]
Spoglądamy w krąg chrześcijaństwa i od razu dostrzegamy to, co w nim fundamentalne – w jego centrum myślenia znajduje się wiara. Zawsze wiara… Inny jest nasz cel. Nie bogactwo, nie sława czy władza. Nie zdrowie, długie życie czy powodzenie we wszystkim, co człowiek zamierza.
Ona podnosi nas do samego nieba, nadaje nam niezwykłą godność, więcej – jest dla nas bramą do nadprzyrodzonego świata, gdzie Bóg podaje nam rękę, by pociągnąć do siebie.
A dla człowieka nie ma nic ważniejszego niż chwila, gdy Bóg stwarza nas dla siebie.
Wiara zapewnia, że Bóg dla każdego z nas zaplanował szczęśliwą wieczność, że pragnie zanurzyć nas w swej nieskończoności, że chce nam dać udział w szczęściu, które nie ma ani miary, ani granic.
Od Boga wyszliśmy i do Boga mamy powrócić. Nie ma nic ważniejszego, nic piękniejszego.
Człowiek korzeniami tkwi gdzie indziej, w nieskończoności. Wymykamy się kategoriom świata…
Pojąć prawdę o nas samych możemy tylko wtedy, gdy zapatrzymy się w Boga.
Każda ikona to przede wszystkim światło. Złoto otaczające postacie, nałożone na nimby – wszystko mówi o istnieniu i działaniu Boga. „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28).[Cimabue, Madonna na tronie z Dzieciątkiem i dwoma aniołami, ok. 1280 r., Bazylika Santa Maria dei Servi, Bolonia]
To dla nas Bóg powołał wszystko do istnienia. Także wieczność. Jesteśmy tak wielcy, że nawet „aniołów sądzić będziemy”! (1 Kor 6,3). A jeśli komuś to mało, niech wsłucha się w nasze chrześcijańskie wyznanie wiary. Słyszymy w nim, że sam Bóg „dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba”. Chciał być jednym z ludzi – dla naszego ocalenia!
Każdy z nas to najwyższe stworzenie w świecie widzialnym i niewidzialnym, to największe objawienie miłości Boga, wielka święta niepowtarzalność. Nawet aniołowie zajmują miejsce za nami. Nie oni są szczytem stworzenia. Są tylko „posłańcami Boga”. Zostali stworzeni „dla nas, ludzi”, by przekazywać nam dobre nowiny Boże i ostrzegać przed wyborem fałszywych dróg – powabnych, a kończących się przepaścią. Są po to, by pomóc każdemu z nas dotrzeć do brzegu wieczności…
Tylko spójrzmy na ikony. Gdy w dniu wcielenia anioł spotyka się z człowiekiem, kto przed kim klęka? Sam archanioł Gabriel, jeden z największych czystych duchów, pada na kolana przed Maryją z Nazaretu, człowiekiem…
Najważniejszy jest człowiek. Wystarczy wejść w krąg sacrum, by wiedzieć to z niezachwianą pewnością!
To dlatego chrześcijaństwo nie przestaje podkreślać, że nasza wiara jest „religią człowieczeństwa”. Chrześcijaństwo jest opowieścią o człowieku – o każdym z nas. Opowiada o pięknie bycia człowiekiem. I o pięknie jego przeznaczenia.
Drugim bohaterem ikon jest człowiek. Jest on najważniejszym Boskim dziełem. Hołd oddają mu nawet aniołowie.[Zwiastowanie Maryi, późna ikona Komnenosa z końca XII w., Klasztor św. Katarzyny, Synaj, Egipt]
Wielki świat ikony… Trudno go nam dziś odczytać i ocenić, skoro między jego powstaniem a naszym spojrzeniem na nią dokonała się cicha rewolucja. W jakimś momencie dziejów odsunięto nas od Boga, dokonała się zmiana myślenia z religijnego na świeckie, pojawiła się idea zastąpienia marzenia o świętości pragnieniem ziemskiego sukcesu.
Ikona ma się do tego nijak. Od niej można się nauczyć tylko jednego: zjednoczenia z Bogiem. I tęsknoty za tym, co wieczne.
