Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W Niechorzu zima przychodzi wcześniej niż zwykle. Śnieg otula nadmorskie uliczki, w hotelu unosi się zapach jodły, pomarańczy i korzennych przypraw, a mieszkańcy szykują się do świąt, choć każdy z nich nosi w sercu własną tęsknotę.
Klaudia i Bartek kochają się wbrew konfliktowi, który od lat dzieli ich rodziny. Maja, ambitna uczennica marząca o dziennikarstwie, próbuje zawalczyć o swoją przyszłość. Iwona odlicza dni do powrotu męża z wojskowej misji, a Malwina pielęgnuje tajemnicę, skrytą za spokojnym uśmiechem.
Gdy nadejdzie Wigilia, światło latarni, ciepło drugiego człowieka, dobre słowo i miejsce przy wspólnym stole mogą odmienić więcej niż jedno życie.
„Wigilijna przystań” to ciepła i pełna wzruszeń opowieść o bliskości, przebaczeniu oraz nadziei, która potrafi rozświetlić nawet najdłuższą i najciemniejszą zimową noc.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Sylwia Trojanowska
Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi
redaktor prowadzący: Marta Szelichowska
redakcja: Malwina Kozłowska
korekta: Katarzyna Szajowska
korekta techniczna: Basia Borowska
projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
zdjęcie autorki: Wojciech Ciszkiewicz
ilustracje na okładce: © Kirill @ Adobe stock
wydanie ii
isbn print: 978-83-8412-986-9
isbn ebook: 978-83-8412-987-6
isbn abonament: 978-83-8412-988-3
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.
Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Pamięci mojego brata Jarosława, z którym nigdy nie było mi dane zasiąść przy wigilijnym stole.
Oraz dla moich najdroższych Chłopców, Tomasza i Alana.
Na całej połaci – śnieg.
W przeróżnej postaci – śnieg.
Na siostry i braci
Zimowy plakacik – śnieg… śnieg.
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą mieścinę – śnieg
Na tłoczek przed kinem
Na ładną dziewczynę – śnieg… śnieg.
Na całej połaci śnieg
Tekst i muzyka: Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski
Wykonanie: Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora
O tej porze roku w Niechorzu rzadko padał śnieg. Była przecież końcówka listopada, miesiąca, który obdarowywał raczej kapryśną, deszczowo-mglistą pogodą, szczególnie nad Bałtykiem. Ale w tym roku, ku radości wszystkich mieszkańców, obchodził się z aurą wyjątkowo łaskawie. Deszcze były skąpe, a silne wiatry najwyraźniej obrały sobie inny kierunek, bo przygotowania do świąt Bożego Narodzenia przebiegały w cieplejszej atmosferze niż zwykle. Sąsiad uśmiechał się do sąsiada, a jeden drugiemu chętniej pomagał. I dobrze!
Na ulicy Krakowskiej Klaudia Sobótko wyjrzała przez okno pięknie odrestaurowanej willi i westchnęła z zachwytem, widząc śnieg. Wszędzie było biało. I na chodnikach, i na jeszcze nieodśnieżonej ulicy. I na dachach sąsiednich domów, i na świerku, który każdego roku zdobiły kolorowe lampki. Klaudia pomyślała, że byłoby wspaniale, gdyby ten śnieg wytrzymał do dwudziestego czwartego grudnia. Białe święta zawsze wydawały się bardziej wyjątkowe, mimo że niespecjalnie je lubiła. Lubiła za to dom, w którym mieszkała. Ba! Często powtarzała, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i dlatego nie dostrzegała ani jego usterek, ani dziwactw. Nawet kurnika po lewej stronie czy dzwonu kościelnego po prawej. Nie mogła też narzekać na sąsiadów, a już z pewnością nie na księdza Pawła, proboszcza parafii, który od czasu do czasu zapraszał ją na herbatę i ciasto drożdżowe, a niekiedy i na konfiturę z pigwy, którą po wielu próbach udało mu się usmażyć wczesną jesienią. Widywała się z nim również w szkole, gdzie oboje pracowali. Ksiądz Paweł był katechetą, ona uczyła języka polskiego.
Klaudia uwielbiała swoją pracę. Odkąd sięgała pamięcią, marzyła o tym, żeby zostać nauczycielką. Jej matka, Jagoda, stanowczo jednak sprzeciwiała się tym planom, nie dostrzegając w tej profesji ani przyszłości, ani perspektyw. Klaudia słowa matki miała jednak za nic. Zamierzała pójść w ślady ciotki i siostry, które były dla niej autorytetami.
