Wietrzny odpoczynek - Monika Wawrzyńska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Wietrzny odpoczynek ebook i audiobook

Monika Wawrzyńska

0,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

14 osób interesuje się tą książką

Opis

NAJBARDZIEJ ZAKRĘCONA KSIĄŻKA KRÓLOWEJ KOMEDII FUNERALNYCH!

Pracownicy biura księgowego Kwity i Pity wyjeżdżają na południe Polski, żeby przeprowadzić audyt w hucie szkła. Jeden z magazynów huty sąsiaduje ze starym cmentarzem, co niespodziewanie ma wpływ na policzalność zasobów i poczytalność audytujących. A sama inwentaryzacja napotyka liczne trudności.

W drodze powrotnej Lidka otrzymuje wiadomość, w wyniku której cały team grzęźnie w środku lasu. To początek nieprzewidzianych zdarzeń. Zmuszą one Lidkę oraz pozostałych księgowych do zrewidowania planów nie tylko na nadchodzący rok, ale na całe życie.

Seria pogrzebów, tajemnicza zawartość trumny, świąteczny elf i Mikołaj, a przede wszystkim szalona i bardzo słodka miłość, to tylko część niespodzianek, które staną na drodze pracowników biura Kwity i Pity.

TA ABSURDALNIE ZABAWNA HISTORIA NADCHODZI I POMRUKUJE JAK ŚNIEŻNA BURZA!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 201

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 35 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Monika Waw­rzyń­ska 2024 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­tor pro­wa­dząca: Alek­san­dra Paw­liń­ska Redak­cja: Maja Strze­żek Korekta: Jolanta Kuchar­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żela­ziń­ska-Sobiech

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@har­de­wy­daw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl;

ISBN 978-83-8343-691-3 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Nie bój się mil­cze­nia,

tam leżą wszyst­kie nie­do­po­wie­dziane zda­nia

Karo­lowi i Pio­trowi – nad­zwy­czaj­nie spon­ta­nicz­nym księ­go­wym. Jeste­ście moją inspi­ra­cją!

W związku z fak­tem, że w tym tomie poja­wia się wię­cej boha­te­rów, któ­rych losy spla­tają się ści­śle ze sobą, posta­no­wi­łam dołą­czyć krótki prze­wod­nik, żeby­ście się nie pogu­bili.

Obsada warszawskiego biura księgowego Kwity i Pity

Tomek – poukła­dany i odpo­wie­dzialny wła­ści­ciel biura księ­go­wego, który wbrew wła­snej woli stale wpada w tara­paty przez swoje sza­lone pra­cow­nice.

Lidka – naj­młod­sza księ­gowa w biu­rze, wiel­bi­cielka kaba­no­sów z dże­mem, które trzyma w każ­dej szu­fla­dzie biurka. Twier­dzi, że ma bidet do roweru i nie może dojść do kotan­gensa z Tom­kiem, który jej nie rozu­mie.

Pani Jadzia – poważna i sta­teczna księ­gowa, która skrywa mroczny sekret zwią­zany ze sztyw­nym nieco mężem.

Micha­lina – obec­nie w ciąży z Pio­trem, wiecz­nie paku­jąca się w kło­poty księ­gowa, która nie daje sobie w kaszę dmu­chać, czym dopro­wa­dza Pio­tra do roz­pa­czy.

Osoby bliskie sercu pracowników biura

Piotr – narze­czony Micha­liny, poli­cjant pra­cu­jący w wydziale do walki z prze­stęp­czo­ścią nar­ko­ty­kową, dobrze wyszko­lony agent, który potrafi sobie pora­dzić ze wszyst­kim, ale nie z Micha­liną.

Aksel – kucharz po kry­zy­sie bez­dom­no­ści, który spra­wił, że pani Jadzia odmłod­niała o dwa­dzie­ścia lat i zamie­rza już do końca życia trzy­mać się tego wieku.

Grześ – wła­ści­ciel mod­nej wytwórni chleba i pącz­karni, któ­remu wpada w oko Lidka, dziew­czyna zupeł­nie inna niż wszyst­kie.

Kry­stian – kocha­jący adre­na­linę bon vivant, który swoim zacho­wa­niem dopro­wa­dza Tomka na skraj sza­leń­stwa.

Ekipa domu pogrzebowego Wietrzny Odpoczynek z Boguchwały

Monika – wła­ści­cielka domu pogrze­bo­wego i jed­no­cze­śnie nie­speł­niona pisarka. Wiecz­nie szuka inspi­ra­cji i ni­gdzie jej nie może zna­leźć. Nie wyklu­cza, że w końcu napi­sze książkę o jakimś domu pogrze­bo­wym i prze­bo­jem wedrze się na szczyty lite­rac­kie.

Arletka – naj­lep­sza bal­sa­mistka we wsi. Twier­dzi, że jej dzia­dek był austriac­kim mala­rzem i coś z tego zostało jej w genach. Wiel­bi­cielka różu i ceki­nów.

Gra­barz Wło­dek – kie­dyś wykła­dał na uni­wer­sy­te­cie, ale się prze­bran­żo­wił. Powta­rza, że zasad­ni­czo jego egzy­sten­cja jest nie­wiele głęb­sza niż dół na trumnę.

Ksiądz Augu­styn – pro­boszcz Bogu­chwały, który mógłby pra­co­wać na poczcie, bo jest zde­cy­do­wa­nym wiel­bi­cie­lem kopert. Mistrz mar­ke­tingu. Z jego raba­to­wym kodem „Amen1” można zamó­wić wszystko, co jest potrzebne do pogrzebu.

Zapra­szam do Bogu­chwały, gdzie dzieją się rze­czy nie­stwo­rzone!

