9,99 zł
Autor na łamach Wielkiego dnia kilkakrotnie odwołuje się do osób i sytuacji z okresu wielkiego deszczu sprzed wojny, akcja toczy się w Zakopanem i w Tatrach. Wielki dzień to powieść polityczna, która ubiera w komediowy kostium zakopiański sprawy polityki Polski Odrodzonej, pokazuje niezbyt wesołe kwestie charakteru narodowego Polaków, przestrzega przed skutkami fascynacji władzą, opisuje w jaki sposób stosowanie metody „cel uświęca środki" doprowadza do unicestwienia celu. Wyśmiewa pustosłowie polityków, głośno alarmuje w sprawach aktualnych w tamtych czasach, które nie powstrzymane w odpowiednim momencie mogą zagrozić istocie bytu zmartwychwstałej Ojczyzny. Sprawami tymi są antysemityzm, agresywna wszechobecność Kościoła katolickiego i faszyzm.
"- Oczyść duszę twoją i ciało, a zbądź się zawiści, albowiem tobie to wszyscy zazdrościć będą. Zaiste powiadam tobie, imię twe powtarzać będą narody ziemi... Każdy, kogo zaszczycisz jednym uśmiechem, będzie to pamiętał do końca życia i dzieciom swoim przekaże to w pamięci, a dzieci jego wnukom, a wnuki prawnukom ..."
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 431
Andrzej Strug
KRONIKA NIEDOSZŁYCH WYDARZEŃ
Saga
Wielki dzieńZdjęcia na okładce: Shutterstock Copyright © 1957, 2019 Andrzej Strug i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711662601
1. Wydanie w formie e-booka, 2019
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Powieść Andrzeja Struga pt. Wielki dzień — Kronika niedoszłych wydarzeń ukazała się w warszawskim dzienniku Kurier Poranny w roku 1926. Drukowano ją w odcinkach od dnia 1 sierpnia do 3 listopada. Później wznawiana nie była.
Wielki dzień jest powieścią — można rzec — „bliźniaczą” w stosunku do wcześniejszego o lat trzynaście Zakopanoptikonu, czyli kroniki czterdziestu dziewięciu dni deszczowych w Zakopanem. Losy obu utworów były także podobne: nie wszedłszy do zbiorowej edycji dzieł Struga, Wielki dzień został zapomniany prawie doszczętnie i pominięty nawet w wykazach bibliograficznych jego twórczości. Stało się tak nie bez woli pisarza — wszystko świadczy o tym, że nie pragnął on wznawiać swej powieści i przypominać jej czytelnikowi. Motywy takiej decyzji były zapewne częściowo te same co w wypadku Zakopanoptikonu: Wielki dzień jest również książką całkiem odmienną od pozostałej spuścizny literackiej Struga.
Istnieją jednak podstawy, aby przypuszczać, że do obiekcji tej dołączyły się zastrzeżenia innej jeszcze natury, które także powstrzymywały pisarza od powtórnej publikacji utworu. Wielki dzień jest mianowicie powieścią polityczną. Pisany w roku 1926, tuż po wypadkach majowych, zawiera dość niedwuznaczne akcenty sympatii i uznania dla Józefa Piłsudskiego. Jak wiadomo, w latach następnych — zwłaszcza po sprawie brzeskiej — stosunek Struga zarówno do samego Piłsudskiego, jak i całego obozu sanacji uległ radykalnej zmianie: pisarz znalazł się wobec nich w nieprzejednanej opozycji i wznowienie Wielkiego dnia mogłoby w tych warunkach zostać zrozumiane jako rodzaj ugodowej deklaracji politycznej. Takich łudzących gestów, które by pod znakiem wątpliwości stawiały jego credo ideowe, chciał Strug za wszelką cenę uniknąć. Najlepszym dowodem takiego stanowiska pisarza jest fakt, że odrzucił ofiarowaną mu godność akademika literatury: przyjęcie bądź co bądź urzędowego tytułu i stanowiska nosiłoby — jego zdaniem — charakter współpracy z kołami rządzącymi.
Zastrzeżenia te — a nie są one tylko hipotezą — straciły dziś swą wagę. Dlatego też wydawcy w porozumieniu z Żoną pisarza zdecydowali się mimo wszystko oddać Kronikę niedoszłych wydarzeń w ręce czytelników. Uczynili to tym śmielej, że Wielki dzień — obok Zakopanoptikonu — należy do najznakomitszych utworów Struga. Spotykamy tu ten sam co w Kronice czterdziestu dziewięciu dni deszczowych błyskotliwy humor i dowcip, tę samą fantazję i pomysłowość sytuacyjną, tę samą swobodę i rozmach narracji, tę samą nowoczesność techniki literackiej.
Wyliczenie powyższe nie wyczerpuje jeszcze pokrewieństwa obu powieści. Łączą się one ponadto wyraźnymi węzłami fabularnymi: i w jednym, i w drugim utworze miejscem akcji jest Zakopane wraz ze wszystkim! lokalnymi szczegółami; i tu, i tam obracamy się w identycznym środowisku społecznym i towarzyskim; i tu, i tam występują częściowo te same postacie. Na koniec gęsto rozsiane aluzje odsyłają raz po raz czytelnika Kroniki niedoszłych wydarzeń do poszczególnych fragmentów Zakopanoptikonu. Różny jest tylko czas akcji — w Wielkim dniu rozgrywa się ona już po pierwszej wojnie światowej, w Polsce niepodległej.
Mimo tych wszystkich podobieństw i zbieżności Kronika niedoszłych wydarzeń nie jest dalszym ciągiem Kroniki dni deszczowych. Odmienność problematyki i przebiegu akcji sprawia, że obie powieści traktować należy jako dzieła odrębne i niezależne.
Wielki dzień jest — jak już powiedzieliśmy — powieścią polityczną. Ponadto jest on jeszcze powieścią „z kluczem”. Zawarł w niej Strug satyrę na stosunki polityczne w Polsce z pierwszych lat niepodległości. Jest to satyra jak najbardziej konkretna i określona. Jej ostrze mierzy wyraźnie we wszystkie partie jawnie prawicowe i nacjonalistyczne, przede wszystkim w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Niejedna z wprowadzonych tu przez pisarza postaci jest karykaturalnym portretem tej czy innej znanej osobistości politycznej. Oryginały tych portretów — dodajmy — ukryte pod przejrzystymi kryptonimami (Dziadosz—Piłsudsski, Moch—Dmowski, Galanty—Korfanty itd.) nie mogły oczywiście pozostać tajemnicą dla ówczesnego czytelnika.
Ten najbardziej widoczny, poczęty z ducha bieżącej publicystyki zamysł satyryczny Wielkiego dnia stracił już wiele ze swej aktualności. Aby go w pełni zrozumieć, dzisiejszy odbiorca — jeśli nie korzysta z własnej pamięci — musiałby posłużyć się właśnie „kluczem” — komentarzem tak szczegółowym, że jego objętość niewiele by ustępowała objętości samej książki. Sporządzenie tego rodzaju komentarza przekracza, rzecz prosta, możliwości wydawcy.
Żywa natomiast i nie wymagająca żadnych dodatkowych objaśnień jest inna strona satyry Struga. Jest nią przedstawiony przez pisarza obraz „niedoszłych wydarzeń” — faszystowskiego zamachu stanu. Mimo całej groteskowości tego przedstawienia — a może właśnie zgodnie z nią — zawarta tu została ogromna suma wiedzy o mechanizmach społecznego działania i mechanizmach władzy. Można jedynie podziwiać fakt, że już w roku 1926 potrafił Strug tak trafnie zanalizować procesy i zjawiska społeczne, które — zarówno w samej Polsce, jak i całej Europie — wystąpiły w pełni dopiero dziesięć lat później. Łatwo też przewidzieć, że uwaga współczesnego czytelnika skupi się przede wszystkim na tych właśnie problemach powieści.