To, co w całej kulturze chrześcijańskiej jest najbardziej „ludzkie” – a więc Bóg zatroskany o człowieka, a więc wcielenie Jego Syna, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie (to jest właśnie nasze Credo) – nagle przestaje być nam „bliskie”… Ktoś odsuwa nas od nadprzyrodzoności. Straciliśmy wiedzę o sobie samych – o tym, że znajdujemy się w centrum „wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”, że jak głosi nasze Credo – wszystko dzieje się ze względu na każdego z nas. Każdy człowiek, kimkolwiek by był, jest wyjątkowy, najważniejszy. Każdy jest w centrum wszechświata, a znajdująca się w nim oś ma na imię „Bóg”. To On jest naszym pierwszym kręgiem istnienia: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27).
Tę prawdę przekazuje nam świat ikon. Przedstawieni na nich Przenajświętszy Chrystus, Najświętsza Maryja i każdy ze świętych są cali zanurzeni w Bogu. Oni znaleźli w nim Sens, oni spotkali w Nim Prawdę, dla nich On stał się Wszystkim!
A my, zapatrzeni w ikonę, pragniemy tego samego.
Może dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy stajemy przed ikoną Maryjną. Bo Maryja neguje wszystko, co wychwala dziś świat. Gdy słowa: „Jestem człowiekiem, więc nic, co ludzkie, nie jest mi obce”, mają być zawołaniem naszego życia, gdy mają nadać najwyższe prawa naszej wolności i oswoić każdy grzech… Najświętsza Panna głośno temu zaprzecza i proponuje zupełnie inną drogę.
To Ona jest najpełniej i najbardziej, i najdoskonalej człowiekiem. W ikonach jest ukazana jako pełnia człowieczeństwa, wzór niedościgniony. Możemy spoglądać na Jej ikonę i zastygnąć w zachwycie. Zapatrzeć się w nasze przeznaczenie. I wielkość.
Maryja jest dla świata niebezpieczna. Jest przeszkodą do wyznaczonych przezeń doczesnych celów. Choć była wysławiana jeszcze w poprzednim pokoleniu, dziś nie ma być już wzorem. Bo… nie poznała wszystkiego, co „ludzkie”!
Tymczasem to Ona jest w pełni człowiekiem. W swoich ikonach pozwala nam odnaleźć Boskie piękno. Jest jak wyczyszczone lustro, w którym odbija się świętość i miłość Boga… Patrzymy na Nią i słyszymy: Taki może być człowiek.
Ikona zaprasza nas do wejścia w krąg nadprzyrodzoności i przeżycia mistycznego doświadczenia, które przy świętych ikonach jest na wyciągnięcie ręki.
Porównajmy ikonę do chrześcijańskiego Credo… Zawarte w niej święte prawdy można wypowiadać bez wiary w ich treść. By wyznanie wiary było prawdziwe, musi je głosić serce, które wierzy, w którym zamieszkały wszystkie prawdy wyznawane ustami – mówiące o pięknie Boga, o Jego miłości do człowieka, o naszym przeznaczeniu do chwały. Wtedy Credo staje się „moje”. Podpisuję się pod nim, choć nie ja jestem jego autorem.
Podobnie jest ze świętą ikoną… By spełniła swe zadanie, musi mieć więcej niż jednego autora – malarza. Musi posiadać trzech twórców.
Pierwszym jest Bóg. To On stoi u początku prawdziwej ikony. O jej powstaniu decyduje Jego wola, a także Jego natchnienie. Drugim twórcą świętego wizerunku jest malarz. Ale jest on właściwie jedynie „kopistą” Boskiej wizji. Dlatego ikona nigdy nie nosi jego podpisu.
Jest jeszcze trzeci autor. To człowiek modlący się przed ikoną. To on nadaje ikonie sens. Zapatrzony w święty wizerunek, spotyka się „na dotyk” z jej pierwszym autorem, którym jest Bóg. Ma spojrzeć w okno ikony i zobaczyć w nim swego Stwórcę.
