Apokalipsa według Fatimy - Wincenty Łaszewski - ebook

Apokalipsa według Fatimy ebook

Wincenty Łaszewski

0,0

Opis

Objawienia w Fatimie wciąż pozostają aktualne. Z każdym dniem nawet coraz bardziej. Czyżby Apokalipsa była już tak blisko?

Nie lękajcie się. Zwłaszcza że Apokalipsa to wezwanie do radości, o czym przypomina Wincenty Łaszewski, autor książki. W swoich rozważaniach fatimskich rozłożonych na siedem spotkań prowadzi on nas po drogach optymizmu, nadziei, a wreszcie triumfu nad złem. "Wiemy, że jesteśmy po stronie zwycięskiej" - stwierdza. Choć oczywiście wiele zależy od nas i naszego postępowania...

Apokalipsa według Fatimy podsuwa klucz nie tylko do głębszej lektury fatimskiego przesłania, ale również do rozumienia otaczającego nas świata.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




© Wydawnictwo WAM, 2013

Redakcja

Jadwiga Zięba

Projekt okładki

Andrzej Sochacki

NIHIL OBSTAT. Przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego

ks. Wojciech Ziółek SJ, prowincjał, Kraków, dn. 3 października 2013 r., l.dz. 167/2013.

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Od autora

Cóż bardziej tajemniczego i fascynującego niż temat Apokalipsy? Szczególnie, gdy narzędzie do jego poznania jest nie mniej tajemnicze i nie mniej niezwykłe – gdy kluczem interpretacyjnym jest orędzie fatimskie. Co więcej – orędzie przedstawione zupełnie inaczej niż zwykło się o nim mówić. Pokazane głębiej, poszerzone o dziesiątki wątków, które czasem są jak silny reflektor wydobywający prawdę z faktów niby już nam dobrze znanych. A właściwie zupełnie nieznanych. Fatima okazała się „górą lodową” oglądaną ponad poziomem wody. A co zobaczymy, gdy zanurzymy się w ocean? Nasza dotychczasowa „prawda” okaże się szczątkowa, czyli nieprawdziwa…

Fatima z jej tajemnicą jest najbardziej fascynującym doświadczeniem, jakie stało się moim udziałem. Wiele lat spędziłem nad badaniami („pod wodą”) związanymi z objawieniami fatimskimi i nie mam wątpliwości, że orędzie z Fatimy jest przesłaniem dla nas najważniejszym, a jednocześnie – apokaliptycznym. Tu leży klucz do naszej przyszłości, także tej ostatecznie ryzykownej i trudnej. Klucz do czasu Apokalipsy.

To dlatego, zaproszony do poprowadzenia sesji w Centrum Duchowości Ojców Jezuitów (w miejscu szczególnym, bo w cieniu Jasnej Góry!) w 2008 roku, mówiłem słuchaczom o Apokalipsie według Fatimy. Opowiadałem o Apokalipsie inaczej niż mówi się powszechnie; zresztą podobnie mówiłem o Fatimie.

Wszystko to działo się kilka lat temu, a przecież z upływem lat apokaliptyczne treści orędzia z Fatimy stają się jeszcze bardziej aktualne. Może dlatego Wydawnictwo WAM zdecydowało się na wydanie mojej sesji w formie książkowej, a ja ostatecznie wyraziłem na to zgodę.

Muszę przyznać, że w tym momencie pojawił się pewien problem. Mówiony tekst, który rządzi się zupełnie innymi prawami niż tekst pisany, z zasady nie powinien stać się publikacją książkową. Wypowiadane słowa potrafią fascynować słuchaczy, ale niekoniecznie stanie się to udziałem Czytelników, kiedy żywe głoski zamienia się w płaskie słowa.

Kiedy usłyszałem, że Wydawca pragnie słowo mówione zamieścić na kartach książki, obudził się we mnie lęk. Bałem się, że to nie będzie dobra książka. Na szczęście pracownikom redakcji Wydawnictwa WAM udało się coś naprawdę trudnego: dzięki ich pracy tekst mówiony zgubił ślady ulotnej wypowiedzi i rzeczywiście otrzymał cechy tekstu drukowanego.

Na ile pozostał ciekawy? To ocenią już sami Czytelnicy. A może istotna będzie dla nich nie tyle forma (to w końcu tylko narzędzie), ale treść? Może ich uwagę przykuje apokaliptyczne wołanie z Fatimy.

Wyjaśnienia fatimskie

Z radością zapraszam do wspólnego pochylenia się nad tajemnicą Apokalipsy. Inaczej niż czynimy to zwykle, przyjrzymy się jej „na sposób fatimski” – jak pozwala nam na to objawienie uważane za największe i najważniejsze w historii. Chodzi o objawienia, jakie miały miejsce w 1917 roku w portugalskiej Fatimie.