Wydania Wielkiego dnia dokonano — podobnie jak to miało miejsce w wypadku Zakopanoptikonu — na podstawie zachowanego kompletu wycinków z Kuriera Porannego, znajdującego się w posiadaniu Pani Nelly Strugowej. Na marginesach gazety oraz między wierszami tekstu znalazły się liczne poprawki i zmiany wpisane ręką Andrzeja Struga. Wszystkie te uzupełnienia autora zostały przez wydawców uwzględnione, choć nie oznaczono ich w tekście ani w przypisach. Nie oznaczono również tych fragmentów utworu, które — wobec zaginięcia kilku gazetowych odcinków powieści z kompletu autorskiego — uzupełniono na podstawie pierwodruku w czasopiśmie.
Szczególnie kłopotliwa dla wydawców była sprawa rozmieszczenia komentarzy autora. Długość niektórych z nich skłaniała raczej do przesunięcia — z przyczyn estetycznoedytorskich — na koniec książki, jednak ze względu na to, że stanowią one integralną część tekstu powieści, wiążą się ściśle z fabułą utworu i rozwijają akcję, umieszczono je u dołu kolumn, uważając, że decydujące znaczenie będą miały dla czytelnika względy nie formalne, lecz merytoryczne.
Książki nie zaopatrzono w komentarze, wyjaśnienia encyklopedyczno-słownikowe itd., pochodzące od redakcji. Sporządzenie ich w szerokim zakresie nie było — jak powiedzieliśmy — możliwe, natomiast przypisy dość ogólne i nie wyczerpujące mijałyby się w tym wypadku z celem. Redakcja ograniczyła się do przetłumaczenia zwrotów obcojęzycznych oraz dostosowała pisownię i interpunkcję tekstu do obowiązujących przepisów. Ujednolicone zostało także brzmienie nazwisk i nazw własnych nie zawsze konsekwentnie podanych przez autora.
Sprawy tu opowiedziane, zebrane według zeznań świadków i autentycznych dokumentów epoki, działy się bardzo dawno albo jeszcze wcale się nie działy i przypuszczalnie czas ich nie nastąpi nigdy. Nie jest zresztą wykluczone, że na złość nam wszystkim rozpoczną się w najbliższym czasie, może jutro. Jedno pewne — nie powtórzą się one nigdy, choć i za to nikt nie zaręczy.
Więc póki czas, należy opowiedzieć wszystko dokładnie i uczciwie. Jeżeli, na szczęście, nie działo się nic podobnego ani nikomu się o tym nie śniło, wywołajmy z nicości szczytną fikcję, która zawsze jest pewniejszą od rzeczywistości. Urojone wydarzenia i zmyśleni ludzie pozwolą nam poznać ją samą, a gdy kiedyś się okaże, że doprawdy jednak nic podobnego nie było, pocieszajmy się, że to przeminęło bez poważniejszej szkody dla normalnego biegu naszych spraw.
Pozwalamy sobie zapominać o wielu faktach, ale biada społeczeństwu, jeżeli nie zna ludzi i wydarzeń, których nigdy nie było. Przez wzgląd na potężne znaczenie rzeczy nie istniejących.
Fryzjer Ireneusz golił tego przedpołudnia już siódmego z kolei znakomitego Polaka i owego siódmego zaciął właśnie przed chwilą ku hańbie znanego wirtuozostwa w swoim zawodzie. Przepraszał go uniżenie, choć nie był winien. Ręka mu drgnęła, ale komuż by nie drgnęła, gdyby się dowiedział znienacka, że ten sam Olek Gołyszyszko, który żył dobrych kilka lat w próżniactwie i w nędzy na dalekiej Harcowni i stamtąd czynił wypady do Zakopanego, żeby nabierać kogo się dało na ile się tam dało, a nie pogardzał nawet szóstką... znikł z horyzontu, zostawiwszy wszędzie długi, drobne co prawda, ale za to w każdym sklepiku, u każdego szewca, u każdego kelnera, u każdego z niezliczonych znajomych, z którymi był na „ty”, u znajomych z widzenia, a nawet u nieznajomych, co mogło uchodzić za zwykłą żebraninę. I panu Ireneuszowi był winien coś koło pięciu koron, nie licząc przepadłej zapłaty za wielokrotne strzyżenie rozwichrzonej głowy, w której zdarzały się i wszy. Teraz był wystrojony w cudowne korty, na palcu lśnił mu ogromny brylant, w gorsie dwa mniejsze, u mankietów dwa większe...
Pan Ireneusz z początku go nie poznał, choć przy robocie przyglądał mu się podejrzliwie, raz po razu łypiąc w lustro. Ale Gołyszyszko sam się przyznał do znajomości. W toku rozmowy wspomniał od niechcenia o swojej cukrowni na Kujawach, o dyrektorstwie Banku Ogólnego Zasilenia (znana w kraju „Banoza”) i o tym, że kandydował na posła na Sejm Ustawodawczy. Tu właśnie pan Ireneusz już nie wytrzymał, albowiem Sejm był jego najwyższą dumą i chlubą, tak samo zresztą jak naszą. Pan poseł przybył, aby odwiedzić stare kąty, a zarazem zakupić tereny na Pałajdówce, gdzie ma stanąć hotel nowoczesny na tysiąc pokoi. Sam zamieszkał w pensjonacie „Murdelio” — żadnych wygód, okropna dziura... Czyż on zamarzył kiedy, żeby go puszczono bodaj za próg arystokratycznego „Murdelia”?
Poszedł, ale pan Ireneusz już nie mógł pracować. Gołyszyszko go dobił. Zostawiwszy paru klientów pomocnikowi, wyrwał się z zakładu i skoczył na drugą stronę ulicy. W odwiecznie prowizorycznej ruderze, skleconej z desek, przypominającej barak, w szeregu okien wystawowych produkowały się na pokaz oszczypki, ciupagi, kilimy, cukry, kapelusze damskie, serdaki, pocztówki. W tej rozległej budzie koncentrował się stary katolicki handel, obsiadły z pokolenia w pokolenie przez czcigodne rody patrycjuszowskie Kundlarskich, Hapaczy, Czkawków, Tandeciarów, Drzyjów i Obmańców, powiązanych ze sobą związkami krwi tudzież powikłaniem licznych małżeństw. Stary, ośmdziesięcioletni Zenobi Obmaniec, fabrykant wojłokowych pantofli, kiwał mądrą głową, słuchając Ireneusza, żonatego z jego rodzoną wnuczką, z domu Hapaczanką.
— Nie żałuj innym szczęścia, a Bóg nie pożałuje i tobie, Irku. A najlepiej temu, co poprzestał na swoim...
— Nikomu nie zazdroszczę, mam kawałek chleba i szacunek ludzki, ale serce mnie boli za tą Polskęl Jak to, taki Poszudralski, pokątny doradca z miasta Dobczyc, jest szefem departamentu? Jak to, taki Szulim Polirsztok, hiena wyborcza za cztery korony na dniówkę, przechrzcił się na Przemysława Hrajskiego i jest za pan brat z ministrami? Skąd on ma pieniądze? Na jakich świństwach się dorobił?! A lejtenant Naderspan? Niemiec zakuty, ani słowa po polsku, dekownik jakich mało, bo przez cztery lata wojny uchronił się od frontu — kradł po szpitalach i tu u nas przez całą wojnę, a teraz przyłazi mi to strzyc się jak nigdy nic — pułkownik wojsk polskich!
