Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
14 osób interesuje się tą książką
NAJBARDZIEJ ZAKRĘCONA KSIĄŻKA KRÓLOWEJ KOMEDII FUNERALNYCH!
Pracownicy biura księgowego Kwity i Pity wyjeżdżają na południe Polski, żeby przeprowadzić audyt w hucie szkła. Jeden z magazynów huty sąsiaduje ze starym cmentarzem, co niespodziewanie ma wpływ na policzalność zasobów i poczytalność audytujących. A sama inwentaryzacja napotyka liczne trudności.
W drodze powrotnej Lidka otrzymuje wiadomość, w wyniku której cały team grzęźnie w środku lasu. To początek nieprzewidzianych zdarzeń. Zmuszą one Lidkę oraz pozostałych księgowych do zrewidowania planów nie tylko na nadchodzący rok, ale na całe życie.
Seria pogrzebów, tajemnicza zawartość trumny, świąteczny elf i Mikołaj, a przede wszystkim szalona i bardzo słodka miłość, to tylko część niespodzianek, które staną na drodze pracowników biura Kwity i Pity.
TA ABSURDALNIE ZABAWNA HISTORIA NADCHODZI I POMRUKUJE JAK ŚNIEŻNA BURZA!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 201
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 35 min
Lektor: Tomasz Urbański
Copyright © by Monika Wawrzyńska 2024 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redaktor prowadząca: Aleksandra Pawlińska Redakcja: Maja Strzeżek Korekta: Jolanta Kucharska Projekt okładki i stron tytułowych: Karolina Żelazińska-Sobiech
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@hardewydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl;
ISBN 978-83-8343-691-3 Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Nie bój się milczenia,
tam leżą wszystkie niedopowiedziane zdania
Karolowi i Piotrowi – nadzwyczajnie spontanicznym księgowym. Jesteście moją inspiracją!
W związku z faktem, że w tym tomie pojawia się więcej bohaterów, których losy splatają się ściśle ze sobą, postanowiłam dołączyć krótki przewodnik, żebyście się nie pogubili.
Tomek – poukładany i odpowiedzialny właściciel biura księgowego, który wbrew własnej woli stale wpada w tarapaty przez swoje szalone pracownice.
Lidka – najmłodsza księgowa w biurze, wielbicielka kabanosów z dżemem, które trzyma w każdej szufladzie biurka. Twierdzi, że ma bidet do roweru i nie może dojść do kotangensa z Tomkiem, który jej nie rozumie.
Pani Jadzia – poważna i stateczna księgowa, która skrywa mroczny sekret związany ze sztywnym nieco mężem.
Michalina – obecnie w ciąży z Piotrem, wiecznie pakująca się w kłopoty księgowa, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, czym doprowadza Piotra do rozpaczy.
Piotr – narzeczony Michaliny, policjant pracujący w wydziale do walki z przestępczością narkotykową, dobrze wyszkolony agent, który potrafi sobie poradzić ze wszystkim, ale nie z Michaliną.
Aksel – kucharz po kryzysie bezdomności, który sprawił, że pani Jadzia odmłodniała o dwadzieścia lat i zamierza już do końca życia trzymać się tego wieku.
Grześ – właściciel modnej wytwórni chleba i pączkarni, któremu wpada w oko Lidka, dziewczyna zupełnie inna niż wszystkie.
Krystian – kochający adrenalinę bon vivant, który swoim zachowaniem doprowadza Tomka na skraj szaleństwa.
Monika – właścicielka domu pogrzebowego i jednocześnie niespełniona pisarka. Wiecznie szuka inspiracji i nigdzie jej nie może znaleźć. Nie wyklucza, że w końcu napisze książkę o jakimś domu pogrzebowym i przebojem wedrze się na szczyty literackie.
Arletka – najlepsza balsamistka we wsi. Twierdzi, że jej dziadek był austriackim malarzem i coś z tego zostało jej w genach. Wielbicielka różu i cekinów.
Grabarz Włodek – kiedyś wykładał na uniwersytecie, ale się przebranżowił. Powtarza, że zasadniczo jego egzystencja jest niewiele głębsza niż dół na trumnę.
Ksiądz Augustyn – proboszcz Boguchwały, który mógłby pracować na poczcie, bo jest zdecydowanym wielbicielem kopert. Mistrz marketingu. Z jego rabatowym kodem „Amen1” można zamówić wszystko, co jest potrzebne do pogrzebu.
Zapraszam do Boguchwały, gdzie dzieją się rzeczy niestworzone!
Raz ciotka, ta z domu pod lasem,
Skończyła z tym całym hałasem
Ksiądz Augustyn Cołaska minął się z powołaniem w salonie Mercedesa. Był średnio przystojnym, ciemnowłosym mężczyzną, z lekko już przyprószoną na skroniach siwizną. Nosił okulary w złoconych oprawkach i elegancki złoty zegarek, a także buty z włoskiej skóry, o które wyjątkowo dbał, bo kosztowały go dwie intencje mszalne i jedne chrzciny. Jego czarny Mercedes miał podgrzewaną skórzaną kierownicę i więcej dodatkowego wyposażenia niż kartek w Starym Testamencie.