Temat, który chcemy podjąć, jest bardzo radosny! Będziemy przecież mówić o niczym innym, jak właśnie o Apokalipsie! A jest to temat nie tylko ważny, ale – dla nas chrześcijan – budzący w sercu głęboką radość. Czy wy sami nie wywołujecie tego tematu swoją modlitwą? Czy nie prosicie o nią! Przecież codziennie wszyscy modlimy się do Boga Ojca, mówiąc: „Przyjdź, królestwo Twoje”. A chyba wiecie, że nie ma innej drogi do królestwa Bożego, jak przez Apokalipsę. Możemy rzec, że tak wspaniały cel, jakim jest szczęście przebywania w niebie uświęca środki, więc nie boimy się podejmować tego tematu. To, co przed nami wierzącymi, wcale nie musi przerażać! To jest też część składowa naszej radości! Zresztą, jaka by nie była Apokalipsa, pozostanie tylko formą przejścia z gorszego w lepsze, z niedoskonałości w doskonałość, z braku do pełni! Zauważcie: gdy na horyzoncie rysuje się już wizja królestwa niebieskiego, nawet to, co dziś nazywamy szczęściem w perspektywie ciągnącej ku nam nowej jakości, okazuje się czymś nie wartym uwagi. Niemal nieszczęściem… Czy nie o tym mówił Jezus, kiedy kazał nam mieć w nienawiści ojca i matkę, żonę, męża, dzieci? W porównaniu z miłością do Boga – miłością pełną, doskonałą, absolutną, zatapiającą w sobie nas całych – nasza nawet największa miłość doczesna jest tak mała i niepozorna, że wydaje się być bliższa nienawiści niż miłości!

Czy muszę dodawać, że temat Apokalipsy, dla nas radosny, dla tych, którzy (zacytujmy w tym momencie po raz pierwszy Fatimę) „nie wierzą, nie ufają i nie miłują” jest niepokojący i bolesny?

Będziemy rozważali temat Apokalipsy, umieszczając go jakby w dwóch kręgach. Wydaje mi się, że nie ma innej możliwości poznania tego, co pozostaje w Fatimie ukryte (a mówi na temat apokaliptycznych czasów), niż przejść przez dwa tematyczne kręgi. Nie da się tego tematu przeanalizować inaczej, jak przechodząc przez „dwa krajobrazy”. Pierwszy będzie historyczną analizą wydarzeń, które dokonały się i nadal mają miejsce w Fatimie. Warto zatem historyczną płaszczyznę raz jeszcze przypomnieć i w inny sposób ją przeanalizować. Od tamtych wydarzeń dzieli nas już blisko wiek, a Siostra Łucja tuż przed swoją śmiercią (13 II 2005) na polecenie swojego przełożonego generalnego karmelitów (jako karmelitanka była mu winna posłuszeństwo) spisała swoje refleksje dotyczące tego, jak ona „dziś”, to znaczy w roku 2000, patrzy na najważniejsze w historii Kościoła objawienia prywatne. Szkoda, że zapiski Siostry Łucji urywają się w trakcie opisu sierpniowych wydarzeń… Wizjonerka nie powiedziała nam wszystkiego. Mimo to jej analizy uczynione „przez pryzmat czasów i wydarzeń” (tak sformułowany jest podtytuł książki)[1] będą dla nas bardzo ważne, ciekawe i odkrywcze. I dodam: niezbędne, żeby dotknąć głównego zagadnienia.

Kiedy przejdziemy przez krąg historyczny, znajdziemy się w obszarze tematu ważniejszego, a jednocześnie trudniejszego. Spróbujemy podjąć ryzykowny krok i zejść w głąb objawień fatimskich. Mam już do tego prawo dzięki nowym dokumentom, które się ostatnio ukazały. Możemy spróbować spojrzeć oczami Siostry Łucji, oczami ojca świętego Jana Pawła II, oczami jeszcze kilku autorytetów fatimskich na to, co kryje się gdzieś głęboko, czego normalny zjadacz chleba nie dostrzeże. Istnieje takie pojęcie – które będzie się coraz bardziej zadamawiało wśród nas – „trudna Fatima”.

Do śmierci Siostry Łucji w dniu 13 lutego 2005 roku wielu ludziom wydawało się, że objawienia fatimskie są ciekawe, intrygujące, może niepokojące, ale nie stawiają przed nami zbyt wielkich wymagań. Codzienny różaniec, ofiarowanie Bogu cierpień, które się nam w ciągu dnia przydarzą, może odprawianie pierwszych sobót, może akt oddania Matce Najświętszej… Tymczasem Fatima na tym się nie kończy, od tego się dopiero zaczyna.