— A po jakiemu z tobą gadał?
— Jeszcze by tyż — trochę się poduczył, psi syn...
— A widzisz...
— Nic nie widzę. Widzę, że pierwsza lepsza szuja wychodzi u nas na ludzi, a porządny człowiek...
— Irku, nie będziesz pożądał żony bliźniego twego — to się samo przez się rozumie, ale przede wszystkim — żadnej rzeczy, która jego jest! Przykazanie boże!
— Nikomu nie zazdroszczę, ale gdybym się nie był zakopał w tej dziurze... Ot, jeszcze jeden. Wchodzi godny stary pan — moje uszanowanie panu dobrodziejowi... Przyglądam ja się — kto? Niech no dziadek zgadnie!
— No?
— Pamięta dziadzio urzędniczynę starostwa z Nowego Piargu, tytoń szwarcował przez całą wojnę i przez całą wojnę szpiclem był w A—Stelle? W osiemnastym roku, kiedy się to wydało i wyszczuli go z miasta, uciekł prosto do Warszawy...
— Żygiec?? I cóż on teraz porabia?
— Jest starostą w Dywersyszkach na kresach, na granicy bolszewickiej, ma pod sobą cały powiat. Skandal!
Patriarcha odchrząknął i pomyślał przez chwilę.
— Trzeba się cieszyć, że wszedł na dobrą drogę. Poczciwy to był człowiek.
— Co?!
— No co? Za starego rządu pilnował porządku. A bez porządku w monarchii nie wytrzymałaby Austria, nie pobiłaby Moskali i cóż by było z całą twoją Polską? I taki Żygiec ma swoją cząstkę zasługi, głupcy wygrzali go z Nowego Piargu, ale w stolicy od razu się na nim poznali i teraz dalej robi swoje, pilnuje porządku. Nie tobie, szczeniaku, sądzić o racji stanu, idź golić, ruszaj, pilnuj interesu!
— Dzień dobry panu Obmańcowi... Co też mi się przed chwilą wydarzyło — jeszcze się cała trzęsę... Jak się masz, Ireńciu! Dopiero co była u mnie Milka, wiecie, ta od Brajbisza... Wielka pani! Kupiła dwa najdroższe kapelusze, pół tuzina czysto jedwabnych pończoch i żeby się choć trochę potargowała, żeby się bodaj skrzywiła! Ma pełną torebkę tysiącmarkówek i dolary. Taka Milka-kelnerka, co z każdym pierwszym lepszym za dwadzieścia koron... Ale to nic! Wczoraj kupiła „Pęcakówkę”! Akt u rejenta w Nowym Piargu — siedem tysięcy dolarów! Słyszane rzeczy? Idzie wagon mebli, fortepiany, dywany, obrazy — „Pęcakówkę” już przerobiła w hipotece na jakąś „Miramarę”. Ale to jeszcze nic! Ma prawdziwego, najślubniejszego męża, milionera z Ameryki, nazwiskiem Drałas. Właśnie ten sam Drałas, co w zeszłym roku kupił w Krakowie całą ulicę Pętliczki i gazetę Nowe Nowiny, a potem trzy miesiące siedział na Montelupich i puścili go. Słyszycie? No i co? No i co?...
Pani Kundlarska dyszała ciężko, zrobiła się czerwona jak haltsygnał, była przerażona, zachwycona, oburzona. Przez chwilę milczeli wszyscy troje.
— Niech się Polska dźwiga — zaczął patriarcha. — Moja pani Kundlarska, co pani szkodzi, że taka Milka wyszła na ludzi za łaską Opatrzności? Kto sam bez grzechu, niech rzuci kamieniem, owszem, ale strzeżmy się zawiści...
— To się cioci opłaciło być porządną kobietą i wierną żoną, a harować w magazynie... cha-cha-chal... — wybuchnął demonicznie Ireneusz. Wypadł ze sklepu i trzasnął drzwiami, aż spadła tabliczka z napisem: „Sklep Chrześcijański. Ceny stałe”.
— Takem zgłupiała, powiem panu, żem jej policzyła zwyczajnie, jak każdemu. Tego nigdy nie odżałuję... Takich trza drzeć, trza drzeć...
— Teraz pani powiedziała mądrze. To nasze słuszne prawo. Ile to się ludzi zbogaciło!
— Jeszcze nigdy gość tak nie sypał pieniędzmi jak w ten sezon.
— Polska się dźwiga. Już po pensjonatach w tym tygodniu ceny skoczyły o połowę — oto co znaczy organizacja! A pani jak sobie myśli?
— Trochę tam podniosłam i myślę jeszcze, ale taka już moja branża — boję się Żydów.
— Zakała rodu ludzkiego. Napuścili tego do gmin jak robactwa. Wójt boi się Żydów, komisarz się boi, starostwo się boi...
— Wszyscy przekupieni. W poniedziałek wójt znowu kupił parę koni, a komisarz wczoraj publicznie pił piwo u Brajbisza z Kopciukierem i kto wie, może już ubili sprawę. Taki żydowski „Bazar Centralny” do roku zje nas wszystkich... Pójdziemy z torbami, panie Obmaniec...
— Pani Kundlarska, ja tam już tego nie dożyję.
— Ale ja?
Rozstali się w smutku. Starzec stęknął i zaczął poprawiać ceny. Na haftowanych pantofelkach o pięćdziesiąt procent wyżej, na prostych o trzydzieści. Na wyrzynanych pudełkach, na koziczkach, na szarotkach, na ramka h, na Sabałach o siedemdziesiąt pięć. Westchnął. Z trudem przykucnął, podniósł tabliczkę i zawiesił ją z powrotem w oszklonych drzwiach — „Sklep Chrześcijański. Ceny stałe”. Stanął we drzwiach i przez szybę zagapił się na ulicę.
Na Człapówkach roiło się od ludzi. Były to pierwsze dnie lipca i goście napływali nawałą, każdym pociągiem. Ileż to sezonów zapamiętał stary Obmaniec, świadek narodzin, dźwigania się, rozwoju i wreszcie, po wojnie, gwałtownego, amerykańskiego rozkwitu rodzinnego miasta. Wspominał stare czasy, kiedy był młody i po niedzielach latał na Piwont i do Czarnego Stawu. Kiedy nie było kolei, nie było nawet cesarki, a na Człapówkach precz jeszcze stały chałupy, górale byli tu jak u siebie w domu, a po chleb, po świece, po tytoń i po resztę trza było posyłać do Nowego Piargu. Wspominał pana doktora Chałubińskiego w serdaku i w słomianym kapeluszu i pierwszych gości, co przyjeżdżali furkami aż z Krakowa. Potem dojeżdżali koleją aż do Charówki, a wreszcie — wielki dzień: dotarł tu pierwszy pociąg z lokomotywą przystrojoną zielenią i czarno-żółtymi chorągiewkami, wioząc znakomitych gości i samego pana sektionschefa kolei z Wiednia, pana hofrata Putzfrala, który po uroczystym obiedzie w zakładzie doktora Mamca raczył pofatygować się osobiście i pieszo na Człapówki i zakupił w jego skromnym sklepiku parę pantofli i fujarkę. Ach, i to było już tak dawno... A potem wojna światowa... Nocne odgłosy ciężkich dział od Dukli... Zastój w handlu, głód, nędza; jedynie pokątne spekulacje tytoniem i kaszą dawały możność przetrwania... Żałobny dzień listopada, gdy przyszła wieść o śmierci starego monarchy, ojca ludów, jedynego opiekuna Polaków... Portret z nieśmiertelnymi bokobrodami wisi dotąd w jego sypialni i zostanie tam do dnia jego niedalekiego pogrzebu, ale co się stanie potem z czcigodnym obrazem przeszłości? Wyrzucą go synkowie, wnuki i prawnuki, niebaczni na to, że Polska Polską, a wdzięczność wdzięcznością... Młode pokolenie...