Wielebny wrócił właśnie z pogrzebu, który odbywał się na pięknym cmentarzu wsi Boguchwała, gdzie ksiądz proboszcz miał swoją parafię. Zmarzł trochę, zwłaszcza w stopy, bo pomimo minusowej temperatury założył swoje ulubione pantofle na cienkich podeszwach. Tego dnia pożegnali znaną i szanowaną pielęgniarkę, panią Zosię Małkowską, która przez pół życia pracowała w przychodni w pobliskim miasteczku. Według zebranych na pogrzebie niechybnie zabiła ją nuda, bo umarła zaledwie dwa miesiące po podjęciu decyzji o przejściu na emeryturę. Ksiądz ją lubił i szanował, a że łączyło ich kilka sekretów związanych nie tylko z ratowaniem jego zdrowia, przyłożył się i do kazania, i do mowy pogrzebowej, co przedłużyło całą ceremonię i dopiero eleganckie obuwie z logo Gucciego przypomniało mu, że trzeba kończyć. Skasował jak zwykle pięćset złotych za swoje usługi plus dwieście za ogrzewanie w kościele, którego i tak nie włączył, a potem kolejny tysiąc od zakładu pogrzebowego Wietrzny Odpoczynek, który miał u niego w parafii wyłączność na pogrzeby.
– Tysiąc siedemset za dwie godziny pracy – mruknął do siebie. Zdjął ornat i powiesił go w szafie.
Zajrzał do kuchni, podniósł pokrywkę z patelni i z lubością wciągnął zapach duszonej w czerwonym winie wołowiny. Gotowaniem i sprzątaniem plebanii zajmowała się pani Stenia. Wpadała codziennie na cztery godziny i podawała mu śniadanie. Obiad i kolację przygotowywała tylko do podgrzania. Tak wolał. Nie znosił, gdy mu się ktoś kręcił po domu, miał swoje tajemnice i nie zamierzał się nimi z nikim dzielić. A najmniej z panią Stenią, która miała na głowie własne problemy, między innymi męża pijusa i syna, który był tak leniwy, że się nawet nie masturbował. Akurat o tym ksiądz miał wiedzę niejako – nomen omen – z pierwszej ręki, bo był jedynym spowiednikiem w całej wsi.
Ksiądz schował pieniądze do szuflady, sięgnął po talerz i nałożył sobie boeuf bourguignon oraz sałatę i usiadł za stołem z cichym westchnieniem.
Czy istnieje lepszy zawód? – pomyślał, nadziewając na widelec kawałek wołowiny. Włożył kęs do ust, ale się zerwał i wyjął z barku kieliszek. Odkorkował wino i nalał sobie krwistoczerwonego płynu. Zakręcił kieliszkiem niczym wytrawny sommelier, delektując się przez chwilę zapachem wina, aż w końcu upił łyk.
– Napój bogów – powiedział półgłosem, po czym wzniósł przepraszająco oczy ku niebu. – No, ale sam rozumiesz, że tamci byli pierwsi – dodał usprawiedliwiająco.
Kończył już kolację oraz drugi kieliszek wina, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się napis: Monika – Wietrzny Odpoczynek.
– Szczęść Boże, a czegóż dusza pragnie? – powitał.
– Szczęść Boże, księże proboszczu. – Monika westchnęła do telefonu. – Szykuje się nowy pogrzeb.
Ksiądz natychmiast ujrzał w wyobraźni kolejne tysiąc siedemset złotych.
– Och! Niech mu ziemia lekką będzie.
– Jej, proszę księdza. Niech jej będzie lekką.
– A kto to? Może wreszcie stara Kopytowska?
– A nie, gdzie tam! Aniela ma się bardzo dobrze i nadzwyczaj prawdopodobne, że przeżyje nas wszystkich. Ciotka naszej księgowej, Grażynki. Wie ksiądz, ta, co sobie włosy na różowo ufarbowała!
– A, ta! – burknął ksiądz, jakby ten kolor włosów go osobiście obrażał.
– Nie uwierzy ksiądz, co ona nawyprawiała, słowo daję!
– Bardzo jestem ciekaw – zakpił ksiądz, sięgając po kieliszek i rozsiadając się wygodnie.
– Pojechała sama do Bhutanu!
– Dokąd? A po co? Przecież ona była już dobrze po siedemdziesiątce! – Zdziwił się ksiądz.
– To niech ksiądz posłucha, Grażynka mi wszystko opowiedziała!
