Wszystko o różańcu, który może wszystko - Wincenty Łaszewski - ebook
lub
Opis

Co mają ze sobą wspólnego zwycięstwo pod Chocimiem, cud Guadalupe i niewytłumaczalne naukowo przeżycie ośmiu zakonników w epicentrum wybuchu w Hiroszimie?

Jak udało się powstrzymać rozprzestrzeniającą się jak pożar herezję katarów w średniowiecznej Europie i dlaczego tysiące bezbronnych manifestantów mogło zwyciężyć uzbrojone po zęby oddziały wojska na Filipinach?

To różaniec, Psałterz anielski, kontemplacyjna modlitwa Kościoła będąca skutecznym orężem przeciwko złu.

Każde Zdrowaś Maryjo jest jak uderzenie mnie w głowę.

Gdyby chrześcijanie wiedzieli, jaką moc ma różaniec… to byłby mój koniec.

Szatan podczas egzorcyzmów

Skąd wzięła się najpopularniejsza modlitwa katolicyzmu, skąd liczba jej tajemnic? Jak to możliwe, że prosta modlitwa pustelników zauroczyła doktorów Kościoła? Dlaczego dominikanie przedstawiali różaniec jako maryjną świątynię z piętnastoma tajemnicami jako ołtarzami, przed którymi błaga się o wstawiennictwo u Boga, a jezuici potraktowali różaniec jak „salę ćwiczeń” duchowych?

W niezwykłej książce specjalista-mariolog, Wincenty Łaszewski opisuje pasjonujące dzieje różańca, świętych zaangażowanych w krzewienie modlitwy i spektakularne cuda, które towarzyszyły ich misji.

Wielcy znani i nieznani: św. Dominik, Kartuz Dominik z Gdańska, Małgorzata Bawarska i Mechtylda z Hackeborn, bł. Alan de Rupe, św. Józef Herman, św. Jan Eudes, Jan Jakub Olier i Wincenty Pallotti.

Objawienia różańcowe z całego świata: Guadalupe, Lourdes, Gietrzwałd, Turyn i Fatima.

Krucjaty różańcowe, dające zwycięstwo pod Lepanto i Chocimiem i wyzwolenie Austrii spod okupacji Sowietów

Nigdy nie sądziłeś, że historia różańca może być tak pasjonująca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 505


WSZYSTKO O RÓŻAŃCU, KTÓRY MOŻE WSZYSTKO.

HISTORIA, CUDA, ŚWIĘCI, KRUCJATY

Okładka i projekt graficzny książki

Fahrenheit 451

Zdjęcie na okładce

© [email protected]

Redakcja

Małgorzata Terlikowska

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

Fotoedycja

Aleksandra Marchewicz

Skład i łamanie

POINT PLUS, Warszawa

ISBN 978-978-83-8079-059-9

Copyright © by Wincenty Łaszewski

© Copyright for Fronda PL, Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydawca

Fronda PL , Sp. z o.o.

Ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Skład wersji elektronicznej:Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

PODZIĘKOWANIA

Autor i Wydawcy pragną podziękować za nieocenioną pomoc przy pracy nad niniejszą książką następującym osobom i instytucjom:

Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze oraz Klasztor OO. Paulinów Jasna Góra; Przeor o. Marian Waligóra OSPPE; Kustosz Skarbca i Muzeum o. Stanisław Rudziński OSPPE.

Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej, ks. Krzysztof Jędrzejewski MIC, przełożony oraz ekonom Domu Zakonnego; Irena Wawrzyniak, kierownik Muzeum Licheńskiego.

JE bp Oliver Dashe Doeme, Diecezja Maiguri, Nigeria.

Ambasada Filipin, JE Patricia Ann V. Paez, Ambasador Filipin; Catherine B. Ramintas, attaché Ambasady.

O. Benno Mikocki OFM, Wiedeń.

Muzeum Archidiecezji Warszawskiej; ks. kanonik dr Mirosław Nowak, dyrektor; Piotr Plewa, wicedyrektor.

Salezjańska Wspólnota Najświętszego Serca Jezusa, Czerwińsk nad Wisłą; Muzeum w Czerwińsku, proboszcz ks. Łukasz Mastalerz SDB.

Salezjańskie Muzeum Misyjne w Warszawie, ks. Maciej Makuła SDB, dyrektor.

WPROWADZENIE

Mistycy każdej epoki powtarzają, że nie są nam potrzebni sztukatorzy. Winniśmy strzec się „ludzi malujących na ścianach”, choćby nawet to, co robią, przykuwało zachwycony wzrok.

Widzący Boga powtarzają nam, że pragniemy czegoś więcej. Otoczeni murem doczesności chcemy, by ktoś wskazał nam otwarte okno i pozwolił zobaczyć, co jest „po drugiej stronie”… Nie chcemy ozdobionego muru. Chcemy, by mur stał się oknem, jak marzyli o tym twórcy gotyku…

Funkcję okien w murze odgradzającym naszą doczesność od komnat Bożego Królestwa pełnią święte ikony – pisane według specjalnych, surowo przestrzeganych kanonów, korzystające z wielowiekowych doświadczeń sztuki i mistyki. Farby ikon są nakładane pędzlami mnichów, ascetów, ludzi przygotowujących się do tego zadania przez długie posty i modlitwy. Patrzymy na ikonę, i nagle obraz staje się mistycznym okienkiem: „otwiera się” przed nami Niebo. Już nie patrzymy na farby, złocenia i kształty. Spoglądamy w głąb ikony. Patrzymy za nią. W wieczność.

Nie przyglądaj się kształtom okiennej framugi, choćby była bogata jak słynne okno w zamku templariuszy w portugalskim Tomar

Podobnie jest z różańcem. Różaniec można porównać do ikony pisanej nie pędzlem, ale szeptem modlitwy, myślą skupioną na Bogu, wreszcie kontemplacją. Modlitewnym szeptem rysujemy kontury, myśl wypełnia je treścią, a przez kontemplację nagle przeciera się mur i zaczynamy widzieć Niebo! Niezwykłe to doświadczenie.

Różaniec jest modlitwą znającą szyfr do bramy Nieba. Gdy ktoś próbuje go przepisać na papier – a tym jest właśnie dobra ikona i chce być niniejsza książka – nieważne są kształty i kolory pisanych słów. Liczy się to, co w nich ukryte, co z nich promieniuje niewidoczną mocą. Jeśli zapis nie zawiera błędu, nadprzyrodzona moc znajduje się w naszych rękach… Wtedy – jak radził swoim czytelnikom dominikanin Jakub Sprenger, jedna z najważniejszych postaci w historii różańca – „w duchu rozważaj to dzieło, a nie patrz na litery”. Czyli: nie przyglądaj się kształtom okiennej framugi, choćby była bogata jak słynne okno w zamku templariuszy w portugalskim Tomar. Patrz w światło. Zapatrz się w to, co znajduje się za murem ułomnego świata, a czego skrawek możesz zobaczyć przez wykute okienko.

Różaniec jako sposobność do „podglądania Nieba”? Tak, ono daje nam się w nim zobaczyć.

Co prawda znajdują się w Kościele ludzie, którzy okna w murze (także te różańcowe) próbują uczynić witrażami przedstawiającymi ich własne wyobrażenia i własne interpretacje pejzaży, jakie ścielą się po drugiej stronie. Są też i różańcowi sztukatorzy. Nie grozi nam jednak niebezpieczeństwo pomyłki, jeśli zamiast biec wzrokiem za wyciągniętym palcem witrażysty i sztukatora, będziemy słuchać wskazówek głosu wielkiej i świętej Tradycji Kościoła. Jak tej o różańcu…

W rytuale obrządku wschodniego znajduje się błogosławieństwo ikony: „O Panie, nasz Boże, ześlij łaskę Ducha Świętego na tę ikonę… pobłogosław ją i uczyń ją świętą. Daj jej moc i siłę cudownych dzieł. Spraw, niech wypływa z niej poprawa życia i zdrowie”. Tak modli się Kościół Wschodni nad nowo napisaną ikoną. Powtarzam dziś te słowa nad ikoną – okienkiem w murze, które ta książka być może komuś ułatwi odnaleźć. Oby pomogła ona odkryć w murze świata, ubazgranym demagogicznymi hasłami i kłamliwymi obrazkami, małe okienko – nie wymalowane na ścianie, lecz wykute w murze okienko, przez które przeziera ponadzmysłowa rzeczywistość. I gdzie znajduje się Boska moc zdolna zmieniać świat.