Zalewało ono Człapówki. Dla Obmańca nawet siwi panowie i roztyłe matrony była to niedowarzona młodzież. Cóż dopiero reszta... Przyglądał się tegorocznym gościom. Sezon zapowiadał się dobrze. Od razu znać było, że tym razem przeważała publika dobrze odziana i zadzierająca łba do góry. Gadało to głośno, było zdrowe i wesołe. Pannice z wygolonymi szyjami i ramionami, w sukienkach po kolana, lekkich, prześwitujących w słońcu na wskroś, aż do dalszych tajemnic, opalone, rozwydrzone, ciągnęły za sobą gromady chłopaków. Zawsze tak było i Obmaniec bynajmniej tego nie potępiał, ale w tym roku wyglądało to jakoś trochę zanadto... Brak było uroku dawnej elegancji, półuśmieszków, mizdrzenia się, ukradkowych spojrzeń — wszystko wydawało mu się zbyt jawnogrzeszne i obnażone. Chłopaki były bezczelne, to by jeszcze zupełnie uszło, ale panniochy były o wiele gorsze. Jeżeli kobieta zaczyna sobie tak poczynać, cóż się dziwić, że mężczyzna się rwie, żeby od razu rzecz kończyć? A te „dancygi”... I tu one przyszły, w zeszłym roku był jeden, a w tym od razu cztery...
Publika wydała mu się tym razem jeszcze ordynarniejsza, gadało to za głośno, ruszało się niezdarnie, gęby były proste, nieszlacheckie, damy w modnych kusych ubraniach wyglądały na przebrane kucharki, ileż było zadartonosych, grubonogich, przysadzistych, pokracznych...
— Nowe państwo, paskarze, czarna giełda, złodzieje grosza publicznego i prywatnego... Dostawcy butów dla armii na papierzanych podeszwach, fabrykanci ersatzów, ukrywacze cukru, truciciele, łapownicy, szelmy...
Stary mamrotał, wyrzekał, klął w duszy i pomstował, a jednak coś mu się w tych ludziach podobało. W każdym razie byli mu bliżsi, serdeczniejsi niż taki pan z panów, pan hrabia Menderzycki, który ze spokojną godnością porusza się w tym tłumie, jakby nie widział tej całej hołoty, idzie, jakby ich tu zgoła nie było. Minął czas hrabiów...
Nastał czas zbogaconych chamów... No — i Żydów. Wczoraj Kazik Tandeciara liczył z ojcowskiego sklepu Żydów na Człapówkach od godziny trzeciej do siódmej po południu — na stu przechodniów wypadało ich sześćdziesięciu pięciu. Ale na pięćdziesięciu przejeżdżających fiakrów przypadało czterdziestu, którzy wozili Żydów. Czyli Żyd tegoroczny jest grubo bogatszy od polskiego gościa. Co więcej, jest hojniejszy, nie liczy się z groszem, mniej sobie żałuje, rozbija się. Wszyscy w Zakopanem wyrzekają na nigdy niesłychane bezczelne rozbijanie się żydostwa w tym sezonie. Dawniej Żyd się nie pchał pod Tatry, a jeżeli się pokazał, siedział jak mysz pod miotłą i chodził na palcach. Ale jakoś od zeszłego roku...
Ale teraz była to prawdziwa plaga, polski gość był oburzony, każdy klął, po paru dniach pakował się i ruszał z zapaskudzonego miejsca. Zarzekał się, że noga jego nie postanie tu więcej. Klął i zostawał. Wybierał się do Krynicy, gdzie było znacznie gorzej, i wracał. Wyjeżdżał do Jaremcza, do Tatarowa, do Worochty i nie ruszał się z miejsca, bo tam już byli sami Żydzi. Wzbierała nienawiść, jawnie rozlegały się straszne pogróżki, co chwila wybuchały awantury. Czyż niepodległa Polska koniecznie ma być żydowska?
Stary Obmaniec kiwał głową patrząc na ulicę, mruczał pod nosem, wzdychał, szydził, klął, wreszcie niechcący, myśląc o czymś zupełnie innym, westchnął: — Matko Boska, Królowo Anielska! — i odczepił tabliczkę z napisem: „Sklep Chrześcijański”, i wsadził ją głęboko za szafę.
Pchełka jest wieczny. To serce Zakopanego od niezliczonych lat bije niestrudzonym tętnem, nadając rytm i miarę wszystkiemu, co żyje pod Tatrami. Nie było pod Tatrami, nie ma i nie będzie sprawy, która nie urodziłaby się i nie odchowała w jego murach, pod jego dachem. Nie było i nie będzie takiego okresu dziejowego ani prądu ideowego, ani zagadnienia, ani sporu, ani odkrycia, ani plotki, ani skandalu, które śmiałyby się obyć bez Pchełki.
A choć założyciel i prarodzic historycznej knajpy, imć Herakliusz Pchełka, dawno już stoi za bufetem niebieskim i sławetny zakład przeszedł w dziesiąte ręce, a nawet przeniósł się do nowozbudowanego gmachu przy zbiegu ulicy Marchołtowskiej i Człapówek, zawsze jest on dla nas i pozostanie — jako był — Pchełką, co w języku serca znaczy — miejsce jedyne.
Oto stolik pod oknem, przy którym w przededniu wielkiej wojny grywali w szachy wielki, a dziś już zmarły poeta Sajtafernes z samym Dziadoszem, który oby nam żył wieczniel... Tu w kącie na pluszowo zielonej kanapie, dziś już wypełzłej i oblazłej do białości, siadywali: ogromny pisarz Firlejusz, Sybirko pisarz wielki, Dogniłek pisarz duży, Butelecki pisarz spory, Języczkiewicz pisarz średni, a z nimi na szarym końcu, z ich pańskiej łaski, Tłuk pisarz mały. Obok na kanapie pod płótnem Mirmidaja Kobieta z dynią siadywała wielka artystka, rudowłosa Przesolińska, ze wspaniałą panią secundo voto Stokilową, wdową po przedwcześnie zgasłym mecenasie Giewoncie, w towarzystwie najwybitniejszych aktorów, malarzy, polityków, poetów oraz każdego, który się przysiadł. Pod oknem przy małym stoliczku, zawsze samotny i odgrodzony od świata gazetą, wysiadywał uparcie swoje czarne godziny Odo Trucicielczyk, człowiek wszechstronnie i bezdennie utalentowany, który zaciął się i od lat trzydziestu nic nie napisał, śmiertelnie obrażony na literaturę polską, począwszy od Reja i Kochanowskiego, a skończywszy na futurystach w wieku szczenięcym, Babichlebcu i Dadaju, oraz na przyjść mających synach ich przyszłych synów. Tu rozkraczony przed bufetem wypijał i wypija nadal niezliczone wódki trwając godzinami na posterunku znany malarz religijny (żeby trudniej było zgadnąć), Bluźniewierski, rozprawiając na stojączkę o sztuce z krytykiem muzycznym Głuchoniemcem, który pił wyłącznie piwo omaszczone arcyksiążęcym porterem żywieckim. Tu w samych drzwiach filolog Kluch i matematyk Łazanka pobili się o to, kto z nich jest świnią, jeżeli w szeroko znanym taternicko-sportowym zatargu Kierdelmana z Hakmayerem o pierwsze wejście na Wielbłądzie Ucho pierwszy z nich utrzymywał i podtrzymywał uparcie, że...
