Wszechświat jako nadmiar - Marek Oramus - ebook
Opis

Książka składa się z „małych opowieści o wielkim kosmosie”, a także z tekstów o końcu świata, o naszych wyobrażeniach na temat kosmitów oraz o udanych i chybionych próbach przewidywania przyszłości. Przy okazji 50-lecia lądowania na Księżycu autor zastanawia się, jak wyglądałaby ziemska astronautyka bez tego ciała niebieskiego, jak przedstawiano Księżyc w literaturze SF i czy dojdzie wkrótce do nowego wyścigu na Srebrny Glob. Nie obawia się dywagować o sensie Wszechświata oraz o pomyśle, że jest to gigantyczny komputer, który coś oblicza. Tytułowy tekst stawia tezę, że potrzeba było tak ogromnego nadmiaru masy, energii i przestrzeni, by w jednym miejscu kosmosu powstała cywilizacja istot rozumnych.

Nawet gdy autor bierze się za tematy podejmowane wcześniej w literaturze popularnonaukowej, czyni to w sposób odmienny od tradycyjnych ujęć. Wielokrotnie jego sądy idą pod prąd ustalonych poglądów. Dodatkową atrakcją jest odwoływanie się do literatury SF, która w ten sposób staje się tłem i kontrapunktem tych wywodów. Erudycja, kompetencja i szerokie spojrzenie na spektrum tematów związanych z miejscem ludzkości w kosmosie – oto zalety wyróżniające „Wszechświat jako nadmiar” z grona podobnych opracowań.

Czas Księżyca * Ogród planet * Wszechświat jako nadmiar * Piękne umysły * Koniec świata o dziewiątej * Obcy naszych marzeń * Nędza futurologii

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 523

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marek Oramus Wszechświat jako nadmiar ISBN Copyright © Marek Oramus, 2019All rights reserved Redaktor prowadzący Jan Grzegorczyk Redakcja Agnieszka Czapczyk Projekt okładki i stron tytułowych Agnieszka Herman Układ stron i skład komputerowy Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Przedmowa

Moja komitywa z literaturą popularnonaukową datuje się od połowy lat 60. XX wieku, czyli od ostatnich lat podstawówki, wówczas siedmioklasowej. Do dziś zostały mi w pamięci Małe opowiadania o wielkim kosmosie, a pochodzący sprzed półwiecza tytuł mógłby posłużyć za zwięzłe podsumowanie Wszechświata jako nadmiaru. To wtedy, w epoce Gagarina, dowiedziałem się, że światło wywiera ciśnienie, a więc mogłoby w przyszłości napędzać kosmiczne żaglowce. Była to wizja zapierająca dech w piersiach; zostałem przy tej literaturze w nadziei na podobne zauroczenia.

Jak wtedy, tak i dziś prym w popularyzacji wiodą naukowcy, którzy chętnie opowiadają o swych badaniach i dyscyplinach. Niestety, rzadko mamy do czynienia z autorami polskimi: słabe zainteresowanie nauką wśród Polaków powoduje, że zalewa nas produkcja ze strefy anglojęzycznej, gdzie skłonności do popularyzacji mają zdrowe podłoże finansowe. Każdy znaczniejszy fizyk czy astrofizyk zachodni stara się opublikować parę książek o swoich przemyśleniach i koncepcjach, stało się to poniekąd miarą naukowego prestiżu.

Co w takim towarzystwie noblistów i tych, co się o Nobla ocierają, robi amator, którym nigdy nie przestałem być pomimo kibicowania nauce przez całe dorosłe życie? Otóż naukowcy to ludzie ostrożni, roztropnie wypowiadający się o kosmosie i jego fenomenach, o rozpatrywanych hipotezach itp. Pewnych tematów nie podejmują z zasady: żaden szanujący się astrofizyk ani kosmolog nie będzie się wypowiadał serio o sensie Wszechświata albo przesądzał, czy jest to gigantyczny komputer i co oblicza swoimi obrotami. Kwestie te leżą poza obszarem ortodoksyjnie pojmowanej nauki. Podobnie traktują zagadnienie Obcych, czyli naszych braci w rozumie, jak się mówiło dawniej, w czasach entuzjazmu, a także futurologię wszelkiej maści. Ta ostatnia pod każdym względem urąga metodologii naukowej, a produkowane przez nią słabo weryfikowalne scenariusze są z naukowego punktu widzenia pozbawione wartości.

Dystansując się od tych podejrzanych pól tematycznych, naukowcy rzadko ujawniają, co im w duszy gra. W prasie trudno spotkać artykuły prominentnych uczonych, bo gazety „poważne” bardziej gustują w przepychankach polityków, natomiast nieliczne tytuły popularnonaukowe drukują byle co. W takim krajobrazie tworzy się miejsce dla amatora, który te traktowane niechętnie tematy podejmie. W książce Wszechświat jako nadmiar staram się zatem wchodzić na pole niczyje, zagospodarować szeroką dziedzinę „filozofii kosmosu”, bazując na ogólnie dostępnych informacjach. O tyle było mi łatwiej, iż jako autor utworów science fiction nie robię właściwie nic innego.

Od dawna planowałem więc książkę, która by odzwierciedlała moje fascynacje nauką, zwłaszcza zaś fizyką, astronomią, astrofizyką i kosmologią, a także — last but not least — astronautyką. Tu odkrycie goni odkrycie, ledwo człowiek zdąży ochłonąć, już szykuje się albo pojawia coś nowego. Żyjemy w szczególnej epoce, mogąc oglądać powierzchnie dalekich ciał niebieskich i dowiadywać się o fenomenach, jakie w czasach mojej młodości uznano by za fantazję. W swoich opiniach często odwołuję się do fantastyki, która stanowi dla mnie obszar odniesienia wobec dzisiejszych cudeniek, a także pole możliwych rozwiązań wielu kwestii, o których wspominam. To nie znaczy, że autorzy SF mają na podorędziu lekarstwa na dzisiejsze problemy i dość sięgnąć do ich utworów, by je tam znaleźć; raczej pokazuję je na zasadzie, że o pewnych rzeczach można myśleć z rozmachem i niekonwencjonalnie.

Planując Wszechświat jako nadmiar, znajdowałem się w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że dzięki współpracy z „Plusem-Minusem”, sobotnim dodatkiem do „Rzeczpospolitej”, mogłem regularnie publikować artykuły o sprawach, które mnie ciekawiły, i z biegiem czasu nazbierało się ich kilkadziesiąt. Impuls do ułożenia książki dała mi przypadająca na lipiec 2019 roku 50. rocznica lądowania Amerykanów na Księżycu. Wyobrażam sobie, że ta okazja spowoduje wzrost zainteresowania nie tylko samym Księżycem, ale astronautyką, planetologią i szeroko rozumianym kosmosem. Wystąpienie wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a pod koniec marca 2019 roku zapowiada powrót Amerykanów na Księżyc w ciągu najbliższych pięciu lat. Wokół Księżyca zacznie się znowu ruch i być może światowa opinia publiczna będzie miała okazję docenić wagę tego, co się zdarzyło przed półwieczem, w surowych z dzisiejszego punktu widzenia latach 60.

W kwestii Księżyca wciąż pozostają do rozstrzygnięcia dwie tajemnice. Po pierwsze: dlaczego program księżycowy nie był kontynuowany. Odpowiedź, że wyczerpało się paliwo polityczne, zadowala tylko częściowo. Wszak nie brakowało środków, skoro niedługo potem NASA wpakowała się w promy kosmiczne, drogie i stanowiące ślepy zaułek w rozwoju astronautyki. Drugie zaskoczenie dotyczy faktu, że cud lądowania na Księżycu spłynął po ludzkości jak woda po kaczce. Zasypywani codziennie mrowiem sensacyjnych wiadomości, utraciliśmy zdolność dziwienia się, odnotowania, że na naszych oczach dokonuje się cywilizacyjny przełom. To, jak zmienił się świat od pamiętnego 19 lipca 1969 roku, każe przypuszczać, że niedługo sprawy związane z Księżycem i kosmosem staną się dla nas równie palące jak raporty o narastaniu efektu cieplarnianego.

Duży blok księżycowy ma przybliżyć czytelnikowi kwestie związane nie tylko z podróżowaniem na Księżyc, ale unaocznić fakt, że blady satelita Ziemi przyczynił się do tego, że nasz świat wygląda jak wygląda, a ludzie zostali uformowani w takiej, a nie innej postaci. Starałem się ukazać wpływ tysięcznych czynników, które formowały kosmos i nasz układ planetarny. Posunąłem się do przypuszczenia, że specyficzne warunki, którym zawdzięczamy nasze istnienie, nie powtórzyły się nigdzie indziej, co odzwierciedla tytuł tej książki.

Zaletą pisania do prasy jest swoboda w wyborze tematów, wadą — że powstałe w dłuższym okresie teksty z trudem składają się na wywód, będąc w głównej mierze obrazkami, migawkami, impresjami. Odwołując się do literatury — jest to bardziej zbiór opowiadań niż powieść. Nie udało się wyeliminować wszystkich powtórek, świadczących o obsesyjnym powracaniu autora do pewnych tematów, oglądania ich od innej strony, dziwowaniu się i jakby nie dowierzaniu widokom, jakie rozpościerają się przed oczami. Pod tym względem przypominam nieco bywalca muzeum, który z głową nabitą wrażeniami śni o nich w nocy, a rano zrywa się z zamiarem ponownego kontaktu z ekspozycją, bo to silniejsze od niego.

O tym wszystkim staram się pisać w książce Wszechświat jako nadmiar. Musimy bardziej interesować się przyszłością; musimy więcej uwagi poświęcać możliwości napotkania przejawów życia biologicznego w naszym własnym układzie planetarnym, a także być gotowi do zetknięcia się z Obcymi, niezależnie od tego, co sądzimy o ich istnieniu albo nieistnieniu. Musimy liczyć się serio z możliwością łupnięcia w nas skały z kosmosu i przygotować się na odparcie takiego ataku. Świat wokół nas przestał być miejscem co się zowie sielskim i przyjaznym; im więcej o nim się dowiadujemy, tym bardziej rośnie katalog przeraźliwych rzeczy i zjawisk, z którymi dane nam będzie się zmierzyć. Wiedząc o nich, nie możemy dłużej odgrywać naiwnych nieboraków, którym zdaje się, że gdy przycupną pod miedzą, to jakoś im się upiecze.

Z takiego myślenia wynika tematyka eschatologiczna, również obecna w książce. Przewaliły się i zostały za nami daty wielkich spodziewanych kataklizmów — rok 2000, rok 2012 — a chwilowo nie pojawiły się na ich miejsce nowe. To nie świadczy, że widmo końca świata przestało nas nękać, jest pod dostatkiem symptomów, które można uznać za niepokojące. Cywilizacja może polec zarówno w jednorazowej katastrofie, jak i w procesach bardziej długotrwałych. Choć więc daty nowych końców świata dopiero się tworzą i choć zapewne wydadzą się nam równie mało wiarygodne jak te z przeszłości, to coraz bardziej przekonująco brzmi teza, że gospodarowanie ludzi na planecie obciążają tysięczne wady i błędy, które w skumulowaniu dadzą smętny finał. W tym sensie zajmowanie się nimi nie jest czynnością abstrakcyjną bądź stratą czasu, ani dla autora, ani — mam nadzieję — dla czytelnika.

kwiecień 2019

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Czas księżyca

Gdyby nie Księżyc, pierwsze lądowanie człowieka na obcym ciele kosmicznym opóźniłoby się być może o setki lat.

