Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Każda władza deprawuje.
Władza absolutna deprawuje absolutnie.
Lord Acton
Zawodowy włamywacz Luther Whitney w trakcie realizacji zlecenia w luksusowej rezydencji zostaje uwięziony za lustrem weneckim. To, co zobaczył, niszczy jego wiarę nie tylko w sprawiedliwość, ale we wszystko, co dla niego cenne.
Akcja tego fascynującego thrillera, przeniesionego na ekran przez Clinta Eastwooda, toczy się w Waszyngtonie. Powieść obnaża niewyobrażalne nadużycie władzy i spisek kryminalny: brutalne morderstwo z udziałem prezydenta USA oraz próbę zatuszowania sprawy, zorganizowaną przez jego fanatycznie lojalnego szefa personelu i Secret Service. Jednak, o czym prezydent i jego poplecznicy nie wiedzą, pewien niepozorny świadek widział wszystko…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 588
Data ważności licencji: 5/9/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Absolute Power
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Redaktor inicjujący: Arkadiusz Nakoniecznik
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Jacek Ring
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza
© 1996 by Columbus Rose, Ltd.
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Michał Madaliński
ISBN 978-83-287-4198-0
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Lekko trzymał kierownicę, a auto, bez świateł, toczyło się chwilę i zatrzymało. Kilka ostatnich ziaren żwiru zgrzytnęło pod bieżnikiem opony i w końcu otuliła go cisza. Przez chwilę przyzwyczajał się do otoczenia, po czym wyciągnął zużytą, lecz wciąż sprawną lornetkę. Obraz domu powoli się wyostrzył. Pewny siebie, usadowił się w fotelu wygodniej. Mięśnie jego szczupłego ciała były twarde jak zawsze. Nieduży worek żeglarski leżał na przednim siedzeniu. Wnętrze samochodu było ciemne, ale czyste.
Samochód został skradziony, nikt się nie domyśli skąd.
Dwie miniaturowe palemki zwisały pod lusterkiem wstecznym. Spojrzał na nie i uśmiechnął się niewesoło. Wkrótce sam znajdzie się pod palmami. Spokojna, błękitna, przejrzysta woda, przymglone zachody słońca w kolorze łososiowatym i takie same wschody. Musi ruszać. Już czas. Mówił to sobie przy wielu okazjach, tym razem był tego pewien.
Jako sześćdziesięciosześciolatek Luther Whitney mógł spokojnie korzystać ze swojej emerytury, a w jego kieszeni spoczywała legitymacja AARP – Amerykańskiego Stowarzyszenia Emerytów. W tym wieku większość mężczyzn przekwalifikowuje się na dziadków, półetatowych wychowawców dzieci swoich dzieci, wyleguje się na kanapach, dając odpoczynek znużonym członkom, i przestaje rujnować sobie układ krążenia stresami życia.
Luther nigdy w życiu się nie przekwalifikowywał. Jego zawód polegał na włamywaniu się do domów innych ludzi albo firm, zazwyczaj w nocy, tak jak teraz, i wynoszeniu z nich wszystkiego, co dało się bez większych kłopotów zabrać. Taka decyzja życiowa, rzecz jasna, miała swoją cenę.
Wprawdzie Whitney niewątpliwie był na bakier z prawem, ale nigdy nie pociągnął za spust ani nikogo nie pchnął nożem – czy to ze złości, czy ze strachu – jeśli nie liczyć pewnej wyjątkowej, w najwyższym stopniu kłopotliwej wojny, która niegdyś toczyła się na Półwyspie Koreańskim. A jedyne w życiu ciosy zadał w barach, i to tylko w samoobronie, gdy w głowach zanadto szumiało. Przestępstwa przeciwko mieniu nie przestają być, co prawda, przestępstwami, lecz mienie można odkupić. W ogólnym rozrachunku jedynymi poszkodowanymi były towarzystwa ubezpieczeniowe, a kogo tak naprawdę one obchodzą?
A wśród klienteli, u której się zaopatrywał, nie było takich, którym byłoby przykro. Nikt z powodu jego nocnej wizyty nie odwołał obecności na bankiecie ani nie odmówił sobie kupna u projektanta mody sukni za dziesięć tysięcy dolarów czy też luksusowego samochodu. Zabierał tylko tym, których było na to stać. Uważał, że niczym nie różni się od licznej armii tych speców, którzy nieustannie naciągają bogaczy w inny sposób – przekonując ich do kupowania rzeczy zupełnie niepotrzebnych. Ci ludzie po prostu wyciągają pieniądze, nic w zamian nie dając. Tyle że Luter nigdy nie próbował udawać, że nie zajmuje się grabieżą. Stawiał sprawę jasno.
Ładnych parę lat spośród tych ponad sześćdziesięciu spędził w rozmaitych instytucjach resocjalizacyjnych, zwykłych i o zaostrzonym rygorze, rozsianych po Wschodnim Wybrzeżu. W czasach gdy odsiadywał wyroki, nazywano je po prostu zakładami karnymi. W ciągu ostatnich dwudziestu lat więzienia przekształciły się z miejsc odbywania kary w instytucje, których zadaniem jest zmusić morderców, gwałcicieli i innych wykolejeńców do niejakiej poprawy, zanim odeśle się ich z powrotem na łono społeczeństwa. Ostatnio jednak liberalne tendencje znalazły się w odwrocie i surowe ustawy karne oraz nowe więzienia zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu.
Miał na swym koncie trzy wyroki za ciężkie przestępstwa w trzech stanach. To uniemożliwiło mu powrót do normalnego społeczeństwa, nawet gdyby tego chciał. I tak miał szczęście. Sprawował się zawsze wzorowo i nigdy nie odsiedział pełnego wyroku. Mimo to lata odsiadki wycięły mu spory kawał z życiorysu. Ważny kawał, teraz zdawał sobie z tego jasno sprawę. Ale nic na to nie poradzi.
Miał wielką nadzieję, że czwarty raz nie pójdzie siedzieć. Wyszlifował swoje umiejętności do tego stopnia, że były to nadzieje uzasadnione. Nie była to tylko sprawa ambicji profesjonalisty. Znał konsekwencje ewentualnej wpadki – murowane dwadzieścia lat. A opuszczanie więzienia po osiemdziesiątce nie wydawało mu się zabawne, nawet gdyby pociągnął tak długo. Dla niego dwadzieścia lat to wyrok śmierci. Równie dobrze mógłby dostać czapę, co jest praktykowane w stanie Wirginia wobec szczególnie niepoprawnych jednostek. Obywatele tego wielce zasłużonego w historii stanu byli na ogół ludźmi bogobojnymi, a religijny fundamentalizm w połączeniu z zasadą „oko za oko” doprowadziły do utrzymania kary śmierci. Wymiarowi sprawiedliwości Wirginii udało się wysłać do celi śmierci więcej przestępców niż gdziekolwiek indziej w Ameryce, oprócz dwóch stanów. Liderzy w tej konkurencji, Teksas i Floryda, byli także spadkobiercami moralnych tradycji Południa. Ale przecież jemu, zwykłemu włamywaczowi, nic takiego nie grozi; nawet zacni Wirginijczycy tak daleko by się nie posunęli.