Ciotka Grażynki całe życie była szalona, a na starość w ogóle jej nie przeszło. W wieku siedemdziesięciu trzech lat ufarbowała włosy na różowo i zdecydowała się na podróż do Bhutanu. Poleciała tam sama, przekonana, że świetnie sobie poradzi, ale zarówno długi lot, jak i położenie stolicy Thimphu powyżej dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza spowodowały, że ciotka nieoczekiwanie doświadczyła objawienia. Naoglądawszy się po drodze samych wyznawców buddyzmu, poczuła, że jej patriotyczne, czułe i polskie serce nie może tego znieść. Obudziła się w niej potomkini Andrzeja Kmicica, który własną piersią bronił kultury chrześcijańskiej w klasztorze na Jasnej Górze, i poddała się sile, która ją pchnęła do świętej walki. Zakwaterowawszy się w hotelu, otworzyła lodówkę i wyjęła z niej butelki. Ustawiła je w równiutkim rzędzie na parapecie, otworzyła okno i zaczęła bombardować z drugiego piętra samochody parkujące pod hotelem. Szczęśliwie większość butelek była plastikowa i nie narobiła ogromnych szkód, ale włączyły się wszystkie alarmy, które wyły potępieńczo i, według ciotki, na pohybel całemu chrześcijaństwu. To tylko ją jeszcze bardziej rozjuszyło i na chodnik poleciały również zielone rośliny w doniczkach, cztery poduszki w papugi oraz nocna lampka. Dwóch ochroniarzy nie dało rady uspokoić ciotki, która poczuła się jak tygrys w klatce. Rzucała w nich czym popadło i wykrzykiwała obraźliwe słowa w kilku językach. Kipiąc wściekłością i ciężko dysząc, czując w sobie ogień i przymus, ciotka ugryzła jednego z nich, po czym wzięła nogi za pas. W holu hotelowym chwyciła wazon z kwiatami lotosu i mściwie rąbnęła nim w ścianę.
– Naści, piesku, kiełbasy! – zawyła, podkasała spódnicę i w podskokach oddaliła się z hotelu, pozostawiając oniemiałą recepcjonistkę nad szczątkami porcelany.
Pracownica hotelu wezwała posiłki i po trzech godzinach odnaleziono ciotkę, nadal ciężko dyszącą, ale teraz z powodu problemów z oddychaniem. Honorowy konsul Bhutanu osobiście zadzwonił do jej siostry, a jednocześnie matki Grażynki, i zażądał odebrania ciotki ze szpitala.
– Panie! – powiedziała matka Grażynki. – Ja mam osiemdziesiąt trzy lata. Gdzie mnie jechać do jakiegoś Bhutanu! Ja nawet nie wiem, gdzie to jest! Ja znam tylko propan-butan i nigdzie się nie wybieram. Ja mam takie same geny. Chce pan, żebym odstawiła takie samo przedstawienie? A za żadne szkody nie płacę, ona była ubezpieczona, niech ubezpieczyciel płaci, skoro był taki mądry. Ja do żadnego pogańskiego kraju nie lecę, nie ma mowy.
Trochę się jeszcze poprzepychali, bo konsul, mimo że honorowy, mocno naciskał, ale matka Grażynki faktycznie ma takie same geny i byle co jej nie mogło złamać.
Ciotka przynajmniej nigdy się nie dowiedziała, że Bhutańczycy chcieli ją odesłać w kombinezonie i w specjalnym kasku na głowie, bo bali się jej jak seryjnego mordercy. Choć polskie służby ich przekonały, że takie środki ostrożności są zbędne, to staruszkę eskortowało czterech wielkich antyterrorystów. Ciotka, nafaszerowana lekami po dziurki w nosie, całą podróż była łagodna jak baranek i częstowała ich krówkami. Po wylądowaniu w Polsce odetchnęła z ulgą, że jest wreszcie w domu, gdzie spokojnie dostała potężnego udaru i zeszła z tego świata w przekonaniu, że dobrze spędziła życie, broniąc chrześcijaństwa jak lwica. Matka Grażynki natychmiast nabrała przekonania, że wszystkiemu winny jest Budda i że całe zło świata bierze się z podróży, więc poszła podziękować polskiemu Bogu i dać na ofiarę, ale nie zastała księdza Augustyna w kościele.
– Może się ksiądz zatem spodziewać wizyty na plebanii – zakończyła opowieść Monika.
Matka Grażynki zapukała do jego drzwi kilka minut później. Nawyrzekała się na szaloną siostrę, konsula i obce religie i przekazała w ręce księdza kopertę, którą proboszcz skwapliwie przyjął i położył na stole. Pochwalił stanowczo obronę wiary i obiecał odprawić mszę w intencji zmarłej. Matka Grażynki wracała do domu tak pełna ulgi i zadowolenia, że nie zachowała należytej ostrożności i wpakowała się prosto pod ciężarówkę z mleczarni. Wiadomo, że mleko ma najszybszy transport, więc ciężarówka nie zdążyła nawet zahamować i tak druga siostra znienacka również odeszła do domu Pana.
