Wiosna zaginionych - Anna Kańtoch - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wiosna zaginionych ebook i audiobook

Anna Kańtoch

4,3

257 osób interesuje się tą książką

Opis

Krystyna, emerytowana policjantka, jako młoda dziewczyna straciła w tajemniczych okolicznościach brata: w 1963 roku piątka studentów wyruszyła w Tatry, troje z nich zostało odnalezionych martwych, jeden – brat Krystyny – zaginął bez wieści. Wrócił tylko Jacek.

Teraz, po ponad pięćdziesięciu latach, Krystyna niespodziewanie widzi go w osiedlowym sklepie na katowickim Janowie. Okazuje się, że Jacek pod zmienionym nazwiskiem mieszka w tej samej dzielnicy. Krystyna postanawia zmusić go, żeby wyznał, co wydarzyło się w górach – późnym wieczorem wybiera się do jego domu z nożem w plecaku. Gdy jednak wchodzi do willi, znajduje zwłoki Jacka.

Świadoma, że jeśli jej obecność na miejscu zbrodni wyjdzie na jaw, będzie pierwszą podejrzaną, zaczyna wykorzystywać kontakty z przeszłości i prowadzić prywatne śledztwo. Niestety, wraz z kolejnymi odkryciami okazuje się, że we wszystko może być zamieszana bliska jej osoba. Krystyna staje przed trudnym wyborem...

Pierwszy tom kryminalnej trylogii jednej z najbardziej zdolnych autorek książek kryminalnych i fantastycznych, uznawanej za królową budowania napięcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 460

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 2 min

Lektor: E. Kasprzyk

Popularność




Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Anna Kańtoch Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-86-8
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

PROLOG

Grzegorz Cichoń miał swoje małe rytuały. Przychodził do pracy dziesięć minut wcześniej, witał się ze wszystkimi, parzył kawę w kubeczku z rysunkiem czarnego ptaka i napisem „Kawka po irlandzku”. Dopiero potem siadał przy stanowisku i zakładał słuchawki. Przesądnie wierzył, że pierwszy telefon określi cały dzień: jeśli będzie to coś prostego, wszystko pójdzie gładko, jeśli natomiast zadzwoni ktoś z bardziej skomplikowanym problemem, Grzegorz znowu wyjdzie z pracy z bólem żołądka i głowy.

Na kontrolce zapaliło się światło i chłopak wdusił przycisk.

– Operator numer cztery, w czym mogę pomóc? – odezwał się, ściskając kciuki, żeby było to coś banalnego. Zawał, utrata przytomności, zagubione dziecko, awantura u sąsiadów... Sprawa, którą wystarczy przekazać pogotowiu albo policji. Nic, co wymagałoby długiej rozmowy. Nic, co przypominałoby tamten telefon sprzed trzech tygodni, kiedy Grzegorz przez kwadrans uspokajał kobietę, która rozbiła na poboczu samochód. Ona wyszła z wypadku właściwie bez szwanku, jej czteroletni synek był ciężko ranny. Czekali na pogotowie razem: Grzegorz w ogrzewanej sali, kobieta w zimnym zacinającym deszczu pod lasem, trzymając na rękach umierające dziecko. Nie miał pojęcia, czy chłopczyk przeżył. Czasem kusiło go, żeby poszukać wiadomości w internecie. Wiedział jednak, że to zły pomysł. Zakrwawiony czterolatek, czasem odwiedzający go w snach, był pozbawiony twarzy i Grzegorz wolał, żeby tak pozostało.

– Mam problem – powiedział tymczasem głos w słuchawkach. Mężczyzna, prawdopodobnie starszy, mocno zdenerwowany. Może nawet przerażony, ale nie spanikowany. To ostatnie dobrze wróżyło: z ludźmi, którzy panikowali, trudno było się porozumieć.

– Jaki problem? – Grzegorz spojrzał na mapę. Dzwoniący wyświetlał się na terenie katowickiej dzielnicy Janów, co nic jeszcze nie znaczyło. System lokalizacji mylił się czasem o kilka kilometrów. Albo nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt. Kiedyś kobieta z Sosnowca wyświetliła się Grzegorzowi w Częstochowie.

Odgłos przełykanej śliny, a potem szept:

– On zamierza ukraść moje życie.

– Kto taki?

– Wchodzi do mojego domu, kiedy chce. Nie potrafię się go pozbyć.

– Proszę mówić jaśniej. Jak pan się nazywa?

Klik. Połączenie zostało zerwane. Grzegorz sprawdził na wszelki wypadek, czy w ciągu ostatnich trzech dni były inne połączenia z tego samego numeru. Nie było, po chwili wahania wrzucił więc zgłoszenie do bezzasadnych. Za mało danych, niewielkie prawdopodobieństwo, że komuś faktycznie groziło niebezpieczeństwo. Jednak coś w głosie tego starszego mężczyzny sprawiło, że myślał o nim przez cały dzień – gdy odbierał telefon od kobiety, która podejrzewała, że jej mąż zatruł się w chińskiej restauracji, i gdy tłumaczył pewnemu młodemu człowiekowi, że nieumiejętność poradzenia sobie z zadaniem z matematyki nie jest powodem do dzwonienia na numer 112.

Ten mężczyzna naprawdę się bał. I miał poważny problem.

1

Zdjęcie jest czarno-białe i lekko prześwietlone, tak że twarze pięciorga młodych ludzi wyglądają na nim jak otoczone aureolami. Jakby wstępowali po schodach do nieba, a nie wsiadali do zwykłego dalekobieżnego pociągu. Trzech chłopców i dwie dziewczyny, wszyscy w wieku od dwudziestu dwóch do dwudziestu czterech lat, uśmiechnięci pomimo ciężkich turystycznych plecaków. To ja zrobiłam to zdjęcie. Był rok 1963, Beatlesi wydali swoją pierwszą płytę, ale my w Polsce nie mieliśmy o tym pojęcia: słuchaliśmy wtedy jazzu, Czerwono-Czarnych, czasem nieco starszych sentymentalnych przebojów. Pamiętasz, była jesień – jeszcze dziś mogę powtórzyć słowa tej piosenki. Za dwa miesiące miałam zacząć klasę maturalną, mój brat właśnie skończył studia. Wydawali się tak bardzo dorośli tamtego dnia, gdy stojąc na peronie, żartowali na temat ostatnich prawdziwych wakacji i przyszłej pracy. Oczywiście chciałam jechać z nimi i myślę nawet, że Romka potrafiłabym przekonać, ale nasi rodzice zdecydowanie się sprzeciwili. Poza tym w głębi serca czułam, że nie pasowałabym do tego towarzystwa opromienionych słońcem nadludzi, którzy mieli przejść szlak od Polany Chochołowskiej aż po schronisko w Dolinie Roztoki. Byłam zbyt młoda, zbyt miękka, pulchna i słaba. Dlatego oni odjechali, a ja zostałam na peronie, ściskając w dłoniach aparat fotograficzny marki Zenit. Kiedy trzy tygodnie później wywołałam film, trzy osoby ze zdjęcia już nie żyły, a Romek zaginął. Wrócił jedynie Jacek. On też uśmiecha się na zdjęciu, ale inaczej niż pozostali, nie szeroko, tylko uśmiechem, który w zależności od interpretacji może być porozumiewawczy, nerwowy albo smutny. Przez lata patrzyłam na ten uśmiech, zastanawiając się, co się za nim kryje, i wciąż nie znalazłam odpowiedzi. Może nic, a może wszystko.

Schowałam zdjęcie do szuflady biurka, włożyłam buty i zdjęłam z wieszaka w przedpokoju cienki płaszcz. Wolnym krokiem poszłam w kierunku przychodni, gdzie młody uprzejmy lekarz poinformował mnie, że jak na mój wiek jestem w całkiem niezłej kondycji. Mówił z lekkim zdziwieniem, a także z dumą, jakby moja kondycja stanowiła nasze wspólne, nie wiadomo jak duże osiągnięcie. Z jego punktu widzenia siedemdziesiąt trzy lata to prawdopodobnie już zgrzybiała starość, ale ja, choć czasem czuję się stara, nie jestem jeszcze zgrzybiała. I mam w życiu kilka rzeczy do zrobienia.

Wracałam również pieszo, nie czekając na autobus. Po drodze zatrzymałam się w centrum Nikiszowca na kawę i ciastko w Byfyju. Lubię ten lokal i lubię tę dzielnicę, gdzie jeszcze niedawno strach było zostawić samochód na kilka minut, a teraz można tu zobaczyć japońskie wycieczki i młode pary robiące sobie sesje zdjęciowe na tle familoków z pomalowanymi na czerwono parapetami.

Na skwerku Zillmannów skinęłam głową Przybylukowi, który na mój widok jak zwykle przyspieszył kroku. Nie powiem, trochę mnie to bawiło. Byliśmy znajomymi z dawnych czasów, choć nigdy nie udało nam się go aresztować. Potem dosiadłam się do sąsiadki. Odpoczywała na ławce, wygrzewając się w słońcu, podczas gdy Betsy, jej stara jamniczka, obwąchiwała świeżo wyrosłą trawę. Porozmawiałyśmy chwilę o tym, o czym zazwyczaj rozmawiają starzy ludzie: o wnukach, o tym, co wydarzyło się ostatnio u znajomych i że ta pogoda to już całkiem zwariowała, bo jeszcze tydzień temu przecież była zima, wszyscy chodzili w grubych kurtkach, a teraz proszę: prawie lato. Buchtowa mówiła po śląsku, ale ja przez lata mieszkania w Katowicach nauczyłam się nieźle rozumieć gwarę. Mam na osiedlu kilka koleżanek w moim wieku albo nawet starszych, z którymi plotkuję przy kawie. Lubię te egzotyczne dla ucha Elfridy, Hildy czy Edeltraudy, a one, jak sądzę, lubią mnie, choć nie opowiedziałam im o sobie wszystkiego. Na przykład do dziś nie zdradziłam się, że pochodzę z Sosnowca: dawne animozje pomiędzy Zagłębiem a Śląskiem na szczęście mocno już osłabły, ale niektórzy wciąż lubią pożartować sobie z goroli. Nie przyznałam się także, co naprawdę robiłam, kiedy pracowałam w milicji, a potem w policji. Gdy rozmowa schodzi na ten temat, macham lekceważąco ręką i mówię, że to była nudna papierkowa praca, prawdopodobnie więc wszyscy uważają mnie tu za kogoś w rodzaju emerytowanej sekretarki. Tak jest lepiej – gdybym się przyznała, że pracowałam w dochodzeniówce, patrzyliby na mnie inaczej, nie jak na zwyczajną starszą panią, tylko jak na kogoś, kto budzi ciekawość i może lekki strach, a ani jedno, ani drugie nie było mi potrzebne.