Wincenty Łaszewski

w dniu Matki Bożej Gromnicznej AD 2016

Na początku był sznur pereł. Sznur pereł. Dar na pożegnanie. Jakiś ślad, pamiątka po raju. Perły, bo to najstarsze kamienie szlachetneBitwa pod Lepantofresk ukazujący anioła wręczającego różaniec jako najskuteczniejszą broń, Watykan, Sala Regia

CZĘŚĆ PIERWSZAHistoria różańca

Na początku był sznur pereł. Sznur pereł. Dar na pożegnanie. Jakiś ślad, pamiątka po raju. Perły, bo to najstarsze kamienie szlachetne. Bo są znakiem miłości. Bo są piękne i czyste, i mają zaklęte w sobie światło.

Przecież Bóg nie przestał kochać człowieka, gdy ten Go zdradził. A raj był krainą światła. A wszystko w nim było dobre i piękne. I jeszcze dlatego perły, bo ich piękno i czystość, i zaklęte w nich światło jest owocem długiego, cierpliwie znoszonego cierpienia.

„Tak rodzą się perły, jak będzie się rodzić twoje, człowieku, szczęście, które musisz teraz zbudować od początku. Sznur pereł będzie ci drogą do raju, który straciłeś. Możesz odzyskać swe szczęście, ale nie zapomnij o perlanym sznurze… On pomoże ci piąć się w górę, będzie ci lampą oświetlającą ścieżki. Rozproszy mrok i wzmocni ciało i ducha, byś mógł iść aż do moich bram. Gdy anioł zastąpi ci drogę, powiesz, że niesiesz łzy Boga. Przepuści cię pełen szacunku, jakbyś był moim najważniejszym posłańcem. Bo jesteś nim”.

W mrocznych dziejach zagubił się ten sznur. Ale człowiek go nie zapomniał. Na jego obraz i podobieństwo zrobił nowy sznur paciorków jak rajskie perły. Nieważne, czy zastąpiły je szlachetny kamień, drogocenny kruszec, drewno czy metal. Sznur swej funkcji nie zatracił. Przybliża raj aż po wejście w krainę światła, piękna, dobra i czystości. Dalej jest sznurem łez Boga.

W pewnym momencie historii Bóg powiedział: „Czas na wielkie przypomnienie, że to moje narzędzie, a nie dzieło ludzkiego serca, umysłu i ducha. Nadeszła pora, by przypomnieć jego podstawowe funkcje”. I posłał najświętszą z ludzi z nieba do najświętszego w tamtym czasie ludu z ziemi. Maryja nazaretańska spotkała się z Dominikiem kastylijskim i w imieniu Boga wręczyła mu raz jeszcze sznur pereł.

Najbardziej znana i powszechna forma modlitwy w Kościele katolickim sięga swymi początkami w głąb trzeciego wieku. Wtedy wyglądała zupełnie inaczej. Po kilku stuleciach znów przedstawia się inaczej, po następnych znów jej rozwój płynie innym, nieprzewidywalnym korytem.

A jednak to tam, w zupełnie innym różańcowym krajobrazie epoki trzeciego stulecia, bije jego źródło i stamtąd biegnie jej szlak.

Starożytność różańca, bogactwo form i różnorodność dróg jego rozwoju wskazują na wartość tej modlitwy. Zrodzonej przez świętość, a może przez Boskie natchnienia. Święty Jan Paweł II mówił o niej: „skarb”. Nieznany, zagubiony, zapomniany, który „należy w całym jego bogactwie na nowo odkryć”. A odkrywanie trzeba zacząć u źródeł, by dostrzec pierwotne związki różańca z poleceniem Jezusa, by „zawsze się modlić”. A także jego funkcję „ku zbawieniu”, jego związek z imieniem Jezusa i z medytacją nad życiem Zbawiciela świata.

Pierwsi pustelnicy. Anachoreci. Znaleźli Prawdę i zapragnęli żyć tylko dla Niej. Przesunął się w ich myśleniu horyzont czasowy na punkt „nieskończoność”

PUSTELNICY

Pyk… pyk… Głuchy łoskot. I kolejny, jak uderzenie wielkiej kropli w taflę wody. Chwila ciszy i znów krótki, głuchy dźwięk.

„Tam na dnie siedzi diabeł, kusiciel. Trzeba go zasypać górą kamieni. Ciężkich jak Jezusowa modlitwa”. Mówiąc te słowa, pustelnik wskazuje na stojące przed nim gliniane naczynie. Nieco bliżej leży kupka małych kamyków.

To pierwszy różaniec. Modlitwa pustelników. Modlitwa walki z potężnym duchowym nieprzyjacielem. Modlitwa jak przywoływanie wsparcia z nieba, bo samemu niepodobna oprzeć się diabłu. Modlitwa skuteczna.

Pierwsi pustelnicy. Anachoreci.

Dla tych ludzi świat był zagrożeniem. Może częściej jednak czymś niegodnym uwagi, aż po wzgardzenie wszystkimi jego błyskotkami. W ich oczach okazywały się fałszywym bogactwem. Wstawali więc od suto zastawianych stołów, porzucali wygodne pałace i domy, zostawiali stanowiska dające im pieniądze, władzę i poklask tłumów.

Znaleźli Prawdę i zapragnęli żyć tylko dla Niej. Przesunął się w ich myśleniu horyzont czasowy na punkt „nieskończoność”. Zaczęła liczyć się dla nich wieczność – szczęście wieczne, radość bez granic, spełnienie bez końca. Więcej: byli pewni, że żyjąc dla Prawdy teraz, w życiu doczesnym, już w nim będą poznawać smak szczęścia niebieskiego.

Wybrali pustynię. Bez innych ludzi, bez spraw tego świata. Podjęli wyzwanie niezwykłe: zanegowanie wszystkiego, co daje zwyczajne ludzkie życie. Ruszyli pod prąd. Zdecydowali się na krótki sen przerywany dodatkowo czuwaniem, na wielogodzinne modlitwy, na niekończącą się wojnę z demonami pokus i upiorami zwątpień. Wybrali walkę o przetrwanie na głodowych racjach, jakie daje im uprawianie małego poletka w pobliżu pustelni. Domem uczynili niewielką jaskinię pozbawioną najprostszych wygód. Zdecydowali się wędrować kilka razy w tygodniu, wiele godzin, w słońcu, do najbliższego źródła, by przynieść do swego pustkowia niezbędną wodę. Ich życie nie było łatwe, a oni nie byli bezczynni, jak chcą tego popularne obrazy, przedstawiające pustelnika pogrążonego w głębokich rozmyślaniach i modlitwach, żyjącego pośród mistycznych uniesień, może nawet karmionego przez anioła. Malarze nie ukazywali ich przy codziennej pracy, zmęczonych, obdartych ze wszystkiego; czasem nawet w to wszystko–zostało–odebrane był wpisany także Bóg. A jednak artyści (żyjący bezpiecznie i wygodnie w świecie), kierując swą wyobraźnię w stronę pustyni, mieli słuszność: przestawiali to, co w życiu pustelników było najważniejsze. Malowali ich czas dla Boga, uczenie się życia w Jego obecności, jednoczenie się z Nim umysłem, duszą, sercem, zniszczonym ascezą ciałem. Kiedy święci ludzie pustyni to osiągali, wówczas – zapewniają legendy – służyły im zwierzęta i natura, a zbłąkany rzezimieszek padał nawrócony na twarz.

Na pustynię powracał smak raju…

Nie dziwne, że byli oni szczęśliwymi ludźmi.

To był czas gorliwych pierwszych wieków. Wielu wychodziło wtedy na pustynie, by nigdy już z nich nie powrócić. Tylko małą ich garstkę potrafili odnaleźć ludzie z kręgu normalnego życia, by siłą przyciągnąć ich z powrotem do świata. Chcieli mieć w nich świadków raju, gwarancję mądrej rady, duchowych nauczycieli, może nawet pasterzy, czy biskupów. Jeśli zdarzyło się, że tacy wypalani na pustyni asceci, porywani przez głodnych Boga szaleńców wracali do cywilizacji, zabierali z sobą swoje narzędzie modlitwy. Środek komunikacji z Bogiem. To na nim uczyli się odnajdować swoją pustynię w mieście.

Cóż to było za narzędzie? Mieszkańcy pustyni przez lata uczyli się żyć całą Ewangelią – każdym jej słowem, przypowieścią, nauką. Chcieli być jej wierni we wszystkim, a szczególną uwagę przykuwały słowa Jezusa o drogach ducha. Wśród wielu pouczeń słyszeli wezwanie Mistrza: „Zawsze trzeba się modlić i nie ustawać” (Łk 18,1). Było to jedno z kluczowych i najtrudniejszych wezwań. Doskonale rozumiało je chyba tylko pierwsze pokolenie uczniów Jezusa; potem była to już tylko wiedza wybranych. Wzmianki o wypełnianiu tego polecenia znalazły się u świętego Pawła Apostoła, który pisze o tym jako o czymś dla adresatów jego listów prostym, oczywistym, powszechnie przez chrześcijan praktykowanym. Przypomina on uczniom: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), „Dziękujcie zawsze” (Ef 5,20), „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu” (Ef 6,18).

