Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Antologia opowiadań ze świata Wilczej Jagody!
Tysiąc lat temu Jagoda pewnie zsyłałaby klątwy na księżniczki. Na szczęście dla nich to nowoczesna wiedźma z miasta, która zamiast tego zdejmuje przekleństwa za odpowiednią opłatą. No, może kiedy nikt nie patrzy, rzuci jakiś drobny urok. Ale cicho, nikomu o tym nie mówcie!
Czy za pomocą magii da się odtworzyć w realnym świecie scenariusze z najpopularniejszych romantycznych dram azjatyckich? Kto właściwie rzucił klątwę Śpiącej Królewny na młodą dziewczynę z bogatej rodziny? I czy pewien czarownik naprawdę zabił swojego pracownika za pomocą przekleństwa, a potem zapomniał pozbyć się jego zwłok sprzed własnego domu?
Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w ośmiu opowiadaniach z uniwersum Wilczej Jagody – czasem wesołych, czasem smutnych, ale z powracającym motywem klątw!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim braciom
Jagoda nie miała biura i oficjalnie nie prowadziła działalności. Nie musiała – klienci trafiali do niej stosunkowo rzadko, było ich najwyżej kilku w miesiącu, a i tak część odprawiała z kwitkiem. Popyt na usługi specjalistki od klątw i uroków mógłby być bardzo wysoki, ale tylko gdyby rzucała je na życzenie zleceniodawców. Wysoki – i krótkotrwały, bo szybko na jej progu stanęliby smutni panowie w garniturach, chcący porozmawiać o masowej sprzedaży przekleństw. Ewentualnie nieszczęsne ofiary magicznych praktyk zapragnęłyby zemsty. Co innego pojedynczy złośliwy urok rzucony od czasu do czasu, co innego zawodowe rzucanie klątw, zwłaszcza tych bardziej szkodliwych.
Antoni nie potrzebował kogoś, kto sprawi, że nos jego szkolnego rywala pokryje się kurzajkami albo że irytujący sąsiad zacznie się potykać na prostej drodze. Tak łatwą klątwę mógłby zresztą rzucić samodzielnie. Nie żywił też do nikogo takiej nienawiści, by szczerze życzyć mu obłażenia skóry czy innych co paskudniejszych przypadłości. Był mu jednak desperacko potrzebny ktoś, kto urok, i to potężny, potrafi odczynić. Tak, desperacja: nic innego nie mogłoby go zagnać do Jagody. Antoni Bielecki był zdesperowany, a jednak tkwił pod drzwiami kilka minut, nie mogąc się zebrać do wciśnięcia dzwonka.
Przecież nie rzuci na ciebie klątwy na dzień dobry, przekonywał sam siebie. Gdyby chciała, zapewne zrobiłaby to już dawno temu, prawda? A raczej – osobiście wydrapałaby ci oczy. Ze swoimi wrogami zwykle bowiem wolała stawać twarzą w twarz.
Drzwi mieszkania otworzyły się, gdy Antoni już-już wyciągał dłoń ku dzwonkowi.
– Zamierzasz zapuścić korzenie na mojej wycieraczce? – spytała Jagoda.
Stała przed nim kobieta dość wysoka, o brązowych oczach skrytych za szkłami okularów, ubrana w szarości. Przeciętna. Niepozorna. Nieprzyciągająca uwagi. Pewnie większość ludzi inaczej wyobrażała sobie specjalistkę od klątw.
– Hm… nie – odparł Antoni, zły na siebie za wcześniejsze wahanie. Dzięki niemu właśnie wyszedł na idiotę. – Skąd wiedziałaś, że tu jestem?
– Zobaczyłam cię przez okno, jakiś kwadrans temu. Wejdziesz czy po prostu podziwiasz wzór na moich drzwiach? Świeżo wymienione, wybrałam ten model, bo przypominają wejście do krasnoludzkiego królestwa z jednej gry.
– Przestań – poprosił. – Przyszedłem w poważnej sprawie.
– Domyślam się – oświadczyła Jagoda perfekcyjnie neutralnym tonem. Antoni prawie mógłby uwierzyć, że nie jest na niego zła. Prawie. Za dobrze ją znał. Być może czasem wybaczała, ale nie zapominała. Nigdy. – Inaczej by cię tu nie było. Zapraszam.
Przesunęła się, wpuszczając go do mieszkania. Odruchowo skierował się do kuchni, nim jeszcze wskazała mu drogę – dopiero w progu zawahał się i obejrzał.
– Rozgość się. Wiesz, gdzie znaleźć kawę i herbatę, a widzę, że czujesz się jak u siebie – powiedziała przesłodzonym głosem.
– Przepraszam – westchnął. Pokierował się przyzwyczajeniem: niemal zawsze Jagoda prowadziła przyjaciół najpierw do kuchni, by nastawić wodę. – Naprawdę potrzebuję…
– Mojej pomocy. Wiem – ucięła. – Wejdź wreszcie do tej kuchni i powiedz, o co chodzi.
Sama Jagoda nie weszła – zatrzymała się w progu i podparła się o ścianę, co stawiało Antoniego w dość niezręcznej sytuacji. Kuchnia była niewielka, wszystkie ściany zostały zastawione, nawet pod wysokim parapetem ciągnęła się zastępująca stół lada. Nie miał szans się o nią podeprzeć, bo krzesła ustawiono tak, że oparcia sięgały wyżej niż blat. Mógł albo usiąść, gdy Jagoda stała, albo tkwić na środku pomieszczenia. Powoli wciągnął powietrze, zastanawiając się, czy zrobiła to specjalnie.
– Chodzi o moją siostrę – wyjaśnił. – Rzucono na nią klątwę.
– Jakiego rodzaju?
– Snu. Nie obudziła się od prawie dwóch dób.
O ile sama informacja o rzuceniu klątwy nie zaskoczyła Jagody, o tyle kolejne słowa Antoniego sprawiły, że spojrzała na niego z pewnym… zdziwieniem?
– Klątwa snu? I ani ty, ani Anna nie daliście rady jej zdjąć?
– Skąd wiesz, że byłem u Anny?
– Najpierw poszedłbyś do niej. – Jagoda wzruszyła ramionami. W Warszawie dało się znaleźć zaledwie trzy osoby specjalizujące się w klątwach i Anna Radecka była tą najbardziej… zauważalną. Antoni wiedział jednak, że Jagoda nie ma sobie równych. – Co w tej klątwie takiego niezwykłego?
Ulubiony urok wiedźm z bajek w istocie był bardzo prosty do usunięcia. Być może dlatego, że w przeszłości szczególnie chętnie rzucano go na wrogów (zwłaszcza zazdrosne rywalki: Antoni zawsze podejrzewał, że mógł to być jeden z powodów popularności bajkowego motywu), opracowano szereg skutecznych przeciwzaklęć.
– Nie wiem – przyznał bezradnie. – Podręcznikowe objawy. Sen, brak reakcji na bodźce, lekka magiczna aura. Żadne ze znanych mi przeciwzaklęć nie zadziałało. Anna też nic nie poradziła.
– Może więc to nie klątwa. Mogła zostać otruta? – podsunęła Jagoda.
Antoni pokręcił głową.
– Analiza toksykologiczna niczego nie wykazała. Na wszelki wypadek podano jej kroplówkę z antidotum na wywary usypiające i miksturę pobudzającą, ale to też nic nie dało.
Jagoda przypatrywała się mu znad szkieł okularów, które zsunęły się po piegowatym nosie. Wyraz twarzy miała nieodgadniony i Antoni zastanawiał się, czy nie zostanie zaraz wyrzucony za próg. W końcu – zdawało mu się, że po całych wiekach, choć w istocie minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund – poprawiła okulary i odsunęła sobie krzesło.
– Siadaj. I opowiedz mi wszystko po kolei.
*
Sonia Zawicka, przyrodnia siostra Antoniego, miała zaledwie dziewiętnaście lat. Była też jedynym dzieckiem i oczkiem w głowie Tomasza, jednego z najbogatszych ludzi w kraju. Finansował badania alchemiczne, był właścicielem sieci aptek działających na terenie całej Polski (mających zarówno magiczne, jak i niemagiczne filie), a w ostatnich latach, być może pod wpływem nudy, zaczął się angażować również w przedsięwzięcia z innych branż. Matka Soni i Antoniego, wprawdzie pozbawiona świetnego pochodzenia, odziedziczyła firmę alchemiczną po pierwszym mężu, długo uchodziła za piękność i miała talent magiczny na przyzwoitym poziomie.
Nikogo więc nie zaskoczyło, że z okazji dziewiętnastych urodzin córki państwo Zawiccy urządzili przyjęcie, które dałoby się porównać li tylko do balu Kopciuszka. Suknię dla jubilatki sprowadzono z Paryża, tort przygotował zwycięzca popularnego reality show o cukiernikach, do tańca gościom przygrywała orkiestra, a pod wieczór kilka piosenek odśpiewała jedna z najsłynniejszych piosenkarek młodego pokolenia. Zaproszono około dwustu osób, podano dwadzieścia różnych deserów, a dziesięć minut przed północą – bo Sonia urodziła się dokładnie o tej porze – rozpoczął się imponujący pokaz fajerwerków. Wedle plotek po północy miano ogłosić jej zaręczyny.
Główna bohaterka śledziła pokaz, zasiadłszy na tarasie. Tuż po północy zaś żadnych zaręczyn nie ogłoszono. Dziewczyna bowiem spała. I żadną miarą nie dało się jej obudzić.
*
Gdy Jagoda i Antoni podjechali pod willę Zawickich, lało, a kiedy wysiedli, niebo – z dużym wyczuciem dramatyzmu – przecięła błyskawica. Firanka w jednym z okien drgnęła i Jagoda pomyślała, że pewnie stoi za nią Karolina Zawicka. Prawdopodobnie jeden z ochroniarzy poinformował ją o ich przyjeździe. Być może nawet to ona posłała syna do Jagody, chociaż kiedyś zrobiła wszystko, byleby utrzymać go od niej z dala. W roli synowej widziała kobietę z klasą. Z dobrym pochodzeniem, jakim Jagoda wprawdzie mogła się poszczycić, ale też piękną, elegancką, łagodną i niebędącą towarzyskim pariasem, od którego na każdym przyjęciu ludzie trzymają się z daleka w obawie, że zaraz miotnie na kogoś klątwę. Karolina wolała pewnie nie pamiętać, że kiedyś podobną opinią cieszyła się jej własna matka, babka Antoniego.
– Mama jest… zdenerwowana – uprzedził Antoni, nim wysiedli. – Daruj jej dziś, proszę.
– Myślisz, że ją przeklnę, bo krzywo na mnie spojrzy?
– Nie. Myślę, że będzie dla ciebie przykra jak zwykle, a ty się jej odwdzięczysz. Też jak zwykle. Pięć minut później o wszystkim zapomnisz, ona za to przepłacze wieczór. Znowu. Wiem, że bywa trudna, ale martwi się o Sonię. Zastosuj dziś taryfę ulgową.
Jagoda przypatrywała mu się, tłumiąc gorzkie słowa. Zacisnęła zęby – miała wrażenie, że miażdży między nimi wszystko, co miałaby ochotę powiedzieć. Karolina będzie przykra, ale wobec niej trzeba pozostać uprzejmym, inaczej się rozpłacze. Zła, zła wiedźma z bajki, doprowadzająca do łez biedną matkę, martwiącą się o córkę…
Szarpnęła wreszcie za klamkę i wyskoczyła wprost na deszcz. Karolina rzeczywiście na nich czekała. Drzwi otworzyły się szeroko, nim jeszcze Jagoda zdążyła wejść na taras. Pani Zawicka, jak zwykle nienagannie ubrana i starannie umalowana, ale jakby pod tym makijażem bledsza, stanęła w progu. Przez krótki moment, widząc jej zaciętą minę, Jagoda sądziła, że kobieta ją wyprosi. Ta jednak przesunęła się, wpuszczając gościa do środka.