Rozdział pierwszy

Raz ciotka, ta z domu pod lasem,

Skoń­czyła z tym całym hała­sem

Ksiądz Augu­styn Coła­ska minął się z powo­ła­niem w salo­nie Mer­ce­desa. Był śred­nio przy­stoj­nym, ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, z lekko już przy­pró­szoną na skro­niach siwi­zną. Nosił oku­lary w zło­co­nych opraw­kach i ele­gancki złoty zega­rek, a także buty z wło­skiej skóry, o które wyjąt­kowo dbał, bo kosz­to­wały go dwie inten­cje mszalne i jedne chrzciny. Jego czarny Mer­ce­des miał pod­grze­waną skó­rzaną kie­row­nicę i wię­cej dodat­ko­wego wypo­sa­że­nia niż kar­tek w Sta­rym Testa­men­cie.

Wie­lebny wró­cił wła­śnie z pogrzebu, który odby­wał się na pięk­nym cmen­ta­rzu wsi Bogu­chwała, gdzie ksiądz pro­boszcz miał swoją para­fię. Zmarzł tro­chę, zwłasz­cza w stopy, bo pomimo minu­so­wej tem­pe­ra­tury zało­żył swoje ulu­bione pan­to­fle na cien­kich pode­szwach. Tego dnia poże­gnali znaną i sza­no­waną pie­lę­gniarkę, panią Zosię Mał­kow­ską, która przez pół życia pra­co­wała w przy­chodni w pobli­skim mia­steczku. Według zebra­nych na pogrze­bie nie­chyb­nie zabiła ją nuda, bo umarła zale­d­wie dwa mie­siące po pod­ję­ciu decy­zji o przej­ściu na eme­ry­turę. Ksiądz ją lubił i sza­no­wał, a że łączyło ich kilka sekre­tów zwią­za­nych nie tylko z rato­wa­niem jego zdro­wia, przy­ło­żył się i do kaza­nia, i do mowy pogrze­bo­wej, co prze­dłu­żyło całą cere­mo­nię i dopiero ele­ganc­kie obu­wie z logo Guc­ciego przy­po­mniało mu, że trzeba koń­czyć. Ska­so­wał jak zwy­kle pięć­set zło­tych za swoje usługi plus dwie­ście za ogrze­wa­nie w kościele, któ­rego i tak nie włą­czył, a potem kolejny tysiąc od zakładu pogrze­bo­wego Wietrzny Odpo­czy­nek, który miał u niego w para­fii wyłącz­ność na pogrzeby.

– Tysiąc sie­dem­set za dwie godziny pracy – mruk­nął do sie­bie. Zdjął ornat i powie­sił go w sza­fie.

Zaj­rzał do kuchni, pod­niósł pokrywkę z patelni i z lubo­ścią wcią­gnął zapach duszo­nej w czer­wo­nym winie woło­winy. Goto­wa­niem i sprzą­ta­niem ple­ba­nii zaj­mo­wała się pani Ste­nia. Wpa­dała codzien­nie na cztery godziny i poda­wała mu śnia­da­nie. Obiad i kola­cję przy­go­to­wy­wała tylko do pod­grza­nia. Tak wolał. Nie zno­sił, gdy mu się ktoś krę­cił po domu, miał swoje tajem­nice i nie zamie­rzał się nimi z nikim dzie­lić. A naj­mniej z panią Ste­nią, która miała na gło­wie wła­sne pro­blemy, mię­dzy innymi męża pijusa i syna, który był tak leniwy, że się nawet nie mastur­bo­wał. Aku­rat o tym ksiądz miał wie­dzę nie­jako – nomen omen – z pierw­szej ręki, bo był jedy­nym spo­wied­ni­kiem w całej wsi.

Ksiądz scho­wał pie­nią­dze do szu­flady, się­gnął po talerz i nało­żył sobie boeuf bour­gu­ignon oraz sałatę i usiadł za sto­łem z cichym wes­tchnie­niem.

Czy ist­nieje lep­szy zawód? – pomy­ślał, nadzie­wa­jąc na wide­lec kawa­łek woło­winy. Wło­żył kęs do ust, ale się zerwał i wyjął z barku kie­li­szek. Odkor­ko­wał wino i nalał sobie krwi­sto­czer­wo­nego płynu. Zakrę­cił kie­lisz­kiem niczym wytrawny som­me­lier, delek­tu­jąc się przez chwilę zapa­chem wina, aż w końcu upił łyk.

– Napój bogów – powie­dział pół­gło­sem, po czym wzniósł prze­pra­sza­jąco oczy ku niebu. – No, ale sam rozu­miesz, że tamci byli pierwsi – dodał uspra­wie­dli­wia­jąco.

Koń­czył już kola­cję oraz drugi kie­li­szek wina, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Na wyświe­tla­czu poja­wił się napis: Monika – Wietrzny Odpo­czy­nek.

– Szczęść Boże, a cze­góż dusza pra­gnie? – powi­tał.

– Szczęść Boże, księże pro­bosz­czu. – Monika wes­tchnęła do tele­fonu. – Szy­kuje się nowy pogrzeb.

Ksiądz natych­miast ujrzał w wyobraźni kolejne tysiąc sie­dem­set zło­tych.

– Och! Niech mu zie­mia lekką będzie.

– Jej, pro­szę księ­dza. Niech jej będzie lekką.

– A kto to? Może wresz­cie stara Kopy­tow­ska?

– A nie, gdzie tam! Aniela ma się bar­dzo dobrze i nad­zwy­czaj praw­do­po­dobne, że prze­żyje nas wszyst­kich. Ciotka naszej księ­go­wej, Gra­żynki. Wie ksiądz, ta, co sobie włosy na różowo ufar­bo­wała!

– A, ta! – burk­nął ksiądz, jakby ten kolor wło­sów go oso­bi­ście obra­żał.

– Nie uwie­rzy ksiądz, co ona nawy­pra­wiała, słowo daję!

– Bar­dzo jestem cie­kaw – zakpił ksiądz, się­ga­jąc po kie­li­szek i roz­sia­da­jąc się wygod­nie.

– Poje­chała sama do Bhu­tanu!

– Dokąd? A po co? Prze­cież ona była już dobrze po sie­dem­dzie­siątce! – Zdzi­wił się ksiądz.