Pustelnicy wiedzieli, że dla pokolenia Pawła z Tarsu nie było podziału na czas dla Boga i czas dla świata. Wszystko było dla Boga. Rozumieli, że zawsze, nieustannie, przy każdej sposobności trzeba z Nim rozmawiać, z Nim być. Przede wszystkim być. Dla ludzi pustyni Bóg był bliżej nich niż ktokolwiek inny. Przecież po to odeszli daleko od „innych”.

Wielka tradycja pustelników wraca do nas raz po raz prostym pytaniem kapłanów prowadzących rekolekcje. Oni pytają: Z kim najczęściej rozmawiasz? Przed kim otwierasz serce? Nasza odpowiedź brzmi zawsze tak samo: Rozmawiam najwięcej i szczerze z najbliższymi, z tymi, których kocham, którym ufam, których znam. Z mężem czy żoną, z bratem czy siostrą, matką albo ojcem, z przyjacielem, może przyjaciółką. A najrzadziej lub nawet wcale nie rozmawiam z człowiekiem obcym, mało mi znanym; a już z pewnością nie otwieram przed nim serca. Wtedy słyszymy: Gdy Bóg jest najważniejszy, najbardziej umiłowany, najbliższy, wtedy jest naszym głównym rozmówcą. Jeżeli nie znamy Go i jest On dla nas „Bogiem abstrakcyjnym”… nic dziwnego, że mamy kłopoty z modlitwą… Rozumowanie proste i logiczne. Przynosi odpowiedź, dlaczego pustelnik uczył się modlitwy bez końca.

MODLITWA–NIEUSTANNA–JAK–JEZUSOWAposzukiwanie modlitwy, która by trwała jak istnieje wokół świat

Pustelnicy szukali odpowiedzi na pytanie: Jak rozumieć słowa Jezusa: „Zawsze się módlcie”? Szukali sposobu na osiągnięcie stanu nieustannej modlitwy.

Do czego doszli i jakimi drogami? Może najszybciej dotrzemy do ich odpowiedzi, gdy przywołamy świadectwo człowieka, który żył kilkanaście wieków później, i choć nie był pustelnikiem, to jednak duchowo żył jak oni. Siebie samego zwał „pielgrzymem” i poszukiwał odpowiedzi na najważniejsze pytania wiary.

Był to człowiek tradycji Wschodu i jak pierwsi pustelnicy żył w całkowitym oderwaniu od spraw tego świata. Szukał Boga w samotności i wyrzeczeniach. Swoje duchowe doświadczenia i przeżycia zawarł w książeczce Szczere opowieści pielgrzyma przedstawione jego ojcu duchownemu. Ukazała się ona w 1870 roku w Kazaniu nad Wołgą. Oto jak Pielgrzym określał samego siebie w pierwszych słowach wyznań: „Dzięki łasce Boga jestem człowiekiem, chrześcijaninem; sądząc z czynów – wielkim grzesznikiem, z powołania – pielgrzymem bez dachu nad głową, najniższego stanu, tułającym się z miejsca na miejsce. Cała moja majętność to na ramieniu torba z suchym chlebem, a na piersiach święta Biblia. Tylko tyle”.

Opowieść spisana na polecenie ojca duchownego zaczyna się podczas nabożeństwa w cerkwi: „Czytany był – wspomina Pielgrzym – List do Tesaloniczan, perykopa 273, gdzie jest powiedziane: módlcie się nieustannie. Słowa te przeniknęły mnie do głębi. Zacząłem się zastanawiać, jak można modlić się nieustannie, gdy każdy, by utrzymać się przy życiu, musi zajmować się także innymi sprawami. Poszukałem w Biblii i tam zobaczyłem na własne oczy to, co słyszałem, a mianowicie: że należy modlić się nieustannie”.

W sercu tego człowieka zamieszkało pragnienie nauczenia się modlitwy nieustannej. Nie było to jednak łatwe, nie znał bowiem nikogo, kto by ją praktykował. Pisze więc dalej: „«Co uczynię? – rozmyślałem. – Gdzie znajdę kogoś, kto mi to wyjaśni? Może pójdę do cerkwi sławnych z dobrych kaznodziejów, tam pewnie znajdę pouczenie». I tak też uczyniłem. Usłyszałem tam bardzo wiele dobrych kazań o modlitwie. Ale były to nauki o modlitwie w ogólności: czym jest modlitwa, jak powinno się modlić, jakie owoce przynosi modlitwa. (…). I tak słuchanie nie doprowadziło mnie do pożądanego celu”.

Kazania okazały się wyuczoną lekcją z podręcznika, nauką Bożej teorii. Nie było w nich tego, czego Pielgrzym szukał: praktycznych rad i oczywistych wskazówek. Postanowił więc szukać „jakiegoś męża mądrego i doświadczonego, który objaśniłby modlitwę nieustanną”.

Dowiedział się, „że w pewnej wiosce dawno już mieszka właściciel ziemski zajmujący się zbawianiem swej duszy: ma w swym domu cerkiew, nigdzie nie wyjeżdża, wciąż modli się do Boga i czyta bez przerwy książki służące ratowaniu duszy”. Od niego usłyszał: „Nieustająca modlitwa wewnętrzna to ciągłe dążenie ducha człowieka ku Bogu. Aby czynić postępy w tym błogim ćwiczeniu, trzeba częściej prosić Pana, by nauczył On modlić się bez przerwy. Módl się więcej i gorliwiej, a modlitwa sama wyjawi ci, w jaki sposób może być nieustanną; to przyjdzie w swoim czasie”.

Były to piękne słowa, ale znowu tylko słowa. Skarży się Pielgrzym: „Nie wyjaśnił mi nic”.

Potem rozmawiał z przeorem monasteru. Ten przyniósł mu Pouczenie duchowe człowieka wewnętrznego św. Dymitra. Pielgrzym zaczął czytać: „Słowa Apostoła: «módlcie się nieustannie» dotyczą modlitwy umysłu, bowiem może on być nieustannie zanurzony w Bogu i wciąż się do Niego modlić”. Na zadane przeorowi pytanie: „W jaki sposób umysł stale może zanurzać się w Bogu, nie rozpraszać się i wciąż się modlić”, usłyszał: „Jest to bardzo trudne, chyba że sam Bóg da to zrozumieć”.

„I nie wyjaśnił” – ponownie skarży się Pielgrzym.

Na końcu poszukiwań człowiek ów spotkał starca, będącego mnichem-pokutnikiem. Ten wtajemniczył go w modlitwę Jezusową: „Nieustanna wewnętrzna modlitwa Jezusowa to nieprzerwane, nigdy nieustające wzywanie Boskiego imienia Jezusa Chrystusa ustami, umysłem i sercem, ze świadomością stałej Jego obecności, z prośbą o zmiłowanie, podczas wszelkich zajęć, na każdym miejscu, w każdym czasie, nawet we śnie. Wezwanie to brzmi tak: «Zbawco, Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!». Kto przywyknie do takiego wzywania, znajdzie wielką pociechę i doświadczy potrzeby, by zawsze tak się modlić, i to takiej, że już bez modlitwy nie będzie mógł żyć, a ona sama będzie się wylewać w jego wnętrzu. Czy teraz rozumiesz, czym jest modlitwa nieustanna?”.

Potem rozmawiał z przeorem monasteru. Ten przyniósł mu Pouczenie duchowe człowieka wewnętrznego św. Dymitra

Tym razem odpowiedź Pielgrzyma jest twierdząca: „Wspaniale to zrozumiałem, ojcze mój!”.

Pouczany przez starca, usłyszał jeszcze: „Odmawiaj tę modlitwę tak często, jak chcesz, tyle, ile możesz, staraj się poświęcić jej wszystkie godziny dnia i czuwania i przywołuj imię Jezusa Chrystusa bez liczby, oddając się pokornie woli Boga i od Niego oczekując pomocy. Wierzę, że nie opuści cię i pokieruje twoją drogą”.

