Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 742 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wrota Abaddona - James S.A. Corey

Od pokoleń Układ Słoneczny – Mars, Księżyc, pas asteroidów – był pograniczem ludzkości. Aż do teraz. Obcy artefakt wykonujący swój program pod pokrywą chmur Wenus wyłonił się stamtąd, tworząc olbrzymią strukturę poza orbitą Urana: wrota prowadzące w bezgwiezdny mrok.

Jim Holden i załoga Rosynanta są elementem wielkiej flotylli statków naukowych i okrętów wojennych wysłanych do zbadania artefaktu. Jednak w ukryciu rozgrywa się skomplikowana intryga, której celem jest zniszczenie Holdena. Podczas gdy emisariusze ludzkości starają się odkryć, czy wrota stanowią okazję, czy zagrożenie, okazuje się, że największe niebezpieczeństwo przywieźli ze sobą.

Na całym świecie sprzedano ponad dwa miliony egzemplarzy powieści z serii Expanse i na jej podstawie nakręcono popularny serial telewizyjny.

Opinie o ebooku Wrota Abaddona - James S.A. Corey

Fragment ebooka Wrota Abaddona - James S.A. Corey

Tytuł oryginału: Abaddon’s Gate: Book 3 of the Expanse

Copyright © 2013 by James S. A. Corey Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Iwona Sośnicka Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Cieśliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie II

ISBN 978-83-66065-50-5

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Dla Waltera Jona Williamsa, który pokazał nam, jak to się robi, oraz Carrie Vaughn,

Prolog    Manéo

Manéo Jung-Espinoza – dla kumpli na Ceres po prostu Néo – kulił się w kokpicie małego stateczku, który nazwał Y Que. Po niemal trzech miesiącach lotu do czasu zapisania się na kartach historii zostało mu może około pięćdziesiąt godzin. Jedzenie skończyło się dwa dni temu, a do picia miał tylko pół litra wody po recyklingu szczyn; wody, która przeszła przez jego ciało więcej razy, niż potrafił zliczyć. Wyłączył już wszystko, co się dało, nawet reaktor. Wciąż miał pasywne monitory, ale żadnych aktywnych czujników. Jedyne światło w kokpicie pochodziło z ekranów terminali. Koc, którym się owinął, wciskając brzegi pod pasy bezpieczeństwa, żeby nie odleciał, nie miał nawet zasilania. Nadajniki szerokopasmowe i nadajniki wiązek kierunkowych wyłączył, a transponder spalił, jeszcze zanim namalował nazwę na kadłubie. Nie poleciał tak daleko tylko po to, żeby jakiś przypadkowy sygnał ostrzegł przed nim flotylle.

Pięćdziesiąt godzin – nawet mniej – i jedyne, co musiał zrobić, to nie dać się zobaczyć. Oraz w nic nie wlecieć, ale to już pozostawało w as manos de Dios.

Do podziemnego bractwa balistyków wprowadziła go kuzynka Evita trzy lata temu, tuż przed jego piętnastymi urodzinami. Siedział w rodzinnej dziurze. Matka poszła do pracy przy obsłudze instalacji oczyszczania wody, ojciec miał spotkanie z kierowaną przez niego grupą konserwatorów, a Néo został w domu, wagarując po raz czwarty w tym miesiącu. Kiedy system poinformował, że ktoś czeka przed drzwiami, spodziewał się ochrony szkoły z awanturą z powodu z wagarów. Zamiast tego zobaczył Evitę.

Była córką siostry mamy, dwa lata starszą od niego. Prawdziwa Pasiarka. Ich ciała miały podobną budowę z wysoką, chudą sylwetką, ale ona była stąd. Był nią zauroczony, od kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Czasami śniło mu się, jak wyglądałaby bez ubrania. Jak to byłoby ją pocałować. A teraz stała przed drzwiami jego pustego mieszkania. Serce przyśpieszyło mu trzykrotnie, zanim otworzył drzwi.

– Esá, unokabátya – odezwała się na powitanie z uśmiechem i wzruszeniem jednej ręki.

– Hoy – odpowiedział, próbując udawać spokój. Dorastał w wielkim mieście, w przestrzeni stacji Ceres, tak jak ona, ale jego ojciec miał niską, masywną budowę zdradzającą ziemskie pochodzenie. Do kosmopolitycznego slangu Pasa miał takie samo prawo, jak ona, ale u niej brzmiał on naturalniej. Kiedy on tak mówił, przypominało to zakładanie cudzej kurtki.

– Paru coyos spotyka się koło portu. Wrócił Silvestari Campos – powiedziała z lekko wysuniętym biodrem, ustami miękkimi jak poduszka i lśniącymi wargami. – Mit?

– Que no? – odpowiedział. – Nie mam nic lepszego do roboty.

Później domyślił się, że zabrała go, bo była nim zainteresowana Mila Sana, Marsjanka o końskiej twarzy, i wszyscy uznali, że będą się dobrze bawić, obserwując, jak brzydka dziewczyna wewnętrzniaków ugania się za mieszańcem, ale wtedy już się tym nie przejmował. Poznał Silvestari Campos i usłyszał o lotach balistycznych z asystą.