Temat Apokalipsy według Fatimy jest radosny, ponieważ nasze chrześcijańskie życie przynosi radość, poczucie szczęścia. Święty Augustyn powiedział, że „święty smutny to żaden święty”. Pierwszą cechą naszych analiz, o czym musimy pamiętać, próbując wejść jak najgłębiej i odkryć nieznane nam skarby Fatimy, jest optymizm. Stąd uprzedzę jakby główny wątek naszych rozważań i powiem, że według Fatimy zbliżająca się do nas Apokalipsa jest Apokalipsą nadziei. Chrześcijaństwo głosi Dobrą Nowinę, jest religią nadziei. Nikt z nas prawdziwie wierzących nie może być pesymistą, nie powinień mieć w sobie ducha katastrofisty, być człowiekiem bojącym się przyszłości i być pełnym obaw, że „się nie uda”. W Bogu wszystko się udaje, co nie znaczy, że nasze chrześcijaństwo jest religią naiwnego optymizmu. Zdajemy sobie sprawę, nie zamykamy oczu na to, że problemy świata są trudne, a do królestwa niebieskiego prowadzi nas droga, na której stoi krzyż. Wiemy, że Matka Boża w wielu swoich objawieniach uznanych przez Kościół mówiła wprost, że nie ma innej drogi do nieba jak przez dotknięcie krzyża, uczynienie go swoim własnym. Chrześcijaństwo jest religią prawdziwego optymizmu, bo jest to optymizm realny, bazujący na faktach. Nie zamyka oczu na zło i pogłębia świadomość wyznawców. Widzimy, że zło wokół nas narasta, a współczesne czasy są dla nas coraz bardziej czasem próby; o tym również mówi Fatima. Nie zamykamy oczu na cierpienie, którego wielu wokół nas doświadcza i które być może nas samych nie minie. Rektor sanktuarium w Fatimie, ks. Luciano Guerra, powiedział w Zakopanem w 2003 roku, że „Polskę czeka czas katakumb”, co oznacza, że w naszej ojczyźnie nadchodzi czas prześladowań chrześcijaństwa! Na to wszystko oczu nie zamykamy. Nie stanowi dla nas problemu upływ czasu, jaki dzieli nas od wypełnienia się obietnic – wspaniałych i pełnych nadziei – o których mówi Matka Boża w Fatimie. Tej odległości czasowej się nie boimy. Będę mówił jeszcze o tym, jak na to patrzyła Siostra Łucja. Jeśli jesteśmy ludźmi oddanymi Matce Bożej i spoglądamy na Jej postawę wobec świata, to dostrzegamy, że Matka Najświętsza była wyjątkową optymistką. Proszę zauważyć, wspominam o odległości czasowej, która dla niektórych kłóci się z optymizmem. Nikt nie wie, kiedy przyjdzie czas zwycięstwa Serc: Jezusa i Maryi, kiedy na świecie zapanuje pokój. Obiecała to Matka Boża Fatimska i wiemy, że tak się stanie, bo Maryja nie kłamie! A jednak godziny wypełnienia się Jej zapowiedzi nie znała nawet Siostra Łucja. Kilka lat przed śmiercią w rozmowie z Johnem Haffertem, założycielem Światowego Apostolatu Fatimskiego, też nie powiedziała, kiedy to się stanie. Wyznała tylko, że wie, iż tej chwili nie doczeka.

Wszystko to na pewno się stanie, tylko kiedy? Zwróćmy w tym momencie uwagę na dziwny fakt: gdy Matka Najświętsza śpiewa Magnificat, śpiewa o tym, co się wydarzy, co jest jeszcze przed nami, to wypowiada te proroctwa w czasie przeszłym, w czasie dokonanym! Ona śpiewa o czymś, co jest pewne, że się wydarzy: „Bóg strącił władców z tronu”! Strącił w czasie przeszłym, a zarazem przyszłym. On ich strąci, upokorzy, a wywyższy pokornych. To wszystko stanie się naszym udziałem, jesteśmy tego tak pewni jak Matka Najświętsza. W tym momencie możemy sobie pozwolić na porównanie. Oglądamy walkę dwóch bokserów. Jeden z nich w opinii laika wydaje się sprawniejszy, szybszy, bo więcej zadaje ciosów, ponieważ więcej się rusza, a według fachowca: „On już przegrał”. Znawca boksu wie, że on źle uderza, zaraz się zmęczy, zdekoncentruje. Ten drugi zadaje mniej ciosów, ale któryś z nich będzie ostatni – rozstrzygnie walkę.

Tak może wyglądać walka duchowa dzieci Boga z Szatanem, której przyświeca zwycięska moc Matki Najświętszej nad Lucyferem. Wiemy, że jesteśmy po stronie zwycięskiej. Stąd w temacie apokaliptycznym jesteśmy zawsze ludźmi nadziei, ludźmi optymizmu, choćby pozory mówiły, że nie mamy do tego żadnych podstaw. To pierwsza refleksja, pierwszy klucz niezbędny dla każdego, kto pochyla się nad Fatimą, by poznać orędzie tego objawienia, które chce nam powiedzieć o nadchodzących czasach.

Jest jeszcze druga cecha chrześcijaństwa, o której musimy wspomnieć. Chrześcijaństwo jest religią pokory. Uznajemy, musimy to uznać, swoją zależność od Boga i to zależność radykalną. Biblia mówi, że kiedy Bóg odwróci od nas wzrok, to zginiemy. Jesteśmy tak od Niego zależni, że jeśli On by o nas nie pamiętał, to przestalibyśmy istnieć. Także w Fatimie to Bóg jest Autorem. My jesteśmy tylko i zawsze jedynie Jego pomocnikami.

