Wojna Irvinga. Wzlot i upadek historyka Hitlera - Radosław Golec - ebook

Wojna Irvinga. Wzlot i upadek historyka Hitlera ebook

Radosław Golec

0,0

Opis

David Irving był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i kontrowersyjnych historyków drugiej wojny światowej. Człowiekiem, który potrafił docierać do zamkniętych archiwów, rozmawiać z byłymi nazistami, odnajdywać nieznane dokumenty i budować wokół siebie legendę niepokornego historyka. Przez lata uchodził za błyskotliwego badacza, autora bestsellerów i mistrza historycznej narracji. A jednak ta sama pasja, która wyniosła go na szczyt, stała się początkiem jego upadku.

„Wojna Irvinga. Wzlot i upadek historyka Hitlera” to opowieść o człowieku, który przekraczał granice — naukowe, moralne, medialne i sądowe. Radosław Golec prowadzi czytelnika przez kolejne etapy kariery Irvinga: od pierwszych sukcesów, przez fascynację Trzecią Rzeszą, kontakty z dawnymi nazistami, spory o bombardowanie Drezna, śmierć generała Sikorskiego i dzienniki Hitlera, aż po procesy, oskarżenia o fałszowanie historii, negowanie Holokaustu i więzienie w Austrii.

To książka o ambicji, prowokacji, autodestrukcji i cenie, jaką płaci się za wojnę wypowiedzianą całemu światu historyków. Nie jest to prosta biografia ani akt oskarżenia. To próba zrozumienia postaci, której nie da się łatwo zaszufladkować — badacza, publicysty, skandalisty, pariasa.

Historia Davida Irvinga pokazuje, jak cienka bywa granica między rewizją historii a jej fałszowaniem. I jak niebezpieczne może być przekonanie, że własna wersja prawdy jest ważniejsza niż fakty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Śp. Adrianowi

Wstęp

Ogromnego wzrostu mężczyzna w średnim wieku leżał na niewielkiej pryczy w celi numer 19 najstarszego wiedeńskiego więzienia Josefstadt. Patrzył w sufit. Ni stąd, ni zowąd przypominały mu się nazwiska kolegów ze szkoły podstawowej. Nagle, po blisko sześćdziesięciu latach był w stanie wymienić je wszystkie w kolejności alfabetycznej. Odwrócił się na bok. Jego wzrok zatrzymał się na zdjęciu przedstawiającym jego trzy dorosłe już córki. Czas dłużył się w nieskończoność. Robiło mu się niedobrze na myśl o spędzeniu następnych kilkunastu miesięcy za kratami. Myślał o zastępcy Adolfa Hitlera, Rudolfie Hessie, który przetrwał w więzieniu Spandau w niemal zupełnym odosobnieniu 47 lat swojego życia. Zastanawiał się, jak tu trafił. Gdzie popełnił błąd? W którym momencie zboczył z wysłanej różami drogi do sławy i podążył ścieżką, która zaprowadziła go na Blok C austriackiego zakładu karnego?

Kilka dekad wcześniej był szanowanym autorem piszącym o drugiej wojnie światowej. Jego wydawane przez największe światowe oficyny książki trafiały na czołówki list bestsellerów. Zarabiał miliony. Zjechał cały świat wzdłuż i wszerz. Występował regularnie w telewizji. Prasa jadła mu z dzióbka. Chyba żaden historyk nie odwiedził tak wielu archiwów, co on. Nikt poza nim nie rozmawiał z tak wieloma byłymi nazistami, ich żonami, dorosłymi już dziećmi, sekretarkami i asystentami. Żaden inny badacz nie zdobył ich zaufania do tego stopnia, że szczerze mówili o swojej przeszłości, przekazywali mu pamiętniki, prywatne listy czy schowane przed policją z obawy o konfiskatę pamiątki.

Skopiuj jedną książkę – to plagiat, skopiuj dwie – to risercz – powtarzał. Swoje dzieła pisał na podstawie oryginalnych, archiwalnych źródeł, z pominięciem opublikowanej już na dany temat literatury. Specjalizował się zwłaszcza w odnajdywaniu nieznanych dokumentów. W tym zakresie trudno odmówić mu determinacji. Uzbrojony w magnetometr protonowy, tygodniami przemierzał jeden z niemieckich lasów w poszukiwaniu zakopanego słoika z dziennikami hitlerowskiego ministra propagandy Josefa Goebbelsa. W czasach, kiedy niewielu myślało o kwerendach w moskiewskich archiwach KGB, on był tam regularnym gościem. Poszukiwanie zaginionych dzienników Evy Braun zawiodło go z kolei aż do Meksyku.

Więc co poszło nie tak? Był zbyt inteligentny, aby nie wiedzieć, że to jego krnąbrna natura przywiodła go w jedno miejsce z mordercami, gwałcicielami i pospolitymi złodziejaszkami. Mimo to oszukiwał się, że nie jest nic winny swojemu losowi – po prostu padł ofiarą spisku i to inni spowodowali jego niedolę.

Trudno nie odnieść wrażenia, że jego kariera od początku oznaczona była piętnem autodestrukcji. Wynikało to przede wszystkim z jego przekornego charakteru. Nagminnie przekraczał linie dobrego smaku, za które nikt inny nie odważył się wystawić choćby czubka buta. Znany brytyjski historyk Norman Davies twierdził, że jest on niczym ćma, lecąca do ognia, który sama rozpaliła. Świadomie wpakował się w trzy wielkie przegrane procesy sądowe, które dały wszystkim prawo nazywania go kłamcą oświęcimskim, rasistą, antysemitą i fałszerzem historii. On sam oczywiście nie uznaje się za żadnego z nich. Nie uważa się nawet za rewizjonistę. Mówi o sobie, że jest historycznym dysydentem. Na pytanie, czy jest antysemitą, odpowiada krótko i prowokacyjnie: Nie. Jeszcze nie.

Uznany żydowski historyk Raul Hilbert stwierdził, że pomimo swoich licznych wad był i jest on potrzebny. Swoimi kontrowersyjnymi tezami spowodował bowiem, że nawet najwięksi badacze musieli jeszcze raz wykonać swoją pracę. Wymógł na nich ponowne sprawdzenie, skąd wiedzą to, co wiedzą, na przykład na temat Holokaustu. Zmusił ich do opuszczenia ich ciepłych, uniwersyteckich bibliotek i odwiedzenia archiwów, do których wcześniej nawet nie zaglądali. Przyczynił się na przykład do przeprowadzenia prac wykopaliskowych w Auschwitz, które dały mnóstwo istotnych informacji o procesie eksterminacji Żydów. Kiedy wołał: Udowodnij to!, tacy jak Hilbert, zamiast spoczywać na laurach, brali się do pracy, tworząc solidniejszą bazę twardych dowodów historycznych.

Długo zastanawiałem się, czy napisać książkę o Davidzie Irvingu. Jest on wszak w oczach większości postacią zdyskredytowaną przez swoje poglądy i działania. Jest kimś, od kogo lepiej trzymać się z daleka, aby nie zostać oznaczonym łatką antysemity czy „denialisty”. Im głębiej jednak poznawałem jego historię, tym wyraźniej wyłaniał się z niej inny obraz – nie do końca pasujący do tego, jaki przedstawiały media.