Robiło się to tak: jakiś coyo zapewniał sobie działającą łajbę. Może brał ją z odzysku, może montował z części. Przynajmniej niektóre z nich były kradzione. Nie trzeba było wiele więcej poza silnikiem plazmowym, pryczą przeciążeniową i minimalnym zapasem powietrza i wody. Potem wszystko sprowadzało się do wyliczenia trajektorii. Bez Epsteina napęd plazmowy spalał peletki za szybko, żeby gdziekolwiek dolecieć bez pomocy. Cała sztuka polegała na tym, żeby ciąg (najlepsi włączali go tylko raz) pchnął statek na trajektorię asysty grawitacyjnej (dzięki czemu zbierał energię planety czy księżyca) i dał możliwość polecieć po balistycznej najdalej, jak się dało. A potem trzeba było wykombinować, jak wrócić żywym. Loty były śledzone przez podwójnie szyfrowaną tajną sieć, równie trudną do złamania, jak cokolwiek oferowanego przez Loca Griega czy Złotą Gałąź. Może i oni się tym bawili. Taka zabawa była cholernie nielegalna i ktoś przyjmował zakłady. Oraz niebezpieczna, o co właśnie chodziło. A kiedy się wróciło, wszyscy wiedzieli, kim jesteś. Można było przesiadywać na imprezach w magazynach i pić, co tylko się chciało, mówić wszystko, na co przyszła ochota, i chwycić prawy cycek Evity Jung, a ona się nawet nie odsuwała.

I w ten właśnie sposób Néo, który nigdy dotąd niczym się specjalnie nie interesował, rozbudził w sobie ambicję.

* * *

– Należy pamiętać o tym, że Pierścień nie jest magiczny – mówiła Marsjanka. Néo spędził mnóstwo czasu w ciągu ostatnich miesięcy, oglądając wiadomości o Pierścieniu, i jak dotąd właśnie ją lubił najbardziej. Ładna twarz, miły akcent. Nie była tak masywna, jak Ziemianie, ale nie należała też do Pasa. Jak on. – Nie rozumiemy go jeszcze i może tak zostać przez dziesięciolecia, ale ostatnie dwa lata dały nam jedne z najbardziej ciekawych i ekscytujących przełomów w technologii materiałowej od czasów wynalezienia koła. W ciągu następnych dziesięciu czy piętnastu lat pojawią się praktyczne zastosowania wiedzy zdobytej przez obserwację protomolekuły, a to...

– Owoc. Zatrutego. Drzewa – powiedział dobitnie stary, zasuszony coyo obok niej. – Nie możemy pozwolić sobie zapomnieć, że to coś powstało w wyniku ludobójstwa. Kryminaliści i potwory z Protogenu i Mao-Kwik uwolnili tę broń wśród niewinnych ofiar. To wszystko zaczęło się od rzezi, a korzystanie z jej owoców czyni nas współwinnymi.

Obraz przełączył się na moderatora, który z uśmiechem potrząsnął głową w stronę zasuszonego staruszka.

– Rabbi Kimble – powiedział – napotkaliśmy niewątpliwie obcy artefakt, który przejął stację Eros, spędził nieco ponad rok, przygotowując się w zabójczym ciśnieniu Wenus, a potem wystrzelił olbrzymią, złożoną strukturę tuż poza orbitę Urana i zbudował tam pierścień o średnicy tysiąca kilometrów. Nie może pan sugerować, że moralność nakazuje nam zignorować te fakty.

– Eksperymenty Himmlera w Dachau dotyczące hipotermii... – zaczął zasuszony coyo, wymachując palcem w powietrzu, ale tym razem przerwała mu ładna Marsjanka.

– Czy moglibyśmy już sobie darować lata czterdzieste dwudziestego wieku? – powiedziała z uśmiechem sugerującym jestem miła, ale zamknij się, do cholery. – Przecież nie rozmawiamy tu o kosmicznych nazistach. To najważniejsze zdarzenie w historii ludzkości. Rola, jaką odegrał w nim Protogen, była straszna i winni zostali za to ukarani, ale teraz musimy...

– Nie kosmiczni naziści! – krzyknął stary coyo. – Naziści nie pochodzą z kosmosu. Są tutaj, pośród nas. To bestie ucieleśniające to, co najgorsze w naszej naturze. Korzystając z tych odkryć, legitymizujemy sposób, w jaki je zdobyliśmy.

Kobieta przewróciła oczami i spojrzała na moderatora, jakby oczekiwała jego pomocy, ale mężczyzna tylko wzruszył ramionami, przez co staruszek jeszcze bardziej się zapienił.

– Pierścień to pokusa grzechu – wykrzyknął. W kącikach jego ust pojawiły się małe, białe kropki, których edytor postanowił nie wymazywać z obrazu.

– Nie wiemy, czym jest – przypomniała kobieta. – Biorąc pod uwagę fakt, że oryginalnie miało to działać na pierwotnej Ziemi, zasiedlonej w najlepszym razie przez organizmy jednokomórkowe, a wylądowało na Wenus z nieskończenie bardziej złożonym materiałem, prawdopodobnie wcale nie działa, ale mogę stanowczo stwierdzić, że pokusa i grzech nie mają z tym nic wspólnego.

– To ofiary. Pani nazywa je „złożonym materiałem”? To zbezczeszczone ciał niewinnych istot!

Néo przyciszył transmisję i przez chwilę tylko przyglądał się, jak rozmówcy gestykulują z przejęciem.

Spędził całe miesiące na planowaniu trajektorii lotu Y Que, wyliczeniu chwili, gdy Jupiter, Europa i Saturn znajdą się we właściwych pozycjach. Okno było tak wąskie, że przypominało to rzucanie strzałki w skrzydła muszki owocówki z odległości pół kilometra. Udało się dzięki Europie. Bliski przelot obok tego księżyca Jowisza, potem tak blisko gazowego olbrzyma, że prawie czuł tarcie atmosfery. Dalej znowu długi lot do Saturna, przechwycenie energii z jego prędkości orbitalnej i dalej w czerń, już bez przyśpieszania, choć i tak leciał szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Trudno było uwierzyć, że można rozpędzić taką łajbę do lotów między asteroidami, a jednak się udało. Leciał przez miliony kilometrów próżni, by trafić w cel mniejszy od dziury w dupie komara.