– To niech ksiądz posłu­cha, Gra­żynka mi wszystko opo­wie­działa!

Ciotka Gra­żynki całe życie była sza­lona, a na sta­rość w ogóle jej nie prze­szło. W wieku sie­dem­dzie­się­ciu trzech lat ufar­bo­wała włosy na różowo i zde­cy­do­wała się na podróż do Bhu­tanu. Pole­ciała tam sama, prze­ko­nana, że świet­nie sobie pora­dzi, ale zarówno długi lot, jak i poło­że­nie sto­licy Thim­phu powy­żej dwóch tysięcy metrów nad pozio­mem morza spo­wo­do­wały, że ciotka nie­ocze­ki­wa­nie doświad­czyła obja­wie­nia. Naoglą­daw­szy się po dro­dze samych wyznaw­ców bud­dy­zmu, poczuła, że jej patrio­tyczne, czułe i pol­skie serce nie może tego znieść. Obu­dziła się w niej potom­kini Andrzeja Kmi­cica, który wła­sną pier­sią bro­nił kul­tury chrze­ści­jań­skiej w klasz­to­rze na Jasnej Górze, i pod­dała się sile, która ją pchnęła do świę­tej walki. Zakwa­te­ro­waw­szy się w hotelu, otwo­rzyła lodówkę i wyjęła z niej butelki. Usta­wiła je w rów­niut­kim rzę­dzie na para­pe­cie, otwo­rzyła okno i zaczęła bom­bar­do­wać z dru­giego pię­tra samo­chody par­ku­jące pod hote­lem. Szczę­śli­wie więk­szość bute­lek była pla­sti­kowa i nie naro­biła ogrom­nych szkód, ale włą­czyły się wszyst­kie alarmy, które wyły potę­pień­czo i, według ciotki, na pohy­bel całemu chrze­ści­jań­stwu. To tylko ją jesz­cze bar­dziej roz­ju­szyło i na chod­nik pole­ciały rów­nież zie­lone rośliny w donicz­kach, cztery poduszki w papugi oraz nocna lampka. Dwóch ochro­nia­rzy nie dało rady uspo­koić ciotki, która poczuła się jak tygrys w klatce. Rzu­cała w nich czym popa­dło i wykrzy­ki­wała obraź­liwe słowa w kilku języ­kach. Kipiąc wście­kło­ścią i ciężko dysząc, czu­jąc w sobie ogień i przy­mus, ciotka ugry­zła jed­nego z nich, po czym wzięła nogi za pas. W holu hote­lo­wym chwy­ciła wazon z kwia­tami lotosu i mści­wie rąb­nęła nim w ścianę.

– Naści, pie­sku, kieł­basy! – zawyła, pod­ka­sała spód­nicę i w pod­sko­kach odda­liła się z hotelu, pozo­sta­wia­jąc onie­miałą recep­cjo­nistkę nad szcząt­kami por­ce­lany.

Pra­cow­nica hotelu wezwała posiłki i po trzech godzi­nach odna­le­ziono ciotkę, na­dal ciężko dyszącą, ale teraz z powodu pro­ble­mów z oddy­cha­niem. Hono­rowy kon­sul Bhu­tanu oso­bi­ście zadzwo­nił do jej sio­stry, a jed­no­cze­śnie matki Gra­żynki, i zażą­dał ode­bra­nia ciotki ze szpi­tala.

– Panie! – powie­działa matka Gra­żynki. – Ja mam osiem­dzie­siąt trzy lata. Gdzie mnie jechać do jakie­goś Bhu­tanu! Ja nawet nie wiem, gdzie to jest! Ja znam tylko pro­pan-butan i ni­gdzie się nie wybie­ram. Ja mam takie same geny. Chce pan, żebym odsta­wiła takie samo przed­sta­wie­nie? A za żadne szkody nie płacę, ona była ubez­pie­czona, niech ubez­pie­czy­ciel płaci, skoro był taki mądry. Ja do żad­nego pogań­skiego kraju nie lecę, nie ma mowy.

Tro­chę się jesz­cze poprze­py­chali, bo kon­sul, mimo że hono­rowy, mocno naci­skał, ale matka Gra­żynki fak­tycz­nie ma takie same geny i byle co jej nie mogło zła­mać.

Ciotka przy­naj­mniej ni­gdy się nie dowie­działa, że Bhu­tań­czycy chcieli ją ode­słać w kom­bi­ne­zo­nie i w spe­cjal­nym kasku na gło­wie, bo bali się jej jak seryj­nego mor­dercy. Choć pol­skie służby ich prze­ko­nały, że takie środki ostroż­no­ści są zbędne, to sta­ruszkę eskor­to­wało czte­rech wiel­kich anty­ter­ro­ry­stów. Ciotka, nafa­sze­ro­wana lekami po dziurki w nosie, całą podróż była łagodna jak bara­nek i czę­sto­wała ich krów­kami. Po wylą­do­wa­niu w Pol­sce ode­tchnęła z ulgą, że jest wresz­cie w domu, gdzie spo­koj­nie dostała potęż­nego udaru i zeszła z tego świata w prze­ko­na­niu, że dobrze spę­dziła życie, bro­niąc chrze­ści­jań­stwa jak lwica. Matka Gra­żynki natych­miast nabrała prze­ko­na­nia, że wszyst­kiemu winny jest Budda i że całe zło świata bie­rze się z podróży, więc poszła podzię­ko­wać pol­skiemu Bogu i dać na ofiarę, ale nie zastała księ­dza Augu­styna w kościele.

– Może się ksiądz zatem spo­dzie­wać wizyty na ple­ba­nii – zakoń­czyła opo­wieść Monika.

