Niewidzialna wojna. Siódme Objawienie Fatimskie i Pan tego świata - Wincenty Łaszewski - ebook
lub
Opis

Wulkany budzą się na nowo, trzęsienia ziemi niszczą całe miasta. Szaleją tornada i tsunami, zmienia się klimat. Zaraz za progiem toczą się krwawe wojny, których nikt nie chce nazwać wojnami. Chrześcijanie są mordowani za wiarę na skalę niespotykaną wcześniej. Zaczynają się wędrówki ludów, nienormalność staje się normą. Wielcy gracze finansowi z premedytacją rujnują całe narody. Czy to są znaki?

Czy Franciszek uważa się za ostatniego papieża? Czy sugeruje, że Antychryst już chodzi po naszych ulicach i niebawem wybierzemy go na swego władcę? Czy to za tego pokolenia Kościół zostanie zniszczony, a Bóg będzie mógł uratować świat już tylko przez powtórne przyjście prawdziwego Zbawiciela?

Ojciec Święty Franciszek wracając do Rzymu z pielgrzymki na Filipiny w styczniu 2015 roku powiedział;

„Jest taka książka, przepraszam, że robię reklamę, (...) została napisana w 1903 roku w Londynie.... (...) Nosi tytuł „Władca świata”, a autorem jest Robert Hugh Benson. I chociaż została napisana w 1903 roku, to warto ją przeczytać, a czytając ją dobrze zrozumiecie, co mam na myśli mówiąc o „kolonizacji ideologicznej”“.

Kolonizacja ideologiczna trwa: gender, aborcja, eutanazja, agresywne wyrzucanie wiary z przestrzeni publicznej. Istnieje sposób na weryfikację papieskiej wizji przyszłości. To analiza znaków, za pomocą których Bóg próbuje kierować współczesnymi losami świata. Mamy się czego obawiać, jeśli pokrywają się one z treścią powieści Lord of the World, (Władca świata)…

Cywilizacją ukazaną w tej profetycznej wizji rządzi dobry Antychryst, a globalizacja gospodarcza i ideologiczna staje się faktem. Mowa jest o powszechnym buncie natury, o straszliwych prześladowaniach i zdawałoby ostatecznym zniszczeniu Kościoła.

Czy to wszystko przed nami? Przyjrzyjmy się znakom opisanym w naszej książce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 425


Okładka

Fahrenheit 451

Ilustracje na okładce

© Martin [email protected], © [email protected]

Korekta i redakcja

Agnieszka Pawlik-Regulska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład, łamanie, indeks

Point Plus

ISBN 978-83-8079-124-4

Copyright © by Wincenty Łaszewski

© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydawca

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. (22) 836 54 44. 877 37 35

fax (22) 877 37 34

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Wiem, dlaczego cierpisz. Bo nadejdzie dzień, kiedy będziemy sobie życzyli, że posłuchaliśmy tego, co nam mówiłaś o kochaniu, służbie i zrobieniu tego, o co prosiłaś… ale będzie już za późno.

WIZJONERKA DO MATKI BOŻEJ W KIBEHO, 1981

Jest to […] walka z Mocnym, który trzyma człowieka w okowach (a jak bardzo my wszyscy jesteśmy trzymani w okowach bezimiennych potęg, które nami manipulują!). Tego Mocnego historia świata nie może pokonać własnymi siłami; zostaje on pokonany i związany przez Mocniejszego…

BENEDYKT XVI

WSTĘP

■ 19 stycznia 2015 roku zapytano papieża Franciszka o przyszłość świata. Ten w odpowiedzi poradził tylko: „Przeczytajcie Lord of the World Bensona1”.

Czyżby papieska prawda – i klucz do niezwykłego pontyfikatu – kryła się w książce sprzed 100 lat? Czy rzeczywiście zdaniem Franciszka najpełniejszej odpowiedzi na temat tego, co czeka ludzkość, udziela nam przerażająca w swym pesymizmie lektura Lord of the World – Pana świata?

Kardynał Francis George, arcybiskup Chicago, zastanawiał się podczas jednego z wywiadów:

Ciekawe, że ten papież mówi o powieści Lord of the World. O jedno chcę go zapytać: „Czy sposób, w jaki łączysz to, co robisz, z tym, co mówisz, jest hermeneutyczną interpretacją2 Twojej posługi, którą jest eschatologiczne przekonanie, że Antychryst jest z nami? Wierzysz w to?”. Chciałbym zapytać o to Ojca Świętego: „Co to wszystko znaczy?”. W pewnym sensie może to wyjaśnia, dlaczego papież zdaje się działać w pośpiechu. Nikt nie wydaje się tym [pytaniem] zainteresowany, ale uważam je za fascynujące, bo okazało się, że książka jest fascynująca. [...] Czy papież w to wierzy? [...] Co papież myśli o końcu czasu? […] Mam nadzieję, że zanim umrę, będę miał szansę go zapytać: „Jak chcesz, byśmy rozumieli Twoją posługę, skoro dajesz nam taki klucz?”3.

„Antychryst jest z nami”? Czyżbyśmy rzeczywiście mieli dziś już prawo do takich słów? Przecież oznaczałoby to, że jesteśmy ostatnim pokoleniem ludzkości, że za chwilę nadejdzie kres, a Bóg zwinie świat jak księgę i skończy się historia, a pozostanie tylko „ostateczność”: niebo i piekło! Coś jest być może na rzeczy, skoro kardynał Giacomo Biffi (†2015), który już w 2004 roku wprost głosił, że „Antychryst spaceruje wśród nas”, trzy lata później został poproszony przez Benedykta XVI o poprowadzenie rekolekcji wielkopostnych w Watykanie. Wtedy arcybiskup Bolonii znów podniósł temat Antychrysta, opierając swoje uwagi na twórczości Włodzimierza Sołowjowa (†1900), rosyjskiego teologa cenionego przez Benedykta XVI jeszcze przed wyborem na Stolicę Apostolską. Cytując Sołowjowa, kardynał powiedział: „Antychryst przedstawia się jako pacyfista, ekolog i ekumenista. […] Masy pójdą za nim, z wyjątkiem małych grup katolików, prawosławnych i protestantów…”4.

W Opowieści o Antychryście Sołowjow przewiduje, że mała grupa katolików, prawosławnych oraz protestantów stawi opór i powie do Antychrysta: „Dajesz nam wszystko z wyjątkiem tego, co nas interesuje: Jezusa Chrystusa”. Dla kardynała Biffiego opowieść ta jest ostrzeżeniem: „Dzisiaj grozi nam chrześcijaństwo, które odkłada na bok Jezusa z Jego krzyżem i zmartwychwstaniem”. Jeśli chrześcijanie „ograniczą się do mówienia o wspólnych wartościach, będą bardziej akceptowani w programach telewizyjnych i w grupach społecznych. Ale w ten sposób, wyrzekną się Jezusa”5.

Dokładnie to samo znajdujemy w powieści Bensona cytowanej przez papieża Franciszka…

Nie ma wątpliwości: warto przyjrzeć się temu tematowi nieco bliżej.

Dziennikarz „The Times” pisał 30 stycznia 2015 roku: „Papież wezwał wszystkich, którzy chcą go zrozumieć, do przeczytania powieści science fiction opublikowanej w 1907 przez Roberta Hugh Bensona”6. Zaś popularny, czytany w niemal każdym kraju na świecie, katolicki portal „Now the End Begins” dodaje: „Książka, którą [papież] poleca każdemu przeczytać, skupia się na dwóch postaciach – Antychryście i katolickim papieżu. […] Lord of the World przedstawia dystopijną7 wizję przyszłości i kończy się opisem ostatecznej bitwy między humanizmem [może lepiej: humanitaryzmem – W. Ł.] i katolicyzmem, która ostatecznie prowadzi do Armagedonu”8.

Franciszek poleca książkę, która mówi o zjawisku globalizacji mającej wymiar nie tyle społeczny, gospodarczy czy kulturowy, ale ideowy. Stanie się ona rzeczywistością dzięki niezwykle przemyślanym i celowym działaniom podjętym przez masonów i socjalistów. Publikacja opowiada o kresie czasów, naznaczonym tą najniebezpieczniejszą z globalizacji i uwieńczonym zwycięstwem Antychrysta, który pojawia się jako „Książę Pokoju” i zaprowadza Nowy Ład: świat bez wojen i sporów, bez biedy i cierpienia… Szokujące? Bez wątpienia tak, tym bardziej, że papież na treść tej wielowątkowej powieści powołuje się w swym pontyfikacie już po raz drugi. Nie jest on zresztą jedynym watykańskim autorytetem odwołującym się do dystopii Bensona. Pierwszym był „teolog Kościoła”, kardynał Joseph Ratzinger, późniejszy Benedykt XVI, potem papież-emeryt.

O czym mówi papież Franciszek? Czy rzeczywiście, jak chcą niektórzy, Lord of the World wyjaśnia inność jego pontyfikatu?

Ksiądz Dwight Longenecker, sam – podobnie jak autor Lord of the World – konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm i pisarz, zauważa:

Wielu katolików w krajach rozwiniętych ma problemy z dopasowaniem papieża Franciszka do swoich tradycyjnych wzorców myślowych. On łamie reguły, zaskakuje nowymi perspektywami i świeżymi kombinacjami. […] Ma inny zestaw priorytetów, percepcji i zasad oraz (jeśli się go naprawdę słucha) jego sposób patrzenia na świat i zachowanie się jako katolika w dzisiejszym świecie może być niepokojące i budzące zamęt…9

Zdaniem wielu obecny 266. papież jest „dziwny” i „stanowi wyzwanie”. Rzeczywiście, już w pierwszej chwili swego wyboru złamał trwającą przez 1100 lat tradycję przyjmowania imienia noszonego przez wcześniejszych papieży. Po raz pierwszy od 913 roku pojawiło się „nowe imię”. Jorge Mario Bergoglio to „Franciszek”, pierwszy papież o tym imieniu w historii Kościoła. Czy był to znak, że nowo wybrana głowa Kościoła chce, by jego pontyfikat też był „pierwszy” w swoim rodzaju i „inny”, bo i czasy obecne są zupełnie „inne” niż ostatnie jedenaście długich wieków?