Néo wyobrażał sobie miny ludzi na tych wszystkich statkach wojskowych i naukowych zaparkowanych wokół Pierścienia, gdy mały stateczek lecący balistycznie bez transpondera pojawi się znikąd i przeleci przez Pierścień z prędkością stu pięćdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę. Potem będzie musiał działać bardzo szybko. Nie miał dość paliwa, żeby wyhamować, ale powinno wystarczyć na zwolnienie na tyle, by mogli wysłać do niego statek ratunkowy.

Nie wątpił, że spędzi trochę czasu w pierdlu. Może dwa lata, jeśli sędzia bardzo się wkurzy, ale było warto. Warto było choćby dla wiadomości z tajnej sieci, gdzie jego lot śledzili wszyscy znajomi i narastała fala głosów cholera jasna, uda mu się! Trafi na karty historii. Jeszcze za sto lat ludzie będą mówić o najodważniejszym locie balistycznym w historii. Stracił wiele miesięcy na przyśpieszaniu Y Que, więcej niż na samym przelocie i późniejszym więzieniu. Było warto. Będzie żył wiecznie.

Dwadzieścia godzin.

* * *

Największe niebezpieczeństwo stanowiła flotylla otaczająca Pierścień. Ziemia i Mars niedawno całkiem solidnie uszczupliły nawzajem swoje floty, ale większość z tego, co im zostało, tkwiła teraz wokół Pierścienia. Albo przy planetach wewnętrznych, ale te Néo nie obchodziły. Siedziało tam może ze dwadzieścia albo trzydzieści dużych okrętów wojennych pilnujących się wzajemnie, podczas gdy każdy statek naukowy w układzie zaglądał, nasłuchiwał i podlatywał ostrożnie na kilka tysięcy kilometrów do Pierścienia. Wszystkie te napakowane okręty pilnowały, żeby nikt niczego nie dotknął. Wszyscy się bali. Nawet z całym metalem i ceramiką upchanymi w ten sam kąt przestrzeni, nawet przy stosunkowo małej wewnętrznej średnicy Pierścienia, wynoszącej raptem tysiąc kilometrów, ryzyko, że w coś wleci – było minimalne. Było tam dużo więcej pustki niż materii. A nawet gdyby trafił w któryś ze statków flotylli, nie przeżyje, żeby się tym martwić, więc zostawił to w rękach Dziewicy i zaczął ustawiać kamerę do nagrywania z dużą szybkością. Kiedy w końcu do tego dojdzie, przelot będzie tak szybki, że nawet nie będzie w stanie stwierdzić, czy trafił, dopóki nie przeanalizuje danych. Musiał dopilnować, żeby powstał zapis jego dokonania. Z powrotem włączył nadajniki.

– Hoy – odezwał się do kamery. – Tu Néo. Néo solo. Kapitan i załoga souverän pasiarskiego ścigacza Y Que. Melista me. Zostało sześć godzin do największego osiągnięcia od czasów stworzenia człowieka. Es pa mi mama, słodką Sophię Brun i Jezusa, naszego Pana i Zbawcę. Oglądajcie uważnie, bo wystarczy mrugnięcie, a przegapicie, que sa?

Obejrzał nagranie. Paskudnie wyglądał. Pewnie miał jeszcze czas, mógł ogolić niechlujną brodę i przynajmniej związać włosy. Pożałował, że odpuścił sobie codzienne ćwiczenia, dzięki którym nie wyglądałby na aż tak wychudzonego. Teraz jest już za późno. Mimo wszystko mógł chociaż zmienić ustawienie kamery. Leciał balistycznie, przecież nie musiał się martwić ciążeniem ciągu.

Spróbował jeszcze dwa razy z innych kątów, aż jego próżność została zaspokojona, po czym przełączył się na obraz z kamer zewnętrznych. Jego wprowadzenie zajęło niewiele ponad dziesięć sekund. Zacznie transmisję dwadzieścia sekund przed celem, potem przełączy na kamery zewnętrzne. Będzie nagrywał ponad tysiąc klatek na sekundę, ale i tak może zgubić Pierścień między obrazami. Miał nadzieję, że mu się uda. Teraz i tak nie mógł zdobyć lepszej kamery, nawet gdyby taka istniała.

Wypił resztę wody i znowu pożałował, że nie zapakował choć trochę więcej jedzenia. Tubka pasty białkowej byłaby teraz naprawdę mile widziana. Niedługo będzie po wszystkim. Wyląduje w jakimś ziemskim lub marsjańskim areszcie okrętowym z przyzwoitą ubikacją, wodą do picia i więziennymi racjami. Prawie cieszył się na tę myśl.

Jego milczący zestaw łączności obudził się i wyemitował powiadomienie o wiązce kierunkowej. Otworzył połączenie. Szyfrowanie wskazywało, że pochodziło z tajnej sieci i zostało wysłane na tyle dawno temu, by dotarło do niego właśnie teraz. Nie tylko on się popisywał.

Evita była wciąż piękna, jednak teraz bardziej wyglądała na kobietę niż wtedy, gdy zaczął zbierać pieniądze i części na budowę Y Que. Za pięć lat będzie wyglądać całkiem zwyczajnie, ale na razie wciąż miał do niej słabość.

– Esá, unokabátya – powiedziała. – Oczy świata. Toda auge. Moje też.

Uśmiechnęła się i przez sekundę myślał, że może podniesie sukienkę. Na szczęście. Połączenie się skończyło.

Dwie godziny.

* * *

– Powtarzam, tu marsjańska fregata Lucien do niezidentyfikowanego statku zbliżającego się do Pierścienia. Odpowiedz natychmiast albo otworzymy ogień.