– ...psy.

Zamyśliłam się, więc dopiero po chwili dotarło do mnie, że Buchtowa coś mówi.

– Psy? – zapytałam głupio, patrząc na tłustą jamniczkę, która zrezygnowała z obwąchiwania trawy i ziewnąwszy szeroko, położyła się u stóp swojej pani.

– Te, co je habiom – wyjaśniła Buchtowa. – Moja cera pado, że to Araby, na te ich kebaby.

Zamrugałam. Na Janowie istotnie zaginęło ostatnio sporo psów, ale teorii o kebabach jeszcze nie słyszałam. Skinęłam więc tylko niezobowiązująco głową, a Buchtowa obrzuciła trwożliwym spojrzeniem Betsy, jakby oczami wyobraźni widziała już jamniczkę kręcącą się na rożnie w podrzędnej budce z fast foodem. Potem rozmowa zeszła na nieunikniony temat zdrowia. Moja towarzyszka miała słabe serce, problemy z pęcherzem i oczywiście „wysoki cukier”, przekleństwo naszego wieku. Ja odwzajemniłam się opowieścią o chorym biodrze, które zoperowano kilka miesięcy temu i które wciąż mi dokuczało, zwłaszcza przy deszczowej pogodzie, choć nie aż tak bardzo, jak próbowałam wmówić Buchtowej. O werdykcie młodego lekarza nie wspomniałam – wobec listy nieszczęść sąsiadki wydawało się to nie na miejscu, a kiedy szłam w stronę Janowa, pozostawiwszy Buchtową wraz z jamniczką na skwerku, lekko utykałam. Robiłam to z uprzejmości albo dlatego, że takie małe niewinne oszustwa są jedną z nielicznych przyjemności pań w starszym wieku. A może chodziło o coś jeszcze innego: może już w tamtym momencie w mojej głowie zaczął rodzić się plan.

*

Po południu pojechałam na działkę, gdzie zajęłam się przekopywaniem grządek i sadzeniem frezji, a wieczorem wpadła do mnie Justyna. Teoretycznie, żeby pogadać, w praktyce zapewne po to, by sprawdzić, czy wciąż żywię się gotowymi daniami ze słoików. Moja córka niedawno skończyła pięćdziesiąt lat i po odchowaniu jednego dziecka i doprowadzeniu do lat nastoletnich drugiego zwróciła część swoich opiekuńczych instynktów w stronę starzejącej się matki. Nie ma sensu z nią walczyć, dlatego gdy tylko zapowiada się z wizytą, wyrzucam słoiczki po pulpetach, bigosie i fasolce po bretońsku, choć wiem, że Justyna prawdopodobnie i tak znajdzie je w koszu, a potem będzie chodziła po moim mieszkaniu z ponurą miną, mrucząc, jak ważne jest prawidłowe żywienie w podeszłym wieku.

Z przykrością muszę przyznać, że nie byłam dobrą matką i kiedy moje dzieci dorastały, więcej czasu poświęcałam pracy niż życiu rodzinnemu. Prawdopodobnie dlatego Justyna w odruchu buntu – a może zwyczajnej konieczności – wyrosła na moje przeciwieństwo: już w podstawówce uwielbiała matkować młodszym dziewczynkom, szybko też nauczyła się zajmować domem i gotować.

Plotkowałyśmy o Adamie. Styl życia mojego syna budzi w Justynie dezaprobatę, a we mnie coś pomiędzy lekką grozą a fascynacją. Adam jest grafikiem komputerowym, pracuje w domu, żywiąc się pizzą na wynos, i ma skłonność do starszych od niego kobiet, nader często obarczonych nastoletnimi dziećmi, którym jako dobry wujek pokazuje uroki gier komputerowych. Potem rozmowa zeszła na moją wnuczkę, Zuzę, która kończyła właśnie czwarty rok na ASP.

– Zaproponowali jej po studiach posadę asystentki – oznajmiła Justyna z miną zwiastującą nadciągające nieszczęście.

– To chyba dobrze? – spróbowałam dyskretnie wybadać grunt.

– Niby tak. Ale teraz wszyscy koledzy obmawiają ją za plecami. Mówią, że spała z profesorem rysunku, żeby dostać to stanowisko.

– A spała?

Justyna spojrzała na mnie zszokowana.

– Oczywiście, że nie.

Jasne, że nie, pomyślałam. Zuza jest porządną dziewczyną. Może nawet nieco zbyt porządną, by wyszło jej to na dobre.

– Zuza zastanawia się, czy nie zrezygnować, ale jeśli tak zrobi, to z czego będzie żyła? Z malowania henną?

– Na tym malowaniu, zdaje się, całkiem nieźle już zarabia.

– Tak, ale przecież to nie jest prawdziwy zawód. – W pojęciu Justyny „prawdziwy zawód” oznacza pracę od ósmej do szesnastej na jakimś solidnym stanowisku. Lekarz, prawnik, urzędniczka w banku, od biedy nawet sekretarka, jednak z pewnością nie artystka, która podróżuje od imprezy do imprezy z tubkami ziołowej pasty.

– I w dodatku wybiera się latem w góry – ciągnęła. – Z przyjaciółmi. Żeby wędrować po Tatrach z plecakami. Jak za dawnych czasów, tak powiedziała. Pójdą na Zawrat.

Zakręciło mi się w głowie. To mógł być przypadek, ostatecznie mnóstwo ludzi wybiera się każdego roku w Tatry. Ale po tym, jak w marcu niespodziewanie spotkałam Jacka, pomysł tej wakacyjnej wyprawy wydawał się czymś więcej. Jakby przeszłość niespodziewanie wychyliła się zza rogu, wykrzywiła do mnie paskudną gębę, szturchnęła sękatym paluchem i zapytała: I co, masz zamiar wreszcie zareagować?

– Co ty na to? – Justyna patrzyła triumfująco, wiedząc, że wygrała i tym razem będę musiała zaprotestować, a ja wbrew wszystkiemu, co czułam, spróbowałam się uśmiechnąć.

– Niech jedzie – powiedziałam. – Najwyżej zanudzą się w kolejce na Kasprowy.

– Nie możesz chociaż raz w życiu być poważna? To trasa, na której zniknął wujek Roman.

Oczywiście Justyny nie było na świecie, kiedy zaginął mój brat, ale i ona, i Adam rośli w cieniu tej tragedii. Sama o to zadbałam, a teraz zdarzało mi się tego żałować. Przy wnukach nie popełniłam już dawnego błędu: Zuza i Jeremi wiedzieli tylko tyle, że brat ich babci lata temu zniknął w drodze na Świnicę.

– Nie chcę, żeby tam szła... – szepnęła Justyna, a ja powoli skinęłam głową. Też tego nie chciałam, wiedziałam jednak, że Zuza nie da się przekonać. Była upartą dziewczyną, bardzo podobną pod tym względem – i pod innymi zresztą też – do swojego ciotecznego dziadka.

*

Następnego dnia umówiłam się do fryzjera i powiedziałam pani Zosi, by przywróciła mojej fryzurze naturalny siwy kolor. Weszłam do zakładu z włosami brązowymi, a wyszłam z białymi jak mleko. Przeglądając się potem w lustrze, pomyślałam, że naprawdę wyglądam jak staruszka. Nie starsza pani ani kobieta dojrzała czy w zaawansowanym wieku, tylko zwyczajna staruszka z twarzą pociętą głębokimi bruzdami. Te bruzdy pojawiły się wcześnie, jeszcze zanim skończyłam pięćdziesiąt lat, i kiedyś bardzo z ich powodu cierpiałam, teraz jednak twarz stała się moim sojusznikiem. Nie czułam się staruszką, ale tak wyglądałam i cieszyłam się z tego, ponieważ staruszki nie są groźne, staruszek nikt nie podejrzewa, a ja wiedziałam już, że zamierzam popełnić przestępstwo.

Po raz pierwszy zobaczyłam Jacka, gdy wciąż panowała zima. W środę 21 marca, w pierwszy dzień wiosny, spadł nawet śnieg z deszczem, ale mimo to, zmęczona długim siedzeniem w domu, postanowiłam wyjąć z szafy kijki do nordic walkingu i wyjść na spacer. Błoto oblepiało mi buty, a zimny wiatr dął w twarz, kiedy szłam w stronę Boliny. Teoretycznie to park – przynajmniej tak jest napisane na tabliczce – w praktyce bardziej... teren rekreacyjny? Nie wiem, czy to dobre określenie. Są tu dwa boiska: do piłki nożnej i do koszykówki, plac zabaw dla dzieci, parę krzyżujących się alejek, restauracja z ogródkiem i zadaszone miejsce, w którym można zrobić grilla. Wszystko to oczywiście o tej porze było puste, spotkałam tylko starszą panią z psem i dziewczynę truchtającą uparcie w cienkim stroju do joggingu.