Wróćmy do Matki Najświętszej i do Jej Magnificat. Kiedy św. Elżbieta zwraca się do Maryi: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”, czyż nie zaczyna Jej wychwalać? Co wtedy robi Matka Najświętsza? W prawdziwej chrześcijańskiej pokorze zaczyna śpiewać: „Wielbi dusza moja Pana”. Całą chwałę, wszystko, co ważne, wielkie, wszystko, co jest podmiotem działania, kieruje w stronę Boga. To Bóg jest Tym, któremu należy się nasz podziw, nasz zachwyt, nasze uwielbienie, nasza pieśń. Bez pokory nie ma chrześcijaństwa!

Po trzecie – chrześcijaństwo jest religią transcendencji. Oznacza to, że chrześcijanin wie, iż jest coś – doświadcza tego każdy, kto prawdziwie wierzy i prawdziwie się modli – co nas przekracza. Jest coś, czego mój umysł, moje serce, moja wola nie są w stanie ogarnąć; nawet nie jestem w stanie nadać temu imię. Coś, co przekracza moje wszelkie możliwości poznania. To jest właśnie ów wymiar tajemnicy obecny w Bogu. Nikt nie pojmie piękna naszej wiary, dopóki tego wymiaru obecnego w chrześcijaństwie nie dotknie. To chrześcijaństwo może być dla ludzi z zewnątrz przedmiotem kpin, szyderstwa… Mogą niektórzy nazywać nas dewotami, mówić o płytkiej pobożności, o tym, że nasza wiara na nic się nie przekłada, że chrześcijaństwo jest nic nie warte… Ale to nieprawda! O prawdziwym chrześcijaństwie mówimy wtedy, gdy obecne jest w człowieku doświadczenie transcendencji. Jest w nas obecne doświadczenie tej niewymownej, nienazwanej, nieprzekazywalnej tajemnicy.

Będziemy przyglądać się pewnemu wydarzeniu z życia Siostry Łucji, mówiącemu o tym, że dostąpiła zupełnie wyjątkowej łaski od Boga i że się z nami tą łaską nie podzieliła. To było podczas objawienia w Tui, w Hiszpanii w 1929 roku. Siostra Łucja miała objawienie, które było pełne dynamiki; coś niezwykłego działo się w tej wizji, gdy w pewnym momencie, w trakcie tego objawienia, Siostra Łucja otrzymała łaskę poznania tajemnicy Trójcy Świętej. Łucja otrzymała dar zrozumienia największej z tajemnic wszechświata, więcej: wieczności! Kiedyś powiedziałem do jednego z księży: „Szkoda, że ktoś nie nakazał Siostrze Łucji tego napisać, bo byśmy poznali tajemnicę Trójcy Świętej”. Odpowiedź księdza mnie zaskoczyła: „Nic by z tego nie było, bo to jest tajemnica, której się w słowa nie ujmie”. Miał rację. Prawda o Trójcy Przenajświętszej stanowi samo jądro transcendencji; to jest coś, czego człowiek nie jest w stanie pojąć. Człowiek może otrzymać łaskę jakiegoś „wchłonięcia w siebie” tej tajemnicy, ale po imieniu jej nigdy nie nazwie, bo nie jest w stanie przekazać nam tego, czego doświadczył, co pojął, zrozumiał między słowami. Otóż Pan Bóg to jest ktoś, kto naszą rzeczywistość i nas samych absolutnie przekracza. W tym tkwi zasadniczy problem – obecny także wtedy, kiedy próbujemy pochylać się nad prawdą Fatimy. Obraz Pana Boga zarysowujący się w tym objawieniu również nie mieści się w naszych ludzkich kategoriach. Kiedy nasz ludzki umysł próbuje Boga ogarnąć, nadać Mu imię, jakoś Go nazwać, to zawsze będzie to ubogie, kalekie i w jakimś sensie nieprawdziwe, gdyż Bóg nie jest taki. W teologii apofatycznej mówi się o Bogu bardziej, jaki „nie jest”, niż jaki „jest”. Jeśli ktoś powie, że Bóg jest miłością, to należałoby powiedzieć: Nie. Ponieważ używamy wtedy naszych ludzkich pojęć (np. serca), stosujemy nasze kategorie czasu, przestrzeni, gdyż mówimy o naszej miłości, która ze swej istoty jest ograniczona. Bóg taki nie jest. I właściwie na każde stwierdzenie, że Bóg jest taki czy inny, odpowiedź pozostaje wciąż ta sama: „On nie jest taki”. Bóg jest inny. Bóg jest nienazywalny. Bóg jest dla nas nieogarniony.