Whitney nie lękał się stanąć twarzą w twarz z Bogiem, który zapewne wyda na niego wyrok znacznie surowszy niż wszystko, cokolwiek mogliby tu wymyślić jego ziemscy wyznawcy. Założywszy więc, że jego życie pozagrobowe będzie z pewnością dalekie od sielanki, miał szczególnie na względzie dalszy ciąg swojego żywota doczesnego. Wieloletnia odsiadka nie wchodziła w rachubę. Wiedział, co ryzykuje, nie mógł jednak oderwać wzroku od tego domu, który zasługiwał raczej na miano rezydencji. Był nim pochłonięty od kilku miesięcy. Dziś nadejdzie spełnienie tej fascynacji.
„The Coppers”.
Wille w tej okolicy leżały na posesjach tak rozległych i były tak luksusowe, że miały prawo do własnych nazw. Whitney nie przeoczył ironicznej wymowy nazwy celu swojego dzisiejszego skoku1.
Middleton, stan Wirginia. Trzy kwadranse jazdy żwirówką na zachód z Waszyngtonu. Okolica wielkich posiadłości, gdzie Jaguar nie wzbudza zainteresowania, a konie są tak drogie, że za cenę każdego z nich można by żywić przez rok mieszkańców całej kamienicy w centrum miasta. Okolica, gdzie ludzie mają wolnego czasu więcej niż czegokolwiek innego z wyjątkiem pieniędzy.
Sam się sobie dziwił, że właściwie nie zazdrościł tym ludziom. Uczucie tego rodzaju nie majaczyło nawet na horyzoncie, gdy myślał o swych zamożniejszych bliźnich. Przecież niemal od urodzenia cieszył się umiejętnością, która pozwalała mu dyskretnie pozbawiać ich najcenniejszych dóbr. W szkole średniej z zapałem uprawiał sport, zwłaszcza lekką atletykę i futbol amerykański. To zacięcie nie opuszczało go przez całe życie. Zmieniła się jedynie dyscyplina, którą uprawiał.
Nic w życiu nie mogło się równać z tym wyrzutem adrenaliny do krwi, który towarzyszył każdemu skokowi. Tak właśnie musi czuć się odbijający, kiedy nonszalanckim truchtem obiega bazy, bez pośpiechu, wiedząc, że świeżo otarta skórzana piłka wylądowała gdzieś daleko, na ulicy. Tłumy ma u stóp, wlepione w siebie pięćdziesiąt tysięcy par oczu, powietrze całego świata jakby wessane w jedną przestrzeń, a potem gwałtowny zamach pałki, którą dzierży jeden człowiek.
To właśnie przyciągało Luthera, to zmuszało go do obserwacji przez lornetkę miejsca, gdzie znajdzie potencjalny łup. Mimo ryzyka, mimo siódmego krzyżyka na karku i mimo szkód, jakie wyrządził swojej rodzinie. Żona rozwiodła się z nim dawno temu, zresztą teraz już nie żyła. Córka gardziła nim. Została prokuratorem głównie po to, żeby takich ludzi jak on wsadzać za kratki; żeby wypchnąć go ze swojego życia na dobre. Nie sądził, by zasługiwał na coś lepszego.
Metodycznie lustrował teren. Wzrok miał nadal bez zarzutu. Wiedział o tym. Nawet w nocy mógł na nim polegać, jak niegdyś. Od czasu do czasu mrugnął do niego robaczek świętojański. Poza tym żywego ducha. Nasłuchiwał przez chwilę muzyki cykad, ale wkrótce przestał na nią zwracać uwagę. Była wszechobecna.
Wiejska okolica oznaczała też uprawy rolne. Łan zboża o ciężkich kłosach w rześkim jesiennym chłodzie powinien dawno już zostać zżęty przez minikombajn prowadzony przez miejscowego ogrodnika, który pewnie nie mówi słowa po angielsku. Luther zmówił bezgłośnie modlitwę dziękczynną, bo właściciel „The Coppers”, choć przejął się rolą właściciela ziemskiego i swoją ziemię uprawiał, najwidoczniej nie potrzebował jej plonów – co teraz pozwalało Lutherowi przedostać się niezauważenie do samego celu.
Ruszył jeszcze kawałeczek i tyłem wjechał w boczną drogę gruntową, która kończyła się w kępie gęstych drzew. Stalowoszare włosy przykrył czarną narciarką, ogorzałą twarz zasmarował już przedtem czarnym kremem maskującym. Wyglądał jak komandos, którym niegdyś był. W dwie minuty dotarł do skraju pola i zniknął w gęstwinie.
Na szczęście ziemia nie była pokryta zeschłymi źdźbłami, więc jego tenisówki nie wydawały najlżejszego odgłosu. Ważna sprawa, bo każdy dźwięk niósł się tu daleko. Patrzył prosto przed siebie, a stopy, wytrenowane przez dziesięciolecia, same wyszukiwały sobie drogę w wąskich bruzdach, wyczuwając nierówności gruntu. Noc była chłodna, zwłaszcza jeśli przypomnieć sobie tępy żar minionego lata, kolejnego upalnego „lata stulecia”, ale nie na tyle chłodna, żeby oddech zamieniał się w małe obłoczki pary, które mogłyby zostać zauważone z oddali przez kogoś ciekawskiego lub cierpiącego na bezsenność.
W ciągu ostatniego miesiąca przećwiczył tę operację wielokrotnie, zawsze zatrzymując się na skraju pola, przed wejściem na miedzę. Każdy szczegół został setki razy przepracowany w głowie, aż precyzyjny scenariusz każdego ruchu, oczekiwania, znów ruchu wrył mu się głęboko w pamięć.
Nauczył się, lata go tego nauczyły, że to właśnie przygotowanie operacji jest sprawą kluczową. Jeśli umiejętnie przewidzi się każdą ewentualność i zaplanuje stosowną reakcję – sukces w życiu ma się w kieszeni, czy jest się przestępcą, czy kimkolwiek innym. Ostatnie cztery skoki poszły jak z płatka, jak operacje na zautomatyzowanej taśmie produkcyjnej, gdzie każdy element trafia precyzyjnie na właściwe miejsce we właściwym czasie.
Dziś przerwie się to pasmo sukcesów, i to z takim impetem, że Luther zapomni o wszystkich swoich udanych skokach.
Przykucnął na skraju frontowego trawnika i jeszcze raz rozejrzał się uważnie; żadnego powodu do pośpiechu. Psów nie ma, to dobrze, jeden kłopot mniej. Człowiek, choćby nie wiem jak młody i sprawny, po prostu nie prześcignie psa. Ale to głównie hałas, który robią, przyprawia o zimny pot takich ludzi jak Luther. Żadnego alarmu zewnętrznego, za to wkrótce będzie miał do czynienia z niezwykle wyszukaną instalacją wewnętrzną, na której rozbrojenie będzie miał trzydzieści trzy sekundy, zakładając, że dziesięć sekund zajmie mu usunięcie płytki zakrywającej centralkę sterującą.