Nie jest on postacią jednoznaczną, którą można by łatwo zaszufladkować. Jest figurą na wskroś skomplikowaną, wymykającą się jednoznacznej ocenie. Na pewno jest kowalem swojego losu i przynajmniej w sporej części zasłużył na kubły pomyj, które wylano na niego w trakcie całej jego kariery. Jednakże pozostaje on jednym z najbardziej interesujących współczesnych historyków, jeśli nie jedną z najciekawszych postaci dwudziestego wieku. Warto zatem przyjrzeć się jego drodze – od wzlotu, aż po upadek.

Rozdział 1. Wybrany przez Hitlera

W kwietniu 1969 roku prawie nikt z mieszkańców zachodnioniemieckiego Krefeld nie wiedział, czym w czasie drugiej wojny światowej zajmował się doktor Ewin Giesing. On sam niechętnie poruszał temat swojej przeszłości. Pacjentów przyjmował w swoim niewielkim domu, którego największy pokój przekształcił w gabinet laryngologiczny. Przy pomocy wziernika zaglądał właśnie do ucha cierpiącej na niedosłuch kobiety, kiedy usłyszał głośny dzwonek. Przeprosił pacjentkę i podszedł do drzwi. Tuż przed nim stał młody mężczyzna, na oko około trzydziestki. Mówił płynnie po niemiecku, choć z wyraźnym brytyjskim akcentem. Twierdził, że jest historykiem i chciałby z nim porozmawiać.

– Oczekiwałem pana. Mam to dla pana gotowe – rzucił Giesing, uśmiechając się od ucha do ucha. Gestem dłoni zaprosił gościa do środka. – Proszę dać mi chwilę. Mam pacjentkę i za pół godziny do pana wrócę.

Całkowicie zaskoczony Anglik usiadł bez słowa w poczekalni. Nie dzwonił wcześniej do doktora i nie umawiał wizyty. Pomyślał, że najwyraźniej wziął go za jednego ze swoich pacjentów. Po kilkunastu minutach gospodarz wrócił i wręczył mu grubą teczkę, wewnątrz której znajdował się przepisany na maszynie do pisania jego wojenny dziennik.

– Dlaczego akurat mi to pan daje?

– Proszę przeczytać stronę trzysta osiemdziesiątą piątą, dowie się pan – odpowiedział gospodarz.

Giesing miał 62 lata. W młodości studiował medycynę i zrobił specjalizację z laryngologii. W 1932 roku wstąpił do partii nazistowskiej i SA. W czasie wojny pracował w szpitalach wojskowych, a od 1940 roku znalazł angaż jako lekarz Luftwaffe. Po nieudanym zamachu bombowym na Adolfa Hitlera 20 Lipca 1944 roku, którego dokonał Claus von Stauffenberg, Giesing został niespodziewanie wezwany do siedziby wodza, Wilczego Szańca w Prusach Wschodnich. W wyniku wybuchuFührer skarżył się na bóle głowy oraz częściową utratę słuchu w jednym uchu. Lekarz przebadał go i zdiagnozował przerwanie błony bębenkowej. Przez następne 12 miesięcy zajmował się dyktatorem.

Od początku swojej kariery przyszły wódz Trzeciej Rzeszy miał wyjątkowo bliskie relacje ze swoimi medykami. Eduard Bloch był Żydem i rodzinnym lekarzem Hitlerów. Zajmował się Adolfem od małego. W 1907 leczył jego chorą na raka matkę. Robił to za niewielką opłatą i z ogromną troską. Po jej śmierci Hitler obiecał mu, że nigdy tego nie zapomni i zdania dotrzymał. Gdy w 1938 roku Wehrmacht wkroczył do Austrii, na drzwiach jego gabinetu – podobnie jak wszystkich innych lekarzy żydowskiego pochodzenia – pojawił się napis „Jude”. Szybko jednak został zdjęty na rozkaz Gestapo. Führer uznał swojego dawnego doktora za „szlachetnego Żyda” i od tamtej pory nie mógł mu spaść włos z głowy.

Josef Brinsteiner zajmował się Hitlerem w więzieniu zaraz po nieudanym puczu 1923 roku. Po przybyciu do twierdzy Lansberg zdruzgotany nieudanym zamachem stanu i wyrokiem odsiadki lider nazistów natychmiast podjął się głodówki. Lekarz robił, co mógł, aby przekonać go do porzucenia tej formy strajku. Tłumaczył, że jeżeli nie zacznie jeść, strażnicy przywiążą go do krzesła i będą go karmić siłą przez plastikową rurkę. Bezskutecznie. Pacjent pozostawał niewzruszony. W ciągu pierwszego tygodnia schudł pięć kilo. Podczas codziennych rozmów w gabinecie Brinesteiner stawiał na biurku miskę z ryżem z nadzieją, że głodny Hitler w końcu się skusi. W końcu dopiął swego. Pod koniec którejś z wizyt w misce nie pozostało ani jedno ziarno. Dopiero jednak po dziesięciu dniach słynny więzień dał się przekonać i powrócił do regularnych posiłków.

Karl Brandt zasłynął nie tylko jako zbrodniarz odpowiedzialny za program eutanazji w Trzeciej Rzeszy i eksperymenty medyczne na więźniach, ale także jako przyboczny chirurg Führera. Po tym, jak z wypadku samochodowego uratował życie jego adiutanta, towarzyszył mu podczas niemal wszystkich podróży. Hitler był świadkiem na ślubie lekarza i połączyła ich bliska więź. Brandt był częstym gościem w alpejskiej rezydencji Berchtesgaden, podobnie jak jego największy konkurent o względy wodza – Theodor Morell. Od 1936 roku Morell nie opuszczał kanclerza na krok, serwując mu dzienne zastrzyki, po których natychmiast stawał na nogi i nabierał wigoru. Nikt tak naprawdę nie wiedział, czym lekarz faszeruje swojego słynnego pacjenta. Brandt podejrzewał, że truje go strychniną i narkotykami. Kilkukrotnie interweniował w tej sprawie u samego zainteresowanego. Hitler zbywał jego wątpliwości, zapewniając o pełnym zaufaniu do Morella. Nie przeszkadzała mu jego tusza, wątpliwe maniery i brak higieny. To najbrudniejszy człowiek, jakiego spotkałem. Ale przynajmniej jego lekarstwa działają – mawiał.