Dla każdego z nas, wierzących i szukających Boga, jest to ogromny problem. Z pomocą przychodzi nam Matka Najświętsza, o czym później. Jeśli chcemy Boga dotknąć, jesteśmy skazani na bardzo nieudany zabieg. Musimy spróbować włożyć Go do tych szufladek ludzkich pojęć, które posiadamy – czyli dopasować Boga do naszych możliwości poznawania i nazywania rzeczywistości. Jeśli ktoś woli inne porównanie, zamiast szufladki możemy mówić o obiektywie, którym próbujemy objąć całą rzeczywistość ogarniającego nas Boga. Wiadomo, że obraz zamykany w klatce obiektywu jest obrazem bardzo fragmentarycznym – jest tylko częścią prawdy. Możemy powiedzieć, że ten wykadrowany przez nas fragment Bożej rzeczywistości jest prawdziwy, ale od razu powinniśmy dodać, że prawda o Bogu jest dużo większa niż ta, którą zobaczyliśmy w fotograficznym kadrze. Bóg jest nieogarniony. Jego odblaskiem jest wspaniały krajobraz rozpościerający się ze szczytu góry. Nie wystarczy zrobić jednego zdjęcia, by oddać piękno roztaczającego się wokół nas widoku. Czy podobnie nie jest z naszym Bogiem? Jego rzeczywistość i Jego plan zbawienia nie są jednym, nudnym monolitem i nie wystarczy nam spojrzeć w jeden punkt i już wszystko wiedzieć o Bogu i Jego Opatrzności. O, gdyby mieć taką szczególną zdolność, szczególną łaskę, i obiektywem naszego poznawania móc przesunąć po tych wszystkich Bożych obszarach! Ale to nie jest możliwe, a z pewnością jest nieprzekazywalne innym ludziom.

Odnieśmy ten obraz do objawień. Jakie grozi nam niebezpieczeństwo? Przyjęcie za całą prawdę czegoś, co jest tylko fragmentem większego obrazu. Jako przykład niech posłuży objawienie Matki Bożej w Akita w Japonii, gdzie Matka Boża ustawia „obiektyw” na prawdy bardzo konkretne, apokaliptyczne, budzące w nas grozę. Jeśli nie będziemy pamiętać, że patrzymy tylko na pewien fragment wielkiego objawienia, które Bóg przekazuje nam przez Maryję i będziemy uważali, że Bóg chce tylko to nam przekazać (bo to jest właśnie Jego cała prawda, całe orędzie przygotowane dla człowieka), wtedy jesteśmy na bardzo fałszywej drodze. Po pierwsze nie można uznać takiego małego obszaru pojęć jako prawdziwego, a po drugie nie można przyjąć, że jest to jedyny obraz; po trzecie nie możemy uważać, że to jest rzeczywistość reprezentatywna. W innych miejscach Maryja mówi przecież o czymś innym.

Podobnie jest w orędziu fatimskim, ale chyba mniej niż w innych objawieniach. Mam wrażenie, że kiedy mówimy o Fatimie, która trwa już niemal sto lat, ponieważ tamtejsza interwencja niebieska zaczęła się w 1915 roku, to powinniśmy zmodyfikować nieco nasze porównanie. W Fatimie Bóg ustawił przed nami szerokokątny obiektyw, nadając drodze, którą idziemy przez świat, szerszą i pełniejszą perspektywę. Pamiętajmy, gdy Bóg chce się nam objawić, np. poprzez objawienia Matki Bożej, wchodzi w nasze własne pojęcia. On sam sprawia, że o tym, jaki Bóg jest i co chce nam pokazać, mówimy językiem analogii. Bardzo pięknie wyjaśniał nam to kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). Kiedy Jan Paweł II poprosił go o napisanie teologicznego komentarza do niezwykle dziwnej, trudnej i niezrozumiałej trzeciej części tajemnicy fatimskiej, kardynał Ratzinger użył terminu „filtr zmysłów”. Wszystkie prawdy, które Bóg nam przekazuje, np. przez dzieci fatimskie, przechodzą przez selektywny, wybiórczy filtr: w przypadku Fatimy przez filtr dziecięcych umysłów z ich pojęciami i wyobrażeniami. Jeśli Matka Boża pojawia się w Kibeho w Rwandzie, to Jej orędzie z nieba przechodzi przez filtr umysłów murzyńskich dziewcząt i dla nas, ludzi kultury europejskiej, przesłanie tych objawień jest mało czytelne. Jeśli przechodzi przez filtr dzieci z Gietrzwałdu, jest ono dla nas bardziej zrozumiałe. Gietrzwałd jest „nasz”: logiczny, przejrzysty, konkretny, niemal ułożony w schemat pytań i odpowiedzi. Tymczasem Kibeho jest bardzo kolorowe, aż jarmarcznokolorowe, pełne dziwnych symboli z gestami i milczeniem, zamiast słów, które dla nas są mało czytelne. Ta sama prawda przekazywana w innym krajobrazie kulturowym, zrozumiała dla tamtych ludzi, dla nas wymaga nowej interpretacji, gdyż po drodze między Bogiem a nami znajduje się filtr obcego nam kulturowo wizjonera.

Aby zrozumieć orędzie Fatimy, powinniśmy postawić pytanie: jak wygląda ów potrójny filtr fatimski – Łucji, Franciszka, Hiacynty. Czy konieczne jest jego zdjęcie i założenie naszego własnego filtru, byśmy mogli zobaczyć, co naprawdę Pan Bóg chce nam przekazać przez Fatimę? Jak się okaże, w większości przypadków filtr kulturowy Fatimy jest naszym własnym, dzięki czemu tamtejsze objawienia są dla nas zrozumiałe bez szczególnych wyjaśnień i komentarzy.