Trzy minuty. Zobaczyli go za szybko. Od Pierścienia dzieliły go jeszcze trzy minuty, a nie powinni go zobaczyć w odległości większej niż minuta lotu.

Néo odchrząknął.

– Nie trzeba, que sa? Nie trzeba. Mówi Y Que, ścigacz ze stacji Ceres.

– Nie masz włączonego transpondera, Y Que.

– No tak, zepsuł się. Będę potrzebował pomocy przy nim.

– Twoje radio działa całkiem dobrze, a nie słyszę sygnału alarmowego.

– Bo nie ma alarmu – odpowiedział, rozciągając sylaby, by zdobyć każdą możliwą sekundę. Mógł z nimi rozmawiać. – Po prostu lecę balistycznie. Mogę odpalić reaktor, ale to zajmie kilka minut. Może będziecie mogli mi pomóc, co?

– Jesteś w przestrzeni z ograniczonym dostępem, Y Que – powiedział Marsjanin, a Néo poczuł uśmiech na twarzy.

– Nic groźnego – zapewnił. – Nikomu nie zagrażam. Poddaję się. Muszę tylko trochę zwolnić. Za kilka sekund odpalę silnik. Poczekajcie chwilę.

– Masz dziesięć sekund na zmianę trajektorii poza Pierścień, w przeciwnym razie otworzymy ogień.

Strach bardzo przypominał triumf. Robił to. Leciał prosto na Pierścień, a oni się przestraszyli. Jedna minuta. Zaczął rozgrzewać reaktor. Teraz nawet już nie kłamał. Włączył sekwencję uruchamiania pełnego zestawu czujników.

– Nie strzelajcie – poprosił, robiąc przy tym pogardliwy gest. – Proszę pana, proszę do mnie nie strzelać. Zwalniam najszybciej, jak mogę.

– Masz pięć sekund, Y Que.

Miał ich jeszcze trzydzieści. Ekrany swój-obcy ożyły, gdy tylko włączył się pełny system statku. Lucien przemknie bardzo blisko, na oko jakieś siedemset kilometrów od niego. Nic dziwnego, że go zobaczyli. Z tej odległości Y Que musiał rozjarzyć wszystkie panele zagrożeń jak lampki na Boże Narodzenie. Zwykły pech.

– Możecie strzelać, jeśli chcecie, ale hamuję najszybciej, jak tylko mogę – powiedział.

Rozbrzmiał alarm. Na ekranie pojawiły się dwie nowe kropki. Hijo de puta wystrzelił w niego torpedy.

Piętnaście sekund. Uda mu się. Rozpoczął nadawanie swojego przekazu i obrazu z zewnętrznej kamery. Pierścień był gdzieś tam, z tysiąckilometrową średnicą wciąż zbyt małą i ciemną, by zobaczyć go gołym okiem. Wszędzie dookoła jarzyły się tylko gwiazdy.

– Wstrzymać ogień! – krzyknął do marsjańskiej fregaty. – Nie strzelać!

Trzy sekundy. Torpedy zbliżały się szybko.

Jedna sekunda.

Wszystkie gwiazdy zgasły równocześnie.

Néo stuknął w monitor. Nic. Ekran swój-obcy nie pokazywał niczego. Żadnej fregaty, żadnych torped, niczego.

– A to – powiedział w przestrzeń – jest dziwne.

Na monitorze coś rozbłysło na niebiesko i przysunął się bliżej, jakby fizyczne zbliżenie do ekranu pomogło mu się zorientować w sytuacji.

Czujniki ostrzegające o przeciążeniu potrzebowały na aktywację pięciu setnych sekundy. Sprzętowo zaimplementowany alarm potrzebował na reakcję trzech setnych sekundy, puszczając zasilanie do czerwonej diody LED i klaksonu alarmowego. Mała kontrolka na konsoli, wyświetlająca ostrzeżenie o hamowaniu z przeciążeniem dziewięćdziesięciu dziewięciu g, potrzebowała na obudzenie diod całej połowy sekundy. Do tej chwili Néo był już tylko czerwoną plamą na przedniej ścianie kokpitu, rzucony hamowaniem statku przez pasy bezpieczeństwa i ekrany w czasie krótszym niż aktywacja synapsy. Przez pięć długich sekund statek trzeszczał i prężył się, nie tylko zatrzymując się, lecz także będąc zatrzymywanym.

W jednolitej ciemności zewnętrzna szybka kamera wciąż nadawała, wysyłając tysiąc klatek na sekundę niczego.

A potem czegoś innego.

Rozdział pierwszy    Holden

Kiedy był jeszcze małym chłopcem na Ziemi, żyjącym pod otwartym, błękitnym niebem, jedna z jego matek przez trzy lata cierpiała na ciężkie migreny. Oglądanie jej bladej i spoconej z bólu twarzy było trudne, ale jeszcze gorsze były objawy aury migrenowej prowadzącej do tego stanu. Sprzątała w domu lub pracowała nad umowami w ramach działalności swojej firmy prawniczej, a potem nagle jej lewa dłoń zaczynała się zaciskać, zwijając się tak, że żyły i ścięgna zdawały się trzeszczeć z wysiłku. Potem spojrzenie traciło ostrość, a źrenice rozszerzały się do tego stopnia, że jej błękitne oczy robiły się czarne. Przypominało to obserwowanie kogoś ogarniętego atakiem padaczkowym i za każdym razem myślał, że tym razem mama umrze.

Miał wtedy sześć lat i nigdy nie powiedział żadnemu z rodziców, jak bardzo te migreny go przerażały i jak bardzo się ich obawiał, nawet gdy wszystko wydawało się toczyć dobrze normalnym trybem. Strach stał się czymś znajomym, prawie wyczekiwanym. Powinno to łagodzić przerażenie i może faktycznie tak było, ale zastąpiło je poczucie uwięzienia. Atak mógł przyjść w każdej chwili i nie dało się go uniknąć.