Gęste krzewy ocieniały klinkierowy chodnik, sytuacja wymarzona dla włamywacza. Sprawdził po kolei okna domu, wszystkie ciemne, wszystkie ciche. Żadnych fotokomórek. Dwa dni temu obserwował samochód z przyczepą kempingową, który wywiózł gospodarzy na południe. Wiedział dobrze, dokąd się udała rodzina i służba. Najbliższa posiadłość odległa była dobrą milę. Żadnych świadków.
Wziął głęboki wdech, czuł, jak adrenalina pompuje mu energię do żył. Zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach, ale brutalna prawda jest taka, że nie da się wziąć pod uwagę wszystkiego.
Chwycił taśmy plecaka i pomknął długimi, płynnymi susami przez trawnik. Nie minęło dziesięć sekund i stał przed solidnymi drewnianymi drzwiami frontowymi, których sforsowanie nie stanowiło żadnego problemu.
Wyciągnął z kieszeni kurtki kopię klucza i wsunął do dziurki, ale nie do końca.
Nasłuchiwał jeszcze parę sekund. Nic, tak jak się spodziewał. Zsunął z ramion plecak i zmienił buty, żeby nie zostawić śladów błota. Przygotował automatyczny śrubokręt na baterię – pozwoli mu dziesięć razy szybciej odsłonić obwody elektroniczne, które musi wprowadzić w błąd, niż zdołałby zrobić ręcznym wkrętakiem.
Następny element wyposażenia, który został ostrożnie wyciągnięty z plecaka, ważył dokładnie sześć uncji, był tylko nieco większy niż kieszonkowy kalkulator i – obok własnej córki – był najlepszą rzeczą, jaką miał w życiu. „Cwaniak”, bo tak zwał go właściciel, towarzyszył Lutherowi w jego trzech ostatnich skokach i nie zawiódł. Luther tak go polubił, że zaczął dobierać cele skoków pod kątem wykorzystania tego urządzenia.
Pięć cyfr, które składały się na hasło domowej instalacji alarmowej, Luther poznał wcześniej i wprowadził do pamięci komputera. Nie znał jeszcze ich właściwej kombinacji, lecz ta przeszkoda już wkrótce zostanie usunięta przez małego towarzysza z kością układu scalonego w środku, a przynajmniej powinna zostać usunięta, jeśli chce uniknąć dziurawiącego bębenki wycia, które natychmiast wydobędzie się z czterech syren umiejscowionych na czterech narożnikach tej liczącej dziesięć tysięcy stóp kwadratowych fortecy, do której się właśnie wdzierał. Dodatkowa atrakcja, jaką zapewnia ten bezimienny stróż, z którym za chwilę się zmierzy, to automatyczne powiadomienie policji przez telefon.
Przypiął „cwaniaka” do paska, tak by wisiał bezpiecznie z boku, i wetknął klucz głębiej w dziurkę. Wszedł bez trudu, a Luther przygotował się na następny dźwięk, który usłyszy – ciche pikanie instalacji, ostrzegające intruza przed nieuchronnym losem, jeśli właściwe hasło nie zostanie wprowadzone przed upływem oznaczonego czasu i ani milisekundy później.
Włożył plastikowe rękawiczki, wzmocnione dodatkową warstwą na czubkach palców i po wewnętrznej stronie dłoni. Nie miał zwyczaju zostawiać po sobie żadnych śladów. Odetchnął głęboko, przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. Przenikliwe pikanie alarmu odezwało się natychmiast. Wślizgnął się do ogromnego holu i stanął przed tablicą centralki instalacji alarmowej.
Elektryczny śrubokręt ruszył bezszmerowo. Sześć metalowych wkrętów spadło Lutherowi na dłoń i wylądowało bezpiecznie w pojemniku przy pasku. Cieniutkie przewody wystające z „cwaniaka” połyskiwały w smudze księżycowego blasku, która sączyła się przez okienko przy drzwiach. Luther precyzyjnymi ruchami chirurga, manipulującego w otwartej klatce piersiowej, odnalazł właściwe miejsce, przyczepił zaciski przewodów i włączył zasilanie swojego urządzenia.
Z drugiej strony holu wypatrzyło go szkarłatne oko detektora podczerwieni. Czekało cierpliwie, aż mózg instalacji alarmowej uzna intruza za swojego (albo obcego).
Bursztynowożółte cyfry zmieniały się na ekranie „cwaniaka” szybciej, niż mogło je uchwycić oko; natomiast sekundy, które pozostały jeszcze do dyspozycji, migały w prawym górnym rogu.
Minęło pięć sekund, na ekraniku „cwaniaka” pojawiły się liczby 5, 13, 9, 3, 11 i zamarły.
Pisk ucichł, czerwone światełko znikło, zastąpione przez przyjazną zieleń. Luther zabrał się do roboty. Odczepił przewody, przykręcił płytkę, spakował sprzęt i starannie zamknął drzwi frontowe.
Sypialnia mieściła się na drugim piętrze, dokąd można było dostać się windą z głównego holu po prawej stronie, ale Luther wybrał schody. Im mniej jest zależny od przedmiotów martwych, nad którymi nie ma całkowitej kontroli, tym lepiej. Nie uśmiechało mu się ugrzęźnięcie w windzie na parę tygodni.
Spojrzał na detektor ruchu umiejscowiony na suficie, jego obiektyw teraz już się uspokoił.
Drzwi sypialni nie były zamknięte na klucz. Kilka sekund poświęcił na rozejrzenie się w świetle ślepej latarki. Obok drzwi druga tabliczka sterowania systemu jarzyła się zielonymi diodami, które rozpraszały ciemności.
Dom został zbudowany mniej niż pięć lat temu. Luther sprawdził to w wydziale ksiąg wieczystych sądu, a nawet udało mu się zdobyć dostęp do jego planów w miejscowym urzędzie nadzoru budowlanego, bo ze względu na rozmiary potrzebne było specjalne pozwolenie na budowę ze strony władz lokalnych, tak jakby one kiedykolwiek bogaczowi czegoś zabraniały.
W planach nie znalazł nic nadzwyczajnego. Duży, solidny dom, wart bez wątpienia swojej wielomilionowej ceny, zapłaconej przez właściciela gotówką.
Luther odwiedził już raz ten dom, w biały dzień, kiedy roiło się tu od ludzi. Był w tym samym pokoju i zobaczył wszystko, co chciał. I dlatego właśnie wrócił tu dzisiaj.
Na szafce nocnej, obok wielkiego łoża z baldachimem stał mały srebrny zegar, leżał najnowszy romans i staroświecki srebrny nóż do papieru z grubą skórzaną rączką.