Nie muszę chyba w tym miejscu dodawać, że prawdy transcendentne, prawdy dla nas trudne do pojęcia, najlepiej przekazuje właśnie Fatima. To jest wspaniałe objawienie ukazujące nam Boga i Jego Prawdę.

Odłóżmy trudny wątek transcendencji i niepojętej tajemnicy, by przejść do czegoś bardziej oczywistego, bliskiego i ciepłego. Czwarty klucz, który pozwoli nam pełniej zajrzeć w misterium Fatimy mówi o Maryi. Każdy człowiek wie, że nie jest możliwe, aby bezpośrednio dotknął Boga. Bóg nas przekracza, jest względem nas transcendentny. Potrzebujemy zatem pośrednika, kogoś jak lustro, które będąc na ziemi, odbija w sobie blask niedostępnego słońca. Człowiek z natury szuka więc kogoś bliskiego sobie, kto będzie podobny do niego, a jednocześnie inny – bliski Bogu i znający Go, kto potrafił lepiej niż my przybliżać tajemnicę Boga. Stąd tak popularny jest w chrześcijaństwie kult świętych. Świętego Antoniego, św. Ojca Pio i tylu innych. Ale osobą, do której człowiek w sposób naturalny najchętniej się zwraca, żeby lepiej poznać Boga, jest Matka Najświętsza. Przez Nią możemy powiedzieć: Ten niepoznawalny, tajemniczy, trudny do zrozumienia Bóg staje się jakby „oswojony” i bliski dla naszych serc. Staje się bliski przez Serce Matki.

Pośrednikiem, który najpełniej uchyla przed nami zasłonę prawdy o Bogu, jest Jezus Chrystus. Nie musimy tej oczywistej prawdy teologicznej tutaj podnosić, powiedzmy tylko, że wcale nie musimy pytać, dlaczego w chrześcijaństwie jest tyle miejsca dla Maryi. Czy nie jest tak, że Chrystus zaakceptował taką właśnie naszą drogę do Boga – do Boga przez Maryję, do Boga przez świętych? Zresztą, On sam nam Ją wskazał swoim życiem. Przyszedł do nas przez Maryję, od Niej otrzymał wychowanie, Ona wprowadzała Go w życie, przekazywała Mu prawdy, także te religijne. Od Niej uczył się tworzenia więzi z człowiekiem, z każdym z nas, i z Bogiem. Zastanawiające, że aż 30 lat Jezus był z Maryją, a zaledwie trzy bez Niej. Święty Ludwik Grignion de Montfort mówił, że lata nazaretańskie były znacznie ważniejsze niż tamte następne trzy. W zamkniętym Nazarecie, nikomu nieznany, żyjący przy boku Matki więcej zrobił dla naszego zbawienia niż wtedy, gdy chodził po ziemi palestyńskiej i nauczał. Czy dlatego, że był blisko Maryi?

Kolejny argument, który powinien nas przekonać to tak zwana „relacja zwrotna”. Polega ona na tym, że jak my szukamy Boga za pośrednictwem Matki Bożej – przez naszą pobożność, kult, naśladowanie Matki Najświętszej – Bóg komunikuje się z nami w ten sam sposób: za pośrednictwem Matki Bożej. Jakby tę drogę nie tylko zaakceptował, ale sam się nią posługiwał. Jeszcze raz pojawia się pytanie o proporcje. Mamy objawienia świętych, Matki Bożej, Pana Jezusa, te nadprzyrodzone interwencje, kiedy niebo na chwilę się nad nami otwiera, w określonym czasie i miejscu, by w konkretny sposób pomóc nam na naszej drodze do Boga. Ile znamy objawień Pana Jezusa? Jest objawienie udzielone św. Małgorzacie Alacoque (stąd mamy pierwsze piątki) czy św. Faustynie Kowalskiej (stąd mamy kult Bożego Miłosierdzia). Jest jeszcze kilkanaście tego typu objawień. Jeśli nawet tak by było, to słyszeliśmy co nieco o tych dwóch. Tymczasem udokumentowanych objawień Matki Najświętszej od czasów apostolskich po czasy współczesne jest co najmniej 1300. Proporcje same pokazują, że istnieje wspomniana relacja zwrotna: tak jak my szukamy Boga chcąc spotkać się z Tą, która Boga najlepiej pojęła, tak i Bóg komunikuje się z nami, przekazując nam swoje prawdy, posyłając do nas Matkę Najświętszą.