Gdy omadlamy ikonę, stajemy się jej trzecim autorem. Dzięki nam ikona ożywa, staje się cudowna…
Trzeci autor, a więc każdy z nas, ma szczególne zadanie – ikona ma dzięki niemu dalej żyć. Powstała dzięki modlitwie i pracy malarza, ale trwać będzie właśnie dzięki ludziom, którzy otoczą ją czcią i modlitwą.
W świecie chrześcijańskiego Wschodu istnieje przekonanie, że „ikony umierają”. Staje się tak wtedy, gdy tracą swoich czcicieli, gdy ludzie z różnych powodów przestają się przed nimi modlić. Ikona pozostawiona sama sobie traci swój sens. Teologowie powiedzą krótko: „Ikona w samotności umiera”. To dlatego, kiedy komuniści umieścili tysiące ikon w muzeach, wielu prawosławnych przychodziło tam, by pod pretekstem zwiedzania modlić się przed nimi i nie pozwolić im umrzeć.
Ale jest też odwrotnie: Ikona omodlana i czczona przez wiernych ma w sobie coraz więcej życia i nabiera coraz więcej Bożej energii. Zanoszona przed nią modlitwa do Boga jest jak mistyczny gest trzymający ikonijne okno szeroko otwarte na niebo. Wtedy z wizerunku tryska Boże światło i wydobywa się z niego święty podmuch Ducha.
Ikona żywa – mająca trzech autorów – jest zdolna czynić cuda. Ikona, przed którą ludzie modlą się dzień i noc, tysiące osób, przez setki lat, jest potężna – posiada Boską moc.
Jak choćby Ikona z Jasnej Góry.
Święty Bazyli Wielki († 379) uczył, że „podstawowym zadaniem ikony jest bycie mostem”. Przy omodlonym wizerunku możliwe jest przejście przez ten most na drugi brzeg. Do nieba. Z Maryją Przewodniczką.
Skąd się wzięła ikona? Jak powstała ta zupełnie nowa jakość sztuki, całkowicie podporządkowana teologii i religijnej dydaktyce, służąca tylko jednemu – zbawieniu człowieka, i pozwalająca przekroczyć próg mistyki, by poznać Boga na nowy, namacalny sposób? Co sprawia, że namalowany przez człowieka obraz staje się duchowym oknem, przez które można zobaczyć niebo?
Na przełomie starej i nowej ery chrześcijaństwo było radykalnie nową religią. Wszystko było w nim nowe.
Uczniowie Jezusa odcięli się zarówno od wszystkiego, co pogańskie, jak i od tego, co żydowskie. Odrzucili myślenie pogan z ich wielobóstwem i rozwiązłością obyczajów, wyznając wiarę w jednego Boga i proponując radykalnie inną, bardzo wymagającą moralność. Podobnie odcięli się od kręgu judaistycznego, w którym przecież chrześcijaństwo powstało. Ich wiara w jednego prawdziwego Boga była inna niż żydowska. Bóg stał się człowiekiem i nas odkupił – tym samym skończyła się era Starego Testamentu i „wszystko stało się nowe”.
Podkreślanie inności wobec tego, co dotychczas było znane, pozwoliło chrześcijanom dokonać rewolucyjnego kroku zakazanego przez starotestamentalne Prawo. Zaczęli oni malować święte obrazy. Stworzyli całkowicie nową jakość wizerunków, coś, czego nie znała dotychczasowa historia.
Pojawiają się obrazy: okna-otwarte-na-niebo. Pierwsze ikony.
Tradycja religii żydowskiej kategorycznie sprzeciwiała się ich powstaniu. A jednak chrześcijanie uznali, że mają prawo je malować, bo mają prawo „zaprzeczyć” drugiemu przykazaniu Dekalogu. Przecież Bóg stał się człowiekiem – i jest teraz widzialny! W Jezusie Chrystusie Bóg ma ciało i krew, kolor włosów, barwę oczu, i jest „w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka” (Flp 2,7). Stał się „nazywalny”, można Go opisać słowami… Dlaczego więc nie można by przedstawić Go za pomocą farb?