Księżyc: brama w kosmos

Zakochani przypisują Księżycowi pozytywny wpływ na namiętności. Uczeni wskazują, że bez jego udziału powstanie życia na Ziemi byłoby niemożliwe. Mało kto natomiast zdaje sobie sprawę, że gdyby nie bliskość Księżyca, lądowanie człowieka na innym ciele niebieskim byłoby wciąż melodią odległej przyszłości.

Księżyc w Układzie Słonecznym jest ewenementem: należy do najbardziej okazałych satelitów, większe są tylko Ganimedes, Tytan, Callisto i Io. Jako jedyny z tej piątki obiega małą planetę krążącą blisko Słońca; inne wymienione są towarzyszami wielkich planet gazowych, Saturna (Tytan) i Jowisza (pozostałe). W stosunku do rozmiarów Ziemi jest nadspodziewanie duży: jego średnica (3476 km) stanowi ponad ćwierć średnicy Ziemi. Biorąc pod uwagę jego rozmiary, a także stosunkowo niewielką odległość od naszej planety (średnio około 380 tys. km), astronomowie określają czasem układ Ziemia — Księżyc jako planetę podwójną. Żadna inna planeta ziemskiego typu nie może poszczycić się tak imponującym satelitą. Mars ma dwa drobne księżyce, Fobosa i Deimosa, które są prawdopodobnie przechwyconymi planetoidami. Wenus nie ma ich w ogóle, być może z powodu bliskości Słońca, a być może dlatego, że 4,6 miliarda lat temu nie uderzyło w nią ciało wielkości Marsa, jak to się przydarzyło naszej Ziemi. W wyniku tamtego kataklizmu na lokalną skalę powstał właśnie Srebrny Glob.

Co by było, gdyby…

Wyobraźmy sobie, że Ziemia została wyposażona nie w jeden, ale w dwa księżyce. Naturalną koleją rzeczy po zdobyciu bliższego kolejna ekspedycja wylądowałaby i na dalszym. Gdyby Ziemia miała więcej naturalnych satelitów (Jowisz i Saturn mają ich po kilkadziesiąt, w większości niewielkich), wyprawy załogowe wspinałyby się po nich w kosmos jak po drabinie. Takie postępowanie uznano by za naturalne, niezależnie od wyścigów politycznych między mocarstwami.

A jeśli Księżyc nigdy by nie się nie pojawił i Ziemia krążyłaby wokół Słońca samotnie? Dzieje astronautyki załogowej byłyby zupełnie inne. Oczywiście konieczne jest założenie, że ludzkość tak czy owak by powstała i z grubsza przypominała tę, którą znamy. Wpływ Księżyca na ziemskie sprawy jest bowiem przemożny, poczynając od stabilizowania ziemskiej orbity, kąta nachylenia ziemskiej osi obrotu, przez wywoływanie pływów oceanicznych, po regulowanie płodności — nie przypadkiem cykl rozrodczy kobiet związany jest z miesiącem księżycowym. Gdyby nie było Księżyca, najbliższymi ciałami niebieskimi, do których mogliby wzdychać prezydent Kennedy i sekretarz Chruszczow, stałyby się automatycznie Wenus i Mars.

Astronautyka zostałaby tym samym pozbawiona swoistego wabika, zachęcającego ludzkość do wyjścia w kosmos. Bez blisko położonego ciała kosmicznego do zdobycia rozwijano by loty orbitalne i używano próbników automatycznych. Lądowanie załogowe na innym ciele kosmicznym zostałoby odłożone na później. (Teoretycznie możliwe byłoby wcześniejsze wylądowanie na którejś z komet, ale to jednak nie to.) Przy braku Księżyca w sąsiedztwie Ziemi zamiast marnych 380 tysięcy km do przebycia otwiera się kosmiczna przepaść o szerokości 50 milionów km — tyle wynosi średnia odległość Marsa od Ziemi w okresach największego zbliżenia tych planet. Gołym okiem widać, że loty do Księżyca i do Marsa to różnica jakościowa, tak pod względem fizycznym, jak finansowym, logistycznym itp. Lot załogowy na inne ciało kosmiczne nastąpiłby zatem z opóźnieniem setek lat, niezbędnych na zebranie doświadczeń i dojście do odpowiednio zaawansowanej i niezawodnej technologii.

Zauważmy, że podczas lotu na Księżyc odpada długotrwałe przeżywanie wątpliwych uroków przestrzeni kosmicznej, co stanie się newralgicznym czynnikiem w przypadku wypraw marsjańskich. Nieważkość przez prawie 260 dni (tyle z grubsza potrwa taka wyprawa w jedną stronę) może na tyle zdemolować astronautów, że u celu będą wymagać poważnej rehabilitacji zdrowotnej. Tak długotrwały lot w zamknięciu, w obcym środowisku prowadzić też może do rozstroju psychicznego. Wreszcie, lot na Marsa odbywać się będzie poza strefą pasów Van Allena, chroniących przed zabójczymi emisjami wysokoenergetycznych cząstek ze Słońca. W przypadku lotu na Księżyc te niebezpieczne czynniki występują w sposób ograniczony.

Zalety poligonu

Zatem gdyby nie Księżyc, odległy ledwie o parę dni lotu, najbliższymi planetami do zdobycia stałyby się Mars i Wenus. Ta ostatnia odpada z powodu warunków panujących na powierzchni: ciśnienia 50 razy większego niż w oponie, temperatury, w której łatwo topi się ołów i grubej warstwy chmur. Lądowanie w tych zaiste piekielnych warunkach wygląda mało powabnie, ale za to ryzykownie, wskutek czego inwencja zdobywców musiałaby z konieczności zwrócić się w stronę Marsa. Postawmy się w sytuacji planistów pierwszej wyprawy na Czerwoną Planetę, bez „przetarcia” w postaci wcześniejszych lądowań na Księżycu, którego wskutek przyjętego wcześniej założenia nie ma. Wyprawa musi pokonać od razu, jednym skokiem przyprawiający o trwogę dystans — wcześniej ludzie odlatywali tylko na kilkusetkilometrowe orbity nad Ziemią. Musi też uczynić to bezbłędnie. Krótko mówiąc Strach i Trwoga (tak brzmią po przetłumaczeniu nazwy marsjańskich księżyców Fobosa i Deimosa).

Na tle odległego Marsa doskonale ujawniają się zalety Księżyca jako celu wypraw astronautycznych:

Bliskość. Możliwe jest nie tylko dotarcie tam w krótkim czasie, przy użyciu stosunkowo skromnej techniki, jak ta z końca lat 60. XX wieku, ale też wyruszenie z misją ratunkową. Przypomnijmy sobie Apolla 13, który w trakcie lotu uległ poważnej awarii, a mimo to załoga została uratowana. Po prostu w centrum sterowania opracowano scenariusz postępowania i przekazano go astronautom; dzięki bliskości Księżyca, wokół którego to się rozgrywało, była możliwa szybka komunikacja.

Względy psychologiczne. Ziemia jest widoczna z około 60 procent powierzchni Księżyca jako tarcza o czterokrotnie większej średnicy niż Księżyc z Ziemi. Niemal na wyciągnięcie ręki. Niewielkie rozmiary Księżyca (bliskość horyzontu) tylko ten efekt potęgują. Widać ją także podczas lotu. Ma to dla astronautów dodatnie znaczenie psychologiczne, łagodząc szok zetknięcia się z totalną obcością kosmosu i środowiska Księżyca. Z Marsa widać Ziemię tylko jako jasną gwiazdę, z Wenus kompletnie nie (chmury).

Wielkość. Można rzec, że Księżyc jest „poręczny” dla astronautyki. Stosunkowo niewielkie prędkości, jakie trzeba wyhamować przy lądowaniu i rozwinąć po starcie (2,4 km/s), czynią go względnie łatwo dostępnym ciałem, z którego też nietrudno się ewakuować. Gdyby pierwszym ciałem nadającym się do lądowania był Mars, postawienie tam stopy przedstawiałoby o wiele większe trudności (większe odległości, większe prędkości do wyhamowania i startu — 5,7 km/s, kłopoty komunikacyjne z Ziemią, kilku-, a nawet kilkunastominutowe opóźnienia pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, zależnie od wzajemnego położenia obu planet).

Jałowość. W przypadku Księżyca nie musimy się przejmować bakteriami, które tam przywieziemy, i tymi, które stamtąd moglibyśmy przywlec. Wydaje się, że i z Wenus takich kłopotów nie ma, ale już w przypadku Marsa problem staje w całej ostrości. Kwestia występowania życia na Marsie nie jest przesądzona i jeśli istnieją tam choćby najprostsze organizmy — na możliwość taką wskazują bakterie egzystujące w ekstremalnych warunkach na Ziemi — to niewskazane byłoby zarówno skażenie ich szczepami z Ziemi, jak i zainfekowanie bakcylami z Marsa najpierw wyprawy, a potem i samej Ziemi. Przy zupełnie, jak się wydaje (bo całkowitej pewności nie ma), sterylnym Księżycu cały ten sektor zagadnień można pominąć, aczkolwiek zabiegi odkażające w wyprawach księżycowych były podejmowane, a załogi poddawano kwarantannom.

Korzyści. Oprócz baz naukowych, centrów obserwacyjnych itp. Księżyc nadaje się jako cel wypraw turystycznych. Gdyby wody było tam pod dostatkiem i gdyby świeżo odkryte jaskinie nadawały się do zagospodarowania, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zbudować tam hotel dla żądnych wrażeń milionerów. W przyszłości mógłby on stać się zalążkiem księżycowego miasta.

Brama w kosmos

Istnienie Księżyca oprócz okazji do przeprowadzenia szeregu „prób generalnych” przed skokiem w głęboki kosmos dało też astronautyce czas na przetestowanie techniki i procedur lotu. Jest to dziedzina skomplikowana, gdzie najmniejszy błąd może kosztować ludzkie życie. Dysponując „stacją pośrednią” w postaci Księżyca, nie musieliśmy mieć ani tak doskonałej techniki, ani zupełnie bezawaryjnych procedur. Na Srebrny Glob można było polecieć o wiele wcześniej (lipiec 1969) niż na Marsa (np. w roku 2018, kiedy Marsa i Ziemię dzieliła najmniejsza odleg­łość). Krótko mówiąc, dzięki Księżycowi ludzkość mogła się pławić w urokach „prawdziwej” astronautyki znacznie wcześniej i znacznie gorzej wyposażona i przygotowana, niżby to miało miejsce w przypadku przymierzania się do Marsa.

Wbrew pozorom Księżyc nie odegra wielkiej roli w wyprawie na Marsa. Choć prędkości konieczne do rozwinięcia z orbity ziemskiej i z Księżyca różnią się nieznacznie, dochodzą komplikacje związane z lotem na Księżyc, lądowaniem tam i startem stamtąd. Prościej startować od razu z orbity ziemskiej. Także traktowanie naszego satelity jako terenu zasobnego w surowce mija się z celem: wedle dzisiejszej wiedzy nie ma tam szczególnie cennych złóż, które opłacałoby się transportować na Ziemię lub przerabiać na miejscu, z wyjątkiem helu-3, podstawowego bogactwa Księżyca w powieściach SF1.