Co więcej, pierwszy gest papieski też był „inny”! Franciszek nie założył tradycyjnego stroju nakładanego do udzielenia światu błogosławieństwa przez nowo wybranego papieża. Nim go udzielił, zwrócił się do ludzi, wypowiadając się przez dłuższy czas w języku świeckim – jakby chciał przemówić nie tylko do samych katolików czy chrześcijan. Znamienne, że (dla wielu niezauważenie) przestał być tytułowany „Ojcem Świętym”, a stał się tylko „papieżem”. Nie zamieszkał w apartamentach poprzedników, lecz pozostał w hotelu św. Marty. Zaczął nauczać za pomocą codziennych improwizowanych homilii. I tak dalej, i tak dalej… w tym pontyfikacie wszystko jest inaczej. Do tego stopnia, że arcybiskup Georg Gänswein, osobisty sekretarz Benedykta XVI, a zarazem prefekt Domu Papieskiego Franciszka, 20 maja 2016 roku na konferencji w Gregoriańskim Uniwersytecie Papieskim podczas prezentacji najnowszej biografii Josepha Ratzingera napisanej przez ks. Roberto Regoliego (Beyond the Crisis of the Church — The Pontificate of Benedict XVI) ogłosił, że obecnie „istnieje de facto rozszerzona posługa papieska – z członkiem czynnym i członkiem kontemplacyjnym”10. Czy to znaczy, że Franciszek jest papieżem czynnym, a Benedykt XVI – kontemplacyjnym? Jakby inaczej niż w poprzednich pontyfikatach wymiar duchowy stał się zbyt mało obecny w posłudze Piotrowej…

Gänswein powiedział:

To dlatego Benedykt XVI nie zrezygnował ze swego imienia ani z białej sutanny. To dlatego właściwym tytułem, jakim należy się do niego zwracać jest do dziś „Jego Świątobliwość”. Dlatego też nie wycofał się do odizolowanego klasztoru, lecz pozostał wewnątrz Watykanu – jakby tylko odsunął się na krok, by zrobić miejsce swemu następcy i nowemu okresowi historii papiestwa, który on przez ten krok ubogacił umieszczoną w Ogrodach Watykańskich „elektrownią” swej modlitwy i swego współczucia11.

Może dlatego, kiedy biograf papieski Peter Seewald z Monachium żegnał się z odchodzącym na „emeryturę” papieżem Benedyktem i zapytał go: „Czy Wasza Świątobliwość jest końcem starego i początkiem nowego?”, usłyszał krótką i zdecydowaną odpowiedź: „Jednym i drugim”12.

Byłem świadkiem tego, jak Benedykt XVI na zakończenie swego pontyfikatu złożył Pierścień Rybaka, co normalnie ma miejsce po śmierci papieża. Postanowił on jednak nie rezygnować z obranego przez siebie imienia, w odróżnieniu od Celestyna V, który po rezygnacji na nowo stał się Pietrem da Morrone13.

Przed wyborem na stolicę Piotrową Celestyn prowadził surowe życie pustelnicze. Był papieżem zaledwie pięć miesięcy i ustąpił, gdy okazało się, że w okresie adwentu nie może – z powodu obowiązków – oddać się swej zwyczajowej modlitwie. Po rezygnacji z urzędu przywdział dawny habit i powrócił do swego poprzedniego imienia. Pragnął powrócić do swej pustelni i dalej prowadzić życie oddane postom oraz modlitwom, został jednak pojmany przez swego następcę, Bonifacego VIII, i uwięziony. Nowy papież obawiał się, że Celestyn może stać się zarzewiem schizmy.

Dziś Kościół pielgrzymuje przez bardzo dziwne czasy i staje bez wątpienia przed bardzo wielkimi wyzwaniami, a jednym z nich jest jego wewnętrzny kryzys; to o nim mówił Franciszek w swym pierwszym odwołaniu się do książki Bensona. Kto wie, może kiedyś historia porówna go z kryzysem ariańskim w IV stuleciu, już dziś bowiem w wielu miejscach świata coraz trudniej znaleźć Kościół nieschizmatycki i obcy herezji.

Przypomnijmy, że „arianizm” bierze swą nazwę od Ariusza (†336), który głosił, że Chrystus nie jest Bogiem. Jego zręczna argumentacja sprawiła, że herezja zagarnęła niemal cały ówczesny Kościół! Porównanie arianizmu z epoką dzisiejszą proponuje ks. Gommar De Pauw (†2005), który przypominał, że centralna, praktyczna idea arianizmu brzmi całkiem znajomo:

• Chrystus nie jest naszym Bogiem, ale naszym bratem,

• Kościół i świat nie powinny walczyć ze sobą,

• Kościół powinien otworzyć swoje ramiona oraz szczęśliwie żyć razem z władzami będącymi ze świata14.

W epoce ariańskiej osiemdziesiąt procent biskupów stało się apostatami. To dlatego św. Hieronim ogłosił z bólem: „Pewnego poranka chrześcijański świat obudził się i cały był ariański”.

Ciekawy jest tu wątek papieski… Gommar De Pauw przypomina:

Papież tamtych dni, imieniem Liberiusz, najpierw milczał. Próbował połączyć rzeczy, których połączyć nie można – prawdę i błąd, wodę i ogień. Potem, na ponad trzy lata, dołączył do biskupów apostatów. Zamknął swoje oczy, swoje serce oraz swoje sumienie. […] Trzy lata później […] papież Liberiusz zmienił swój kurs postępowania i połączył to, co pozostało z prawdziwych, tradycyjnie katolickich poglądów. Tradycyjna katolicka wiara została zachowana przy życiu15.

De Pauw dodaje, że interesujące jest, iż na długiej liście papieży, zaczynającej się od św. Piotra, przed imionami hierarchów znajduje się określenie „św.”. Gdy dochodzi się do Liberiusza, słowo to nagle znika. Jest to na tej liście pierwszy niekanonizowany papież…16

Dla jednych papież Franciszek jest już wielki, dla innych wciąż kontrowersyjny. Zdaniem niektórych jest on daną przez Boga przypowieścią zawierającą zagadkę, którą można rozwiązać poprawnie tylko wtedy, gdy przypowieść tę odczyta się w duchu Jezusa. To koncepcja rozumienia przypowieści przez papieża Benedykta XVI. W książce Jezus z Nazaretu pisze on:

Czy celem przypowieści Pana jest zamknięcie dostępu do Jego orędzia i zarezerwowanie go wyłącznie dla małego kręgu wybranych, którym On sam je wyjaśni? Czy zamiast otwierać, przypowieści mogą zamykać? […] W ostatecznym rachunku przypowieści stanowią wyraz ukrytej obecności Boga w tym świecie. Wykazują, że poznanie Boga angażuje całego człowieka, że jest to poznanie stanowiące jedno z samym życiem, poznanie niemożliwe bez „nawrócenia”. […] Poznanie Boga nie jest możliwe bez daru przejawiającej się na zewnątrz miłości Boga17.

Benedykt XVI dodaje: „Przypowieści zostaną rozszyfrowane na Krzyżu”18, a więc wszystko stanie się zrozumiałe dopiero w przyszłości, z perspektywy doświadczeń, jakie czekają Kościół. Zastanawiające, że o nich mówi wprost papież Franciszek, jakby chciał dać nam metodologiczny klucz do swego pontyfikatu niezrozumiałego dla słuchaczy przypowieści.

Inni twierdzą, że obecny papież jest „papieżem cnoty posłuszeństwa”. Jeśli przyjąć, że rzeczywiście tzw. siódme objawienie fatimskie zostało zarezerwowane na nasze czasy (ujawniono je dopiero w październiku 2008 roku, co z pewnością nie jest przypadkiem), to tym, co zadecyduje o przyszłości świata – przegranej Boga (nie ostatecznej, ale w „dziś”) lub klęsce szatana – będzie posłuszeństwo katolików okazane papieżowi. 

O czym mówi wspomniane objawienie? Jego treść mówi o konieczności posłuszeństwa Kościołowi, nawet (szczególnie) wtedy, gdy wszystko w nas buntuje się przeciw „niezrozumiałej” decyzji pasterzy. Matka Najświętsza powiedziała do Łucji 16 czerwca 1921 roku: „Oto jestem tu po raz siódmy. Idź, postępuj drogą, którą biskup chce, byś poszła, taka jest wola Boga” 19.

Decydujące okaże się posłuszeństwo rozumiane jako cnota, czyli takie, gdy człowiek nie pojmuje, dlaczego miałby być posłuszny, a jego rozum poddaje w wątpliwość zasadność posłuszeństwa. Posłuszeństwo wbrew logice i dyktatowi serca jest trudną cnotą, jest jak ufne wędrowanie w nocy wiary – polegając na Bogu, który sam jest ciemnością – ale według tej wykładni tylko wytrwanie na tej drodze owocuje zwycięstwem. Bo ono przyjdzie „w Kościele”, a więc trzeba w nim – czyli w łączności z papieżem – pozostać: mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. 

W tej koncepcji zdaniem niektórych zgodnej z trzecią częścią tajemnicy fatimskiej Franciszek jawi się jako „apokaliptyczny test”, dotykający posłuszeństwa Ojcu Świętemu. Papież byłby więc kolejnym „miejscem krytycznym” postawionym na granicach naszego posłuszeństwa rozumianego jako cnota wiary. Tam Papież – biskup w bieli – idzie wraz z „resztą” wiernych i posłusznych mu przedstawicieli wszystkich stanów Kościoła. Tak wspomina to siostra Łucja:

Zobaczyliśmy w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: „coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim”, biskupa odzianego w biel „mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty”. Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji20.

Posłuszeństwo aż po gotowość na śmierć…

W tym momencie pojawia się inna, warta odnotowania, interpretacja „cnoty posłuszeństwa”. Mówi ona o konieczności rozeznania, co w nauczaniu papieża jest prawdą, a co fałszem. Wiele wypowiedzi Franciszka dotyczących tego, co jest istotą doktryny Kościoła: prawd wiary i zasad moralności, wydaje się co najmniej kontrowersyjnych i zdawałoby się niezgodnych z tradycyjną wykładnią katolicką. Jego częste mówienie w pierwszej osobie („ja uważam”), a nie w imieniu Chrystusa („Chrystus uczy”) sugeruje, że papież skupia naszą uwagą na własnej wizji Kościoła i świata, a nie na wizji Zbawiciela… Czy czyni to celowo? Czy należy takie „jaizmy” traktować jako prywatne zdanie Jorge Mario Bergolia, a nie wypowiedź Chrystusowego Namiestnika? Skąd ten akcent Franciszka na jego osobiste poglądy? Czy czyni on to właśnie w tym celu, aby nie naruszyć integralności nauki Kościoła? Czy w papieskiej koncepcji „prywatne” wskazówki Następcy św. Piotra mają pomóc jak największej liczbie ludzi osiągnąć zbawienie w czasach ostatecznych, w jakich dziś żyjemy? Czyżby w perspektywie nadchodzącego końca dziejów szczegóły – nawet doktrynalne – nie miały już według Franciszka znaczenia, liczy się bowiem tylko otwarcie Nieba przed jak największą liczbą dusz?

