Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Miażdżąca, ale pełna życia opowieść z samego środka wojny w Ukrainie. O zwierzętach i o ludziach.
Jak na wojnie przeciwko wszystkiemu, co żyje, można ocalić człowieczeństwo?
Nowa książka Wojciecha Tochmana, jednego z najwybitniejszych polskich reporterów i autorów literatury faktu, opowiada o ludziach, którzy z narażeniem życia ratują zwierzęta podczas wojny. Autor regularnie jeździ do Ukrainy, ewakuuje z frontu opuszczone psy i koty, ale w reportażu nie podkreśla swojej obecności. Jego dokument mówi o żałobie, cierpieniu i ekobójstwie. Ale również o odwadze, o miłości do życia, o więzi człowieka i zwierzęcia.
„Nie mogłam ocalić męża, mogłam ocalić życie stamtąd, gdzie zginął” – mówi autorowi jedna z jego bohaterek. Książka Tochmana głęboko porusza, ale unika czułostkowości. Nie ocenia, nie moralizuje, nie szantażuje. Skłania do refleksji, stawia pytania. Gdzie leży granica między empatią a śmiertelnym ryzykiem? Między rozsądkiem a szaleństwem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 177
Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ
Korekta: DANUTA SABAŁA, ANETA TKACZYK, JOANNA ZABOROWSKA
Ilustracja na okładce: SIMONE EISENBEISS
Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Wojciech Tochman © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09360-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Arka w Charkowie
Z początku ruscy próbowali wielkie miasto zajść od Piatychatek. To północne osiedle pod dużym lasem. W lesie – granica. Przed lasem – schronisko. I polski cmentarz. Nad grobami opiekunowie zwierząt postawili, nie do końca legalnie, figurę Matki Boskiej z inskrypcją: „Wybaczcie nam, bracia Polacy, że milczeliśmy, kiedy was rozstrzeliwali na naszej ziemi”. Od schroniska będzie trzysta metrów, nie więcej. Prowadziła je organizacja, którą wszyscy tu znają i nazywają jednym słowem: Poratunek. W skrócie ARK, brzmi jak arka, ale to po angielsku – Animal Rescue Kharkiv. Schronisko, jakich wiele, nieduże, ludzie podrzucali tu niechciane zwierzęta, przynosili znalezione. Stąd jeszcze przed dużą wojną ruszały w miasto pierwsze patrole. Wolontariusze ratowali zwierzęta potrącone przez samochody, psy uwięzione w studniach, koty na drzewach. W roku poprzedzającym dużą wojnę – trzysta ocalonych stworzeń. Ruscy ostrzelali schronisko na początku marca. Zabili siedem psów.
Rozdzwoniły się telefony. Błagania ludzi z całego miasta: już wyjechaliśmy, człowiek myślał, że na chwilę, dotarliśmy aż do Lwowa, nie wracamy, a pies w mieszkaniu sam został, koty zamknięte, wybijcie okno, rozwalcie drzwi.
W mieście nic nie działało. Ani komunikacja, ani sklepy. Weterynarze zamykali kliniki, została jedna, na którą ARK i tak nie miałby pieniędzy. W schronisku zabrakło wody. Ratownicy topili śnieg. Zwierzęta miały co pić i co jeść. Jacyś ludzie ryzykowali życie i przynosili karmę. Całe schronisko ryzykowało dla zwierząt. Bo znalazło się w strefie śmierci. Wojsko zaleciło ewakuację. Ogłoszono ją na socialach, znowu przyszli jacyś ludzie, znowu się narażali, dołączyła brytyjska organizacja, pomogli wywieźć trzysta stworzeń. Aż do Rumunii, na Węgry, na Litwę.
Ludzie uciekali. Na zachód, byle dalej na zachód. I stamtąd dzwonili do Poratunku (numer 0954788878), że są z Charkowa, że już pod polską granicą, a pies został, a kot... Ludzie czekali na swoje zwierzęta i z pomocą ratowników je odzyskiwali. Bo ratownicy tłukli szyby w oknach, w drzwiach rozwalali zamki, a jeśli drzwi nie chciały ustąpić, w ścianie obok wykuwali dziurę. Czasem, kiedy trzeba było jechać po mocniejsze narzędzia, najpierw wybijali judasz w drzwiach i tamtędy wlewali wodę, wrzucali suchą karmę. Czasem nie było już niczego: ani ścian, ani okien, tylko ogień i dym. A zwierzęta bez szwanku. Bywało jeszcze inaczej: starszy pan z kotem nie chciał wyjechać, ratownicy przekonywali, że tu czeka go śmierć, namawiali, tak, z kotem pana zabierzemy, pan codziennie odmawiał, aż w jego mieszkanie któregoś marcowego dnia uderzyła rakieta. I koniec opowieści.
Psy, koty, rybki, dwa oswojone wilki, konie, kury. Każde życie ma znaczenie. Ktoś jechał na zachód, zabrał dwa psy albo trzy koty i dowiózł je do ludzkiej rodziny. Albo do adopcji, bo właściciele uznali, że dalsza tułaczka z psem będzie dla nich za trudna: uratujcie i zostawcie u siebie. Ilu zwierząt ratownicy nie ocalili? Ile umarło w zamknięciu, bo ich ludzie nie zadzwonili po ratunek? Nie wiadomo. Wiemy, że wiosną tamtego roku wielki Charków, półtora miliona mieszkańców, był pusty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