Ach, jakieście wy już stare, wy młode czasy...
Oto trzy zrujnowane kanapy na werandzie, rozdzielone donicami pełnymi kurzu, w których sterczały suche badyle po niewiadomych krzewach... Od samego początku wielkiej wojny światowej przez całe cztery ciężkie lata siedzieli tam bez przerwy, czuwając i żując Głos Narodu, przyjaciele Rosji i Ententy — naprzeciwko wejścia. Na prawo starzeli się, czekając na wypowiedzenie się państw centralnych, enkaenowcy i cierpliwie ssali komiśne c.k. mleko z wymienia wielkiego Srokulasa (Nowa Reforma). Na lewo podrastali przez cztery lata niepodległościowcy, którzy żyli wiarą i nigdy nic nie czytali. Stoliki te związane były wzajemną pogardą i nienawiścią, potężniejszymi niż sama niepodległość, którą nareszcie wysiedzieli, aż przyszła...
Wszystko to miał w pamięci — i niezliczonych ludzi, i długie czasy — jedyny człowiek na świecie; był to wierny kapłan tej świątyni, dziś już dobrze podstarzały, kelner — pan Franc. Patrzy na tych nowych gości i obserwuje, i podsłuchuje, a co sobie myśli — któż wie? Lata po przepełnionej sali, robi swoje tak samo teraz jak za czasów, kiedy doktor Senes był młody, kiedy nie było jeszcze kolei ani sanatorium, ani poczty, ani Marchołtowskiej ulicy, a on terminował za piccola i stary Pchełka, gdy bywał w gorszym humorze, walił go kluczem po łbie...
— A, to kochany pan!
— Kochany?! Co to znaczy „kochany”? Do kogo pan to mówisz?!
— Panie Olek, nie rób pan głupiego — widzę, że się panu dobrze powodzi, więc i ja się cieszę...
— Słyszane rzeczy!
Pan dyrektor Gołyszyszko wypadł z roli. Nie mógł się przecie zapierać dłużej. Poczciwe w gruncie serce otwarło się w nim niebacznie i już się nie mogło domknąć. Przez nie domkniętą szparę jak gaz obezwładniający wsunęły się natychmiast stare wspomnienia, a z nimi kelner Franc.
— Miło mi pana widzieć.
— Ach, stare, dobre czasy...
— Jak dla kogo dobre, ja wolę to, co teraz.
— Cha-cha-cha... Winszuję, winszuję!
— A pan wciąż u Pchełki?
— Od pół roku jestem z powrotem. Byłem na włoskim froncie i raniony pod Piave, i z dużym srebrnym medalem.
— A, powinszować!
— Dziękuję. Trzymałem bufet na stacji w Rzerząciu i wpadłem po same uszy, potem próbowałem tu własny interesik i wpakowałem się z głową, zarwałem jednego lichwiarza, który na mnie postawił, i paru porządnych ludzi, których żałuję. Co ja mam długów! No, i z powrotem do mego psiego fachu na dożywotnią katorgę. Co tam ja nie ma o czym gadać... A pan szanowny?
— Jako tako, jako tako.
Franc umierał z ciekawości. Dyrektor bąkał od niechcenia to i owo ze swojej kolosalnej kariery, Franc wyłupiał coraz szerzej oczy. Rozdziawił gębę i zapamiętał się w ekstazie, jak gdyby stanął w obliczu cudu. Na próżno goście na werandzie dzwonili na niego łyżeczkami. Nie mógł się oderwać. Spytany mimochodem, ile też wynoszą te jego długi, Franc z rozpaczą graniczącą niemal z dumą wymówił straszliwą cyfrę, a dyrektor ze smutkiem pokiwał głową.
— No, pogadaliśmy, ale na mnie czas. Co też ja płacę, kochany panie Franc?
— Była herbatka i dwa ciasteczka — wszystkiego dziewięćdziesiąt sześć mareczek.
— Nie mam drobnych, więc niech będzie między nami po dawnemu, na rachuneczek... Jak się tam coś uzbiera, zapłacę od razu... Ale a conto tamtego sprzed wojny mogę panu coś zaliczyć...
Gołyszyszko dopił resztki herbaty i wyjął podłużny bloczek. Odkręcił złote pióro i nagryzmolił parę słów. Wyrwał kartkę, podał kelnerowi, wstał i dobrodusznie kiwnął mu głową.
Natychmiast przed werandą zadygotała wspaniała maszyna, która niepostrzeżenie zajechała była i teraz ozwawszy się, zwróciła powszechną uwagę. Dyrektor wsiadł. Klapnęły lśniące drzwiczki, motor zawarczał, wypuścił gęstą chmurę dymu i ruszył pędem. Franc stał osłupiały, smrodliwy dym wydał mu się niebiańskim kadzidłem. Podłoga wyginała mu się pod nogami, więc dreptał na miejscu i zataczał się. Przy samych oczach trzymał mały papierek, ale jeszcze nie mógł się doliczyć wszystkich zer — nie, to był sen...
Jak widziadło przemknął się dawny, obdarty, zdychający z głodu Olek z Harcowni, którego dożywiał z litości porcyjkami wykradanymi z kuchni i zasilał papierosami, a w zamian otrzymywał czasami do przeczytania ustęp z rękopisu powieści pod tytułem Podwójne życie ojca Dudosza, pisanej ołówkiem na papierze do owijania ciastek z firmą: „Pchełka — Zakład Pierwszorzędny — Cukry i słodycze”. Przewinęła się postać doktora czarnej magii, profesora Trupiłły, i jego medium, hrabianki Zyty Chędoża-Jaszczomirskiei, i sprawa skarbów pod Szafranczykowym Upłazem. i straszliwe urywki z kroniki mnicha Dudosza... Dawno zapomniane dzieło rozwarło się przed nim jak morze, zatapiał się w fantastycznej opowieści i wymknął się sam sobie.
Wywołał go dopiero na świat boży sam pryncypał zionąc mu w ucho bezecnymi klątwami. Franc ocknął się — goście dzwonili łyżeczkami, walili ciupagami o kamienną podłogę.
— Pies pana... panie Pchełka! Niedoczekanie pańskie, żebym ja tu na pana harował... Do diabła z pańską zapowietrzoną budą! Możesz mnie pan na pożegnanie... Zaczynam nowe życie!
I nie zabrawszy z zakładu nawet kapelusza, z gołą głową, wprost jak stał, wierzgając nogami w takt one-stepa Koh-I-Noor, wygrywanego właśnie przez kwartet czterech braci czeskich, Dmuchalów, ruszył prosto do „Batruza” (Bank Trudu i Zachodu).
W głównym salonie, pod wieczną palmą, w zacisznym kącie, gdzie od kilkunastu lat wisi wystawiony na sprzedaż obraz malarza miejscowego Gnębisza Nimfy i fauny w Drabiniastej Dolinie1 redaktor Urwilewski po dwugodzinnej gadaninie przeplatanej demonicznym szeptaniem przekonał nareszcie pułkownika Naderspana, że rozpaczliwy stan obecny w Polsce nie da się utrzymać i nie da się przeczekać, że groźne niebezpieczeństwo bolszewickiego pożaru, ośmiogodzinny dzień roboczy, reforma rolna, szalony spadek marki, korupcja, rozmyślny bezrząd masońskiego gabinetu i knowania lewicowe nurtują niewidocznie a skutecznie i z dnia na dzień, a jak obecnie już z minuty na minutę, podmywają zrąb Rzeczypospolitej. Wszystko wisi na włosku i jedyna rada, jedyne zbawienie — wydać walną, nieubłaganą bitwę wszechnikczemności. Dość jałowych polemik, dość bezsilnego ujadania, czas dobyć broni, a krew przelana niech spadnie na człowieka, który jest przekleństwem narodu. Więc nie zwlekając...