Być może Morell znał się bardzo dobrze na zastrzykach, a Brandt wiedział, jak złożyć złamaną rękę, ale po zamachu Hitler potrzebował laryngologa z prawdziwego zdarzenia. Giesing od razu przypadł mu do gustu. Wywiązała się między nimi więź. Podczas badań urządzali sobie pogawędki. Strona 385 jego dziennika zawierała relację z jednej z tych rozmów z października 1944 roku. Giesing zapytał wówczas Hitlera, czy wie, że kajzer Wilhelm II również cierpiał na dolegliwości ucha, które powracały w długich odstępach czasu. Hitler potwierdził. Następnie zapytał go, czy kiedykolwiek czytał biografię cesarza „Niesamowity Potwór” napisaną przez brytyjskiego historyka J. D. Chamiera. Führer skinął głową i dodał, że w tej książce Wilhelm II wypadł dość łagodnie, nawet jeśli nie zawsze na to zasługiwał. Giesing zauważył, że to niezwykłe, iż tak obiektywny obraz cesarza przedstawił właśnie cudzoziemiec, a nie Niemiec.

– Cudzoziemiec prawdopodobnie ma łatwiej z oceną męża stanu, pod warunkiem że zna kraj, jego ludność, język i archiwa – oznajmił Hitler.

Chamier nie znał osobiście cesarza, ale jego dzieło świadczyło o głębokiej znajomości dokumentów. Opierało się również na wielu osobistych materiałach, jak listy cesarza i pisemne zapisy konwersacji z przyjaciółmi. Hitler wyznał wtedy, że od pewnego czasu kazał stenografować wszystkie ważne rozmowy i konferencje wojskowe. Być może pewnego dnia, kiedy już umrę i zostanę pochowany, pojawi się jakiś obiektywny Anglik i napisze moją biografię w bezstronny sposób. Obecne pokolenie ani nie potrafi, ani nie chce oceniać obiektywnie. Musiałby jednak dobrze znać archiwa i biegle posługiwać się niemieckim – dodał.

Młody Brytyjczyk w poczekalni Giesinga oderwał głowę od manuskryptu i się zamyślił. Wydaje się, że w tamtym momencie zrozumiał swoją rolę, jaką naznaczyło go przeznaczenie. Nazywał się David Irving i był zyskującym coraz większe uznanie autorem książek historycznych. Jego ojciec John służył w marynarce wojennej Jego Królewskiej Mości. W 1916 roku wziął udział w Biwie Jutlandzkiej, największym morskim starciu pierwszej wojny światowej pomiędzy Niemcami a Wielką Brytanią. Uczestniczyło w niej 250 okrętów i 100 tysięcy marynarzy. Życie straciło ponad osiem tysięcy ludzi.

Irving senior ożenił się z młodą ilustratorką i autorką książek dla dzieci. Owocem związku było czworo dzieci. W marcu 1938 roku jako ostatni na świat przyszli bliźniacy: Nicholas i David. Identyczni z wyglądu bracia wyraźnie odróżniali się charakterami. Ten pierwszy był grzeczny i spokojny. Drugi uwielbiał psocić i rozrabiać. Od najmłodszych lat czerpał przyjemność ze strugania niesmacznych żartów. Nicholas wspominał po latach, że już jako sześciolatek David szokował otoczenie, wykonując hitlerowskie pozdrowienie. Uwielbiał to robić zwłaszcza na wieść o kolejnym zbombardowanym przez Niemców domu w rodzinnym Essex. Innym razem zażyczył sobie książkę „Mein Kampf” jako szkolną nagrodę. O ile ciężko podejrzewać sześciolatka o pronazistowskie sympatie, o tyle w opowieści tej zawiera się klucz do osobowości Irvinga: kontrowersja, szokowanie, brak wyczucia, przekraczanie granicy dobrego smaku, parcie pod prąd i wbrew otoczeniu – to żywioły, które towarzyszyć będą wzlotowi i upadkowi jego kariery.

Niewątpliwie nieobecność jednego z rodziców miała ogromny wpływ na kształtowanie się osobowości Davida. Jego późniejszy antagonista, historyk Richard Evans, podejrzewał, że chłopiec nieświadomie znalazł w Hitlerze zastępstwo ojca. Po wybuchu drugiej wojny światowej John Irving ponownie wziął udział w zmaganiach na morzu. W 1942 roku, podczas eskortowania arktycznego konwoju z Islandii do Rosji, jego statek został zaatakowany i zatopiony przez niemiecką łódź podwodną i trzy niszczyciele. Oficer przeżył, ale porażka pozostawiła trwałą rysę na jego psychice. Już nigdy nie powrócił do rodziny. Porzucił żonę i czworo dzieci.

Możliwe, że w tym należy dopatrywać późniejszej niechęci jego słynnego syna do Winstona Churchilla:To przez brytyjskiego premiera ojciec został zaciągnięty na wojnę i przez niego skazał ich na biedę. Po latach David pojednał się z rodzicem. Wspólnie napisali nawet książkę o Bitwie Jutlandzkiej. Zresztą, John napisał też inne książki, głównie dotyczące bitew morskich. Najwyraźniej część ze zdolności pisarskich David odziedziczył właśnie po ojcu.

David wspominał w jednym z wywiadów, że jego pokolenie nie miało normalnego dzieciństwa. Dorastanie w ciągłym strachu przed bombardowaniem, na wyspie otoczonej obcymi armiami nie należało do beztroskich. Chłopcy z zaciekawieniem obserwowali amerykańskie latające fortece zmierzające w stronę Niemiec, aby dokonać dywanowych nalotów. Często penetrowali leje po bombach lub wraki zestrzelonych samolotów. Nieopodal Hutton z jednego z niemieckich bombowców typu Heinkel wydobyli trofeum – but pilota Luftwaffe z oderwanym palcem stopy.

Pewnej nocy David usłyszał przeraźliwy odgłos. Rzucił się do okna sypialni i wspiął na paluszkach. Ujrzał bzyczący samolot bezzałogowy V1. Maszyna poruszała się z ogromną prędkością tuż nad ziemią. Zaczął odliczać sekundy. Doliczył do dwudziestu pięciu, kiedy okolicą wstrząsnął wybuch jednotonowej głowicy. Na niebie pojawił się jasny blask. Latająca bomba V1 i rakieta V2 miały rzucić Wielką Brytanię na kolana i zmusić do kapitulacji. W rzeczywistości rzadko trafiały w wybrany cel i nigdy nie było wiadomo, gdzie uderzy. Przeraźliwy dźwięk nadlatującego pocisku i ogromny huk powodujący wypadanie szyb miały wywołać psychologiczny efekt: siać strach i panikę wśród cywilów. Atak nie mógł być poprzedzony alarmem bombowym. Uderzenie nadchodziło nagle i bez ostrzeżenia. Możemy sobie tylko wyobrazić wyraz zaciekawionych oczu sterczącego przy oknie sześcioletniego wyrostka. Łatwo też uzmysłowić sobie przerażenie jego matki, podczas gdy leżała pod dużym metalowym stołem, mocno obejmując swoje pociechy. Irvingowie tak bowiem spędzali większość nocy. Gdyby któraś z bomb trafiła w ich dom, solidny mebel miał szansę uratować ich życie.