Nikt z nas nie zna odpowiedzi na te pytania. Stają się one jeszcze trudniejsze w kontekście słów papieża, które dotyczą chyba już nie szczegółów, lecz uderzają w sam rdzeń doktryny Kościoła katolickiego. Bardziej niż kontrowersyjne są na przykład słowa Franciszka odbierające Maryi całkowitą bezgrzeszność, a tym samym odbierające Jej prawo do szczególnego kultu w Kościele. 20 grudnia 2013 roku Franciszek ogłosił, że pod krzyżem „[Maryja] milczała, ale w głębi serca, jak wiele rzeczy powiedziała Panu!”. Co takiego Matka Chrystusa miałaby powiedzieć Bogu na Golgocie? Zdaniem papieża nie powtarzała już swego „fiat” – świętej zgody na wypełnianie się woli Bożej. Nie trwała w bezwarunkowym „niech się tak stanie”, które towarzyszyło Jej życiu od dnia zwiastowania. Miałaby mówić do Boga takie słowa: „Powiedziałeś, że […] [Jezus] będzie wielki, że dasz mu tron jego praojca, Dawida, że będzie panował na wieki, a teraz widzę go tam!”. Papież tłumaczy: „Matka Boża była człowiekiem! A może ona nawet miała chęć powiedzieć: «To kłamstwa! Oszukałeś mnie!»21.

Te szczegóły mogą przerażać… Może jednak w koncepcji papieża Franciszka są to nadal tylko szczegóły? Może chce on, by ludzie wątpiący dziś w celowość działania Boga i w Jego Opatrzność mogli widzieć w Maryi wzór i jak Ona przezwyciężyli zwątpienie, ostatecznie wytrwali przy Panu i osiągnęli zbawienie?

Może, jak chcą niektórzy, choć Franciszek rzeczywiście nie ma wizji teologicznej swego pontyfikatu22, sam jednak bez wątpienia widzi przed sobą pewien punkt, do którego jego posługa prowadzi. W jego nauczaniu znajdują się bowiem dwa kamienie węgielne porządkujące to, co głosi. Gdy je znamy, jego pontyfikat przestaje być dla nas zagadką. Owe kamienie to dwa tematy: diabeł i apokalipsa – w ich świetle poszczególne nieszczęśliwe wypowiedzi papieża stają się niemal bez znaczenia.

Może wielu Czytelników dziwią te hasła spinające pontyfikat Franciszka w całość. Może spodziewaliby się raczej wzmianki o tzw. opcji na rzecz ubogich czy o ekologii lub wymiarze społecznym chrześcijaństwa albo nawet o miłosierdziu. Wygląda na to, że Franciszkowe kamienie pontyfikalne pozostają jednak w wymiarze ducha, a nie społecznikowskich akcji czy solidarności z ubogim i wykluczonym. Te ostatnie to tylko „liczniki” w Boskich rachunkach pontyfikatu papieża Franciszka. Tych jest rzeczywiście wiele i są bardzo różnorodne. Wszystkie one mają jednak ten sam mianownik: to apokaliptyczna walka zainicjowana w naszych czasach przez demony zła, prowadzona rękami ludzi, którymi kieruje „dobry” Antychryst…

Jak u Roberta Hugh Bensona…

I choć papież Franciszek być może myli się w szczegółach i w metodach walki, to jednak dobrze rozumie zagrożenie, które jest przed nami.

Cytowany już Dwight Longenecker jest przekonany, że zrozumienie papieża wymaga „myślenia poza ramami”, bowiem „papież nie mieści się w żadnych ramach”. I dodaje: „Jestem przekonany, że droga do zrozumienia Franciszka polega na uważnym słuchaniu jego wielokrotnego odnoszenia się do powieści angielskiego konwertyty, ks. Roberta Hugh Bensona”23.

Nie pozostaje nam nic innego, jak wejść na tę drogę.

GŁOS RATZINGERA

Posłużmy się porządkiem chronologicznym; pomoże nam to bardziej obiektywnie przeanalizować wypowiedzi obecnego papieża.

W Watykanie pierwszy raz do treści książki Bensona nawiązał kardynał Joseph Ratzinger. Niemiecki teolog i zaufany doradca św. Jana Pawła II pełnił wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Do proroczej wizji zawartej w Lord of the World odwołał się 8 lutego 1992 roku, kiedy skrytykował ówczesnego prezydenta USA George’a Busha za jego nawoływanie do budowania „Nowego Ładu Światowego” („a New World Order”24). W wykładzie na mediolańskm uniwersytecie Università Cattolica del Sacro Cuore – największej uczelni katolickiej na świecie – prefekt Kongregacji Nauki Wiary odwołał się wprost do cytowanej powieści, wyjaśniając, że ukazuje ona „podobną zunifikowaną cywilizację i jej moc zdolną zniszczyć ducha”. Sam „Anty-Chrystus – ostrzegał przyszły papież – jest ukazany tam jako wielki dawca pokoju w podobnym nowym ładzie świata”. W dalszym toku wykładu przyszły Benedykt XVI zacytował jeszcze ostre słowa Benedykta XV z encykliki Bonum sane (1920): „Nadejście ładu światowego jest wyczekiwane przez najgorsze i najbardziej wypaczone elementy. […] Jeżeli te idee zostaną wprowadzone w życie, niechybnie nadejdzie czas terroru, o którym dotąd nawet nie słyszano”25. Podobne ostrzeżenie znajdujemy w Jezusie z Nazaretu, gdzie Benedykt XVI demaskuje kłamstwo Anty-Chrystusa: „my ciągle myślimy, że jeśli [Jezus] chciał być Mesjaszem, to powinien zainaugurować wiek złoty”26. Tymczasem „królestwo ludzi pozostaje królestwem ludzi i kto twierdzi, że może zbawić świat, podtrzymuje oszustwo szatana, jemu oddaje świat”27.

Ratzinger, którego niepodobna posądzić o skłonności do przesady, irracjonalności i o jakiekolwiek inklinacje do wizjonerskich proroctw, w swym naukowym wykładzie (sic!) przestrzegał przed utopią Nowego Ładu, zaprowadzenie go będzie bowiem parawanem do walki z wymiarem duchowym człowieka i doprowadzi do wielkich prześladowań oraz rozlewu krwi. Ratzinger alarmował, że Nowy Ład, do którego dążą decydenci typu Busha, jest marzeniem diabła, który czeka na chwilę, by jako Antychryst przejąć władzę nad całym światem. Dystopia Bensona doskonale ukazuje ten proces i to, czym się on zakończy – mówił niemiecki kardynał.

PRZESTROGA PAPIEŻA FRANCISZKA

Drugi raz słyszymy o Lord of the World w Watykanie w 2013 roku. 18 października 2013 roku – był to piątek – w czasie homilii wygłoszonej podczas codziennej mszy celebrowanej w Domu św. Marty papież Franciszek przypomniał pierwszy rozdział Pierwszej Księgi Machabejskiej i nazwał ten fragment Biblii „jedną z najsmutniejszych stron Pisma”, bowiem „większa część ludu Bożego odeszła od Pana skuszona propozycjami świata”. W tym właśnie kontekście nawiązał do brytyjskiego kapłana-pisarza początku XX stulecia.

Papież Franciszek cytował Pierwszą Księgę Machabejską:

[…] wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: „Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili”28. (1 Mch 1,11)

Pismo Święte przypomina:

Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i zaprzedali się [im], aby robić to, co złe. (1 Mch 1,12-15)

Nie upłynęło wiele czasu, a król syryjski Antioch Epifanes opanował ich kraj i:

[…] wydał dekret dla całego państwa: „Wszyscy mają być jednym narodem i niech każdy zarzuci swoje obyczaje”. Wszystkie narody przyjęły ten rozkaz królewski, a nawet wielu Izraelitom spodobał się ten kult przez niego nakazany. Składali więc ofiary bożkom i znieważali szabat. (1 Mch 1,41–43)

Niebawem Antioch posunął się w swych rozporządzeniach krok dalej:

Król posłał swoich wysłańców do Jerozolimy i do miast judzkich z pisemnym poleceniem, żeby postępowały według obyczajów, które dla kraju były obce; żeby w świątyni zaprzestano składać całopalenia, ofiary krwawe, a także ofiary płynne; żeby znieważano szabat i święta, i żeby zbezczeszczono świątynię i świętych, żeby [natomiast] sporządzono ołtarze, święte gaje i posągi bożków oraz składano na ofiarę mięso świń i innych nieczystych zwierząt; żeby synów swoich pozostawiali bez obrzezania i żeby dusze swoje brukali wszystkim, co jest nieczyste i światowe. W ten sposób mieli zapomnieć o Prawie i zarzucić wszystkie jego nakazy. Kto by zaś nie postąpił zgodnie z królewskim rozporządzeniem, miał być ukarany śmiercią. (1 Mch 1,44-50)

Zdumiewające, ale tak właśnie wygląda schemat dystopii Lord of the World, do której za moment odwoła się papież Franciszek!

„L’Oservatore Romano” przytoczyło papieską homilię z 18 października 2013:

Zawrzyjmy przymierze z poganami żyjącymi wokół nas; nie możemy żyć w izolacji czy trwać przywiązani do naszych starych tradycji. Zawrzyjmy z nimi przymierze, bo jeśli się od nich odgrodzimy, spadnie na nas wiele zła. Ta propozycja tak się im spodobała, że niektórzy pełni zapału poszli widzieć się z królem, by się z nim targować, by negocjować29.

Po przywołaniu tych słów papieża „L’Oservatore Romano” pisało dalej:

Biskup Rzymu porównał tę postawę do tego, co nazywa współczesnym „duchem niedojrzałego progresizmu”, który zwodniczo sugeruje, że zawsze, kiedy stajemy wobec jakiejkolwiek decyzji, należy raczej zrobić ruch naprzód aniżeli pozostać wiernym swoim własnym tradycjom. „Ludzie – mówił papież – targowali się z królem, negocjowali z nim. Nie negocjowali jednak zwyczajów… negocjowali wierność Bogu, który zawsze jest wierny. Nazywamy to apostazją; prorocy nazywali to cudzołóstwem. Ci ludzie byli cudzołożnikami, którzy negocjowali coś podstawowego dla swego własnego bytu, to jest wierność Panu”30.