To wszystko go zatruwało, nawet jeśli tylko odrobinę.

Jakby był nawiedzony.

* * *

– Kasyno zawsze wygrywa – krzyknął Holden.

Razem z załogą – Aleksem, Amosem i Naomi – siedzieli przy prywatnym stole w sali dla VIP-ów najdroższego hotelu na Ceres. Nawet tutaj dzwonki, gwizdy i cyfrowe odgłosy automatów na żetony były dość głośne, by stłumić większość normalnych rozmów. Nieliczne częstotliwości, których nie zdominowały wymienione odgłosy, były zapchane wysokimi dźwiękami maszyn pachinko i niskim basowym dudnieniem zespołu grającego na jednej z trzech scen kasyna. Wszystko to składało się na ścianę dźwięku, od którego Holdenowi wibrowały wnętrzności i dzwoniło mu w uszach.

– Co? – odkrzyknął do niego Amos.

– W końcu kasyno zawsze wygrywa!

Amos popatrzył na leżącą przed nim wielką stertę żetonów. Razem z Aleksem liczyli je i dzielili, przygotowując się do następnego wypadu do stołów z grami. Sądząc po wielkości sterty, Holden szacował, że w ciągu ostatniej godziny wygrali około piętnastu tysięcy nowych yenów Ceres. Liczba żetonów była imponująca. Gdyby teraz skończyli, mieliby z tego niezły zysk, ale oczywiście nie mogli.

– Dobra – krzyknął znowu Amos. – Co?

– Nic – odpowiedział Holden, wzruszając ramionami.

Jeśli jego załoga chciała stracić kilka tysięcy dolarów, żeby rozluźnić się przy stołach do blackjacka, dlaczego miał im w tym przeszkadzać? Prawdę mówiąc, nie zrobiłoby to nawet widocznej różnicy w wypłacie za ostatni kontrakt, a to był tylko jeden z trzech kontraktów, które wykonali w ciągu poprzednich czterech miesięcy. Zapowiadał się bardzo korzystny rok.

Przez ostatnie trzy lata Holden popełnił wiele błędów, ale decyzja o zakończenia pracy w charakterze goryla SPZ i przejścia na własny rachunek nie była jednym z nich. W ciągu miesięcy, które upłynęły od czasu rozpoczęcia kariery niezależnego okrętu kurierskiego i eskortowego, Rosynant przyjął siedem zleceń i wszystkie przyniosły niezły zysk. Pieniądze wydawali na remontowanie statku od dziobu po rufę. Okręt zaliczył kilka trudnych lat i zdecydowanie potrzebował dopieszczenia.

Kiedy skończyli, a na ogólnym koncie wciąż mieli pieniądze, z którymi nie wiedzieli, co zrobić, Holden poprosił załogę o listę życzeń. Naomi zapłaciła za wycięcie ścianki dzielącej ich kajuty, łącząc je w jedną większą. Mieli teraz łóżko wygodnie mieszczące dwie osoby i sporo miejsca do chodzenia wokół niego. Aleks zwrócił uwagę na problemy ze zdobywaniem wojskowej klasy torped dla statku i poprosił o zainstalowanie na Rosie stępkowego działa szynowego. Dzięki niemu zyskali większą siłę ognia od zapewnianej przez działka obrony punktowej, a jedyną wymaganą amunicją były kilogramowe pociski z wolframu. Amos wydał trzydzieści kawałków podczas postoju na Kalisto, montując dodatkowe usprawnienia silników. Gdy Holden zwrócił uwagę, że Ros i bez tego może przyśpieszać dostatecznie szybko, by zabić załogę, i zapytał, po co im te dodatki, Amos odpowiedział:

– Bo to cholerstwo jest fantastyczne.

Holden tylko kiwnął głową, uśmiechnął się i zapłacił rachunek.

Nawet po początkowej gorączce wydawania pieniędzy mieli ich dość, by wypłacić sobie pensje pięciokrotnie wyższe od zarabianych na Canterbury i zapewnić wyposażenie statku w wodę, powietrze oraz peletki paliwowe na następne dziesięciolecie.

Prawdopodobnie był to stan przejściowy. Przyjdą czasy chude, gdy nie będą mogli znaleźć żadnej pracy i będą musieli liczyć każdy grosz. Ale nie dzisiaj.

Amos i Aleks skończyli liczyć żetony i krzyczeli do Naomi coś o niuansach gry w blackjacka, próbując namówić ją do przyłączenia się do nich przy stole. Holden machnął na kelnera, który pośpiesznie podszedł przyjąć zamówienie. W sali dla VIP-ów nie zamawiało się przez menu ekranowe.

– Macie jakąś szkocką, którą zrobiono z prawdziwego ziarna? – zapytał Holden.

– Mamy kilka gatunków z destylarni na Ganimedzie – odpowiedział kelner. Nauczył się sztuczki mówienia tak, by było go słychać pomimo hałasu. Uśmiechnął się do Holdena. – Ale dla wybrednego gentlemana z Ziemi odłożyliśmy też kilka butelek szesnastoletniej lagavulin.

– Chcesz powiedzieć, że macie prawdziwą szkocką ze Szkocji?

– Dokładniej rzecz biorąc, z wyspy Islay – uściślił kelner. – Kosztuje tysiąc dwieście za butelkę.

– Poproszę jedną.

– Tak jest, proszę pana, i cztery szklaneczki. – Kelner ukłonił się i ruszył do baru.