Możemy pytać dalej: jeżeli Matka Najświętsza się nam objawia, to czy ukazuje nam tylko te elementy orędzia, które są ciepłe, bezpieczne, dobre i czułe? Czy postępuje Ona jak matka wobec swoich dzieci, zakrywając przed nimi to, co jest zagrożeniem, co jest trudne? Gdy dziecko czeka na przykład na trudną operację, tego się mu zwykle nie mówi. Matka przygotowuje go do tego wydarzenia inaczej, w sposób ciepły, bliski, tak jak potrafi to zrobić chyba tylko ona. Patrząc pod tym kątem na objawienia, nawet fatimskie, okazuje się, że jest inaczej. Bóg ukazuje przez Maryję wszystko to, co jest dla nas najważniejsze. I to jest jakby jedyne kryterium. Nieważne, czy to dla nas będzie miłe, przyjemne, czy wzbudzi w nas entuzjazm, czy popłyną z naszych oczu łzy wzruszenia. To nie jest religijność maryjna. Prawdziwa pobożność to przyjęcie tego, co jest nam rzeczywiście potrzebne, żeby do Pana Boga wędrować i nie błądzić. Jest jednak pewne „ale”. Jeśli Matka Najświętsza mówi do nas o rzeczach trudnych, to rozjaśnia je swoim macierzyńskim komentarzem. To jest dobrodziejstwo maryjności. Tak było na przykład w lipcu 1917 roku, kiedy ukazała dzieciom fatimskim wizję piekła. Natychmiast opatrzyła ją swoim komentarzem, który uspokaja dzieci i kieruje naszą uwagę na to, co pozytywne. Matka Boża tłumaczy, że piekło nie jest ostateczną rzeczywistością, na którą skazany jest świat. Ten komentarz jest bardzo ważny. W rękach Matki to orędzie z nieba jest przedstawione tak, że niebezpieczeństwo zaczyna ustępować bezpieczeństwu. Sprawiedliwość, której się boimy okazuje się być miłosierdziem. Groźba, której się lękamy, zaczyna być nagle czułością, a to, co wydaje się dla nas niedobre, staje się dobrem pożądanym. My tego nagle chcemy. Wprawdzie Bóg jest nieogarniony, ale ukazywany nam przez Matkę, staje się kimś bliskim, kimś, kogo się nie boimy; staje się Ojcem, Miłością, Dobrem, Pokojem. Możemy wymieniać te rzeczy, które w naszych sercach budzą radość, pokój, pewność zbawienia. Kiedy patrzymy na Boga od strony nie-matczynej, to rzeczywiście możemy mówić, że Bóg ujawnia się czasami przed nami jako Bóg grozy. Przypomnijmy jedno wydarzenie z Fatimy, z 13 maja 1917 roku. „Kiedy pewnej nocy – mówi Matka Boża – ujrzycie nieznane światło wiedzcie, że jest to wielki znak od Boga, iż zbliża się kara na świat za jego liczne zbrodnie. Będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego. Bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki na świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni. Ojciec święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą”.

Czyż nie jest to orędzie grozy? Gdy jednak zaczniemy słuchać tych słów jako słów płynących do nas z ust Matki i wsłuchamy się w inne słowa zawarte w tej wypowiedzi oraz w gesty jej towarzyszące i zwrócimy uwagę na światło, które otacza to orędzie, wówczas słowa groźby staną się dla nas słowami miłosierdzia.

Jeśli uda nam się spojrzeć w ten sposób na te prawdy ukazane w Fatimie i na ogłoszoną tam Apokalipsę, to znaczy, że dotknęła naszych serc Boża łaska, która pozwoliła nam zrozumieć to, czego normalnie zwykły śmiertelnik nie jest w stanie pojąć. Zrozumiemy, że „trudna Fatima”, stająca przed nami (jej częścią zdaje się być „Fatima grozy”) jest Fatimą, której pragniemy w głębi naszych serc, jest Fatimą, która jest nam potrzebna, jest Fatimą, dzięki której świat zostanie ocalony.

Największe objawienie w historii Kościoła to objawienie, które miało miejsce w Fatimie. Dlaczego? Dlatego, że w Fatimie przez Matkę Najświętszą Bóg powiedział o swojej tajemnicy najwięcej. Stał się dla nas Bogiem najbliższym i najbardziej „oswojonym” – kimś zrozumiałym, niebudzącym lęku. Jeśli jest tak rzeczywiście, to nie dziwią już nas tytuły, jakimi określa się objawienia fatimskie: „korona objawień”, najważniejsze objawienie XX stulecia, największy znak czasu, najważniejsze objawienie od czasów apostolskich. Na pewno można tak powiedzieć, choć oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami.

Po tych wstępnych uwagach, które są nam niezbędne, by poznać prawdę Fatimy, spróbujmy przyjrzeć się niezwykłemu fenomenowi objawień fatimskich. Z całą odpowiedzialnością możemy powiedzieć: nie ma drugich takich w historii. Podam kilka przykładów.

Najpierw zwróćmy uwagę na pewien fenomen, który nazwijmy „fenomenem ruchomego objawienia”. Otóż inaczej niż wszystkie inne objawienia, które znamy, objawienie fatimskie postępuje w czasie, jest wciąż coraz bardziej aktualne i ważne dla kolejnych pokoleń. Poza tym objawia współczesnym ludziom coraz to nowe treści, nieznane poprzednim pokoleniom. Jest to objawienie, które idzie razem z nami, które się aktualizuje i staje się coraz ważniejsze. Zwykle objawienie polega na tym, że Matka Boża pojawia się w konkretnym miejscu, w konkretnym czasie, z konkretnym apelem, który kieruje do konkretnych ludzi. W starszych czasach to było objawienie ograniczone do jednego klasztoru, do jakiegoś miasteczka, danego rejonu w jakimś kraju. Matka Boża przekazała swoje słowo, ludzie wysłuchali je albo nie i sprawa objawienia zostawała zamknęła. Fatima w tym schemacie w ogóle nie funkcjonuje.