Watykański dziennik podaje dalej:

„Wielu ludzi – mówił papież – zaakceptowało rozkazy króla, «które nakazywały, by wszyscy ludzie w jego królestwie byli jedno i by każdy porzucił swoje własne prawo». Jednak – zauważył Franciszek – nie była to «piękna globalizacja» wyrażająca się w «jedności narodów», w której każdy zachowuje swoją własną tożsamość i tradycje. Nie – mówił – czytamy tu o «globalizacji dominującej jednorodności», jednorodności myśli zrodzonej ze światowości. Dziś duch światowości prowadzi nas ku progresizmowi, do jednorodności myśli… Negocjowanie własnej wierności Bogu jest jak negocjowanie własnej podmiotowości” – powiedział papież. W tym momencie odwołał się do dwudziestowiecznej powieści Lord of the World Roberta Hugh Bensona, syna arcybiskupa Canterbury Edwarda White’a Bensona, w której autor mówi o duchu świata prowadzącym do apostazji „niemal jakby to było proroctwo, jakby autor ukazywał to, co się stanie. […] Dobrze zrobimy, jeśli zastanowimy się nad tym, co stało się w Księdze Machabejskiej – mówił dalej papież – co stało się krok po kroku, zanim zdecydujemy się pójść za «niedojrzałym progresizmem» i zaczniemy robić to, co robią wszyscy”31.

Reporter watykańskiego dziennika przytacza raz jeszcze słowa Franciszka:

„Zrobimy też dobrze jeśli zastanowimy się nad konsekwencjami ich niewierności, jeśli pomyślimy o «wyrokach śmierci, ofiarach z ludzi», które przyszły potem”32.

I dodaje:

Następnie papież zapytał obecnych: „Myślicie, że dziś nie ma ofiar z ludzi? Jest ich wiele, wiele. I istnieją prawa, które ich bronią”33.

Lord of the World jest dla Franciszka celną ilustracją tego, co czeka świat, jeśli ludzie poddadzą się „globalizacji dominującej jednorodności” i dadzą posłuch szerzącej się wokół moralności pogańskiej. Zgoda na apostazję w imię Nowego Ładu, który niesie ze sobą obietnicę pokoju i wygodnego życia, pociągnie za sobą klęskę.

FRANCISZEK POLECA LEKTURĘ BENSONA

Trzeci raz słowa o wizji Bensona pojawiają się 19 stycznia 2015 na pokładzie samolotu lecącego z Manili do Rzymu, po zakończeniu pielgrzymki papieskiej na Filipinach. Zauważmy od razu, że była ona spektakularnym sukcesem. Główna msza święta odprawiana przez papieża zgromadziła największą liczbę wiernych: sześć milionów, czyli nawet więcej niż największa liturgia za czasu pontyfikatu Jana Pawła II (która zresztą też miała miejsce na Filipinach). Tym bardziej dziwią pesymistyczne słowa Ojca Świętego wypowiedziane kilka godzin po zakończeniu pielgrzymki.

Co działo się na pokładzie samolotu lecącego z Manili do Rzymu? Zacytujmy za „News.va – Official Vatican Network”34. Dziennikarz Jan Cristoph Kitzler z grupy niemieckojęzycznej zadał Ojcu Świętemu pytanie: „Mówiliście o «kolonizacji ideologicznej». Czy moglibyście rozwinąć szerzej ten temat?”.

Oto cała odpowiedź papieża:

Kolonizacja ideologiczna. Podam tylko jeden przykład, który sam widziałem. Dwadzieścia lat temu, w 1995 roku, minister edukacji [Argentyny] poprosiła o duży kredyt na budowę szkół dla ubogich. Udzielono go pod warunkiem, że w szkołach na poziomie jednej z klas znalazłby się pewien podręcznik. To był podręcznik – dobrze przemyślany i doskonale opracowany pod względem metodologicznym – w którym uczono dzieci teorii gender. Kobieta potrzebowała pieniędzy, ale był warunek. Mądra kobieta powiedziała „tak”… ale przygotowała kolejną książkę i dała do szkół obie. Tak właśnie się stało. To jest kolonizacja ideologiczna. Wprowadza się ideę w krąg ludzi, a ona nie ma z tymi ludźmi nic wspólnego. Z jakąś grupą ludzi tak, ale nie z ludźmi w ogólności. Kolonizuje się ludzi pomysłem, który zmienia lub ma zmienić mentalność czy strukturę. Podczas synodu biskupi afrykańscy narzekali na ten temat. To była ta sama historia: niektórych pożyczek udzielano pod pewnymi warunkami.

Ja tylko mówię o sprawie, którą sam znam. Dlaczego mówię „ideologiczna kolonizacja”? Ponieważ wykorzystuje się potrzeby ludzi, by wprowadzić i umacniać [swoją ideologię] – przez dzieci. Ale to nic nowego. To samo zostało zrobione przez dyktatury ubiegłego wieku. Weszli z własną doktryną. Pomyślcie o Balilla35, pomyślcie o Hitlerjugend... Kolonizowano ludzi, chciano to robić. Tyle cierpienia – ludzie nie mogą utracić wolności. Każdy naród ma swoją własną kulturę, swoją historię. Każdy naród ma swoją własną kulturę. Ale gdy warunki są narzucane przez kolonizacyjne imperia, podejmowana jest próba wyzbycia tych narodów z ich tożsamości i stworzenia jednolitości. Jest to kulista globalizacja – wszystkie punkty są w równej odległości od centrum. Tymczasem prawdziwa globalizacja, chcę to powiedzieć, nie jest kulą. Ważne jest, aby zglobalizować, ale nie jak sfery, lecz jak wielościan. Mianowicie, każdy naród, każda część, zachowuje swoją tożsamość, bez ideologicznej kolonizacji.

Istnieje „kolonizacja ideologiczna”. Jest taka książka – wybaczcie jej reklamę – jest książka, której styl jest może na początku nieco ciężki, ponieważ została napisana w 1907 roku w Londynie... W tym czasie autor widział dramat kolonizacji ideologicznej i opisał go w tej książce. Nosi ona tytuł Pan świata. Autorem jest Benson, książka powstała w 1907 roku. Proponuję przeczytać. Czytając ją, zrozumiecie, o co mi chodzi, gdy mówię o kolonizacji ideologicznej36.

Wiele wskazuje na to, że papież Franciszek poleca lekturę Bensona z dwóch powodów. Po pierwsze, Lord of the World wyjaśnia mechanizm działania „Nowego Ładu Światowego”, który skolonizuje ideowo całą ziemię (rzeczywiście wykorzystując do tego narzędzie edukacji37), nie dając miejsca na żadną inność poza obowiązującym sposobem myślenia. Z drugiej strony powieść z 1907 roku pozwala poznać przerażające konsekwencje opanowania świata przez Nowy Ład. Może jeszcze jest powód trzeci: ten przewrotny proces globalizacji jest w książce Bensona – jak w wykładzie Ratzingera – dziełem Antychrysta…

Czyżby papież sugerował, że zgoda na kolonizację ideologiczną może przyspieszyć godzinę końca świata i sprawić, że zamykająca historię paruzja (powtórne przyjście Chrystusa na ziemię) wydarzy się wcześniej? Gdy świat zostanie w pełni opanowany przez zło, gdy pojawi się na nim Antychryst, gdy to, co duchowe, zostanie zabite i na ziemi zamieszkiwać będą już tylko aktywni słudzy szatana oraz bierni „widzowie” jego działań, ludzkość nie da Bogu innej możliwości jak ta…

Trzeba będzie zamknąć księgę historii.

PYTANIE O ZAKRES ANALOGII

Ktoś powie, że przytoczone wypowiedzi nie mówią o wizji końca świata, ale jedynie o zagrażającym światu zjawisku globalizacji ideologicznej. Czy rzeczywiście, skoro pojawia się w nich słowo „Antychryst”, a ten jest zapowiedzią ostatecznego końca? Wypowiedź Ratzingera z jego przywołaniem słów Benedykta XV rzeczywiście odnosi się do „Nowego Ładu”, ale jednoznacznie skupia się też na konsekwencjach tej szatańskiej globalizacji. Ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary zapowiada nastanie czasu prześladowań i terroru, który ociera się o Armagedon. W tym kontekście mówi wprost o dziele Antychrysta, którego imienia z pewnością nie przywołał bez głębszego celu; raz jeszcze przypomnijmy, że jego pojawienie się jest równoznaczne z nastaniem czasu apokalipsy. Logika logicznego kardynała jest identyczna z tą, jaką Benson ukazał w swej dystopii: nowy ład, powszechny pokój, jeden władca i jedna ideologia prowadzi do czasu próby, do oczyszczenia, prześladowań, do Kościoła w odwrocie, do próby jego ostatecznego unicestwienia, do bezpośredniego zaangażowania się Chrystusa w walkę z Anty-Chrystusem. Zwróćmy też uwagę, że pierwsze odwołanie się do tej powieści przez papieża Franciszka nakłada na siebie trzy obrazy: biblijny z początków Pierwszej Księgi Machabejskiej, Bensonowski z Lord of the World i współczesny, który jest już malowany pierwszymi pociągnięciami pędzla globalnej ideologii „światowości”. Z kolei trzecie odniesienie się do dystopii Bensona skupia się na ostrzeżeniu przed pierwszymi próbami wprowadzenia w życie globalizacji ideologicznej. Jakby Franciszek sugerował, by skupić się na tym, co teraz najważniejsze; jakby chciał powiedzieć: Nie wolno dopuścić do globalnego ładu, nawet jeśli obiecuje ludzkości (i da) trwały pokój, bo wszystko to okaże się wkroczeniem w świat apokalipsy!

Gdy uzupełnimy ten obraz wzmianką, że papież Franciszek wciąż wspomina o działaniu szatana w świecie i przestrzega przed jego „sukcesem”, odniesienie do powieści Bensona okazuje się nie jednowymiarowe, ale całościowe… Lord of the World jest wizją, w której „jakby autor ukazywał to, co się stanie”.