Wszystko w tym pokoju było duże i drogie. Trzy wielkie szafy, każda z nich wielkości salonu w domu Luthera. W dwóch znajdowała się damska odzież, obuwie, torebki i wszelkie kobiece akcesoria, jakie tylko można sobie wyobrazić. Luther rzucił okiem na oprawne w ramki zdjęcia na szafce nocnej i skrzywił się, widząc dwudziestoletnią „małą kobietkę” u boku siedemdziesięcioparoletniego męża.
Jest wiele rodzajów loterii na świecie i nie wszystkie obejmuje monopol państwowy.
Niektóre fotografie ukazywały wdzięki pani domu z najdalej posuniętą otwartością (z pewnością służące uwielbiały sprzątać ten pokój). Rzut oka do szafy ujawnił, że miała tendencję do ubierania się jak zwykła dziwka.
Spojrzał na olbrzymie lustro i badawczo obejrzał jego ozdobną, rzeźbioną ramę. Solidna, artystyczna robota. Cenił takie rzemiosło. Następnie cofnął się i zbadał wzrokiem ściany wokół lustra. Było wbudowane bezpośrednio w ścianę, przynajmniej na to wyglądało, ale Luther wiedział, że we wgłębieniach sześć cali od góry i od dołu starannie ukryto zawiasy. Pójdzie łatwo, jeśli nie ma tu oddzielnej instalacji alarmowej. Luther nauczył się nigdy nie liczyć na to, że coś pójdzie łatwo. Jego podręczny generator pary potrzebował chwili, żeby się rozgrzać. Wkrótce obłoczek pary zaczął unosić się wokół lustra, zamazując odbicie Luthera, który w ten sposób badał, czy w kłębach pary nie błyśnie czerwona kreska promienia z czujnika. Nie ma nic. Właścicielowi pewnie wydawało się, że główna instalacja alarmowa wystarczy: są detektory ruchu, czujniki na szybach i w podłodze – po co podwójne zabezpieczenia? O konieczności podwójnych zabezpieczeń wiedzą w lotnictwie i w wojsku, lecz właściciele prywatnych rezydencji ich nie doceniali. Główna instalacja alarmowa nie powstrzyma prawdziwego fachowca, a kiedy jest już w środku, może poruszać się po domu swobodnie.
Jeszcze raz spojrzał na lustro. Miał do czynienia z takim modelem parę lat temu. Zgarnął wtedy pięćdziesiąt patyków. Po drugiej stronie tego lustra powinno czekać z dziesięć razy tyle.
Z zamknięciem wbudowanym w rzeźbioną ramę mógłby poradzić sobie za pomocą brutalnej siły i łomu, ale takie zabiegi wymagają czasu. I – co ważniejsze – zostawiłyby wyraźny ślad. Mimo że dom miał być pusty przez następnych kilka tygodni, ostrożności nigdy za wiele. Wolał, żeby po jego wyjściu dom wyglądał – przynajmniej na pozór – tak samo, jak przed wizytą. Nawet kiedy wrócą, mogą nie od razu sprawdzić swój skarbiec. Tak czy inaczej, nie musi korzystać z brutalnych metod.
Podszedł szybko do wielkoekranowego telewizora pod ścianą. Ta część sypialni urządzona była na kącik wypoczynkowy. Stały tam dwa fotele obite wzorzystym perkalem i stolik-ława. Leżały na nim trzy piloty. Jeden do telewizora, drugi do wideo i trzeci, który może oszczędzić mu całonocnej pracy. Każdy pilot miał znak firmowy, wszystkie były do siebie podobne, ale prosty eksperyment wykazał, że dwa z nich uruchamiały telewizor i wideo, a jeden – nie. Podszedł do lustra, skierował na nie pilota i nacisnął czerwony guzik. Normalnie oznaczałoby to rozpoczęcie nagrywania na kasecie wideo. Dziś, w tym pokoju, oznaczało, że bank otwiera swoje podwoje dla jedynego, szczęśliwego klienta.
Luther uważnie obserwował, jak drzwi odchylają się bezszelestnie na widocznych teraz, niewymagających smarowania zawiasach. Ze starego nawyku odłożył pilota dokładnie w to samo miejsce. Wyciągnął z plecaka miękką torbę sportową i wszedł do skarbca.
Zdziwił się bardzo, gdy światło latarki padło na wyściełany fotel, stojący pośrodku. Pomieszczenie miało na oko rozmiary sześć na sześć stóp. Na fotelu leżał identyczny pilot, widocznie na wypadek, gdyby ktoś zatrzasnął się w środku przez pomyłkę. Następnie jego spojrzenie powędrowało ku półkom po obu stronach.
Gotówka, ułożona w schludne pliki, poszła na pierwszy ogień. Następnie zawartość podłużnych pudełek, biżuteria – z pewnością niesztuczna. Luther naliczył coś ze dwieście tysięcy w obligacjach i innych papierach wartościowych, dwa pudełeczka starych monet i jeszcze jedno ze znaczkami. Na widok jednego z nich Luther z trudem przełknął ślinę. Zostawił czyste czeki i teczki pełne dokumentów prawniczych, dla niego bezwartościowych. Pobieżny szacunek przekroczył już dwa miliony. Czterokrotnie więcej, niż przewidywał.
Rozejrzał się jeszcze raz, uważając, żeby nie przeoczyć jakiegoś zakamarka. Ściany solidne, muszą być ogniotrwałe, pomyślał, albo przynajmniej tak odporne na ogień, jak to w ogóle możliwe. Pomieszczenie nie jest hermetyczne, powietrze świeże, niezastałe. Można by się tu zamelinować na długo. Temu spostrzeżeniu Luther nie poświęcił tyle uwagi, ile należało.
Limuzyna posuwała się drogą szybko, furgonetka za nią, kierowcy obu pojazdów wykazywali się nie lada umiejętnościami, prowadząc je bez świateł.
W obszernym tylnym przedziale limuzyny siedzieli mężczyzna i dwie kobiety. Jednej z nich brakowało niewiele, żeby określić ją jako zalaną. Usiłowała właśnie rozebrać mężczyznę i siebie jednocześnie, nie bacząc na łagodne i dobroduszne protesty ofiary.
Druga kobieta siedziała naprzeciwko nich z zaciśniętymi ustami i ostentacyjnie starała się ignorować żałosny spektakl, na który składały się głównie pensjonarski chichot i sapanie. W rzeczywistości jednak uważnie obserwowała każdy szczegół zmagań tej pary. Pilnowała rozłożonego na kolanach terminarza, w którym notatki i terminy spotkań walczyły o czas i uwagę siedzącego naprzeciw mężczyzny, a on tymczasem wykorzystywał okazję, że jego towarzyszka zajęła się ściąganiem szpilek, by nalać sobie drinka. Jego tolerancja na alkohol była niewiarygodna. Mógł wypić dwukrotnie więcej, niż wypił dotąd, bez żadnych zewnętrznych oznak – bełkotliwej mowy czy niezbornych ruchów, które zaszkodziłyby człowiekowi na jego stanowisku. To, co działo się w jego wewnętrznej maszynerii, to zupełnie inna historia, ale tego nie mogła wiedzieć.