– Idziemy zagrać w blackjacka – powiedziała ze śmiechem Naomi, a Amos wydzielił właśnie ze swojej tacy stosik żetonów i pchnął je do niej przez stół. – Przyłączysz się?

Kapela w sąsiedniej sali przestała grać i poziom hałasu na chwilę spadł do prawie znośnego poziomu, zanim ktoś zaczął puszczać muzykę przez nagłośnienie kasyna.

– Poczekajcie kilka minut – poprosił Holden. – Kupiłem butelkę czegoś naprawdę dobrego i chciałbym wypić z wami ostatni toast, zanim rozejdziemy się na resztę nocy.

Amos wyglądał na zniecierpliwionego aż do chwili, gdy przyniesiono butelkę, a potem przez kilka sekund przyglądał się etykiecie.

– No dobra, na to warto było czekać.

Holden nalał każdemu porcję, a potem uniósł swoją szklaneczkę.

– Za najlepszy statek i najlepszą załogę, z jaką ktokolwiek kiedykolwiek miał zaszczyt służyć, i za dobrą wypłatę.

– Za dobrą wypłatę! – powtórzył Amos, a potem alkohol zniknął ze szklaneczek.

– Jasna cholera, kapitanie – skomentował Aleks, a potem wziął butelkę, by ponownie przyjrzeć się etykiecie. – Możemy zabrać trochę tego na Rosa? Możesz mi potrącić z wypłaty.

– Popieram – rzuciła Naomi, a potem przejęła butelkę i rozlała następną kolejkę.

Na kilka minut zapomnieli o stosach żetonów i pokusie stołów z kartami. A Holden dokładnie tego chciał: zatrzymać tych ludzi razem jeszcze na kilka chwil. Na każdym statku, na którym służył, przybicie do portu zawsze było szansą parodniowej ucieczki od ciągle tych samych twarzy. Już nie. Nie z tą załogą. Kolejną szklaneczką szkockiej spłukał cisnące mu się na usta, bełkotliwe kocham was!

– Ostatni na drogę – powiedział Aleks, podnosząc butelkę.

– Muszę iść do kibla – odpowiedział Holden i odepchnął się od stołu. Idąc do łazienki, chwiał się trochę bardziej, niż się spodziewał. Whisky szybko uderzyła do głowy.

Łazienki dla VIP-ów urządzono luksusowo. Żadnych rzędów pisuarów i umywalek, zamiast nich kilkoro drzwi prowadziło do prywatnych kabin z ubikacją i umywalką. Holden wszedł do jednej z nich i zamknął za sobą drzwi. Gdy tylko się zamknęły, poziom hałasu spadł prawie do zera. Przypominało to trochę wyjście poza świat i pewnie specjalnie tak je zaprojektowano. W każdym razie ucieszył się, że projektant kasyna przewidział miejsce oferujące względny spokój, bo wcale nie zdziwiłby się na widok automatu na żetony tuż obok umywalki.

Korzystając z pisuaru, musiał się oprzeć jedną ręką o ścianę i był w połowie załatwiania się, gdy w pomieszczeniu na chwilę zrobiło się jaśniej i w chromowanym uchwycie pisuaru zaczął się odbijać delikatny błękitny blask. Strach ścisnął mu żołądek.

Znowu.

– Przysięgam na Boga – powiedział Holden, urywając, by dokończyć i zapiąć rozporek. – Lepiej, żeby cię tam nie było, Miller, gdy się odwrócę.

Odwrócił się.

Miller tam był.

– Cześć – odezwał się trup.

– Musimy porozmawiać – dokończył za niego Holden, a potem podszedł do umywalki, żeby umyć ręce.

Jego śladem poleciał maleńki błękitny świetlik, lądując na blacie. Holden zgniótł go dłonią, ale kiedy ją podniósł, niczego nie zobaczył.

Odbicie Millera w lustrze wzruszyło ramionami. Ruszał się nieprzyjemnie szarpanymi ruchami, jakby kierował nim jakiś mechanizm. Równocześnie po ludzku i zupełnie obco.

– Są tu wszyscy – powiedział trup. – Nie chcę rozmawiać o tym, co stało się z Julie.

Holden wyciągnął ręcznik z koszyka obok umywalki, a potem oparł się o nią, zwrócony w stronę Millera, i powoli wytarł ręce. Drżał, tak jak zawsze. Wzdłuż pleców pełzło poczucie zagrożenia i niepokoju, jak podczas każdego z tych spotkań. Nie znosił tego.

Detektyw Miller uśmiechnął się, reagując na coś niewidocznego dla Holdena.

Facet pracował w ochronie Ceres, został zwolniony i ruszył na samodzielne polowanie, szukając zaginionej dziewczyny. Raz uratował Holdenowi życie. Holden patrzył, jak miasto w asteroidzie, gdzie Miller utknął z setkami tysięcy ofiar protomolekuły z kosmosu, rozbiło się na Wenus. Wraz z Julie Mao, dziewczyną, którą Miller w końcu odnalazł, gdy było już za późno. Przez rok artefakt obcych pracował i tworzył coś niezrozumiałego pod pokrywą chmur planety. Gdy się pokazał, unosząc olbrzymie struktury z głębin studni grawitacyjnej i lecąc poza orbitę Neptuna niczym jakaś tytaniczna morska bestia przeniesiona w próżnię, wraz z nim pojawił się Miller.

I przemawiał czystym szaleństwem.

– Holden – powiedział Miller, nie mówiąc do niego, opisując go. – Jasne, to ma sens. Nie jesteś jednym z nich. Hej, musisz mnie posłuchać.

– A ty musisz coś powiedzieć. Te bzdury wymykają się spod kontroli. Robisz te swoje objawienia już prawie od roku i nigdy jeszcze nie powiedziałeś nic, co miałoby sens. Ani razu.