Papież zdaje się ostrzegać, że gdy ludzkość zgodzi się na „Nowy Ład”, nastąpi efekt domina…

PONTYFIKAT FRANCISZKA JEST WPISANY W POWIEŚĆ BENSONA?

Pozwólmy sobie na jeszcze jedną uwagę, w której mieści się próba zrozumienia inności pontyfikatu papieża Franciszka. Patrick Ryan Cooper z Katolickiego Uniwersytetu w Leuven napisał nieco inaczej o wizji papieża Franciszka. Czytamy w artykule Apokaliptyczna wizja papieża Franciszka i Antychryst w „Panu świata” Bensona38:

Więcej niż jeden raz Franciszek odwołuje się do antyutopijnej powieści Bensona, która jest obecnie w dużej mierze zapomniana (ilustruje to fakt, że jedyny zachowany egzemplarz, do jakiego dotarłem to tania, fotograficzna edycja). Przede wszystkim w styczniu Franciszek zacytował Bensona jako wskazanie klucza do wyjaśnienia, co rozumie przez „ideologiczną kolonizację rodziny”. Powiedział, że „jest to książka, która została napisana w Londynie w 1907 roku przez Bensona, zatytułowana Lord of the World. Polecam ją wam”. Franciszek wyjaśniał dziennikarzom w drodze powrotnej z Filipin: „Jeśli ją przeczytacie, zrozumiecie, co mówię”. Jednak jego wypowiedzi o „ideologicznej kolonizacji” rodziny pozostają w dużej mierze enigmatyczne, a w swym apokaliptycznym dramacie Benson nie przywiązuje większej wagi do sytuacji rodziny (lub teorii gender). Nasuwa się raczej przypuszczenie, że Franciszek, mówiąc o takich odniesieniach, miał być może zupełnie inny zamiar, a mianowicie: to postać kodu służącego do mówienia o „Antychryście” w obrębie mediów publicznych, mówienia sprytnie, nie używając samego słowa. A także komunikowanie czegoś fundamentalnego o sobie samym i swoim pontyfikacie.

O czym jest Pan świata?

Jednym z głównych tematów Lord of the World jest pokazanie sposobu, w jaki zło podstępnie pożera dobro oraz jak bardzo mesjańskie okazuje się działanie Antychrysta i przewrotne, ateistyczne hasła humanizmu głoszące (by użyć brzmiącego postmodernistycznie sformułowania Bensona) „katolicyzm bez chrześcijaństwa”. Benson nieskończoną ilość razy wykorzystuje ten znajomy temat genderowski, w którym pracujący w pogotowiu ratunkowym „ministrowie eutanazji” są uważani za „prawdziwych kapłanów” miłosierdzia i współczucia. Poświęca też wiele miejsca opisowi nowo zinstytucjonalizowanego obowiązkowego kultu, który Felsenburgh – Antychryst – wprowadza wraz z Franciszkiem, byłym księdzem o skłonnościach modernistycznych, który dokonał apostazji i stał się ministrem kultu publicznego. Tutaj pura natura neoscholastyki ukazuje swoje przerażające oblicze, jakim jest nowa elita z entuzjazmem upajająca się takim kultem, ujawniając „najgłębszy instynkt człowieka”, w którym ludzie oddają cześć Macierzyństwu (nic dziwnego, że jego święto przypada 1 stycznia) oraz Życiu (25 marca). Poza tymi świętami są jeszcze święta Pożywienia i Ojcostwa, gdyż „Bóg stał się człowiekiem, a Felsenburgh jest Jego wcieleniem!”.

Jednak w powieści najbardziej demonicznie przedstawia się głębokie podobieństwo fizyczne łączące Felsenburgha i głównego bohatera powieści, angielskiego kapłana Percy’ego Franklina, który później, po całkowitym zniszczeniu Rzymu i [znajdującej się tam] hierarchii kościelnej, staje się kardynałem i papieżem Sylwestrem III. Podobnie jak w przypadku dość niejasnego Felsenburgha, ks. Percy, ten Bensonowski bohater znikąd, ma bardzo silny charakter, który zaprzęga do działania w samym środku wydarzeń, by po ogromnym zamieszaniu i prześladowaniu Rzymu wznieść się aż do tronu Piotra. Od razu ukazuje się kontrast [nowego stylu pontyfikatu] z poprzednim – wyniosłym i monarchistycznym. Benson wciąż podkreśla, że nowo wyświęcony Sylwester III jest pod każdym możliwym względem „modelem prostoty”. Czy nie brzmi to znajomo? Powinno, bo być może wtedy będziemy mogli lepiej zrozumieć nie tylko, dlaczego Franciszek ma taki sentyment do tej książki, ale co więcej, możemy również spekulować, jak widzi on dzisiaj istotę urzędu Piotrowego, „Sługi sług”, w jego własnym niezwykłym wywyższeniu – zgodnym z interpretacją tej apokaliptycznej hermeneutyki.

Oto do czego dochodzimy… Chrześcijaństwo znika z Europy jak zachodzące słońce na ciemniejących szczytach, Wieczny Rzym staje się stertą gruzu, tak na Wschodzie, jak i Zachodzie na tronie Boga zostaje posadzony człowiek i ogłoszony boskim. Świat skoczył do przodu, ludzie osiągnęli pewną „stałą” przyjmowania nauki społecznej chrześcijaństwa zupełnie w oderwaniu od Boskiego Nauczyciela, a raczej – jak mówią – mimo Niego. W całym zamieszkałym świecie pozostały być może trzy, pięć, co najwyżej dziesięć milionów – niemożliwe się tego dowiedzieć – ludzi, którzy nadal oddają cześć Jezusowi Chrystusowi jako Bogu. A wikariusz Chrystusa siedzi w bielonym wapnem pokoju... ubrany tak prosto jak jego Pan, i czeka na koniec.

Odłóżmy jednak na bok wszystkie popularne oraz heterodoksyjne opisy apokaliptycznej przepowiedni i zapytajmy, jakie w rzeczywistości może mieć teologiczne znaczenie opisywanie Franciszkowej wizji Kościoła jako apokaliptycznej, jako „szpitala polowego po bitwie”? Aby to zgłębić, posłuchajmy pewnego teologa z irlandzkiego Uniwersytetu Notre Dame, Cyrila O’Regana, który w ciągu ostatniej dekady stale poddaje w wątpliwość upodobanie teologii w zachowywaniu „kordonu sanitarnego wokół siebie, aby odeprzeć apokaliptyczne zakażenie”. O’Regan dostrzega pilną potrzebę nazwania przez Kościół po imieniu własnej chrześcijańskiej wizji apokaliptycznej, która jako jedyna może zebrać w sobie zarówno odzyskanie tożsamości chrześcijańskiej podzielonej przez „korozyjne działanie Oświecenia w dyskursie chrześcijańskim”, jak również nacisk na praktykowanie sprawiedliwości jako „specyficznie chrześcijańskiej ścieżki działań i form życia, które wykraczają poza to, co jest wymagane przez kulturę świecką”. Ta „konieczność”, przypomina nam O’Regan, nie może być jedynie „obronna” i podejrzliwa wobec współczesnego życia ani też stać się triumfalistyczna. Wymaga ona ewangelicznej solidności, bo „mówić prawdę odważnie (parrhesia) jest imperatywem chrześcijanina”. Według niego taki wykład teologiczny jest „coraz bardziej konieczną formą teologii”.

Na zakończenie chciałbym stwierdzić, że w tej niebezpiecznej chwili, w której prześladowania religijne i przerażające obrazy męczeństwa pojawiają się prawie codziennie (to „ekumenizm krwi”), Franciszek rzeczywiście jest na wiele sposobów kształtowany przez ten imperatyw [apokalityczny]. Jego teologię i jego „wizję Boga” oraz rozumienie Kościoła możemy nazwać prawdziwie apokaliptycznymi, bo – jak sam sugeruje – dziś „istnieje o wiele więcej do zrobienia niż robić wystarczająco dużo; dziś wymagane jest świadectwo aż po męczeństwo”39.

Dodajmy jeszcze jedną uwagę do podkreślanego przez Bensona podobieństwa Antychrysta do Chrystusa, Felsenburgha do Sylwestra III. Kluczem może być wymyślone przez angielskiego pisarza nazwisko Antychrysta, władcy świata. Określenie go mianem „Felsenburgh” nie jest przypadkowe. To antytytuł św. Piotra, o którym Jezus mówił, że jest on skałą, na której Bóg zbuduje Kościół, skałą tak potężną, że bramy piekła będą wobec niego bezsilne; więcej: że w ręku Piotra znajdują się klucze do Królestwa Niebieskiego i w jego władzy będzie wprowadzać ludzi do Nieba (Mt 16, 18-19). Zauważmy, że słowo „Piotr” też posiada ukrytą warstwę pełną znaczeń… Podobnie słowo „Felsenburgh”. Wywodzi się ono z języka niemieckiego, a imię Antychrysta składa się z dwóch germańskich słów: „die Felsen” – skały oraz „der Burg” – forteca, zamek, warownia. „Felsenburgh” kryje w sobie ukrytą wzmiankę o potędze antykościoła, też zbudowanego na skale – tu jego siłą jest piekło. Analogia zdaje się oczywista: obok Kościoła opartego na mocy Boga pojawia się – jak w lustrzanym odbiciu – antykościół zbudowany na skale piekła, obok mocy Boga staje moc anty-Boga, szatana, a obok papieża antypapież, czyli papież „Kościoła diabła”. Tyle znaczy „Felsenburgh”. Wiemy już, że przeciwnik ks. Percy’ego będzie miał władzę wiązania ludzi z piekłem. Wiemy też – wciąż na zasadzie analogii doskonale sformułowanej przez Bensona – gdzie na ziemi będą znajdowały się klucze do piekielnej otchłani. Stąd władza Felsenburgha jest tak ogromnym zagrożeniem dla ludzi – właśnie w wymiarze wieczności.

Kto wie, czy Robert Hugh Benson nie ukrył w imieniu Antychrysta jeszcze jednego znaczenia, staroangielskie „fals”, które pobrzmiewa w „Felsenburgh”, oznacza bowiem nie tylko coś fałszywego (współczesne ang. „false”), ale także „zwodzenie”, „oszustwo”. Tym samym potęga i władza Felsenburgha zbudowana by była na wielkim oszustwie, a zwiedzeni przez niego ludzie – okażą się kiedyś największymi przegranymi…

Dodajmy na koniec, że imię „Julian” nawiązuje najprawdopodobniej do imienia pierwszego cesarza – apostaty, który władał imperium rzymskim w latach 361–363 i dążył do zniszczenia religii chrześcijańskiej. Julian Apostata chciał, by w miejsce wiary w Chrystusa powróciły wierzenia pogan. Może fakt, iż cesarz Julian był ostatnim władcą Rzymu praktykującym kult pogański, jest ukrytą przez Bensona wskazówką, że w czasie bombardowania Nazaretu rzeczywiście stało się coś niezwykłego i to nie papież zginął, lecz antypapież, a świat z pogańskiego stał się ponownie chrześcijański.