— Panie pułkowniku, zwycięstwo jest zapewnione — przemówił spokojnym basem poseł Piach, który przez cały czas rozmowy siedział w milczeniu pełnym autorytetu.
— Wojsko jest po naszej stronie.
Biedny pułkownik poglądał w popłochu to na jednego, to na drugiego. Jeszcze się bał. Jeszcze mu w tym wszystkim czegoś brakowało — ach, właśnie najważniejszego... Żaden się o tym ani nie zająknął, a jakże tu było zapytać?... Więc milczał i myślał: „Co robić? Co tu robić? Heilige Mutter Gottes hilf!... Nic nie rozumiem... Der Teufel hole euer Polen...”
Poseł Piach zdawał się czytać w jego myślach.
— Panie pułkowniku, główna przeszkoda będzie usunięta w odpowiedniej chwili. Od tego przecież zaczynamy. No?
Pułkownik Naderspan odetchnął głęboko. Ogromna, ciężka zmora zsunęła mu się z karku. Nie odezwał się jeszcze ani jednym słowem, ale dawny strach znacznie zelżał, a poczynał się już zupełnie nowy. Ach, w tej trudnej, powikłanej Polsce o każdej porze trzeba wiedzieć, kogo się bać! Man darf sich nicht irren. Poseł Piach spojrzał mu prosto w oczy. Zimny błysk tych okularów przecinał ostatnie wahania. Tu nie wolno się było spóźnić ani o jedną sekundę. Ani o jedną — sage und schreibel Wstał, wyprostował się i dość nikło brzdąknął ostrogami.
— Panowie, jako żołnierz bis auf die Knochen nie umiem mówić. Co tu dużo gadać, jeżeli Polska mnie potrzebuje, znam tylko jedno słowo — rozkaz!
— Siadaj, generale — odezwał się z naciskiem poseł Piach.
— Wedle naszego programu pan poseł obejmuje Ministerium Spraw Wojskowych — zauważył półgłosem redaktor Urwilewski.
Pułkownik wstał ponownie i ponownie trzasnął piętami, za tym razem ostrogi brzękły pełnym tonem, radośnie i dźwięcznie.
Na olbrzymiej werandzie hotelu Knurowicza, dość pustej o tej porze, gdyż zapowiedziany wielkimi afiszami jazzband murzyński znad jeziora Sadza nie przybył jeszcze, zatrzymany na granicy z powodu protestu związku zawodowego Murzynów warszawskich, obywateli polskich — grono osób dobrej woli otaczało zwartym kołem okrągły stolik. Nie było dla wszystkich miejsca, panowie stali, pochyleni do środka, zakrywając plecami wszystko, co się działo. Wszyscy mówili od razu, radzili, spierali się, choć w całym zgromadzeniu jeden tylko Gęgulicz, taternik, mówił po angielsku. Gęgulicz miał prawdziwe urwanie głowy, każdy mu kazał tłumaczyć swoje argumenty, na wyścigi sypało się mnóstwo pytań, rad, spostrzeżeń.
Miss Kulfon uśmiechała się wielkimi zębami i potrząsała kapeluszem z zielonymi dyndadłami w uprzejmej, ale stanowczej odmowie. Bełkotała w głębi chudej grdyki dźwięki głucho-gołębie, niezrozumiałe dla samego tłumacza, i zawzięcie pisała w długim, wąskim notatniku.
Szło tu o zatrzymanie miss Kulfon jeszcze na jeden dzień, gdyż uporczywa niepogoda nie dała jej ujrzeć gór w całym ich przepychu. Wczorajsza popołudniowa wycieczka samochodem do Morskiego Oka była jednym nieprzerwanym, z szatańską logiką przeprowadzonym skandalem.
Na stawie murem leżała mgła, miss udławiła się ością pstrąga, który zresztą, jak się później okazało, był do gruntu zepsuty. W drodze powrotnej nad wodogrzmotami pijany szofer wjechał w las i hrabia Czop, jedyny człowiek w Polsce o kulturze angielskiej, złamał dwa żebra. Rozpalono ognisko (very interesting!), które niebawem zgasił deszcz. Po omacku, w nieprzebitym mroku, który rozdzierał po trosze swymi jękami ranny hrabia, spuszczano się w dół ku schronisku, jak się okazało, zapchanemu do absolutnej ostateczności. Zanim specjalnie attaszowany nieurzędowo przy znakomitej podróżnicy młodszy referent wydziału prasowego Ministerium Spraw Zagranicznych, pan doktor Gawronek, skamłaniem, klękaniem, zaklęciami w imię Polski tudzież postrachem władzy zdołał wyżebrać dla rozbitków kawałek podłogi i kilka gałązek cetyny; zgnębiony Gęgulicz bawił miss, jak umiał. Wskazywał jej robaczki świętojańskie, na które miss odpowiedziała, że nad Saraputrą dochodzą one do wielkości chrabąszczy, a w lasach Buna nad Nigrem tak świecą, że mieszkańcy nocami w największym gąszczu czytają gazety. Źle!
Opowiedział o lawinie, która w to właśnie miejsce zsunęła się kiedyś z Wołoszyna i zmiotła pasmo lasu tudzież pogięła niezmiernie mocną żelazną barierę na szosie. Miss Kulfon wspomniała o lawinie na Hikairo-Top, która w jej oczach starła z powierzchni ziemi hotel górski pełen milionerów i pożarła w dolinie trzy miasta i siedemdziesiąt wsi. Źle!
Zainteresował ją dopiero żętycą jako napojem narodowym górskim, mającym cudowne własności regulujące żołądek. Ponieważ Angielka czuła się już trochę niedobrze, wychyliła chciwie błogosławioną ciecz ze stylowego rzezanego czerpaka (very interesting!), który Gęgulicz natychmiast ofiarował jej na pamiątkę. Żętyca smakowała bardzo — very refreshing...
Na to słowo tylko czekał polski pstrąg, przyczajony w angielskim żołądku, gdyż znakomita globtrotterka zagulgotała, chwyciła się oburącz za lornetkę wiszącą na rzemyku w okolicach dołka i skoczyła ze schodków ganka wprost w ziejące ciemności, na srogi deszcz.