Zwróćmy uwagę, że w Ewangeliach, które tyle mówią o Jezusie, nie znajdujemy żadnych opisów Jego postaci… Dla ich natchnionych autorów nie było istotne to, jak wyglądał Syn Boży, który „przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”. Istotnym pytaniem było: W jakim celu On to uczynił? Nieważny jest wygląd Jezusa, ważna jest Jego zbawcza misja, Jego sposób życia, Jego cel, czyli to, co Kościół nazywa „zasadą Jezusa”. Jak ona brzmi? Znowu przywołujemy słowa z wyznania wiary: „Dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba”.
Portret Jezusa ukazany w Nowym Testamencie za pomocą słów nie przedstawia Zbawiciela w „wymiarze ciała”. Zaspokajałby on tylko naszą ciekawość, a nie to jest zadaniem Ewangelii. Jej celem jest doprowadzenie nas do nieba.
Takie samo zadanie, jakie stanęło przed autorami ksiąg nowotestamentalnych, staje też przed twórcami świętych obrazów. Mają oni ukazać to, co w Jezusie jest Jego Boską misją. Nie wygląd, ale misję. Tworzący ikony mają ukazać barwą i kształtem wymiary niedostrzegalne – świat ducha.
Dokonują oni – z pomocą Ducha Świętego – czegoś po ludzku niemożliwego. Niebawem św. Bazyli Wielki († 379) zanotuje: „To samo, co [podczas czytania Ewangelii] słowa przekazują dźwiękami, docierającymi do uszu wiernych (…), malarze [tworzący ikony] w ciszy przekazują poprzez obraz”.
Z Wcieleniem Syna Bożego przestał nas obowiązywać zapis z Dekalogu, wzbraniający malowania „tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko” (Wj 20,4).[Chrystus Pantokrator, mozaika w stylu bizantyjskim w Cefalu, Sycylia]
Kościół zapewnia, że chrześcijanie mają nie tylko prawo, ale także obowiązek malować ikony. Przecież pierwszym „ikonopisarzem” był… sam Chrystus.
Bardzo wymowny jest fakt, że uczynił to Ten, który nigdy nie złamał najmniejszego z przepisów Prawa Bożego i który zapewniał, że starotestamentalne objawienie nie ulegnie zmianie do kresu istnienia świata. Jeżeli więc Chrystus malował ikony, to pozostawiając ludziom swój wizerunek, musiał w nowy sposób zinterpretować drugi nakaz Dekalogu, który jednoznacznie stwierdza: „Nie wolno”. Swym czynem potwierdził: „Teraz wolno”.
Skoro Jezus malował ikony, swym działaniem nie tylko pokazał, że wolno „czynić obraz i podobiznę”, ale też że w chrześcijaństwie powinny one istnieć i że mają do spełnienia ważną funkcję.
Nasz Pan „dał nam swój obraz”. Może nawet trzykrotnie.
Pierwszym obrazem otrzymanym od Chrystusa jest Veraikon, drugim – Całun Turyński, trzecim – Mandylion. Te obrazy otrzymały specjalną nazwę. To acheiropoiety (z gr. „nie ręką ludzką uczynione”). Są one dla chrześcijan najbardziej cenionymi skarbami. Podczas zagrożeń ze strony nieprzyjaciół czy w czasie epidemii były noszone w procesjach po murach miast. Wyłącznie one i relikwie tak cenne jak drzewo Krzyża czy szata Matki Bożej.
Najstarszy wizerunek przedstawiający scenę Zwiastowania ukazuje spotkanie Maryi z aniołem w chwili, gdy wypełnia Ona codzienne domowe czynności. Miejscem spotkania z Bogiem jest czas wypełniania obowiązków stanu.[Maryja z Dura Europos w Syrii, II w. (oryginał na górze); obok próba cyfrowej rekonstrukcji wizerunku]
Kiedy powstał najstarszy wizerunek Maryi?
Legendy powtarzają, że pierwsze przedstawienia Najświętszej Maryi Panny są dziełem św. Łukasza. To właśnie do tej tradycji odwołuje się od początku Ikona czczona dziś na Jasnej Górze.
Odłóżmy na razie przekaz o Łukaszu malarzu na półkę z legendami i poszukajmy czegoś więcej.