PAPIESKA OBSESJA TEMATEM DEMONÓW

„Papież Franciszek wydaje się obsesyjnie zajęty tematem diabła”– pisze związany z działalnością watykańską o. Thomas Rosica CSB, którego trudno posądzić o myślenie nie wyrażające ducha Kościoła40. Ten członek zakonu bazylianów wyjaśnia: „Jego [papieża] tweety i homilie o diable, szatanie, oskarżycielu, złym, ojcu kłamstwa, starodawnym wężu, kusicielu, uwodzicielu, Wielkim Smoku, nieprzyjacielu i po prostu «demonie» są legionem”41.

Ojciec Rosica pisze:

Dla Franciszka diabeł nie jest mitem, ale prawdziwą osobą. Wielu współczesnych ludzi może spoglądać na papieski nacisk na diabła z lekceważącą obojętnością […] lub co najwyżej z pobłażliwą ciekawością. Jednak Franciszek odnosi się do diabła nieustannie. Nie uważa go za mit, ale za prawdziwą osobę, za najbardziej podstępnego wroga Kościoła. Kilku moich kolegów teologów powiedziało, że [papież] z tym diabłem i piekłem posunął się trochę za daleko! Możemy pokusić się o zapytanie, dlaczego Franciszek jest tak zaangażowany w sprawę księcia demonów. Ten inteligentny papież-jezuita zanurkował w głębokich wodach teologicznych, tam, gdzie niewielu współczesnych duchownych katolickich ma ochotę wniknąć42.

Rosica mówi o teologii, ale od razu podkreśla, że papież nie chce zajmować się nią jako taką, nie jest bowiem z powołania teologiem, lecz duszpasterzem.

Zajmowanie się Franciszka diabłem – pisze – nie jest kwestią teologiczną czy eschatologiczną; jest raczej wezwaniem do broni, zaproszeniem do podjęcia natychmiastowych działań; to propozycja bardzo konkretnych działań w celu podjęcia walki z diabłem i z panowaniem zła w dzisiejszym świecie43.

Związany z Watykanem bazylianin tłumaczy:

Ze swym nieustannym odnoszeniem się do diabła Franciszek odcina się od współczesnego przepowiadania w Kościele, który albo pozostaje zbyt milczący, gdy chodzi o diabła i jego przewrotne działania, albo sprowadza go do zwykłej metafory44.

Rzeczywiście, papież nieustannie wzywa ludzi „pod broń”: „Diabeł istnieje również w XXI wieku i musimy nauczyć się z Ewangelii, jak z nim walczyć” – mówi Franciszek i ostrzega, że chrześcijanie nie powinni być „naiwni” co do działania diabła. Nie jest on bynajmniej reliktem przeszłości45.

Zdaniem kanadyjskiego teologa „w obecnym pontyfikacie diabeł dokonał wielkiego come-back” i odgrywa ważną rolę w posłudze Franciszka. „Gdy chodzi o diabła – dodaje Rosica – papież jest zawsze śmiertelnie poważny! I wykorzystuje każdą sposobność, by powiedzieć mu, aby jak najszybciej opuścił nasze życie i świat”46.

Z szatanem Franciszek łączy temat dystopii nakreślonej przez Bensona w Lord of the World. 15 kwietnia 2013 roku papież powiązał w jedno oba wątki, bowiem mówiąc o działaniu diabła, nakreślił przed słuchaczami obraz á la Benson:

Kościół ma wiele mężczyzn i kobiet [...], którzy giną z nienawiści świata do Jezusa, z nienawiści do wiary. Niektórzy są zabijani, ponieważ uczą katechizmu, inni giną, ponieważ noszą krzyżyk. […] Dziś w wielu krajach są krytykowani, są prześladowani... Oni są naszymi braćmi i siostrami, którzy cierpią dzisiaj, w epoce męczenników47.

W tym kontekście papież wskazał na Maryję, Matkę Jezusa, jako na ocalenie Kościoła w wieku wielkich duchowych zawirowań:

Modlimy się do Matki Bożej, aby chroniła nas w czasach duchowych wstrząsów. Najbezpieczniejsze miejsce jest pod płaszczem Matki Bożej. Ona jest Matką, która troszczy się o Kościół. I w tej epoce męczenników jest Ona naszą największą obroną: Ona jest Matką. [...] Wołajmy z wiarą: Matko, Kościół jest pod Twoją ochroną. Opiekuj się Kościołem48.

Czy to ukryte odwołanie się do jednego z wątków Lord of the World? Benson opisuje szczegółowo przygotowania, nabożeństwo i nastrój związany z jedną tylko ceremonią zarządzoną przez Felsenburgha: z obchodem święta Macierzyństwa w zajętym przez humanitarystów londyńskim Opactwie Westminster. To święto miało stać się parodią, zaprzeczeniem i przeciwwagą kultu maryjnego: figura, która stała w centrum podczas ceremonii „przedstawiała nagą kobietę, wielką i pełną majestatu, niezwykle piękną, z głową i ramionami odrzuconymi do tyłu, jak ktoś, kto widzi dziwną i niebiańską wizję. […] Szatańska kpina – na jej długie włosy została położona korona z dwunastu gwiazd”49.

Czyżby Felsenburgh bał się wpływów Matki Bożej na dzieje świata i przez wprowadzenie zastępczego święta chciał odsunąć ludzkość od Tej, która ma moc zmienić bieg historii? Zaś papież Franciszek przeciwstawia się naporowi zła, umacniając to, co Pan świata pragnie zniszczyć, dlatego zachęca wiernych do trwania przy Maryi i wzywania Jej pomocy?

POKUSA INTERPRETACJI ŚWIATA „PRZEZ BENSONA”

Jeśli rzeczywiście dystopia Bensona jest – jak sugerują dwaj ostatni papieże – proroczą wizją nadchodzących wydarzeń (zdaniem cytowanego już Patricka Ryana Coopera z Leuven jest też być może kodem pozwalającym odczytać pontyfikat Franciszka), to może należałoby dokonać metodologicznie słusznego zabiegu i posłużyć się lekturą Lord of the World do pewniejszego zrozumienia tego, co dzieje się dziś wokół nas. Może warto wyjść – jak sugerował ks. Longenecker – „poza ramy” i spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość inaczej niż czynią to dyplomowani fachowcy od opisywania zdarzeń. Może, naśladując sposób działania papieża Franciszka, należy zacząć dostrzegać otaczające nas dziś znaki – nie tylko sygnały dawane przez Kościół, ale te dawane przez ostatecznego Reżysera dziejów świata – Boga; nie tylko te doczesne, ale też, i może przede wszystkim, znaki nadprzyrodzone: dochodzące do nas z Nieba i… z piekła. Tak jak opisywał to angielski konwertyta i pisarz Benson.

Tym bardziej wydaje się to zasadne, że akcja Lord of the World została umieszczona przez autora w odległej dla niego przyszłości, która dla nas jest już jednak przeszłością. Ostateczny termin wymieniony w prologu książki to data 1989 (choć w tym samym zdaniu jest też mowa o roku 1977)50, co pozwala umieścić wydarzenia opisane w powieści mniej lub bardziej wokół roku 2000. Historycznie był to Rok Jubileuszowy – wielkie święto Kościoła. Dla katolików przejście do nowego tysiąclecia było „przekroczeniem progu nadziei” – tak przynajmniej chciał tego jeszcze w 1994 roku św. Jan Paweł II51. Mamy powody uważać, że rok 2000 był już także dla niego pełen apokaliptycznych lęków. Dana bowiem w tych latach przez Boga szansa nie została wykorzystana i kolejne wydarzenia historyczne zaczęły przypominać do złudzenia dystopijne treści Lord of the World. Niebawem będzie o tym mowa.

Za chwilę wyruszymy w podróż drogami Roberta Hugh Bensona. Dróg jest z pewnością wiele i na wiele sposobów można próbować dokonać weryfikacji proroctw Bensona oraz starać się odszukać drogowskazy prowadzące do poznania tego, co myśli o przyszłości świata papież Franciszek. Są nauki socjologiczne, jest psychologia, nawet historia. Dla nas brytyjski konwertyta z początku XX wieku będzie przewodnikiem przez inną krainę – przez bogatą mozaikę najnowszych znaków, jakie pojawiają się wśród nas od 1981 roku – daty naznaczonej przełomem; a można założyć, że opowieść z prologu Lord of the World schodzi właśnie w pobliże tej daty… Droga przebiegać więc będzie przez niezwykłe trzydzieści parę lat, okres może najbardziej ważny w dziejach, czas, w którym trwa nie mająca precedensu walka – Benson powiedziałby: apokaliptyczna – między siłami dobra i zła. Spróbujemy odczytać kolejne znaki i poznać kierunek, w którym zdąża dziś ludzkość. Może uda się nam dowiedzieć, czy my także znajdujemy się już na progu Nowego Ładu i za chwilę pojawi się wśród nas zbawiciel świata – „dobry” Antychryst… Może zrozumiemy wtedy pośpiech papieża Franciszka.

Eksperyment wart jest poświęcenia mu czasu. Póki jest nań czas.

SŁOWO O ROBERCIE HUGH BENSONIE

Robert Hugh Benson52 (1871–1914) był konwertytą z anglikanizmu. Jego przejście do Kościoła katolickiego w 1903 roku było powszechnie komentowanym wydarzeniem. Benson był wybitnym człowiekiem pochodzącym z wybitnej późnowiktoriańskiej angielskiej rodziny. Jego rodowód jako anglikanina i Anglika nie mógł być „czystszy”. Ojciec, Edward White Benson, był arcybiskupem Canterbury, a został podniesiony do tego najwyższego urzędu anglikańskiego staraniem swego dobrego przyjaciela, premiera Williama Gladstone’a. Dwaj bracia Edwarda wpisali się na stałe w ówczesny angielski krajobraz kulturowy: pierwszy – Arthur Christopher był wykładowcą w Eton i w Cambridge, znanym pisarzem i eseistą, autorem tekstu angielskiej pieśni patriotycznej Land of Hope and Glory. Drugi – Edward Frederic był jeszcze bardziej niż brat znanym i cenionym autorem powieści oraz opowiadań. Ich matka była siostrą słynnego utylitarnego filozofa Henry’ego Sidgwicka. W sprawach politycznych czy kościelnych, w nauce i literaturze Bensonowie byli nie tylko wybitnie utalentowani, ale i bardzo wpływowi w Anglii czasów jej dominacji w świecie polityki i kultury.