Miller niedbale machnął ręką. Staruszek zaczynał oddychać szybciej, dysząc, jakby miał za sobą bieg. Na jego szarej, bladej skórze pojawiły się krople potu.

– W sektorze osiemnastym był taki nielicencjonowany burdel. Poszliśmy tam, licząc, że zgarniemy piętnaście, może dwadzieścia osób. Albo nawet więcej. Weszliśmy do środka i okazało się, że było tam całkiem pusto. Powinienem się nad tym zastanowić. To coś znaczy.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytał Holden. – Po prostu powiedz, czegochcesz, dobra?

– Nie zwariowałem – zapewnił go Miller. – Kiedy wariuję, zabijają mnie. Boże, czy oni mnie zabili? – Miller złożył usta w małe o i zaczął wciągać powietrze. Jego wargi ciemniały od krwi pod skórą zmieniającą kolor na czarny. Położył na ramieniu Holdena zdecydowanie za ciężką dłoń. Zbyt twardą. Jakby Miller został odtworzony z żelaza, zamiast z kości. – Wszystko się spieprzyło. Dotarliśmy tam, ale jest pusto. Całe niebo jest puste.

– Nie wiem, co to znaczy.

Miller nachylił się bliżej. Jego oddech pachniał oparami octanów. Wbił wzrok w oczy Holdena, unosząc brwi, jakby pytał go, czy zrozumiał.

– Musisz mi pomóc – oświadczył. Żyłki w jego oczach były już prawie czarne. – Oni wiedzą, że potrafię odnajdywać różne rzeczy. Wiedzą, że mi pomogłeś.

– Ty nie żyjesz – przypomniał Holden, mówiąc bez namysłu ani planowania.

– Wszyscy nie żyją – odparł Miller. Zabrał dłoń z ramienia Holdena i odwrócił się. Zmarszczone brwi świadczyły o zmieszaniu. – Prawie. Prawie.

Zabrzęczał terminal Holdena, więc wyjął go z kieszeni. „Wpadłeś tam?”. Naomi wysłała pytanie tekstem. Holden zaczął odpisywać, ale przestał, zdając sobie sprawę, że nie wiedział, co powiedzieć.

Kiedy Miller znów się odezwał, mówił cicho, prawie jak dziecko przepełnione zdumieniem i zachwytem.

– Kurwa. Stało się – powiedział.

– Co się stało? – zapytał Holden.

Ktoś wchodzący do kabiny obok trzasnął drzwiami i Miller zniknął. Jedynym dowodem na jego obecność był utrzymujący się jeszcze w powietrzu zapach ozonu i bogatej mieszanki związków organicznych, jakby skwaśniałych egzotycznych przypraw. Zresztą to też mogło być tylko wyobrażeniem Holdena.

Stał przez chwilę, czekając, by zniknął miedziany posmak w ustach. Czekając, aż serce znowu zacznie bić w normie. Potem zrobił to, co zawsze po tych spotkaniach. Gdy minęło najgorsze, umył twarz zimną wodą i wytarł ją miękkim ręcznikiem. Odległe, stłumione dźwięki kasyna gwałtownie się nasiliły. Pula.

Nie powie im. Naomi, Aleksowi i Amosowi. Zasługiwali na korzystanie z przyjemności bez ingerencji tego czegoś, czym był Miller. Holden rozumiał, że impuls zatajenia tego przez nimi był irracjonalny, ale tak bardzo chciał ich chronić, że nie kwestionował go za bardzo. Czymkolwiek stał się Miller, Holden będzie stał między nim a Rosem.

Przyglądał się swojemu odbiciu, aż zrobiło się idealne. Beztroski, nieco podchmielony kapitan odnoszącego sukcesy, niezależnego statku podczas przepustki na lądzie. Wyluzowany. Szczęśliwy. Wrócił do szaleństwa kasyna.

Przez moment poczuł się jakby cofnął się w czasie. Kasyno na Erosie. Śmiertelna pułapka. Światła wydawały się trochę zbyt jaskrawe, dźwięki za głośne. Holden wrócił do stołu i nalał sobie jeszcze jedną szklaneczkę. Tę będzie pił trochę dłużej, ciesząc się smakiem i nocą. Ktoś za nim ryknął śmiechem. To tylko śmiech.

Po kilku minutach pojawiła się Naomi, wyłaniając się ze zgiełku i chaosu jak ucieleśnienie spokoju. Patrząc, jak idzie w jego stronę, znowu poczuł wcześniejszą pijaną, zaborczą miłość. Latali razem na Canterbury przez całe lata, zanim odkrył, że się w niej zakochuje. Z perspektywy czasu każdy poranek, gdy budził się przy boku kogoś innego, był straconą okazją wdychania tego samego powietrza, co Naomi. Nie potrafił zrozumieć, co sobie wtedy myślał. Przesunął się w bok, robiąc jej miejsce.

– Już cię oskubali? – zapytał.

– Aleksa – odpowiedziała. – Oskubali Aleksa do czysta. Dałam mu swoje żetony.

– Jesteś niezwykle hojną kobietą – skomentował z szerokim uśmiechem.

Ciemne oczy Naomi złagodniały pod wpływem współczucia.

– Znowu pojawił się Miller? – zapytała, nachylając się bliżej, żeby usłyszał ją przez hałas.

– Trochę niepokojące jest to, jak łatwo mnie prześwietlasz.

– Bardzo łatwo cię odczytać. Zresztą to nie byłby pierwszy łazienkowy napad Millera. Czy tym razem mówił coś z sensem?

– Nie – odpowiedział Holden. – Zachowuje się, jakby rozmawiał z jakąś wadliwą maszyną. Mam wrażenie, że przez połowę czasu nawet nie wie, że tam jestem.