Pracę magisterską obroniła z wyróżnieniem. Zaraz po studiach, z głową pełną ambicji oraz planów, podjęła staż w szkole, w której jej starsza siostra Alicja obejmowała stanowisko dyrektorki. Lubiły się bardzo i były dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Klaudia zawsze ceniła rady siostry, choć szczerze mówiąc, nie wdrażała ich w życie. Przynajmniej nie wszystkie. Te dotyczące gotowania owszem, ale stylu pracy – w żadnym wypadku. Alicji przyświecały idee „powaga, autorytet, stabilizacja”, a Klaudii – „entuzjazm, szaleństwo, zmiana”. Starsza siostra zarzucała młodszej, choć nigdy publicznie, że jest zbyt wyluzowana jak na poważną panią magister i że z takim podejściem będzie jej ciężko zdobyć jakąkolwiek pozycję wśród licealistów. Kiedy jednak po pierwszym roku pracy Klaudii w szkole uczniowie przyznali jej tytuł Belfra Roku, przestała się czepiać. A gdy w kolejnym ponownie zdobyła wyróżnienie, Ala szczerze pogratulowała siostrze, a gdzieś w głębi serca nawet pozazdrościła sympatii uczniów.
Siostry. Dzieliła je spora różnica wieku, bo aż sześć lat, ale od pewnego czasu zupełnie jej nie czuły i naprawdę dobrze się rozumiały. Klaudia trwała przy Alicji, kiedy ta przez długie tygodnie leżała w szpitalu na patologii ciąży. Rozbawiała ją i pozwalała na chwilę zapomnieć o zagrożeniu, jakie wisiało nad Alą i jej synkiem. Alicja natomiast pocieszała siostrę, kiedy po pięcioletnim związku Klaudię zostawił chłopak; przekonywała, że nie wszyscy faceci to świnie, i pomagała wybierać sukienki, buty, a nawet kolor bielizny na kolejne randki.
Były do siebie podobne, ale tylko z wyglądu. Długowłose blondynki o niebieskich oczach, ciemnych i gęstych brwiach oraz wydatnych ustach charakterem różniły się diametralnie, niczym ogień i woda. Ogniem była młodsza, wodą starsza. Przy czym, jak mawiała Klaudia, jej siostra często znajdowała się w stanie wrzenia, szczególnie od czasu, gdy objęła posadę dyrektorki.
Zdarzało się, że przed lekcjami Klaudia zaglądała do gabinetu siostry. Czasami na zwykłe „cześć”, a jeśli starczało czasu – na wspólną kawę.
Tamtego dnia wpadła tylko na chwilę.
– Nie cierpię zimy – stwierdziła Alicja, kiedy zobaczyła Klaudię w wełnianym kostiumie, który podarowała jej na poprzednią Gwiazdkę. – Ale twój widok w tym cudeńku odrobinę mi to wszystko osładza.
– Cześć, Alutek! – rzuciła Klaudia, beztrosko całując siostrę w policzek.
– Nie rób tego w pracy! – żachnęła się Alicja i starając się brzmieć jak najgroźniej, dodała: – I nie mów do mnie „Alutek”! Nie w szkole! Umawiałyśmy się!
Klaudia parsknęła.
– Bo chcesz być bardzo poważną panią dyrektor?
– Bo jestem bardzo poważną panią dyrektor! – Ala puściła oko do młodszej siostry i ruchem ręki nakazała jej zmykać na lekcje.
Przed apelem, z założenia w całości poświęconym prezentacji dokonań szkolnej grupy teatralnej, Klaudia miała lekcję polskiego w swojej ulubionej klasie. Najmniej w niej było marud, najwięcej tych humanistycznie zaangażowanych, traktujących lekcje polskiego podobnie do niej – na luzie, ale z ciekawością.
– Okej – powiedziała, pospiesznie zerkając na zegarek. – Przed apelem mam jeszcze dla was dobrą wiadomość. Myślę, że ucieszy was sukces waszej koleżanki. Maju – zwróciła się do dziewczyny siedzącej w drugiej ławce – przeszłaś do finału konkursu dziennikarskiego.
– Serio?
Dziewczyna aż wstała. W jej oczach zamigotały iskierki radości.