Robert Hugh (czy Hugo) był równie utalentowany jak reszta rodziny. Po studiach w Cambridge przyjął święcenia anglikańskie i zaczął zdobywać nazwisko jako doskonały pisarz i kaznodzieja. Było oczywiste, że to „człowiek z przyszłością”. Niebawem jednak przyszły autor Pana świata zaczął zadawać sobie pytania dotyczące podstaw swojej wiary. Gdy udał się do Ziemi Świętej i ujrzał, „jaki powszechny jest Kościół katolicki, a Kościół anglikański przypomina małą parafię”, przyjął wiarę katolicką. Miał wówczas 32 lata.

Konwersja na katolicyzm nie była w owych czasach rzeczą, którą „robi” angielski dżentelmen. Sprawy nie wyglądały aż tak źle, jak było sześćdziesiąt lat wcześniej, kiedy John Henry Newman zaszokował swym nawróceniem całą Anglię i stał się przedmiotem powszechnego gniewu oraz oburzenia. Ale wciąż w przejściu na katolicyzm było coś z obyczajowego skandalu, tym bardziej, że Benson był synem arcybiskupa Canterbury i pochodził z bardzo znanej oraz wpływowej rodziny. Decyzja nawrócenia oznaczała dla niego, że straci przyjaciół, że opuści bogaty krąg społeczny, że utraci wiele sympatii ze strony rodziny, a także niemal pewne biskupstwo wraz z miejscem w parlamencie. A wszystko za co? Za przyłączenie się do tego, co w jego dotychczasowych kręgach było postrzegane jako gorsze intelektualnie i społecznie.

W 1904 roku Benson został wyświęcony na katolickiego kapłana. Żył jeszcze tylko kolejne dziesięć lat, ale były to owocne lata. Pełnił funkcję katolickiego kapelana w Cambridge; w tym okresie miał wpływ na nawrócenie innego syna słynnego anglikańskiego biskupa, Ronalda Knoxa. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że nie jest dobrym duszpasterzem i odkrył swe powołanie w pisarstwie. Był płodnym autorem, posługiwał się wieloma gatunkami literackimi: od powieści historycznych do opowieści o duchach i futurystycznej dystopii, od apologetyki po poezję i autobiografię. W swoim czasie był uważany za jednego z najlepszych pisarzy w Anglii. Jego najbardziej znane dzieło Lord of the World to futurystyczny thriller apokaliptyczny.

TREŚĆ DYSTOPII I UTOPII R. H. BENSONALORD OF THE WORLD

Księga pierwsza: Adwent

Lata 80. XX wieku. Londyn. Oliver Brand, wpływowy polityk, odbiera od swego sekretarza Phillipsa najnowsze sprawozdania dotyczące zbliżającej się lada dzień wojny z Imperium Wschodnim. Na świecie są obecnie trzy siły: Konfederacja Europejska, Republika Amerykańska i Wschodnie Imperium. To ostatnie dąży od kilku lat do wojny z Europą; właśnie gromadzi wojska. Phillips wskazuje na nazwisko amerykańskiego senatora Juliana Felsenburgha, który podróżuje po Azji, zabiegając o pokój. Ten człowiek, o którego przeszłości nic nie wiadomo, okazuje się genialnym dyplomatą – na kolejnych spotkaniach uspokaja nastroje wojenne.

Chwilę później żona Branda, Mabel, dojeżdża koleją do stacji w Brighton, gdzie jest świadkiem katastrofy rządowego volora – pasażerskiego środka komunikacji powietrznej. Widzi, jak na miejsce tragedii przybywa ekipa „ministrów eutanazji”, którzy uśmiercają rannych i konających. Dostrzega też ks. Percy’ego Franklina (głównego bohatera powieści), który chodzi z krzyżem wśród ofiar katastrofy i udziela ostatniego namaszczenia jednej z nich – katolikowi. Opowiada potem o dziwnym księdzu swemu mężowi i teściowej – starszej kobiecie, której pokolenie było kiedyś pokoleniem ludzi wierzących w Boga.

Oliver Brand udaje się volorem do Paryża, by rozmawiać z innymi politykami o przygotowaniach do wojny. Okazuje się, że fabryka broni Benninschein wynalazła narzędzie masowej zagłady i sprzedała ją obu stronom konfliktu. Oznacza to, że przynajmniej jedna ze stron zostanie całkowicie unicestwiona. Jednak wojna nie wybucha. Do obradujących w Paryżu dyplomatów dociera informacja: Felsenburgh sprawił, że groźba wojny minęła.

Podczas wyjazdu Branda do Paryża Phillips, jego sekretarz, zjawia się u ks. Percy’ego i prosi o przybycie do umierającej kobiety, która pragnie powrócić przed śmiercią do Kościoła. Kapłan nie odmawia mimo podejrzeń, że może to być pułapka. Kościół stracił już w Anglii wszelkie prawa i za jakiekolwiek próby nawracania groziły bardzo surowe kary. Po drodze słyszy on informację o wycofaniu się Wschodniego Imperium z planowanej wojny i ustanowieniu na świecie „powszechnego braterstwa”. Znowu pada nazwisko tajemniczego Felsenburgha.

Dom, przed którym staje ks. Franklin, okazuje się mieszkaniem Olivera Branda, a chora kobieta jego matką. Nim zdołał opuścić siedzibę antykościelnego polityka, ten powraca. Na widok kapłana wpada we wściekłość, jednak jego żona, Mabel, pozwala Percy’emu odejść. Tłumaczy, że nie boi się ludzi jego pokroju, bo katolicy odeszli już do historii; teraz świat idzie drogą pokoju wytyczoną przez Felsenburgha. Franklin nie zostaje aresztowany i wraca spokojnie do domu.

Po drodze jest świadkiem zebrania się ogromnego tłumu wyglądającego pojawienia się Felsenburgha, który odwiedza Londyn. Gdy go widzi, przez krótką chwilę i on ulega jakiejś hipnotycznej sile, i zaczyna w niego wierzyć! Z trudem oddala pokusę…

Księga druga: Spotkanie

Ks. Franklin zostaje wezwany do Rzymu, gdzie spotyka się z papieżem Janem XXIV i rozmawia z nim na temat ocalenia Kościoła zagrożonego polityką Felsenburgha. Angielski duchowny opowiada o swej idei powołania do życia nowego radykalnego zakonu, którego patronem byłby ukrzyżowany Chrystus, a członkiem mógłby być każdy katolik gotowy umrzeć za wiarę.

Nie mija wiele czasu, a Julian Felsenburgh przejmuje władzę nad całym światem. W odpowiedzi papież zabrania reagowania siłą na stosowaną przemoc i wskazuje inną drogę walki: powołuje do życia Zakon Chrystusa Ukrzyżowanego, którego staje się pierwszym członkiem.

Felsenburgh (jest uderzająco podobny do ks. Percy’ego Franklina) zaczyna budować antykościół: wprowadza obowiązkowe ceremonie religijne związane ze świeckim humanitaryzmem, oparte na tradycjach masońskich. Cztery razy w roku, w największe święta religii Nowego Ładu, są one obowiązkowe pod karą więzienia. Były ksiądz John Francis oferuje rządowi swe usługi w przygotowywaniu ceremonii. Razem z nim przystępują do służby Felsenburghowi liczni kapłani, którzy opuścili Kościół.

Zaczynają się prześladowania, na które grupa katolików – wbrew jednoznacznym poleceniom papieża – chce odpowiedzieć zamachem na Felsenburgha. Franklina Percy’ego, teraz kardynała, informuje o tym przybyły do Rzymu dawny sekretarz Branda, Phillips, ten sam, który wezwał go do umierającej matki polityka. Jan XXIV wysyła kardynałów Franklina i Steinmanna odpowiednio do Londynu i Berlina, by ci zapobiegli zamachowi. Nad Alpami statek powietrzny, którym podróżują napotyka wielką liczbę volorów lecących na południe. Zostały one wysłane przez Felsenburgha, który dowiedział się o spisku i kazał unicestwić Rzym za pomocą broni Benninscheina. W ataku miasto zostaje zrównane z ziemią. Ginie papież i wszyscy zebrani na noworocznych uroczystościach kardynałowie, a także tysiące katolików, którzy szukali w Rzymie schronienia przed prześladowaniami.

Wieść o próbie zamachu wywołuje na całym świecie pogromy katolików. Mabel Brand, gorliwa aż po fanatyzm wyznawczyni humanitaryzmu bezgranicznie zapatrzona w Felsenburgha, jest świadkiem przerażających scen w Londynie. Zaczyna dostrzegać fałsz Nowego Ładu i nieprzekonana tłumaczeniami męża ucieka z domu, by prosić o uśmiercenie w jednej z klinik dobrowolnej eutanazji. Rankiem w dniu śmierci widzi dziwne zmiany na niebie zapowiadające koniec znanego jej świata.

Bo natura zaczyna się buntować. Podnosi się temperatura powietrza, niebo ciemnieje, pojawiają się niespotykane w swej sile trzęsienia ziemi, tsunami niszczy wiele miast, ożywają wulkany, znikają wyspy. Rząd Felsenburgha zdaje się nie dostrzegać niebezpieczeństwa…

Księga trzecia: Zwycięstwo

Kardynał Franklin zostaje wybrany na papieża. Konklawe stanowią: on sam, berliński purpurat Steinmann oraz umierający w Jerozolimie patriarcha, do którego przybywają obaj kardynałowie nieobecni podczas ataku na Rzym. Niebawem patriarcha umiera, a Steinmann, który powraca do Berlina, zostaje natychmiast zlinczowany w kolejnym pogromie.

Nowy papież reorganizuje Kościół i powołuje grono dwunastu kardynałów. Ich tożsamość, podobnie jak miejsce pobytu papieża Sylwestra III pozostaje sekretem.