David pochłaniał propagandowe, ręcznie rysowane karykatury publikowane przez magazyn „Everybody’s”, które przedstawiały Hitlera jako krzyczącego furiata ze szczotkowatym wąsem i w czapce listonosza. To on miał być winien wszelkim niedostatkom na wyspach brytyjskich. To przez niego młody Irving nie miał klocków i książeczek. Któregoś dnia chłopiec znalazł na strychu katalog sklepu dla dzieci i w ten sposób dowiedział się, jak wyglądają zabawki. Ten karykaturalny listonosz był odpowiedzialny za brak masła, prądu i cukru – tłumaczył głos w radiu. Od małego David karmiony był antyniemiecką propagandą. Pod koniec wojny był tak wychudzony, że jego matka powtarzała, iż wygląda jak dzieci z obozu koncentracyjnego Belsen.

Po kapitulacji Trzeciej Rzeszy młody Irving uczęszczał do publicznej szkoły w Brentwood, gdzie jak sam mówił, nauczył się krytycznego, samodzielnego myślenia. Był outsiderem i często z tego powodu zaliczał lanie od rówieśników. W wieku kilkunastu lat podpatrzył u starszego o kilka minut brata brytyjskie wydanie „Hitler’s Table Talk. 1941–1944” (polski tytuł: „Rozmowy przy stole”). Książka zawierała zarejestrowane przez adiutantów przemyślenia dyktatora, którymi do wczesnych godzin nad ranem zanudzał swoją świtę w Wilczym Szańcu. Młodzieniec podebrał bliźniakowi lekturę i każdego wieczora z rumieńcami na policzkach czytał jeden z rozdziałów. Zaskoczyła go przenikliwość spostrzeżeń Hitlera na przeróżne tematy. Wydaje się, że to właśnie wieczorom spędzonym na lekturze „Rozmów przy stole” należy przypisać późniejszą słabość publicysty do niemieckiego przywódcy.

W późniejszych latach studiował fizykę na Imperial College w Londynie. Jeśli nie liczyć kilku artykułów napisanych na starej, należącej do matki maszynie do pisania firmy Remington to tam postawił swoje pierwsze pisarskie kroki. Dał się poznać jako kontrowersyjny i radykalnie prawicowy autor, najpierw na łamach magazynu „Phoenix” (założonego przez znanego pisarza G. H. Wellsa), a potem „Carnival Times”. Jeden z numerów uniwersyteckiej gazetki zawierał artykuł jego autorstwa, w którym nazwał Hitlera największą siłą jednoczącą Europę od czasów Karola Wielkiego.

W tym czasie wziął udział w zjeździe faszystowskiej partii Oswalda Mosleya, który nieskutecznie kandydował do parlamentu. W późniejszych numerach pisma bronił apartheidu w RPA i twierdził, że brytyjska prasa należała do Żydów. Zbywał oskarżenia o rasistowskie i prohitlerowskie poglądy. Tłumaczył, że jego teksty były prowokacją wymierzoną w pismo, którego dochód ze sprzedaży miał zostać przekazany organizacjom komunistycznym w RPA. W tym czasie udzielił swojego pierwszego wywiadu dla „Daily Mail”. W artykule pojawiło się zdanie, które ciągnęło się za nim latami: Jeżeli chcesz, możesz nazwać mnie lekkim faszystą. Irving oskarżył gazetę o manipulację. Według niego w trakcie wywiadu dziennikarz miał sam określić go lekkim faszystą, a on tylko odpowiedział: Nazywaj mnie, jak chcesz. Był to pierwszy, ale nie ostatni przypadek, kiedy oskarżył prasę o przeinaczanie jego słów. Potem wielokrotnie obwiniał będzie mainstreamowe media o nieuczciwe praktyki i chęć zrujnowania jego reputacji.

Po trzech latach prób ukończenia studiów Irving porzucił edukację i podjął pracę na budowie. Próbował wstąpić do lotnictwa wojskowego, ale został odrzucony ze względu na niewystarczającą tężyznę fizyczną. Zaaplikował do niemieckich zakładów metalurgicznym Kruppa, które w trakcie wojny zaopatrywały Wehrmacht w czołgi, a potem przerzuciły się na produkcję cywilną. Firma nie okazała zainteresowania i dopiero konkurencyjny niemiecki Thysson zdecydował się zaoferować mu pracę hutnika.

W wieku dwudziestu jeden lat Irving wsiadł do samolotu i wylądował w Mülheim w Zagłębiu Ruhry w należącej do Thyssona hucie stali. Warto dodać, że nie była to jego pierwsza wizyta w Niemczech. W 1959 roku podczas zwiedzania Europy odwiedził alpejską miejscowość Berchtesgaden i ruiny willi Hitlera na Obersaltzbergu. Pierwsze miesiące w hucie nie należały do łatwych. Były najsamotniejszym okresem życia Irvinga. Nie znał tam nikogo, a jego łamany niemiecki nie pozwalał na zawarcie głębszej znajomości. Był jednym z kilkunastu pracowników Thyssona, których ulokowano w kilku pokojach hotelu pracowniczego. Jako że praca obejmowała zmiany, dzielili oni cztery łóżka pomiędzy sobą. Dzięki tej bliskości z rodowitymi Niemcami uczył się ich języka w zawrotnym tempie.

Któregoś dnia, odpoczywając po pracy, leżał na pryczy i przeglądał jakiś ilustrowany magazyn o wojnie. Jego oczy zatrzymały się na tytule jednego z artykułów: Kiedy światła zgasły nad Europą. Tekst opisywał alianckie bombardowania Trzeciej Rzeszy. Kilka zdań dotyczyło zniszczenia historycznego Drezna. Saksońskie miasto znane było przed wojną z bogatego dziedzictwa kulturalnego i barokowej architektury. Ze względu na dzieła sztuki, zabytki i liczne muzea nazywane było „Florencją nad Łabą”. W trakcie trzech nalotów w lutym 1945 roku zostało niemal doszczętnie zburzone przez brytyjskie i amerykańskie samoloty. Zniszczenie zabudowań i burza ogniowa wywołana przez bomby zapalające spowodowała śmierć kilkudziesięciu tysięcy Drezdeńczyków, głównie cywilów. Jeden z jego współlokatorów potwierdził, że bombardowania faktycznie miały miejsce i był ich świadkiem. Irving był zaskoczony, ponieważ podobnie jak ogromna większość Brytyjczyków nigdy wcześniej nie słyszał o tym zdarzeniu. Zdecydował się napisać serię artykułów na ten temat.

Poprzez kolegów z pracy dotarł do ludzi, którzy przeżyli nalot. Pisał do nich listy z prośbą o przysłanie mu swoich wspomnień. Krótko potem przeniósł się do Hiszpanii, gdzie pracował jako urzędnik-maszynista. Po sześciu miesiącach powrócił do Londynu. Próbował bezskutecznie ukończyć ekonomię i politologię na Uniwersytecie Londyńskim. W międzyczasie otrzymywał mnóstwo odpowiedzi na swoje listy, między innymi z ministerstwa lotnictwa. Zdał sobie sprawę, że artykuły to za mało. Opowiedzenie tego nieznanego szerzej wątku drugiej wojny światowej zasługiwało na większą formę. Zdecydował się napisać swoją pierwszą książkę.