– Dziękuję, że zgodziłaś się przyjść – powiedziała.
Jej ton był chłodny, ale słowa i tak zaskakiwały. Może nie należało się temu dziwić. Sonia – którą Jagoda zapamiętała jako rozpuszczoną, kapryśną czternastolatkę z cieniami na powiekach i piskliwym głosikiem – była oczkiem w głowie matki.
– Zobaczę, czy zdołam pomóc – odparła Jagoda sztywno.
– Dobrze zapłacimy za konsultację.
– Oczywiście – zgodziła się, zwalczając pierwszy impuls, każący odpowiedzieć, że pieprzy ich zapłatę. Przecież tak na to powinna patrzeć: jak na zwykłe zlecenie od jednej z najbogatszych magicznych rodzin nie tylko Warszawy, lecz także całego kraju. – Muszę zobaczyć Sonię.
– Proszę za mną.
Karolina poprowadziła ich marmurowymi schodami na piętro, a potem otworzyła drzwi jednego z pomieszczeń. Znaleźli się w ogromnej sypialni – gdyby Śpiąca Królewna urodziła się w dwudziestym pierwszym wieku, zapewne dokładnie tak wyglądałby jej pokój. Łóżko, na którym wygodnie mogłyby się wyspać trzy osoby, jedwabna, biała pościel w róże, jasne zasłony, meble – nowoczesne i eleganckie, z pewnością wykonane na wymiar. Obraz na ścianie, przedstawiający jakąś bajkową krainę, z pewnością nie był reprodukcją. Stopy Jagody zapadły się w puchowy, kremowy dywan i prawie pożałowała, że nie zdjęła butów.
Sonia leżała na łóżku, śliczna, złotowłosa, pogrążona w głębokim śnie. Nie zareagowała na pojawienie się gości. Lekka magiczna aura, która ją otaczała, była niemal niewyczuwalna, Jagoda nie miała jednak wątpliwości, że dziewczyna padła ofiarą klątwy.
Siedząca w fotelu kobieta poderwała się na ich widok. Uzdrowicielka albo służąca, czuwająca nad bezpieczeństwem Soni.
– Bądź tak miła i zostaw nas samych – poprosiła Karolina.
– Wy też musicie wyjść – uprzedziła Jagoda.
– To moja córka.
– Tym bardziej muszę zostać z nią sama. Wasza obecność jest… zakłóceniem, zwłaszcza z powodu podobieństwa aur. Nie będę mogła zbadać klątwy.
Karolina chyba chciała zaprotestować, ale Antoni położył jej dłoń na ramieniu.
– Mamo, ona ma rację – powiedział przepraszającym tonem. – Może czegoś nie wyczuć, jeśli będziemy ją rozpraszać.
– „Ona” będzie wdzięczna, jeśli pozwolicie jej się zabrać do pracy. – Jagoda tym razem nie zdołała ugryźć się w język. – Nikomu nie wolno tu wchodzić, póki nie skończę. To może trochę potrwać, jeżeli klątwa faktycznie jest tak silna.
Karolina spojrzała na nią ze złością, ale jej wzrok zaraz powędrował w stronę Soni. Powoli wciągnęła powietrze i wreszcie skinęła głową. Antoni objął ją wpół, po czym, spleceni w uścisku, wyszli za próg. Ten widok sprawił, że coś ścisnęło Jagodę w gardle, chociaż gdyby ktoś ją spytał, nie umiałaby powiedzieć dlaczego.
Przysiadła na skraju łóżka i przyłożyła dłoń do czoła Soni. Skóra była lodowato zimna – zły objaw. Na pierwszy, a nawet drugi rzut oka dziewczyna nie wyglądała na śpiącą, raczej na martwą. Dopiero po przyjrzeniu się można było dostrzec, że oddycha – płytko i bardzo powoli.
Sięgając do aury Soni, Jagoda spodziewała się dostrzec niepasujące do niej nici: ślad obcej ingerencji. Niczego takiego jednak nie zobaczyła – nic poza rozwiewającymi się powoli pozostałościami po próbach odczynienia uroku oraz zaklęciach wzmacniających. Wyszeptała najpierw jedną, potem drugą inkantację, które mogłyby rozproszyć złe czary, ale bez prawdziwej nadziei na to, że zadziałają. Anna i Antoni na pewno tego próbowali. To był urok arcymistrzowskiej klasy, niemożliwy nie tylko do zdjęcia, ale nawet do zidentyfikowania tradycyjnymi metodami. Jagoda wyczuwała wokół Soni odrobinę magii, nie potrafiła jednak odszukać jej źródeł. Odczynienie klątwy bez wiedzy na jej temat było niemal niemożliwe. Kto zdołał zamaskować ingerencję tak skutecznie…?
Ujęła chłodną, wypielęgnowaną dłoń dziewczyny, splatając palce z jej palcami. Następnie do splotu składającego się na aurę Soni zaczęła wprowadzać nowe nici – własnej mocy. Powoli wlewała drobiny swojej magii do aury i ciała śpiącej, nieustannie poszukując śladów po klątwie. Gdyby Sonia była przytomna, zapewne stawiałaby zacięty opór – a gdyby Karolina pozostała w pokoju i zrozumiała, co robi Jagoda, jak nic wyrzuciłaby ją za drzwi. Bo skoro zdecydowany opór nie mógł zaistnieć, to wiedźma mogłaby zabić Sonię jedną myślą.
Tyle że dowolna osoba, przebywająca w pokoju, mogłaby zadźgać śpiącą na przykład widelcem. Ale to się nie liczyło, prawda? Nie dla Karoliny. Nie dla wszystkich uważających Jagodę za złą wiedźmę. Jeśli masz zdolność, która pozwala ci zrobić coś paskudnego, na pewno nieustannie tak właśnie ją wykorzystujesz.
Aura dziewczyny lekko zafalowała. Nieprzytomna Sonia nie mogła się oprzeć mocy Jagody, ale jej magia zdawała się samoistnie odpychać obcą energię. Jagoda zwalczyła ten opór, kosztowało ją to jednak znacznie więcej sił, niż oczekiwała. Ta dziewiętnastolatka o ślicznej, opalonej na zagranicznych wczasach buzi była znacznie potężniejszą czarodziejką, niż można by się spodziewać. Być może nawet silniejszą od Antoniego, uważanego za wyjątkowo utalentowanego. Miała potencjał, nierozwinięty, lecz ogromny.
Jagoda przedarła się przez zapory i wreszcie wyłapała coś niepasującego do wzoru. Przynajmniej nie w pełni.
Jak nici w robótce, pochodzące z tego samego kłębka wełny co pozostałe, ale wszyte w zły sposób.
Jagoda sięgnęła ku nim, próbując je rozpleść, usunąć, lecz trzymały się mocno, tak że ich zniszczenie unicestwiłoby cały wzorzec. Wyrwanie ich mogłoby zaowocować zdjęciem klątwy, ale też zrobić krzywdę jej ofierze. To było zbyt ryzykowne – i gdyby coś poszło nie tak, Karolina rozerwałaby Jagodę na strzępy. Czarownica usiłowała więc znaleźć jeszcze jakiś punkt zaczepienia – skupiła się wyłącznie na okruchach mocy zapewne składających się na urok, który uwięził Sonię we śnie. Sprawdzała je ostrożnie, starając się rozpoznać splot.
Do przytomności przywołały ją dźwięki, jeszcze nim skończyła swoje badania. Podniesione głosy, dobiegające – jak się jej zdawało – z bardzo daleka i przez to niezrozumiałe, potem trzask drzwi, który wdarł się w świadomość Jagody z taką mocą, jakby co najmniej tuż obok wystrzelono z armaty. Gwałtownie wyrwana z transu, osunęła się na łóżko obok Soni, przez chwilę niezdolna do kontrolowania własnego ciała. Wypowiadane nad nią słowa powoli zaczynały nabierać sensu.
– …prawie godzinę! Co ty tu wyrabiasz?!
– Mamo! Odsuń się, nie widzisz, co narobiłaś?! Jaga?
Ktoś przysiadł obok niej, ostrożnie obrócił. W polu widzenia pojawiła się znajoma twarz. Dopiero po paru sekundach Jagoda zdołała powiązać ją z imieniem. Chwilę później przypomniała sobie własne.
– Ja narobiłam?! Aura Soni szaleje, spójrz!
Karolina dopadła łóżka z drugiej strony i ujęła dłoń córki. Jagoda, odrętwiała od długiego tkwienia w jednej pozycji, powoli usiadła, podtrzymywana przez Antoniego. On w przeciwieństwie do matki rozumiał przynajmniej, jak głęboko weszła w trans i jak bardzo była zdezorientowana, gdy nagle ją z niego wyrwano.
– W porządku?
– Prawie – wymamrotała. W gardle jej zaschło i czuła się słaba jak nowo narodzony kociak.
– Co zrobiłaś Soni? – syknęła Karolina, wstając.
Wokół kobiety narastała magia. Pani Zawicka nie była szczególnie potężna, ale w takiej sytuacji mogła się okazać niebezpieczna. Jagoda spróbowała odepchnąć Antoniego, jednak nie pozwolił jej wstać. Być może dotarło do niego, że w takiej sytuacji może tu dojść do walki. Sama Jagoda też zaraz zrozumiała, że Karolina nie zaatakowała chyba tylko z obawy, że trafi syna.
– Uspokój się, mamo, Jagoda była w transie, starała się rozpoznać i zdjąć klątwę. Sam tego wcześniej próbowałem, ale nic nie wskórałem.
– Czuć tu jej magię!
– A jak miałam cokolwiek sprawdzić, nie używając magii?! – wściekła się czarownica i gwałtownie szarpnęła, wyzwalając z uścisku Antoniego. Złość dodała jej sił. – Zrobić prześwietlenie?! Świetnie, poproście więc o pomoc kogoś, kto dysponuje rentgenem, bo ja mam dosyć!
Wstała, nim jednak zdążyła skierować się do wyjścia, Antoni złapał ją za rękaw i pociągnął, zmuszając, by usiadła ponownie. Wciąż była za słaba, żeby się z nim szarpać – a przecież nie powinna czuć się tak paskudnie. Dlaczego badanie tak wydrenowało ją z sił?
– To trwało godzinę – powiedział. – Sam miałem interweniować, chociaż może nie w ten sposób. Uspokój się. Obie się uspokójcie. Mamo, Soni nic nie jest.
– Godzinę? – spytała Jagoda w oszołomieniu. Przysięgłaby, że nie minęło więcej niż kilkanaście minut. Najwyżej trzydzieści.
– Jeśli sprawdzałaś, co jej jest, mów wreszcie!
Karolina odrzuciła swoją zwyczajową pozę pani domu z wyższych sfer. Być może przedłużające się oczekiwanie na rezultaty sprawiło, że pękła cienka nitka jej samokontroli. I być może Jagoda zrozumiałaby zachowanie matki, od kilkudziesięciu godzin umierającej ze strachu o córkę, gdyby sama nie była w złym stanie. Otworzyła usta, chcąc odpowiedzieć, ale palce Antoniego zacisnęły się wokół jej nadgarstka niczym imadło i napotkała jego zimne spojrzenie.
– Uspokójcie się – powtórzył. – To nie pora na kłótnie. Czego się dowiedziałaś?
– To Klątwa Śpiącej Królewny – powiedziała chłodno, uwalniając dłoń. Bądź profesjonalistką, nakazała sobie w myślach. Przyszła tu jako specjalistka od uroków i jak takowa powinna się zachowywać. – Prawdziwa.