Felsenburgh nasila atak na Kościół. Rozkazuje, by wszyscy ludzie poddali się próbie: muszą formalnie wyrzec się Boga albo zostaną bez wyroku sądu skazani na śmierć. Wielu odmawia i ginie, są też jednak liczne apostazje. Felsenburgh – głowa antykościoła – dowiaduje się, że na dzień Zesłania Ducha Świętego zostaje zwołane kolegium kardynałów do Nazaretu, w którym ukrywa się papież Sylwester, żyjąc ubogo jak Chrystus. Papieża zdradza kardynał Dolgorowski z Moskwy. Felsenburgh domaga się wysłania tam volorów i zbombardowania nowej siedziby głowy Kościoła w ten sam sposób, w jaki został zniszczony Rzym.

Ojciec Święty dowiaduje się o nieprzybyciu kardynała Dolgorowskiego na zwołany sobór. Wie, co to oznacza – w gronie dwunastu znalazł się Judasz, który go zdradził i Felsenburgh z pewnością wysłał już statki powietrzne, by spuścić na Nazaret broń masowego rażenia. W dniu Zesłania Ducha Świętego odprawia uroczystą mszę świętą i zaczyna po niej adorację eucharystyczną. W procesji z Najświętszym Sakramentem rusza w kierunku miejsca zwanego Medigo, którego inna nazwa to Armageddon.

Sam Felsenburgh prowadzi atak volorów. Za chwilę ma zacząć się bombardowanie, ale papież i kardynałowie spokojnie idą w procesji, kontynuując śpiew Przed tak wielkim Sakramentem. Wszystko trwa zaledwie kilka minut – trzy, cztery, bo tyle czasu zajmuje zaśpiewanie Pange lingua. Kończą ostatni werset hymnu i wtedy – nim wyśpiewają „Amen” – następuje interwencja z wysoka. Świat się kończy…

A może wcale nie…? Zamknięcie powieści pozostawia miejsce na inną interpretację.

PS Sens tytułu książki

Już sam zaproponowany przez Bensona tytuł jego dystopijnej opowieści stanowi dla czytelnika wyzwanie. Lord of the World to coś więcej niż po prostu Pan świata, tytuł jest bowiem rebusem teologicznym.

Benson pod słowem „Lord” zawarł coś więcej niż „pan”, „władca”, „król”. Julian Felsenburgh z powieści Bensona jest rzeczywiście „Panem”, ale „Panem” pisanym z wielkiej litery. Dość odwołać się do teologii biblijnej, którą autor znał doskonale, i przypomnieć za Benedyktem XVI, że „Lord” należy tłumaczyć nie jako „Pan”, bo słowo to stosujemy dziś powszechnie jako prosty wyraz szacunku do osoby. Nawet mówiąc „Panie Boże” myślimy, że tym słowem wyrażamy wobec Boga należny Mu szacunek. Tymczasem nic bardziej błędnego!

Biblijne „Pan” jest synonimem „Boga” i podkreśla Jego absolutnie suwerenne panowanie nad wszechświatem, Bóg jest bowiem Jego Stwórcą, Właścicielem i Kresem. Kiedy papież Benedykt tłumaczy znaczenie słowa „Pan” w odniesieniu do Jezusa, przypomina scenę z Ewangelii według św. Łukasza, w której Szymon Piotr w cudownym połowie ryb „dojrzał moc Boga, który działa przez słowa Jezusa, i to bezpośrednie spotkanie z Bogiem żywym w Jezusie jest dla niego głębokim wstrząsem”. Ojciec Święty wyjaśnia, że „to nieoczekiwane pojawienie się bliskości Boga w Jezusie wyraża się w tytule, którego Piotr używa wyłącznie w odniesieniu do Jezusa: Kyrie – Panie”. Benedykt XVI przypomina, że „jest to starotestamentalne określenie Boga, którym zastępowano niewypowiadane imię Boga, poznane w zdarzeniu płonącego krzewu. Przed wypłynięciem nad jezioro – dodaje papież – Jezus był dla Piotra «Epostata», co znaczy: mistrz, nauczyciel, rabbi – teraz natomiast widzi w Nim «Kyrios» – Pana”53. Dla Piotra Jezus nie jest już wielkim człowiekiem, potężnym panem, nauczycielem, prorokiem i cudotwórcą. Jest czymś więcej: „Synem Bożym, który przyszedł na świat z misją zbawienia”.

Zastosowane do Jezusa słowo „Pan” wskazuje na Niego jako na „Boskiego pochodzenia Zbawiciela”. Teologia podkreśla, że nie chodzi tu jedynie o władcę, pana, o kogoś, kto decyduje o losach świata. Benson, doskonale wykształcony, wiedział, że biblijne „Pan” jest synonimem „Boga”, innym określeniem „Zbawcy” – kogoś nie definiowanego w swej istocie jako prorok, nauczyciel, cudotwórca czy nawet władca. „Pan” jest Bogiem, który stał się człowiekiem – Synem Bożym. Tytuł Lord of the World sugeruje, że Julian Felsenburgh – bo on jest owym Panem świata – jest uznany za nowego, jedynie prawdziwego Zbawiciela i utożsamiany z Bogiem. I jest tak rzeczywiście.

W Lord of the World czytamy:

Do tego człowieka – przynależały wszystkie te tytuły dotąd związane z wyobrażeniami Istoty Najwyższej. To właśnie w ramach przygotowań na jego przyjście obrazy te weszły w sferę ludzkich myśli i miały wpływ na ludzkie życie.

Był Stwórcą, ponieważ dla Niego zostało zastrzeżone wprowadzenie w życie ideału unii, do której cały świat dotąd wzdychał na próżno; to na swój obraz i podobieństwo uczynił on człowieka.

Był także Odkupicielem, bo […] wyprowadził człowieka z ciemności i cienia śmierci, kierując jego kroki na drogę pokoju. Był Zbawicielem z tego samego powodu. Był Synem Człowieczym, bo On jeden był doskonałym człowiekiem. Był Absolutem, bo w Nim zawarły się wszystkie ideały. Był Odwieczny, gdyż zawsze była w Nim potencjalność natury i Jego istnienie gwarantowało trwanie porządku. Był Nieskończony, bo wszystkie skończone rzeczy dalekie są od Jego wielkości, a On sam jest więcej niż ich sumą.

Był więc Alfą i Omegą, początkiem i końcem, pierwszym i ostatnim. Był Dominus et Deus noster54.

Słyszymy w tej litanii ułożonej na cześć Felsenburgha język religii chrześcijańskiej, który tak mówi o Bogu…

Może więc najlepiej sens oryginału odda tłumaczenie tytułu jako „Zbawiciel świata”. Fałszywy, z piekła, ale świat w niego uwierzył i na swoje nieszczęście poddał się jego władzy…

THE DAWN OF ALL

The Dawn of All (Jutrzenka pełni) to „lustrzane odbicie” powieści Lord of the World. Benson napisał ją tylko dlatego, że – jak mówił –„wielokrotnie mi mówiono, iż wydźwięk Lord of the World jest niezwykle przygnębiający i zniechęcający”. W ten sposób w 1911 roku powstaje książka, która nie odniosła wielkiego sukcesu, jest jednak ważnym przyczynkiem do zrozumienia wizji świata ukazanej przez Bensona, dla którego „niewiara jest czymś skrajnie nielogicznym”.

Akcja The Dawn of All została umieszczona w latach 60. XX wieku, ale celowo wszystko dzieje się we śnie – jest bardziej wizją niż rzeczywistością. To, co opisuje Robert Benson, jest „logiczną możliwością”. Bohaterem powieści jest ksiądz John Masterman, który porzucił kapłaństwo i wyrzekł się wiary. Leży w londyńskim szpitalu pogrążony w śpiączce i nagle… budzi się w świecie, w którym jest „domowym prałatem Jego Świątobliwości Grzegorza XIX” i „sekretarzem Jego Eminencji kardynała Gabriela Bellarisa”. Nic nie pamięta, wszystko jest mu obce, myśli, że stracił pamięć. Z wolna poznaje świat, w którym żyje, uczy się wszystkiego na nowo, w czym ogromną pomocą jest mu jego własny sekretarz, ks. Jervis. Masterman pełni w Kościele na tyle ważne funkcje, że jest świadkiem procesu podporządkowywania Kościołowi wszystkich aspektów życia, z władzą świecką włącznie. Papież staje się swego rodzaju prezydentem całej ziemi.

Książka jest próbą przedstawienia świata, którym kieruje Kościół. Dominacji Kościoła sprzeciwiają się jednak ateiści, którzy ostatecznie wywołują w Berlinie rewolucję, opanowują miasto, a dysponując nową bronią masowej zagłady, stawiają papieżowi ultimatum: Kościół ma zrezygnować ze swej władzy. Papież wysyła do nich jednego z przebywających w Rzymie książąt (w świecie panuje monarchia), poseł zostaje jednak zabity, ponieważ nie przywiózł informacji o spełnieniu żądań buntowników. Do Berlina rusza volorem Gabriel Bellaris, któremu towarzyszy Monsignore Masterman. Ten ostatni zostaje przedstawiony przez kardynała jako jego sekretarz, nie poseł, dzięki czemu nie ginie. W dniu, w którym ma być odesłany do Rzymu z ultimatum, że o północy buntownicy jako ostrzeżenie unicestwią wybrane miasta i dadzą swej „piątej kolumnie” hasło do rewolucji na całym świecie, przybywa z posłaniem sam papież Grzegorz XIX. Jego osobowość i argumentacja sprawiają, że buntownicy padają przed nim na kolana i uznają jego władzę.

Opis poselstwa papieża w Berlinie jest niezwykły… Warto dla tych kilku stron przebrnąć przez całość nudnawej, sztucznie prowadzonej akcji.

Nasz dostojnik kościelny zaczyna mieć nowe zaburzenia pamięci… i nagle budzi się w szpitalnym łóżku, by spostrzec ze zdumieniem, że miał niezwykły sen. A może proroczą wizję? Prosi o kapłana z posługą sakramentalną. Ten, który jedna go z Bogiem, nosi nazwisko oddanego mu całym sercem sekretarza z proroczego widzenia. Okazuje się, że w rodzinie szpitalnego kapelana są bratankowie, którzy też noszą to nazwisko… Czy rzeczywiście to wszystko prawda, a któryś z nich będzie kiedyś „sekretarzem Jervisem”? Ks. Masterman prosi o chwilę uwagi i zaczyna opowiadać swój sen…