Nie do przecenienia natomiast jest rola Księżyca jako bazy naukowej i wypadowej w naprawdę daleki kosmos. Pozbawiona praktycznie atmosfery powierzchnia Księżyca umożliwia obserwacje astronomiczne z nieosiągalną z Ziemi precyzją i ostrością. Niewykluczone, że w przyszłości tam znajdą się centra radionasłuchu, w tym SETI — łowienia komunikatów od cywilizacji pozaziemskich. Wynika to stąd, że niewidoczna dla nas odwrotna strona Księżyca jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, gdzie nie dochodzą fale radiowe z Ziemi. Problemy są z zasadzie dwa: brak funduszy — takie obserwatoria będą drogo kosztować — i nierozstrzygnięta kwestia wody na Księżycu. Na podstawie dotychczasowych badań wydaje się, że woda w postaci lodu powinna być, zwłaszcza w okolicach księżycowego bieguna południowego, ale pewności nie ma. Kwestię tę rozstrzygną ostatecznie sondy automatyczne. Deklaracja prezydenta Busha ze stycznia 2004 zapowiadała powrót ludzi na Księżyc po trzech dekadach nieobecności, ale nic z tego nie wyszło, ponieważ plan ten został odwołany w 2010 roku przez jego następcę, Baracka Obamę.

Wpływu Księżyca na ziemskie sprawy nie sposób przecenić. Jest on także dobrodziejstwem dla astronautyki, prawdziwym darem natury, którego jeszcze dziś — raczkując w tej dziedzinie — nie doceniamy, ale przyszłość z pewnością odda mu sprawiedliwość. Jest też bramą, otwartą zapraszająco w kosmos. Jak ludzkość potrafi z tego prezentu skorzystać, dopiero się przekonamy.

Księżyc — naturalny satelita Ziemi, obiegający ją w czasie mniej więcej 28 dni z prędkością około 1 km/s. Wskutek synchronizacji obrotu wokół osi z obrotem wokół Ziemi stale widzimy tylko jedną stronę Księżyca. Pozbawiony atmosfery, jałowy glob o średnicy 3476 km, odległy od Ziemi średnio o 384 tys. km, jest pokryty licznymi kraterami powstałymi w wyniku uderzeń meteorytów. Na stronie dziennej temperatury dochodzą do 130ºC, po stronie zaś nocnej spadają do –150ºC. Przyciąganie na poziomie 1/6 ziemskiego umożliwia skoki astronautów, którzy mimo skafandrów odczuwają wrażenie lekkości. Przeciętna gęstość gruntu: 3,3 g/cm3 wobec 5,5 dla Ziemi. Według określeń astronautów powierzchnia Księżyca jest zasadniczo szara, ale przybiera też odcień brunatny (w zależności od wysokości Słońca). Oprócz kraterów trafiają się tam łańcuchy górskie oraz pojedyncze szczyty, np. Góry Leibniza i góra Platon. Najwyższe sięgają do wysokości 10 km.

Według obecnie uznanych hipotez Księżyc powstał wskutek uderzenia w Ziemię ciała wielkości Marsa około 4,6 mld lat temu. Rozżarzona, formująca się dopiero Ziemia wchłonęła część intruza, reszta zaś wyparowała bądź uleciała w przestrzeń, stając się Księżycem.

Woda i atmosfera na Księżycu. Badania sondy Clementine pozwoliły odkryć w pobliżu południowego bieguna Księżyca największy krater w Układzie Słonecznym — mający 2500 km średnicy Aitken. Po analizach echa radarowego odbitego z dna Aitkena wnioskuje się, że jest tam lód zmieszany z pyłem księżycowym. Prawdopodobnie stanowi pozostałość komet uderzających w to miejsce. Lód nie wyparował w kosmos, ponieważ panuje tam mróz dochodzący do –240ºC. Gdyby wiadomość ta się potwierdziła, na Aitkenie można by założyć samowystarczalną stację, produkującą wodę pitną oraz z tejże wody paliwo rakietowe. Na Księżycu odkryto także szczątkową atmosferę o ciśnieniu 10 bilionów razy mniejszym niż na Ziemi. W praktyce oznacza to brak atmosfery, czego konsekwencją są duże różnice temperatur na powierzchni.

Jaskinie na Księżycu. W 2009 roku japońska sonda Kaguya sfotografowała zapadlisko o średnicy 50 m, położone na Mare Ifigenii, w pobliżu wzgórz Marius Hills. Po skierowaniu na to miejsce lasera okazało się, że jest to wejście do jaskini o szerokości 100 m i długości 50 km. Jej strop sięga od kilku do nawet 200 m pod powierzchnią Księżyca. Ściany tej jaskini mają być z bazaltu. Jaskinie takie — jest ich podobno więcej, naliczono 200 podobnych zapadlisk — stanowią wymarzone miejsce na założenie bazy, a nawet kolonii księżycowej. Stropy jaskiń chroniłyby przed wahaniami temperatury, promieniowaniem i meteorytami, a gdyby jeszcze okazało się, że jakimś cudem zachował się tam lód… Lepszego prezentu od Księżyca nie moglibyśmy się spodziewać.

Bez politycznego katalizatora, którym był sowiecko-amerykański wyścig w kosmos, na zdobycie Księżyca czekalibyśmy do tej pory.

Czas Księżyca

Właśnie mija 50 lat, odkąd pierwsi ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wylądowali na powierzchni Księżyca. Gdyby chcieć namalować obraz przedstawiający, jak podjęto decyzję zaatakowania i zdobycia Srebrnego Globu (w astronautyce od początku ustaliła się terminologia militarna), trzeba by na pierwszym planie pokazać prezydenta Kennedy’ego, który siedzi z wyciągniętą ręką w gabinecie w Białym Domu. Ręka prezydenta celuje w Księżyc w pełni, widoczny akurat przez okno — jest to gest wodza, który wskazuje żołnierzom cel ataku. Słów prezydenta oczywiście na obrazie nie widać, ale ze wszystkich szczegółów można się ich domyślić: Życzę sobie, aby Amerykanin postawił tam nogę jeszcze przed końcem tej dekady.

W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej. Oczywiście nie obyło się bez licznych narad na wysokim szczeblu, lecz o księżycowych planach oznajmiono Amerykanom przez telewizję. 25 maja 1961 roku Kennedy, przemawiając na posiedzeniu połączonych izb Kongresu, poruszył kwestie gospodarcze, mówił o ulgach podatkowych i zimnej wojnie, nawoływał do budowy schronów przeciwatomowych i przydzielenia większych funduszy rozgłośni „Głos Ameryki”, a to w celu uporania się z propagandą komunistyczną. Dopiero pod koniec przemówienia wspomniał w tym kontekście o zadaniach NASA: Jeśli mamy zwyciężyć w bitwie pomiędzy wolnością a tyranią, która toczy się wokół na całym świecie, jeśli chcemy wygrać zmagania o ludzkie umysły, dramatyczne wydarzenia w dziedzinie lotów kosmicznych powinny nam wszystkim uświadomić — tak jak to uczynił Sputnik w 1957 roku — jaki wpływ ma kosmiczna przygoda na umysły ludzi we wszystkich zakątkach świata (…). Wierzę, że nasze państwo powinno się poświęcić realizacji następującego celu — ażeby przed końcem bieżącej dekady człowiek wylądował na Księżycu i bezpiecznie powrócił na Ziemię. Żaden inny projekt kosmiczny nie będzie bardziej ekscytujący, nie wywrze na ludzkości większego wrażenia i nie będzie ważniejszy dla dalszej eksploracji kosmosu, żaden też nie okaże się tak trudny ani tak kosztowny.

Kennedy nie był wielkim zwolennikiem tracenia funduszy na loty kosmiczne, ale po sukcesie Gagarina w kwietniu 1961 roku po prostu nie widział innego wyjścia. Seria spektakularnych osiąg­nięć sowieckich w tej dziedzinie, zapoczątkowana umieszczeniem pierwszego sztucznego satelity na orbicie, działała na Amerykanów przygnębiająco i uświadamiała im własne zapóźnienie. Pierwsze fotografie odwrotnej strony Księżyca, pierwsza kobieta w kosmosie, pierwszy lot z załogą wieloosobową, pierwsze wyjście człowieka w otwartą przestrzeń kosmiczną — to wszystko były tryumfy kosmonautyki sowieckiej. To, że niektóre z nich dokonały się już po cytowanym przemówieniu Kennedy’ego, świadczy, że Sowieci nie od razu ustąpili pola i amerykańskie odrabianie dystansu dokonywało się stopniowo.

Lot na Księżyc i powrót wymagały nowej generacji rakiet nośnych, których ani Rosjanie, ani Amerykanie nie mieli. Ponadto należało rozwiązać szereg nowych problemów technicznych, jak odnajdywanie się i cumowanie w kosmosie, przechodzenie ze statku do statku itp. (Pamiętajmy, że pierwszego amerykańskiego lotu orbitalnego dokonał dopiero w lutym 1962 John Glenn). W Stanach Zjednoczonych jednak, gdy już decyzja zapadła, środki na ten cel zostały uruchomione i prace ruszyły z kopyta. W Związku Sowieckim sądzono chyba, że uda się Księżyc zdobyć metodą podobną do dotychczasowej partyzantki.

Amerykanie rozpoczęli od prac projektowych i tworzenia infrastruktury, na czele z Vehicle Assembly Building na wyspie Merritt. Ten Budynek Montażu Pojazdów o kubaturze 3,7 mln metrów sześciennych jest po dziś dzień największy na świecie; umożliwiał równoczesny przegląd lub montaż czterech rakiet księżycowych. Znaleziono nowe tereny do testów i zorganizowano nowe centrum lotów załogowych, zaś cały program wziął nazwę od Apolla, boga rozumu, piękna i harmonii. Jako rakieta nośna do zawiezienia astronautów na Księżyc miał posłużyć trzystopniowy Saturn V, przy czym z Ziemi musiałyby wystartować dwie takie rakiety, aby wynieść na orbitę oddzielnie statek księżycowy i duży stopień rakietowy. Po połączeniu ich w jeden pojazd wehikuł do zdobywania Księżyca byłby gotowy.

Narodziła się jednak koncepcja, by wehikuł ten nie lądował na Księżycu w całości, lecz podzielił się na statek-matkę, krążący z jednym astronautą na orbicie wokółksiężycowej, i człon lądujący z dwoma pozostałymi uczestnikami lotu. Pozwoliłoby to na zaoszczędzenie paliwa i zmniejszenie masy całości. Była to rewolucyjna koncepcja: do wyniesienia pojazdu wystarczyłby wtedy w zupełności jeden Saturn. Z drugiej strony lot taki wiązałby się ze sporym niebezpieczeństwem: ryzykownego manewru połączenia ze statkiem-matką trzeba by dokonać na orbicie wokół Księżyca, prawie 400 tys. km od Ziemi. Gdyby coś się nie powiodło, możliwości uratowania astronautów byłyby znikome. Amerykanie nie rozwiązali jeszcze natenczas kwestii spotykania się dwóch statków i cumowania ich do siebie, co Sowieci mieli już za sobą.

Rosjanie dysponowali wtedy ulepszoną wersją rakiety R-7, która powstała w wyniku kolejnych modyfikacji poczciwej niemieckiej V 2. Służyła ona do wynoszenia na orbitę wokółziemską załogowych statków typu Wostok i Woschod, ale na potrzeby programu księżycowego była za słaba. Kreml nakazał więc zbudowanie nowej rakiety Władimirowi Czełomiejowi, a silniki do niej Walentinowi Głuszce, który był także konstruktorem silników do R-7. Nowa konstrukcja sowiecka powstawała z założenia jako międzykontynentalna rakieta balistyczna, przenosząca bomby wodorowe o mocy 30 megaton. Saturn był natomiast stricte pokojowy, gdyż amerykańska doktryna wojenna nie przewidywała użycia, a więc i przenoszenia aż tak wielkich ładunków nuklearnych.