– Przecież to bajki! – stwierdził Antoni, ale Jagoda pokręciła głową.
– Dobrze wiesz, że nie.
– Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, czym jest Klątwa Śpiącej Królewny? – spytała Karolina, już znacznie spokojniej. Usiadła nawet na fotelu, zwolnionym nie tak dawno przez medyczkę. – I przede wszystkim: w jaki sposób ją zdjąć?
– To urok snu, ale niezwykle potężny. Spętanie nim jest… bardzo trudne i wymaga mnóstwa mocy. Da się go zdjąć w pełni bezpiecznie tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, może to zrobić ten, kto go rzucił.
– Kto chciałby rzucić urok na moją Sonię? – wyszeptała Karolina i jej twarz nagle wykrzywiła się w brzydkim grymasie. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać.
– Jak sądzę, na to pytanie ktoś już próbuje odpowiedzieć – powiedziała Jagoda. Zawiccy na pewno wezwali odpowiednią jednostkę, musieli też zresztą posłać własnych ludzi, aby znaleźli winowajców. – Nie znam Soni, nie wiem, kto mógł to zrobić. Nie znalazłam… żadnych śladów. Ale mogę powiedzieć, że ten ktoś musiał się znaleźć blisko niej, to raz. Dwa, musiał wprowadzić swoją magię do jej organizmu…
– Niby w jaki sposób?
– Tradycyjny – wycedziła Jagoda. – Skaleczenie zaklętym przedmiotem, dodanie czegoś do napoju, podsunięcie do zjedzenia przygotowanego wcześniej pokarmu…
– Wrzeciono i jabłko – mruknął Antoni.
Kiwnęła głową. Wrzeciono i jabłko przytaczano zwykle jako przykłady „wyzwalaczy”, umożliwiających rzucenie silniejszych klątw.
– Trzy, miał coś, co do niej należało – podjęła. – Cztery, to musiała być sprawa osobista. Do rzucenia takiego uroku trzeba wyjątkowo silnych emocji. Tej osoby nikt nie wynajął. Pięć… tylko ktoś naprawdę utalentowany mógłby upleść taki czar.
– Na przykład? – zapytała Karolina. Jej głos stwardniał. Ona już miała swoją odpowiedź.
– Na przykład ja – odparła Jagoda bez wahania, wzruszając ramionami. – Ale dlaczego miałabym to zrobić?
– Z zemsty.
– Mamo, proszę – wtrącił się Antoni z rozpaczą, ku pewnemu zdumieniu czarownicy. Nie oczekiwała, że weźmie ją w obronę. – Jaga by tego nie zrobiła.
– Zawsze byłeś zaślepiony – syknęła Zawiccka. – Sama to powiedziała. Kto zna się na klątwach lepiej niż Wilcza Jagoda? Kto mógłby nienawidzić mnie dość mocno, by skrzywdzić moją córeczkę?
– Nie wiem. Być może powinniście się dowiedzieć – odparła, nim zdążył zrobić to Antoni, a potem powoli się podniosła. Osłabienie już mijało, znów panowała nad ciałem, wracały nadwątlone zapasy magicznej energii. Nakazała sobie spokój. Nie będzie krzyczeć na Karolinę. Nie wybuchnie gniewem. Jak to ujął Antoni? Po pięciu minutach o wszystkim zapomni? – W dniu balu byłam razem z moją siostrą i jej wspólniczką. Gdybym rzuciła taką klątwę, nie udzielałabym wam informacji. I możesz w to nie wierzyć, ale cię nie nienawidzę. Ba, jestem ci wdzięczna. Nic tu po mnie.
Zdążyła przejść korytarzem i zejść na parter, nim dogonił ją zdyszany Antoni.
– Jaga…
– Mam iść i ją przeprosić? – spytała, bardziej zmęczona niż zła.
– Nie.
– To dobrze. Odwieziesz mnie czy dzwonić po taksówkę?
W milczeniu wyszli na zewnątrz, na deszcz, a potem wsiedli do samochodu. W ciszy wyjechali z posesji. Dopiero po przejechaniu kilkudziesięciu metrów Jagoda znów się odezwała – zapatrzona gdzieś za szybę, po której spływały krople wody.
– Rzuciłeś tę klątwę, Antoni?
Głośno wciągnął powietrze.
Kto mógłby rzucić tę klątwę? Na przykład ona. Ze znanych jej osób zapewne mężczyzna, który uczył ją przez dwa lata, ale wyjechał z kraju przed dekadą i nigdy nie poznał Soni. Także pewien człowiek nieżyjący już od dłuższego czasu. Starsza wiedźma, mieszkająca obecnie nad Bałtykiem, którą Jagoda kiedyś spotkała czystym trafem. Człowiek pracujący w wydziale zwalczającym takie przypadki, aczkolwiek nie była pewna, czy miałby dość mocy. Anna – być może. I niewykluczone, że Antoni, który odziedziczył po babce pewne zdolności w tym zakresie. Matka Karoliny porzuciła córkę, ta zaś nie władała podobną jej mocą, odrobina talentu do klątw przeszła jednak na Antoniego. Zaklęcie było silne i zbyt dobrze zamaskowane: potrzeba było kogoś, kto dysponował dużą wiedzą i wrodzonymi predyspozycjami do miotania klątw.
A ze wszystkich podejrzanych tylko ten ostatni mógł mieć nie tylko moc, lecz także motyw i możliwości.
– Naprawdę tak sądzisz?
– Nie – odparła po chwili zastanowienia. – Chyba nie.
– To miło – powiedział z nieoczekiwaną goryczą. – Miło, że chociaż ty mi wierzysz. Bo widzisz, Anna to podejrzewa. Nie domyśliła się, że chodzi o Klątwę Śpiącej Królewny, ale najwyraźniej uznała, że skoro nie ma śladów obcej ingerencji, urok mogłem utkać ja, bo aury moja i Soni są podobne. Mamy podobny profil magiczny. Myślę, że Tomasz też tak sądzi. Ciekawe, kiedy przekona matkę, że z zazdrości przekląłem swoją młodszą siostrę. Że postanowiłem… właściwie ją zabić.
Jagoda milczała. Jak miała mu powiedzieć, że koronnym argumentem na jego korzyść nie jest jej wiara w niego, a to, że przyszedł z tym do niej? Nie ściągasz najlepszej specjalistki od klątw do kogoś, kogo osobiście przekląłeś.
– Jaga?
– Aha?
– Pomóż mi – poprosił. – Zapłacę pięć tysięcy za twój czas. Piętnaście, jeśli Sonię uda się wybudzić. Musimy… musimy ją wybudzić. Koszty się nie liczą.
Dla niej czy dla ciebie? – zastanowiła się Jagoda mimowolnie. Antoni i Sonia nigdy nie byli ze sobą blisko. Dzieliła ich ośmioletnia różnica wieku, co w połączeniu z nienajlepszymi stosunkami między Antonim i Tomaszem sprawiło, że nigdy nie wykształciła się między nimi mocna więź. Czasem Jagodzie zdawało się, że Antoni wręcz nienawidzi tej dziewczynki, tak mocno kochanej przez jego matkę. Będącej zawsze na pierwszym miejscu w jej sercu. Wciąż chwalonej, podczas gdy on nigdy nie był dość dobry. Zabierającej całą uwagę, całą troskę, całą miłość wszystkich członków rodziny.
Czy jednak zależało mu na siostrze? Czy w obliczu jej utraty uświadomił sobie, że Sonia coś dla niego znaczy? A może bał się oskarżeń?
– Nie jestem śledczym. Szukając osoby, która przeklęła dziewczynę… nie osiągnę raczej więcej niż ludzie, których pewnie zatrudniła twoja matka.
– Wiem… ale sama mówiłaś, że jest jeszcze drugi sposób.
– Jest – przyznała i parsknęła, bo zdołała zapomnieć, że pod wpływem zachowania Karoliny nie dokończyła myśli. – Przecież też znasz te bajki. Pocałunek prawdziwej miłości. Mówiłeś, że w urodziny Soni miały być ogłoszone jej zaręczyny?
Antoni mocniej zacisnął palce na kierownicy.
– To podziała?
– To prawidłowość wpisana w tę klątwę. Jej podstawa. Rzucający nie może tego wymazać. Przecież też się tego uczyłeś: każdą klątwę można odczynić. Zazwyczaj wystarczy ktoś silniejszy niż ten, kto klątwę rzucił, ale w przypadku tego przekleństwa… Aby mieć pewność, że ofiara nie ucierpi, potrzeba pocałunku albo cofnięcia przez winowajcę. Powinieneś złożyć wizytę narzeczonemu Soni.
– Jaga…
– Kiedy wymawiasz moje imię tym tonem, wiem, że za chwilę usłyszę coś, co mi się nie spodoba.
– Porozmawiasz z nim?
– Ja? Dlaczego?
– Bo jej niedoszły narzeczony to Remigiusz Wierzbicki.
Potrzebowała chwili, by skojarzyć nazwisko. Nigdy oficjalnie nie przedstawiono jej Wierzbickiego, mignął jej może raz czy dwa na jakichś wydarzeniach, ale sporo o nim słyszała. Bogaty, nawet bardzo, pochodzący z dobrej rodziny – inaczej Zawiccy nie rozważaliby go jako zięcia. Założyciel firmy specjalizującej się w magicznej ochronie, którą założył prawdopodobnie raczej z nudów niż dla pieniędzy. Krążyło o nim wiele plotek. Jeszcze więcej opowiadał sam Antoni. Bo Remigiusz był synem dobrego przyjaciela Tomasza. Jego chrześniakiem. Był też chłopakiem, którego Antoni nie znosił od zawsze. Podobno z pełną wzajemnością.
– A twoja matka?
– Sama widziałaś, że jest wytrącona z równowagi. Nie będzie się zachowywać racjonalnie. Za to Tomasz za nic nie da się przekonać, że to podziała. Oboje też nie chcą, żeby ktokolwiek się dowiedział, co spotkało Sonię. Poza tym ty możesz to wyjaśnić lepiej.
– Niech będzie – ustąpiła Jagoda. Po trochu dlatego, że zwykle pobierała znacznie mniejsze wynagrodzenie. Po trochu, ponieważ Antoni przez całe lata był jej przyjacielem. Mimo wszystko. – Ale oboje wiemy, że może mnie nie posłuchać. Jeśli ktoś nie zna się na klątwach…
– …to brzmi absurdalnie – zgodził się z nią Antoni. – Mogę teraz zawieźć cię do niego?
– Przyjmie mnie?
– Przyjmie. Powiesz, że zatrudniła cię moja matka. Poza tym… pewnie kojarzy twoje nazwisko.
Jagoda uśmiechnęła się krzywo. No tak. Nazwisko Wilczek miało pewne znaczenie. W gruncie rzeczy pochodziła z tej samej sfery co Antoni i Remigiusz. Tyle że interesy pana Wilczka często bywały nie do końca legalne i w konsekwencji jego nazwisko wzbudzało równie często szacunek, co niechęć.
– Pewnie kojarzy – przytaknęła. – I pewnie niezbyt dobrze.
– Nie, chodzi o twoją siostrę. Mają chyba od niedawna umowę z jej kancelarią. Wilczek i Kania.
– A jeśli nie będą chcieli mnie wpuścić, mogę zawsze kogoś przekląć – powiedziała z westchnieniem. Czuła się zmęczona: nie tylko ze względu na ubytek magii, lecz także psychicznie, po konfrontacji z Karoliną i z powodu całego tego zamieszania. Najchętniej zaszyłaby się w swoim mieszkaniu i przespała kilka godzin. – Zabierz mnie tam, zanim się rozmyślę.