Ale o tym ksiądz miał się dowiedzieć dopiero następnego dnia, bo plebania stała w pewnym oddaleniu od głównej drogi, więc żadne dźwięki syren do niego nie dotarły. A że nie było już kogo spowiadać na łożu śmierci, to i nikt po niego nie posłał.
Grażynkę raz w środku zdrowia
Pan Bóg po prostu odwołał
Księgowa Grażynka musiała zorganizować dwa pogrzeby, więc udała się do jedynego domu pogrzebowego w okolicy.
Zakład pogrzebowy w Boguchwale prowadziła Monika Pisarska, której największą ambicją było wydanie własnej książki. Nie mogła wprawdzie się zdecydować, czy bardziej ją będzie satysfakcjonować Nagroda Nobla, czy sukces na miarę Pięćdziesięciu twarzy Greya. Oba wydawały się w zasięgu ręki, bo w końcu co za problem napisać erotyk albo coś tam o jakimś pługu. Rozdarta, przechadzała się po cmentarzu w poszukiwaniu inspiracji. Przysiadła na mijanych grobach, co jakiś czas wyjmowała czaszkę z torby i zadawała jej fundamentalne pytania, co może być lepsze. Czaszka milczała, więc pisarka Monika wciąż nie mogła podjąć decyzji. W przerwach między tymi rozterkami organizowała pochówki, bo przecież musiała z czegoś żyć. A jak wiadomo, żeby dobrze żyć, warto zająć się śmiercią. Jest to bowiem biznes, w którym nigdy nie zabraknie klientów. Trzeba tylko mieć dobre układy z księdzem, bo to on zarządza cmentarzem, a bez dostępu do niego biznes funeralny staje się mocno ograniczony i dość kontrowersyjny.
Niedoszła pisarka siedziała w biurze swojego zakładu pogrzebowego i czytała Ambitną Emilkę, książkę Zuzanny Arczyńskiej o szalonej tanatokosmetyczce, i chichotała.
– Dzień dobry! – Dobiegło od drzwi, więc natychmiast przybrała odpowiednio uduchowiony wyraz twarzy i włożyła zakładkę do książki.
– Dzień dobry. Czym mogę służyć, pani Grażynko? – spytała na widok swojej księgowej.
Kobieta westchnęła głęboko i ciężko usiadła na krześle.
– Muszę pochować ciotkę – powiedziała ponuro. – I matkę.
– Słyszałam, słyszałam, bardzo mi przykro. Moje najszczersze kondolencje.
Pani Grażynka kiwnęła głową i wyciągnęła z torebki kopertę. Otworzyła ją i wyjęła plik kartek.
– Moja szalona ciotka zostawiła precyzyjne wytyczne dotyczące pogrzebu… – zaczęła i nagle wybuchnęła płaczem, zakrywając oczy rękami.
– A co? – zapytała Monika. – Jakieś specyficzne?
– Specyficzne? – zapytała pani Grażynka dyszkantem. – Specyficzne? To mało powiedziane. Ja tego nie wytrzymam! – jęknęła i rzuciła na biurko kartki. – Niech sama pani zobaczy.
Monika sięgnęła po kartki i zatopiła się w lekturze.
– No co? Chce mieć różową sukienkę i do tego odpowiedni makijaż… Co to za problem, Arletka zrobi jej taki glamour, że Maffashion padnie trupem z wrażenia. Znaczy, tego… Co tam jeszcze jest? – dodała trochę zmieszana.
– Proszę. – Pani Grażynka podała jej kolejne kartki.
– Hm, różowa trumna. To też nie problem. Mam taką w katalogu. Aaaa! Różowa trumna w kolorowe balony!
– No właśnie – oznajmiła grobowym głosem pani Grażynka. – W balony!
– No to też nie jest jakiś problem, dysponujemy opcją personalizowania trumien. Mam kontakt do takiej jednej Malwiny z ASP, ona maluje trumny na zamówienie.
– Ale to jeszcze nie wszystko! – Westchnęła Grażynka. – Pani czyta dalej.
Monika zagłębiła się w lekturze, a im dłużej czytała, tym bardziej brwi podjeżdżały jej w górę.
– O kurczę – powiedziała w końcu.
– Najpierw chciałam je pochować razem, ale w tej sytuacji? Najpierw w takim razie chcę pochować matkę. Bo po takim pogrzebie ciotki to już nie wiem, czy ktoś by w ogóle przyszedł. I co ksiądz na to powie?
– Księdza biorę na siebie – powiedziała stanowczo Monika, doskonale wiedząc, że to kwestia ceny. – Ale to będzie dodatkowy koszt.
– Ciotka mi zostawiła dziesięć tysięcy na ten pogrzeb. Plus zasiłek. Taki mam budżet.