Musiała go podziwiać, jego obsesje, szaleństwa, umiejętność równoczesnego kreowania własnego wizerunku przepojonego czystością i mocą, normalnością i wielkością. Kochały się w nim wszystkie Amerykanki – młode, stare i w średnim wieku, urzeczone jego klasyczną urodą, niewzruszoną pewnością siebie i tym, co w ich oczach reprezentował. A on odpowiadał na to powszechne uwielbienie namiętnością, która ją zdumiewała.
Niestety namiętność ta nie kierowała się w jej stronę, mimo wysyłanych przez nią dyskretnych sygnałów, dotknięć, które trwały o ułamek sekundy za długo, mimo starań, żeby pokazywać mu się rano, kiedy wyglądała najlepiej, mimo seksualnych aluzji podczas ich narad strategicznych. Jakby była jednym z kumpli. Ale ma jeszcze dużo czasu. A dopóki nie nadejdzie czas – a nadejdzie na pewno – musi być cierpliwa. Nie wiedziała, że jej szef wytrąbił dziś znacznie więcej alkoholu niż zazwyczaj. Gdyby zdawała sobie z tego sprawę, pewnie wyperswadowałaby mu tę kobietę, tę jazdę i to, co miało nastąpić tej nocy. On też miał pewien próg odporności na alkohol, choć ona nie miała pojęcia, co się może stać, kiedy ten próg zostanie przekroczony.
Wyjrzała przez okno. To za długo trwa. Nienawidziła improwizacji. Skrzywiła się z niesmakiem.
Luther usłyszał samochody na podjeździe frontowym. Rzut oka przez okno potwierdził, że się nie przesłyszał. W ułamku sekundy stwierdził, że ma odcięty odwrót, i obmyślił plan dalszej akcji.
Przeskoczył do drugiego okna i zobaczył, jak pojazdy objeżdżają dom, żeby zniknąć na tyłach. Naliczył cztery osoby wysiadające z limuzyny i jedną z furgonetki. Złapał torbę, włączył domową instalację alarmową, błogosławiąc w duchu swoją pamięć do liczb, wślizgnął się do skarbca i ostrożnie zamknął za sobą drzwi, aż zamek zaskoczył. Wcisnął się w najdalszy kąt klitki. Teraz nie pozostawało mu nic innego, jak cierpliwie czekać.
Przeklinał swojego pecha. Wszystko szło jak po maśle! Dwadzieścia lat! Dwadzieścia cholernych lat! Otrząsnął się z ponurych myśli, z wysiłkiem unormował oddech. To jest jak latanie. Im dłużej to robisz, tym większa szansa, że przytrafi ci się coś paskudnego. Trzeba po prostu czekać, co będzie, i mieć nadzieję, że przybysze nie będą nagle potrzebować czegoś z domowego banku, który teraz stanowił jego schronienie.
Usłyszał wybuch śmiechu, potem harmider głosów, równocześnie rozległ się głośny pisk instalacji alarmowej, który zabrzmiał jakby tuż nad jego głową. Najwidoczniej jakieś drobne kłopoty z hasłem. Krople potu pojawiły się na czole Luthera, kiedy wyobraził sobie, że alarm się uruchamia i zwala się tu policja, żeby przeszukać dom „na wszelki wypadek”, i rozpoczyna od jego przytulnego gniazdka.
Nasłuchując, zastanawiał się, jak zareagowałby, gdyby drzwi z lustrem się otworzyły i światło wdarło się do środka. Zaglądają obce twarze, wycelowana broń, ktoś odczytuje mu jego prawa. Niemal się roześmiał. Cholerny szczur w cholernej pułapce. Bez odwrotu. Od trzydziestu lat nie miał papierosa w ustach, lecz teraz rozpaczliwie pragnął się zaciągnąć. Taki wybrał sobie zawód. Może w ogóle nie wejdą na górę. Cicho postawił torbę na podłodze, rozprostował nogi, żeby nie zdrętwiały, i czekał.
Ciężkie kroki na stopniach z litego dębu. Kimkolwiek są, nie zależy im na tym, żeby zachowywać się cicho. To dobrze i źle zarazem. Naliczył cztery, być może pięć osób. Skręcili w lewo i zmierzali w jego kierunku.
Drzwi sypialni otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Luther poszukał w pamięci. Wszystkie swoje rzeczy zabrał, a resztę odłożył na miejsce. Dotykał tylko pilota, odłożył go dokładnie według śladów na kurzu. Zauważyć coś mógłby tylko najwyższej klasy specjalista. Teraz Luther słyszał tylko trzy głosy. Mężczyzna i dwie kobiety. Jedna z kobiet najwyraźniej podpita, druga niezwykle zaaferowana. Po chwili pani Zaaferowana znikła, drzwi trzasnęły, ale nie słyszał dźwięku klucza w zamku. Pani Podpita i mężczyzna zostali sami. Gdzie są pozostali? Dokąd poszła pani Zaaferowana? Chichoty trwały. Kroki zbliżyły się do lustra. Luther skulił się w kącie, mając nadzieję, że zasłoni go fotel, ale niewielką.
Oślepiła go nagła jasność. Szok przejścia od atramentowej czerni do pełnego światła aż zaparł mu dech w piersiach. Mrugał gwałtownie, żeby przyzwyczaić wzrok do jasności. Jego źrenice w ułamku sekundy z rozwartych w pełni zmniejszyły się do rozmiarów łebka od szpilki. Ale oprócz światła nic – cisza, żadnych krzyków, twarzy, broni. Odczytywanie praw musi jeszcze poczekać.
Wreszcie, po upływie całej minuty, Luther wyjrzał zza fotela i doznał kolejnego wstrząsu. Drzwi skarbca znikły, patrzył prosto na tę cholerną sypialnię. Prawie zbiło go to z nóg, ale się opanował. Nagle zrozumiał, skąd tu ten fotel.
Rozpoznał obydwie osoby obecne w pokoju. Kobietę widział już dzisiaj na zdjęciach – młoda żonka z upodobaniem do frywolnej bielizny.
Mężczyzna natomiast był mu znany zupełnie skądinąd. Nie był to w żadnym razie pan domu. Luther ze zdumienia wolno pokręcił głową i westchnął. Nie do wiary. Ręce mu zadrżały i poczuł, że robi mu się niedobrze. Opanował falę mdłości i spojrzał do sypialni.
Drzwi sejfu stanowiła lustrzana szyba. Kiedy w sypialni było jasno, a tu, w skarbcu ciemno – siedziało się tu jak przed gigantycznym ekranem telewizyjnym.
Nagle zobaczył i znów zaparło mu dech w piersiach – naszyjnik, który miała na sobie kobieta. Dwieście patyków, na jego wprawne oko, może więcej. Taki drobiażdżek, który chowa się do domowego skarbca przed udaniem się na spoczynek. Odetchnął, widząc, jak kobieta zdejmuje go i od niechcenia rzuca na podłogę. Dwieście patoli na podłodze!