Wracałam zziębnięta i zmęczona, ale w lepszym humorze, wiatr przegonił śląski smog i po raz pierwszy od wielu dni na zewnątrz dało się swobodnie oddychać. Po drodze wstąpiłam do Rabatu, by kupić kawę, mleko i oczywiście nieśmiertelne pulpety w sosie pomidorowym na obiad. Tam właśnie go zobaczyłam. Stał przy ladzie chłodniczej, trzymając w ręku paczkę ruskich pierogów. Pamiętam, że patrzył na mnie, a ja chciałam rzucić mu porozumiewawcze spojrzenie, bo sądziłam, że odnalazłam bratnią duszę, kolejną starszą osobę żywiącą się gotowymi daniami. Potem go rozpoznałam. Ostatni raz widzieliśmy się pięćdziesiąt lat temu, a jednak nie miałam wątpliwości. Wszyscy zmieniamy się z czasem, choć niektórzy z nas zachowują w tych zmianach pewną... ciągłość. Tak jak Jacek. Posiwiał, zgarbił się i pomarszczył, ale to wciąż był on. Jego spojrzenie prześliznęło się po mnie obojętnie i pobiegło w stronę lady z wystawionymi rybami. Nie poznał mnie, jasne, że nie. Wiedziałam, że od dawna już w niczym nie przypominam tamtej pulchnej dziewczyny z dołeczkami w policzkach, którą mógłby pamiętać. Kiedy skończyłam czterdzieści lat, znajomi ze studiów przestali mnie rozpoznawać, a od tego czasu zmieniłam się jeszcze bardziej. Stałam więc i patrzyłam, jak ładuje do koszyka tłustą makrelę. Ustawiłam się tuż za nim w kolejce do kasy, zupełnie zapominając o kawie i mleku, a potem śledziłam go aż do domu. Mieszkał na końcu Zamkowej w jednopiętrowej willi otoczonej wysokim żelaznym płotem. O czym myślałam, spoglądając na ten dom? Gdy stałam pod lasem, czując osiadające na twarzy krople drobnego deszczu, chyba jeszcze o niczym, byłam tylko zdumiona, że ostatecznie los rzucił nas tak blisko siebie. Dopiero później, gdy wracałam, mijając zbudowane w latach siedemdziesiątych kanciaste bloki i znacznie starsze familoki, z których kominów unosił się szary dym, uświadomiłam sobie oczywistą prawdę: Jacek musiał należeć do najbogatszych mieszkańców naszej eklektycznej dzielnicy. Ja miałam dwupokojowe mieszkanie, jemu dostała się willa. Nie, nie chodziło o coś tak prymitywnego jak zazdrość, raczej o pewne... poczucie sprawiedliwości.

Po tym, co zrobił, Jacek Kotulak nie zasługiwał ani na pieniądze, ani na szczęście.

Od tamtego dnia bywałam na końcu Zamkowej prawie codziennie. Szłam na Bolinę z moimi kijkami do nordic walkingu, mijałam jego willę, a potem wracałam tą samą trasą: ot, stara kobieta na spacerze. Czasami zabierałam ze sobą lornetkę i ukryta za drzewem, obserwowałam dom. Pamiętam, że przygotowałam sobie nawet wymówkę: gdyby ktoś zapytał, co robię, mogłabym powiedzieć, że wypatruję jerzyków, które z pierwszymi oznakami wiosny zaczynały pojawiać się w lesie. Ale nikogo to nie interesowało, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Już wtedy, zanim zaczęłam wyglądać jak staruszka, dla części ludzi byłam niewidzialna i już wtedy wiedziałam – a przynajmniej podejrzewałam – że niedługo to wykorzystam.

Dzięki lornetce dowiedziałam się, że Jacek co prawda mieszka sam, jednak często miewa gościa: jasnowłosą, mniej więcej dwudziestoletnią, dziewczynę. Wnuczka, uznałam, choć na upartego mogłaby to być spłodzona w późnym wieku córka. W jej towarzystwie sprawiał wrażenie odprężonego i szczęśliwego. Zależało mu na niej, byłam pewna.

Tego samego dnia, gdy po raz pierwszy dostrzegłam jasnowłosą dziewczynę, zwróciłam też uwagę na wiszące na drzewach ogłoszenia. Niektóre były stare, zamoknięte i poszarpane przez wiatr, inne wyglądały na nowe, jakby powieszono je tego ranka.

ZAGINOŁ PIES BRONZOWO-CZARNY, ODPOWIADA NA IMIE RAMZES, MA 5 LAT I KLAPNIENTE UHO. PROSZE O KONTAKT: 569 365 786.

I następne, tym razem nieco bardziej ortograficzne:

POSZUKIWANY PIES RASY BORDER COLLIE, WABI SIĘ KAJTEK, JEŚLI GO WIDZIAŁEŚ, PROSZĘ ZADZWOŃ.

Pod spodem widniało wydrukowane na domowej drukarce czarno-białe zdjęcie sympatycznego pieska przypominającego bardziej kundelka niż border collie i numer telefonu dopisany grubym pisakiem. Tusz spływał z cyfr smolistymi zaciekami, które wyglądały jak czarne łzy.

Wyjęłam z kieszeni paczkę l&m-ów. Nie powinnam palić, ale w moim wieku właściwie już większości przyjemnych rzeczy nie powinnam robić, więc do diabła z tym.

Schowałam się pod drzewem, bo siąpiło, i za drugim razem zdołałam odpalić papierosa. Zaciągnęłam się, dym zadrapał mnie w gardło. W willi otworzyło się, a potem zamknęło okno i na krótką, ulotną jak wiosenne słońce chwilę nad zadbanym ogrodem poniósł się dźwięk dziewczęcego śmiechu.

Kończyłam palić, gdy za moimi plecami rozległ się cienki głosik:

– Nie znod sie.

Odwróciłam się. Tuż za mną stała niska, pękata kobiecina w niezbyt czystej puchowej kurtce. Miała jakieś pięćdziesiąt lat, okrągłą twarz i siwiejące włosy, w których tkwiły dwie plastikowe różowe spinki. Na smyczy trzymała kudłatego psa w brązowo-czarne łaty.

– Słucham?

– Nie znod się. – Wysoki, cienki głos bardziej pasował do ośmiolatki niż do dorosłej kobiety.

– Kto?

– Ramzes. – Brudnym palcem pokazała pierwsze ogłoszenie.

Odruchowo spojrzałam na psa, którego trzymała na smyczy. Zgadzało się zarówno umaszczenie, jak i klapnięte ucho.

Kobiecina musiała domyślić się, co mi chodzi po głowie, bo energicznie potrząsnęła siwą czupryną.

– To niy je Ramzes. Znaczy Ramzes, ino inkszy. Tego chyciłach we schronisku, jak tamtyn sie strocił.

Słysząc swoje imię, Ramzes numer 2 wywalił język i zamerdał ogonem.

– Mocie psa?

– Nie.

Widziałam, że gwałtownie tracę szacunek w oczach mojej nowej znajomej, dodałam więc szybko:

– Moja wnuczka ma. Mieszka z rodziną blisko, bo na Nikiszu. Czarny labrador, nazywa się Ajaks. Czasem chodzę z nim na spacery.

Kobiecina skinęła z aprobatą.

– Dowejcie pozór. Tu psy habiom.

Ajaks półtora roku temu przeniósł się do zwierzęcego raju, ale o tym nie zamierzałam wspominać.

– Kto kradnie? – zapytałam zamiast tego.

Wzruszyła ramionami.

– A bo jo wjym? Satanisty pewnie. Ramzesa ze smyczy w lesie puściłach i kajś poloz. A zawsze wracoł.

– Może się zgubił – powiedziałam. Rozciągający się między Katowicami a Mysłowicami las nie był na tyle duży, by zgubił się w nim człowiek, ale pies zapewne mógłby. Choć jak przypuszczałam, kudłaty Ramzes raczej wybiegł na jedną z dróg szybkiego ruchu i skończył pod kołami samochodu.

Pokręciła głową.

– Zawsze wracoł – powtórzyła. – I jego widziałach niedaleko. O, może to łon.

Przez moment nie miałam pojęcia, o kim mówi. Dopiero kiedy znowu wyciągnęła brudny palec i wycelowała nim w okna willi, pojęłam, że ma na myśli Jacka Kotulaka.

– Pani myśli, że człowiek, który tu mieszka, ukradł Ramzesa?

Znowu pokręciła głową, ale tym razem znacznie mniej energicznie.

– Jo tam niy wjym. Ale ludzie różnie godajom. Po takiemu ogłoszenia kole jego chałpy wieszom. Coby go sumienie żarło.

Nie powiem, trochę mnie rozbawiła. Jacek, starszy ode mnie o dobre pięć lat, w roli satanisty? W różne rzeczy mogłam uwierzyć, ale w to nie. Dawny kolega mojego brata naraził się mieszkańcom Janowa prawdopodobnie jedynie tym, że był mieszkającym na uboczu starszym samotnym mężczyzną.

– Pani wie, kto to jest? – Dałam spokój psom i korzystając z okazji, spróbowałam podpytać nową znajomą.

– Profesor jakiś. – Charknęła i przez moment wydawało się, że splunie z pogardą. – Hermann. – Zabrzmiało w jej ustach jak kolejne charknięcie.

Hermann? Zdziwiłam się, uznałam jednak, że Jacek miał powód, by zmienić nazwisko. Sprawa sprzed pół wieku odbiła się szerokim echem i nawet teraz gazety od czasu do czasu do niej wracały.

– Sam mieszka? – To już wiedziałam, chciałam się jedynie upewnić.

– Ja, ino tako jedna czasym do niego przyłazi.

– Wnuczka? – zapytałam, nim zdążyłam ugryźć się w język. Nie powinnam była wiedzieć, że odwiedzająca Jacka kobieta jest młoda. Moja nowa znajoma nie zwróciła jednak na to uwagi.

– Może i wnuczka.

– Po co profesor miałby kraść psy? – Żeby zatrzeć gafę, wróciłam do bezpiecznego tematu.