W tym czasie swoją rakietę N-1 konstruował również mózg sowieckiego programu kosmicznego, Siergiej Korolow. Jej pierwszy stopień miał korzystać z 30 silników, co dawało aż 4 600 ton ciągu wobec 3 400 ton Saturna V. Jednak jej możliwości były i tak mniejsze od osiągów Saturna, skoro plan sowiecki zakładał zawiezienie na Księżyc tylko jednego kosmonauty (miał nim być Leonow), podczas gdy Amerykanie ulokowali w lądowniku Apolla dwóch ludzi. Po prostu część silników N-1 służyła jako dodatek na ewentualność awarii. Były one prawdziwym problemem N-1: Korolow miał obsesję na punkcie przechowywalnych materiałów pędnych na bazie kwasu azotowego i hydrazyny. Bał się kwasu azotowego ze względu na jego silną toksyczność i nawet ochrzcił go „szatańskim jadem”. Na tym tle doszło pomiędzy obydwoma konstruktorami do niesnasek, a potem do otwartego konfliktu, w wyniku którego Głuszko oświadczył, że nie chce mieć nic wspólnego z rakietą Korolowa, i w końcu postawił na swoim. Nawet Chruszczow nie zdołał go zmusić do zmiany decyzji.

Skutki tego były dla strony sowieckiej opłakane. Jeszcze w październiku 1965 roku protektor Korolowa, Chruszczow, utracił władzę, zaś w styczniu roku następnego w wyniku powikłań po operacji polipa jelita grubego zmarł Korolow. Pustki po nim nie był w stanie zapełnić jego następca Miszyn. Sowieci zdobyli się jeszcze na oblot Księżyca za pomocą mniejszej rakiety Proton i aparatów typu Zond (były to w rzeczywistości zmodyfikowane Sojuzy, następna generacja statków po Woschodach) oraz udane wprowadzenie ich do atmosfery, co wymagało dwukrotnego atakowania jej pod różnymi kątami i wejścia w bardzo ciasny korytarz — lecz był to łabędzi śpiew ich programu kosmicznego związanego z Księżycem. W tym czasie NASA była już prawie gotowa. W październiku 1968 roku trójka astronautów na pokładzie Apolla 7 przebywała na orbicie wokółziemskiej przez 11 dni, ćwicząc rozmaite elementy lotu na Księżyc, w grudniu Apollo 8 okrążył Księżyc i powrócił na Ziemię, natomiast załogi Apolla 9 i 10 sprawdzały lądownik księżycowy wraz z pojazdem Apolla najpierw na orbicie Ziemi, a potem Księżyca. Po zakończeniu tych przygotowań droga do Srebrnego Globu stanęła przed Amerykanami otworem. 16 lipca 1969 roku z przylądka Canaveral wystartowała słynna załoga Apolla 11.

Tymczasem Rosjanie szarpali się z własnym odpowiednikiem Saturna V, wielką rakietą N-1. Pierwszy jej start nastąpił w lutym 1969 i był nieudany — rakieta spadła 50 km od miejsca startu. Druga próba odbyła się w czerwcu, a więc tuż przed główną misją amerykańską. Tym razem było jeszcze gorzej: N-1 ogarnął rozległy pożar, pełna paliwa rakieta spadła na wyrzutnię i eksplodowała. Z powodu przeprojektowania systemów z następną próbą czekano dwa lata, do czerwca 1971 roku, ale i ona zawiodła: trzeci stopień wraz z makietą pojazdu księżycowego oderwał się od pozostałych i wyrżnął o ziemię niedaleko wyrzutni, zaś pozostałe dwa stopnie wybuchły 20 km dalej, pozostawiając lej o średnicy 30 metrów. Był to kiepski miesiąc dla kosmonautyki sowieckiej, bo niemal równolegle zginęła załoga Sojuza 11, Dobrowolski, Wołkow i Pacajew. Czwarty egzemplarz N-1, testowany w listopadzie 1972 roku, leciał prawidłowo przez całe 90 sekund, ale i on w końcu podzielił skłonność swych poprzedników do bratania się z matką ziemią i malowniczo eksplodował. Była to stuprocentowa klęska, jaskrawo kontrastująca z sukcesami Saturna V, który na kilkanaście lotów zawiódł częściowo tylko raz.

Co się tyczy misji Apolla 11, to nad Wisłą masowo oglądano bezpośrednią transmisję z lądowania na Księżycu — polska telewizja jako jedyna w tzw. krajach demokracji ludowej zafundowała swym abonentom ten niebywały prezent. Wymagało to oczywiście decyzji na najwyższym szczeblu, ponieważ chociaż Rosjanie oficjalnie bagatelizowali wyścig księżycowy po przegranej rywalizacji, to jednak kibicowanie Amerykanom traktowali jako napawanie się klęską programu sowieckiego. Pamiętam jak dziś tę lipcową noc: panował niemal mistyczny nastrój, potem dowiedziałem się, że ludzie modlili się przed telewizorami, aby wszystko przebiegło pomyślnie. Transmisja była dość nudna, przez długi czas nic się nie działo, a kiedy odszedłem na moment od telewizora, zbudził mnie ojciec z wiadomością, że wylądowali.

Apollo 11 dotarł do Księżyca w cztery dni po starcie i Armstrong z Aldrinem przeszli do lądownika księżycowego LM, nazwanego Eagle (Orzeł), podczas gdy Michael Collins pozostał w Columbii — statku-matce. Krążąc po orbicie księżycowej, miał oczekiwać na połączenie z Orłem po wykonaniu programu lądowania.

Orzeł miał paliwa na 12 minut działania silnika hamującego. Po drodze na powierzchnię Srebrnego Globu komputer dwukrotnie ogłaszał alarm na skutek przeładowania się danymi, a w końcowej fazie lotu trzeba było przejść na sterowanie ręczne, gdyż miejsce lądowania wypadało w kraterze zasłanym nieprzyjemnie wyglądającymi głazami. Gdy udało się osadzić lądownik, w pojeździe właśnie kończyło się paliwo. Do samego końca nie było pewności, jak jest właściwie z pyłem księżycowym. Choć wcześniej lądowało tam kilka próbników automatycznych, panowała obawa, że warstwa pyłu może w niektórych miejscach liczyć po kilka metrów grubości i statek utonie w niej jak w mące. Nic takiego oczywiście się nie przydarzyło, LM wylądował bezpiecznie na równinie Morza Spokoju. Armstrong meldował przed wyjściem na zewnątrz, że w polu widzenia znajduje się dość dużo kraterów (podawał ich rozmiary), niewielkie skały, a także wzgórze.

Po kilku godzinach przygotowań Armstrong zszedł jako pierwszy po dziewięcioszczeblowej drabince i najpierw zrobił uwagę na temat ziarnistości gruntu księżycowego: Wygląda jak proszek. Dopiero stojąc na Księżycu, wypowiedział słynną sentencję: Jest to mały krok człowieka, ale wielki skok ludzkości. Swoją drogą ciekawe, czy wymyślił ją sam, czy też pomogli mu spece od public relations; nigdzie nie spotkałem wzmianki na ten temat. Ogólnie Armstrongowi i Aldrinowi podobało się na Księżycu, w miejscu lądowania upatrywali podobieństwa do pustyń amerykańskich. Rozpięli flagę amerykańską i zbierali kamienie księżycowe, zaś Armstrong odsłonił tabliczkę przymocowaną do jednej z nóg LM-a. Napis na tabliczce głosił: Tutaj ludzie z planety Ziemia po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu w lipcu AD 1969. Przybyliśmy w pokoju w imieniu całej ludzkości.

Pomimo tak spektakularnego sukcesu wyścig do Księżyca skończył się podobnie dla zwycięzców i dla pokonanych — w USA ograniczeniem programu księżycowego, w ZSRR jego całkowitą likwidacją. Amerykanom udało się nie tylko dlatego, że ich myśl techniczna i naukowa górowała nad sowiecką. Przy tej skali przedsięwzięcia był to przede wszystkim wyścig gospodarek i zwyciężyła wydajniejsza. Produkt brutto wzrósł w USA z 500 mld dolarów w roku 1960 do 660 mld pięć lat później, przy bardzo niskiej inflacji, a budżet NASA z 1,2 mld dolarów w roku 1962 do 5,9 mld w szczytowym pod tym względem roku 1966. Cały program Apollo kosztował około 25 mld ówczesnych dolarów i to względy finansowe zadecydowały najpierw o redukcji programu księżycowego i rozciągnięciu go w czasie, a potem o braku kontynuacji. Trzeba sobie uświadomić, że wyścig do Księżyca miał silny podtekst polityczny i gdy został wygrany, ukazanie światu supremacji amerykańskiej stało się faktem. Został także w ten sposób wystawiony symboliczny pomnik zamordowanemu w Dallas prezydentowi Kennedy’emu, który odważył się wskazać tak wydawałoby się odległy cel i natchnąć rodaków zapałem do jego osiągnięcia. Z drugiej strony, każda wyprawa statku Apollo (ostatnia odbyła się w grudniu 1972 roku) kosztowała nie mniej niż 400 mln dolarów, a plonem ich były worki kamieni o nie tak znowu wielkiej wartości naukowej.

Z kolei Rosjanie, choć nie wspominali o Księżycu, nie przestali o nim marzyć. Dotąd w rywalizacji amerykańsko-sowieckiej było tak, że skoro tylko jeden z rywali pokazywał jakiś nowy numer, drugi odtwarzał go z niewielkim opóźnieniem. Lądowanie na Księżycu zburzyło tę prawidłowość; mimo niepowodzeń program księżycowy był w ZSRR kontynuowany do 1974 roku. Wtedy to Miszyn został odwołany, a na jego miejsce mianowano jego starego antagonistę, odziedziczonego po Korolowie, czyli Głuszkę. Sowieci w tym momencie dysponowali dwiema rakietami N-1, ulepszonymi i gotowymi do kolejnych prób. Głuszko z powodów zdaje się bardziej osobistych zawiesił program księżycowy, a w 1976 roku odwołał go ostatecznie. Dwie pozostałe rakiety N-1 rozkazał zniszczyć. Ich elementy zamieniono na garaże i magazyny, domki letniskowe i zbiorniki na wodę. W odstawkę poszli także konstruktorzy i inżynierowie z zespołów Korolowa; ostateczny zaś pogrom sowieckiej kosmonautyki dokonał się wraz z rozpadem imperium, kiedy to pieniędzy zaczęło brakować dosłownie na wszystko.

Czym właściwie było owo pierwsze lądowanie na Księżycu i jak je dziś odbieramy? Przede wszystkim nastąpiło wtedy odczarowanie Księżyca, a może i całego kosmosu. Pierwsze z niedosiężnych ciał kosmicznych widocznych na niebie zostało bezpośrednio dotknięte przez człowieka. Kosmos tym samym okazał się rzeczywistością konkretną i materialną, podległą prawom fizycznym, o czym wiedzieli uczeni, lecz co nie bardzo uprzytomniali sobie zwyczajni zjadacze chleba. Był to więc powszechny przełom w świadomości ludzi, także i z tego powodu, że ludzkość po raz pierwszy wystąpiła zjednoczona wokół pewnego zadania, wykonywanego w jej imieniu i przez jej przedstawicieli. Przy okazji człowiek unaocznił sobie ogrom kosmosu, w którym Księżyc okazał się ledwie pobliską wyspą, bliźniaczą planetą oddaloną ledwie o parę dni lotu. W swoim czasie morska podróż z Europy do Ameryki ciągnęła się dłużej.