Pielgrzym zaczął praktykować nieustanną modlitwę. Początkowo była to tylko modlitwa ust, która miała pomóc mu pamiętać o Bogu. Po jakimś czasie spostrzegł: „Przestałem modlitwę wymawiać ustami i zacząłem przysłuchiwać się temu, co mówi serce…”. Minął jakiś czas, gdy odkrył: „Zacząłem odczuwać w sercu delikatny ból, a w myślach taką miłość do Jezusa Chrystusa, że wydawało mi się, iż gdybym Go zobaczył, to rzuciłbym się Mu do nóg i nie wypuścił, całowałbym słodko, do łez, dziękując za to, że poprzez swoje imię daje tak wielką pociechę ze swojej łaskawości i miłości niegodnemu i grzesznemu stworzeniu”. Potem pojawiło się jeszcze coś więcej: „Zaczęło się pojawiać w sercu jakieś kojące ciepło, które rozchodziło się na całe piersi”.

Właśnie takie doświadczenie – przez tęsknotę po mistykę i zanurzenie w Bogu – nosili w sercu pustelnicy pierwszych wieków. Zasadę „nieustanności” zaczynali rozumieć dopiero po długim czasie i w głębokim odosobnieniu, gdzie byli tylko oni i Bóg, i gdzie – dodajmy tę uwagę – mieszkał też diabeł, próbujący skłócić ich ze Stwórcą jak Ewę i Adama w raju.

On jednak był wobec pustelników bezradny.

Modlitwa walki z potężnym duchowym nieprzyjacielem. Modlitwa jak przywoływanie wsparcia z nieba, bo samemu niepodobna oprzeć się diabłu. Modlitwa skuteczna.

Dzisiejszym poszukiwaczom nieustannej modlitwy pozostaje co najwyżej pustynia w mieście – jak owym pustelnikom porywanym przez ludzi żyjących w świecie, ale szukających Boga. Może to właśnie dzięki nim jesteśmy dziś bogatsi o mądrość pustyni, którą przechowuje przez pokolenia Kościół…

Jak dawni porywacze anachoretów pytamy: Czy nieustająca modlitwa jest w ogóle możliwa? „W podświadomości wielu chrześcijan modlitwa jest zajęciem niedającym się pogodzić z tym wszystkim, co mają do zrobienia; nie mają na nią czasu” – przypomina Kościół i od razu neguje takie poglądy. Powołuje się na świadków: św. Jana Chryzostoma († 407), biskupa Konstantynopola, i pustelnika Ewagriusza z Pontu († 399), abbę Pojmena (V wiek) i tylu innych, którzy opuścili wszystko, aby mieć Wszystko.

Św. Jan Chryzostom, mając trzydzieści lat, porzucił wspaniałą karierę i udał się na pustynię. Z kolei św. Ewagriusz z Pontu († 399), asceta, który zasłużył sobie na tytuł „ojca pustyni”, twierdził, że modlitwa to obowiązek, którego nie wolno zaniedbać

Jan Chryzostom, który mając trzydzieści lat, porzucił wspaniałą karierę i udał się na pustynię (powrócił z niej po sześciu latach, by zostać pasterzem mieszkańców Antiochii), uczył ludzi, którzy nie znali pustyni, żyli w sercu miasta, ale szukali Boga: „Można modlić się często i gorąco. Nawet na targu czy w czasie samotnej przechadzki, siedząc w swoim sklepiku czy też kupując lub sprzedając, a nawet przy gotowaniu”.

Z kolei Ewagriusz z Pontu († 399), asceta, który zasłużył sobie na tytuł „ojca pustyni” (należy się on kilku największym świętym mistykom i znawcom Boga mieszkającym na pustyniach), twierdził, że modlitwa to obowiązek, którego nie wolno zaniedbać: „Nie zostało nam nakazane nieustannie pracować, czuwać, prosić, natomiast prawem jest dla nas modlitwa nieustanna”.

Kolejny Ojciec pustyni, legendarny abba Pojmen, dodawał, że każdy człowiek „powinien oddychać nieustannie atmosferą pokory i bojaźni Bożej niczym powietrzem, które wciąż wdycha i wydycha”.

„W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” – konkluduje św. Paweł w rozmowie z poganami w Atenach (Dz 17,28).

„Modlitwa jest  nieustanna, gdy utrzymujemy umysł w wielkiej bojaźni Bożej – pisał w VII wieku św. Maksym Wyznawca.

Św. Jan Kasjan pisał: „Bardzo mało modli się ten, co tylko przywykł modlić się wtedy, gdy klęczy”

Najlepiej problem realizacji nakazu nieustannej modlitwy ilustruje pewne zdarzenie z życia wielkiego mistrza pustyni, abby Lucjusza: „Do Abby Lucjusza do Enaton przyszli kiedyś mnisi zwani euchitami, a starzec ich zapytał: «Jaką ręczną pracą wy się zajmujecie?». Odrzekli: «My pracy ręcznej nie tykamy, ale według słów apostoła modlimy się nieustannie». I spytał starzec: «Czy nie jadacie?». Odpowiedzieli: «Owszem». On rzekł: «Kiedy więc jecie, któż modli się za was?». I pytał dalej: «Czy nie sypiacie?». Odpowiedzieli: «Owszem». A starzec na to: «Kiedy więc śpicie, któż modli się za was?». I nie mieli na to odpowiedzi. A on powiedział: «Wybaczcie mi, ale nie tak żyjecie, jak mówicie. A ja pokażę wam, że wykonując pracę ręczną, modlę się nieustannie. Bo trwając w obecności Bożej, zwilżam sobie włókna palmowe; a siedząc i skręcając linę, mówię: «Zmiłuj się nade mną, Boże, w miłosierdziu swoim: w ogromie swej litości zgładź nieprawość moją». I zapytał ich: «Czyż to nie modlitwa?». Odpowiedzieli: «Owszem»”.

„Nieustannie się módlcie”. Jak widać, łatwo sprowadzić to biblijne polecenie do absurdu. Czy mamy nie spać i nie jeść, nie pracować i cały czas się modlić? Odpowiedź jest jedna: Przecież to niemożliwe! A jednak ten sam św. Paweł, który wzywa do nieustającej modlitwy, napomina tych samych adresatów zachęcanych przez niego do nieustannej modlitwy: „Kto nie chce pracować, niech nie je” (2 Tes 2,3). Wzywa więc do pracy na własny chleb. Temat modlitwy i pracy znalazł się na innej płaszczyźnie niż nasza racjonalna, czarno-biała rzeczywistość. Bo jego słowa rodzą pytanie: Czyżby podczas pracy należało modlić się nieustannie? A także… podczas snu?

Z pozornej absurdalności wymagania postawionego przez Jezusa pustelnicy odczytali myśl: Zbawiciel rozumiał modlitwę inaczej! Nasz Pielgrzym mówił: „Przestałem modlitwę wymawiać ustami i zacząłem przysłuchiwać się temu, co mówi serce… Zacząłem odczuwać w sercu delikatny ból, a w myślach taką miłość do Jezusa Chrystusa… Zaczęło się pojawiać w sercu jakieś kojące ciepło, które rozchodziło się na całe piersi…”. Tradycja mistyczna nazywa to „trwaniem w obecności Bożej”. Ludzie święci, którzy znają to słowo – nie z teorii, ale z praktyki własnego doświadczenia – wiedzą, do czego wzywał Zbawiciel. Do zjednoczenia tak głębokiego, że – jak pisał św. Paweł Apostoł – „żyję ja, ale już nie ja, żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Aż po skrajność wyrażoną w nauce współczesnego pustelnika – trapisty Thomasa Mertona († 1968), który mówił do braci nowicjuszy w swoim klasztorze Getsemani: „Kiedy spotykasz swego brata, Chrystus spotyka Chrystusa”.

„Modlitwa jest zawsze możliwa”, „modlitwa jest życiową koniecznością”, „modlitwa i życie chrześcijańskie są nierozłączne”. Takie słowa czytamy we współczesnym Katechizmie Kościoła Katolickiego wydanym za pontyfikatu św. Jana Pawła II.

Prawdziwa modlitwa jest więc chwilą zjednoczenia z Bogiem, a nieustanna modlitwa to nieustanne trwanie w tym zjednoczeniu. To ideał pustelniczego życia. Nic dziwnego, że nieustanne modlenie się stanowiło najważniejszy program anachoretów – ludzi pustyni z III, IV i V wieku.

Uczyli oni, że modlitwa musi zająć całe ludzkie życie. Bo i w sprawach duchowych „natura nie znosi próżni”. Przestrzegali, że gdy człowiek nie daje zawsze w sercu miejsca Bogu, zostanie ono szybko zajęte przez nieprzyjaciela: szatana. Będziemy mogli wówczas – powtarzali pustelnicy – uczynić „wiele”, ale dla swego potępienia.