Spojrzała na mnie wodnistymi oczami.

– Tera wszyscy habiom – oznajmiła poważnym tonem, po czym pożegnała się i odeszła z drepczącym u jej boku Ramzesem.

Jeszcze tego samego wieczoru przełożyłam ostatnie zdjęcie Romka do szuflady. Nie chciało mi się wyjmować albumu z szafki za każdym razem, kiedy miałam ochotę na nie spojrzeć.

*

Umysł ludzki to dziwny mechanizm. Oszukujemy innych, ale równie dobrze potrafimy też oszukiwać samych siebie. Ja przez długi czas chciałam wierzyć, że to, co robię, to tylko zabawa, rozrywka pani w starszym wieku, być może nieco osobliwa, ale ostatecznie przecież dość niewinna.

Zabawą było przechodzenie każdego dnia obok willi na Zamkowej, zaglądanie przez lornetkę w okna i sprawdzenie, czy Jacek nie zamontował przypadkiem kamer lub alarmu. Zabawą było kupienie w Decathlonie dresu. Specjalnie wybrałam model bez żadnych odblaskowych pasków czy jaskrawych elementów, taki sam, jaki niedawno kupiłam dla Zuzy. Mieli trzy kolory, a ja zdecydowałam się na ciemnoszary: w jasnym za bardzo bym się wyróżniała, w czarnym wyglądałabym jak podstarzały ninja. Zabawą było udawanie przed Buchtową, że biodro boli mnie bardziej, niż naprawdę bolało, i powrót do siwych włosów.

Kiedy jednak wyjęłam z szuflady komplet noży, wiedziałam już, że sprawa zrobiła się naprawdę poważna. Te noże podarowała mi piętnaście, może nawet dwadzieścia lat wcześniej znajoma, mówiąc: może dzięki nim polubisz gotowanie. Cóż, nie polubiłam, prezent powędrował na dno szuflady, a znajoma wyjechała do Stanów i urwał nam się kontakt. Gdyby jeden z tych noży znaleziono na miejscu przestępstwa, nikt nie zdołałby skojarzyć go ze mną.

Otworzyłam pudełko i opuszką palca sprawdziłam ostrość największego. To nóż do mięsa, powiedziała znajoma. A może do chleba? Nie, noże do chleba mają ząbkowane ostrza. Tyle nawet ja wiem. Nieważne zresztą. Wyglądało na to, że nóż się nada.

Po południu wpadła Zuza. Zrobiłam jej herbaty i pokroiłam roladę malinową za cztery czterdzieści dziewięć, oczywiście kupioną w Rabacie. Moja wnuczka nie je mięsa, zawsze sprawdza, czy jajka są od kur z wolnego wybiegu, i jeśli tylko może, unika krowiego mleka, jednak szczęśliwie nie przeszkadza jej ani gluten, ani zestaw konserwantów długi jak lista składników szamponu do włosów.

Usiadłyśmy przy stoliku w kuchni. Zuza wyglądała, jakby coś ją dręczyło: prawie się nie odzywała, popijała tylko gorący napój i jadła ciasto. Nie poganiałam jej. Czekałam cierpliwie, aż sama zacznie mówić.

Zuza przypomina Romka nie tylko pod względem uporu. Jakiś przedziwny genetyczny kaprys sprawił, że moja wnuczka podobna jest nie do matki, ojca czy do mnie, ale do swojego ciotecznego dziadka. Mierzy prawie metr osiemdziesiąt, ma duże stopy, płaską klatkę piersiową, piegowatą twarz i szerokie usta, dokładnie takie, jakie od przeszło dwóch tygodni codziennie oglądam na starym zdjęciu. A ponieważ włosy ścina krótko, po chłopięcemu, to gdyby ubrać ją w spodnie i koszulę sprzed pół wieku, byłaby nie do odróżnienia od młodego Romka. Oczywiście taki wygląd nie czyni jej piękną czy choćby ładną – mam nieprzyjemne wrażenie, że Zuza ma wśród studentów opinię brzyduli, lecz ja kocham ją bardziej niż którekolwiek z moich dzieci czy wnuków. Nie faworyzuję jej, ale też nie zamierzam się tego wypierać. Tak po prostu jest i nic się nie da na to poradzić.

Zuza zjadła ostatni kawałek ciasta – jak na takiego chudzielca ma zaskakująco duży apetyt – i oblizała palce.

– Mama ci mówiła, że latem jedziemy w Tatry?

Skinęłam głową.

– Chcemy chodzić od schroniska do schroniska, z plecakami – wyjaśniła, choć to oczywiście też już wiedziałam. – Nie masz nic przeciwko?

– Dlaczego miałabym mieć?

– No wiesz, z powodu dziadka Romana. – Zawsze nazywała go „dziadkiem Romanem”, co było na swój sposób urocze i bardzo w stylu Zuzy. – Będziemy uważać – zapewniła. – W naszej grupie są doświadczone osoby, a poza tym...

– Nie mam nic przeciwko.

– Serio? Mama mówiła...

– Domyślam się, co mówiła. – Łatwo było zgadnąć, że Justyna próbowała mnie wykorzystać, by wyperswadować córce tę wyprawę. – Jedźcie sobie na zdrowie. Poza tym i tak jesteś trochę za duża, żeby ci czegokolwiek zabraniać.

Zaczerwieniła się lekko.

– Wiem – powiedziała. – Ale wolałabym nie jechać bez twojej i mamy zgody.

– Moją masz. – Udało mi się nawet powiedzieć to całkiem szczerze. Zuza była rozsądną dziewczyną, a poza tym jaka jest szansa, że taka sama tragedia wydarzy się dwa razy w tym samym miejscu tej samej rodzinie? To mówił rozum. Przeczucie podpowiadało coś zupełnie innego, jednak postanowiłam je zignorować.

Zuza zaniosła do zlewu filiżanki i talerzyki po roladzie malinowej. Zawsze myła po sobie naczynia, a ja już dawno przestałam z nią o to walczyć.

– Mam pytanie... – zaczęła, odwracając się do mnie, woda ściekała jej z palców.

Skinęłam zachęcająco głową. Sądziłam, że chce zapytać o coś związanego z sytuacją na uczelni, na przykład w jaki sposób zamknąć usta zazdrosnym studentom, którzy obmawiają ją za plecami. Zuzę jednak dręczyło coś zupełnie innego.

– Jeśli ktoś krzywdzi zwierzęta, to jaka może go spotkać kara?

– Nie mam pojęcia. O coś takiego powinnaś pytać prawnika. – Nie wspomniałam, że za moich czasów krzywdziciele zwierząt odpowiadali z paragrafu o niszczeniu mienia.

– Ale jest śledztwo, prawda? Jak w przypadku człowieka?

– Różnie bywa – odpowiedziałam dyplomatycznie. Zuza pod wieloma względami wciąż była naiwną idealistką: działała w ruchu Zielonych, pomagała bezdomnym zwierzakom ze schroniska i pewnie przykuwałaby się do drzew w Dolinie Rospudy, gdyby tylko w czasie protestów była wystarczająco dorosła, by wyrwać się spod opieki rodziców. – Jeśli zwierzę jest katowane albo zostaje brutalnie zabite, to raczej tak.

– A jeśli nie wiadomo, czy było katowane? Jeśli nie ma żadnych dowodów?

– To obawiam się, że niewiele można zrobić.

Przygryzła dolną wargę, ale nic nie powiedziała, a ja nie miałam na tyle rozumu, żeby ją przycisnąć i wypytać, o co chodzi. Myślałam, że to znowu sprawa, o której Zuza wyczytała w gazecie, albo problem związany z jakimś nieszczęśliwym psem ze schroniska. Byłam głupia. Głupia i pochłonięta własną obsesją, bo prawdę miałam tuż pod nosem. Ale tego wieczoru, gdy moja wnuczka wróciła na Nikiszowiec, nie myślałam o katowanych zwierzętach ani o smutku malującym się na twarzy Zuzy. Wręcz przeciwnie, paląc na balkonie papierosa, myślałam o tym, jak dobrze mi się powodzi. Nie najgorsze zdrowie, emerytura umożliwiająca życie jeśli nie luksusowe, to przynajmniej dość wygodne, a przede wszystkim rodzina. Ile kobiet w moim wieku może pochwalić się tym, że dorosłe wnuki przychodzą do nich z własnej woli, nieponaglane przez rodziców?

A przecież to, co planowałam, mogło sprawić, że wszystko stracę. Zdawałam sobie sprawę, czym ryzykuję, jednak nie zamierzałam zrezygnować. Podeszły wiek ma niewiele zalet – nie wierzcie, jeśli wmawiają wam co innego – niemniej jedną z nich jest znajomość siebie. Wiedziałam, że jeśli teraz się wycofam, niewykorzystana szansa zatruje lata, które mi zostały. Dręczyłabym się świadomością, że Jacek mieszka tak blisko i w każdej chwili mogę go spotkać, aż wreszcie o niczym innym nie potrafiłabym myśleć.

Poza tym oczywiście wierzyłam, że akurat mnie się uda, bo jestem wystarczająco sprytna, by nie dać się złapać. Zorientowałam się, że myślę już jak przestępca, i nawet nieszczególnie mnie to zdziwiło. My, stróże prawa, mamy więcej wspólnego z ludźmi, których ścigamy, niż chcieliby wierzyć praworządni obywatele.

Potrafimy działać szybko i zdecydowanie, potrafimy też, kiedy trzeba, być bezwzględni. I błyskawicznie uczymy się, że w naszej pracy ważniejsze jest trzymanie się ducha prawa niż jego litery. Nie wiem, czy istnieje gliniarz, który nigdy nie sprowokował podejrzanego, nie wymusił zeznań ani nie podłożył dowodów – albo przynajmniej o tym nie myślał.