Rywalizacja gospodarek i zwycięstwo sprawniejszej unaoczniło opinii publicznej, że komunizm dostał zadyszki, a świetlane perspektywy, jakie roztaczał przed ludzkością, mogą być mirażami bez pokrycia. Po raz pierwszy od II wojny światowej pasmo sukcesów sowieckich zostało w tak spektakularny sposób przerwane i kto wie, czy to nie wtedy, wraz z odbijaniem śladów podeszew w pyle księżycowym, nie powstały zalążki rozkładu systemu komunistycznego, który w dwie dekady później uległ całkowitemu rozmontowaniu. Czy możliwe byłoby zdobycie Księżyca bez rywalizacji politycznej USA i ZSRR? Na pewno tak, ale bodaj nie doszłoby do niego tak szybko. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się, że Księżyc został zdobyty za wcześnie, a rywalizacja polityczna dwóch bloków okazała się tu katalizatorem.

Do tej pory po powierzchni Księżyca spacerowało 12 astronautów, wszyscy narodowości amerykańskiej. Plonem ich wizyt były głównie worki kamieni, podobnych pod względem składu chemicznego do skał ziemskich. Prawie wszyscy astronauci powracający stamtąd to ludzie głęboko religijni, niektórych ta podróż bardzo wewnętrznie odmieniła. Wyprawy stanowiły najważniejszy moment w ich życiu, zapamiętali z nich dziwne rzeczy. Na przykład Armstrong z Aldrinem twierdzili, że Księżyc ma swój zapach — gdy powrócili do lądownika i zdjęli hełmy, poczuli woń, którą określili jako podobną do mokrego prochu strzelniczego (Armstrong) lub szlamu (Aldrin).

Po filmie Apollo 13, pokazującym katastrofę tak nazwanego statku i udane zmagania o ocalenie jego załogi, powstał także Pierwszy człowiek o lądowaniu na Księżycu statku Apollo 11. Twórcy opowiedzieli o tym wielkim wydarzeniu z pozycji astronauty Neila Armstronga, który jako pierwszy postawił stopę na innym ciele niebieskim. Ryan Gosling z twarzy słabo przypomina dowódcę Apolla 11, ale to bodaj jedyny mankament filmu.

W ekranizacjach wielkich wydarzeń historycznych liczy się walor dokumentalny. Pierwszy człowiek świetnie pokazuje rowerową technikę lat 60. XX wieku. Mechaniczne rygle, klapy, przełączniki, wskaźniki itp. sugestywnie potęgują grozę. Zarówno w epizodzie z rakietą Agena, gdy na statku Gemini 8 dochodzi do gwałtownych a niekontrolowanych obrotów, jak i w scenie spłonięcia żywcem trzech astronautów podczas prób na Ziemi, widz jest przerażony, jak zawodnej i topornej technice powierzyli swe życie ci dzielni ludzie. Podobnie podczas lądowania na Księżycu: awaria komputera pokładowego (zadławił się obfitością danych) zmusza Armstronga do przejęcia sterów i lądowania na ostatnich oparach paliwa. Co zresztą chyba nie zostało wyzyskane dramaturgicznie w należyty sposób.

Dobrze też udało się unaocznić, jak wrogim i skrajnie obcym środowiskiem jest dla człowieka kosmos. Zarówno próżnia, od której odgradzają astronautów cienkie ściany kabiny, jak i sam Księżyc, sprawiający wrażenie monstrualnej cementowej dekoracji. Film jednak nie fascynuje się jego „pięknem”, traktując go jako miejsce, które trzeba jak najszybciej opuścić. Człowiek ma szanse przeżyć w kosmosie jedynie dzięki wiedzy i uporczywym ćwiczeniom. „Potrzeba nam więcej klęsk — powiada Armstrong po rozbiciu ćwiczebnego lądownika księżycowego, w którym omal nie postradał życia. — Dzięki nim może uda się uniknąć awarii w kosmosie”.

To balansowanie astronautów między życiem a śmiercią jest w filmie stale obecne. Kiedy Armstrong wybiera się na Księżyc, żona przymusza go, by pożegnał się z synami. Małomówny Neil zmuszony jest przyznać, że lot może zakończyć się tragicznie, a on sam i jego załoga mogą nie wrócić na Ziemię. Scena z redagowaniem komunikatu na wypadek, gdyby astronauci zginęli, wskazuje, jak poważnie kierownictwo NASA liczyło się z taką ewentualnością. Dobrze został sportretowany Aldrin, drugi człowiek na Księżycu, nietaktowny, walący prosto z mostu osiłek, wypełniony buzującą energią — stąd być może jego przydomek Buzz. Collins, pilot orbitalny, tylko przemyka w tle.

Realizatorzy nie mieli z Armstrongiem łatwego zadania. Milczek, schowany w sobie, wydaje się nieciekawym medium do poprowadzenia filmowej intrygi. Żeby dodać mu atrakcyjności, scenarzysta próbuje zaglądać w jego psychikę, sugerując, że wpływ na życiowe wybory Armstronga miała śmierć ukochanej córki, u której wykryto guza mózgu. Nigdy z nikim o tej tragedii nie mówił. Być może aby nie rozpamiętywać tej straty, zgłosił swą kandydaturę na astronautę. W filmie pamiątkę po dziewczynce zabiera ze sobą na Srebrny Glob, ale nie potrafię powiedzieć, czy rzeczywiście tak było.

W kwestii samego lotu na Księżyc społeczeństwo amerykańskie było podzielone. Ludzie chętnie wypowiadają się do kamery przeciw trwonieniu środków na program księżycowy. Jakiś ówczesny raper intonuje: Czynsz kosztuje mnie 60 dolców, ale biali jadą na Księżyc. W przebitce pokazano nieżyjącego już pisarza Kurta Vonneguta, jak optuje przeciwko wyrzucaniu pieniędzy na loty kosmiczne, skoro tu, na Ziemi, tyle spraw można by za nie załatwić.

Damien Chazelle, reżyser, sygnalizuje również atmosferę rywalizacji z Sowietami. Trwa transmisja TV z kosmicznego spaceru Leonowa, wielki baniak hełmu z napisem CCCP wypełnia cały ekran ówczesnych telewizorków. To już łabędzi śpiew sowieckiej kosmonautyki, wyścig do Księżyca został przez ZSRR przegrany. Przedstawiając te wszystkie wydarzenia, reżyser próbuje ważyć racje: czy taki szaleńczy skok się uzasadnia, społecznie i cywilizacyjnie? Przesłuchiwany jako kandydat Armstrong próbuje wykazywać sens lotów w kosmos dość nieudolnie. Dopiero dziś, gdy od pół wieku na Księżycu nie ma ludzi, widzimy, jakiego kalibru było to osiągnięcie.

Amerykańskie lądowania na Księżycu

Apollo 11: 16–24 lipca 1969 roku. Załoga: Neil Armstrong, Edwin Aldrin, Michael Collins. Pierwsze lądowanie załogowe na Księżycu (Morze Spokoju). Armstrong i Aldrin jako pierwsi ludzie zeszli na powierzchnię naszego satelity. Stwierdzili, że spacerowanie w warunkach sześciokrotnie zmniejszonej grawitacji było względnie łatwe.

Apollo 12: 14–22 listopada 1969 roku. Załoga: Charles Conrad, Richard Gordon, Alan Bean. Lądowanie na Oceanie Burz.

Apollo 14: 31 stycznia — 9 lutego 1971 roku. Załoga: Alan Shepard, Stuart Roosa, Edgar Mitchell. Lądowanie w okolicach krateru Fra Mauro, dwa wyjścia na powierzchnię Księżyca.

Apollo 15: 26 lipca — 7 sierpnia 1971 roku. Załoga: David Scott, Alfred Worden, James Irwin. Lądowanie w okolicy Szczeliny Hadleya u stóp Apeninów. Pierwsze użycie pojazdu księżycowego, który przejechał 28 km.

Apollo 16: 16–27 kwietnia 1972 roku. Załoga: John Young, Thomas Mattingly, Charles Duke. Lądowanie w okolicy krateru Kartezjusza. Trzy spacery po Księżycu, łazik przejechał 27 km.

Apollo 17: 7–19 grudnia 1972 roku. Załoga: Eugene Cernan, Ronald Evans, Harrison Schmidt. Ostatnie załogowe lądowanie na Księżycu w rejonie krateru Littrow w górzystym paśmie Taurus. Trzykrotne wyjście na powierzchnię i najdłuższy czas pobytu na Księżycu — prawie 75 godzin, pojazd księżycowy przejechał 36 km, zebrano największą ilość skał (ponad 110 kg).

Statki Apollo 7, 8, 9 i 10 uczestniczyły w przygotowaniach do lotu na Księżyc, trzy ostatnie obleciały go i wróciły na Ziemię. Apollo 13 uległ katastrofie podczas lotu i misję odwołano; załoga szczęśliwie powróciła na Ziemię.

Co po lądowaniu?

Przez prawie 50 lat od ostatniego lądowania Apolla 17 Księżyc był pozostawiony samemu sobie, jeśli nie liczyć badań przez sondy automatyczne. Jeśli wieści o obecności wody się potwierdzą, przyspieszy to być może budowę stałej bazy księżycowej. Co prawda jej użyteczność wydaje się ograniczona, lecz gdyby ją połączyć na przykład z kompleksem turystycznym, być może projekt taki nabrałby uzasadnienia ekonomicznego. Turyści mog­liby tam kwaterować na krótkie pobyty (noc poślubna na Morzu Spokoju, przy zmniejszonym 6 razy ciążeniu!), naukowcy zaś prowadzić obserwacje nieba, rejestrować ciała kosmiczne zagrażające Ziemi, badać sam Księżyc, nadzorować rozpędzanie sond automatycznych w jego polu grawitacyjnym itp. Okazuje się, że pomysłów na zagospodarowanie Księżyca nie ma tak wiele, co w połączeniu z olbrzymimi kosztami każe mówić o tych projektach w tonacji mocno wątpliwej.

Sytuacja zmieniłaby się radykalnie, gdyby potwierdziły się wieści o istnieniu na Księżycu jaskiń lawowych, zdatnych do założenia stałych baz. Wiadomo więc, w które rejony skierują się następne wyprawy i co będą penetrować.

Lądowanie na Księżycu było jednym z największych wyczynów w dziejach cywilizacji. W trakcie przygotowań popełniono tyle błędów, że program księżycowy nieraz chwiał się w posadach.

Zdobyty za wcześnie

Amerykańska droga na Księżyc — sowiecka zresztą również — zaczyna się pod koniec II wojny światowej gdzieś na terytorium III Rzeszy. W ramach objętej tajemnicą państwową Operacji Paperclip służby amerykańskie przeczesują zdobyte terytoria w poszukiwaniu hitlerowskich specjalistów od techniki rakietowej, uznając ich kompetencje zdobyte w trakcie wystrzeliwania rakiet V-1 i V-2. Gdy wojna się kończy, brzydkie występki nazistów zostają puszczone w niepamięć, liczy się fachowość i gotowość do służby pod nowym sztandarem.