I tak dalej, przez całą noc (ileż razy), a do tego pchły... Wycieczka ta zaćmiła efekt przedwczorajszych tańców góralskich i pięciogodzinnego wykładu profesora Łysołaja o górach, pokazywanych na mapie plastycznej w tłumaczeniu Gęgulicza, co podróżnica zniosła z charakterem właściwym jej rasie. Przez cały czas otaczało ją wybrane towarzystwo z „Murdelia” i z nowootwartego palace-hotelu „Cykorianum”, gdzie zamieszkiwała na koszt powołanego ad hoc Komitetu Przyjęcia. Wieczory spędzano w dancingu Pchełki lub w dancingu kawiarni „Parmeńskiej”, gdzie na pastwę znakomitego gościa oddawano najpiękniejszych tancerzy. Lolo Uściski, Kazio Oklaski oraz zawodowy tancerz (za darmo!), sam pan Stanisław Tyłonożec, na zmianę do późnej nocy obracali i przytulali, i wykręcali obrzydłego grzmota, pocąc się dla Polski. Była na wyświetleniu kinoobrazu patriotycznego wytwórni warszawskiej „Chryjopol”, pod tytułem Przodownik Tapir. Dalej lekarz klimatyczny doktor Wrzepicki bawił ją statystyką gruźlicy, czerwonki i mało znanej choroby górskiej, objawiającej się ostrą manią fabularną, która na nizinach występuje w nader złagodzonej formie oszczerstwa i zwyczajnych plotek. Centralny muzeolog miejscowy, dyrektor Bryka-Bracki, oprowadzał ją po wszystkich zbiorach górskich; była w „Sabałovianum”, gdzie we wzorowym porządku złożone są prastare legendy tatrzańskie, baśnie i przysłowia, a poeta Tatr, Gwizdal, recytował niektóre z własnych utworów. Była w oddziale oszczypków i mamałyg w Muzeum Szkolarstwa Tatrzańskiego, które jej żywo przypomniało twórczość Trabuków, plemienia Dolnej Megerii, które w czasach jej młodości chodziło jeszcze na czworakach, a obecnie, pod działaniem misjonarzy brytyjskich, chodzi już na trojakach. Poznała olbrzymie plany regulacyjne Zakopanego, które rozłożył przed nią na podłodze sam dyrektor regulacyjny, pan Baczewski. Olśniona kolosalnymi zamiarami, przyznała się, że dopiero teraz uwierzyła w Polskę. Wówczas wystąpił profesor Łysołaj, historiograf gór, członek Akademii Pińskiej i zasłużony badacz rozjemstw granicznych średniowiecza, przekonał upartą Angielkę na mapach i dokumentach, że Czesi nigdy nie mieli prawa...
Obdarzono ją mnóstwem stylowych ramek, pudełek i igielników. Komendant „Pogruchotu” (Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe), baron Kneipenheim, który w chwilach wolnych od śledzenia i chwytania zaginionych chętnie oddaje się fotografii, ofiarował jej zbiór własnoręcznych zdjęć z najgroźniejszych wypraw lodowcowych i z ciekawszych wnętrz zakładów kulinarnych, Brajbisza, Pchełki i Rozmaryna, w gustownej teczce ze skórek pomarańczowych, wykonanej w znanych warsztatach zdobniczych pani Youly.
Pocił się koło niej, kto i jak mógł, ale Angielka była niezmordowana. Pilnie badała każdą rzecz, wydając co chwila gardłowe okrzyki podziwu i zastenografując wszystko w swoim wielkim notatniku. Ogólne jej wrażenie było wyborne, jej książka o Polsce miała przysporzyć nam sławy, urobić oporną opinię anglosaską, ułatwić sojusze, torować drogę tak pożądanym kredytom — gdy wczorajszy fatalny dzień zatarł najmilsze wrażenia i podał w wątpliwość tak olbrzymie ewentualne, czyli najpewniejsze a nie dające się obliczyć rezultaty ogólnopolityczne, kulturalne, moralne i wiele innych, pochodnych i konsekwentnie wynikowych. Kobieta jest kobietą, tym bardziej stara panna, a do tego tak wyjątkowo szpetna. Jej uprzejmość całodzisiejsza była wyraźnie robiona, w kątach ust wypełzała złośliwość, oczy taiły w sobie jakieś groźby, w gdakaniu jej wystąpiła drewniana oschłość. Trzymała się jako tako po sześciu proszkach „zapartolinu” magistra Trutkonia, a doktor Szczot ręczył za nią, że tak zaopatrzona dojedzie do samego Londynu bez żadnej potrzeby. Ale humor i pogoda przepadły.
Jak na złość od samego rana pogoda była bajeczna. Jedno spojrzenie na Morskie Oko uratowałoby sytuację. Namawiano ją, błagano, sam wielki poeta Balthazar, starzec po śniadaniu nieco zakropiony, ukląkł przed czupiradłem i prosił rzewnie, ale ona poglądała tylko co chwila na zegarek zawieszony na kościstym knykciu i coraz mocniej trząchała głową. Czekała tylko na pociąg. Samochód mecenasa Hatłamajskiego warczał przed kawiarnią, a w nim walizki miss Kulfon i prezenty polskie.
Dość było wsiąść i ruszyć, a za dwie godziny byłaby z powrotem — pociąg tak zwany pospieszny z łatwością dałoby się dogonić w Chabówce, a jak nie, to w Suchej, a jak nie, to w Mokrej, a nie, to — do diabła — w Krakowie; mecenas gotów był na wszystko...
Odciągnął od stolika dwóch panów i zaczął natarczywie szeptać a odgrażać się.
— Żeby gromy biły i pioruny strzelały, ona musi zobaczyć Morskie Oko. Co jej u nas zaimponuje? To jedno... Co zatrze wczorajszy skandal? Tylko to!
Jego odważna, męska myśl, jego szybka decyzja zapaliła obu safandułów.
Miss wstała i rozdawała shakehandy na prawo, na lewo i dokoła. Do samochodu wsiadł profesor Łysołaj, Gęgulicz i pani Zadarlecka w imieniu kobiet zakopiańskich, a prowadził sam Hatłamajski. Reszta towarzystwa, niewtajemniczona, podrałowała na dworzec piechotą. Samochód zaś z Marchołtowskiej skręcił przed samym dworcem na prawo i parł z szybkością ośmdziesięciu kilometrów...
Na tarasie „Cykorianum” w głębokich trzcinowych fotelach siedzieli obok siebie trzej panowie w średnim wieku, nieskazitelnie ubrani, nieskazitelnie wygoleni i milczeli z najwyższą dystynkcją, a zdawali się na coś oczekiwać. Jeden czytał gazetę, drugi uporczywie śledził za łyskaniem gołych nóżek hrabianeczki Wici biegającej po dolnym tarasie, trzeci patrzał na jej bonę, mademoiselle Génisse, a po trosze na malowniczo rozściełającą się dolinę Zakopanego. Chwilami trzej panowie rzucali na siebie szybkie spojrzenia. Dwaj już fajtali ze zdenerwowania prawą nogą założoną na lewą — obie w białych flanelowych spodniach zaprasowanych na ostry kant. Trzeci, pogrążony w gazecie, po chwili zaczął tak samo.
Znowu spojrzeli po sobie, gdyż od strony potrójnych drzwi prowadzących z sali jadalnej na taras usłyszeli szybkie kroki. Na taras weszła szybko, niemal wbiegła, młoda para i wsparłszy się opodal na parapecie, zaczęła ożywioną rozmowę świeżymi, dźwięcznymi głosami, ale w dziwnym języku. Oczywiście zachwycali się widokiem, który był przepiękny, ale młoda dama była zbyt czarna, miała za okrągłe oczy, a młody człowiek w prześlicznie skrojonym ubraniu sportowym okazywał na tle błękitu nieba zbyt manifestacyjny profil.
Trzej panowie porozumieli się oczami pełnymi zdumienia.
— Żargon na tarasie „Cykorianum”!
— Jesteśmy oszukani!...
— Cicho, Żydy! — krzyknął zza gazety trzeci pan.
Młoda para, zajęta ustawianiem aparatu fotograficznego, nie zwróciła na to żadnej uwagi.
— Mój drogi, poproś tu do nas pana dyrektora, tylko natychmiast, rozumiesz?
Lokaj skłonił się i wybiegł.
Na taras wtoczył się gruby stary pan i jeszcze grubsza jejmość. Pan był w długim starożytnym tużurku do kolan, pani w kusej bordo sukni bez rękawów, z obnażonymi czerwonymi ramionami, potężnymi jak szynki. Stąpała szeroko, kaczym chodem polskiej matrony, mocno stawiając grube, słupiaste łydy. Stanęli u balustrady i patrzyli. Nagle drgnęli trzej panowie. Jegomość przemówił, ale tak donośnie, jakby chciał, żeby go usłyszano na Osobistej — siedemnaście kilometrów w linii powietrznej. Jednak poczciwiec ten mówił właściwie niejako do samego siebie — po prostu był zachwycony.