Sama swego czasu robiłam takie rzeczy, jeśli tylko wierzyłam, że dzięki temu dorwę drania, który powinien siedzieć w więzieniu, a nie cieszyć się wolnością.

Tak właśnie tamtego wieczoru postrzegałam to, co zamierzałam zrobić: jako sprawiedliwość, może dość pokrętną, ale jednak sprawiedliwość.

*

Następnego dnia była sobota, upalna jak większość kwietnia tego roku. Na trawnikach stały miski z wodą dla bezdomnych kotów, a w zbudowanym pod lasem karmniku skakały ptaki, jakby spodziewały się, że znajdą tam jeszcze zapomniane po zimie ziarna. Pogoda zachęcała do spacerów, zrobiłam więc moją tradycyjną rundkę na Bolinę, oczywiście po drodze mijając willę Jacka. Widziałam, jak pracuje w ogródku, wyrywając chwasty. Obok na ścieżce leżał czarno-srebrny pies w typie husky. Nie powiem, mocno mnie to zmartwiło. Osiemdziesięciolatek mieszkający samotnie stanowił łatwy cel, nawet dla starszej osoby. Osiemdziesięciolatek mieszkający z dużym psem to zupełnie inna kwestia.

Gdy przechodziłam obok, wyprostował się, by otrzeć pot z czoła, a pies poderwał się, wyraźnie licząc, że przerwa w pracy oznacza czas na zabawę. Jacek odgonił go, ale nie wyglądał przy tym na zniecierpliwionego. Zatrzymałam się na ułamek sekundy, a potem ruszyłam dalej w obawie, że jeśli będę stała i gapiła się na ogród, w końcu zwróci na mnie uwagę. Dopiero po kilku krokach pojęłam, co widziałam.

Jacek nie był zniecierpliwiony. Był... spięty? Nerwowy? Nieszczęśliwy? Nie potrafiłam dokładnie określić, jednak nie miałam wątpliwości, że to nie ten sam człowiek, który radośnie witał jasnowłosą wnuczkę. Coś musiało popsuć mu humor. Może się pokłócili, pomyślałam nie bez pewnej satysfakcji, i młoda nie chce już odwiedzać dziadka.

Nie zastanawiałam się nad tym długo. Bardziej zaprzątało mnie pytanie, jak pozbyć się psa. Przez chwilę rozważałam użycie trucizny, szybko jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Zakładając nawet, że potrafiłabym skrzywdzić niewinne zwierzę, po czymś takim nie mogłabym spojrzeć Zuzie w oczy.

Co mi pozostawało? Środki nasenne? Nie miałam pojęcia, ile ich podać, nie mówiąc już o pewności, czy pies w ogóle przyjmie cokolwiek z moich rąk. Nie wyglądał na szczególnie groźną bestię, ale pozory mogły mylić.

Postanowiłam więc czekać i obserwować dom. Przecież do niczego mi się nie spieszyło. Teraz, gdy patrzę z perspektywy czasu, myślę, że cieszyło mnie towarzyszące oczekiwaniu napięcie. Świat nabrał kolorów, a dźwięki ostrości. Od wielu lat już nie czułam tak wyraźnie, że naprawdę żyję. Delektowałam się spodziewaną zemstą, jak siedzący w restauracji smakosz delektuje się świadomością, że za chwilę kelner przyniesie mu pyszny obiad.

Wymyślałam w tym czasie mnóstwo sposobów na pozbycie się problemu psa. Zaprzyjaźnić się z nim. Strzelić do zwierzęcia ampułką ze środkiem usypiającym (o strzelbę i środek mogłabym poprosić dawnych kolegów, ale ci z pewnością zaczęliby pytać, po co mi to, a mnie nie przychodziło do głowy żadne wyjaśnienie). Wywabić Jacka gdzieś na zewnątrz i tam załatwić sprawę.

Każdy z tych pomysłów miał swoje mocne i słabe strony, jednak żadnego nie zrealizowałam, bo w maju Jacek zniknął.

2

Pierwszego ani drugiego dnia widok samotnego psa za płotem ogrodu jeszcze mnie nie zaniepokoił. Trzeciego przystanęłam, by przyjrzeć się zwierzęciu. Pies miał zmierzwione futro i biegał nerwowo wzdłuż ogrodzenia, jakby na kogoś czekał. Sprawiał wrażenie zdezorientowanego i odrobinę chudszego, niż kiedy widziałam go ostatnim razem.

Wróciłam tam, gdy tylko zapadł zmrok. W willi nie paliło się światło, a pies wciąż tkwił za płotem i obserwował mnie w napięciu połyskującymi w ciemności oczami. Jedno z nich było niebieskie, drugie ciemne, prawie czarne. Kiedy podeszłam bliżej, warknął, ale jakoś tak bez przekonania. Zdawało mi się nawet, że w tym warknięciu brzmi coś jakby nadzieja.

Cofnęłam się, niepewna, co właściwie powinnam zrobić. Wokół panowała cisza, którą mąciły jedynie miękkie pacnięcia uderzających o szkło latarni owadów. Zamkowa jest główną i najbardziej ruchliwą ulicą Janowa, ale tylko do parkingu przed osiedlem. Potem kończy się asfalt, a wyboista droga wchodzi w las, biegnąc pomiędzy ciemną ścianą drzew z jednej strony a ukrytymi w gąszczu zieleni willami z drugiej. W dzień zawsze można tu spotkać spacerowiczów albo rodziny zmierzające z dziećmi w stronę Boliny. Nocą to zupełnie inne miejsce, opustoszałe i zastygłe w sennym bezruchu. Pomyślałam, że popełniłam błąd, przychodząc tu o tej porze.

Chciałam już odejść, gdy w ciszy rozległ się dźwięk szurających kroków. Ktokolwiek nadchodził, musiał być, podobnie jak ja, dość wiekową osobą. Jacek? – pomyślałam z błyskiem nadziei.

Na wszelki wypadek schowałam się między drzewami i czekałam. Na drogę wypełzł wydłużony cień, u sąsiadów skrzypnęło otwierane okno i w jasnym prostokącie pojawiła się kanciasta sylwetka. Mężczyzna wyjrzał na zewnątrz, a potem odwrócił się i powiedział coś, czego nie usłyszałam.

Szur, szur, cień cienkiego tułowia przeszedł w cień jeszcze cieńszych nóg, po czym z mroku wynurzyła się absurdalnie do cienia niepasująca pękata kobieta, w której bez trudu rozpoznałam właścicielkę kudłatego Ramzesa. W jednej ręce trzymała butelkę, w drugiej coś, co wyglądało na płaski plastikowy pojemnik do przechowywania żywności. Kieszenie brudnej kurtki były podejrzanie wypchane i pamiętam, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kobieta nie grzebała przed chwilą w śmietniku.

– Naści – powiedziała, podchodząc do ogrodzenia. Pies węszył w powietrzu, wpychając pysk pomiędzy sztachety. Kobieta wcisnęła do ogrodu pojemnik, nalała do niego wody, a potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła to, co psa interesowało najbardziej, czyli pęto kiełbasy. Zwierzę kilkoma kłapnięciami pożarło poczęstunek, po czym entuzjastycznie skacząc wzdłuż płotu, przewróciło plastikową miskę. Kobieta cierpliwie ustawiła ją z powrotem i nalała świeżej wody.

Obserwowałam to wszystko z mieszaniną rozbawienia i ulgi. Wyglądało na to, że Jacek Kotulak – teraz Hermann – gdzieś zniknął, a nieznajoma samowolnie podjęła się opieki nad jego psem. Jeśli tak, nie musiałam się już przejmować. Przynajmniej na razie. Zwierzę miało dostęp do jedzenia i wody, a kilka nocy spędzonych poza domem mu nie zaszkodzi. Przeżył sam trzy dni, to przeżyje i do rana, pomyślałam. Jeśli Jacek jutro nie wróci, będę się martwiła, co dalej.

*

Przed snem zazwyczaj czytam, oglądam seriale albo przesiaduję przy komputerze. Internet to znakomita rozrywka dla starszej samotnej kobiety, która zawsze była głodna wiedzy. Trzeba tylko przełamać odruchową niechęć do nowinek. Mnie pomógł syn – kiedy przeszłam na emeryturę i niespodziewanie odkryłam w sobie pasję do ogrodnictwa, pokazał mi, jak poruszać się w sieci. Początkowo wchodziłam tylko na strony poświęcone uprawie roślin, teraz śledzę doniesienia z całego świata, przeglądam ulubione blogi i kłócę się z ludźmi na Facebooku.

Tego wieczoru wygrał jednak serial. Lubię produkcje historyczne i kryminały, nie te skandynawskie, ponure – takich klimatów dość miałam w życiu – tylko lżejsze, amerykańskie albo brytyjskie. W ciągu czterdziestu pięciu minut przystojni mężczyźni i piękne kobiety rozwiązują w nich najbardziej skomplikowane zagadki, z przerwą na drinka przy basenie czy flirt na tle oceanu liżącego plażę spienionymi falami.

Próbowałam więc skupić się na kolejnym odcinku Śmierci pod palmami, ale ciągle wracałam myślami do Jacka.

Dlaczego zniknął tak nagle? Czemu nie zadbał o to, by zapewnić psu opiekę? Wystarczyłoby przecież zostawić klucze któremuś z sąsiadów... Jacek zawsze lubił zwierzęta i świetnie się z nimi dogadywał. Bez problemu wierzyłam, że zamordował człowieka, jednak nie byłam pewna, czy mógłby skrzywdzić psa.

Tyle że ludzie się zmieniają, prawda? A ja nawet pięćdziesiąt pięć lat temu nie znałam go zbyt dobrze – był przecież kolegą mojego brata, nie moim.

Zorientowałam się, że z oglądania nici, wyłączyłam więc serial i sięgnęłam do szuflady, by po raz kolejny spojrzeć na zdjęcie.