– Serio, serio! Rano przyszła wiadomość. – Klaudia wyjęła z torebki komórkę i odczytała treść mejla: – „W związku z powyższym z przyjemnością informujemy, że felieton o małych nadbałtyckich społecznościach, zatytułowany Troski codzienności. Całoroczne radości autorstwa Mai Lubińskiej zyskał uznanie jury i dał jej kwalifikację do ścisłego finału…”. – Klaudia uniosła wzrok na klasę i się uśmiechnęła. – Uważam zresztą, że całkiem zasłużenie.
– A co to oznacza? – zapytała dziewczyna.
– Że świetnie ci poszło. Ale żeby wygrać nagrodę rzeczową, trzeba się znaleźć w pierwszej trójce. Wtedy będzie i indeks, i stypendium, i nagroda w postaci jakiegoś dobrego laptopa.
Maja powoli pokiwała głową. Dobrze znała regulamin, wiedziała, jakie przewidziano nagrody, ale za nic w świecie nie liczyła na to, że mogłaby zajść tak daleko.
– Czeka cię trochę pracy – ciągnęła nauczycielka – ale przecież nagroda jest kusząca! Na dzisiejszym kółku wszystko sobie omówimy. Temat przewodni finałowej części brzmi… – Raz jeszcze uniosła komórkę i odczytała: – „Ślady życia małych społeczności. Rozmowy z ludźmi wykonującymi zawody, które «nigdy nie śpią»”. Co myślisz?
– Ciekawy! – Dziewczyna zapaliła się do pracy. – U nas jest sporo takich osób. Mamy przecież piekarzy, rybaków, kolejarzy i nawet… – zawahała się, jakby trochę obawiała się wypowiedzieć to słowo. – Nawet latarnika.
– Ja również pomyślałam o naszym panu Hilarym – zgodziła się Klaudia. – On ma duże doświadczenie. Trochę o niego popytałam.
– No tak, ale… – Maja ponownie się zawahała. – Nie wiem, czy będzie chciał ze mną rozmawiać.
– Jeśli zamierzasz zostać dziennikarką, musisz umieć znaleźć sposób na każdego rozmówcę. Wierzę, że dasz radę. Zresztą omówimy dziś wszystko na kółku.
– Oczywiście, przyjdę i… Jestem gotowa na każdy wysiłek. – Maja snuła już w myślach plany, co zrobi z ewentualną wygraną, którą zdążyła sobie zwizualizować.
Wróciła do domu cała w skowronkach. Pierwszy śnieg był powodem do radości, bo Maja bardzo lubiła zimę. Ale tym razem nie o zimę chodziło. W końcu nie co dzień człowiek się dowiaduje, że ma szansę na zdobycie głównej nagrody w ogólnopolskim konkursie dla młodych dziennikarzy. Wstęp na wybraną uczelnię i laptop, którego posiadanie było jak dotąd niespełnionym marzeniem, znajdowały się na wyciągnięcie ręki. W domu miała do dyspozycji tylko starego peceta, który ledwo dyszał i ciągle się zawieszał. Pisanie na nim czegokolwiek było prawdziwą katorgą, a szperanie w internecie już w ogóle. No i jeszcze trzeci element konkursowej układanki – uczelniane stypendium. To ono elektryzowało najbardziej. Te pieniądze pozwoliłyby Mai spokojnie rozpocząć nowe życie.
„Gdyby tak udało się wygrać… Byłoby łatwiej…” – rozmarzyła się, wchodząc do domu.
W jej nozdrza uderzył znajomy intensywny odór i nagle wszystkie myśli o wygranej uleciały. Na podłodze dostrzegła żółtą, kleistą kałużę. Rzuciła plecak przy drzwiach wejściowych i nawet nie zdjąwszy przemokniętych od śniegu butów, pobiegła do pokoju, zostawiając za sobą mokre plamy. Na kanapie, bezwładnie niczym worek ziemniaków, leżał jej półprzytomny ojciec. Śmierdział alkoholem, wymiocinami i moczem. Kiedy przewracała go na plecy, bełkotliwie wypowiedział jej imię.
– Tato… – stęknęła i przygładziła mu rozczochrane włosy.