– Zmieścimy się – stwierdziła Monika, starając się ukryć uśmiech zadowolenia. – Mam rabat w kwiaciarni.
– Ale ciotka nie chce kwiatów! Pani spojrzy. – Podsunęła Monice kolejną kartkę.
– Karma dla zwierząt dla schroniska w Bożej Woli? – Zdziwiła się niedoszła pisarka.
– Otóż to. I jeszcze mają ją przynieść na cmentarz, bo jak napisała: „Stare sknery nie przyniosą kwiatów, a potem będą udawać, że zapomnieli o karmie”. Mam podstawić traktor z przyczepką i zrobić listę darczyńców. A potem osobiście dopilnować, żeby Włodek zawiózł do Bożej Woli.
– Tu akurat miała rację – mruknęła Monika, odkładając kartkę. – Ale ten jej pomysł… no z tym… mocno kontrowersyjny. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – No dobra. A jak chowamy mamę?
– Absolutnie klasyczny pogrzeb – orzekła pani Grażynka. – Dębowa trumna, trąbka, zwykła msza. Wystarczy, że po pogrzebie ciotki ludzie już zawsze będą mnie wytykali palcami.
Monika kiwnęła głową i sięgnęła po katalog klasycznych dębowych trumien.
Tomek od kwitów i pitów
Marzył o końcu audytów
Tomek, właściciel biura księgowego Kwity i Pity, siedział nad papierami i ciężko wzdychał. Ostatnie dni roku jak zwykle obfitowały w niespodzianki przekładające się na dodatkowe godziny pracy. Wdrożenie nowych przepisów musiało się wiązać z kolejną restrukturyzacją baz danych, trzeba było wprowadzać gigabajty informacji do coraz to nowych tabelek. Pewnie wyrwałby sobie resztę włosów z głowy, gdyby mu nie było szkoda pieniędzy wydanych na najnowszą trychologiczną terapię. Potarł zakola i przymknął oczy. A jeszcze czekał ich audyt!
– Szefie! – Lidka stanęła w drzwiach i oparła się o framugę.
Policzył do pięciu i spojrzał na nią.
– Co się stało? – zapytał zmęczonym głosem.
– No, jeszcze nic. Ale ja muszę już wyjść. Mogę wziąć laptopa, to posiedzę wieczorem – zaproponowała przymilnym głosem.
Machnął ręką i kiwnął głową. Dopiero co skończyli wysyłać pensje za listopad, a w kolejce czekały sterty dokumentów do wprowadzenia do nowych systemów. A jeszcze ta cholerna inwentaryzacja! Co mu strzeliło do głowy, żeby się zgodzić na przeprowadzenie audytu zaraz po sylwestrze? I to gdzieś zupełnie na końcu świata. Gdzie to ma być? Boża Wola? Nie, zaraz. Boguchwała! Sam środek Podkarpacia. Nic tam nie ma oprócz huty szkła, mleczarni i cmentarza. Podpisał umowę jeszcze latem, najwyraźniej lipcowe słońce mu zaszkodziło! Obiecał dziewczynom pokaźną premię za udział w tym przedsięwzięciu, więc zgodziły się, nawet z entuzjazmem. Tylko, że wtedy Michalina nie wiedziała jeszcze, że jest w ciąży, pani Jadzia nie przeżywała trzeciej młodości, on nie miał problemów w związku, a Lidka nie złamała sobie palucha u prawej stopy. Nad tym audytem najwyraźniej wisiała klątwa. Wisiała i chichotała urągliwie.
Tomek pokręcił głową, masując kark. Powinien jeszcze posiedzieć, faktury, które miał dziś wprowadzić, ciągle czekały, a on nie miał już siły. Przeciągnął się i wstał. Wyłączył komputer i zgasił światło. Marzył już tylko o kąpieli, może też o kieliszku czerwonego wina. Miał nadzieję, że Krystian przygotował coś do jedzenia. Wysłał do niego esemesa, że już wraca, i przy okazji rzucił okiem na listę zakupów. Zmarszczył brwi. Wczoraj ustalili, że Krystian pójdzie do sklepu, ale na ich wspólnej liście w iPhonie nic się nie zmieniło. Nie zaktualizował jej czy nie był na zakupach? Nieważne. Tomek wsiadł do samochodu i wyjechał z podziemnego garażu. Będzie w domu za kilka minut, to się dowie. Mają przecież w lodówce jakieś jogurty i maliny, na jutrzejsze śniadanie wystarczy. Zaparkował pod domem i wszedł do klatki. Wjechał windą na czwarte piętro i otworzył drzwi. Było ciemno.
– Krystian?! – zawołał, zapalając światło w przedpokoju. – Jesteś?! Wszystko w porządku?!