*
Remigiusz Wierzbicki zgodził się z nią spotkać, chociaż przyszło jej czekać przed jego gabinetem niemal godzinę. Przyjęła to ze spokojem i spędziła ten czas, czytając książkę na smartfonie. Przyszła niezapowiedziana, a nie była gościem na tyle ważnym, aby Wierzbicki miał rzucić z jej powodu pracę w kąt.
– Panno Wilczek.
– Panie Wierzbicki.
Remigiusz Wierzbicki był jasnowłosy, opalony, trochę od niej starszy i znacznie wyższy. Musiał sporo czasu spędzać na siłowni i zapewne kiedyś uchodził za wyjątkowo przystojnego – nim ktoś złamał mu nos, który potem źle nastawiono, i zostawił na twarzy poszarpaną, nieładną bliznę, która zniekształcała mimikę.
Poza tym Jaga była niemal pewna, że rzucono na niego jakąś klątwę. Instynktownie wyczuwała przekleństwa ciążące na ludziach i przedmiotach i wiedziała, że Remigiusza przeklęto, tak jak od razu wiedziała, że przeklęto Sonię.
Czy to mogło mieć ze sobą jakiś związek?
– Co panią do mnie sprowadza?
Remigiusz nie zaproponował, by usiadła. Sam jednak też nie siedział – na jej widok wstał zza biurka i tkwił teraz wyprostowany, dłoń opierając na oparciu fotela. Być może była to tylko wyobraźnia, Jagoda miała jednak wrażenie, że we wzroku mężczyzny czai się wrogość. Z powodu jej rodziny? A może plotek na jej temat? Zła wiedźma rzucająca klątwy. Wystarczy, że na ciebie spojrzy i już może cię przekląć…
– Przychodzę na prośbę rodziny Zawickich – wyjaśniła. – Prawdopodobnie słyszał pan, że Sonia Zawicka jest obecnie niedysponowana.
– Tak, poczuła się gorzej podczas urodzin. Poszła wcześniej spać, Karolina informowała mnie potem, że Sonia zachorowała.
Jagoda przez chwilę zastanawiała się, w jakie dyplomatyczne słowa powinna ująć informację o przyczynach „choroby” oraz powodach, dla których złożyła Wierzbickiemu wizytę. Niestety, dyplomacja nigdy nie była jej mocną stroną, ostatecznie zdecydowała się więc wyłożyć kawę na ławę. Nie znała tego mężczyzny, ale miała pewność, że nie stoi przed człowiekiem, który pobiegnie rozpowiadać tę informację po ulicach. W jego biznesie bycie paplą nie popłacało.
– Sonia nie zachorowała. Padła ofiarą klątwy, a jej bliscy poprosili mnie o pomoc w zdjęciu przekleństwa. Specjalizuję się w klątwach.
Remigiusz lekko zmarszczył czoło, po czym ręką wskazał jej fotel naprzeciwko biurka. Sam też wreszcie usiadł. Jeśli zbiła go z tropu swoim oświadczeniem, to naprawdę świetnie to ukrywał.
– Czy stan Soni jest poważny?
– Zależy, co pan przez to rozumie. Nie grozi jej śmierć, ale sytuacja… tak, jest poważna – odparła Jagoda, gdy usiadła.
Zwykłe klątwy snu mogły zakończyć się śmiercią, jeśli organizmowi nie dostarczano niezbędnego paliwa. Klątwa Śpiącej Królewny była jednak inna. Jeśli nie zostałaby zdjęta, Sonia mogłaby spać i sto lat, a jej ciała nie imałby się upływ czasu.
– Dlaczego informuje mnie o tym właśnie pani?
– Ponieważ, jak wspomniałam, specjalizuję się w klątwach – wyjaśniła cierpliwie. – Przyszłam do pana, bo sądzę, że może pan pomóc w odczarowaniu Soni.
– Ja? – zdziwił się Remigiusz. Kolejne zdania wypowiadał powoli, jakby zastanawiał się nad doborem właściwych słów. – Panno Wilczek, wprawdzie czytałem trochę o klątwach, ale moja wiedza jest natury… teoretycznej. Chętnie pomogę w szukaniu kogoś o kompetencjach, które pozwolą na złamanie zaklęcia, ale…
– Nie potrzebujemy innych specjalistów – przerwała mu Jagoda bezceremonialnie. – Istnieją tylko dwa sposoby zdjęcia klątwy niewystawiające życia Soni na niebezpieczeństwo. Rzucono na nią jedno z najsilniejszych ze znanych mi przekleństw. To rodzaj zaklęcia snu. Funkcjonuje pod nazwą Klątwy Śpiącej Królewny.
– Rozumiem, że poinformowano panią o planach wobec mnie i Soni?
Kiwnęła głową. Mężczyzna głęboko wciągnął powietrze, po czym potarł czoło.
– I zapewne liczyła pani, że pocałunek przełamie klątwę. Jak w baśniach.
– Słyszał pan o tym? – spytała Jagoda, szczerze zaskoczona.
Spodziewała się raczej sceptycyzmu. Z racji na to, że rzucenie Klątwy Śpiącej Królewny było trudne i wymagało specyficznych warunków, większość magicznych jej istnienie wkładała pomiędzy bajki. Nawet ci, którzy zdobyli podstawową wiedzę o przekleństwach, traktowali ją jako swego rodzaju metaforę, przykład dobrze wyjaśniający funkcjonowanie wielu innych klątw – jak Antoni. Sama Jagoda, gdyby nie poświęciła studiom na ten temat całych lat, nie miałaby pojęcia, w jaki sposób działała ta konkretna klątwa.
– Jak wspomniałem, trochę o tym czytałem. Obawiam się, że nie mogę pomóc. Nie kocham Soni ani ona nie kocha mnie.
Jagoda brała to pod uwagę. W wielu rodzinach wciąż związki zawierano raczej ze względu na koligacje oraz potencjalną moc magiczną dzieci niż z powodu uczucia. Zakładała jednak, że Antoni nie posłałby jej do Wierzbickiego, gdyby jego i Soni nic nie łączyło. Jeśli te całe zaręczyny były zaledwie układem, a narzeczonego córce wybrał ojciec – Antoni powinien o tym wiedzieć.
– Najwyraźniej wprowadzono mnie w błąd – stwierdziła, siląc się na spokój. W głębi jej ducha zrodziło się jednak podejrzenie. Nawet Antoni, mający pewne predyspozycje do rzucania klątw, nie wierzył w istnienie Klątwy Śpiącej Królewny. – Prosiłabym o odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. Zauważył pan kogoś kręcącego się w pobliżu Soni koło północy? Podczas pokazu fajerwerków?
– Niestety, tu też nie będę pomocny. Ostatni raz rozmawiałem z Sonią koło jedenastej. Później wyszła na taras. Nie wiem, kto przebywał tam razem z nią.
– Nie było tam pana? Czy o północy… Nie miały zostać ogłoszone państwa zaręczyny?
Remigiusz się uśmiechnął. To był nieładny uśmiech – nie tylko dlatego, że blizna brzydko się rozciągnęła, lecz także dlatego, że, przynajmniej zdaniem Jagody, daleko mu było do szczerości.
– Ja i Sonia już kilka tygodni temu ustaliliśmy, że nie zostaniemy małżeństwem. Miała poinformować o tym rodziców. Gdy rozmawialiśmy na jej urodzinach… zapewniała mnie, że zajęła się tą sprawą.
– Rozumiem – mruknęła Jagoda, chociaż w istocie zupełnie nie rozumiała. Mogła przyjąć, że krążyły nieprawdziwe plotki, ale dlaczego Antoni o niczym nie wiedział? Czy celowo wprowadził ją w błąd, choć przecież musiał się spodziewać, że Wierzbicki powie jej prawdę?
O ile faktycznie mówił prawdę.
– Panno Wilczek, sugerowałbym dotarcie do faktycznego ukochanego Soni.
– Faktycznego ukochanego? – powtórzyła i poczuła się dziwnie głupio, choć przecież nie miała ku temu powodów. – Nie miałam pojęcia…
– Jej rodzina prawdopodobnie też nie wiedziała – przerwał jej Remigiusz. – Sonia przez jakiś czas chciała zostać moją żoną, ale jak każda młoda dziewczyna marzyła o księciu na białym koniu. Kiedy do niej dotarło, że takim księciem nie jestem, zaczęła go szukać gdzieś indziej.
Nie. Wierzbicki nie nadawał się na księcia na białym koniu, mimo płowej czupryny i imponującej muskulatury. Nawet nie z powodu blizny ani tego, że pewnie był starszy od Soni o co najmniej dziesięć lat. Było w tym człowieku coś zimnego i odpychającego.
– Skąd pan to wie?
– Powiedziała mi, gdy zdecydowaliśmy wspólnie, że plany naszych rodzin nam nie odpowiadają. Uprzedzając kolejne pytania, nie wiem, kim jest ten człowiek. Na pewno zaczęła się z nim spotykać w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. I jak sądzę, nie jest to ktoś, kogo zaaprobowaliby jej bliscy. Za długo zwlekała z rozmową z Tomaszem i Karoliną. Prosiła mnie nawet, żebyśmy poczekali z ogłoszeniem decyzji…
– Czekała niemal do ostatniej chwili – mruknęła Jagoda, choć w myślach dodała: jeśli mówisz mi prawdę. – Nie mówiła niczego więcej o tym człowieku? Gdzie go spotkała, czym się zajmował, jak ma na imię?
Remigiusz zastanawiał się przez chwilę.
– Wspomniała, że go nie znam – stwierdził w końcu. – Nic więcej.
– To może być pomocne – powiedziała Jagoda. Jeśli Wierzbicki go nie znał, chłopak nie mógł być częścią towarzystwa, w jakim obracali się Zawiccy. – Dziękuję, że poświęcił mi pan czas. Jeśli cokolwiek pan sobie przypomni, to moja wizytówka.
Wierzbicki wstał, gdy się podniosła, kiwnął jej głową na pożegnanie. Przez ułamek sekundy kusiło ją, by spytać, czy wie, że i na nim ciąży klątwa. Coś ją jednak powstrzymało. Co? Sama nie była pewna. Może po części chodziło o to, że jeśli mężczyzna interesował się tematem na tyle, by dotrzeć do informacji o Klątwie Śpiącej Królewny, musiał mieć ku temu dobre powody. Zapewne wiedział o własnej klątwie, a stać go było na usługi specjalistów mogących się jej pozbyć. Może też o to, że zastanawiała się, czy to nie on zaklął Sonię. Urażona duma byłaby wcale dobrym motywem.
A może o to, że instynktownie mu nie ufała?
*
– Zastanawiam się, kto tu kręci – powiedziała Jagoda, wsiadając do auta Antoniego. Zdenerwowany Bielecki przez cały czas czekał na nią na parkingu.
– Nie zgodził się pomóc?
– Och, zaoferował pełne wsparcie – parsknęła, spoglądając na Antoniego. Przyjaciółmi byli prawie przez całe życie, parą przez półtora roku i zdawało się jej, że dobrze go zna. Że potrafiłaby powiedzieć, co siedzi mu w głowie i kiedy kłamie. Ale zdawało się jej też wiele innych rzeczy i skoro myliła się co do nich… Poza tym nie rozmawiali od dawna. Ludzie się zmieniają. – Tyle że na nic się nam ono nie przyda. Remigiusz i Sonia się nie kochają. Wedle jego słów zgodzili się oboje, że nie chcą zaręczyn. Wiedziałeś o tym?
– Cholera. – Antoni z frustracją uderzył ręką o kierownicę. – Bzdura. Może ten sukinsyn jej nie kocha, ale nie było mowy o tym, że się nie pobiorą! Spotykali się, Sonia miała bzika na jego punkcie…
– Skąd wiesz, że miała bzika na jego punkcie?