Kiedy podniosłam aparat i krzyknęłam „A teraz proszę o uśmiech!”, Romek znajdował się już w pociągu i wysunął tylko głowę, szczerząc zęby. Najwyżej na schodkach stała Żanetka, która odchyliła się do tyłu, by jak najlepiej zmieścić się w kadrze, za nią Bartek ściśnięty między wielkim plecakiem koleżanki a pchającą się w górę Kazią. Jacek stał na końcu, z tym swoim uśmiechem, którego wciąż nie rozumiałam.

Żanetka chodziła z Romkiem, Bartek i Kazia również tworzyli parę. Tylko Jacek od początku był w tej grupie sam. W dodatku nawet nie należał do bliskich kolegów Romka i Bartka, którzy przyjaźnili się od czasów podstawówki. Pamiętam, jak zapytałam brata, czemu go zabierają, a on roześmiał się i odpowiedział, że Jacek ma kasę.

– To znaczy nie on, tylko jego starzy. – Poprawił się na szerokim parapecie, wydmuchując dym z papierosa. – Siedzą w Ameryce i przesyłają mu pieniądze.

Ameryka jawiła się nam wtedy jako bajkowy świat możliwości tak wielkich, że na samą myśl zakręciło mi się w głowie.

– I on... był w Ameryce? – szepnęłam z nabożnym podziwem.

Romek roześmiał się.

– Nie. Dawno mu proponowali, żeby do nich przyjechał, ale on powiedział, że woli zostać w Polsce.

To już brzmiało zupełnie niewiarygodnie, jednak nie dopytywałam dalej. Wszystko, co robił wtedy mój brat, wydawało mi się mądre i właściwe. Jeśli zamierzali zabrać ze sobą Jacka, to znaczyło, że tak właśnie powinno być.

– Dzięki niemu będzie nas stać na porządny sprzęt – powiedział, zeskakując z parapetu. – Och, nie martw się – dodał, choć wcale się nie martwiłam. – Będziemy dla niego mili. Naprawdę.

Może dlatego właśnie wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. Ponieważ Jacek był obcy, ponieważ nigdy nie powinien był jechać na tę wycieczkę.

Pochowałam dwóch mężów – w tym jednego, którego naprawdę kochałam – przepracowałam najpierw w milicji, potem w policji trzydzieści lat, urodziłam dwójkę dzieci i patrzyłam, jak dojrzewają moje wnuki. A jednak jakaś część mnie została tam na peronie i nigdy nie dorosła.

Romek wychylający się z okna pociągu, uśmiech na jego piegowatej twarzy i czerwone od słońca uszy. „Spotkamy się za dwa tygodnie!”, krzyknął. A może: „Widzimy się dwa tygodnie?”. Powinnam pamiętać, w końcu to ostatnie słowa mojego brata. Z biegiem lat mnóstwo drobiazgów wyciekło mi z pamięci, choć myślałam, że nigdy ich nie zapomnę. Niedawno na przykład usiłowałam sobie przypomnieć, jakie meble stały w pokoju moim i Romka. Na pewno jego biurko i szafa na ubrania, a reszta?

Powinnam wiedzieć takie rzeczy, mówi się przecież, że starzy ludzie lepiej pamiętają odległe czasy niż to, co wydarzyło się wczoraj. Ja staram się zatrzymać przeszłość, ale ona i tak z każdym dniem blednie coraz bardziej, a dziewczyna, którą kiedyś byłam, czasem tak realna, jakby stała tuż obok, wymyka mi się z palców.

Tracę i ją, i brata, i nic nie mogę na to poradzić.

Schowałam zdjęcie do szuflady, umyłam się i położyłam do łóżka. Myślałam, że jak zwykle będę przewracać się w pościeli aż do pierwszej, ale zasnęłam, ledwo przyłożyłam głowę do poduszki.

*

Obudził mnie pomruk grzmotu, za którym nieuchronnie nadciągnęło bębnienie deszczu. Słuchałam tych odgłosów, rozleniwiona pod kołdrą, stopniowo jednak zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak.

Burza, pomyślałam.

Ten cholerny pies.

Usiadłam na łóżku, wciąż nie do końca przytomna. Znowu zagrzmiało, blask błyskawicy na ułamek sekundy wypłoszył z kątów półmrok i oblał meble neonowym światłem. Przysunęłam stojący na nocnym stoliku budzik i sprawdziłam godzinę.

Było dziesięć minut po ósmej, ranek, a nie świt, jak wcześniej sądziłam.

Psy boją się burzy, przypomniałam sobie. Nie wszystkie, oczywiście, ale nawet jeśli pies Jacka należał do mniejszości, moknięcie w ulewie raczej mu nie posłuży.

Przez dłuższą chwilę leżałam jeszcze, walcząc z wyrzutami sumienia, aż wreszcie wstałam i zapaliłam światło, które przegnało szarość deszczowego dnia. Zaczęłam się ubierać, powoli, czekając, aż zesztywniałe po nocy mięśnie rozgrzeją się i zaczną działać. Spodnie dresowe, wyjściowa bluzka, adidasy – pierwsze, co wpadło mi w ręce. Na to narzuciłam płaszcz przeciwdeszczowy. Nie żadną kurtkę z goretexu czy innego wymyślnego materiału, tylko zwyczajny płaszcz z grubej folii. Ma on tę wadę, że człowiek paskudnie się pod nim poci, i tę zaletę, że naprawdę nie przemaka. Nie był to może najlepszy strój, ale na przejście do końca Zamkowej powinien wystarczyć.

Gdy wyszłam na zewnątrz, deszcz uderzył mnie w twarz. Naciągnęłam mocniej kaptur i pochylona, walcząc z wiatrem ciskającym kolejnymi falami ulewy, ruszyłam naprzód.

Nie robiłam tego ze względu na psa. Robiłam to, ponieważ chciałam być babcią, którą widziała we mnie Zuza. Nawet gdyby moja wnuczka nigdy się o tym nie dowiedziała.

Nim dotarłam do lasu, nogawki spodni miałam całkiem przemoczone, a w butach mi chlupotało. Powinnam pewnie opracować jakiś plan, ale przez całą drogą myślałam tylko o tym, by nie dać się przewrócić gwałtownym podmuchom. Ostatecznie doszłam do wniosku, że sprawdzę, czy zwierzę jest bezpieczne, a jeśli nie, będę się zastanawiać, co dalej. Na tyle mnie było w tamtym momencie stać.

Widziałam już dom Jacka, gdy usłyszałam z tyłu warkot nadjeżdżającego samochodu. Zeszłam z drogi, czy może raczej niezgrabnie uskoczyłam, choć i tak oczywiście struga zimnej błotnistej wody zdążyła chlapnąć na moje przemoczone spodnie. Zaklęłam pod nosem, przytrzymując się drzewa. Byłam zdecydowanie za stara na takie wyczyny.

Patrzyłam, jak żółty mini cooper zwalnia, a potem zatrzymuje się na końcu ulicy. Wysiadła z niego znajoma blondynka, która trzymając nad głową gazetę, pobiegła otworzyć bramę. Samochód wjechał do ogrodu i chwilę później dziewczyna pomagała już wysiąść Jackowi. Rozmawiali, gwałtownie gestykulując, jakby się kłócili, ale deszcz zagłuszał słowa. Zaczekałam, aż wpuszczą do willi przemokniętego psa, i odeszłam, zadowolona, a jednocześnie trochę na siebie zła.

W domu połknęłam zestaw porannych leków, dorzuciłam do tego dwie aspiryny i resztę dnia spędziłam pod kocem, oglądając przygody detektywów na karaibskiej wyspie. Bolały mnie biodro i kostka, którą musiałam nadwyrężyć, gdy uskoczyłam przed samochodem, i po raz pierwszy, odkąd zobaczyłam Jacka, poczułam się nie tylko stara, ale też śmieszna. Co ja właściwie próbowałam osiągnąć? Może powinnam dać sobie spokój, pomyślałam, jednak nawet wtedy, w myślach, znowu się oszukiwałam, bo w głębi ducha wiedziałam, że tego nie zrobię. Śmieszna czy nie, zamierzałam dokończyć to, co zaczęłam.

Następnego dnia po deszczu zostały tylko głębokie mętne kałuże, przyklejone do asfaltu mokre liście wyglądały jak poległe w boju zielone ćmy. Szłam moją stałą trasą, licząc się z tym, że Jacka znowu nie będzie w domu. Był jednak, w ogrodzie, tak jak widywałam go wielokrotnie wcześniej. Rąbał na kawałki oberwany przez burzę konar, stękając przy tym i sapiąc. Zrobiło mi się go prawie żal. Czemu u licha nie poprosił o pomoc kogoś młodszego, choćby jasnowłosej wnuczki?

Dopiero później uświadomiłam sobie, że nie widziałam psa, a przecież zwierzę zwykle kręciło się po ogrodzie. Oczywiście to jeszcze nie musiało o niczym świadczyć, może akurat tego dnia z jakiegoś powodu Jacek uznał, że zamknie zwierzaka w domu, ale nie zobaczyłam psa także 18 i 19 maja.

Pewnie go oddał, uznałam. Miałoby to sens, bo zwierzę było duże, a jego właściciel stary i słaby. Może nawet tamtego ranka wystraszony burzą, głodny i zirytowany pies zaatakował wracającego Jacka albo jego wnuczkę?

Nieważne. Tworzyłam w głowie piętrowe teorie, gdy tymczasem liczyło się tylko jedno: zniknęła najważniejsza przeszkoda powstrzymująca mnie przed zrealizowaniem planu.

Dotarłam na Bolinę i usiadłam na ławce naprzeciwko placu zabaw. O tak wczesnej porze przebywało tu tylko kilka matek. Plotkowały, podczas gdy ich pociechy kręciły się na małej karuzeli. Dwie starsze dziewczynki przepychały się, walcząc o miejsce na przyczepionym do liny gumowym talerzu. Wygrała wyższa, ciemnowłosa, po czym zjechała triumfalnie, powiewając falbankami różowej sukienki. Jej koleżanka została na podeście, wywrzaskując pod adresem rywalki niecenzuralne słowa.