Nikt nie odpowiedział. Wchodził do kolejnych pomieszczeń, włączając światło i wołając. Coś się zmieniło. Nie było telewizora i głośników. Włamanie? Zajrzał do szafy. Ubrań Krystiana nie było. Nie było też jego kosmetyków i książek. Tomek usiadł ciężko na kanapie i zamknął oczy. Wspaniale. Jeszcze i to. Niech to szlag trafi.
Czasem zwykle, po prostu
Ochotę masz skoczyć z mostu
Lidka wpadła do domu jak wicher, rzuciła kurtkę byle jak na wieszak, nie troszcząc się o to, czy mniej więcej trafiła do celu.
– Już jestem! Już jestem! Pani Halinko, już jestem – wysapała, wchodząc do pokoju. – Jak mama się czuje? – spytała, podchodząc do fotela, na którym siedziała starsza pani otulona kocykiem.
– Kim pani jest? – spytała matka z nieprzesadnym zaciekawieniem.
– To ja, mamo, Lidka. Jestem twoją córką. – Lidka westchnęła i pocałowała matkę w czubek głowy.
– Nienajgorzej – powiedziała pani Halinka, podnosząc się z kanapy. – Zjadła jednego naleśnika, ale znowu mało piła. – Wskazała wypełnioną w trzech czwartych butelkę wody ze słomką, która stała na stole.
Lidka wzięła ją do ręki.
– Mamo, proszę. Jeden łyk. Chociaż jeden, no, proszę. – Podała butelkę, ale matka wytrąciła ją Lidce z ręki z zaskakującą siłą.
– Chcesz mnie otruć, ty żmijo? – syknęła, mrużąc oczy, i szczelniej otuliła się kocykiem.
Lidka podniosła butelkę niekapkę z podłogi i postawiła ją na stole.
– To może dam ci sok z nieotwartej butelki? – spytała cierpliwie i sięgnęła przez stół do pudełka z sokami dla niemowląt. – Możesz sprawdzić, czy jest zamknięta.
Stanęła koło mamy, wyciągając zachęcająco butelkę. Matka patrzyła na nią podejrzliwie.
– Przyszłaś mnie okraść? – spytała po chwili. – Mówili mi!
– Nie, mamo, przyszłam z tobą posiedzieć. – Lidka usiadła na krześle obok i pogłaskała dłoń matki. Ta wyrwała ją i spojrzała z nienawiścią.
– Złodziejka! – krzyknęła. – Ratunku! Chce mnie okraść!
– Pójdę już. – Pani Halinka westchnęła ciężko i poklepała Lidkę po ramieniu. – Nie masz łatwo, dzieciaku – dodała, zabierając klucze ze stołu. – Masz w lodówce naleśniki, zjedz coś, bo chuda jesteś jak kościotrup. – Pokręciła głową i wyszła.
Lidka monotonnym głosem zaczęła opowiadać matce, jak jej minął dzień.
Ciąża to nie choroba,
A Piotra boli wątroba
Nadkomisarz Piotr Kornacki wpatrywał się z rozpaczą w swoją narzeczoną Michalinę Porębę.
– Czy ty aby nie jesteś w siódmym miesiącu ciąży? – spytał, starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej delikatny ton.
– Jestem – odparła Michalina pogodnie i pogłaskała się po brzuchu.
– A to nie uważasz, że może już czas iść na zwolnienie, a nie jechać na jakiś audyt na drugi koniec Polski? – spytał, zalewając herbatę w dużym dzbanku i zerkając na nią spod oka.
– Ciąża to nie choroba – warknęła Michalina, sięgając po cukier.
– Przecież ja nie mówię, że choroba – żachnął się Piotr. – Ale powinnaś odpoczywać, leżeć i trzymać stopy w górze!
– Ja nie pracuję w Radzie Polityki Pieniężnej, żebym musiała pilnować stóp – powiedziała kwaśno, wsypując do kubka trzy łyżeczki cukru.
– Ja nie mówię o procentowych… – zaczął Piotr i urwał, spojrzawszy na minę narzeczonej. – Wiem, gdzie pracujesz, i to biuro rachunkowe traktujesz lepiej niż rodzinę. Ja to rozumiem – dodał tonem, który wskazywał raczej na to, że zupełnie tego nie rozumie. – Ale na miłość Boga, nikt nie może cię zastąpić w tym audycie? Przecież Tomek i tak musi znaleźć za ciebie zastępstwo. Nie może już teraz?
– Znalazł przecież – odburknęła Michalina, mieszając herbatę. – Od lutego przyjdzie nowa księgowa. Ale audyt jest w styczniu. Tomek i Lidka będą liczyć, a my z panią Jadzią będziemy wprowadzać dane. Jeśli cię to uspokoi, to mogę te dane wpisywać, trzymając stopy na wysokim poziomie. Na górnej półce nawet.
Piotr westchnął głęboko i podał Michalinie talerzyk z ciastem.