Ten jeden bez wahania wykonany gest był przepełniony miłością. Maja kochała swojego ojca, niezależnie od wszystkiego. I wtedy, gdy był obok niej i w ciszy pili kawę, i wtedy, gdy śmiali się do rozpuku, oglądając występy kabaretowe, i wtedy, gdy tak jak teraz leżał na kanapie i z trudem podnosił głowę. Nie rozumiała, dlaczego upijał się do nieprzytomności, dlaczego wydawał całą tygodniówkę w jeden, góra dwa dni w lokalnej mordowni zwanej Meduzą. Dlaczego nie wracał do domu na noc, a nawet na kilka nocy z rzędu, tylko spał gdzieś po kątach u znajomych albo u dziadka w fotelu. Dlaczego, skoro był dobrym człowiekiem, od czasu do czasu musiał pójść w cug, zniknąć? Dlaczego…? Z biegiem lat przestała się nad tym zastanawiać; zaakceptowała to, choć zrozumieć nadal nie potrafiła.
Mirosław Lubiński był kiedyś wziętym dekarzem. Dostawał dobrze płatne fuchy, bo słynął z dokładności i terminowości. Dbał o swoją żonę Sławkę i córki, starszą Iwonę i sporo młodszą Maję. Kiedy Maja miała cztery lata, Mirek spadł z dachu i choć w całym tym nieszczęściu miał sporo szczęścia, porządnie się poturbował, połamał żebra i nogi. Dochodził do siebie przez wiele miesięcy, które nieodwracalnie go zmieniły. Po pierwsze, poważnie się zadłużył, bo w trakcie rekonwalescencji nie zarabiał. Zawsze pracował na czarno, nie było więc mowy o pieniądzach z ubezpieczalni. Po drugie, w lewej stopie już nie odzyskał pełnej sprawności. Strzaskane kości nie zrosły się jak należy, co przekreśliło powrót do zawodu. Na dachu potrzebował dwóch zwinnych nóg, z jedną niewiele mógł zdziałać. Po trzecie, choć wcześniej nie stronił od kieliszka, po wypadku niemal codziennie topił smutki w alkoholu – zwykle na rachunek innych, tylko powiększając własny dług.
Ksiądz Paweł, który od czasu do czasu zjawiał się w ich niszczejącej chałupie z misją sprowadzenia mężczyzny na właściwe tory, lubił powtarzać:
– Mirku, Bóg ściągnął cię z dachu po coś. Nie rozpaczaj nad tym, czego nie możesz już robić, ale odkryj to, co możesz.
Miał rację, ale ojciec Mai tego nie dostrzegał. I tak już od ponad trzynastu lat.
Raz na jakiś czas na krótko powracał do swojego dawnego „ja”: przestawał pić, zatrudniał się na budowach i przy drobnych naprawach u okolicznych mieszkańców. Zarabiał, spłacał długi, szedł w cug, potem znowu zarabiał i znowu spłacał długi.
Czy trzeźwy, czy pijany, nigdy nie powiedział złego słowa na swoją rodzinę, na żonę ani dzieci. Nigdy nie podniósł na nikogo ręki, ale też nigdy nikogo nie słuchał. Był typem pijącego łagodnego baranka, na którego nie działały ani groźby, ani prośby. Ani wyprowadzki, ani goście z misją. Zapisywał się na terapię, pojawiał się na kilku spotkaniach, a potem znikał, znowu się zapisywał i znowu przepadał.
Na dłużej zmienił się tylko raz – kiedy jego żona zaszła w trzecią ciążę. Cieszył się na myśl o kolejnym dziecku, choć i trochę martwił, bo przecież już przy dwójce nie tak łatwo było wiązać koniec z końcem. Iwonka, bardzo samodzielna nastolatka, nie miała wielu potrzeb, a skromnością mogła obdzielać innych. Za to Maja, wygadana i wszędobylska, która dopiero zaczęła chodzić do przedszkola, lubiła różowe sukienki oraz lakierkowe buty, na które Lubińskich nie było stać. Na siebie Mirek z żoną nie wydawali wiele. Chodzili w tych samych ubraniach od wielu lat, nie utyskiwali z powodu zdezelowanego łóżka, na którym trudno było o komfortowy sen, ani przekładanego z roku na rok wymarzonego urlopu w Karkonoszach. Mirek wiedział, że trzecie dziecko będzie wymagało od niego większego wysiłku, że będzie musiał bardziej się postarać.