– Kiedy rok temu zabrał ją pierwszy raz na przyjęcie, cały czas o nim trajkotała. – Antoni skrzywił się z niesmakiem. – Remigiusz to, Remigiusz tamto. Remigiusz jest taki mądry, Remigiusz ma świetny samochód, Remigiusz to niesamowity czarodziej, firma Remigiusza uchodzi za najlepszą magiczną firmę ochroniarską w Europie. Świata poza nim nie widziała. Wyczekiwała oświadczyn.
– On twierdzi, że był ktoś inny.
– Bzdura.
– Nie wiem – mruknęła Jagoda. Któryś z nich kłamał i miał w tym najwidoczniej jakiś interes. Mógł skorzystać na pozbyciu się Soni, choć jeśli tak… to dlaczego robił to w tak skomplikowany sposób? – Zdjęcie tej klątwy siłą może ją skrzywdzić. Pozostaje znaleźć tego, kto ją rzucił, albo mężczyznę, o którym opowiadał Wierzbicki.
– Matka na pewno każe sprawdzić wszystkich zaproszonych – powiedział Antoni, odpalając silnik.
– Jeśli miała jakiegoś chłopca, to znajdą coś na jej komórce albo kontach w mediach społecznościowych. Przyjaciółki też pewnie będą wiedzieć. Dziewiętnastolatki są mało dyskretne.
– Sonia nie miała chłopca! – zdenerwował się Antoni, a samochód ruszył z piskiem opon. – Miała narzeczonego!
– Aż tak dobrze ją znałeś? Zbliżyliście się do siebie w ostatnich latach na tyle, żeby ci się zwierzała? – wycedziła Jagoda. Zacisnął zęby i nie odpowiedział. Włączył się do ruchu; przez chwilę jechali w milczeniu. – Twoi rodzice zawiadomili WPM albo WMM?
Wydział do spraw Przestępstw Magicznych zajmował się badaniem spraw, w których dochodziło do bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia na skutek użycia magii. Stanowił część Departamentu Magicznego – pośród pozostałych jednostek znajdowała się i taka, która badała użycie czarnej magii, a Klątwa Śpiącej Królewny wprawdzie nie została sklasyfikowana jako czarnomagiczna, ale nosiła podobne znamiona. Poza tym trzeci warszawski specjalista w dziedzinie klątw pracował właśnie w niewielkim Wydziale do spraw Mrocznej Magii.
– Nie zawiadomili – westchnął Antoni.
– Jak to? – spytała zaskoczona. – To kto szuka winnego?
– Tomasz zatrudnia prywatną ochronę. Kilku jego ludzi bada sprawę.
– Świetnie – podsumowała Jagoda. – Po co wzywać specjalistów, którzy mają wprawę i doskonale znają się na magii, skoro można powierzyć to zadanie bandzie tępych najemników. Myślałam, że twoim rodzicom zależy na Soni.
– Poruszą niebo i ziemię, ale nie chcą, żeby sprawa się wydała. Zaczęliby o tym pisać w gazetach, a jeśli naślemy na naszych gości WPM…
Magiczna rodzina z tradycjami, pomyślała Jagoda z nagłą złością. Ochrona własnych interesów i tajemnic, dopilnowanie, by nie wydać się słabymi, nie stracić koneksji, postaranie się, aby nikt nie wywęszył zbyt wiele – to wszystko było ważniejsze niż dobro pojedynczej osoby.
– Tak, po co się spieszyć – sarknęła. – Klątwa tradycyjnie trwa sto lat i jeden dzień, to mnóstwo czasu na działanie.
– Co twoim zdaniem mielibyśmy zrobić? – warknął Antoni, tracąc cierpliwość. – Sądzisz, że WPM zdjęłoby z niej tę klątwę?
– Nie. Ale może znaleźliby winnego, a wtedy można by go zmusić do cofnięcia czaru. Im więcej czasu minie, tym trudniej będzie znaleźć ślady.
– Ledwo wciągnę w to WPM, prawdopodobnie zostanę aresztowany – powiedział Antoni zimno. Jagoda, już szykująca się do tyrady na temat tego, że WPM ma śledczych doświadczonych w swojej robocie i większe możliwości, natychmiast zamknęła usta. Miał rację. Sama zaczęła go podejrzewać, co więc pomyśleliby ludzie z Departamentu Magicznego? – A że nie rzuciłem tej klątwy, nie mogę jej zdjąć i nijak nie poprawimy sytuacji Soni. Powtarzam: co twoim zdaniem miałbym jeszcze zrobić?
– Zabierz mnie z powrotem do waszego domu – zdecydowała Jagoda, chociaż czuła, że przyjdzie jej pożałować tej decyzji. Prywatna obstawa Tomasza składała się głównie z ochroniarzy i kobieta wątpiła, by kogokolwiek z nich dopuszczono do komputera Soni. Zbyt wiele prywatnych informacji, których Zawiccy, rzecz jasna, pod żadnym pozorem nie chcieliby ujawnić. W dodatku nie wiedzieliby, czego szukać. Szansa na to, że znajdą winnego, była niewielka, a na to, że dotrą do tajemniczego ukochanego, żadna, bo nie mieli powodów go szukać. Zwłaszcza jeśli kazano im działać dyskretnie. – Będziesz musiał jakoś spacyfikować swoją matkę. Musimy sprawdzić komórkę Soni, jej Messengera, konta na MagicConver i Facebooku. Trzeba porozmawiać z jej przyjaciółkami…
– Tomasz nie chciał…
– Tomasz! Chcesz znaleźć winnych czy nie? Do licha, zaczynam się zastanawiać, czy sam Tomasz nie maczał w tym palców, skoro tak bardzo się stara, żeby przypadkiem nie znaleźć winnego.
– Nie zrobiłby tego.
– Mógłbyś się zdziwić. Często wydaje się nam, że kogoś znamy, a nagle wbija nam nóż w plecy.
– Jaga… – zaczął, zmieniając ton, być może doszukawszy się w jej słowach przytyku do własnego postępowania.
– Nic nie mów. Jedźmy.
Antoni zazgrzytał zębami ze złości, ale się nie odezwał. Zamiast tego uruchomił zestaw głośnomówiący i po chwili skontaktował się ze swoim ojczymem. Przyciszonym głosem tłumaczył mu sytuację – kilka razy zapewnił o dyskrecji „zatrudnionego specjalisty”. Jakby mógł ukryć, że chodziło o nią. Już Karolina na pewno opowie o wszystkim mężowi, nie szczędząc komentarzy!
Jagoda siedziała sztywna, nieruchoma, zapatrzona w okno, kiedy Antoni rozmawiał z Tomaszem. Udało mu się w końcu uzyskać przyrzeczenie, że ten zadba, aby Karolina im nie przeszkadzała, choć pan Zawicki nie wydawał się zachwycony całą sytuacją. Jeśli martwił się o córkę, perfekcyjnie to ukrywał, w przeciwieństwie do żony okazując raczej irytację niż rozpacz.
Zaledwie pół godziny później Jagoda siedziała w pokoju Antoniego, przeszukując wiadomości na smartfonie Soni. O dziwo, nie było ich wiele: kilka esemesów od matki, jakieś krótkie wiadomości od koleżanek, głównie dotyczące umawiania się na zakupy. Albo nie używała tego urządzenia do kontaktu z kochankiem, albo wykasowała ich rozmowę. Ewentualnie żaden chłopak nie istniał. Jedno połączenie z zastrzeżonego numeru, nieodebrane. Zero esemesów od Remigiusza, w historii tylko dwa połączenia, w tym jedno niedługo przed urodzinami. Zaledwie jedna wiadomość od Antoniego. Sam Antoni tkwił teraz przy biurku, przeglądając zawartość laptopa siostry. Jagoda odrzuciła w końcu telefon i podeszła do przyjaciela, by zajrzeć mu przez ramię. Złamanie hasła zabezpieczającego profil nie zajęło mu wiele czasu.
– I jak?
– Niewiele – mruknął, przerzucając kolejne prywatne wiadomości na jednym z portali społecznościowych. – Sonia na szczęście zapomniała się wylogować.
– Nie miała zbyt wielu przyjaciół? – spytała Jagoda z zaskoczeniem. Nawet w jej własnej skrzynce odbiorczej było więcej wiadomości z trzech ostatnich miesięcy, a niewiele osób zadawało się z nią na gruncie prywatnym. Ale już tylko Liliana, jej siostra, i Iga, współpracowniczka Lil, potrafiły wyprodukować więcej privów w jeden dzień niż te, które dostała ostatnio Sonia…
– Sam nie wiem. Chodziła na zakupy i do spa z młodą Krzyżanowską i Jessiką Wargocką. Rodzice nie puszczali jej do klubów, miała prywatnego nauczyciela, a one dwie… były odpowiednim towarzystwem dla Soni. Kilka innych koleżanek widywała głównie przy okazji urodzin i wyjazdów.
– Jessiką – mruknęła Jagoda. – No tak, to już to pokolenie. Aż się poczułam staro. Znalazłam ze dwie wiadomości od jakiejś Jess, ale tylko o treści w rodzaju „dotarłam do galerii”. Musiały się kontaktować, dzwoniąc, albo ich znajomość ograniczała się do zakupów.
– Dość często odwiedzała Jess w restauracji jej ojca.
– Musisz z nimi porozmawiać.
– Co? Dlaczego ja?
– Bo jesteś przystojnym, bogatym czarodziejem, a ja wiedźmą rzucającą klątwy – wyjaśniła cierpliwie. – Poza tym prędzej powiedzą coś bratu Soni niż obcej kobiecie.
– Jeśli cokolwiek im zdradzę, jutro będzie o tym wiedzieć całe miasto.
– Antoni – westchnęła Jagoda z rozpaczą. – Twoje IQ gwałtownie spadło ostatnimi czasy? Nie mów im o klątwie. Weź telefon Soni, zadzwoń do nich i powiedz, że Sonia źle się czuje. I że… nie wiem, prosiła, żeby powiadomić najbliższych jej przyjaciół. Że szukasz kontaktu do przyjaciela, o którym wspomniała, bo koniecznie chciałaby, żeby do niej zadzwonił. Spróbuj się dowiedzieć, z kim mogła się spotykać albo kto jej źle życzył. Wymyśl coś. Wciągnij je w rozmowę. Podejdź. Udawaj zatroskanego.
– Jestem zatroskany. Nie muszę udawać.
A nie wyglądasz, pomyślała.
– Dobrze, łatwiej ci pójdzie.
– A co ty będziesz robić?
– Przeszukam jej komputer. Sprawdzę listę znajomych. Historię odwiedzanych stron. Jeśli twoja matka nie postanowi mnie za to aresztować, poszukam tu pamiętnika.
Antoni westchnął przeciągle, mimo to posłusznie przejął smartfon, a Jagodę dopuścił do laptopa. Po kolei zaczęła przeglądać zawartość folderów. Były zaskakująco uporządkowane. Żadnych wolno latających plików, nadmiaru ikonek na pulpicie, zapomnianych gier czy programów. Prace tekstowe dla prywatnego nauczyciela w osobnym folderze – Jagoda zajrzała zaledwie do jednej i przekonała się, że Sonia wbrew pozorom najwyraźniej nie była mniej inteligentna od swojego brata. Następny – e-booki przygotowane do przeniesienia na czytnik. Przede wszystkim romanse, zwłaszcza paranormalne i historyczne, ale też kilka pozycji o magii. Jagoda uniosła brwi, dostrzegając pośród nich Gdzie zaczyna się czarna magia Cassandry Veritas, księgę na tyle zaawansowaną, że Sonia nie powinna być w stanie niczego z niej zrozumieć. I która nie powinna istnieć w elektronicznej, łatwej do rozpowszechnienia wersji. Zdjęcia – podzielone na kilka podfolderów, każdy z nazwą miejsca, w którym je wykonano oraz terminem. Nie było ich szczególnie dużo: profesjonalna sesja sprzed paru tygodni, fotografie z zagranicznych wakacji i czyichś urodzin.