Opublikował w niemieckiej, angielskiej i amerykańskiej prasie ogłoszenia, prosząc o kontakt tych, którzy przeżyli bombardowanie, bądź brali w nim aktywny udział. Odzew był porażający. Otrzymał ponad sześćset listów. Zaczął podróżować po Niemczech, docierając do Drezna. Rozmawiał ze świadkami, odwiedzał archiwa i brał udział w programach telewizyjnych. Poświęcił się całkowicie pasji pisania i odkrywania nieznanych faktów.

Jego badania utrudniał naturalny dystans i nieufność, z jakim traktowano obcokrajowca. Ponadto kwestia alianckich bombardowań stanowiła wówczas w Niemczech temat tabu. Nikt wcześniej nie odważył się o tym głośno mówić w radiu i telewizji. Irving z uporem godnym maniaka przedzierał się przez mgłę przemilczenia. W kwietniu 1962 roku udało mu się porozmawiać z szefem dowództwa lotnictwa bombowego RAF Athurem Harrisem, znanym jako „Bomber Harris”, który kierował akcją niszczenia miasta. Irving podziwiał go jako charyzmatycznego dowódcę, dla którego tysiące lotników gotowych było bez mrugnięcia okiem poświęcić swe życie. Harris tłumaczył, że bombardowanie Drezna było wyłącznie polityczną decyzją Churchilla, a on wykonał tylko rozkaz. Zanim jeszcze Irving ukończył książkę, wiedział już, co chce robić w życiu: postanowił zostać historykiem.

Rozdział 2. Enfant Gâté

Piszący autorzy wiedzą, iż znalezienie wydawcy książki może być o wiele trudniejszym zadaniem niż jej napisanie. Zwłaszcza w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia stanowiło to nie lada wyzwanie. Nie było Internetu, za pomocą którego jednym kliknięciem odnajdujemy listę potencjalnych wydawców. Nie było e-maili, którymi można by błyskawicznie skontaktować się z wydawcą i podesłać tekst. Wreszcie, wydawnictwa nie miały stron internetowych, na których widnieją gotowe szablony dla autorów bądź adresy mailowe redaktorów. Aby zainteresować któreś z nich, Irving musiałby wykonywać dziesiątki telefonów, wysłać masę listów, wydrukować i rozesłać kilkadziesiąt egzemplarzy maszynopisu swojej książki. Gdyby to nie pomogło, zmuszony byłby wykorzystać swoje kontakty w mediach i środowisku historyków, których wówczas jeszcze nie posiadał. Na szczęście dla niego udało mu się uniknąć tej całej żmudnej pracy.

Po przeczytaniu jednego z jego ogłoszeń w gazecie zgłosił się do niego brytyjski wydawca William Kimber, specjalizujący się w literaturze faktu i militariach. Kimber zaoferował mu wydanie jego książki o bombardowaniu Drezna, jeszcze zanim ją przeczytał. Instynkt podpowiadał mu, że trafił na żyłę złota. Zapomniał przy tym wspomnieć, że zwykle w takich przypadkach autorowi należy się zaliczka. Nie była ona jednak potrzebna. Publikacja stała się natychmiast bestsellerem. Irving zarobił potężne pieniądze i kupił duże ośmiopokojowe mieszkanie w centrum Londynu.

Wydaniu „The Destruction of Dresden” (w Polsce ukazała się pod tytułem: „Drezno. Apokalipsa 1945”) towarzyszyły kontrowersje. Chodziło nie tylko o poruszany temat, ale liczbę ofiar śmiertelnych nalotów. Trudności w jej dokładnym określeniu brały się z kilku powodów. Po pierwsze, w lutym 1945 roku w Dreźnie mogło przebywać nawet kilkaset tysięcy uchodźców, uciekających ze wschodu w obawie przed nadciągającymi Sowietami. Po drugie, zaraz po bombardowaniu tysiące mieszkańców opuściło miasto w obawie o życie. Po trzecie, pod zniszczonymi budynkami znajdowały się ciała, których nie można było szybko wydobyć. Po czwarte wreszcie, w chaosie ostatnich miesięcy wojny przepływ informacji był niepełny i narażony na manipulacje.

W pierwszej edycji książki Irving ocenił liczbę śmiertelnych ofiar na 135 tysięcy, opierając się na tym, co powiedział mu lokalny urzędnik z Drezna Hans Voigt. Zaraz po bombardowaniu Voigt otrzymał zadanie wstępnego policzenia ciał. W końcowym raporcie donosił o 40 tysiącach zabitych. W 1962 roku w liście do Irvinga tłumaczył, że faktycznie było ich 135 tysięcy, ale po wojnie władze wschodnich Niemiec sfałszowały tę liczbę, aby nie dawać Sowietom pretekstu do zbytniego krytykowania zachodu. W kolejnych wydaniach książki Irving pisał o 200–250 tysiącach ofiar. Powoływał się na sfałszowany przez nazistów oficjalny policyjny raport. Ze względów propagandowych władzom hitlerowskim niewątpliwie zależało na nagłośnieniu jak największej liczby. Irving zdawał sobie sprawę z niskiej wiarygodności dokumentu. Mimo to informacje o ofiarach przyjął za pewne.

W późniejszych latach światło dzienne ujrzał finałowy raport drezdeńskiej policji z 10 marca 1945 roku, oceniający liczbę zabitych na 18 tysięcy oraz zaginionych na 35 tysięcy. Początkowo sceptyczny Irving w końcu musiał zaakceptować jego autentyczność. Przekonywał jednak, że policja celowo zaniżyła faktyczny stan z obawy przed oskarżeniami o nieskuteczność. Była bowiem odpowiedzialna za zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańców przed bombardowaniem. Argumentował też, że dokładne policzenie ciał w tak krótkim czasie po nalocie było niemożliwe. Nie wyjaśnił, czemu zatem zaakceptował pochodzący z tego samego miesiąca propagandowy raport, mówiący o 200 tysiącach ofiar. Łatwiej przecież wygrzebać spod gruzów i policzyć dziesięciokrotnie mniej zwłok.

Na skutek krytyki środowiska historycznego Irving porzucił wiarę w relację Hansa Voigta i zawyżony raport, który najpewniej wyszedł spod pióra hitlerowskiego ministra propagandy Josefa Goebbelsa. 60 tysięcy albo więcej; być może 100 tysięcy – pisał w najnowszej edycji książki. Obecnie historycy są w zasadzie zgodni, że liczba ofiar w czasie trzech nalotów nie wyniosła więcej niż 25 tysięcy. Potwierdzają ją odnalezione sprawozdania z liczenia ciał na bieżąco chowanych w masowych grobach oraz palonych na stosach w centrum miasta. Niewykluczone, że Irving celowo upierał się przy jak największej cyfrze, aby wzbudzić kontrowersję, która, co pokazała jego dalsza kariera, stała się jego znakiem firmowym.