No i tak też się stało. Nie rezygnując z fuch, które przez cały czas zlecali mu ludzie, podjął się pracy na etat. Z umową w ręku przyszedł do domu i dumnie zaprezentował ją żonie. Popłakała się wtedy ze szczęścia. Miała nadzieję, że zarówno ciąża, jak i praca zmienią męża na dobre. Że zapomni o kolesiach od kielicha i o tej przeklętej spelunie.
Lubiński budował altanki ogrodowe w niemieckiej firmie, która działała na drugim końcu Niechorza. Choć nie przesiadywał na dachach, co bardzo lubił, i nie zajmował się konstrukcjami więźbowymi, szło mu całkiem nieźle. Brał nadgodziny, a niemiecki właściciel doceniał jego precyzję i już po trzech miesiącach awansował go na brygadzistę. Mirosław w niespełna pół roku spłacił sporą część długów, cały wolny czas spędzał z rodziną, a Meduzę omijał szerokim łukiem.
Sławomira urodziła dwudziestego czwartego listopada, miesiąc przed terminem. Lekarz ledwo odratował ją i Łukaszka, u którego zdiagnozował też wadę serca. Kiedy Mirosław zobaczył syna z podłączonymi do główki kroplówkami, rozpłakał się, ukląkł u nóg żony i zaczął ją przepraszać. Za to, że kara za jego picie spadła na ich syna. Cały czas powtarzał: „To moja wina, to moja wina” i choć Sławcia, jak zwykł ją nazywać, gładziła go po włosach i tłumaczyła, że to niczyja wina i że Łukaszkowi nic nie będzie, że ich synek wydobrzeje, on czuł inaczej. Bez słowa wybiegł ze szpitala i… poszedł w cug. Zniknął niemal na tydzień, zostawiwszy żonę samą z noworodkiem i dwiema córkami. Kobiecie pomogły wtedy sąsiadki i ksiądz Paweł, który zadbał o to, by rodzina Lubińskich miała co jeść.
Podobne pijackie eskapady powtarzał później kilka razy w roku, ale nie znikał na długo, najwyżej na jedną noc. Wracał skruszony, choć bez obietnicy na ustach, że więcej nie będzie pił. To było dziwne, bo mógł nie pić przez kilka miesięcy, by potem nadrobić to w parę tygodni. Sławomira, która kochała męża mimo wszystko, prosiła go, by się opamiętał, wiedziała jednak, że jego demony są od niego silniejsze i że jeśli coś się wydarzy, to Mirek znowu zniknie. Powodem ucieczki mogło być cokolwiek. Brak premii, deszczowy sezon, choroba Łukaszka. Byle pretekst okazywał się idealny.
Maja nie wiedziała, co tym razem było przyczyną upicia się taty, ale też nie zastanawiała się nad tym. Jedyne, na czym jej zależało, to posprzątanie domu, zanim wrócą mama i Łukasz. Nie chciała, żeby było im przykro. Szczególnie mamie.
Zdążyła. Umyła podłogi najwyraziściej pachnącym płynem, jaki znalazła, i dla niepoznaki rozpyliła we wszystkich pomieszczeniach chyba pół dezodorantu. A potem na krótko pootwierała okna.
Poszła do kuchni, nalała sobie wody i stanęła przy parapecie, na chwilę zapominając o pijanym ojcu, który leżał w sąsiednim pokoju. Przyglądała się płatkom śniegu, leniwie opadającym na betonowe chodniki i przykrywającym je puchową pierzynką.
Pomyślała, że powinna zadzwonić do starszej siostry, aby o wszystkim jej opowiedzieć. Zawsze tak robiła, kiedy ojciec zjawiał się w domu pijany. Taką miały umowę. Iwona wtedy przyjeżdżała i pomagała opanować sytuację. Tym razem Maja jednak nie zadzwoniła. Wiedziała, że Iwona ma dużo spraw na głowie, i młodsza siostra nie chciała dorzucać jej kolejnych. Czuła zresztą, że dobrze sobie ze wszystkim poradziła. Że zrobiła, co mogła, aby umniejszyć przykry widok, bo przecież zawsze o to im chodziło. By chronić matkę.
Na twarzy Mai pojawił się subtelny uśmiech dumy.
„Skoro z tym dałam sobie radę, to dam ją sobie ze wszystkim!” – przeszło jej przez myśl.
Znowu zapatrzyła się na tańczące płatki śniegu, a potem zerknęła w stronę latarni i znieruchomiała. Jej wszędobylski kot Feliks łasił się do jakiegoś mężczyzny! Początkowo nie rozpoznała, kim jest ów szczupły, ubrany na czarno człowiek, kiedy jednak się wyprostował i zwrócił twarz w jej kierunku, już wiedziała.