Żadnych śladów tajemniczego ukochanego.
Dopiero po kolejnej półgodzinie grzebania w plikach i historii przeglądarki Jagoda natrafiła na coś, co przyciągnęło jej uwagę. Wyglądało na to, że Sonia pisała opowiadania i publikowała je na angielskim serwisie. Najpierw Jagoda tylko przebiegła wzrokiem opis pierwszego z brzegu, zaraz jednak kliknęła na jedną z części.
Wiele autorek, zwłaszcza początkujących, utożsamiało się z bohaterkami. Czasem te stanowiły swego rodzaju alter ego domorosłej pisarki – otrzymując całą paletę zalet, mocy i adoratorów. Ci, którzy ich nie lubili, byli oczywiście źli, wszyscy dobrzy je kochali. Zawsze zachwycały urodą i były lepsze niż inne kobiety w okolicy. Sonia wprawdzie, jak się okazało, pisała nieźle, zapewne dużo lepiej niż większość publikujących w sieci nastolatek, ale z pewnością wzorowała bohaterkę na sobie. Piękna Clara pochodziła z arystokratycznej rodziny magicznej, a rodzice uparcie starali się ją wtłoczyć w schemat młodej damy z wyższych sfer, nie dostrzegając jej inteligencji ani ogromnego potencjału magicznego. Clary nie doceniał także starszy brat, zbyt skupiony na własnych sprawach, aby dostrzec, że mała siostrzyczka włada równie wielką mocą jak on. Narzeczony Clary, Remi, był bogaty, ale też oschły i nie potrafił odwzajemnić uczucia, niesłusznie traktując dziewczynę jak dziecko. Tylko nauczyciel widział, jak jest utalentowana, ale został zwolniony, gdy skończyła osiemnaście lat. Na całe szczęście na jej drodze stanął Bert, wspólnie z którym przeszła przez niebezpieczną przygodę. Ukochany pomógł Clarze odnaleźć swoje miejsce i dał szansę na wyrwanie się z niesatysfakcjonującego życia, w którym nie mogła o sobie decydować. Niestety, Bert pochodził z nizin społecznych i jej rodzina nie zaakceptowałaby tego związku, początkowo spotykali się więc w tajemnicy…
– Miała chłopaka! – rzuciła, ledwo Antoni, który z komórką przy uchu wyszedł na balkon, wrócił do pokoju.
– Znalazłaś coś?
– Opowiadanie, które pisała. Ewidentnie wzorowane na jej losach… z dodatkiem walki ze złymi czarnoksiężnikami, bohaterskiego ratowania świata i ryzykowania życia dla miłości, ale postacie się zgadzają. – Widząc powątpiewanie na twarzy Antoniego, obróciła się do ekranu i przeczytała fragment na głos, dość wolno, na bieżąco tłumacząc go z angielskiego. – Jej brat Alan miał ciemną czuprynę, niebieskie oczy i postawną sylwetkę, które sprawiały, że mógł się jawić niczym wojownik ze starych opowieści. W rzeczywistości jego charakter daleki pozostawał od wojowniczości, a Alan nie nadawałby się na bohaterskiego kochanka. Uchodził za ostrożnego, niekiedy wręcz flegmatycznego, i od pięciu lat zajmował się głównie pracą biurową w rodzinnej firmie, a najbardziej emocjonującą rzeczą w jego życiu było…
– Przestań.
– Czekaj, nie przeczytałam jeszcze tego kawałka, gdzie dla świętego spokoju Alan ustępuje we wszystkim swojej matce.
– Jaga!
– Są tu też twoja matka, ojczym, koleżanki Soni. Idę o zakład, że nie wiedziały, że ona pisze, bo czasem wyraża się o nich mało przyjemnie – stwierdziła, scrollując tekst, po czym przeskoczyła do jednego z dalszych rozdziałów. Opowiadania Soni miały sporo fanów: pod każdą częścią zamieszczano po kilkadziesiąt komentarzy. – Remi, narzeczony Clary, idealnie odpowiada opisowi Remigiusza. Gdyby nie pisała po angielsku, pewnie ktoś by się na to w końcu natknął, a Departament Magiczny urządziłby jej jesień średniowiecza za te szczegóły o magii i magicznych miejscach w Warszawie. Ale nas interesuje Bert. Dwadzieścia trzy lata, jasnobrązowe włosy, czarodziej niedoceniany ze względu na pochodzenie. On i Clara spotykają się w restauracji należącej do ojca jej przyjaciółki, Jensey.
– Syrenia Pokusa?
– Blisko. W jej wersji to Przysmak Syreny. Oczywiście dochodzi do próby porwania, kiedy Remi zostawia narzeczoną samą po kłótni. To chyba się nie zdarzyło, co?
– Próba porwania Soni? – zdziwił się Antoni. – Nie! Co nam to w ogóle daje?
– Bert pracuje w tej restauracji jako pianista. Umie używać magii przez muzykę – wyjaśniła Jagoda triumfalnie. – Sprawdziłam jeszcze raz znajomych Soni. Ma w nich niejakiego Roberta Polita. W skrzynce mailowej w skasowanych była jedna wiadomość wysłana na adres z „robby” w nazwie. Obiecywała w niej, że załatwi sprawę… Mogło chodzić o zerwanie zaręczyn. Musiała usuwać wszystkie maile. Wygląda na to, że gdy tam chodziła, wcale nie spotykała się z Jess.
Antoni przypatrywał się jej z niedowierzaniem, które po chwili zmieniło się w rezygnację. Musiało mu się nie mieścić w głowie, że Jagoda znalazła domniemaną prawdziwą miłość Soni za pośrednictwem Wattpada. Zgadzało się jednak zbyt wiele rzeczy, aby mogli zlekceważyć ten trop. Zwłaszcza że nie mieli innego punktu zaczepienia.
– W takim razie musimy odwiedzić Syrenią Pokusę – powiedział.
*
Syrenia Pokusa była jednym z najelegantszych lokali w Warszawie przeznaczonych wyłącznie dla magicznej społeczności. Antoni zdołał zarezerwować stolik na wieczór – zapewne po części dzięki temu, że wywodził się z jednej z najlepszych magicznych rodzin, a po części, ponieważ był środek tygodnia. W weekend zdobycie miejsca bez odpowiedniego wyprzedzenia zakrawało na cud.
Wizyta w Syreniej Pokusie u boku Antoniego to jedna z ostatnich rzeczy, na które Jagoda miała ochotę. Na pewno spotkają tam kogoś znajomego. I na pewno pojawią się plotki, że do siebie wrócili. Sama myśl o kłopotliwych konsekwencjach towarzyskich tego wypadu sprawiała, że coś przewracało się jej w żołądku. Niewiele pomagała nawet świadomość, że dania serwowane w restauracji były warte grzechu, a desery stanowiły wręcz niedoścignione mistrzostwo. Najchętniej czekałaby na Roberta pod lokalem, ale Antoni nie chciał zwlekać. Wysunął słuszne argumenty, że nie mają pojęcia, czy chłopak dziś w ogóle pracuje ani o której ewentualnie wyszedłby na zewnątrz. Ostatecznie o dwudziestej weszli więc do restauracji – Antoni w nienagannie skrojonym garniturze, Jagoda ubrana w kostium, w którym mogłaby się wybrać na rozmowę o pracę w dużej, poważnej firmie. Stanowiło to jedyny dopuszczalny kompromis pomiędzy strojem akceptowanym w Syreniej Pokusie a niesugerującym randki.
Wolała się nawet nie zastanawiać, co usłyszy od matki, jeśli dotrą do niej jakieś plotki.
– Sądzisz, że to ten przy fortepianie? – spytał cicho Antoni, odsuwając jej krzesło.
– Być może, ale twoja siostra trochę ubarwiała rzeczywistość. Gra mogła się jej wydawać bardziej romantyczna niż serwowanie do stołu – wymruczała Jagoda, rzucając spojrzenie w stronę chłopaka siedzącego przy instrumencie i przewracającego nuty. Na oko był trochę młodszy od niej, jasnowłosy i przystojny – pasowałby więc do opisu. Zdjęcie na Facebooku pokazywało Roberta na motorze, w kasku, jego rozpoznanie na tej podstawie było więc niemożliwe.
– Będziemy pytać każdego kelnera, czy nie nazywa się Robert Polit?
– Niezły pomysł – stwierdziła, a gdy kelner, również o jasnych włosach i potencjalnie mogący być Robertem, zbliżył się do ich stolika z menu, faktycznie postanowiła go zagadnąć. – Przepraszam? Wasz muzyk wygląda znajomo, mam wrażenie, że grał na przyjęciu, na którym kiedyś byłam. Czy przypadkiem nie ma na imię Robert?
– Tak, proszę pani – przyznał kelner bez oporów. – To Robert Polit. Czasem występuje na prywatnych przyjęciach. Ma talent.
– Dziękuję – odparła Jagoda, uśmiechając się do chłopaka, po czym zerknęła w kartę i wybrała pierwsze lepsze danie. – Poproszę roladki z indyka.
Robert zaczął grać, gdy kelner odszedł. Antoni zamarł na chwilę, Jagoda zerknęła zaś na pianistę, marszcząc brwi. Muzyka oczarowywała. Dosłownie. Robert używał odrobiny swojej magii, podwójnie oddziałując na słuchaczy. Nie próbował niczego im narzucić, raczej sprawiał, że melodia zdawała się piękniejsza, może trochę odprężała – ale gdyby bardzo się postarał, mógłby zapewne manipulować uczuciami widowni. A przynajmniej niektórych gości. Nic dziwnego, że zatrudniono go w Syreniej Pokusie: musiał przyciągać klientów.
Tylko czy był aż tak silny, jak opisywała to Sonia w Dziewczynie z miasta świateł?
Antoni pokręcił głową, poruszył ramionami, jakby próbował z czegoś się otrząsnąć.
– Jest niezły.
– O tak – przyznała. – O ile zakład, że grając i może jeszcze śpiewając, oczarował twoją siostrę?
– Nie zakładam się, gdy sprawa jest przegrana. Głupia dziewczyna.
– Młoda, naiwna, ale niekoniecznie głupia – zaprotestowała Jagoda. – Poza tym wcale nie jestem przekonana, czy Remigiusz to dla niej lepsza partia.
Prawdopodobne, że dokonała lepszego wyboru niż jej rodzina.
– Co teraz?
– Zjemy kolację i poczekamy, aż nasz muzyk będzie miał przerwę.
Muzyk, przez jakąś złośliwość losu, podniósł się od fortepianu godzinę później, gdy Jagoda akurat była w połowie deseru: absolutnie przepysznego kremu składającego się z trzech warstw: waniliowej, czekoladowej i malinowej. Ten krem był najlepszą rzeczą, jaka spotkała ją tego dnia albo nawet tygodnia. Sprawiał, że cała ta wyprawa – chwile niezręcznego milczenia, zaciekawione spojrzenia innych klientów – przestawała być tak przykra. Gdy Antoni wstał, pozostawiając na stoliku banknoty, poczuła się jak pięcioletnia dziewczynka, której właśnie zabierano cukierka. Mimo to odsunęła krzesło i podążyła za przyjacielem, który podszedł do kierownika sali i uprzejmie poprosił o chwilę rozmowy z Robertem. Sam Bielecki prawie nic nie zjadł, przez większość czasu kręcił się niespokojnie na krześle i co rusz spoglądał w stronę muzyka.