Książka wywołała dyskusję na temat proporcjonalności alianckich odpowiedzi na zbrodnie nazistów. Zadawała pytania o sens i moralne podstawy nalotów dywanowych na niemieckie miasta. Pojawiły się głosy, że terrorystyczne bombardowania były nie tylko zbrodnicze, ale i całkowicie nieskuteczne. Nie osłabiły ducha walki zwykłych Niemców, a wręcz odwrotnie, wyraźnie je wzmocniły. Dodatkowo porównywano je do zbrodni niemieckich na Żydach i innych narodach. W prasie, telewizji i na kampusach uniwersyteckich rozgorzała dyskusja na temat odpowiedzialności aliantów za śmierć tysięcy cywilnych ofiar bombardowań. Drezno wymieniane było w jednym zdaniu obok Auschwitz i Hiroszimy jako symbole zbrodni dokonanych w trakcie drugiej wojny światowej.

Irving był w siódmym niebie. Z dnia na dzień stał się jednym z najbardziej popularnych publicystów historycznych. Udzielał licznych wywiadów, a jego artykuły publikowały największe gazety w Wielkiej Brytanii. Zaczynał też poznawać gorzki smak sławy. W listopadzie 1963 zgłosił na policji włamanie do mieszkania. Trzech młodych ludzi podających się za pracowników poczty naszło go w domu pod pretekstem naprawy telefonu. Ich działania umotywowane były politycznie. Przekonani, że Irving jest faszystą, zamierzali wykraść jego archiwa i książki. Zostali zatrzymani przez policję i po procesie skazani na karę grzywny. Jednym z włamywaczy okazał się Gerry Gamble, skrajnie lewicowy aktywista polityczny żydowskiego pochodzenia, który aż do 2025 roku kierował antyfaszystowskim magazynem „Searchlight”.

Sukces wydawniczy jego książki spowodował, że Irving porzucił na stałe próby zdobycia wyższego wykształcenia i postanowił całkowicie poświęcić się pisarstwu. Po przeczytaniu krytycznych pod jego adresem wywiadów, których udzielili jego bracia (obaj oficerowie RAFu), zdecydował się tym razem opisać epizod, który przyniósł chwałę królewskim siłom powietrznym.

Zniszczenie hitlerowskiego tajnego ośrodka badawczego w Peenemünde było jedną najbardziej udanych akcji bombowych aliantów. Od 1937 roku trwały tam testy prototypów samolotów, a potem doświadczenia z wykorzystaniem nowego typu broni rakietowej i maszyn bezzałogowych: V2 i V1. Dzięki pomocy Armii Krajowej, która na bieżąco informowała zachód o eksperymentach, alianci dowiedzieli się o istnieniu sekretnego kompleksu wojskowego na bałtyckiej wyspie Uznam. W sierpniu 1943 roku w serii nalotów brytyjskie bombowce zniszczyły ośrodek. Bomby spadły nie tylko na fabryki i laboratoria, ale też na wiele budynków cywilnych. Zginęło ponad 700 osób, głównie naukowców i robotników przymusowych z Polski i Związku Sowieckiego. Naloty nie powstrzymały wytwarzania rakiet, a jedynie opóźniły je o kilka miesięcy. Produkcję nowej broni przeniesiono bowiem do podziemnych ośrodków rozproszonych na terenie Trzeciej Rzeszy.

Podobnie jak w przypadku swojej pierwszej książki Irving postanowił zignorować dostępną historiografię i sięgnąć do dokumentów źródłowych. Jednym z owoców poszukiwań były zdeponowane w piwnicach uniwersytetu w Oxfordzie wojenne notatki doradcy naukowego Churchilla – Lorda Cherwella. Autor najpierw musiał wystarać się o rządowe pozwolenie na korzystanie z nich. Potem od nieświadomego jej zawartości bibliotekarza uczelni otrzymał klucz do piwnicy, w której składowane były dokumenty. Od razu zabrał się do pracy i szybko odkrył, że w kartonowych pudłach znajdują się m.in. tajne akta rządowe, prywatna korespondencja Churchilla z Cherwellem oraz szczegóły dotyczące brytyjskiego programu atomowego. Zrozumiał, że trafił na żyłę złota. Jednocześnie obawiał się, iż treści te nie są przeznaczone dla jego oczu. Musiał się śpieszyć. Ktoś w końcu mógł się zorientować i odebrać mu dostęp. Przez pierwsze kilka dni czytał na głos i nagrywał najważniejsze jego zdaniem dokumenty. W sumie zarejestrował na dyktafonie ćwierć miliona słów. Dopuszczał się też rzeczy niedopuszczalnej w pracy historyka: po kryjomu wynosił akta i kopiował je w domu. Po latach zapewniał, że odniósł wszystkie na miejsce.

W czasie pracy dokonał zdumiewającego odkrycia. Papiery jasno dowodziły, że w czasie wojny Brytyjczycy złamali kod słynnej niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Z powodzeniem wykorzystywali wiedzę z rozszyfrowanych wiadomości w operacjach militarnych. Był to dla niego szok, gdyż w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia opinia publiczna była zupełnie nieświadoma, czym zajmowali się kryptolodzy Alana Turinga w ośrodku Bletchley Park. Aż do ١٩٧٤ roku informacja ta była ściśle ukrywana przez brytyjski rząd.

W przeciągu niecałego roku zadowolony ze znaleziska Irving ukończył maszynopis książki, poświęcając pierwszy jej rozdział Enigmie. Ponieważ korzystał z państwowego archiwum, zgodnie z prawem zmuszony był przedstawić go cenzorom do akceptacji. Po kilku dniach zarówno w jego londyńskim domu, jak i mieszkaniu wydawcy zjawiło się kilku dżentelmenów w płaszczach przeciwdeszczowych. Skonfiskowali cały fragment dotyczący maszyny szyfrującej. Następnie pisarz wezwany został do jednego z biur rządowych i usadzony przy wypolerowanym stoliku. Dwunastu pracowników departamentu bezpieczeństwa publicznego grzecznie, ale stanowczo wyperswadowało mu pomysł publikacji jakichkolwiek informacji dotyczących Enigmy. Z jednej strony powoływali się na jego patriotyzm. Z drugiej tłumaczyli, że źle zrozumiał materiał źródłowy i tylko by się ośmieszył, gdyby zechciał go wydać.

Irving się nie upierał i zgodził się na usunięcie pierwszego rozdziału. Zdążył bowiem wynieść z archiwum Cherwella wystarczająco dużo kontrowersyjnego materiału na kolejne kilka książek. Po dziesięciu latach, kiedy pracował nad biografią niemieckiego generała Erwina Rommla, został jeszcze raz wezwany do tego samego pokoju w rządowym budynku i usadzony przy tym samym błyszczącym stole. Spoczywała na nim nagroda od angielskich władz za zachowanie tajemnicy: gruby folder zawierający nigdy wcześniej nie publikowane, prywatne akta słynnego „pustynnego lisa”. Dokumenty po wojnie wywiezione zostały po kryjomu przez Brytyjczyków z amerykańskiej strefy okupacyjnej. Wśród nich publicysta znalazł ostatni list generała do Hitlera z 1944 roku, w którym tłumaczył swoją decyzję o samobójstwie.