„Hilary Lange!” – ucieszyła się. „Skoro latarnik lubi koty, to się dogadamy!”
Hilary Lange, jak podczas każdej służby, kontrolował wskazania wszystkich urządzeń, dokonywał stosownych zapisków w elektronicznym notatniku i sprawdzał służbową pocztę. Kiedy trzydzieści siedem lat temu zaczął pracę latarnika, miała ona zdecydowanie więcej romantyzmu. Nie było mowy o komputerach, w przypadku poczty czekało się na listonosza, a rozmowy telefoniczne zrywały się często i to nie z powodu przeciążenia sieci, a z tak prozaicznych powodów jak awarie sieci. Na służbowym regale Hilarego nadal stały równo poukładane, odręcznie zapisane dzienniki z wielu lat, do których z sentymentu latarnik czasami, choć coraz rzadziej, zaglądał.
Od początku zajmował to samo służbowe, bardzo małe mieszkanie. Dwa pokoiki w zupełności jednak wystarczały, by zaspokoić wszystkie potrzeby Hilarego. Najważniejszy był pokój dzienny. Niezwykle skromnie urządzony, z jednym wyjątkowym i innym od pozostałych meblem. Było to biurko – dębowe, bogato zdobione, jakby przeniesione z innej epoki albo z muzeum. Miało dwie szuflady, a jego nogi kształtem przypominały konary drzewa. Panował na nim idealny porządek. Ołówki, ręczna temperówka z korbką, wieczne pióro, kałamarz z granatowym atramentem i trzy teczki: jedna z białymi kartkami, druga z kartkami w linie, a trzecia z arkuszami kalki kopiującej. Hilary mógłby korzystać ze wszystkich przedmiotów z zamkniętymi oczami, bo nigdy nie zmieniał ich położenia. Nawet o centymetr.
Zawsze z namaszczeniem siadał przy biurku. Wcześniej parzył herbatę, niezależnie od pory roku uchylał okno, włączał rzadko spotykaną już lampkę z zielonym kloszem w kształcie odwróconego tulipana i czytał albo wspominał dawne czasy. Lubił do nich wracać. Do samotniczych lat, kiedy jego zawód uważano i za tajemniczy, i za ważny. Wtedy niewiele osób orientowało się, na czym tak naprawdę polegała jego praca, co mu zresztą bardzo odpowiadało. Dzisiejszy świat nie ma żadnych tajemnic. Każdy może wejść na szczyt latarni i z tarasu podziwiać to, co widzi jej światło. A jeśli nie ma na to ochoty, funduje sobie wirtualną wycieczkę, dzięki której, bez wysiłku i konieczności wspinania się po schodach, może dowiedzieć się wszystkiego na temat budowli i latarnianych urządzeń.
Minione czasy oznaczały dla Hilarego odcięcie nie tylko od ludzi, ale i od innych zabudowań. Kiedy rozpoczynał swoją służbę, latarnia była samotną, celującą w nieboskłon wieżą otoczoną polami i wydmowym lasem. O zmierzchu nikt, poza ptakami i kotami sąsiadów, nie zaglądał mu w okna. Te ostatnie zresztą chętnie zachodziły do latarnika, bo pełnej miski Hilary nigdy żadnemu kotu nie odmówił. Teraz, gdziekolwiek spojrzał, piętrzyły się budynki, a hałaśliwe pstrokate atrakcje, mające przyciągać turystów, wyrastały zewsząd niczym grzyby po deszczu.
Hilary miał czasami wrażenie, że nawet powietrze się zmieniło, stało się jakby gęstsze i nie ma czym oddychać. A mieszkał przecież nad samym morzem, nad ukochanym Bałtykiem, któremu ślubował wierność.
To nie tak, że nie lubił ludzi, że nimi gardził albo w jakiś sposób próbował się wywyższać. Nie miał po prostu potrzeby bliższego obcowania z nimi. Omijał duże uroczystości, na msze do kościoła chadzał sporadycznie i rzadko, bywał tam raczej po to, by spędzić czas w ciszy. Na ślubach nie pojawiał się wcale, na uroczystościach gminnych czy religijnych również. Pogrzebów unikał, chyba że chodziło o odejście kogoś, kogo szczególnie szanował. Towarzyszył więc w ostatniej drodze rozgadanemu sołtysowi i staremu mleczarzowi, który należał do tak samo oszczędnych w słowach jak on.