Matka Gra­żynki zapu­kała do jego drzwi kilka minut póź­niej. Nawy­rze­kała się na sza­loną sio­strę, kon­sula i obce reli­gie i prze­ka­zała w ręce księ­dza kopertę, którą pro­boszcz skwa­pli­wie przy­jął i poło­żył na stole. Pochwa­lił sta­now­czo obronę wiary i obie­cał odpra­wić mszę w inten­cji zmar­łej. Matka Gra­żynki wra­cała do domu tak pełna ulgi i zado­wo­le­nia, że nie zacho­wała nale­ży­tej ostroż­no­ści i wpa­ko­wała się pro­sto pod cię­ża­rówkę z mle­czarni. Wia­domo, że mleko ma naj­szyb­szy trans­port, więc cię­ża­rówka nie zdą­żyła nawet zaha­mo­wać i tak druga sio­stra znie­nacka rów­nież ode­szła do domu Pana.

Ale o tym ksiądz miał się dowie­dzieć dopiero następ­nego dnia, bo ple­ba­nia stała w pew­nym odda­le­niu od głów­nej drogi, więc żadne dźwięki syren do niego nie dotarły. A że nie było już kogo spo­wia­dać na łożu śmierci, to i nikt po niego nie posłał.

Rozdział drugi

Gra­żynkę raz w środku zdro­wia

Pan Bóg po pro­stu odwo­łał

Księ­gowa Gra­żynka musiała zor­ga­ni­zo­wać dwa pogrzeby, więc udała się do jedy­nego domu pogrze­bo­wego w oko­licy.

Zakład pogrze­bowy w Bogu­chwale pro­wa­dziła Monika Pisar­ska, któ­rej naj­więk­szą ambi­cją było wyda­nie wła­snej książki. Nie mogła wpraw­dzie się zde­cy­do­wać, czy bar­dziej ją będzie satys­fak­cjo­no­wać Nagroda Nobla, czy suk­ces na miarę Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy Greya. Oba wyda­wały się w zasięgu ręki, bo w końcu co za pro­blem napi­sać ero­tyk albo coś tam o jakimś pługu. Roz­darta, prze­cha­dzała się po cmen­ta­rzu w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji. Przy­sia­dła na mija­nych gro­bach, co jakiś czas wyj­mo­wała czaszkę z torby i zada­wała jej fun­da­men­talne pyta­nia, co może być lep­sze. Czaszka mil­czała, więc pisarka Monika wciąż nie mogła pod­jąć decy­zji. W prze­rwach mię­dzy tymi roz­ter­kami orga­ni­zo­wała pochówki, bo prze­cież musiała z cze­goś żyć. A jak wia­domo, żeby dobrze żyć, warto zająć się śmier­cią. Jest to bowiem biz­nes, w któ­rym ni­gdy nie zabrak­nie klien­tów. Trzeba tylko mieć dobre układy z księ­dzem, bo to on zarzą­dza cmen­ta­rzem, a bez dostępu do niego biz­nes fune­ralny staje się mocno ogra­ni­czony i dość kon­tro­wer­syjny.

Nie­do­szła pisarka sie­działa w biu­rze swo­jego zakładu pogrze­bo­wego i czy­tała Ambitną Emilkę, książkę Zuzanny Arczyń­skiej o sza­lo­nej tana­to­ko­sme­tyczce, i chi­cho­tała.

– Dzień dobry! – Dobie­gło od drzwi, więc natych­miast przy­brała odpo­wied­nio udu­cho­wiony wyraz twa­rzy i wło­żyła zakładkę do książki.

– Dzień dobry. Czym mogę słu­żyć, pani Gra­żynko? – spy­tała na widok swo­jej księ­go­wej.

Kobieta wes­tchnęła głę­boko i ciężko usia­dła na krze­śle.

– Muszę pocho­wać ciotkę – powie­działa ponuro. – I matkę.

– Sły­sza­łam, sły­sza­łam, bar­dzo mi przy­kro. Moje naj­szczer­sze kon­do­len­cje.

Pani Gra­żynka kiw­nęła głową i wycią­gnęła z torebki kopertę. Otwo­rzyła ją i wyjęła plik kar­tek.

– Moja sza­lona ciotka zosta­wiła pre­cy­zyjne wytyczne doty­czące pogrzebu… – zaczęła i nagle wybuch­nęła pła­czem, zakry­wa­jąc oczy rękami.

– A co? – zapy­tała Monika. – Jakieś spe­cy­ficzne?

– Spe­cy­ficzne? – zapy­tała pani Gra­żynka dysz­kan­tem. – Spe­cy­ficzne? To mało powie­dziane. Ja tego nie wytrzy­mam! – jęk­nęła i rzu­ciła na biurko kartki. – Niech sama pani zoba­czy.

Monika się­gnęła po kartki i zato­piła się w lek­tu­rze.

– No co? Chce mieć różową sukienkę i do tego odpo­wiedni maki­jaż… Co to za pro­blem, Arletka zrobi jej taki gla­mour, że Maf­fa­shion pad­nie tru­pem z wra­że­nia. Zna­czy, tego… Co tam jesz­cze jest? – dodała tro­chę zmie­szana.

– Pro­szę. – Pani Gra­żynka podała jej kolejne kartki.

– Hm, różowa trumna. To też nie pro­blem. Mam taką w kata­logu. Aaaa! Różowa trumna w kolo­rowe balony!

– No wła­śnie – oznaj­miła gro­bo­wym gło­sem pani Gra­żynka. – W balony!

– No to też nie jest jakiś pro­blem, dys­po­nu­jemy opcją per­so­na­li­zo­wa­nia tru­mien. Mam kon­takt do takiej jed­nej Mal­winy z ASP, ona maluje trumny na zamó­wie­nie.

– Ale to jesz­cze nie wszystko! – Wes­tchnęła Gra­żynka. – Pani czyta dalej.

Monika zagłę­biła się w lek­tu­rze, a im dłu­żej czy­tała, tym bar­dziej brwi pod­jeż­dżały jej w górę.

– O kur­czę – powie­działa w końcu.

– Naj­pierw chcia­łam je pocho­wać razem, ale w tej sytu­acji? Naj­pierw w takim razie chcę pocho­wać matkę. Bo po takim pogrze­bie ciotki to już nie wiem, czy ktoś by w ogóle przy­szedł. I co ksiądz na to powie?