Rozzłościło go to na tyle, że zdobył się na odwagę i wstał, po czym powolutku podszedł do fotela i ostrożnie usiadł. A więc to tutaj staruszek siadywał i podglądał, jak jego kobietka rżnie się z młodziakami, co to zarabiają grosze, pracując na czarno.
Rozejrzał się nieco odprężony, ale nadal nasłuchiwał uważnie; byli jeszcze tamci goście. Co miał robić? Trzydzieści lat pracy w złodziejskim fachu i nigdy nie przytrafiło mu się coś takiego. Postanowił zrobić jedyne, co mógł w tej sytuacji. Zagłębił się w skórzanym fotelu i czekał na początek przedstawienia.
Trzy przecznice od potężnej białej bryły Kapitolu Jack Graham otworzył drzwi wejściowe swojego mieszkania, rzucił płaszcz na podłogę i podszedł prosto do lodówki. Z piwem w ręku zwalił się na sfatygowaną kanapę w salonie. Popijając, omiótł wzrokiem pokój. Zupełnie tu inaczej niż tam, gdzie był przed chwilą. Potrzymał piwo w ustach i przełknął. Mięśnie jego kwadratowej żuchwy napięły się i rozluźniły. Dokuczliwe ukłucia wątpliwości z wolna odpływały, ale pojawią się znowu, jak zawsze.
Kolejne ważne przyjęcie wieczorne z kobietą, która ma wkrótce zostać jego żoną, z jej rodziną oraz gronem jej znajomych. Ludzie tak wyrafinowani najwyraźniej nie mają zwyczajnych przyjaciół, z którymi spędza się po prostu czas. Każdy pełni jakąś funkcję, całość to coś więcej niż suma części składowych. A przynajmniej takie są założenia. Jack miał własną opinię na ten temat.
Obficie reprezentowane były zarówno przemysł, jak i finanse: bankowcy wyspecjalizowani w inwestycjach i biznesmeni, legitymujący się nazwiskami z pierwszych stron „Wall Street Journal”, na które Jack rzucał okiem, zanim zagłębił się w wiadomości sportowe. Obecni byli politycy, skrzętnie gromadzący na przyszłość głosy i dolary, a także czteroosobowa poważna delegacja środowisk dobroczynnych.
Artyści i pseudoartyści z Zachodniego Wybrzeża przylecieli prywatnymi odrzutowcami. Najmodniejsze ciuchy i pracowicie rozdmuchiwana sława prawdziwych twórców zjednywała im zainteresowanie otoczenia. Cały wieczór spędzili, wymyślając koncepcje, wierząc, że znajdą się inni, którzy w pocie czoła zajmą się szczegółami ich realizacji.
Do kompletu znalazło się jeszcze dwóch wszędobylskich prawników, z których jednym był on. A na dodatek zabłąkany lekarz.
Skończył piwo i włączył telewizor. Zrzucił buty, a skarpetki za czterdzieści dolarów, które kupiła mu narzeczona, rzucił beztrosko na abażur lampy. Jak tak dalej pójdzie, to ona zmusi go do noszenia szelek za dwieście dolców i ręcznie malowanych krawatów. Cholera! Rozcierając sobie stopy, poważnie zastanawiał się nad drugim piwem. Telewizji, mimo najszczerszych usiłowań, nie udało się wzbudzić jego zainteresowania. Odgarnął z oczu gęste czarne włosy i po raz setny pomyślał o tym, dokąd zmierza jego życie, ostatnio z prędkością rakiety kosmicznej.
Służbowa limuzyna Jennifer Baldwin zawiozła jego i ją do jej miejskiego domu w północno-zachodniej części Waszyngtonu, dokąd Jack prawdopodobnie przeprowadzi się po ślubie. Ona nie znosiła jego mieszkania. Udało mu się wyłgać z zostania na noc, bo prawdę mówiąc, nie wytrzymałby z nią ani minuty dłużej. Do ślubu zostało zaledwie sześć miesięcy, z punktu widzenia panny młodej tyle co nic, a on siedział tu i miał poważne wątpliwości.
Jennifer Ryce Baldwin to piękna, inteligentna, ambitna i utalentowana dziewczyna. Stoją za nią poważne pieniądze i ma wyraźną ochotę wyjść za niego. Jej stary jest właścicielem jednego z największych biznesów w kraju. Domy handlowe, biurowce, stacje radiowe, całe gałęzie usług – czego tylko tknąć, we wszystkim ma udziały, a do tego idzie mu lepiej niż komukolwiek innemu. Właśnie teraz zrujnował się na ponad tysiąc nieruchomości rozrzuconych w dwudziestu sześciu stanach. Jej pradziad ze strony ojca był jednym z pierwszych rekinów przemysłowych Środkowego Zachodu, a do rodziny jej matki należał niegdyś niezły kawałek śródmieścia Bostonu.
Nie było ani jednego faceta, Jack to wiedział, który by mu nie zazdrościł jak cholera. Trafił główną wygraną na loterii. Cóż, skoro jakoś wcale nie czuł się szczęściarzem.
Wykręcił się w fotelu i spróbował rozmasować bolący bark. Nie ćwiczył od tygodnia. Nawet teraz, w wieku trzydziestu dwóch lat, miał tę samą żelazną kondycję, którą się cieszył w szkole średniej i która pozwalała mu w każdej sportowej dyscyplinie górować bezapelacyjnie nad kolegami, a potem, w college’u, w znacznie ostrzejszej konkurencji wywalczyć drugie miejsce na mistrzostwach Ameryki w zapasach w wadze ciężkiej, a złoty medal na mistrzostwach akademickich.
Podyplomowe studium prawa na Uniwersytecie Wirginii skończył z drugą lokatą i od razu zatrudnił się, jako obrońca z urzędu, w wymiarze sprawiedliwości Dystryktu Kolumbii.
Wszyscy koledzy zaraz po studiach załapali się na radców prawnych w wielkich firmach. Dzwonili do niego regularnie, namawiając go na wizytę u psychiatry. Pięć lat jako obrońca z urzędu. Wziął następne piwo. Lodówka była teraz zupełnie pusta.
Pierwszy rok był ciężki, dopiero zaczynał i więcej spraw przegrał, niż wygrał. Do diabła, większość jego tak zwanych klientów miała na sumieniu sprawki, o których nawet nie śniło się prokuratorowi. Ale w drugim roku dopuszczono go do poważniejszych przestępstw i wówczas zorientował się, że nie każdy, kto pojawia się w drzwiach jego biura, jest winien wszystkiego, o co go oskarżają. Nie przejmował się oczywistymi sprawami. Uzyskiwał najlepszy możliwy wyrok, oskarżony szedł za kratki i tyle. Nigdy nie wydawało mu się, że jego praca polega na tym, aby przekonać przysięgłych, że winowajca jest niewinny. Ale jeśli trafił się ktoś, w kogo niewinność święcie wierzył, a takich było więcej niż kilku, i z roku na rok przybywało, w miarę jak rosła jego renoma, wtedy powiedzieć o nim, że poruszał niebo i ziemię, byłoby za mało. W każdą z takich spraw ładował całą swoją młodzieńczą energię, wrodzony talent i zdrowy rozsądek i w końcu zaczęło to procentować.