Hilary zjawił się też na pogrzebie dyrektorki podstawówki. Choć rozmawiał z nią zaledwie kilka razy, darzył ją estymą i zawsze się jej kłaniał. To dzięki niej przez wiele lat miał spokój od hałaśliwych dzieci, szerokim łukiem omijających jego latarnię. Dyrektorka uczyła je, by latarnika nie zagadywać i nie rozrabiać przy obejściu, bo musi w spokoju pełnić swoją odpowiedzialną służbę. Doceniał to. Na jej grobie położył wiązankę ogródkowych mieczyków i obwiązał je wstążką, na której małymi literami napisał słowo „dziękuję”.
Hilary długo był uważany w Niechorzu za obcego. Ludzie nie rozumieli jego pustelniczego stylu bycia, umiłowania samotności. Dopiero siedemnaście lat temu, kiedy pojawił się na pogrzebie pięciu tutejszych rybaków, którzy zginęli podczas sztormu, zaczęli traktować go jak swojego. Wtedy po raz pierwszy sąsiedzi zobaczyli w oczach latarnika łzy. Płakał. Płakali wszyscy, bo to była olbrzymia tragedia dla całego Niechorza i okolicznych miejscowości. Ale to jego łzy wszyscy dostrzegli, to o nich potem rozprawiali tygodniami, a niektórzy nawet dłużej.
Uczciwie rzecz biorąc, Hilary nie przyszedł na pogrzeb do wszystkich pięciu rybaków, lecz do jednego z nich: barczystego, wzrostem osiągającego niemal dwa metry Makreli, który swój przydomek po trosze zawdzięczał imieniu, nadanemu mu na pamiątkę pradziadka Makarego, a po trosze rybom, którymi w dzieciństwie ponoć się zajadał. Makary Ślepowroński nie lubił swoich prawdziwych personaliów i każdemu, choć niektórych to szokowało, przedstawiał się jako Makrela.
Lubili się Hilary z Makrelą, choć mało ze sobą rozmawiali. Mężczyznom potoki słów nie były jednak potrzebne do tego, by chcieć ze sobą przebywać. Makreli w szczególności, bo w domu dzieci tak paplały, że kiedy tylko przekraczał próg, łaknął ciszy. Przyjaciele spotykali się w każdy ostatni piątek miesiąca. Makrela przynosił Hilaremu ryby, tamten płacił za nie, wrzucał do lodówki i jeśli mógł, szedł z Makrelą nad morze. Niezależnie od pory roku siadali na stromym klifie, patrzyli w dal i wymieniali się kilkoma zdaniami:
– Udany połów?
– Tak. Żona zadowolona.
– To dobrze.
– A w latarni? Wszystko gra?
– Gra.
– To dobrze.
Czasami śpiewali szanty. Makrela miał niezły głos i Hilary myślał o tym, że chłopak pomylił zawody, ale z drugiej strony, czy ze śpiewania szant mógłby utrzymać swoją powiększającą się prawie rok w rok rodzinę?
Wieść o zatonięciu Makreli i jego kompanów dotarła do Hilarego, kiedy zbijał nową drewnianą osłonę do betonowych donic zdobiących wejście do latarni. Natychmiast porzucił młotek oraz deski i ile sił w nogach pognał do miejsca slipowania łodzi. Nie chciał wierzyć w ludzkie gadanie. Musiał sam się o wszystkim przekonać. Liczył na to, że ktoś pomylił Makrelę z innym rybakiem. W Niechorzu mieszkało ich przecież wielu.
Kiedy biegł brzegiem morza, cały czas powtarzał: „Tylko nie Makrela! Tylko nie Makrela”.
– To Makrela – usłyszał od jego brata.
Zaniemówił. Utkwił wzrok w mężczyźnie i przez chwilę po prostu stał ze zwieszonymi ramionami.
– A ciało?
– Nie ma.
– Jakieś szanse? – zapytał, choć znał odpowiedź.
Wiedział, że przeżycie oznaczałoby cud, a o taki w czasie sztormu na Bałtyku naprawdę było niezwykle trudno.