Wewnętrzna absurdalność żądania Jezusowego sprawiła, że pustelnicy zaczęli uważać modlitwę za pojęcie szersze: wiązali ją z postawą człowieka – z oddaniem się Bogu, z posłusznym wypełnianiem Jego woli. Albowiem – jak nauczał Marek Eremita († 430) – „pamięć o Bogu pociągnie również za sobą odpowiednie życie i odpowiednie czyny. Kto wciąż się modli i na każdym kroku budzi w sobie wspomnienie Boga, tego ogarnie żal i poczucie wstydu za własną niewdzięczność i grzeszność; czuje się wezwany do gorliwości we wszelkiej cnocie, do dzieł sprawiedliwości, do pełnienia woli Bożej”. Do takich owoców prowadzi modlitwa nieustanna: „Modlitwa jest mianowicie nieustanna, gdy utrzymujemy umysł w wielkiej bojaźni Bożej i gdy w tęsknocie oddani Bogu, w nadziei wciąż w Nim ugruntowani, ufamy Mu we wszystkim; w tym, co czynimy, i w tym, co się nam przydarza” – pisał w VII wieku Maksym Wyznawca.

Pustelnik szuka Boga, a modlitwa jest jak drabina na niedostępne dla śmiertelnika wysokości. Jeśli ma połączyć ziemię z niebem, musi mieć szczególną jakość. Przywołajmy słowa innego wczesnochrześcijańskiego autorytetu z grona anachoretów. Święty Jan Kasjan († ok. 435) pisał: „Bardzo mało modli się ten, co tylko przywykł modlić się wtedy, gdy klęczy. W ogóle natomiast nie modli się ów, co nawet klęcząc, daje się odwieść od modlitwy przez roztargnienie serca”.

W tym momencie w naszych rozważaniach przekraczamy pierwszą granicę. Znaleźliśmy się w krainie medytacji. Nie wychodząc z krainy modlitwy ustami, znaleźliśmy się w barwnym świecie rozmyślania, które otwiera na działanie Boga. To nie jest zamyślenie, to meditatio – rozważanie, namysł, zagłębianie się w myślach. I nie chodzi tu o „myślenie o”, lecz „myślenie jak” i wreszcie „myślenie z”. Medytacja pustelników to zapominanie o swoim ja i „rozważanie słów Boga”, „namysł nad dziełami Pana”, „zagłębianie się w myślach Stwórcy”. „Nie ma prawdziwej modlitwy bez prawdziwej medytacji” – mawiali święci pustynni.

Dzieje Tobiasza skomentowała wizjonerka z Fatimy: „Gdy grzebałeś umarłych, i zostawiałeś obiad swój, ja ofiarowałem modlitwę twoją Panu”

MODLITWA CZYLI WSZYSTKOżycie otrzymuje nowe imię: modlitwa

Modlitwa ustna, medytacja… Czy to już wszystko, co prowadzi do wypełnienia polecenia Jezusa: „Zawsze się módlcie”? Istnieje jeszcze jeden niezbędny element towarzyszący życiu pustelniczemu. Zilustrujmy go słowami, ale tym razem nie wielkich ascetów z pustyni egipskiej. Siostra Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi († 2005), która w 1917 roku widziała Matkę Bożą w Fatimie i rozmawiała z Nią, w liście pisanym 21 kwietnia 1961 roku przypomniała słowa anioła wypowiedziane do Tobiasza i uzupełniła je ważnym komentarzem.

Posłuchajmy najpierw biblijnej opowieści przywołanej przez fatimską wizjonerkę: „Po śmierci króla Salmanasara, gdy panowanie objął po nim syn jego Sennacheryb, który na synów izraelskich patrzał nienawistnym okiem, Tobiasz na każdy dzień obchodził wszystkich powinowatych swoich, i pocieszał ich i udzielał każdemu, ile mógł, z majętności swojej: Łaknących żywił i nagim odzienie dawał, a umarłym i zabitym pogrzeb z pilnością sprawiał. Na koniec, gdy król Sennacheryb (…) zabijał wielu synów izraelskich, Tobiasz grzebał ciała ich. A gdy to oznajmiono królowi, kazał go zabić i zabrać wszystką majętność jego. A Tobiasz z synem i żoną uciekłszy z wszystkiego odarty, krył się, bo go wielu miłowało. Lecz po czterdziestu pięciu dniach zabili króla (…); i wrócił Tobiasz do domu swego, i oddano mu wszystką jego majętność.

A potem (…) [syn Tobiasza] wróciwszy się, powiedział mu, że jeden z synów izraelskich zabity leży na ulicy. I natychmiast wyskoczył z siedzenia swego i zostawiając obiad, przybiegł na czczo do ciała, a wziąwszy je, zaniósł do domu swego potajemnie, aby po zachodzie słońca ostrożnie go pochować. A gdy ukrył ciało, jadł chleb z żałością i ze drżeniem, wspominając owe słowa, które mówił Pan przez proroka Amosa: «Święta wasze obrócą się w płacz i w żałość». A gdy słońce zaszło, poszedł i pochował go. A wszyscy bliscy upominali go, mówiąc: «Już dla tej przyczyny kazano cię zabić i ledwieś uszedł skazania na śmierć, a znowu grzebiesz umarłych?». Ale Tobiasz bojąc się bardziej Boga niźli króla, porywał ciała zabitych i krył w domu swoim, a o północy je grzebał”. (Tb 1,18-2,10)

Dziesięć rozdziałów później czytamy, że Bóg, który widzi wszystko, wynagrodził Tobiaszowi jego wierność i odwagę. Dał jego rodzinie swego anioła, aby bezpiecznie poprowadził ją drogami swej Opatrzności. Aż do szczęśliwego zakończenia historii, gdy to, co po ludzku zdawało się niemożliwe, stało się nie tylko możliwe, ale weszło w historię jako fakt dokonany.

Dzieje Tobiasza skomentowała wizjonerka z Fatimy: „«Gdy grzebałeś umarłych, i zostawiałeś obiad swój, a kryłeś umarłych przez dzień w domu twoim, a w nocy ich grzebałeś, ja ofiarowałem modlitwę twoją Panu» (Tb 12,12). Z pewnością kopanie grobów zmarłym nie jest, mówiąc właściwie, modlitwą ustną czy myślną, jest jednak wypełnieniem obowiązku miłosierdzia względem bliźniego, podjętym z miłości do Boga. W ten sposób wszelka praca przemienia się w modlitwę, którą nasz anioł ofiaruje Bogu za nas i w naszych intencjach”.

Słowa Siostry Łucji to klucz znaleziony przez poszukiwaczy Boga już w pierwszych wiekach, na pustyni. Modlitwa skuteczna (bo są i nieskuteczne, bezowocne, jałowe, a nawet wzywające pomocy diabelskiej) to taka, która nie jest samą tylko modlitwą ustną czy myślną, czyli odmawianiem modlitw i medytacją. Modlitwa musi zostać rozszerzona o pracę. Dom modlitwy – uczyli pierwsi anachoreci – wymaga kawałka ziemi, na którym można go zbudować. Wokół groty pustelniczej zawsze była „ziemia uprawna, uległa w pocie czoła”. W końcu wszyscy ludzie zostali wypędzeni z raju i usłyszeli z ust Boga słowa, które zdawały się przekleństwem, gdy w rzeczywistości są błogosławieństwem. To było odkrycie mieszkańców pustyni: Bóg nie rzuca przekleństw na ludzi. Bóg pokazuje wrota, które prowadzą do nieba. Otworzyć je, znaczy podjąć pracę w pocie czoła…

Bóg rzekł: „Przeklęta będzie ziemia dla ciebie, w pracy z niej pożywać będziesz po wszystkie dni żywota twego. W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba” (Rdz 3,17-19). Bez tego pierwszego porajskiego przykazania na wszystkich rogatkach wciąż stoi anioł z ognistym mieczem. Nie ma wstępu w pobliże Boga.

Jak szukać Stwórcy i znaleźć Go? Spotkanie z Bogiem tam, gdzie nie ma raju, możliwe jest wtedy, gdy w życiu człowieka pojawi się modlitwa, a wokół niej modlitwa czynem. Praca w cieniu modlitwy… Benedyktyńskie ora et labora – „módl się i pracuj” – niekoniecznie oznacza prostą koniunkcję, jakoby człowiek miał w ciągu dnia znaleźć czas i na modlitwę, i na pracę. Może chodzi o „modlitwę podczas pracy”? Ora et labora oznaczałoby: „Gdy pracujesz, módl się”.