Robert Polit najwyraźniej zakończył swoją zmianę, bo przebierał się w pomieszczeniu dla pracowników. Był przystojnym chłopakiem – w oczach Jagody za młodym, za gładkim i zbyt chłopięcym, ale z łatwością mógł oczarować chowaną pod kloszem dziewiętnastolatkę. Gdy weszli do pokoju, spojrzał na nich z zaskoczeniem, pośpiesznie dopiął guziki koszuli.
– Antoni Bielecki. Jestem bratem Soni.
– Jakiej Soni? – spytał Robert. Coś w sposobie, w jaki spojrzał na drzwi, podobnie jak drżenie głosu, podpowiadało, że doskonale wie, o kogo chodzi.
– Dziewczyny, z którą się spotykałeś – odparła Jagoda, nie pozwalając, by to Antoni udzielił odpowiedzi. – Ma kłopoty i potrzebujemy twojej pomocy.
– Pewnie takiej, żebym trzymał się od niej z daleka? – zapytał chłopak z rezygnacją. – Za wysokie progi na Polita nogi?
– Wręcz przeciwnie. Chcemy cię do niej zabrać – stwierdziła, a jeśli wcześniej Robert zdawał się zaskoczony ich wejściem, to teraz spojrzał na Jagodę tak, jakby co najmniej wskoczyła na stół i zaczęła tańczyć kankana. – Byłoby też pomocne, gdybyś odpowiedział nam na kilka pytań.
– Nigdzie z wami nie pójdę. Nie znam was.
– Słuchaj no ty… – zaczął Antoni, ale Jagoda złapała go za łokieć.
– Sonia naprawdę ma kłopoty – poinformowała. Wprawdzie brała pod uwagę porwanie Roberta, ale wolałaby tego uniknąć. Z kolei Antoni wyglądał na wyprowadzonego z równowagi na tyle, że byłby gotów chyba na wszystko. Może jednak troszczył się o siostrę. – Próbowałeś skontaktować się z nią po jej urodzinach? Nie mogłeś, prawda?
– Tak – przyznał z ociąganiem. – Zadzwoniłem, ale nie odebrała. Myślałem, że jej matka…
– Sonia jest chora – przerwał mu Antoni. Najwyraźniej wciąż trwał w postanowieniu ukrywania stanu dziewczyny tak długo, jak to możliwe. Rozeźliło to Jagodę, ale ugryzła się w język i nie zaprotestowała. – Jeśli faktycznie ci na niej zależy, jedź z nami.
Wciąż się wahał. Nie mogła go za to winić.
– Powiedz kierownikowi, z kim wychodzisz – zasugerowała. – Nie planujemy cię porywać, tylko zabrać do dziewczyny, z którą się spotykałeś.
– Te kłopoty… to na pewno choroba?
Pytanie zbiło z tropu Jagodę. Czyżby chłopak coś wiedział?
– Dlaczego uważasz inaczej?
– Czyli nie choroba? – odparł pytaniem na pytanie, a potem nerwowo potarł dłonie. – Sonia dzwoniła do mnie przed urodzinami. Prosiła, żebym przyszedł kolejnego dnia do niej do domu. Martwiłem się, że w coś się wpakowała.
– Nie przyszedłeś.
Robert wzruszył ramionami.
– I tak by mnie nie wpuścili – skwitował. – Nie, nie pójdę z wami. Sorry, ale nie bardzo wam ufam. Równie dobrze możecie mnie gdzieś wywieźć i…
Dreszcz przeszedł Jagodę, gdy wyczuła moc narastającą wokół Antoniego. O tak, radził sobie z klątwami stosunkowo dobrze, ale jego prawdziwą specjalizacją była magia mentalna. A Robert nie miał dość sił, aby oprzeć się niespodziewanemu atakowi na umysł. Światło w jego oczach zgasło i osunął się na podłogę. Z ust Jagody wydobyło się przeciągłe westchnienie.
Czyli jednak wersja z porwaniem.
*
Wyciągnięcie Roberta z Syreniej Pokusy nastręczyło im nie lada problemów oraz wymagało rzucenia kilku zaklęć i to mimo tego, że Antoni wezwał dwóch pracowników na pomoc. Urządzili awanturę przy wejściu, ściągając na siebie uwagę. Robert miał przy sobie klucze do wyjścia dla służby – ale jakaś kamera z pewnością zarejestrowała, jak go nim wyciągają. Tym jednak Bielecki musiał zająć się jutro osobiście.
– Musiałeś walnąć go aż tak mocno? – spytała z wyrzutem Jagoda, gdy zaparkowali przed willą Zawickich, a chłopak wciąż pozostawał nieprzytomny.
– Zdenerwował mnie.
– To jak ktoś mnie zdenerwuje, powinnam zaraz trzepać go klątwą?
– Czekaj tu. Mama na pewno jest u Soni. Spróbuję odesłać ją do sypialni.
– No to sobie tu posiedzimy.
– Jaga – westchnął Antoni. – Ja cię kiedyś uduszę.
– Nie nazywaj mnie tak.
Antoni pokręcił głową i po chwili wszedł do domu. Zgodnie z przewidywaniami Jagoda czekała na jego powrót nieprzyzwoicie długo, co gorsza, Robert zaczął odzyskiwać przytomność. Jęknął właśnie i powoli usiadł na tylnym siedzeniu, gdy na progu stanęli Antoni i Karolina.
Oczywiście. Przecież niemożliwe, aby Antoni zdołał skłonić ją do czegokolwiek, prawda? Nic dziwnego, że nie było go niemal pół godziny. Zapewne musiał wszystko wyjaśnić matce.
Karolina pierwsza podeszła do samochodu. Była jeszcze bledsza niż wcześniej, a oczy miała nie tylko zaczerwienione od płaczu, ale też podkrążone z niewyspania. Spojrzała najpierw na Jagodę, potem na Roberta – nie wydawała się ani trochę wstrząśnięta tym, że jej syn kogoś dosłownie porwał.
– To podziała?
– Jeśli się kochają.
Karolina zacisnęła usta.
– Moja córka spotykała się z grajkiem.
– Co za koszmar – stwierdziła Jagoda, tym razem nie zdoławszy ugryźć się w język. W tym momencie szczerze żałowała Soni. Nie dlatego, że rzucono na nią zaklęcie wiecznego snu, ale ponieważ należała do takiej rodziny. Miała pieniądze i kochającą matkę, ale dom rodziny Zawickich musiał być dla dziewczyny pułapką bez wyjścia. Nic dziwnego, że tak uczepiła się najpierw Remigiusza, a potem Roberta.
– Doskonale – wycedziła Karolina. – Sprawdźmy, czy grajek na coś się przyda.
– Powinna pani coś wiedzieć – powiedziała Jagoda. – Jeśli Robert zdejmie tę klątwę, pomiędzy nim a Sonią może powstać więź. Przynajmniej wedle podań, bo trudno to potwierdzić z całą pewnością. Ostatni udowodniony przypadek rzucenia i zdjęcia… w sposób tradycyjny… Klątwy Śpiącej Królewny pochodzi sprzed dobrych kilkudziesięciu lat.
– Więź? – Pytanie zadał Antoni, nie Karolina. Mężczyzna właśnie otwierał tylne drzwi auta. Robert, przestraszony, cofnął się w głąb samochodu i podparł o drugie drzwi. Antoni jednak nie zwrócił na niego uwagi.
– O tak – powiedziała Jagoda, przez chwilę czując niepasującą do sytuacji satysfakcję. Z trudem zapanowała nad mięśniami twarzy, bo na usta cisnął się jej uśmiech. – To też prawidłowość tej klątwy. Jeśli twój pocałunek ją zdejmie, udowadniasz swoje prawa do przebudzonej. Łączy was magia. To pradawne zaklęcie, tak stare, że nikt nie pamięta jego początków. Powstało długo przed tym, zanim zagościło w baśniach. Próba rozdzielenia połączonych nim kochanków to beznadziejna walka z przeznaczeniem.
I na widok miny Karoliny Jagoda jednak się uśmiechnęła.
*
Skłonienie Roberta do wyjścia z samochodu i podążenia za nimi do sypialni Soni zajęło im dobre dziesięć minut. Chłopak nie był zbyt chętny do współpracy, a po tym, jak został potraktowany, Jagoda nie mogła go za to winić. Spanikowany, wciąż zdezorientowany – Antoni najwyraźniej użył na nim pełni swojej mocy – zupełnie nie rozumiał tego, co usiłowali mu wyjaśnić. W końcu jednak wszyscy znaleźli się w pokoju dziewczyny.
Uśpiona Sonia wyglądała pięknie. Wręcz nienaturalnie, jakby to magia klątwy dodawała jej uroku. Robert na widok panny zamarł, a potem zrobił taką minę, jakby był bliski płaczu.
– Nie dam rady zdjąć klątwy – powiedział z żałością. – Ja nie znam się na takiej magii.
– Nie musisz. Wystarczy, że ją pocałujesz.
– Nie ma innego sposobu?
– Jest. – Jagoda wzruszyła ramionami. – Trzeba znaleźć tego, kto rzucił klątwę. Wiesz coś o tym?
Robert spojrzał na nią, zaraz potem odwrócił wzrok. Znów, tak jak wcześniej w restauracji, potarł nerwowo ręce. Być może wzbudziłoby to w Jagodzie podejrzliwość, ale Roberta na pewno nie było tamtego wieczoru w pobliżu Soni. I gdyby dysponował taką mocą, pewnie nie pracowałby w Syreniej Pokusie.
– Ona wiedziała – wyznał w końcu. – Że coś takiego się stanie. To musiał być ktoś, kogo znała.
Antoni, który wszedł do pokoju jako ostatni, za Jagodą i Karoliną, spoglądał na Roberta z mieszaniną zaskoczenia i ledwo tłumionej furii.
– Skąd wiesz?
– Dzwoniła do mnie, mówiłem – wymamrotał Robert, coraz bardziej nerwowo. Wściekły wzrok Antoniego sprawił, że chłopak cofnął się o krok. – Mówiła, że tylko ja będę mógł jej pomóc. Prosiła, żebym przyszedł…
– Co to ma teraz do rzeczy? – zdenerwowała się Karolina. Nie była zachwycona całym planem. Gdy Jagoda i Antoni przekonywali Roberta do współpracy, ona rozmawiała przez telefon, wysłuchując relacji z postępów w śledztwie. Pracownicy Zawickich nie natrafili jednak na żaden ślad czarodzieja, który przeklął Sonię. Najwyraźniej Karolina przynajmniej kochała córkę dostatecznie mocno, by przyjąć Roberta za zięcia, skoro to miała być cena za odzyskanie dziecka. – No całuj ją! Jeśli się obudzi, powie nam, kto to zrobił!
Robert rzucił spanikowane spojrzenie w stronę okna – i chyba w tym właśnie momencie Jagoda zrozumiała. Jeszcze nim Antoni zrobił krok w stronę chłopaka, jeszcze nim ten, pogoniony w ten sposób, pośpiesznie zbliżył się do łóżka.
– Kurwa – szepnęła, opuszczając głowę. Przebiegła palcami po czole i przymkniętych powiekach. – Kurwa mać.
Nie widziała, jak Robert pochyla się, jak składa pocałunek na wargach uśpionej. Nie musiała. Wiedziała, jaki będzie efekt.
Czy też jego brak.
– Nie budzi się. Dlaczego się nie budzi? To miało zadziałać. – Głos Karoliny z każdym kolejnym słowem nabierał coraz bardziej piskliwych tonów. Dopadła łóżka, chwyciła córkę za ramiona i potrząsnęła nią lekko. – Ona dalej śpi!