Wtedy zaczął wygrywać naprawdę poważne procesy.
W roli adwokata czuł się naturalnie, krzyżowy ogień pytań przychodził mu równie łatwo, jak niegdyś walka na macie i rozłożenie na łopatki znacznie cięższego przeciwnika. Zdawało mu się, że wróciły szkolne czasy, że góruje nad innymi, nawet nad najbardziej doświadczonymi oskarżycielami. Sędziowie zaczęli to dostrzegać. Szanowano go, a nawet lubiano.
Potem spotkał w sądzie Jennifer. Była zastępcą szefa do spraw rozwoju i marketingu w Baldwin Enterprises i po troszeczku udawało się jej go przekonywać, że zrobił już swoje na rzecz biednych, upośledzonych i pokrzywdzonych i powinien wreszcie pomyśleć o sobie i swojej przyszłości, i może w tej przyszłości znalazłoby się miejsce i dla niej. Gdy wreszcie zrezygnował z pracy w wymiarze sprawiedliwości, pożegnano go z wszystkimi honorami.
Czasami przypominał sobie, że jest jeszcze mnóstwo biednych, upośledzonych i pokrzywdzonych, którzy potrzebują pomocy. Wiedział, że już nigdy nie będzie czuł tego dreszczyku, jaki wiązał się z pracą obrońcy z urzędu, cóż, życie idzie naprzód, przychodzi czas, kiedy nawet tacy mali chłopcy jak Jack Graham muszą dorosnąć. Może to właśnie ten czas.
Wyłączył telewizor, wziął torebkę nachos i poszedł do sypialni, omijając sterty brudnej bielizny porozrzucane po podłodze. Nie mógł winić Jennifer, że nie lubi jego mieszkania, rzeczywiście był z niego flejtuch. Ale najbardziej martwiła go niezachwiana pewność, że nawet gdyby u niego było nieskazitelnie czysto, to i tak Jennifer nigdy nie zgodziłaby się tu zamieszkać. Po pierwsze nieodpowiednie sąsiedztwo – Capitol Hill, świetnie, ale nie ta „lepsza” część Capitol Hill, właściwie całkiem nie ta.
Poza tym wielkość. Jej dom w mieście musi mieć jakieś pięć tysięcy stóp kwadratowych, nie licząc pomieszczeń dla służby i podwójnego garażu na jej Jaguara oraz fabrycznie nowego Range Rovera, tak jakby ktoś, kto mieszka w Waszyngtonie, gdzie wiecznie są korki na ulicach, potrzebował wehikułu, który zdolny jest wjechać po pionowej ścianie na szczyt wysokości dwudziestu tysięcy stóp.
On miał cztery izby, licząc łazienkę. Dotarł do sypialni, ściągnął ubranie i zwalił się na łóżko. W przeciwległym kącie pokoju, na plakietce, która przedtem wisiała w jego biurze – czuł się nią skrępowany, więc ją zdjął – można było przeczytać, że został przyjęty na członka Patton, Shaw & Lord. PS&L jest kancelarią prawniczą numer jeden przy Kapitolu. Zajmuje się obsługą prawną setek najpotężniejszych przedsiębiorstw. Wśród tych przedsiębiorstw było także jedno należące do jego przyszłego teścia, z wielomilionowym rachunkiem. Przejęcie obsługi prawnej tego przedsiębiorstwa przez PS&L było uważane za zasługę Jacka, co z kolei gwarantowało mu utrzymanie członkostwa w firmie. Członkostwo Patton, Shaw & Lord warte było, przeciętnie, przynajmniej pół miliona dolarów rocznie. Dla Baldwinów taka kwota to drobnostka, ale on nie jest Baldwinem. Przynajmniej na razie.
Przykrył się kocem, blok był niedogrzany, łyknął dwie aspiryny i popił zwietrzałą colą, która stała na szafce nocnej. Myślał wciąż o powrocie do pracy obrońcy w sprawach karnych, jedna-dwie sprawy od czasu do czasu. Tę całą obsługę transakcji można wytrzymać, ale to nudna robota, a kiedy umowa jest już podpisana, nie ma żadnego poruszenia, żadnego wybuchu euforii, który towarzyszy wygranej w dużym procesie karnym, kiedy stawką jest czyjaś wolność. Rozejrzał się po ciasnej, zabałaganionej sypialni.
Wyciągał dobrze ponad sto tysięcy rocznie i większość tego oszczędzał, głównie dlatego, że po prostu nie odczuwał potrzeby kupowania czegokolwiek. Własność mu ciążyła. Ten absolutnie niekonsumpcyjny stosunek do życia martwił jego kolegów, którzy się pourządzali, pożenili, a o ich sukcesie zawodowym świadczyły domy z pomocą domową na stałe, Saaby w garażu i drugie dziecko w drodze.
To też był problem z Jennifer. Nie pozostawiła najmniejszej wątpliwości, że tupot małych stópek to nie jest coś, co ma w planach na najbliższą przyszłość. Jej kariera w kompanii ojca ma pierwszeństwo w jej umyśle i sercu, Jack sądził, że chyba nawet przed nim. On natomiast nie miał ochoty kibicować na meczach drużyny szkolnej syna, siedząc w fotelu na kółkach, nawet jeśli byłby na tyle bogaty, żeby wynająć kogoś do pchania tego fotela. To była bitwa, którą naprawdę trzeba będzie rozegrać, i Jack zastanawiał się w tej chwili, czy w ogóle warto ją rozgrywać.
Przewrócił się na bok i próbował zamknąć oczy. Okno zatrzeszczało pod naporem wiatru; spojrzał w tę stronę.
Wtedy ją zobaczył.
Tam, na skrzynce, w której trzymał część swojej kolekcji starych trofeów sportowych i nagród z czasów szkoły i studiów. Sięgnął ręką w półciemności, cofnął ją, znów się zdecydował.
Oprawiona w ramki fotografia. Nie po raz pierwszy po nią sięgał. To był prawie rytuał, zwłaszcza odkąd zaręczył się z Jennifer Baldwin. Nie martwił się tym, że narzeczona natknie się na tę właśnie spośród jego rzeczy, ponieważ absolutnie odmawiała przekroczenia progu jego sypialni. Jeśli chodzili razem do łóżka, to jedynie w jej domu, gdzie Jack leżał na wznak, gapiąc się na sufit na wysokości dwunastu stóp, pokryty malowidłami przedstawiającymi starożytnych jeźdźców i młode dziewczęta, podczas gdy Jennifer sprawiała sobie przyjemność, aż wreszcie opadała na niego i odwracała, żeby mógł się przetoczyć na nią i zakończyć. Albo w domu jej rodziców na wsi, gdzie sklepienie było jeszcze wyżej, a na nim kopia fresków z trzynastowiecznego kościoła w Rzymie, co powodowało, że Jack miał wrażenie, że Bóg przygląda mu się, jak ujeżdża go całkiem naga Jennifer Ryce Baldwin, i że będzie się smażył w piekle przez wieczność za te parę chwil zmysłowej przyjemności.