Przypomnijmy nauczanie papieża Franciszka z początków jego pontyfikatu. W swej pierwszej homilii wygłoszonej w Kaplicy Sykstyńskiej wołał: „Nie pozwólmy, by znaki zniszczenia i śmierci towarzyszyły naszemu światu!”. Aby nie zdominowały one naszej epoki, trzeba – zdaniem Ojca Świętego – przyjąć za wzór zmieniania świata „przez wiarę”… św. Józefa. Dlatego w homilii wygłoszonej podczas Mszy świętej inauguracyjnej pytał: „W jaki sposób Józef odpowiedział na swe powołanie…? Był nieustannie skupiony na Bogu, otwarty na Jego znaki, gotowy wypełniać Boży plan, a nie po prostu swój (…). Z dyskrecją, pokorą, w milczeniu, ale będąc nieustannie obecnym i w całkowitej wierności, także wówczas, gdy nie rozumie (…). O to właśnie prosił Bóg (…). Bóg nie pragnie domu zbudowanego przez ludzi, ale wierności Jego słowu, Jego planowi. To sam Bóg buduje dom, ale z żywych kamieni naznaczonych przez Jego Ducha. Co się dzieje, gdy nie buduje się na twardej skale? Dzieje się to, co dzieje się z dziećmi na plaży, kiedy wznoszą zamki z piasku: wszystko się wali, to nie ma spójności… Kiedy nie wyznaje się Jezusa Chrystusa, wyznaje się światowość diabła”. Te słowa mogły być dosłownym cytatem z dzieł Ojców pustyni.

Pustelnicy byli jak nowotestamentalny Józef i starotestamentalny Tobiasz. Ci ludzie ryzykowali życie z miłości do Prawa Bożego i do ludzi. I Bóg zamieniał ich czyny w modlitwę, która zmienia świat. Ich praca nie była przerwą w modlitwie. Oni modlili się bezustannie.

Również ich spotykały rozproszenia na modlitwie… Uczynić nią codzienną pracę, posiłki, ba – sen, nie było im łatwo. Nie znaczyło to jednak, że uważali, iż mają zrezygnować, uznać, że nie są w stanie wstąpić na drogę nieustannej modlitwy, która – przypomnijmy doświadczenia Ojców pustyni – wprowadza człowieka do raju i daje nam odczuć, czym było pierwsze szczęście człowieka, do którego zaprosił go Bóg.

Chrześcijaństwo nie jest czarno-białą wizją świata: nie dzieli ludzi na „już” i „nigdy” grzeszników – na takich, którzy już nie powstaną z upadku, i na świętych, którzy nigdy nie powiedzą Bogu nawet cichego „nie”. Jest inaczej: ludzkie życie to droga (pierwsza nazwa chrześcijaństwa to właśnie „droga” – zob. Dz 19,23), wędrowanie w górę, wymagające nieustannego wysiłku, by pokonać grzech, by przezwyciężać siłę ciążenia i własne zmęczenie. Dla pustelników nie były to puste słowa. Ich opuszczenie cywilizacji i wyjście na pustynię oznaczało nawet dosłownie „wędrówkę w górę”: z doliny Nilu na pustynne wyżyny. Modlitwa tych ludzi była jednocześnie walką z rozproszeniami, których doświadczają nawet ci, którzy swój umysł i serce skupili na Bogu. Zaświadcza o tym cytowany już święty pustelnik Jan Kasjan: „Kiedy nasz umysł uchwycił już początek jakiegoś psalmu, uwaga niepostrzeżenie się od niego odrywa i bezwiednie, ku własnemu zdumieniu, zwraca ku tekstowi innego fragmentu Pisma. I kiedy chcemy się nad nim zastanowić i jeszcze go nie w pełni ogarniamy, nachodzi nas z kolei wspomnienie jeszcze innego miejsca i wypiera rozważanie nad poprzednim. Jedna myśl pociąga za sobą inną, i wciąż wdziera się coś nowego. I tak umysł przerzuca się od psalmu do psalmu, skacze od tekstu Ewangelii do czytania Apostoła, od tego zwraca się do sentencji proroków i dalej do jakichś czytań duchownych, wciąż nieustannie miotany tu i tam po obszarach świętych pism…”.

„Roztargnienie wyjawia nam, do czego jesteśmy przywiązani” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Pobożni pustelnicy mieli duchowe rozproszenia, ale te możemy nazwać „pobożnymi”. Inaczej my, z miast tego świata: nie mogąc skupić uwagi na modlitwie, doświadczamy nieustannych rozproszeń, które nie mają nic wspólnego z pobożnością… To znak, że nie do Bożych spraw jesteśmy przywiązani.

Pierwsi święci, ludzie pustyni, którzy pragnęli doskonale wcielić w swoje życie Ewangelię, stawiali sobie pytanie, jak pozostawać w ciągłej, nieustannej modlitwie.

Słuchamy ich głosów, mimo że żyjemy otoczeni światem, nie pustką jak oni. Bo przecież człowiek pozostaje człowiekiem niezależnie od tego, gdzie i kim jest. Także ludzie żyjący pośrodku świata powinni żyć Ewangelią, czyli znajdować czas na modlitwę i uczynić ją nieustanną. Bywa, że wydaje się nam, iż zwykłym powołaniem człowieka, rolą zazwyczaj wyznaczoną przez Boga w praktyce każdemu jest życie czynne. Bóg umieścił ludzi w świecie, więc mają oni w nim do spełnienia misję działania na rzecz dobra, przemieniania świata na lepszy, czynienia sobie ziemi poddanej. Tymczasem modlitwa… to luksus ludzi niezaangażowanych w życie! Cecha pustelników, mistyków, wielkich świętych.

Ale Kościół prostuje ten fałszywy osąd. Naucza: „Modlitwa nie jest odwróceniem się od historii ani ucieczką od życia”. Nie wolno przeciwstawiać jej aktywizmowi i przedstawiać jako ucieczkę od świata. Przecież nie tylko pustelnicy czy mnisi pisali o nieustającej modlitwie. Pisał też o niej np. św. Jan Chryzostom – ekspustelnik, biskup zaangażowany w walkę o sprawiedliwość społeczną i wierność prawdzie.

Człowiek pustyni nie wyznaczał sobie minimum czasu na modlitwę, aby przez jego resztę oddawać się innym zajęciom. Przeciwnie, ustalał maksimum czasu, jaki był gotowy poświęcić pracom zewnętrznym, by zaraz wracać do modlenia. Przerywał modlitwę tylko wtedy, gdy było to nieuniknione, na przykład kiedy nakazywała to miłość bliźniego. Żył odwrotnie niż zwykły chrześcijanin zanurzony w świat. Ten drugi przerywa swoje zwykłe czynności, aby dopełnić obowiązku modlitwy. Oznacza to, że nie wypełnia swego chrześcijańskiego powołania do modlitwy nieustannej…

Pustelnicy uważali, że wszyscy ludzie mają z natury jakąś wewnętrzną, wciąż żywą (mimo grzechu) duchową aktywność, która wyraża się w refleksji, w serdecznych myślach, może nade wszystko w świętych pragnieniach. Twierdzili, że ta wewnętrzna działalność nie jest jednak z natury uporządkowana i moralnie dobra, że pozostaje zmącona przez grzeszne skłonności. Dlatego uczyli, że przez świadome kształtowanie życia wewnętrznego w duchu Bożym trzeba dokonywać oczyszczenia serca ze złych skłonności i namiętności, wyrywać je spod wpływu demonów i ostatecznie doprowadzić do posłuszeństwa Bogu. „Walcz z całej duszy, aby twoja wewnętrzna aktywność była z Boga” – powtarzał Ojciec pustyni Arseniusz Wielki († ok. 445-449).

Istnieją świadectwa z pierwszych wieków odnotowujące próby życia nieustanną modlitwą na pustyni w Egipcie i Syrii. Dowiadujemy się z nich, że dla pustelników najważniejsza była pamięć o Bogu, doskonała wierność Jego nauce, naśladowanie i zjednoczenie z Nim we wszystkim. Ci gorliwi uczniowie Jezusa wiedzieli, że mają trwać na nieustannej modlitwie, że taki jest nakaz Pana, więcej, że pamięć o Bogu pozwoli im nie ulec pokusom i karmić się Bożą miłością. Na przykład Izydor ze Sketis († przed 451) mawiał: „Kiedy byłem młody, siedząc w swojej celi, nie miałem wyznaczonego czasu modlitwy: i dzień, i noc były dla mnie czasem modlitwy”.

Święty Atanazy († 373) w napisanym przez siebie żywocie św. Antoniego Pustelnika († 356) odnotował, że ten ostatni „modlił się nieustannie”. Dodał uwagę, że ponieważ Antoni chciał być doskonały, uważał, iż należy się modlić słowami Pisma Świętego, bo są one z pewnością bardziej godne Boga niż jego ułomne słowa. Podobne świadectwa pozostały po św. Epifaniuszu z Cypru († 403), który twierdził, że „prawdziwy mnich powinien bezustannie mieć w sercu modlitwę i psalmodię”.