Jak doszło do przejęcia 118-osobowej grupy Wernhera von Brauna? Podobno widząc rychły kres III Rzeszy, von Braun zwołał tajne zebranie współpracowników jeszcze w Peenemünde nad Bałtykiem, skąd odpalano ziejące ogniem potwory nad Londyn. Miał powiedzieć mniej więcej tyle: Niemcy wojnę przegrały, a dla zwycięzców nasza wiedza może okazać się cenna. Komu wolelibyśmy się poddać: Rosji czy Ameryce? Tak oto w maju 1945 roku niedaleko miejscowości Oberjoch w Bawarii doszło do przejęcia całej grupy przez wojsko amerykańskie. Wcześniej ministerstwo w Berlinie nakazało von Braunowi zniszczyć materiały z badań nad rakietami, by nie wpadły w ręce wroga. Von Braun ukrył jednak dokumentację w nieczynnej kopalni w Górach Harzu, widząc w niej „ubezpieczenie na życie”, skąd zapewne ją wydobyto.

Tak czy owak niemieccy fachowcy od rakiet wylądowali najpierw w Forcie Bliss w Teksasie, gdzie mieli pracować przy przechwyconych rakietach V-2. Dowództwo amerykańskie nie bardzo wiedziało, co z nimi zrobić, panował pokój, a Kongres nie kwapił się do finansowania badań nad rakietami. Tymczasem Sowieci przejęli fachowców niemieckich może i gorszego sortu, ale nie zastanawiali się nad nimi, tylko ruszyli z kopyta z własnym programem. Dopiero wieści o tym, że w Moskwie poważnie zajęto się rakietami, sprawiły, iż w Ameryce podjęto decyzję o założeniu własnego ośrodka rakietowego. Wybór padł na leżący po wojnie odłogiem ośrodek wojskowy w Alabamie i pobliskie miasteczko Huntsville. Niemcy dostali obywatelstwo, prawo do osiedlenia i możliwość pracy w ulubionej dyscyplinie. Wyznaczono im zadanie skonstruowania rakiety balistycznej do przenoszenia głowic konwencjonalnych bądź nuklearnych na odległość 300 km. Rakietę, gdy powstała, nazwano od nazwy ośrodka Redstone; mierzyła ponad 20 m wysokości i w przyszłości miała odegrać dużą rolę w programie kosmicznym. Amerykanie nie chcieli jednak całego programu rakietowego powierzać obcym; władze liczyły, że przy Niemcach uda się wyedukować własnych fachowców.

W ocenie von Brauna lata 1945–1951 były czasem stagnacji i zostały całkowicie zmarnowane, dając już na wstępie wieloletnie opóźnienie w stosunku do sowieckiego programu rakietowego.

Gdyby prezydent Eisenhower miał więcej oleju w głowie, Amerykanie wysłaliby sztucznego satelitę Ziemi przynajmniej na rok przed Sowietami. A oto jak do tego doszło, a właściwie nie doszło.

W 1954 roku grono osobistości ze świata nauki i techniki spotkało się w Waszyngtonie, aby podjąć decyzję, w jaki sposób USA włączą się w obchody Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Rok ten stanowił przedsięwzięcie międzynarodowe; uczeni z całego świata zamierzali przeprowadzić badania Ziemi od lipca 1957 do grudnia 1958 roku. Podczas tego posiedzenia von Braun zgłosił, że mógłby wysłać satelitę o masie 2,5 kg do zbadania wyższych warstw atmosfery.

Von Braun nie dysponował wtedy jeszcze odpowiednią rakietą, ale dwa lata później gotowa była zmodyfikowana Redstone. Dodano do niej dwa dalsze stopnie i przebudowano silnik, co spowodowało wydłużenie samej rakiety. Na szczycie w miejsce głowicy — był to wszak pocisk o przeznaczeniu wojskowym — domontowano stożkowaty czubek z urządzeniami rejestrującymi. Nowa rakieta otrzymała nazwę Jupiter C. Gdyby na szczycie umieścić jeszcze jeden człon, nazwany pociskiem 29, zestaw do zaatakowania orbity i pozostawienia na niej satelity byłby gotowy.

Niestety, wcześniej Biały Dom podjął szlachetną decyzję, że satelitę powinno się wystrzelić przy pomocy rakiety niezhańbionej zastosowaniem militarnym. Zlecono prace nad nową rakietą Vanguard, która jako cywilna i pokojowa miała przynieść Ameryce więcej uznania. Eisenhower i jego doradcy życzyli też sobie nieoficjalnie, by pierwszego sztucznego satelitę w dziejach umieścił na orbicie zespół amerykański, nie zaś grupa hitlerowskich weteranów wojennych. Niestety, Amerykanie jeszcze się nie dokształcili: żaden ośrodek amerykański nie dysponował kompetencjami ani sprzętem, który Niemcy von Brauna zgromadzili w Redstone.

Choć Sowieci oznajmili oficjalnie, że w trakcie Międzynarodowego Roku Geofizycznego planują umieścić sztucznego satelitę na orbicie, władze amerykańskie bagatelizowały te zapowiedzieli, traktując je jako blef. Powątpiewano, czy siermiężna technika sowiecka zdolna jest do takiego wyczynu. Kiedy więc von Braun zwrócił się o pozwolenie wystrzelenia satelity w kosmos z udziałem Jupitera C, prezydent Eisenhower zwyczajnie odmówił. Była to najbardziej krótkowzroczna decyzja polityczna w dziejach.

Co nastapiło dalej, wiadomo: 4 października 1957 roku sowiecka rakieta R-7 wyniosła na orbitę 84-kilogramową metalową kulę z antenkami, która robiła jedno okrążenie Ziemi w półtorej godziny. Tu nikt się nie przejmował, że R-7 miała przeznaczenie stricte wojskowe. Jedynym ładunkiem ciężkiego satelity był nadajnik radiowy, aby każdy mógł usłyszeć sygnał z kosmosu.

Decydentów amerykańskich wieść o tym zastała podczas bankietu w ośrodku Redstone. Obecny był świeżo mianowany na sekretarza obrony Neil McElroy, zastępujący Charlesa Wilsona, który uważał loty kosmiczne za zbędny balast i przeszkadzał jak mógł w planach zespołu von Brauna. Gdy więc na sali ogłoszono hiobową wiadomość, zapanowała konsternacja. Kompletnie zaskoczona administracja Eisenhowera próbowała jak tylko mogła bagatelizować sowiecki sukces. Ale szok miał też moc uzdrawiającą: obudził Amerykę z letargu. Po kompletnej klapie rakiety Vanguard von Braun dostał zielone światło i 31 stycznia 1958 roku z przylądka Canaveral odpalono rakietę z 14-kilogramowym satelitą, nazwanym Explorer 1 i niosącym na pokładzie aparaturę do pomiarów promieniowania kosmicznego. To właśnie ta aparatura wykryła otaczające Ziemię pasy wysokoenergetycznego promieniowania. Od początku ujawniła się różnica w podejściu ZSRR i Ameryki do kosmosu: pierwsi pokazywali sztuczki dla oszołomienia gawiedzi i osiągnięcia korzyści propagandowych, drudzy starali się czegoś przy okazji dowiedzieć. Pasy promieniowania od nazwiska naukowca, który stał za odkryciem, nazwano pasami Van Allena.

Podobnie jak w przypadku pierwszego satelity, także człowieka w kosmos jako pierwsi mogli wysłać Amerykanie. Przeszkodził temu, jak się zdaje, szympans o dźwięcznym imieniu Ham.

Jego zadaniem było utorować drogę w kosmos człowiekowi. Przypomnijmy, że były to czasy, kiedy o przestrzeni wokółziemskiej i panujących tam warunkach nie wiedziano nic, tajemnicą były przeciążenia i dawki promieniowania, a nieważkość budziła nabożny lęk. Wystrzelenie Hama zaplanowano na 31 stycznia 1961 roku. Zwierzę ułożono w pudełku, przed którym zapalały się światełka, a gdy pociągnęło się za odpowiednią dźwignię, do pyska wskakiwał banan. Błąd oznaczał prądowego kopniaka w nogę.

Wskutek licznych komplikacji aparatury Ham okazał się astronautą heroicznym. Przede wszystkim miał wytrzymać ośmiokrotne przeciążenia, a zafundowano mu dwa razy tyle. Banany okazały się czczą obietnicą. Mimo poprawnego pociągania za dźwignię za każdą czynność był rażony prądem. Na sam koniec zafundowano mu próbę wody: kapsuła z wielką siłą wyrżnęła w ocean, legła na boku i zaczęła tonąć; nieszczęsnego Hama wyratowano w ostatniej chwili. Zrozumiałe, że po takiej podróży aktywnie dawał wyraz swemu zdegustowaniu, gryząc wszystko i wszystkich dookoła. Nie tak się umawialiśmy, zdawał się komunikować swoim zachowaniem.

Dla programu kosmicznego oznaczało to, że statek Mercury musi być poddany kolejnym testom, a więc lot, czy raczej skok, astronauty Sheparda ulegnie odłożeniu. Choć sam Shepard protestował ile mógł, kierownictwo programu pozostało niewzruszone. Kolejny start, tym razem bezzałogowy, odbył się 24 marca i wypadł doskonale. A 12 kwietnia świat dowiedział się o Gagarinie.

Shepard do końca życia miał o to żal. Nawet gdyby jednak wyprzedził Gagarina, priorytet mógłby nie zostać uznany, gdyż lot miał charakter suborbitalny (balistyczny). Trwał nieco ponad kwadrans, pojazd osiągnął wysokość 187 km, pokonał dystans prawie 500 km, a przeciążenia dochodziły do 11 g. Inna sprawa, że i Gagarin nie wykonał pełnego okrążenia Ziemi: wystartował z kosmodromu Bajkonur w kierunku wschodnim, wylądował zaś 1500 km na zachód od Bajkonuru w okolicach Saratowa. Tych 1500 km zabrakło do pełnego obiegnięcia planety; dopiero Herman Titow w sierpniu 1961 roku porządnie okrążył Ziemię 17 razy i to jemu wypada przyznać pierwszeństwo.

O ile wystrzeleniu przez ZSRR Sputnika towarzyszyły w Ameryce szok i niedowierzanie, że prymitywni Sowieci zakasowali przodującą technikę USA, o tyle po Gagarinie Ameryka wpadła w przygnębienie. Nie brakło głosów, że amerykański program kosmiczny powinien zostać zawieszony. Dogonić Sowietów nie sposób, a brylowanie na drugim miejscu nikomu się nie uśmiechało. Jerome Wiesner, doradca prezydenta Kennedy’ego, był za odwołaniem załogowych lotów kosmicznych i reorganizacją NASA. Zalecał skupienie się na aeronautyce i pozostawienie wyścigu kosmicznego Rosjanom. Jego zdaniem Kennedy powinien szybko podpisać dokument odwołujący Program Mercury (…). Wiesner sugerował, że Stany powinny zdobywać przewagę w nauce, komunikacji i satelitach wojskowych. Propagował hasło: „Idźmy ze zwycięzcami”, piszą w książce Kierunek Księżyc Alan Shepard i Deke Slayton. Pomijając szyderczą wymowę tego hasła, prezydencki doradca nie miał do zaproponowania nic poza kapitulacją.

Gdyby Kennedy go posłuchał, bo przecież kosmos należy do Rosjan, a USA powinny to uznać, to program kosmiczny zostałby definitywnie zamknięty, a Amerykanie z otwartą gębą przyglądaliby się tryumfom sowieckim. Kennedy zrobił co innego: zarządził mobilizację, wymienił szefa NASA i udzielił programowi kosmicznemu pełnego poparcia. 5 maja ruszył Shepard, 21 lipca drugi lot suborbitalny odbył Grissom, a 20 lutego 1962 roku John Glenn jako pierwszy obywatel USA trzykrotnie okrążył Ziemię. Zamiast więc kontemplować klęskę, Amerykanie wzięli się ostro do roboty; wnet okazało się, że nie tacy Sowieci mocni, jak się wydawało. Gdy zaś Kennedy wskazał Księżyc jako cel lądowania ludzi przed końcem dekady lat 60., wszystko wróciło na swoje miejsce. W kosmicznym pokerze z Sowietami USA nie odłożyły kart, nie powiedziały „pas”, tylko zaczęły rozgrywać po swojemu.