– Księ­dza biorę na sie­bie – powie­działa sta­now­czo Monika, dosko­nale wie­dząc, że to kwe­stia ceny. – Ale to będzie dodat­kowy koszt.

– Ciotka mi zosta­wiła dzie­sięć tysięcy na ten pogrzeb. Plus zasi­łek. Taki mam budżet.

– Zmie­ścimy się – stwier­dziła Monika, sta­ra­jąc się ukryć uśmiech zado­wo­le­nia. – Mam rabat w kwia­ciarni.

– Ale ciotka nie chce kwia­tów! Pani spoj­rzy. – Pod­su­nęła Monice kolejną kartkę.

– Karma dla zwie­rząt dla schro­ni­ska w Bożej Woli? – Zdzi­wiła się nie­do­szła pisarka.

– Otóż to. I jesz­cze mają ją przy­nieść na cmen­tarz, bo jak napi­sała: „Stare sknery nie przy­niosą kwia­tów, a potem będą uda­wać, że zapo­mnieli o kar­mie”. Mam pod­sta­wić trak­tor z przy­czepką i zro­bić listę dar­czyń­ców. A potem oso­bi­ście dopil­no­wać, żeby Wło­dek zawiózł do Bożej Woli.

– Tu aku­rat miała rację – mruk­nęła Monika, odkła­da­jąc kartkę. – Ale ten jej pomysł… no z tym… mocno kon­tro­wer­syjny. – Pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. – No dobra. A jak cho­wamy mamę?

– Abso­lut­nie kla­syczny pogrzeb – orze­kła pani Gra­żynka. – Dębowa trumna, trąbka, zwy­kła msza. Wystar­czy, że po pogrze­bie ciotki ludzie już zawsze będą mnie wyty­kali pal­cami.

Monika kiw­nęła głową i się­gnęła po kata­log kla­sycz­nych dębo­wych tru­mien.

Rozdział trzeci

Tomek od kwi­tów i pitów

Marzył o końcu audy­tów

Tomek, wła­ści­ciel biura księ­go­wego Kwity i Pity, sie­dział nad papie­rami i ciężko wzdy­chał. Ostat­nie dni roku jak zwy­kle obfi­to­wały w nie­spo­dzianki prze­kła­da­jące się na dodat­kowe godziny pracy. Wdro­że­nie nowych prze­pi­sów musiało się wią­zać z kolejną restruk­tu­ry­za­cją baz danych, trzeba było wpro­wa­dzać giga­bajty infor­ma­cji do coraz to nowych tabe­lek. Pew­nie wyrwałby sobie resztę wło­sów z głowy, gdyby mu nie było szkoda pie­nię­dzy wyda­nych na naj­now­szą try­cho­lo­giczną tera­pię. Potarł zakola i przy­mknął oczy. A jesz­cze cze­kał ich audyt!

– Sze­fie! – Lidka sta­nęła w drzwiach i oparła się o fra­mugę.

Poli­czył do pię­ciu i spoj­rzał na nią.

– Co się stało? – zapy­tał zmę­czo­nym gło­sem.

– No, jesz­cze nic. Ale ja muszę już wyjść. Mogę wziąć lap­topa, to posie­dzę wie­czo­rem – zapro­po­no­wała przy­mil­nym gło­sem.

Mach­nął ręką i kiw­nął głową. Dopiero co skoń­czyli wysy­łać pen­sje za listo­pad, a w kolejce cze­kały sterty doku­men­tów do wpro­wa­dze­nia do nowych sys­te­mów. A jesz­cze ta cho­lerna inwen­ta­ry­za­cja! Co mu strze­liło do głowy, żeby się zgo­dzić na prze­pro­wa­dze­nie audytu zaraz po syl­we­strze? I to gdzieś zupeł­nie na końcu świata. Gdzie to ma być? Boża Wola? Nie, zaraz. Bogu­chwała! Sam śro­dek Pod­kar­pa­cia. Nic tam nie ma oprócz huty szkła, mle­czarni i cmen­ta­rza. Pod­pi­sał umowę jesz­cze latem, naj­wy­raź­niej lip­cowe słońce mu zaszko­dziło! Obie­cał dziew­czy­nom pokaźną pre­mię za udział w tym przed­się­wzię­ciu, więc zgo­dziły się, nawet z entu­zja­zmem. Tylko, że wtedy Micha­lina nie wie­działa jesz­cze, że jest w ciąży, pani Jadzia nie prze­ży­wała trze­ciej mło­do­ści, on nie miał pro­ble­mów w związku, a Lidka nie zła­mała sobie palu­cha u pra­wej stopy. Nad tym audy­tem naj­wy­raź­niej wisiała klą­twa. Wisiała i chi­cho­tała urą­gli­wie.

Tomek pokrę­cił głową, masu­jąc kark. Powi­nien jesz­cze posie­dzieć, fak­tury, które miał dziś wpro­wa­dzić, cią­gle cze­kały, a on nie miał już siły. Prze­cią­gnął się i wstał. Wyłą­czył kom­pu­ter i zga­sił świa­tło. Marzył już tylko o kąpieli, może też o kie­liszku czer­wo­nego wina. Miał nadzieję, że Kry­stian przy­go­to­wał coś do jedze­nia. Wysłał do niego ese­mesa, że już wraca, i przy oka­zji rzu­cił okiem na listę zaku­pów. Zmarsz­czył brwi. Wczo­raj usta­lili, że Kry­stian pój­dzie do sklepu, ale na ich wspól­nej liście w iPho­nie nic się nie zmie­niło. Nie zak­tu­ali­zo­wał jej czy nie był na zaku­pach? Nie­ważne. Tomek wsiadł do samo­chodu i wyje­chał z pod­ziem­nego garażu. Będzie w domu za kilka minut, to się dowie. Mają prze­cież w lodówce jakieś jogurty i maliny, na jutrzej­sze śnia­da­nie wystar­czy. Zapar­ko­wał pod domem i wszedł do klatki. Wje­chał windą na czwarte pię­tro i otwo­rzył drzwi. Było ciemno.