– Tak naprawdę to nie może być Miller, prawda?

– Jeśli to protomolekuła przebrana za Millera, to jest to chyba jeszcze mniej fajne.

– Słusznie – zgodziła się Naomi. – Powiedział przynajmniej coś nowego?

– Może odrobinę. Powiedział, że coś się stało.

– Co?

– Tego nie wiem. Powiedział tylko „stało się” i zniknął.

Siedzieli razem przez kilka minut w prywatnej oazie ciszy pośród zgiełku, splatając palce. W końcu Naomi nachyliła się, pocałowała go w czoło i pociągnęła go z krzesła.

– Chodź – powiedziała.

– Gdzie idziemy?

– Nauczę cię grać w pokera – wyjaśniła.

– Wiem, jak to się robi.

– Tylko ci się tak wydaje.

– Chcesz powiedzieć, że masz mnie za leszcza?

Uśmiechnęła się i pociągnęła go.

Holden pokręcił głową.

– Jeśli chcesz, to chodźmy na statek. Możemy zebrać parę osób i zagrać w spokoju. Nie ma sensu robić tego tutaj, bo kasyno zawsze wygrywa.

– Nie przyszliśmy tu wygrać – odpowiedziała Naomi, a powaga jej głosu nadała słowom znacznie głębsze znaczenie. – Przyszliśmy grać.

* * *

Wiadomość nadeszła dwa dni później.

Holden siedział w kambuzie, jedząc porcję na wynos z jednej z portowych restauracji: ryż w sosie czosnkowym, trzy rodzaje warzyw i coś na tyle podobnego do kurczaka, że mogło faktycznie nim być. Amos z Naomi nadzorowali ładowanie odżywek i filtrów do systemu recyklingu powietrza, a Aleks spał w fotelu pilota. Na innych statkach, na których służył Holden, zebranie całej załogi z powrotem na statku przed wylotem było czymś absolutnie niesłychanym, zresztą oni też spędzili kilka nocy w portowych hotelach. Ale teraz wrócili do domu.

Holden sprawdzał miejscowe kanały z wiadomościami na ręcznym terminalu, oglądając serwisy informacyjne i rozrywkę z całego układu. Dziura w zabezpieczeniach nowej gry Bandao Solice pozwoliła na przejęcie na piracki serwer na orbicie Tytana danych osobowych i finansowych sześciu milionów osób. Marsjańscy eksperci wojskowi nawoływali do zwiększenia budżetu w celu uzupełnienia strat poniesionych w bitwie wokół Ganimeda. Na Ziemi afrykańska koalicja rolnicza złamała zakaz stosowania szczepu bakterii wiążącej azot. Protestujący po obu stronach konfliktu wyszli na ulice Kairu.

Holden skakał po kanałach, pozwalając myślom prześlizgiwać się po powierzchni informacji, gdy na jednym z kanałów pojawił się czerwony pasek. Potem na drugim. I kolejnym. Zmroziło go zdjęcie nad artykułem. Nazywali to Pierścieniem. Olbrzymia struktura obcych, która opuściła Wenus i poleciała w miejsce odległe o niecałe dwie jednostki astronomiczne poza orbitą Urana, gdzie wyhamowała i złożyła się.

Holden czytał uważnie, czując ciężar w żołądku. Kiedy podniósł wzrok, w drzwiach zobaczył Naomi i Amosa. Amos trzymał swój terminal. Holden zobaczył na jego ekranie te same czerwone paski.

– Widziałeś to, kapitanie? – zapytał Amos.

– Owszem – potwierdził Holden.

– Jakiś powalony dureń próbował przelecieć przez Pierścień.

– Właśnie.

Nawet przy odległości między Ceres a Pierścieniem, rozdzielonych olbrzymim przestworem pustki, wiadomość o tym, że jakiś dureń wleciał tanim stateczkiem z jednej strony struktury i nie wyleciał z drugiej – powinna tu dotrzeć w ciągu jakichś pięciu godzin. A jednak doszło do tego dwa dni później. Tak długo obserwujące Pierścień rządy były w stanie tuszować tę sprawę.

– O to chodziło, prawda? – powiedziała Naomi. – To się stało.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Jesteśmy winni podziękowania większej liczbie osób, niż pozwala na to dostępne miejsce. Ta książka i cała seria nie powstałyby bez ciężkiej pracy naszego agenta, Danny’ego Barora, oraz wsparcia i poświęcenia Toma Boumana, Susan Barnes, Ellen Wright, Tima Holmana, Aleksa Lencickiego i całej ekipy wydawnictwa Orbit. Dziękujemy fantastycznemu Danielowi Dociu za ilustrację na okładce, obok której ludzie nie mogą przejść obojętnie, oraz Kirkowi Beneshoffowi za stworzenie cudownego projektu, który łączy całą serię. Nigdy nie będziemy w stanie właściwie wyrazić naszej wdzięczności Carrie, Kat i Jayné za informacje i wsparcie oraz Scarlet za pozwolenie skupienia uwagi na Pogromcach mitów w czasie, gdy pracujemy. Dziękujemy całej ekipie Pogromców mitów za stworzenie programu tak wciągającego dla ciekawych świata sześciolatków. Jeszcze raz dziękujemy całej grupie Sake River. Wiele z najlepszych części tej książki to ich zasługa. I jak zwykle, wszystkie błędy, niezręczności i rażące partactwa są naszą winą.

O autorze

James S. A. Corey to pseudonim piszących fantastykę autorów Daniela Abrahama i Ty Francka, asystenta George R. R. Martina. Obaj mieszkają w Albuquerque, stan Nowy Meksyk, USA.

Więcej informacji na temat tej serii znajdziesz na:

www.the-expanse.com.