– Szanse? Na co niby? – Brat Makreli parsknął przez niemal zaciśnięte usta. Wyglądał jak zbity pies i nie krył łez, które szkliły się w jego oczach. – Jeśli nie zeżrą go ryby albo gdzieś nie utknie, być może fale wyrzucą jego ciało na brzeg. Być może i na nasz, choć to jest pieruńsko mało prawdopodobne…
– Będę go wypatrywał – zapewnił Hilary.
– A wypatruj. Życia mu tym nie wrócisz, ale… Pogrzeb to też ważna rzecz. Matce ulżysz – dodał pełen rezygnacji. – I żonie.
– Będę go wypatrywał – powtórzył Hilary i odszedł, złożywszy kondolencje rodzinie.
I rzeczywiście wypatrywał ciała Makreli, mężczyzny, którego w pewnym sensie traktował jak przyjaciela. Zarzucił wszystkie dodatkowe zajęcia i cały wolny czas poświęcał ślęczeniu z lornetką. Trzeciego dnia je zobaczył. Fale wyrzuciły zwłoki mężczyzny na brzeg tuż pod klifem, na którym zwykli siadać w swoje piątki. To było takie symboliczne, bo Hilary wypatrzył go właśnie w piątek, i to ostatni, tamtego chłodnego, jesiennego miesiąca. Natychmiast zawiadomił odpowiednie służby oraz brata Makreli i pobiegł w stronę ciała. Stawił się tam pierwszy. Choć nie było to łatwe, wyciągnął Makrelę na brzeg, ukląkł obok i zapłakał. Nie powiedział ani słowa, lecz w myślach słów wybrzmiało wiele. Był wściekły i czuł wielką złość na Boga, że zabrał tak dobrego człowieka do siebie. Kiedy trochę ochłonął, a nikogo jeszcze nie było, z wewnętrznej kieszeni wyjął paczkę papierosów.
– Piątek mamy – powiedział do zniekształconego ciała, uśmiechając się krzywo. – Nasz ostatni wspólny – dodał, po czym zaciągnął się, by po chwili wypuścić duży kłąb dymu.
Klęczał na mokrym piasku, nie zwracając uwagi na fale, które rozbijały się o brzeg, ani na zimne powiewy wiatru, kolące w policzki niczym szpilki. Najważniejszy był on. Choć siny i odrobinę niepodobny, to nadal był on. Makrela.
Hilary rozmawiał z przyjacielem w myślach i palił papierosy, uśmiechając się przez łzy. Pewnie dlatego nie usłyszał ciężkich kroków brata Makreli, który zjawił się po kilku minutach.
– Do dupy! – doszedł go zza pleców ponury głos.
Tamten był strażakiem, więc swoje w życiu widział, ale czym innym jest oglądanie zwłok pogorzelca, a czym innym własnego brata.
Hilary kiwnął głową, zgasił papierosa i wstał.
– Wyciągnąłem go.
– Taa… Zaraz przyjadą mądrale powęszyć, a potem go zabierzemy. Do domu.
Strażak ukląkł przy głowie Makreli i westchnął.
– Do dupy, brachu. Pieruńsko do dupy…
Brat Makreli, mężczyzna wielki niczym dąb, powiedział wtedy jeszcze wiele słów. Dużo przeklinał, a potem po prostu się rozpłakał.
Kiedy Hilary zjawił się na cmentarzu, zobaczył tam niemal wszystkich mieszkańców Niechorza i okolic. Uroczystości pogrzebowe pięciu mężczyzn ściągnęły tłumy. Brat Makreli zaprosił Hilarego na sam przód. Latarnik aż niezręcznie się poczuł, gdyż stał tuż obok najbliższych rodzin zmarłych, zapłakanych żon, matek, babek i dzieci. Żona Makreli, drobniutka Elizka w zaawansowanej ciąży, też była. Z szóstką pociech u boku.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, skinął w jej stronę, a potem podszedł, by ją przytulić i wyszeptać coś do ucha. Spojrzał na świeżo wbity krzyż i na tabliczkę, która ujawniała prawdziwe personalia Makreli. Makary Ślepowroński. Hilary pamiętał niechęć przyjaciela do swojego imienia i nazwiska, pokiwał głową i uśmiechnął się krótko, po czym zwiesił głowę i odszedł.
Od tej chwili dla tubylców stał się bardziej swój, choć wcale mu na tym nie zależało. On chciał być swój tylko dla jednej osoby. Tylko dla niej.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Część pierwsza. Niemal cztery tygodnie do Wigilii
Klaudia
Maja
Hilary
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