Wydana w 1964 roku książka „Mare’s Nest” (do tej pory nieopublikowana w Polsce) otrzymała bardzo dobre recenzje za niezwykle kompleksowe ujęcie tematu. Na plus wskazywano, że nie skupia się wyłącznie na bombardowaniu Peenemünde. W szczegółowy sposób ukazywała starania Niemców o skonstruowanie tajnych broni, próby ukrycia ich przed aliantami oraz zabiegi tych ostatnich o pozyskanie informacji i zapobieżenie rozwojowi nazistowskiego programu produkcji rakiet dalekiego zasięgu.

Krytycy wskazywali jednak, że autor zaledwie wspomniał o wykorzystaniu niewolniczej pracy tysięcy więźniów i robotników przymusowych przy ośrodkach produkujących V1 i V2, próbując wybielić nazistowski reżim. Po bombardowaniu Peenemünde produkcja rakiet przeniesiona została głównie do tunelów góry Kohnstein niedaleko miasta Nordhausen. Do prac wykończeniowych podziemnych korytarzy i produkcji broni użyto niewolniczej siły więźniów obozu koncentracyjnego Dora, który stworzono specjalnie w tym celu. Podczas wycieńczającej pracy tysiące z nich straciło życie. Padali na skutek wykończenia, głodu, fizycznych tortur i egzekucji. W ostatnim rozdziale książki Irving wspomniał o planowanym ataku Amerykanów na Kohnstein przy wykorzystaniu łatwopalnego napalmu, którym miałyby zostać zalane tunele. Litościwie dla tysięcy niewolników i skazańców pracujących w ośrodku nigdy nie zrealizowano planu – pisał przejęty, nawet nie zająknąwszy się o tragicznym losie, który zgotowali im naziści.

Mniej kontrowersyjna okazała się jego kolejna książka „The Virus House” (polski tytuł: „Kryptonim Virushause”) opisująca prace nazistów nad atomem i ich nieśmiałe próby skonstruowania bomby atomowej. Irving przeprowadził szereg wywiadów z niemieckimi fizykami i chemikami. Wśród jego rozmówców znaleźli się laureaci Nagrody Nobla: nazywany ojcem niemieckiego atomu Werner Heisenberg oraz Otto Hahn, który w 1938 roku jako pierwszy rozszczepił atom. Irving odwiedził sędziwego Hahna w jego gabinecie w Göttingen. W trakcie rozmowy poprosił go o jego przedwojenne dzienniki. Ten kazał mu sięgnąć na jedną z górnych półek, gdzie znajdowały się słowniki. Na polecenie chemika Anglik złapał za jeden z nich i zamiast książki, poczuł podłużny, szklany przedmiot.

– Przy kontakcie z powietrzem wybuchnie. Nie upuść go! – krzyknął Hahn.

Przerażony historyk ze słoikiem w ręku spojrzał na Niemca.

– Dlaczego to jest ciepłe? – zapytał.

– Jak to dlaczego? Dlatego, że jest radioaktywne.

Irving delikatnie postawił szklane naczynie z uranem na blacie. Wyraźnie uradowany Hahn w tym czasie otworzył szufladę biurka i podał gościowi swoje dzienniki.

Ze wspomnień naukowców wynikało, że fizycy i chemicy w Trzeciej Rzeszy reprezentowali wysoki poziom wiedzy i posiadali rozwinięte badania nad wykorzystaniem technologii atomowej. Władze i armia wykazywały jednakże niewielkie zainteresowanie wykorzystaniem jej w celach wojskowych. Brak entuzjazmu ze strony ministra uzbrojenia Alberta Speera rzutował na sposób postrzegania jej przez Hitlera. Jedyny udokumentowany moment, kiedy dyktator został poinformowany o badaniach nad atomem, to czerwiec 1942 roku. Dwa lata później w rozmowie z rumuńskim przywódcą Antonescu dyktator wspominał o nowej, potężnej technologii wybuchowej, która wciąż znajdowała się w fazie eksperymentalnej. Większość badaczy zajmujących się tą tematyką była Żydami i zaraz po dojściu nazistów do władzy opuściła Niemcy (np. Einstein), a sam wódz fizykę jądrową nazywał „żydowską nauką”.

W 1981 roku Irving zaproszony został na uroczyste otwarcie muzeum w Haigerloch, w którym w czasie wojny znajdował się eksperymentalny reaktor. Dostarczył tam unikatowych zdjęć, które zgromadził w czasie pracy nad książką. Dwadzieścia lat później władze niemieckie zadbały, aby jego nazwisko zostało na stałe usunięte z wystawy i papierowych broszur.

Wraz z kolejną książką wydaną w 1967 roku Irving po raz pierwszy zajął się polskim wątkiem w historii drugiej wojny światowej. Tematyką była tragiczna i zagadkowa śmierć polskiego premiera na uchodźstwie Władysława Sikorskiego w lipcu 1943 roku. Do zajęcia się tym tematem nakłonił go kontrowersyjny niemiecki pisarz sztuk teatralnych Rolf Hochhuth, którego poznał w styczniu 1965 roku w Hamburgu.

O pisarzu wcześniej było głośno za sprawą przedstawienia oskarżającego Papieża Piusa XII o bierność w sprawie Holokaustu. W swojej sztuce „Żołnierze” z 1967 roku wprost oskarżył premiera Winstona Churchilla o zlecenie brytyjskim służbom zamordowanie polskiego premiera w Gibraltarze. W sprawę zamieszany miał być czeski pilot samolotu Eduard Prchal, który jako jedyny przeżył katastrofę. Do dziś niejasne pozostaje, dlaczego w chwili wyłowienia z wody Prchal miał na sobie napompowaną kamizelkę ratunkową. Nigdy bowiem wcześniej nie zakładał jej w czasie lotów. Była zbyt gruba i krępowała ruchy w kokpicie Liberatora. W czasie kiedy sztuka Hochhutha miała zostać wystawiona na deskach londyńskich teatrów, Prchal wytoczył mu proces o zniesławienie. Sąd nakazał Niemcowi wypłatę 50 tysięcy funtów, których ten nie zapłacił i nigdy już nie wrócił do Anglii.

Być może wyrok na znanym dramatopisarzu spowodował, że w książce „Accident. The Death of General Sikorski” („Wypadek. Śmierć Generała Sikorskiego”) Irving wykazał się dużą ostrożnością. Nie napisał wprost, że za śmierć Polaka odpowiada Churchill. Raczej delikatnie to sugerował.

– Rzeczywiście, zostawiłem sprawę otwartą – mówił potem w kanadyjskim sądzie na procesie negacjonisty Holokaustu Ernsta Zündela – ale czytelnik czuł się zachęcony, aby wyciągnąć taki wniosek. Już sam tytuł (słowo „wypadek”, a nie „zamach”) wskazuje, że jego wydawnictwo obawiało się procesu.