Ja nie miałam szczęśliwego dzieciństwa, ale też mało kto z mojego pokolenia miał. Żyliśmy w ciężkich, bo tużpowojennych czasach, zmęczone matki nie głaskały nas po główkach, tylko goniły do roboty, a ojcowie pili i chętnie łapali za pas. Ale ja miałam Romka, starszego brata, który opiekował się mną, bronił, gdy chłopcy w szkole popychali mnie i ciągnęli za warkocze, który pokazał mi, jak gołymi rękami łapać raki i jak łagodnym głosem zwabiać wychudzone koty, by dały się pogłaskać. Odkąd pamiętam, zawsze był przy mnie, nawet wtedy, gdy dorósł już na tyle, by palić papierosy, a kumple śmiali się z łażącej za nim pulchnej, niezgrabnej dziewczynki. Z czasem pojawił się Bartek, nieco później do naszej paczki dołączyła Kazia. I Żanetka – ta zjawiła się, gdy Romek kończył liceum. Pamiętam, że z początku byłam nawet o nią trochę zazdrosna, bo zabierała mi brata. Jednak na Żanetkę nie można się było gniewać. Przypominała promień słońca – wiem, że to banalne określenie, ale do niej naprawdę pasowało. Jasnowłosa, uśmiechnięta, wiecznie optymistyczna. Chodziła lekko, jakby tańczyła, nosiła sukienki w kwiatki, które samodzielnie szyła na podstawie wykrojów z zagranicznych pism, i lubiła nucić francuskie piosenki. Miała na imię Janina, jednak zawsze przedstawiała się jako Żanetka. Teraz, po latach, myślę, że była w tym wszystkim po młodzieńczemu pretensjonalna, choć wtedy nikt tego tak nie postrzegał. Urocza, mówili ludzie, a niektórzy mężczyźni dodawali z błyskiem w oku: niczego sobie kobietka.

Jacek pojawił się najpóźniej. Po raz pierwszy spotkaliśmy się na prywatce w czyimś domu. Może u Bartka? Nie pamiętam już, ale tylko jego rodzice mieli wystarczająco duże mieszkanie, by urządzać takie imprezy. Zwinęliśmy dywan i tańczyliśmy przy dźwiękach muzyki płynących ze starego gramofonu. Jacek nalał nam wódki, a potem poprosił mnie do tańca. Chyba imponowało mi wtedy, że interesuje się mną starszy elegancki chłopak.

Gdy piosenka dobiegła końca, Kazia zaciągnęła mnie do kuchni i poczęstowała papierosem – wtedy palili wszyscy, ledwo dorośli na tyle, by nie bać się ojcowskiego pasa. Nikt nie myślał o zdrowym stylu życia.

– Uważaj na niego – powiedziała. – To niezłe ziółko.

Kazia stanowiła przeciwieństwo giętkiej Żanetki: duża, silna dziewczyna w typie przodowniczek pracy, które na plakatach jedną ręką przerzucały snopek siana, drugą kołysząc przyszłość narodu w postaci pulchnego niemowlęcia. Na swój sposób ładna, choć dopiero Bartek odważył się ją poderwać.

– Jak to? – zapytałam naiwnie, a ona wzruszyła ramionami.

– No wiesz, krążą różne plotki.

Próbowałam ją wypytywać, ale nie chciała powiedzieć nic więcej. Uważała mnie pewnie za dzieciaka, któremu nie wypada opowiadać o skrobankach i porzuconych dziewczynach – tego dowiedziałam się później, słuchając, jak starsi szepczą między sobą.

Potrząsnęłam głową, odganiając wspomnienia. Nie chcę być jedną z tych starszych pań, które ciągle patrzą wstecz, jednak czasem nic nie da się na to poradzić.

Dwie dziewczynki znów zaczęły się przepychać przy gumowym talerzu. I tym razem brunetka wygrała, a jej koleżanka uderzyła w płacz.

Kiedyś będziesz musiała nauczyć się walczyć o swoje, pomyślałam. Ja się nauczyłam. Zajęło mi to trochę, ale wreszcie się nauczyłam.

Potem pomyślałam: powinnam zrobić to dzisiaj.

Myśl, kiedy już przyszła mi do głowy, wydawała się całkiem oczywista. Nie było sensu czekać. Im dłużej będę kręciła się przed domem Jacka, tym większa szansa, że ktoś wreszcie zwróci na mnie uwagę. Poza tym Jacek w każdej chwili mógł znowu wyjechać albo wziąć sobie nowego psa.

Wstałam z ławki. O dziwo, teraz gdy podjęłam decyzję, nagle czekanie przestało sprawiać mi przyjemność. Czułam się jak nastolatka odliczająca minuty do pierwszej randki. Pojechałam na działkę, jednak było zbyt gorąco, żeby pracować, wróciłam więc do domu i próbowałam czytać, a potem oglądać serial – tym razem Koronę – w nadziei, że wciągną mnie komplikacje na brytyjskim dworze. Problem w tym, że na niczym nie potrafiłam się skupić. Bezustannie wracałam myślami do mojego planu, szukając w nim słabych punktów. Było ich trochę i musiałam się z tym pogodzić. Praca w policji dawno temu nauczyła mnie, że nie istnieją przestępstwa doskonałe. Dużo zależy od przygotowania, owszem, ale sporo też od zwykłego szczęścia.

Po zachodzie słońca wyszłam z domu, ubrana w szary dres, z kijkami do nordic walkingu i małym plecaczkiem, w jakim sportowcy noszą zapas wody albo batoniki energetyczne. Ja w swoim schowałam dobrze naostrzony nóż. Porę wybrałam idealną: w półmroku nadciągającego wieczoru rozmywały się już sylwetki przechodniów, a jednocześnie godzina wciąż była na tyle wczesna, że spacerujący ludzie nie zwracali na siebie specjalnej uwagi.

Plan miałam prosty. Zadzwonić do willi Jacka, powiedzieć mu, że od szybkiego chodzenia z kijkami zrobiło mi się słabo, i poprosić o szklankę wody. Nie sądziłam, żeby zatrzasnął drzwi przed potrzebującą pomocy starszą panią. Jeśli pies będzie w domu, udam wystraszoną i zapytam, czy nie mógłby zamknąć zwierzaka w jednym z pokoi. Co prawda uwięzione zwierzę mogło narobić rabanu na całą okolicę, ale w razie czego zostawało mi przynajmniej kilka minut, żeby zorientować się, co dalej i czy w ogóle warto ryzykować.

Poszłam na Zamkową od strony Boliny, przez las. Między drzewami mrok zgęstniał już tak bardzo, że musiałam iść ostrożnie, uważając na każdy krok. Serce biło mi szybko, w krzakach buszowały jakieś stworzenia, słyszałam trzaski łamanych gałązek i naprawdę miałam nadzieję, że to ptaki albo zające, a nie dziki. Kiedyś natknęłam się tu na jednego: wielkie czarne bydlę wyszło z lasu i zaczęło szukać czegoś w trawie na skraju osiedla, zupełnie nie zwracając uwagi na mijających je ludzi.

Potknęłam się nagle i przewróciłam. Szlag, pomyślałam, czując piekący ból zdartej z dłoni skóry. Szlag, szlag, szlag. Podniosłam się, pozbierałam kijki i stałam przez chwilę, starając się odzyskać równowagę. W moim wieku można połamać sobie kości, spadając z łóżka – wyglądało jednak na to, że tym razem przynajmniej nic się nie stało. Trochę tylko kręciło mi się w głowie.

Zaklęłam jeszcze raz, żeby dodać sobie animuszu. Pomyślałam nawet, że poobijana mogę być dla Jacka bardziej wiarygodna: biedna starsza pani, która przewróciła się, spacerując po zmroku w lesie. Jednak wypełniające mnie podniecenie zniknęło i zamiast niego pojawił się lęk. Do tej pory cały mój plan opierał się na założeniu, że jestem od Jacka silniejsza i sprawniejsza fizycznie: on był starszy, a kiedy widywałam go w sklepie czy w ogrodzie, wyglądał na bardziej schorowanego. Pozory jednak mogły mylić. Co, jeśli sobie z nim nie poradzę?

Odsunęłam te myśli i wyszłam z lasu wprost na dom Jacka. W resztkach dziennego światła obejrzałam jeszcze powstałe po upadku szkody – zdarta skóra, plama błota na kolanie spodni – po czym pchnęłam uchyloną furtkę i weszłam do ogrodu. Zadzwoniłam do drzwi. Myślałam nad tym, co powiem, kiedy wreszcie znajdziemy się sam na sam.

„Dzień dobry, nie poznajesz mnie?” – brzmiało to trochę tandetnie, jak z seriali, które oglądałam wieczorami, ale niech tam, w takich chwilach człowiek ma prawo do braku oryginalności. Poza tym chciałam, żeby Jacek przypomniał mnie sobie, chciałam widzieć strach w jego oczach.

Nikt nie odpowiadał, zadzwoniłam więc drugi raz, a potem trzeci.

Żadnej reakcji.

Przyszło mi do głowy, że może jakimś cudem mnie rozpoznał i ukrywa się teraz w willi, dygocząc z przerażenia za firanką, choć pewnie wyszedł zwyczajnie do Żabki, na spotkanie z wnuczką albo gdziekolwiek.

Cofnęłam się rozczarowana. Mogłam oczywiście wrócić jutro, licząc, że dziś nikt mnie nie zauważył, ale to wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem, musiałabym raz jeszcze wszystko przemyśleć...

Już miałam odejść, kiedy coś mnie tknęło.