– Nie zadziałało, bo on jej nie kocha – powiedziała Jagoda, podnosząc głowę i spoglądając na Roberta. Gdzieś w jej wnętrzu rozlewał się chłód. I pomyśleć, że uwierzyła. Uwierzyła w tę bajeczkę pisaną przez Sonię. W historię, którą dziewczyna sobie uroiła: w miłość dziedziczki i zwykłego chłopaka, odwróconą opowieść o Kopciuszku. Jagoda chciała w to wierzyć. Chciała szczęśliwego zakończenia. Chciała, żeby zarabiający na swoje utrzymanie Robert, typowy chłopiec z sąsiedztwa, okazał się lepszym ukochanym niż bogaty i władający silną magią Remigiusz. Chciała też tego pstryczka w nos wymierzonego Karolinie: muzyka z Syreniej Pokusy w rodzinie Zawickich, dla której Jagoda nie była dość dobra. Nie tylko Sonia była tu naiwna. Nie tylko ta młoda, chowana pod kloszem dziewczynka uwierzyła w baśniowe mrzonki. – Ona cię kochała, ale ty ją niekoniecznie, prawda?
To dlatego nie przyszedł, chociaż Sonia go o to prosiła. I stąd jego panika, stąd opór. Ich źródłem, przynajmniej po części, nie było to, że Antoni zachował się jak rasowy psychopata – po prostu Robert wiedział, że naprawdę nie może im pomóc.
– Oszukiwałeś moją siostrę?
– Wcale nie! – zaprotestował Robert pośpiesznie. Głos i wyraz twarzy Antoniego przeraziły go, a Jagodzie nie spodobały się do tego stopnia, że zacisnęła palce na przedramieniu Bieleckiego. Jeśli postanowi stłuc Roberta na kwaśne jabłko, wpakują się w podwójne kłopoty. – Spotykaliśmy się, tak? Ale przecież jak idziesz z kimś na randkę, to niekoniecznie od razu śmiertelnie tę osobę kochasz! Czasem sprawdzasz, czy będzie okej…
– Spotykaliście się przynajmniej od pół roku. Długo sprawdzałeś – odparła chłodno Jagoda. Mniej więcej wtedy Sonia zaczęła pisać swoje opowiadanie. Ona na pewno niczego nie „sprawdzała”, a Robert z pewnością nie postawił sprawy jasno. Gdyby dziewczyna nie wierzyła, że ukochany odwzajemnia uczucie, nie byłaby gotowa sprzeciwiać się zaaranżowanemu małżeństwu. – Zwłaszcza że miała dla ciebie nie dopuścić do zaręczyn z Wierzbickim. Zależało ci na jej pieniądzach?
Uciekł spojrzeniem i to wystarczyło za odpowiedź. Antoni wyrwał się z uścisku Jagody, dopadł Roberta i tym razem nie bawiąc się w magię, strzelił go pięścią prosto w twarz. Karolina krzyknęła, kiedy chłopak się na nią zatoczył, a Jagoda skoczyła w przód, usiłując odciągnąć Bieleckiego. Robert skorzystał z okazji, odepchnął Antoniego i pobiegł do wyjścia. Jagoda, odepchnięta wraz z nim, upadła i uderzyła głową o ramę łóżka, aż zawirowało jej przed oczyma.
Antoni rzucił się do drzwi, chcąc ścigać uciekiniera, zaraz jednak przystanął. Trudno powiedzieć, co go powstrzymało. Może zrozumiał, że to teraz niczego mu nie da. Może dostrzegł, że Jagoda z trudem usiłuje dźwignąć się z posadzki. A może chodziło o to, że Karolina wybuchła płaczem – głośnym, rozpaczliwym.
*
Jagoda dotarła do swojego mieszkania dopiero koło północy, ale choć dzień był długi i męczący, nie mogła zasnąć dobrą godzinę. Wciąż myślała o zapłakanej Karolinie i bladej, nieruchomej twarzy Soni. O Robercie, o tekstach pisanych przez dziewczynę, o Antonim i o tym, że Tomasz wreszcie – bardzo niechętnie i wyłącznie z powodu histerii żony – zgodził się powiadomić odpowiednią jednostkę.
Będą dalej szukać tego, kto rzucił klątwę. A jeśli go nie znajdą – Jagoda miała dziwne przeczucie, że właśnie tak się stanie – przyjdzie im podjąć próbę zniszczenia przekleństwa. To dawało Soni jakieś pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt procent szans na przeżycie. Mniej, jeśli zrobi to ktoś o mniejszych umiejętnościach niż Jagoda. Ona zaś nie odważyłaby się podjąć próby: gdyby się nie udało, Karolina oskarżyłaby ją o morderstwo. I tak Zawicka obwiniała właśnie Jagodę o całe zamieszanie z Robertem.
Czuła, że angażując się, popełniła błąd.
Gdy wreszcie zasnęła, przyśnił się jej koszmar, będący zlepkiem wydarzeń z ostatnich godzin i majaczeń. We śnie syrena siedząca na fortepianie śpiewała pieśń, a Sonia tańczyła z Remigiuszem, który przemienił się najpierw w Roberta, potem w Antoniego. Antoni podał siostrze jabłko i ta osunęła się na posadzkę, a moc czarodzieja rozlała się po pomieszczeniu. I wtedy do restauracji wpadli magowie – tak jak w opowiadaniu Soni – którzy złapali i Jagodę, i syrenę, w którą zamieniła się nieprzytomna dziewczyna, by je gdzieś wywlec. Wiedźma obudziła się w tym momencie, zdezorientowana, przez chwilę niepewna, czy kogoś nie ma w pokoju wraz z nią.
Bolała ją głowa. W pomieszczeniu było zimno – temperatura w ostatnich dniach spadła, ale centralne ogrzewanie jeszcze nie zaczęło działać. Gdy Jagoda zerknęła na zegarek, okazało się, że dopiero minęła trzecia: przespała ledwo dwie godziny. Mimo to zwlekła się z łóżka, zapaliła nocną lampkę, owinęła się kocem i usiadła przed laptopem. Już gdy rozmawiali z Robertem, w jej głowie zaczęło się rodzić pewne podejrzenie. Teraz zaś, może po części z powodu koszmaru, zaczęło nabierać kształtów.
Ona wiedziała.
Znalezienie opowiadania Soni zajęło jej ledwo minutę. Zaczęła je czytać, tym razem nie we fragmentach, ale w całości, rozdział po rozdziale. Przebrnięcie przez wszystkie dwadzieścia opublikowanych części pochłonęło niemal dwie godziny, ale Jagoda zdołała utwierdzić się w swoich podejrzeniach. Kolejne minuty poświęciła na przejrzenie ściągniętej z półki Gdzie zaczyna się czarna magia – i wreszcie, nie bacząc na to, że ledwo minęła piąta, zadzwoniła do Antoniego.
– Kim był nauczyciel Soni? – spytała bez wstępów. – Muszę z nim porozmawiać.
*
Jagoda ponownie odwiedziła willę Zawickich dopiero trzy dni później.
W tym czasie wydarzyło się wiele. Specjalista z Wydziału do spraw Mrocznej Magii przebadał Sonię i Antoni, zgodnie ze swoimi obawami, został pierwszym podejrzanym. Przesłuchania gości i personelu, nieliczne zapisy z monitoringu, poszukiwanie „zatrutego jabłka”, skanowanie tarasu, na którym Sonia zasnęła – wszystko to wciąż nie wskazywało żadnego innego tropu. Jagody to nie zaskoczyło. Nie mogli, nie mieli prawa takiego znaleźć.
Początkowo nie było mowy o tym, żeby wpuszczono ją do Soni – nie chciała o tym słyszeć Karolina, a i pracownicy WMM nie życzyli sobie, aby ktoś im „przeszkadzał”. Nawet Antoni się z nią nie kontaktował. Jagoda nie naciskała: musiała się przygotować. Wiedziała, że prędzej czy później będzie zmuszona podjąć próbę zdjęcia klątwy. Wezwanie nadeszło i tak znacznie szybciej, niż oczekiwała, tak że ledwo zdążyła przyszykować zaklęcie – i z najmniej spodziewanej strony. Skontaktował się z nią bowiem ojciec Soni.
Tomasz Zawicki miał prawie sześćdziesiąt lat. Wyglądał na dobre piętnaście mniej, w dużej mierze dzięki magii. Przyjął Jagodę w gabinecie i poprosił, by usiadła. W przeciwieństwie do Karoliny zdawał się perfekcyjnie spokojny. Był też od niej znacznie uprzejmiejszy, ale to nie stanowiło zaskoczenia. Tomasz potrafił być dyplomatyczny, a ich obecny kontakt zapewne umieścił w szufladce „relacje biznesowe”.
– Antoni odmawia zdjęcia zaklęcia z Soni – poinformował bez wstępów, ledwo Jagoda siadła w skórzanym fotelu.
– Nie rzucił tego zaklęcia, więc nie może go zdjąć.
Tomasz niecierpliwie machnął ręką. Nie zamierzał o tym dyskutować, ale zdawał się głęboko wierzyć w winę pasierba, choć brakowało dowodów niezbędnych do aresztowania.
– Zdaniem specjalisty z Wydziału do spraw Mrocznej Magii jedyny sposób to próba zniszczenia klątwy. Jest gotów podjąć ryzyko, ale daje mojej córce czterdzieści procent szans na przeżycie. Jeśli się nie mylę, to ty jesteś najlepszym ekspertem od klątw w kraju. Czy gdybyś zrobiła to ty, sytuacja przedstawiałaby się podobnie?
– Powiedziałabym, że mam jakieś sześćdziesiąt procent szans na powodzenie – stwierdziła Jagoda ostrożnie. – Zdejmowałam już silne klątwy, ale nigdy… tak pradawną. Możliwe nawet, że pierwotną.
– Podejmiesz się tego? Zapłacę, niezależnie od rezultatu. Dostaniesz też pisemną gwarancję na wypadek… gdyby coś poszło nie tak. Podpisaną w obecności świadków.
Głos Tomasza zadrżał na ułamek sekundy. Jagoda ledwo to wychwyciła, ale najwyraźniej Zawicki jednak martwił się o córkę. Bardziej, niż chciałby przyznać.
– Być może jest inny sposób, proszę pana.
Brwi Tomasza powędrowały do góry.
– Zapewniono mnie, że są tylko trzy sposoby zdjęcia tej klątwy. Może to zrobić ten, kto ją rzucił, można ją przełamać pocałunkiem prawdziwej miłości i wreszcie można ją zniszczyć. Karolina twierdziła, że też tak mówiłaś.
Jagoda zawahała się, niepewna, ile mu powiedzieć. W końcu zdecydowała się na półprawdę.
– Mogę spróbować rzucić na nią własną klątwę.
– Chcesz przekląć moją córkę po raz drugi? – zdziwił się Tomasz. – Jagodo, zupełnie nie rozumiem, jak mogłoby to pomóc.
– Przez ostatnie trzy dni tworzyłam nowe przekleństwo – wyznała. Nie powiedziałaby tego Karolinie, ale wiedziała, że Tomasz jest rozsądnym człowiekiem, niekierującym się uprzedzeniami. Może nie darzyli się sympatią, w ich relacji nie było jednak niechęci, a Zawicki potrafił przyjąć logiczne argumenty. – Zmodyfikowałam klątwę zsyłającą koszmary.
– Nie wystarczy, że zasnęła na sto lat, miałaby jeszcze śnić koszmary? – spytał z powątpiewaniem.
– Nie – zapewniła pośpiesznie. – Mogłabym świadomie tworzyć jej sen. Dokładniej: wniknąć w niego. Porozmawiać z nią.
Wyraz twarzy Tomasza uległ zmianie. Mężczyzna milczał, rozmyślając nad czymś.