Pustelnik i jego duchowość? Oto przekraczamy kolejną granicę… Na horyzoncie pojawia się pierwszy różaniec…

SŁOWA BIBLII SŁOWAMI MODLITWnatchnione przez Boga przewyższają wszystko, jak niebo ziemię

Powoli zacieśniamy krąg naszych poszukiwań. Wiemy już o pragnieniu (obowiązku!) trwania na nieustannej modlitwie. Wiemy, że modlitwą nie jest tylko zwracanie się do Boga słowami, bo jeszcze ważniejsza jest medytacja. Wiemy, że istnieje język ważniejszy niż język ludzkich słów. Jest to język miłości. A miłość tym bardziej rodziła potrzebę rozmawiania z Bogiem. Najlepiej świętymi słowami – tymi z Biblii.

Zamyka się krąg. Miłość – słowa miłości – słowa Biblii. Nasze ludzkie słowa mają nieczytelną gramatykę tematów, próśb, żądań. Biblijne są słowami, których źródło jest w samym Bogu. Zawierają one Boże pragnienia i żądania.

Św. Atanazy odnotował, że św. Antoni Pustelnik „modlił się nieustannie”

Z wolna zaczyna tworzyć się tradycja, według której pustelnik czy mnich (mnichem był ten, kto prowadził życie „jak pustelnik”, ale we wspólnocie), chcąc być doskonałym uczniem Pana, winien rozmawiać z Bogiem Biblią. W konsekwencji tu i ówdzie rodziła się dziwna rywalizacja: kto zdoła wyuczyć się na pamięć jak największej liczby tekstów biblijnych, by posługiwać się nimi na modlitwie. Dlaczego na pamięć? Bo mnich (raczej o nim mowa, gdyż pustelnik nie miał się z kim porównywać) powinien się modlić zawsze: w czasie wielogodzinnych czuwań, surowych umartwień, bezsennych nocy, zwalczanych pokus, a nawet wtedy, kiedy się „nie modli”: podczas pracy, w krótkiej chwili odpoczynku, w podróży. Ale nauczyć się na pamięć całego Pisma Świętego, to rzecz po ludzku niemożliwa; czy zresztą rzeczywiście potrzebna? Dlatego pustelnicy i mnisi zaczęli wybierać z Ewangelii i Psalmów krótkie formy modlitewne, w których odnajdywali siebie: swój stan ducha, swoje pragnienia, swoje tęsknoty, swoje słabości i pokusy. Nazywali je formula pietatis – pobożnymi formułami. Najbardziej popularną była: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznikiem” (Łk 18,13), ale wielu upodobało sobie inną: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w miłosierdziu swoim: w ogromie swej litości zgładź nieprawość moją” (Ps 51,3) czy „Panie, wspomóż mnie!”. Równie popularne były wersety z Psalmów: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pospiesz ku ratunkowi memu” (Ps 70,2) i „Odnów nas, Boże, nasz Zbawco, i zaniechaj Twego oburzenia na nas!” (Ps 85,8). Na przykład cytowany już św. Jan Kasjan, który pierwszy zalecał anachoretom formułę modlitewną wyjętą z Psalmu, sam, „aby dojść do nieustannej pamięci o Bogu”, posługiwał się wezwaniem z Psalmu 70,2. Przejęła je potem liturgia brewiarzowa Kościoła.

Mijamy kolejny kamień milowy. Okazuje się, że Ojcowie pustyni stosowali też formuły niebiblijne. Wielu wołało do Boga własnymi słowami. Na przykład Arseniusz Wielki († 445) krzyczał w niebo: „Panie, zaprowadź mnie na drogę ocalenia!”.

Były też dłuższe pobożne formuły. Ten sam Arseniusz zwykł powtarzać słowa: „Boże, nie opuszczaj mnie: Niczego dobrego w Twoich oczach nie zrobiłem, ale w Twej łaskawości pozwól mi zacząć”. Dominowały jednak krótkie wezwania, gdyż jedno zdanie wystarczało za przedmiot długich rozmyślań, a jeden kęs słowa Bożego przeżuwało się całymi latami. Działający w IV wieku historyk Sokrates przytacza barwny przykład mnicha Pambosa: „Pambos, człowiek nieuczony, poszukiwał kogoś, by z jego pomocą wyuczyć się jakiegoś psalmu. Ledwie jednak posłuchał pierwszego wersetu Psalmu 38: «Rzekłem: Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem», nie chciał już słyszeć drugiego i poszedł w świat: «Będę miał dosyć kłopotu z tym jednym, aby doprowadzić rzeczywiście do jego wyuczenia się». Minęło sześć miesięcy, zanim nauczyciel ujrzał znowu swego ucznia, a kiedy go zganił, Pambos odrzekł: «Rzeczywiście, nie opanowałem jeszcze tego wersetu». Minęło kilka lat, a gdy ktoś znajomy spytał, czy już się go nauczył, powiedział: «Przez całe dziewiętnaście lat ledwie zdołałem się nauczyć go stosować w życiu»”.

Ten piękny przykład wyjaśnia, na czym polega nieustanna modlitwa praktykowana przez pierwszych pustelników. Skupiali oni umysł na przedmiocie godnym nieskończonej refleksji – na Bogu, Jego miłości i Jego potędze, na nicości człowieka, na wyglądaniu przez niego pomocy z nieba. Ale w tej praktyce kryło się coś więcej: słowa miały być wypowiadane nie tylko ustami, nawet nie tylko sercem i duszą – miały wołać ku Bogu całym postępowaniem. Wówczas modlitwa stawała się życiem, a więc… modlitwą nieustanną.

Praca pustelnika była dość mechaniczna (zazwyczaj wyplatał maty, liny, koszyki, które raz po raz zanosił „do ludzi” na sprzedaż), umożliwiała więc proste powtarzanie różnych wezwań.

W stosowaniu „pobożnych formuł” chodziło o naśladowanie sposobu modlitwy samego Jezusa, który w Ogrodzie Oliwnym modlił się, „powtarzając te same słowa” (por. Mk 14,39). Chodziło o naśladowanie natarczywości biblijnego biedaka, który nalega i powtarza prośbę, dopóki nie zostanie wysłuchany. Wiemy z Ewangelii, że ludzie o takiej postawie zasłużyli na pochwałę Jezusa. Wystarczy wspomnieć niewiastę kananejską czy wdowę naprzykrzającą się niegodziwemu sędziemu: „Kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic [Tyru i Sydonu], wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!». Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!». On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!». Od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15,21-28).

„Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: «Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!». Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: «Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie». I Pan dodał: «Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?»” (Łk 1,1-8).

KAMIENIE PEŁNE MODLITWYusiąść do modlitwy jak do rozmowy z królem

Pustelnicy, a za nimi mnisi, uznali, że należało pójść drogą biblijnej wdowy i kananejskiej niewiasty… Uczyli się kilku, kilkunastu ulubionych wersetów i modlili się nimi – uparcie, do skutku. Powtarzali je co dzień wiele razy. Zauważyli, iż jeśli wyznaczą sobie konkretną liczbę powtarzanych tekstów, to będą mieli gwarancję, że danego dnia pamiętali nieustannie o Bogu, że nie zaniedbali się w najważniejszym – w modlitwie. Mogą odmówić więcej, ale nigdy mniej!

W tym momencie pojawia się pierwszy praróżaniec. Pustelnicy zaczynają używać małych kamyków do liczenia odmawianych modlitw. Żyjący w V wieku historyk Kościoła Sozomen odnotował, że tak robił np. pustelnik Paweł z Teb († 347), który liczył odmówione modlitwy za pomocą małych kamyków. Chciał odmawiać codziennie trzysta modlitw. Nie były to jednak ani Psalmy, ani któryś z ich wersetów, lecz Ojcze nasz. Paweł brał na kolana miskę, w której znajdowało się trzysta kamyków, i po odmówieniu każdej kolejnej Modlitwy Pańskiej odkładał jeden kamyk.

To pierwszy różaniec. Modlitwa pustelników. Modlitwa walki z potężnym duchowym nieprzyjacielem. Modlitwa jak przywoływanie wsparcia z nieba, bo samemu niepodobna oprzeć się diabłu. Modlitwa skuteczna.