W lutym 1969 roku historyk wezwał ówczesnego premiera Harolda Wilsona do wznowienia śledztwa. Doradcy szefa rządu odradzili mu jednak ten krok z uwagi na groźbę ujawnienia wcześniejszych zaniedbań z pierwszego dochodzenia w 1943 roku. Irving twierdził potem, że w sprawę zaangażowała się rodzina Churchilla. Potomkowie byłego premiera mieli wynająć prawników w celu zniszczenia jego reputacji. Rzekomo zapłacili też amerykańskiemu aktorowi i pisarzowi Carlosowi Thompsonowi za napisanie książki „The Assassination of Winston Churchill”. Thompson przekonywał w niej, że oskarżenia Hochhuth i Irvinga są bezpodstawne, a główną ich motywacją jest próba oczernienia słynnego przywódcy z czasów drugiej wojny światowej.

Aby bronić swoich racji, historyk dwukrotnie wystąpił w słynnym telewizyjnym programie znanego dziennikarza i prezentera Davida Frosta. Jednym z zaproszonych do dyskusji gości okazał się czeski pilot Prchal, który w trakcie powstawania książki niechętnie udzielił mu wywiadu. Tym razem Irving postanowił wykorzystać sytuację. Zaproponował prowadzącemu, aby pilot zademonstrował na oczach widzów proces prawidłowego zakładania kamizelki ratunkowej. On tymczasem miał odmierzać sekundy stoperem. Chciał udowodnić, że Czech nie miałby czasu na wdzianie jej w kabinie tuż przed katastrofą. Wobec tego musiał mieć ją na sobie jeszcze przed startem Liberatora w Gibraltarze, czemu ten kategorycznie zaprzeczał. Frost i producent programu nie zgodzili się jednak na niecodzienną demonstrację.

Mimo towarzyszącemu książce rozgłosowi okazała się ona finansową porażką. W 1986 roku Irving wspominał, że sprzedał niecały tysiąc egzemplarzy. Była ona pierwszą publikacją w całości poświęconą zdarzeniom fatalnego dnia 4 lipca 1943 roku. Siłą rzeczy musi ona przypaść do gustu polskim czytelnikom. Irving ukazał w niej Sikorskiego w niezwykle pozytywnym świetle. Samych Polaków przedstawił jako walecznych patriotów, otoczonych przez totalitarne monstra i fałszywych przyjaciół. W późniejszych jego publikacjach oprócz podziwu oferuje on nam również wiele przytyków, ale o tym w przedostatnim rozdziale niniejszej książki.

Rozdział 3. Swojak w kręgu nazistów

W 1965 roku Irving rozpoczął zbieranie materiałów do planowanej biografii Hitlera. W tym samym czasie Kimber zaproponował mu 200 funtów za przetłumaczenie wspomnień Wilhelma Keitla z niemieckiego na angielski. Keitel był jednym z najbliższych generałów wodza Trzeciej Rzeszy. W listopadzie 1946 został skazany na śmierć i powieszony po procesie zbrodniarzy wojennych w Norymberdze. Wcześniej w więziennej celi zdążył spisać swoje reminiscencje. Irvingowi w tamtym czasie na świat przyszły dwie córki. Potrzebował zatem pieniędzy, więc chętnie skorzystał z oferty. Wykorzystał dostępny już na rynku tekst w języku niemieckim. Przed publikacją Kimber zauważył, że w tekście brakuje części oryginalnych wspomnień generała. Autor podjął się zatem odnalezienia oryginalnego maszynopisu. Skontaktował się z niemieckim wydawcą, który potwierdził, że część z materiału została świadomie pominięta jako politycznie niepoprawna. Dotyczyło to głównie fragmentów dotyczących bitwy o Anglię w 1940 roku. Brytyjczycy są teraz naszymi przyjaciółmi – miał tłumaczyć mu Niemiec.

Irvingowi udało się namierzyć potomków Keitla i odwiedził ich w domu niedaleko Kolonii. Kiedy syn generała dowiedział się, że jego gość jest słynnym autorem książki o bombardowaniu Drezna, bez wahania przekazał mu kompletny rękopis ojca, jego dziennik i prywatne listy pisane z Norymbergii. W czasie wizyty z sekretnego schowka wyciągnął platynowo-złotą, pokrytą drogocennymi kamieniami buławę marszałkowską ojca. Ukrywał ją przed władzami z obawy przed konfiskatą i pokazywał tylko wybrańcom. Irving był zaskoczony. Nie spodziewał się, że Niemiec obdarzy go aż takim zaufaniem. Mało tego, młody Keitel zapytał go, czy nie zachciałby poznać Ottona Günschego, który mieszkał na tej samej ulicy.

Od 1943 roku Günsche był osobistym adiutantem Hitlera i towarzyszył mu wiernie aż do końca jego życia. To on spalił ciało Führera i Evy Braun po ich samobójczej śmierci w berlińskim bunkrze. Po wojnie Sowieci wywieźli go na Syberię, podobnie jak wielu bliskich współpracowników Hitlera schwytanych w ich strefie okupacyjnej. Spędził tam 10 lat życia, gdzie na polecenie Stalina napisał mu biografię wodza Trzeciej Rzeszy.

Irving nie dał się prosić. Po kilku minutach obaj zapukali do drzwi byłego nazisty.

– Otto, to jest David Irving, który napisał książkę o Dreźnie – przedstawił go Keitel.

Günsche zaprosił go do środka i udzielił mu szeregu wywiadów. Skontaktował go też z innymi żyjącymi jeszcze nazistami.

Historyk uzupełnił tłumaczenie wspomnień generała o brakujące części i ponownie przekazał maszynopis w ręce wydawcy. W zamian otrzymał czek nie na 200, a 69 funtów. Była to kara za opóźnienie związane z uzupełnianiem tekstu. Skromna zapłata za trzy miesiące pracy tylko rozdrażniła Irvinga. Natychmiast zerwał kontrakt z Kimberem, wcześniej jednak zabierając z jego biura maszynopis swojej najnowszego dzieła.

Mimo że chwilowo pozostał bez wydawcy, nie mógł narzekać. Książka o Dreźnie otworzyła mu drzwi do najbliższego grona Hitlera. Skupiało ono byłych oficerów, adiutantów, sekretarki, ochroniarzy i szoferów, którzy służyli mu czy to w Kancelarii Rzeszy, czy to Wilczym Szańcu, czy w Berghofie. Po wojnie spotykali się na zamkniętych przyjęciach i spotkaniach przy herbatce. Śpiewali stare partyjne piosenki, wspominali lata i oczywiście „Szefa” – jak zwykli nazywać dyktatora. Była to niezwykle zamknięta grupa. Dotychczas nie dopuszczali nikogo z zewnątrz, tym bardziej przedstawicieli zwycięskich państw. Zresztą, prawie nikt nie zwracał się z do nich z prośbą o wywiad.

W ciągu następnych lat Irving jako pierwszy historyk przeprowadził rozmowy z wieloma nazistami. Skrzętnie notował i nagrywał ich słowa, zbierając materiał do swojego najważniejszego dzieła – wojennej biografii Hitlera. Zanim jednak ta ukazała się na rynku, autor wydał książkę „Destruction of Convoy PQ.17” nakładem nowego wydawcy Casell and Company. Opisywała ona losy amerykańsko-brytyjskiego konwoju arktycznego z pomocą dla Związku Sowieckiego.