– Kry­stian?! – zawo­łał, zapa­la­jąc świa­tło w przed­po­koju. – Jesteś?! Wszystko w porządku?!

Nikt nie odpo­wie­dział. Wcho­dził do kolej­nych pomiesz­czeń, włą­cza­jąc świa­tło i woła­jąc. Coś się zmie­niło. Nie było tele­wi­zora i gło­śni­ków. Wła­ma­nie? Zaj­rzał do szafy. Ubrań Kry­stiana nie było. Nie było też jego kosme­ty­ków i ksią­żek. Tomek usiadł ciężko na kana­pie i zamknął oczy. Wspa­niale. Jesz­cze i to. Niech to szlag trafi.

Rozdział czwarty

Cza­sem zwy­kle, po pro­stu

Ochotę masz sko­czyć z mostu

Lidka wpa­dła do domu jak wicher, rzu­ciła kurtkę byle jak na wie­szak, nie trosz­cząc się o to, czy mniej wię­cej tra­fiła do celu.

– Już jestem! Już jestem! Pani Halinko, już jestem – wysa­pała, wcho­dząc do pokoju. – Jak mama się czuje? – spy­tała, pod­cho­dząc do fotela, na któ­rym sie­działa star­sza pani otu­lona kocy­kiem.

– Kim pani jest? – spy­tała matka z nie­prze­sad­nym zacie­ka­wie­niem.

– To ja, mamo, Lidka. Jestem twoją córką. – Lidka wes­tchnęła i poca­ło­wała matkę w czu­bek głowy.

– Nie­naj­go­rzej – powie­działa pani Halinka, pod­no­sząc się z kanapy. – Zja­dła jed­nego nale­śnika, ale znowu mało piła. – Wska­zała wypeł­nioną w trzech czwar­tych butelkę wody ze słomką, która stała na stole.

Lidka wzięła ją do ręki.

– Mamo, pro­szę. Jeden łyk. Cho­ciaż jeden, no, pro­szę. – Podała butelkę, ale matka wytrą­ciła ją Lidce z ręki z zaska­ku­jącą siłą.

– Chcesz mnie otruć, ty żmijo? – syk­nęła, mru­żąc oczy, i szczel­niej otu­liła się kocy­kiem.

Lidka pod­nio­sła butelkę nie­kapkę z pod­łogi i posta­wiła ją na stole.

– To może dam ci sok z nie­otwar­tej butelki? – spy­tała cier­pli­wie i się­gnęła przez stół do pudełka z sokami dla nie­mow­ląt. – Możesz spraw­dzić, czy jest zamknięta.

Sta­nęła koło mamy, wycią­ga­jąc zachę­ca­jąco butelkę. Matka patrzyła na nią podejrz­li­wie.

– Przy­szłaś mnie okraść? – spy­tała po chwili. – Mówili mi!

– Nie, mamo, przy­szłam z tobą posie­dzieć. – Lidka usia­dła na krze­śle obok i pogła­skała dłoń matki. Ta wyrwała ją i spoj­rzała z nie­na­wi­ścią.

– Zło­dziejka! – krzyk­nęła. – Ratunku! Chce mnie okraść!

– Pójdę już. – Pani Halinka wes­tchnęła ciężko i pokle­pała Lidkę po ramie­niu. – Nie masz łatwo, dzie­ciaku – dodała, zabie­ra­jąc klu­cze ze stołu. – Masz w lodówce nale­śniki, zjedz coś, bo chuda jesteś jak kościo­trup. – Pokrę­ciła głową i wyszła.

Lidka mono­ton­nym gło­sem zaczęła opo­wia­dać matce, jak jej minął dzień.

Rozdział piąty

Ciąża to nie cho­roba,

A Pio­tra boli wątroba

Nad­ko­mi­sarz Piotr Kor­nacki wpa­try­wał się z roz­pa­czą w swoją narze­czoną Micha­linę Porębę.

– Czy ty aby nie jesteś w siód­mym mie­siącu ciąży? – spy­tał, sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi jak naj­bar­dziej deli­katny ton.

– Jestem – odparła Micha­lina pogod­nie i pogła­skała się po brzu­chu.

– A to nie uwa­żasz, że może już czas iść na zwol­nie­nie, a nie jechać na jakiś audyt na drugi koniec Pol­ski? – spy­tał, zale­wa­jąc her­batę w dużym dzbanku i zer­ka­jąc na nią spod oka.

– Ciąża to nie cho­roba – wark­nęła Micha­lina, się­ga­jąc po cukier.

– Prze­cież ja nie mówię, że cho­roba – żach­nął się Piotr. – Ale powin­naś odpo­czy­wać, leżeć i trzy­mać stopy w górze!

– Ja nie pra­cuję w Radzie Poli­tyki Pie­nięż­nej, żebym musiała pil­no­wać stóp – powie­działa kwa­śno, wsy­pu­jąc do kubka trzy łyżeczki cukru.

– Ja nie mówię o pro­cen­to­wych… – zaczął Piotr i urwał, spoj­rzaw­szy na minę narze­czo­nej. – Wiem, gdzie pra­cu­jesz, i to biuro rachun­kowe trak­tu­jesz lepiej niż rodzinę. Ja to rozu­miem – dodał tonem, który wska­zy­wał raczej na to, że zupeł­nie tego nie rozu­mie. – Ale na miłość Boga, nikt nie może cię zastą­pić w tym audy­cie? Prze­cież Tomek i tak musi zna­leźć za cie­bie zastęp­stwo. Nie może już teraz?

– Zna­lazł prze­cież – odburk­nęła Micha­lina, mie­sza­jąc her­batę. – Od lutego przyj­dzie nowa księ­gowa. Ale audyt jest w stycz­niu. Tomek i Lidka będą liczyć, a my z panią Jadzią będziemy wpro­wa­dzać dane. Jeśli cię to uspo­koi, to mogę te dane wpi­sy­wać, trzy­ma­jąc stopy na wyso­kim pozio­mie. Na gór­nej półce nawet.