W pierwszej połowie lat 60. Amerykanie przesiedli się na statki nowej generacji, nazwane Gemini, Rosjanie zamienili Wostoki na Woschody i karuzela kręciła się dalej. Ci ostatni pokazywali światu coraz to nowsze cudeńka: pierwszy lot dwóch pojazdów jednocześnie, pierwszą kobietę w kosmosie (Tierieszkowa) i pierwszy spacer kosmiczny (Leonow). Amerykanie powtarzali te sztuczki z niewielkim opóźnieniem, ale już ujawniała się wyższość techniki amerykańskiej: ich programy były bogatsze, manewry dokładniejsze i bardziej skomplikowane itp. O ile sowieckie pokazy na orbicie w dużej mierze służyły celom propagandowym, o tyle w przypadku Amerykanów były to elementy niezbędne do opanowania w lotach księżycowych. Wraz z końcem programu Gemini strata dystansu do programu sowieckiego została odrobiona.

O żadnych komplikacjach i niepowodzeniach po stronie sowieckiej świat się nie dowiedział. Amerykanie natomiast prowadzili swoje próby w świetle jupiterów. Gdy Gemini 3 ćwiczył dokowanie z rakietą Agena, wpadł w tak straszliwą rotację, że groziło to unicestwieniem załogi. Wyprowadził pojazd z tego stanu dowódca Neil Armstrong, wykazując niebywały hart ducha i kunszt pilotażowy. Spore kłopoty mieli Amerykanie z wychodzeniem w otwarty kosmos; rozwiązał je za jednym zamachem Buzz Aldrin z Gemini 12, pokazując, jak się za to zabrać. Obaj, Armstrong i Aldrin, swymi akcjami zapracowali na wytypowanie do załogi słynnego Apolla 11, którego człon lądujący miał osiąść na Księżycu.

Tymczasem po zamknięciu programu Gemini Amerykanie próbowali opanować statek Apollo z generacji księżycowej. Pojazd nie budził zaufania, był niedopracowany, miał tysięczne wady, które ujawniały się w najmniej spodziewanych momentach. Jako pierwsza załoga mieli startować Grissom, White i Chaffee, od dłuższego czasu trenowali więc razem. 27 stycznia 1967 roku symulowano start Apolla 1, co polegało na odcięciu kabli zasilających rakietę i statek i sprawdzeniu, czy obydwa pojazdy są w stanie działać samodzielnie, przy zasilaniu własnym. Próba odbywała się „na sucho”, bez zatankowania paliwa. Procedura przewidywała także wypełnienie kabiny czystym sprężonym tlenem.

Od początku pojawiły się komplikacje. W kabinie dała się odczuć dziwna woń, którą dwukrotnie usunięto przez odpompowanie powietrza. Szwankowała łączność, zagłuszana trzaskami podobnymi do wyładowań elektrycznych. Był moment trzeźwej refleksji, kiedy proponowano odwołać próbę, ale czas naglił: Apollo 1 powinien jak najszybciej znaleźć się na orbicie. W szóstej godzinie prób kabinę wypełniono czystym tlenem o ciśnieniu 1,1 atmosfery. Jak się okazało, jeden z kabli pod napięciem, przebiegający pod fotelem dowódcy Grissoma, iskrzył i w końcu doszło do zapłonu. W mgnieniu oka wnętrze kabiny, nasycone atmosferą tlenową, w której pali się właściwie wszystko, zamieniło się w piekło. Otwieranie źle działającego włazu w normalnych warunkach trwało półtorej minuty: Grissom, White i Chaffee nie mieli tyle czasu. Wszyscy trzej zginęli na szczycie stalowej wieży, 70 metrów nad powierzchnią Ziemi, z gorąca i uduszenia.

Program Apollo leżał na łopatkach. NASA wiedziała, że musi osiągnąć sukces, gdyż zbierające się nad nią czarne chmury groziły podjęciem decyzji o zaprzestaniu finansowania Programu Apollo. Ogień na pokładzie Apolla 1 wywołał debatę, czy państwo powinno wydać prawie 24 miliardy dolarów, by wysłać człowieka na Księżyc, gdy tymczasem na rozwiązanie czekają inne problemy. (…) Krytycy uważali, że program kosztuje zbyt dużo, a wyścig na Księżyc to tylko polityczna zagrywka. Nawet szef NASA Webb uważał, że program Apollo załamał się, stracił impet. Raport o katastrofie liczył 3300 stron i ważył 8 kg, ale nie owijał niczego w bawełnę. Posypały się głowy, statek Apollo przeprojektowano, a wraz z nim moduł księżycowy. Feralny właz do statku dawał się teraz otworzyć od wewnątrz w trzy sekundy, zrezygnowano z tlenowej atmosfery. Przerwa w programie, planowana na rok, wydłużyła się do 21 miesięcy. Nie ulegało wątpliwości, że ofiara życia trzech astronautów nie poszła na marne: gdyby dalej ciągnąć prowizorkę Apolla 1, do katastrofy doszłoby prędzej czy później, z dala od Ziemi albo i na samym Księżycu.

Swoje kłopoty mieli i Sowieci, którzy wprowadzali do użytku nowy pojazd Sojuz. Był tak samo niedopracowany jak Apollo, ale czynniki polityczne nalegały na lot. Na pilota wyznaczono kosmonautę Komarowa, który bronił się jak mógł, ponieważ świetnie znał wady nowego statku. Zabiliście mnie, skurwysyny, miał powiedzieć, wsiadając do Sojuza 1. Na orbicie okazało się, że w nowym pojeździe nic nie działa właściwie. Komarow szarpał się z systemami, które kolejno odmawiały posłuszeństwa, w końcu otrzymał polecenie lądowania półmartwym statkiem. Jako wybitny fachowiec od pilotażu, dokonał niemożliwego: ręcznie sterując przy nieustannej rotacji statku, wprowadził go w korytarz lądowania. Walczył znakomicie, wydawało się, że mu się uda. Zawiódł ostatni element: pod wpływem obrotów Sojuza linki spadochronu splątały się i Komarow wyrżnął o Ziemię z prędkością 650 km/h. Przerwa po stronie sowieckiej trwała półtora roku.

11 kwietnia 1970 roku nic nie wskazywało na to, że lot Apolla 13 na Księżyc przebiegnie z komplikacjami. Amerykanie mieli za sobą serię bezproblemowych lotów, jeśli nie liczyć Apolla 7, kiedy rakieta Saturn V wpadła w wibracje. Mimo to kierownictwo programu amerykańskiego zdecydowało się na pokerową zagrywkę, by Apolla 8 wysłać od razu w lot dookoła Księżyca. Był to potężny, spektakularny sukces. Apollo 9 i 10 ćwiczyły na orbicie elementy programu księżycowego, Apollo 11 wylądował na Księżycu, a po nim sztukę tę powtórzył Apollo 12. Wydawało się, że w przypadku NASA loty na Srebrny Glob stały się rutyną.

Apollo 13 wyrwał obserwatorów ze stanu odrętwienia. Po 55 godzinach i 55 minutach lotu statek przebył 320 tysięcy km i znajdował się na najlepszej trajektorii do Księżyca, gdy zwarcie w instalacji spowodowało wybuch w sekcji silnikowej, dostarczającej paliwo i energię. Eksplodował jeden zbiornik z tlenem, a drugi został poważnie uszkodzony, co oznaczało utratę tlenu do oddychania i zasilania ogniw paliwowych. W chmurze gazu i odłamków Apollo 13 nadal posuwał się naprzód, ale był już praktycznie martwy. O lądowaniu na Księżycu można było zapomnieć; liczyło się ocalenie załogi.

Postanowiono kontynuować lot ku Księżycowi, aby stamtąd grawitacyjnie zawrócić w stronę Ziemi. Załoga przesiadła się do członu księżycowego i rozpoczęła przygotowania do walki o życie. Silnik modułu księżycowego skierował statek ku Ziemi i pozwolił na korekty lotu. Cała ludzkość z zapartym tchem śledziła na bieżąco przebieg akcji, która skończyła się pomyślnym wodowaniem, jak na ironię najdokładniejszym z dotychczasowych. Wyziębieni i wygłodniali astronauci dali pokaz swego kunsztu, niemniej wyprawa nie zrealizowała swych celów i uznano ją za nieudaną.

Przeciwnicy NASA w Waszyngtonie uważali lot Apolla 13 za niewybaczalne wyrzucenie w błoto prawie 400 milionów dolarów pochodzących od podatników. Byli gotowi skreślić z planów finansowania następne misje na Księżyc. Mimo w pełni udanego lądowania Apolla 14 tendencje do tego, by Księżyc poszedł w odstawkę, przybierały na sile. Program Apollo znalazł się pod obstrzałem krytyki. Zaatakowano cały załogowy program księżycowy. NASA przedstawiała Program Apollo jako wyścig z Rosjanami o prestiż narodowy. Kiedy wyścig zakończył się zwycięstwem, amerykańskie społeczeństwo, skupiając się na aktualnych problemach kraju, straciło zainteresowanie kosmosem. Jeszcze przed lotem Apolla 13 skasowano ostatni planowany lot Apolla 20. Wkrótce odwołano także misje Apolla 18 i Apolla 19, a Kongres ograniczył budżet NASA do najniższego poziomu w ciągu ostatniej dekady.

Dziś zastanawia to nagłe przejście od fali entuzjazmu do otwartej niechęci finansowania dalszych wypraw. Księżyc okazał się drogą zabawką; gdy ciekawość ludu i wola decydentów zostały zaspokojone, cele polityczne osiągnięte, a z areny zniknął główny konkurent, pospiesznie zamknięto astronautyczny sklepik. Prawda, że w wielu fazach wyścig nabrał cech absurdalnych, że zwłaszcza strona sowiecka szafowała życiem kosmonautów w imię spektakularnych wyczynów. Jednakże tak szybkie porzucenie Księżyca wskazuje, że nie był on w tym wyścigu celem samym w sobie i de facto nie budził głębszego zainteresowania. Nie dało się tam pojechać na urlop, a kwestie naukowe z nim związane okazały się drugorzędne. Katalizator polityczny sprawił, że Księżyc został zdobyty niejako „za wcześnie”, a zdobywcy byli do tego faktu słabo przygotowani koncepcyjnie. Jeśli głównym trofeum każdego lotu okazywała się kupa kamieni księżycowych, dosyć podobnych do ziemskich, to istotnie kosztowały one raczej dużo. Okazało się, że pieniądze nie tylko rządzą światem ziemskim, ale także Księżycem, i nikt na to nic nie poradzi.

Przyczyną porażki Sowietów w wyścigu do Księżyca była zarówno siermiężna technika, jak i scentralizowany system zarządzania kosmonautyką przez rozbestwionych politruków.

Z motyką na Księżyc

Epoka załogowych lądowań na Księżycu potrwała ledwo trzy i pół roku: pierwsi ludzie chodzili po nim w lipcu 1969 roku, ostatni — w grudniu 1972 roku, czyli 47 lat temu. Nasza nieobecność na Srebrnym Globie przedłużyła się do pół wieku — a minie jeszcze przynajmniej kilka lat, zanim buty przybyszów z Ziemi odcisną następne ślady w księżycowym pyle.