– Kto jak kto, ale ty powinieneś to zrozumieć. Sam rzucasz wszystko, gdy tylko złapiesz jakiś trop. Jesteś gorszy od psa myśliwskiego. A ja nie mogę ich teraz zostawić, a poza tym dostanę porządną premię. Przyda nam się trochę kasy przed porodem, nie uważasz?
– Pieniądze to nie wszystko – mruknął Piotr. – Wolałbym… – Zamilkł zgromiony wzrokiem Michaliny. – Dobra, dobra. Zrobisz, jak zechcesz. Jak zwykle zresztą1. – Podniósł ręce w geście poddania.
– No oczywiście – podsumowała Michalina i sięgnęła po ciasto.
Piotr sprawdził telefon, zmarszczył brwi i znowu westchnął.
– Muszę lecieć. Dbaj o siebie, bardzo cię proszę.
Michalina tylko wzruszyła ramionami, chociaż poczuła się nieco rozczulona.
Jeśli mąż to liczykrupa,
Lepsza będzie z niego zupa
– Kochanie, a może byśmy gdzieś wyjechali na święta? – zaproponował Aksel, nakładając na talerze jajecznicę z pomidorami i szczypiorkiem.
– Bardzo dobry pomysł, tylko zaraz potem ja mam ten audyt – przypomniała mu pani Jadzia, siadając do stołu. – Musielibyśmy wrócić najpóźniej drugiego stycznia. Ale pachnie! – dodała, pochylając się nad talerzem. – Ale za to możemy wyjechać już w sobotę, bo i tak do piątku musimy skończyć podatki. Co o tym myślisz? – spytała, sięgając po widelec.
– Bardzo dobry pomysł. Spędzimy cały tydzień w górach.
– Wspaniale! Marzyłam o sylwestrze w górach. – Uśmiechnęła się pani Jadzia. – Ale pycha – dodała z pełnymi ustami.
Aksel spojrzał na nią i uśmiechnął się pod nosem. Rok temu był bezdomnym, bezrobotnym kucharzem bez perspektyw i nadziei na lepsze jutro. A potem spotkał Jadzię, swojego anioła, który przywrócił go do życia. Mąż pani Jadzi, Jurek Romaszewski, sknera do kwadratu, zmarł przed kilkoma miesiącami na zawał serca, a pani Jadzia zapomniała zgłosić jego zgon odpowiednim służbom. Po licznych perypetiach, w których główną rolę odegrała zamrażarka, tabun koni, kot oraz kilkanaście psów policyjnych, Jurek spoczął wreszcie na cmentarzu2, a Aksel zamieszkał z panią Jadzią. Miłość, która, jak wiadomo, nie ma wieku, wybuchła między nimi z siłą wodospadu, kwitła, gęstniała i wzrastała jak lawenda w czerwcu.
– Co mi się tak przyglądasz? – spytała pani Jadzia, bo Aksel jakby się zawiesił.
– A nic, nic. – Machnął łopatką do nakładania, a trochę jajecznicy wylądowało na podłodze. – Po prostu myślałem o moich poprzednich świętach. – Uśmiechnął się do pani Jadzi i pocałował ją w nos. – I cieszę się na te nasze pierwsze.
Pani Jadzia rozpromieniła się jak prezydent na widok długopisu.
– Mam nadzieję, że to będzie nasze najlepsze Boże Narodzenie – powiedziała ciepło.
W gruncie rzeczy
pogrzeb cieszy
Arletka grzebała w kosmetyczce w poszukiwaniu różowego brokatu.
– No, kochana! Cekiny we włosach i różowy brokat na powieki. Masz gust, kochana! Będziesz błyszczeć jak diamenty królowej Elżbiety! Dam ci moją najlepszą szminkę, oszczędzam ją, ale tobie się należy, co nie? Muszę być na twoim pogrzebie, kochana! – Pochyliła się nad ciotką pani Grażynki i poprawiła kontur. – Za nic bym tego nie przepuściła!
– Znowu gadasz z klientkami? – spytał grabarz Włodek, wchodząc do środka i odstawiając łopatę pod ścianą. – Bardzom ciekaw, co zrobisz, jak ci kiedyś któraś odpowie.
Arletka tylko wzruszyła ramionami i wypluła gumę w chusteczkę.
– Trupem padnę – powiedziała, ściągając usta, bo poprawiała tusz na rzęsach ciotki i musiała się skupić.
– A kto cię pomaluje, jak umrzesz? – zapytał Włodek. Usiadł na krześle i odkręcił małpkę cytrynówki.
– Może ty? – Arletka rozpyliła brokat nad sukienką ciotki.
– To musielibyśmy cię potem szybko skremować. Nie bardzo byś się nadawała do pokazywania. – Westchnął Włodek i pociągnął solidny łyk.
– Nie jedziesz już dzisiaj nigdzie? – Arletka przyjrzała się z zadowoleniem swojemu dziełu.