Piotr wes­tchnął głę­boko i podał Micha­li­nie tale­rzyk z cia­stem.

– Kto jak kto, ale ty powi­nie­neś to zro­zu­mieć. Sam rzu­casz wszystko, gdy tylko zła­piesz jakiś trop. Jesteś gor­szy od psa myśliw­skiego. A ja nie mogę ich teraz zosta­wić, a poza tym dostanę porządną pre­mię. Przyda nam się tro­chę kasy przed poro­dem, nie uwa­żasz?

– Pie­nią­dze to nie wszystko – mruk­nął Piotr. – Wolał­bym… – Zamilkł zgro­miony wzro­kiem Micha­liny. – Dobra, dobra. Zro­bisz, jak zechcesz. Jak zwy­kle zresztą1. – Pod­niósł ręce w geście pod­da­nia.

– No oczy­wi­ście – pod­su­mo­wała Micha­lina i się­gnęła po cia­sto.

Piotr spraw­dził tele­fon, zmarsz­czył brwi i znowu wes­tchnął.

– Muszę lecieć. Dbaj o sie­bie, bar­dzo cię pro­szę.

Micha­lina tylko wzru­szyła ramio­nami, cho­ciaż poczuła się nieco roz­czu­lona.

Rozdział szósty

Jeśli mąż to liczy­krupa,

Lep­sza będzie z niego zupa

– Kocha­nie, a może byśmy gdzieś wyje­chali na święta? – zapro­po­no­wał Aksel, nakła­da­jąc na tale­rze jajecz­nicę z pomi­do­rami i szczy­pior­kiem.

– Bar­dzo dobry pomysł, tylko zaraz potem ja mam ten audyt – przy­po­mniała mu pani Jadzia, sia­da­jąc do stołu. – Musie­li­by­śmy wró­cić naj­póź­niej dru­giego stycz­nia. Ale pach­nie! – dodała, pochy­la­jąc się nad tale­rzem. – Ale za to możemy wyje­chać już w sobotę, bo i tak do piątku musimy skoń­czyć podatki. Co o tym myślisz? – spy­tała, się­ga­jąc po wide­lec.

– Bar­dzo dobry pomysł. Spę­dzimy cały tydzień w górach.

– Wspa­niale! Marzy­łam o syl­we­strze w górach. – Uśmiech­nęła się pani Jadzia. – Ale pycha – dodała z peł­nymi ustami.

Aksel spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się pod nosem. Rok temu był bez­dom­nym, bez­ro­bot­nym kucha­rzem bez per­spek­tyw i nadziei na lep­sze jutro. A potem spo­tkał Jadzię, swo­jego anioła, który przy­wró­cił go do życia. Mąż pani Jadzi, Jurek Roma­szew­ski, sknera do kwa­dratu, zmarł przed kil­koma mie­sią­cami na zawał serca, a pani Jadzia zapo­mniała zgło­sić jego zgon odpo­wied­nim służ­bom. Po licz­nych pery­pe­tiach, w któ­rych główną rolę ode­grała zamra­żarka, tabun koni, kot oraz kil­ka­na­ście psów poli­cyj­nych, Jurek spo­czął wresz­cie na cmen­ta­rzu2, a Aksel zamiesz­kał z panią Jadzią. Miłość, która, jak wia­domo, nie ma wieku, wybu­chła mię­dzy nimi z siłą wodo­spadu, kwi­tła, gęst­niała i wzra­stała jak lawenda w czerwcu.

– Co mi się tak przy­glą­dasz? – spy­tała pani Jadzia, bo Aksel jakby się zawie­sił.

– A nic, nic. – Mach­nął łopatką do nakła­da­nia, a tro­chę jajecz­nicy wylą­do­wało na pod­ło­dze. – Po pro­stu myśla­łem o moich poprzed­nich świę­tach. – Uśmiech­nął się do pani Jadzi i poca­ło­wał ją w nos. – I cie­szę się na te nasze pierw­sze.

Pani Jadzia roz­pro­mie­niła się jak pre­zy­dent na widok dłu­go­pisu.

– Mam nadzieję, że to będzie nasze naj­lep­sze Boże Naro­dze­nie – powie­działa cie­pło.

Rozdział siódmy

W grun­cie rze­czy

pogrzeb cie­szy

Arletka grze­bała w kosme­tyczce w poszu­ki­wa­niu różo­wego bro­katu.

– No, kochana! Cekiny we wło­sach i różowy bro­kat na powieki. Masz gust, kochana! Będziesz błysz­czeć jak dia­menty kró­lo­wej Elż­biety! Dam ci moją naj­lep­szą szminkę, oszczę­dzam ją, ale tobie się należy, co nie? Muszę być na twoim pogrze­bie, kochana! – Pochy­liła się nad ciotką pani Gra­żynki i popra­wiła kon­tur. – Za nic bym tego nie prze­pu­ściła!

– Znowu gadasz z klient­kami? – spy­tał gra­barz Wło­dek, wcho­dząc do środka i odsta­wia­jąc łopatę pod ścianą. – Bar­dzom cie­kaw, co zro­bisz, jak ci kie­dyś któ­raś odpo­wie.

Arletka tylko wzru­szyła ramio­nami i wypluła gumę w chu­s­teczkę.

– Tru­pem padnę – powie­działa, ścią­ga­jąc usta, bo popra­wiała tusz na rzę­sach ciotki i musiała się sku­pić.

– A kto cię poma­luje, jak umrzesz? – zapy­tał Wło­dek. Usiadł na krze­śle i odkrę­cił małpkę cytry­nówki.

– Może ty? – Arletka roz­py­liła bro­kat nad sukienką ciotki.

– To musie­li­by­śmy cię potem szybko skre­mo­wać. Nie bar­dzo byś się nada­wała do poka­zy­wa­nia. – Wes­tchnął Wło­dek i pocią­gnął solidny łyk.