Na fali wielkiego entuzjazmu, który po wylądowaniu Armstronga i Aldrina na Morzu Spokoju ogarnął cały świat (z wyjątkiem Związku Sowieckiego), wydawało się, że następne dekady będą piorunującym uderzeniem w dziedzinie tzw. podboju kosmosu. Załogowa wyprawa na Marsa wydawała się bezdyskusyjna, a Księżyc miał być niewiele rzadziej wizytowany niż na przykład Antarktyda. Nastąpiło jednak coś dziwnego: skasowanie trzech ostatnich wypraw Apolla, wyhamowanie amerykańskiego programu kosmicznego i odwrót od Księżyca na rzecz niezrozumiałych z dzisiejszego punktu widzenia, a równie drogich stacji orbitalnych i wahadłowców. Nie wszyscy potrafią się z tym pogodzić. Dziś, gdy cywilizacja osiągnęła apogeum i spokojnie osunęła się w ospałość, wydaje się całkiem prawdopodobne, że ślady kosmonautów Apolla będą jedynym dowodem świetności, jaki uparty ludzki gatunek pozostawił na Księżycu, podsumował Robert Godwin, historyk astronautyki.

Testament Kennedy’ego

Gdyby rzecz ujmować anegdotycznie, to na Księżyc wypędzili Amerykanów Sowieci. Pasmo sukcesów sowieckiej kosmonautyki — pierwszy sztuczny satelita, pierwszy człowiek na orbicie, pierwsza kobieta, pierwsze manewry orbitalne dwóch statków kosmicznych, pierwsze wyjście człowieka w kosmos itd. — dostarczyły Amerykanom takich porcji frustracji, że musieli podjąć wyzwanie i przyśpieszyć własne, dość niemrawe starania o dotrzymanie Sowietom kroku. Ale kiedy już wzięli się do roboty, było na co popatrzeć. W 1958 roku powstała NASA, rządowa agencja do badań kosmicznych, której odpowiednik powołał w Rosji dopiero prezydent Jelcyn. Nie wiadomo, jak wyglądała narada Kennedy’ego z doradcami (Eisenhower ostentacyjnie nie sprzyjał astronautyce) i czy miała miejsce scena, gdy prezydent, pokazując Księżyc przez okno Gabinetu Owalnego, miał stwierdzić: Chcę, żeby Amerykanin postawił tam stopę. Faktem jest, że Kennedy zamówił ekspertyzę porównawczą rakiet amerykańskich i rosyjskich; została poddana analizie i zaowocowała decyzją o budowie wielkiej rakiety, zdolnej do wyniesienia statku załogowego na Księżyc. W słynnym przemówieniu o najpilniejszych zadaniach państwa, wygłoszonym do Kongresu 25 maja 1961 roku, Kennedy zapowiedział, że Amerykę stać na to, by przed końcem dekady wysłać tam astronautę i bezpiecznie sprowadzić go na Ziemię. W ślad za tą deklaracją poszło regularne finansowanie i priorytet rządowy dla całego programu księżycowego. Niektórzy wskazują co prawda, że Kennedy chciał w ten sposób odwrócić uwagę opinii społecznej od nieudanej inwazji na Kubę w Zatoce Świń, ale nawet jeśli tak było, Księżyc tylko na tym skorzystał.

Oczywiście Sowieci mieli nad Ameryką wielką przewagę, którą rychło zaczęli trwonić. Rozpoczęty jeszcze w 1959 roku program automatycznych misji do Księżyca, Wenus i Marsa przyniósł im serię spektakularnych osiągnięć: trafienie w Księżyc Łuny 2, fotografie odwrotnej strony Księżyca Łuny 3, a także po wielu próbach miękkie lądowanie na Księżycu Łuny 9. Amerykanie z niewielkim opóźnieniem powtarzali te dokonania, jak również poszczególne wyczyny sowieckich załóg. Historycy są jednak zgodni, że mniej więcej od 1965 roku hegemonia ZSRR została zniwelowana, program amerykański szedł jak burza, a sowiecki przeciwnie — dostał zadyszki. Śmierć Kennedy’ego od kul zamachowca w Dallas nic tu nie zmieniła, księżycowe plany prezydenta uznano za coś w rodzaju jego testamentu i nikt nie miał odwagi ich kwestionować. Następca Kennedy’ego Lyndon Johnson uznał je za własne, w środowisku nie był człowiekiem obcym, ponieważ Kennedy zlecał mu nieraz rozwiązywanie różnych problemów z tej dziedziny.

Testament Kennedy’ego został wypełniony, i to z nawiązką: przed końcem dekady lat 60. na Księżycu lądowały Apollo 11 oraz Apollo 12, a ich załogi spędziły tam odpowiednio 21,5 i 32 godziny. Przy podchodzeniu do lądowania Apolla 11 zawiódł komputer pokładowy: na wysokości 10,5 km przeładował się danymi. Houston przekazało część jego zadań komputerowi na Ziemi i to uspokoiło sytuację. Jednak na wysokości 300 m Armstrong dostrzegł, że opadają prosto na krater otoczony wielkimi głazami, przejął więc stery i zaczął szukać równiejszego miejsca. Gdy je wypatrzył, w zbiorniku kończyło się paliwo, na wysokości 20 m zostało go już tylko na minutę. Gdy dowódca meldował, że Orzeł (nazwa pojazdu księżycowego) wylądował, w zbiornikach zostały dosłownie opary paliwa2. Katastrofa wisiała na włosku.

Oprócz wypowiedzenia słynnej sentencji o małym kroku człowieka, ale wielkim skoku ludzkości Armstrong po zejściu na powierzchnię Księżyca uczynił jeszcze jedną spektakularną rzecz: odsłonił tabliczkę ze stosownym napisem, przymocowaną do nogi lądownika. Ostatnie zdanie napisu brzmiało: Przybyliśmy w imieniu całej ludzkości.

Wyścig do samego końca

O przegraniu wyścigu do Księżyca Sowieci dowiedzieli się bodaj w grudniu 1968 roku, choć dla fachowców było to oczywiste wcześniej. Wtedy to jednak, prawie w same święta Bożego Narodzenia, Amerykanie wypuścili statek Apollo 8 w lot dookoła Księżyca. Jeszcze pół roku wcześniej nie planowali takiego wyczynu, doszły ich jednak słuchy, że na grudzień Sowieci szykują wysłanie na orbitę Księżyca statku Zond, będącego zmodyfikowanym Sojuzem. Zrobili to już wcześniej, i to dwukrotnie: we wrześniu i w listopadzie 1968 roku, z tym że druga ekspedycja miała na pokładzie żółwie, muchy i robaki. Wywiad amerykański uznał, że wybór na załogę tych stworzeń świadczy o zamiarze wysłania Zondem człowieka, a wtedy ZSRR mógłby zapisać na swym koncie kolejny lot „po raz pierwszy”: pierwszy człowiek okrąża satelitę Ziemi. Propaganda sowiecka rozdmuchałaby to natychmiast jako wygrany etap wyścigu. Amerykanie zagrali zatem va banque: planując lot Apolla 8, wiedzieli o kłopotach rakiety Saturn V z wibracjami, a żaden lot załogowy Apolla natenczas jeszcze się nie odbył.

Wyprawa Apolla 8 okazała się wielkim sukcesem, Księżyc został okrążony dziesięć razy, natomiast Zond pozostał na wyrzutni. W ZSRR zapanował minorowy nastrój, nie tylko dlatego, że trzej mężczyźni lecący dziś na Księżyc nazywają się Borman, Lovell i Anders, a nie Bykowski, Popowicz lub Leonow. W Boże Narodzenie astronauci odczytali wersy Księgi Rodzaju, zadając przykry cios sowieckiemu urzędowemu ateizmowi. Dla przyszłych misji księżycowych ważniejsze było jednak to, że Apollo 8 sfotografował pięć obszarów branych pod uwagę jako miejsca lądowań. Do ostatniej chwili istniała niepewność, czy silniki kierujące go ku Ziemi zadziałają, ale tym razem, chyba w prezencie świątecznym, maszyneria zagrała na medal. — Informuję, że Święty Mikołaj istnieje! — cieszył się Lovell.

Sowieci podjęli jeszcze jedną rozpaczliwą próbę odebrania Amerykanom pierwszeństwa na Księżycu. 13 lipca, na trzy dni przed lotem Apolla 11, wystartowała automatyczna Łuna 15, której zadaniem było miękkie lądowanie, pobranie próbek gruntu księżycowego i dostarczenie ich na Ziemię. Gdyby to się udało, propaganda mogłaby huczeć, że ZSRR jako pierwszy wszedł w posiadanie okazów geologicznych z Księżyca i uczynił to taniej i bezpieczniej. Z tego wynikałby wniosek o bezsensie rozwijania lotów załogowych: nie twarda niemożność by tu decydowała, lecz znalezienie lepszego rozwiązania. Niestety, po 52 okrążeniach Księżyca Łuna 15 roztrzaskała się 21 lipca na Morzu Przesileń, grzebiąc ostatecznie sowieckie nadzieje. (Armstrong i Aldrin spali wtedy w lądowniku Orzeł). W późniejszym czasie Sowieci wystrzelili jeszcze pro forma kilka statków Zond, które bądź okrążały Księżyc, bądź na nim lądowały, ale żaden nie był lotem załogowym. Na taki nie dały zgody czynniki polityczne, obawiając się po spektakularnych sukcesach amerykańskich tym boleśniejszej kompromitacji.

W oficjalnych komentarzach sowieckich po lądowaniu Apolla 11 trudno — co zrozumiałe — doszukać się zachwytów. Wiadomość o starcie wydrukowano w „Prawdzie” na końcu informacji ze świata, obok doniesień z Kairu i Brukseli. 22 lipca — już po lądowaniu na Księżycu — na stronie 5 ukazała się korespondencja z Waszyngtonu, zapowiadająca owo lądowanie. Pierwsze cztery strony „Prawdy” zawierały przemówienia sekretarzy: KPZR Breżniewa i PZPR Gomułki, który akurat bawił z wizytą w Moskwie. O lądowaniu Amerykanów powiadomiono 23 lipca, znowu na stronie 5, a na 6 pomieszczono esej zawierający zdawkowe gratulacje. Takie było pożegnanie Sowietów z Księżycem; nie wylądowali na nim do dziś.

Klątwa rakiety N-1

Siergiej Korolow, słynny anonimowy główny konstruktor sowieckiego programu kosmicznego, w czerwcu 1938 roku został aresztowany przez NKWD pod zarzutem sabotażu w nowej dziedzinie techniki. We wrześniu skazano go na 10 lat więzienia wraz z konfiskatą całego majątku; tułając się po więzieniach, trafił m.in. do łagru nad Kołymą. W śledztwie był bity i złamano mu szczękę, która źle się zrosła. Gdy w styczniu 1966 roku zapadł na zdrowiu i postanowiono usunąć mu polip na jelicie, wywiązało się trudne do usunięcia krwawienie. Otwarcie jamy brzusznej ujawniło guz nowotworowy wielkości dwóch pięści, ale słabe serce pacjenta nie wytrzymało trudów długiej operacji. Korolowa nie można było wybudzić, pojawiły się trudności z oddychaniem, a z powodu złamanej szczęki nie można było wepchnąć do płuc rurki intubacyjnej. Gorączkowe zabiegi lekarzy z kremlowskiej kliniki na nic się zdały i Korolow zmarł. Nie ulega wątpliwości, że przyczyniła się do tego utrata zdrowia w śledztwie i na łagrowym szlaku.