Istnieją mocne argumenty przemawiające za tym, że ikony były malowane i czczone już w II wieku i że znajdowały się wśród nich także wizerunki Matki Bożej. Ciekawą uwagę związaną z tym tematem zapisuje św. Augustyn z Hippony († 430). Twierdzi on, że w jego czasach „nie istniał żaden autentyczny portret Dziewicy”. Jego relację interpretuje się jako potwierdzenie istnienia maryjnych ikon, a święty biskup stawia tylko pod znakiem zapytania „autentyczność” tych portretów.
W pierwszych wiekach wykształca się forma przedstawiania Matki Bożej w pewnym schemacie stylistycznym. Najprawdopodobniej ma on swoje źródło w pierwszych maryjnych objawieniach.
Wiemy o objawieniu się Matki Bożej z Dzieciątkiem św. Jakubowi w Saragossie w 40 roku. Siedem lat później Matka Najświętsza – znowu z Dzieciątkiem – zjawia się w Le Puy-en-Velay. Kolejne objawienie odnotowane przez historię jest związane z postacią św. Grzegorza Cudotwórcy i ma miejsce w Neocezarei w 231 roku.
Najstarsze ikony przedstawiały Maryję jako Bogarodzicę. Boże Macierzyństwo to Jej sens istnienia, Jej godność i źródło mocy dla nas, którzy również jesteśmy Jej dziećmi.[Fresk Matki Boskiej w katakumbach Pryscylli w Rzymie]
Innym typem ikony maryjnej jest Ikona Orędowniczki. Nawiązuje ona bezpośrednio do roli Maryi jako Matki wszystkich uczniów Chrystusa. Ona modli się za nas, byśmy wierzyli w Jej Syna.[Madonna Advocata, klasztor dominikanek przy kościele Madonna del Rosario, Rzym, II–V w.]
Matka Boża Orędowniczka, fresk Teodora z kościoła w Ipari, Gruzja, ok. 1100.
Matka Boża miała objawiać się tak często, że można było mówić o schemacie Jej ukazywania się ludziom. Zapewnia o tym świadectwo pochodzące już z IV wieku, wiążące się z kościołem św. Anastazji w Konstantynopolu. Sozomen († 450) pisze w swojej Historii kościelnej, że wspomniany kościół był sławny
z częstych łask, jakie były tam otrzymywane przez oznaki Boskiej potęgi. Boża moc przejawiała się tam wobec osób zarówno czuwających, jak i śpiących, przynosząc ulgę wielu udręczonym przez chorobę oraz inne biedy. Wierzono, że ta moc pochodziła od Dziewicy Maryi, Matki Boga. W taki bowiem sposób Ona zwykła się objawiać.
Ostatnie zdanie sugeruje, że już w IV stuleciu istniał ustalony schemat maryjnych objawień. Matka Najświętsza „ma zwyczaj się ukazywać”, a więc istnieje już pewna reguła, która określa formę objawiania się Maryi.
Czy do tego schematu należy świadectwo o objawieniu się Matki Bożej w Konstantynopolu małemu żydowskiemu dziecku? Grzegorz z Tours w Księdze cudów – pierwszym zbiorze opowieści o cudach dokonywanych przez Maryję – opisuje ocalenie z ognia żydowskiego dziecka. Chłopiec poszedł na mszę świętą razem z chrześcijańskimi kolegami ze szkoły. Kiedy opowiedział o tym w domu, ojciec wpadł w szał i wrzucił go do rozpalonego do czerwoności pieca. Ale chłopiec został ocalony przez Matkę Bożą, której „obraz z Dzieciątkiem przy piersi” widział w bazylice: „Niewiasta, która siedzi na tronie w bazylice, gdzie przyjąłem chleb ze stołu, i która trzyma dziecko przy piersi, przykryła mnie płaszczem, żebym nie został pochłonięty przez ogień”.
Ten dokument pokazuje jeszcze jedno: w VI wieku w zbudowanej w Konstantynopolu bazylice znajdował się cudowny wizerunek Maryi z Dzieciątkiem. Wzmianka o tym, że Jezus był „przy piersi”, sugeruje nam typ ikony noszący miano Hodegetrii.
Z pewnością i on powstał w ramach objawieniowego schematu…