Kobieta na fotografii miała jedwabiste, brązowe włosy, wijące się lekko na końcach. Uśmiechała się do Jacka, a on przypomniał sobie dzień, kiedy zrobił to zdjęcie.
Daleka wyprawa rowerowa wśród dostojnych krajobrazów hrabstwa Albemerle. Właśnie zaczynał studia podyplomowe, ona studiowała na drugim roku w college’u Uniwersytetu Jeffersona. To była ich trzecia randka, lecz zdawało się, że spędzili razem całe życie.
Kate Whitney.
Wypowiedział jej imię i nazwisko powoli; ręka odruchowo odrysowywała krzywiznę jej uśmiechu. Pojedynczy dołeczek w lewym policzku sprawiał, że buzia wydawała się lekko skrzywiona. W wielkich oczach o migdałowym kształcie czaił się chochlik, zdradzając, że zawsze gotowa jest rzucić się w coś nowego, zawsze trzyma rękę na pulsie.
Jack odwrócił się na wznak i postawił sobie zdjęcie na piersi, tak że ona patrzyła mu prosto w oczy. Nigdy nie potrafił myśleć o Kate, żeby nie zobaczyć przed oczami wyobraźni jej ojca, z jego bystrym dowcipem i chytrym uśmiechem, które odziedziczyła po nim córka.
Ku zdumieniu i dezaprobacie Kate, Jack i jej ojciec od razu przypadli sobie do gustu. Staruszek nieustannie był o włos od kryminału, ale jakoś udawało mu się wywinąć. Luther Whitney oberwał od społeczeństwa sporo ciężkich ciosów, ale dalej robił swoje. Jack to szanował, mimo że nie pochwalał wyboru profesji. Zresztą nigdy nie poruszano tego tematu. Luther był świadom, że Jack zna jego przeszłość. Jakżeby inaczej, skoro znał Kate?
Jack często odwiedzał Luthera w jego małym mieszkanku w szeregowcu, w tej okolicy Arlington, która pamiętała lepsze czasy. Całe godziny spędzali, sącząc piwo i snując opowieści, to znaczy mówił głównie Luther, a Jack słuchał.
Widząc skromny segment z małym kwiatowo-warzywnym ogródkiem na tyłach, Jack zastanawiał się często, na co poszły owoce tej przemilczanej przestępczej działalności przyjaciela. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że Luther odłożył do skarpety większość swoich nielegalnych dochodów, a sam miał niewielkie potrzeby i utrzymywał się głównie z prac dorywczych.
Kate nigdy ojca nie odwiedzała, a on nie próbował się z nią kontaktować. Jack chciał go poznać i udało mu się to, niemal przypadkowo, wbrew zasadniczym i głośno wyrażanym sprzeciwom Kate. Uśmiech na jej twarzy gościł prawie zawsze, ale nigdy, kiedy mówiła o ojcu.
Rozstali się w trakcie pierwszego roku jego praktyki adwokackiej.
Przyczyny były proste: nie potrafiła zrozumieć, dlaczego postanowił reprezentować ludzi, którzy złamali prawo, i nie mogła znieść tego, że lubił jej ojca. Przed zerwaniem życie płynęło im sielankowo.
Po dyplomie przeprowadzili się do Dystryktu Kolumbii, a ona zapisała się na studia prawnicze w Georgetown. Przychodziła na jego pierwsze rozprawy, kiedy ze ściśniętym ze strachu żołądkiem i gardłem z trudem szukał swojego miejsca na sali rozpraw. Pomagała mu przy sprawach, sprawdzała poszlaki, odnajdywała świadków i przekonywała ich, żeby zeznawali. Lecz w miarę jak przestępstwa, o które oskarżano jego klientów, stawały się coraz cięższe, jej chęć niesienia pomocy słabła.
Pamiętał ich ostatnie spotkanie, siedział z nią w tym właśnie pokoju i prosił, błagał, żeby od niego nie odchodziła. Ale zrobiła to cztery lata temu i nie widział jej od tego czasu ani nie zamienił z nią słowa.
Doszło do niego, że zatrudniła się w prokuraturze stanu Wirginia, w Alexandra, gdzie niewątpliwie wsadzała za kratki jego byłych klientów. Poza tym nic o niej nie wiedział.
Ale kiedy tak leżał, a ona patrzyła na niego z uśmiechem, z którego mógł wyczytać milion razy więcej rzeczy, niż kiedykolwiek wyczytał z uśmiechu kobiety mającej za pół roku zostać jego żoną, zastanawiał się, czy nadal tak musi być, czy ma sobie komplikować życie znacznie bardziej, niż kiedykolwiek zamierzał. Złapał słuchawkę telefonu i wybrał numer.
Cztery dzwonki i usłyszał jej głos z taśmy. Był w nim jakiś ton, którego nie pamiętał, chyba coś nowego. Już miał zostawić wiadomość, coś zabawnego, absurdalnego, lecz gdy usłyszał brzęczyk sygnalizujący początek nagrania, spanikował i odłożył słuchawkę, trzęsącymi rękami, z trudem łapiąc oddech. Pokręcił głową. Chryste! Wygrał pięć spraw o morderstwo pierwszego stopnia, a dygotał jak cholerny szesnastolatek przed pierwszą randką.
Jack odstawił fotografię i wyobraził sobie, co Kate robi właśnie w tej chwili. Pewnie siedzi jeszcze w biurze, rozważając, ile lat wyciąć z życia jakiemuś nieszczęśnikowi.
Potem zadumał się nad Lutherem. Czyżby w tej chwili był po niewłaściwej stronie czyichś drzwi? Czy właśnie wymykał się z kolejnym workiem niezarobionego bogactwa na plecach?
Co za rodzinka, Luther i Kate Whitney. Tak różni i tak bardzo podobni. Skupieni na tym, co ich interesuje, bardziej niż ktokolwiek inny, ale ich zainteresowania są od siebie tak odległe jak dwie galaktyki. Tego ostatniego wieczoru, gdy Kate opuściła jego życie, poszedł odwiedzić Luthera i pożegnać się z nim przy ostatnim piwie. Usiedli w dobrze utrzymanym ogródku, patrząc na powojnik i bluszcz pnące się po ceglanym murze. Zapach bzów i róż otulał ich szczelnie jak sieć.
Staruszek przyjął to spokojnie, zadał parę pytań i życzył Jackowi wszystkiego najlepszego. Niektóre sprawy się nie układają, Luther rozumiał to równie dobrze jak każdy. Lecz gdy Jack wychodził, zauważył w oku starego człowieka błysk, a potem drzwi się zamknęły za tym etapem jego życia.
Zgasił wreszcie światło i zamknął powieki, wiedząc, że kolejne jutro już nadchodzi. Jeden dzień bliżej do tej głównej wygranej na loterii. Nie spało mu się z tym dobrze.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
1.Coppers może znaczyć także „gliny”, „gliniarze”. [wróć]