Wprawdzie są wyjątki – objawienia, które też nie mieszczą się w typowym schemacie objawieniowym. One jednak nie przekreślają wyjątkowości Fatimy! Przywołajmy objawienia z Guadalupe, w których Pan Bóg ukrył na kilka wieków pewną tajemnicę. Bóg lubi zadawać nam tego typu zagadki. W 1531 roku zostawił w autoportrecie Matki Bożej pewną tajemnicę, która odkryto po raz pierwszy dopiero w latach dwudziestych XX wieku, a tak naprawdę dopiero w latach sześćdziesiątych. Chodzi o prawdę, jak wyglądało spotkanie świętego Juana Diego, Indianina, z hiszpańskim biskupem Zumaragą. Kiedy Diego rozwinął przed nim swój płaszcz – tilmę pełną kwiatów, które na wzgórzu Tepeyac ułożyła w pewien wzór sama Matka Najświętsza, był pewien, że gdy biskup zobaczy te kwiaty, to wreszcie uwierzy, że objawienie w Guadalupe jest prawdziwe. Tymczasem przerażony Indianin widzi, że biskup i jego współpracownicy padają na kolana i zaczynają adorować jego stary brudny meksykański płaszcz. Dopóki nań nie spojrzał, nie wiedział, że na jego płaszczu widnieje wizerunek Matki Bożej – tej samej, takiej samej, jak Ta, którą widział kilkakrotnie na wzgórzu objawień. Okazuje się, że w źrenicach Matki Bożej jest odbita tamta scena! Mało tego, jest pokazana scena, która się działa chwilę wcześniej, jakby Matka Boża zachowała dla nas, sympatyków Guadalupe, niespodziankę. Mogliśmy ją dostrzec dopiero przy pomocy współczesnych środków techniki – odkryć refleksy w oczach Maryi, coś, czego nie można namalować, co jest cechą żywych źrenic! Matka Najświętsza ukryła w Guadalupe dodatkowe przesłanie dla XXI stulecia. Jakby chciała nam dziś powiedzieć: Nie myślcie, że mnie przy was nie ma, bo jak spojrzycie na objawienie w Guadelupe w świetle dzisiejszej nauki, to zobaczycie, że Ja byłam wtedy obecna w sposób niewidzialny. To jest niezwykłe przesłanie, przypominające o tym, że Ona jest zawsze tam, gdzie ja. Maryja jest przy mnie… Nie tylko wtedy, gdy modlę się w kaplicy. Czy przy Matce będę rozrabiał, czynił zło, grzeszył? Przykład Guadalupe jest chyba jedynym objawieniem, które możemy próbować nazwać „ruchomym”. Może poza jeszcze jednym objawieniem z Rue du Bac, z 1830 roku. Ukazany tam przez Maryję Cudowny Medalik dzisiaj wsparł się jeszcze jednym objawieniem, które miało miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zaczynamy odkrywać, że po blisko 200 latach w tamtych paryskim objawieniach jest jeszcze dodatkowa treść zachowana dla nas współczesnych.

Objawienie w Fatimie mimo wszystko jest inne. Nie mówi tylko o jednym czy drugim dodatkowym drobiazgu, który odkrywamy z upływem wieków; można powiedzieć cała Fatima idzie z nami. Niech zilustrują to dwa przykłady. Po pierwsze w lipcu 1917 roku Matka Boża przekazała dzieciom potrójną tajemnicę, sekret fatimski. Choć objawiona w 1917 roku, spisana została dopiero w 1941 i 1942 roku. Pierwsza i druga część została upubliczniona dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku. Powstaje pytanie, dlaczego wtedy, z jakiego powodu dopiero tamtemu pokoleniu, skoro Matka Boża objawiła tę tajemnicę w 1917 roku. Poza tym trzecia i ostatnia część tajemnicy fatimskiej została ujawniona dopiero w 2000 roku. Wszystkie pokolenia przed nami słyszały, że taka tajemnica istnieje i że jest bardzo ważna, ale dopiero z woli Kościoła otrzymało ją nasze pokolenie. Drugi przykład to ujawnione dopiero w lipcu 2007 roku tzw. siódme objawienie Matki Bożej w Fatimie – rzecz, o której praktycznie nikt wcześniej nie słyszał, a które ma dla naszych czasów niezwykłe przesłanie. Możemy znowu pytać: Jak to jest? W 1930 roku Kościół uznał objawienia fatimskie w Cova da Iria. Wśród tych objawień uznał nieznane objawienie, które też miało miejsce w Cova da Iria w 1921 roku, a zostało w planach Bożej Opatrzności jakby zatrzymane w czasie, aby współcześnie stopniowo je ujawniać. Stąd można powiedzieć, że fatimskie objawienie jest wciąż aktualizowane.