– Nie jedziesz już dzi­siaj ni­gdzie? – Arletka przyj­rzała się z zado­wo­le­niem swo­jemu dziełu.

– Nie, sze­fowa powie­działa, że jakby co, to poje­dzie sama.

– Prze­cież sama nie dźwi­gnie ciała? – Zdzi­wiła się Arletka.

– Ale ja dźwi­gnę. Do dźwi­ga­nia mogę być dziab­nięty.

– No nie wiem – mruk­nęła Arletka, patrząc na niego spod oka. – Już raz spa­dło ci ciało z noszy. Na scho­dach u Myja­ków. Z tego, co pamię­tam, to wybiło dziurę w drzwiach kuchni i musia­łeś wsta­wiać nowe.

Wło­dek wzru­szył ramio­nami.

– Stary Myjak był tak pijany, że myślał, że to on wybił tę dziurę, a ja mu poma­gam z dobrego serca.

– Stare pijusy – burk­nęła Arletka, rzu­ca­jąc na niego kar­cące spoj­rze­nie.

– Tylko nie stare – obu­rzył się Wło­dek, koń­cząc flaszkę. – Wystar­czy „pijusy”.

– Dla­czego ty tyle pijesz, Wło­dek? – Wes­tchnęła i ostatni raz musnęła pędz­lem policzki ciotki.

– Bo mnie życie do tego zmu­sza. Na trzeźwo jest nie do przy­ję­cia. – Zapa­trzył się w jakiś punkt nad ramie­niem Arletki.

– Kie­dyś wykła­da­łeś na uni­wer­sy­te­cie! – przy­po­mniała mu.

– Doko­py­wa­łem się do wie­dzy, Arletka. A teraz kopię doły. I tu, i tam praca z mate­rią nie­oży­wioną. A ja wolę tutaj. Powiem ci, Arletka, że wresz­cie mam tu święty spo­kój. – Prze­cią­gnął się i wstał. – No, ład­nie ci wyszła. Powinna być zado­wo­lona. Masz talent, nie ma co.

– Sły­szysz? – Arletka mru­gnęła do ciotki. – Wyglą­dasz jak milion dola­rów. I to brutto!

Rozdział ósmy

Trumną, urną czy wazo­nem?

Naj­le­piej odejść balo­nem

Księ­gowa Gra­żynka obej­rzała ciotkę tuż przed pogrze­bem i pomy­ślała, że Arletka tro­chę prze­sa­dziła z tą urodą i jak ona będzie wyglą­dać przy nie­boszczce? Jak blade widmo. Z wes­tchnie­niem zało­żyła na nos wiel­kie oku­lary prze­ciw­sło­neczne i pomy­ślała, że ciotka byłaby zado­wo­lona. Jej włosy różowe jak mali­nowa guma do żucia wspa­niale kom­po­no­wały się z maki­ja­żem. Wyglą­dała jak postać z kre­skó­wek. Dokład­nie tak, jak chciała: różowa syrenka albo jakaś księż­niczka. Trumna w kolo­rowe balony tylko pod­kre­ślała tę baj­ko­wość. Pani Gra­żynka pomy­ślała, że ciotka jed­nak miała roz­mach. Dobra, Bhu­tan ją poko­nał, ale zwie­dziła pół świata i nie przej­mo­wała się tym, co ludzie powie­dzą. Żyła samot­nie i inten­syw­nie, czę­sto się śmie­jąc, prze­kli­na­jąc i pijąc różowe wino.

– Przy­naj­mniej coś mia­łaś z tego życia – powie­działa pół­gło­sem, głasz­cząc ciotkę po ręce i nie przy­zna­jąc się przed sobą, że jej zazdro­ści.

Otarła łzę i ski­nęła na Włodka, że już czas. Na razie mieli zakryć wieko, ale ciotka chciała, żeby do kościoła wnie­siono ją w odkry­tej trum­nie. Sama wybrała kwiaty pod ołtarz i muzykę do pochówku. Zamiast kwia­tów wszy­scy obecni mieli przy­nieść karmę dla zwie­rząt, no i obo­wiąz­kowo balony. Kolo­rowe, w dowol­nych kształ­tach, im wię­cej, tym lepiej. Wło­dek poje­chał po butlę z helem i od dwóch dni pom­po­wał wszyst­kim te balony. Trzeba przy­znać, że każdy, kto pla­no­wał być na tym pogrze­bie, przy­ło­żył się do zaku­pów. Było mnó­stwo balo­nów. Zna­la­zły się wśród nich żyrafa, konik, pin­gwin, lew, panda, posta­cie z bajek, a nawet fla­ming, konik mor­ski i foka. Był balon z napi­sem „Sto lat” oraz czarny balon „Wszyst­kiego naj na nowej dro­dze”, który wyjąt­kowo przy­padł pani Gra­żynce do gustu. Ona zamó­wiła ciotce trzy różowe balony. Jeden z napi­sem „Baw”, kolejny „Się TAM” i trzeci „Dobrze”, cho­ciaż trzeba przy­znać, że musiała sto­czyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby wyka­zać się taką odwagą. Osta­tecz­nie uznała, że ciotka zasłu­guje na wszystko, czego sobie życzyła, i posta­no­wiła, że będzie się przej­mo­wać dopiero po pogrze­bie. Miała tylko nadzieję, że Monika uprze­dzi księ­dza o pomy­śle ciotki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Z decy­zjami Micha­liny Poręby oraz jej rodziny i co z nich zwy­kle wynika można się zapo­znać, się­ga­jąc po pierw­szy tom try­lo­gii Śmierć i podatki pod tytu­łem W proch się prze­wró­cisz. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od autorki). [wróć]

Z wyżej wska­za­nymi pery­pe­tiami można się zapo­znać w dru­gim tomie try­lo­gii Śmierć i podatki pod tytu­łem Pogrzeb bez zwłoki. [wróć]