– Nie, szefowa powiedziała, że jakby co, to pojedzie sama.
– Przecież sama nie dźwignie ciała? – Zdziwiła się Arletka.
– Ale ja dźwignę. Do dźwigania mogę być dziabnięty.
– No nie wiem – mruknęła Arletka, patrząc na niego spod oka. – Już raz spadło ci ciało z noszy. Na schodach u Myjaków. Z tego, co pamiętam, to wybiło dziurę w drzwiach kuchni i musiałeś wstawiać nowe.
Włodek wzruszył ramionami.
– Stary Myjak był tak pijany, że myślał, że to on wybił tę dziurę, a ja mu pomagam z dobrego serca.
– Stare pijusy – burknęła Arletka, rzucając na niego karcące spojrzenie.
– Tylko nie stare – oburzył się Włodek, kończąc flaszkę. – Wystarczy „pijusy”.
– Dlaczego ty tyle pijesz, Włodek? – Westchnęła i ostatni raz musnęła pędzlem policzki ciotki.
– Bo mnie życie do tego zmusza. Na trzeźwo jest nie do przyjęcia. – Zapatrzył się w jakiś punkt nad ramieniem Arletki.
– Kiedyś wykładałeś na uniwersytecie! – przypomniała mu.
– Dokopywałem się do wiedzy, Arletka. A teraz kopię doły. I tu, i tam praca z materią nieożywioną. A ja wolę tutaj. Powiem ci, Arletka, że wreszcie mam tu święty spokój. – Przeciągnął się i wstał. – No, ładnie ci wyszła. Powinna być zadowolona. Masz talent, nie ma co.
– Słyszysz? – Arletka mrugnęła do ciotki. – Wyglądasz jak milion dolarów. I to brutto!
Trumną, urną czy wazonem?
Najlepiej odejść balonem
Księgowa Grażynka obejrzała ciotkę tuż przed pogrzebem i pomyślała, że Arletka trochę przesadziła z tą urodą i jak ona będzie wyglądać przy nieboszczce? Jak blade widmo. Z westchnieniem założyła na nos wielkie okulary przeciwsłoneczne i pomyślała, że ciotka byłaby zadowolona. Jej włosy różowe jak malinowa guma do żucia wspaniale komponowały się z makijażem. Wyglądała jak postać z kreskówek. Dokładnie tak, jak chciała: różowa syrenka albo jakaś księżniczka. Trumna w kolorowe balony tylko podkreślała tę bajkowość. Pani Grażynka pomyślała, że ciotka jednak miała rozmach. Dobra, Bhutan ją pokonał, ale zwiedziła pół świata i nie przejmowała się tym, co ludzie powiedzą. Żyła samotnie i intensywnie, często się śmiejąc, przeklinając i pijąc różowe wino.
– Przynajmniej coś miałaś z tego życia – powiedziała półgłosem, głaszcząc ciotkę po ręce i nie przyznając się przed sobą, że jej zazdrości.
Otarła łzę i skinęła na Włodka, że już czas. Na razie mieli zakryć wieko, ale ciotka chciała, żeby do kościoła wniesiono ją w odkrytej trumnie. Sama wybrała kwiaty pod ołtarz i muzykę do pochówku. Zamiast kwiatów wszyscy obecni mieli przynieść karmę dla zwierząt, no i obowiązkowo balony. Kolorowe, w dowolnych kształtach, im więcej, tym lepiej. Włodek pojechał po butlę z helem i od dwóch dni pompował wszystkim te balony. Trzeba przyznać, że każdy, kto planował być na tym pogrzebie, przyłożył się do zakupów. Było mnóstwo balonów. Znalazły się wśród nich żyrafa, konik, pingwin, lew, panda, postacie z bajek, a nawet flaming, konik morski i foka. Był balon z napisem „Sto lat” oraz czarny balon „Wszystkiego naj na nowej drodze”, który wyjątkowo przypadł pani Grażynce do gustu. Ona zamówiła ciotce trzy różowe balony. Jeden z napisem „Baw”, kolejny „Się TAM” i trzeci „Dobrze”, chociaż trzeba przyznać, że musiała stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby wykazać się taką odwagą. Ostatecznie uznała, że ciotka zasługuje na wszystko, czego sobie życzyła, i postanowiła, że będzie się przejmować dopiero po pogrzebie. Miała tylko nadzieję, że Monika uprzedzi księdza o pomyśle ciotki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Z decyzjami Michaliny Poręby oraz jej rodziny i co z nich zwykle wynika można się zapoznać, sięgając po pierwszy tom trylogii Śmierć i podatki pod tytułem W proch się przewrócisz. (Wszystkie przypisy pochodzą od autorki). [wróć]
Z wyżej wskazanymi perypetiami można się zapoznać w drugim tomie trylogii Śmierć i podatki pod tytułem Pogrzeb bez zwłoki. [wróć]