Otwarta furtka. Zawsze, kiedy przechodziłam obok domu Jacka, była zamknięta. Wcześniej nie zwróciłam na nią uwagi, zajęta własnymi myślami, jednak to naprawdę wyglądało dziwnie.

Niepewnie nacisnęłam klamkę drzwi wejściowych, które uchyliły się lekko, z cichym skrzypnięciem.

– Halo? – zawołałam półgłosem, na wszelki wypadek wczuwając się w rolę poszkodowanej starszej pani. – Jest tu ktoś? Potrzebuję pomocy!

Odpowiedziała mi cisza, nie zwyczajna, jaka panuje w domu, z którego ktoś wyszedł tylko na chwilę, ale inna, głębsza i bardziej nieruchoma. Pracując w milicji, a potem w policji, często wchodziłam do opuszczonych budynków i nauczyłam się odróżniać różne rodzaje ciszy. Tę zwyczajną, pachnącą ostatnim posiłkiem i świeżo wyczyszczonym dywanem, i tę drugą. Druga cuchnie krwią i to ją teraz wyczuwałam w powietrzu.

Wiedziałam, że powinnam zrobić w tył zwrot i wyjść z tego domu jak najszybciej, a potem wrócić do swojego mieszkania i w miarę możliwości nie pojawiać się na tym odcinku Zamkowej przez następne pół roku. Jednak ludzie rzadko postępują tak, jak podpowiada im rozsądek. Robimy jeden krok, drugi i następny, aż jest za późno i orientujemy się, że znaleźliśmy się w miejscu, w którym nie powinno nas być.

Czasem trudno jest się zatrzymać, bo to, co pcha nas do przodu, jest silniejsze od rozsądku.

Wymacując sobie drogę, przeszłam przez ciemny przedpokój. Kijki do nordic walkingu przeszkadzały mi tylko, oparłam je więc o ścianę i weszłam do dużego salonu. Tu było zdecydowanie jaśniej, bo przez okno wpadało wystarczająco dużo światła, bym zobaczyła kominek i stół otoczony sześcioma krzesłami. A także kanapę, tak ciężką i niezgrabną, że musiała być chyba zabytkiem.

I oczywiście ciało leżące w kałuży krwi na dywanie.

*

Jacek skulony na boku, z głową niemal wciśniętą pod kanapę, jakby w ostatniej chwili życia usiłował się pod nią schronić. Miał na sobie dżinsy i kraciastą koszulę – strój, w którym wielokrotnie widywałam go w ogrodzie. Z nogawek wystawały stopy w czarnych skarpetkach, niedaleko na dywanie leżały kapcie: nowe, nie rozdeptane. Pamiętam, że z jakiegoś powodu zwróciłam na to uwagę. Widziałam przerzedzające się włosy na potylicy i odrzuconą na bok dłoń, pomarszczoną i pokrytą plamami. Dłoń starego człowieka, taką samą jak moje.

Nie musiałam podchodzić bliżej, by sprawdzić, czy oddycha. Nikt nie zdołałby przeżyć czegoś takiego. Cały dywan był przesiąknięty krwią, która w szarości zapadającego wieczoru wydawała się nienaturalnie ciemna, krew zakrzepła na podłodze i pokryła szerokimi rozbryzgami ścianę. W powietrzu unosił się duszący odór, jak w rzeźni.

Nagle poczułam absurdalny żal. Nikt nie powinien umierać w taki sposób, nawet Jacek.

Rozejrzałam się odruchowo, rejestrując stojącą na stole butelkę – napisu na etykiecie już nie potrafiłam odczytać, bo mrok gęstniał z każdą chwilą – i szklankę. Potem wreszcie dałam się przekonać rozsądkowi, który wrzeszczał na mnie od dobrych kilku minut.

Wyjść stąd. Natychmiast.

Zabrałam kijki, zastanawiając się, czego po drodze dotykałam. Chyba niczego, z wyjątkiem klamki przy drzwiach wyjściowych. Na podeszwach butów naniosłam prawdopodobnie trochę brudu z ogródka, ale na szczęście po ostatniej burzy ziemia zdążyła wyschnąć, nie zostaną więc odciski z błota, a tę odrobinę pyłu mógł równie dobrze przynieść sam Jacek.

Wycofałam się, pamiętając o wytarciu klamki.

Teraz najważniejsze pytanie brzmiało: wracać przez las czy Zamkową? W lesie było już prawie zupełnie ciemno, na Zamkowej mogłam spotkać kogoś, kto zwróciłby na mnie uwagę. Zawahałam się. Schodziłam właśnie po schodkach do ogródka, gdy usłyszałam odbijające się od drzew ludzkie głosy.

Schowałam się za rogiem willi, po cichu licząc, że nikomu nie przyjdzie do głowy patrzeć w tę stronę. Zaniepokojeni rodzice ostrzegali córkę, by zwolniła, turkotały koła hulajnogi, a w pachnącym trawą wieczornym powietrzu unosił się lekki jak mydlana bańka dziecięcy śmiech. Gdzieś obok rozszczekał się pies, a ja czekałam, licząc upływające minuty, świadoma, że z każdą chwilą zapada coraz głębszy mrok.

Gdy głosy ucichły w oddali, odważyłam się wyjść. Furtkę zostawiłam uchyloną, tak jak ją zastałam, i skręciłam w las. W plecaku miałam latarkę, ale dopóki widziałam cokolwiek, nie zamierzałam jej wyjmować. Bez latarki byłam tylko zwyczajnym spacerowiczem, który zagapił się i nie zauważył nadciągającego zmierzchu, z latarką stałabym się kimś podejrzanym, na kogo zwraca się uwagę.

Pierwszych kilkadziesiąt metrów poszło łatwo, drzewa z prawej strony były tu rzadsze, a między nimi połyskiwała odbijająca resztki dziennego światła tafla niewielkiego stawu. Potem jednak musiałam skręcić w lewo. Światło za moimi plecami bladło, w miarę jak zanurzałam się głębiej w las. Czułam się, jakbym wchodziła w tunel, wilgotny i pachnący chłodem. Wokół krążyły komary, wielkie bzyczące muchy wyczuwały zapach potu i próbowały siadać mi na twarzy. Znowu pomyślałam o latarce, chociaż miałam do pokonania tylko kilkanaście metrów.

Dam radę, pomyślałam, wymacując drogę przed sobą i przeklinając, gdy trafiałam na nierówność terenu. Las żył, szeleszcząc zeszłorocznymi liśćmi, pod stopami przemknęło mi coś małego: zając albo wiewiórka. Mój oddech wydawał się zbyt głośny, jak sapanie wystraszonego zwierzęcia. Przez moment znajdowałam się w innym świecie, a potem pomiędzy drzewami dostrzegłam prześwit i mogłam przyspieszyć, oddychając z ulgą. Lubię wypielęgnowane ogrody, ale jestem raczej mieszczuchem i zawsze lepiej czułam się wśród betonu niż na łonie natury.

Gdy wyszłam na biegnącą wzdłuż Boliny ulicę, w twarz uderzyła mnie fala duchoty – to asfalt oddawał resztki upalnego majowego dnia. Latarnie rzucały na chodnik kręgi ciepłego blasku, matki zganiały z huśtawek ostatnie dzieciaki. Usiadłam na ławce, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak dużo kosztowało mnie przejście tych kilkuset metrów. Nogi mi się trzęsły, biodro i kostka znowu protestowały bólem.

A Jacek nie żył, Jezu Chryste.

Wkrótce plac zabaw opustoszał i na Bolinie została już tylko grupka młodych ludzi, którzy przy bocznej alejce pili piwo – słyszałam odgłos zgniatanych puszek i pijackie śmiechy. Zapaliłam, ryzykując, że któryś z nich poprosi o papierosa, ale na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. A jeśliby zwrócił, to co z tego? Byłam bezpieczna, nawet gdyby teraz ktoś mnie rozpoznał, nie miałoby to większego znaczenia.

Moje myśli nieuchronnie wracały do leżącego w kałuży krwi Jacka. Właściwie mogłam się tego spodziewać: przez te wszystkie lata dawny kolega Romka pewnie zdążył się narazić kilku osobom. Poza tym miał kłopoty: to dziwne zniknięcie na prawie trzy dni, ożywiona dyskusja – może nawet kłótnia – z wnuczką, a wcześniej nagłe pojawienie się dużego psa...

On się bał, pomyślałam.

Tylko czemu wobec tego zostawił otwarte drzwi i furtkę?

Och, do diabła, mruknęłam sama do siebie. Co cię to obchodzi? To nie twoje śledztwo.

Teraz, kiedy nie widziałam już tamtego skulonego ciała, mogłam pozwolić sobie na gniew.

– Ty draniu – powiedziałam cicho w ciemność. – Musiałeś dać się zabić właśnie teraz, kiedy wreszcie cię znalazłam?

Cały Jacek, pomyślałam, dopalając papierosa. On nie szedł przez życie, tylko się przez nie prześlizgiwał dzięki pieniądzom i urokowi osobistemu, unikając konsekwencji, niezależnie od tego, czy chodziło o porzucenie dziewczyny w ciąży, ściąganie na egzaminach czy tamto, znacznie poważniejsze, co stało się w Tatrach. I nawet teraz udało mu się wymknąć, choć była to ucieczka ostateczna, bo w śmierć.

Przynajmniej go bolało, pomyślałam, ale nie znalazłam w tym pocieszenia.

Wstałam i wyrzuciłam niedopałek do kosza na śmieci. Gdy przechodziłam obok grupy pijanej młodzieży, jeden z chłopców sikał właśnie pod drzewem, a drugi przycupnął na oparciu ławki i kołysząc się, wydawał z siebie dziwaczne małpie odgłosy. Dziewczyny nie zwracały na niego uwagi. Siedziały pochylone nad iPhone’em, a padający z ekranu blask podświetlał ich ostro umalowane, podobne do masek twarze.

Kiedy je mijałam, nawet nie podniosły głów.