W praktyce Pawła z Teb wielu dopatruje się początku dziejów modlitwy zwanej dziś „różańcem” (dokładnie tzw. „Różańca Paternoster”). Po raz pierwszy zaczęto posługiwać się narzędziem do liczenia modlitw. Historycy duchowości gotowi są opowiedzieć się za tą datą. Wierzą bowiem, że choć łączenie początków różańca z liczeniem modlitw każe spoglądać na różaniec jako na „odmawianie”, a nie „rozważanie”, to jednak Paweł z Teb trzysta razy „rozważał” Modlitwę Pańską. To nie była mechaniczna mantra. To było pełne miłosierdzia zatapianie się w Bogu i w Jego myśli. Stąd tak mała liczba, zaledwie trzysta w ciągu doby.

Historyk Kościoła Sozomen odnotował, że pustelnik Paweł z Teb liczył odmówione modlitwy za pomocą małych kamyków. Chciał odmawiać codziennie trzysta modlitw

Bez wątpienia w praktyce pustelnika z Teb nie chodziło o mechaniczne wyrzucanie kamyków z miski, lecz o pamięć o Bogu, o głęboką modlitwę. Odmawianiu Ojcze nasz przez Pawła towarzyszyło znane nam „myślenie jak” i „myślenie z”. Wiemy o tym z przekazu mówiącego o innym pustelniku, któremu nie wystarczało dnia, aby odmówić w skupieniu jedno Ojcze nasz!

Raz jeszcze wybiegnijmy nieco naprzód. Nasuwa się bowiem pytanie: Czy to znaczy, że jeśli ktoś bezmyślnie przesuwa paciorki różańca, źle się modli? Może należy postawić też inne pytanie: Czy w ogóle można się źle modlić? Owszem, można tak odmawiać modlitwy, że modlitwa nie jest już w ogóle modlitwą. Ale źle modlić się nie można. Poza tym, jeśli ktoś modli się „bezmyślnie”, to trzeba najpierw zapytać, czy nikt go nie nauczył piękna modlitwy? Może taki człowiek uważa, że tak właśnie trzeba się modlić, i choć nie jest to ani łatwe, ani przyjemne, wiernie modli się różańcem, bo w ten sposób chce wyrazić swoją miłość do Boga i Matki Najświętszej. Cierpi, ale próbuje się modlić.

Na pewno Bóg to docenia. Wielu świętych odmawiało różaniec w tempie jak na bezdechu… A wizjonerzy fatimscy nawet skracali sobie zdrowaśki do kilku słów, zaś św. Bernadeta, której Matka Boża ukazała się w Lourdes, nawet podczas objawień modliła się bez warstwy rozważaniowej.

Tylko że bohaterowie tych przykładów nie rozważali podczas modlitwy najrozmaitszych codziennych spraw albo dumali o niebieskich migdałach. Nie – oni mówili do Boga i Jego Matki, a używali do tego modlitewnej formuły. Tylko tyle. A może aż tyle?

Modlitwa z miską na kolanach miała wytworzyć w pustelnikach nawyk odmawiania (i rozważania) jakiejś formuły. Asceta pragnący za wszelką cenę zjednoczyć się z Bogiem miał wypracować w sobie święte przyzwyczajenie: kiedy szedł do pracy, jego usta nadal szeptały pobożną formułę, a serce trwało przy Bogu.

Przytoczmy współczesne świadectwo. Ojciec Emilio Cardenas z zakonu marianistów opowiadał w październiku 1995 roku o młodym Józefie Wincentym: „Chciałbym opowiedzieć historię młodego Józefa Wincentego, którego nie miałem okazji poznać, bo przyjechałem do hiszpańskiego miasta, w którym on mieszkał, trzy miesiące po jego śmierci. Ale dobrze znałem jego rodziców i rodzeństwo. Józef Wincenty miał lat siedemnaście i uczył się w liceum marianistów w Walencji, gdzie odczytał swe powołanie i był przekonany, że Jezus Chrystus wzywa go, aby został członkiem mojego zgromadzenia. Czekając na chwilę, kiedy będzie mógł wstąpić do nowicjatu, zaangażował się w jednej z parafii, gdzie razem z kilkoma innymi młodymi ludźmi służył dzieciom najbiedniejszym, dzieciom ulicy. To z nimi właśnie pojechał na letni obóz wakacyjny, by słowem i przykładem życia uczyć ich Ewangelii. Pewnego dnia, w radosnych nastrojach, cała grupa podjęła wspinaczkę na wysoką skałę, skąd roztaczała się wspaniała panorama. Stanęli na szczycie, z zachwytem spoglądali wokół, a pod nimi zionęła głęboka otchłań. Wiatr wiał w twarze. Co Józef Wincenty miał wtedy w sercu? O czym myślał? Nie wiadomo. Nagle obracając się na pięcie, w sposób zupełnie niewytłumaczalny poślizgnął się i runął w przepaść. Upadek był groźny, chłopiec uderzył głową o skałę. Wystraszone dzieci zbiegły szlakiem, wołając o ratunek. Józef Wincenty leżał nieprzytomny, ale żył, oddychał. Z trudem udało się go przetransportować do karetki. Wikariusz parafii pojechał z chłopcem do szpitala. Niestety, chłopiec zmarł w drodze. Potem wikariusz opowiadał łamiącym się ze wzruszenia głosem, że kiedy jechali karetką, Józef Wincenty choć nieprzytomny, modlił się na różańcu. Szeptał: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą…”.

Na tym polega modlitwa nieustająca – chłopiec modlił się nawet w stanie agonalnym. Jego podświadomość pokazała, co miał w sercu: nieustanną modlitwę ewangeliczną, Pozdrowienie Anielskie. Jego codzienna modlitwa różańcowa skierowała go ku nieustającej modlitwie serca.

Powróćmy do czasów pierwszych pustelników. Skąd wzięła się liczba „trzysta” wyznaczona przez Pawła z Teb? Nie była to żadna magiczna liczba. Tak jak mnisi i pustelnicy odmawiali różne formuły modlitewne, tak i codzienna liczba ich modlitw była różna. Najbardziej popularnym liczbom modlitw poświęcimy za chwilę nieco uwagi, tymczasem przypomnijmy jedynie, że wyznaczona liczba wskazywała na pewne minimum, by wystarczająco dużo czasu poświęcać na co dzień Bogu. Była ona dolną granicą – jeszcze możliwą do zaakceptowania – intensywności życia religijnego. Człowiek bowiem, nawet pustelnik, ma w swej naturze skłonność do pomniejszania własnych zobowiązań, do dyspensowania się od przyjętych obowiązków i potrzebuje jakiejś „miarki”, która pomaga mu podtrzymywać duchową gorliwość. Dlatego poprzeczkę pustelnicy ustawiali wysoko.

Dodajmy na marginesie, że właśnie dlatego Kościół ustanowił tak zwane przykazania kościelne. One wyznaczają ostateczne minimum, które określa, czy w swoim postępowaniu jesteśmy jeszcze chrześcijanami i członkami wspólnoty Kościoła, czy też już nie.

Gorliwość pustelników była tak wielka jak doznawany trud i zmęczenie. Modlili się więcej, niż sobie nakazali. Ilustracją przesuwania liczby modlitw (zresztą nie tylko ich) z „minimum” na „dużo więcej” jest opowieść o pustelniku przytaczana we wspomnieniach wizjonerki z Fatimy, Siostry Łucji: „Jego cela znajdowała się daleko od źródła i codziennie musiał on przemierzać szmat drogi, by przynosić sobie wodę. Kiedy pewnego dnia szedł od źródła, niosąc na ramieniu dzban, zaczął się zastanawiać, gdzie powinien przenieść swoją celę, by mieszkać bliżej i nie pokonywać codziennie tak długiej drogi. Nagle usłyszał za sobą jakiś głos liczący: «Jeden, dwa, trzy…». Zatrzymał się, rozejrzał wokół, ale nie zobaczył nikogo. Zaczął iść dalej, lecz wówczas ten sam głos znowu podjął liczenie. Kolejny raz obejrzał się za siebie, ale znów nie zobaczył nikogo. W końcu mnich stanął i głośno zapytał: «Kto to idzie za mną i liczy?». A głos odpowiedział: «Jestem twoim aniołem stróżem, liczę twe kroki, by ofiarować je Bogu». Na to mnich: «Jeżeli tak się sprawy mają, to zamiast przenieść moją celę bliżej źródła, przeniosę ją dalej, bym miał Bogu więcej do ofiarowania»”.

W IV wieku modlitwa mnichów i pustelników zaczęła przybierać cechy pewnego schematu, zawierającego kilka elementów. Miała pomóc zachowywać pamięć o Bogu i trwać w zjednoczeniu z Nim. Streszczała Ewangelię. Modlitwy były liczone, do czego służyły specjalne pomoce. W tych wczesnochrześcijańskich praktykach różaniec ma swego poprzednika w linii prostej.