— No, to rozumiem! To dopiero rozumiem! Niech mnie cholera zatłucze, jeżelim się czegoś podobnego spodziewał — góry! Cha-cha-cha! Prawdziwe góry! Co, stara? Cha-cha-cha-cha...
Potęga jego głosu przeraziła trzech panów. Prostactwo tej pary tworzyło brudną plamę na nieskazitelności wspaniałego hotelu i na majestacie krajobrazu.
— Ciesz się, ciesz, dobrze nas tu obedrą za tą zakazaną elegancję...
— Niech drą, bo to mnie nie stać?
Mama z trudem przegięła się w tył i patrząc ku górnym piętrom zapiszczała cienkim i hartownym rodzajem sopranu, jaki przenika przez najgrubsze mury:
— Antosiu!!!
Środkowy z trzech panów syknął i demonstracyjnie zasłonił sobie uszy.
— An-tosiu!!!
— A co?!
— Zaraz mi wytrzepiesz ubranie z drogi! Poduszki, kołdry przewietrzyć!! Całą pościel na balkon! Przeszukaj dobrze materace, na pewno są pluskwy!
Żydowska para uśmiechała się dyskretnie. Stary, wysoki, chudy pan w długim, ogoniastym żakiecie, przechadzający się samotnie po tarasie sztywnymi, bocianimi krokami, przystanął i skarcił wrzeszczącą jejmość biczem wejrzenia spoza wielkich amerykańskich okularów. Wydarła go z przedobiednich rozpamiętywań. Były członek byłej Izby Panów, uczony ekonomista, który w ciągu lat dwudziestu pięciu w wykładach swoich zwalczał Marksa, aż go wreszcie dobił, autor głośnego dzieła Raczej nigdy! i epokowej broszury A co potem?, szambelan papieski i szambelan cesarskiego dworu, zażyły ze zmarłym monarchą, kawaler wielkiej wstęgi orderu divide et impera i kotwicy świętego Eneasza, hrabia Honoracy Pościług, codziennie systematycznie pracował nad swymi pamiętnikami. Przed obiadem rozmyślał, przetrawiał, po obiedzie spisywał swoją wielką przeszłość, nie szczędząc pouczeń i niezliczonych przytyków tej niepodległej Polsce i jej, pożal się Boże, domorosłym mężom sterowniczym, wypadłym sroce spod ogona, pasożytom mętnej epoki. Obrzydły babsztyl wrzaskami swoimi wytrącił mu z głowy głęboką myśl, już niemal sformułowaną w przedziwnym aforyzmie-paradoksie.
— To niechybnie były minister i była ministrowa pierwszego rządu ludowego, bo choć krótko rządzili, ale nakradli dość na to, żeby ich przyjęto do „Cykorianum”. Albo też poseł ludowy, nędzny cham, który nam wydziera ziemię. I ja mam z nimi dzisiaj siadać do stołu...
— Panie dyrektorze — odezwał się pan ze środkowego fotela.
— Sługa pana prezesa... Słucham...
— Pan nie dotrzymuje umowy...
— Jak to? Jak to?!
— Obiecano nam, że w „Cykorianum” będziemy wolni od Żydów!
— Ręczę honorem...
— Pan myśli, że my z Warszawy tak bardzo tęsknimy za cebulą?
— Nigdy bym sobie nie pozwolił...
— A jednak?
— Niemożliwość! Dopóki ja stoję na czele zakładu...
— Dobrze, że się pan ujął za nami wszystkim!. To za tyle drogie pieniądze jeszcze mamy Żydów cierpieć? My przyjechali na świeże powietrze, do gór, a pan nam tu wyrządzasz Gęsią ulicę!
— Przepraszam, nie mam przyjemności...
— Ornadelowa jestem, centralny hurt na jarzyny w głównych halach, a pan kto będzie, jeżeli wolno...
— To już zupełnie inna rzecz... Żydzi Żydami i pan, panie dyrektorze, nie śmiesz przeczyć oczywistości, ale pani dobrodzika swoim całym zachowaniem...
— Jakie to, jakie to zachowanie? Co znaczy — zachowanie? Pójdź no tu, stary, boisz się? Kogo się masz bać?
Dystyngowani panowie wszyscy trzej jak na komendę rozłożyli ręce.
Antosia na górze zaczęła trzepać. Dyrektor spojrzał, zobaczył na balkonie wywalone bety i złapał się za głowę. Hrabia w krótkich słowach, bez żadnych komentarzy zażądał rachunku. Żyd i Żydówka podeszli bliżej. Wreszcie Duchem Świętym nawiedzony dyrektor domyślił się, schylił się błyskawicznie do siwego pana ze środkowego fotela i naszeptał mu w ucho parę słów, po których siwy pan zbladł i struchlał. Dzikim wzrokiem spojrzał na prawo, na lewo, dwaj tamci przylgnęli do niego.
— Co?!
— Co?!
Dyrektor zakładu wykoślawił twarz w nakazie bezwzględnego milczenia. Panowie przywarowali, ale już nie zdążył zatknąć gęby pani Ornadelowej, a choćby nadążył — któż by podołał babie, która przez trzydzieści lat była przekupką?
Tak się też stało.
W wyniku gorszącego zajścia młody książę Kangórski wraz z księżniczką siostrą udali się natychmiast do księżnej matki (z domu Wąchockierówna) i pomimo niedyspozycji tej ostatniej niezwłocznie wyprowadzili się z zakładu. Małżeństwo Ornadel zostali sromotnie wyproszeni, ale zanim się wynieśli, urządzili kolosalną chryję w głównym hallu wobec najwytworniejszego towarzystwa. W finalnym podsumowaniu wynieśli się prócz hrabiego Pościługa: państwo generałostwo Antoniuszostwo Merdzielewiczostwo z dziećmi, pan redaktor Chocki-Klocki (Cwał Polski), głośna artystka dramatyczna, bożyszcze Skawiny i Trąboszewic, panna Daja Nagolaska, za nią jej przyjaciel, gwiazdor filmowy Lech Manikurewski, a za nimi ich wspólny przyjaciel, Kakałanpasza, młody, obiecujący Egipcjanin.
Na próżno dyrektor zarządzający, pan Lawirecki, pierwszorzędny fachowiec i europejski dżentelmen, błagał, uspokajał secesjonistów. Płakał, klękał przed nimi i zrywał się lecieć dalej, gdyż co chwila przychodziły wieści hiobowe. Exodus znakomitych gości w samym początku sezonu mógł nadszarpnąć byt wielkiej instytucji, urządzonej z nie znanym w Polsce nakładem i przepychem i dzięki temu pozostającej na razie w nad wyraz naprężonej sytuacji finansowej.
Trzej panowie nie zwracali żadnej uwagi na zatargi rozpierające wnętrze hotelu. Siedzieli na tarasie, z troską na czole i z zegarkami w ręku.
— Skończone. Już nie przyjdzie — stwierdził grobowym głosem dyrektor Krach (Bank Odbudowy i Dobudowy).
— Może Amerykanie zawiedli go w ostatniej chwili? — spytał strapiony prezes rady nadzorczej, pan Wojciech Marłamski, jedyny z trójcy, który włożył w ten interes własne dwa tysiące dolarów.
— Amerykanie nigdy nie zawiodą, o ile w ogóle istnieją — bąknął z goryczą radca prawny banku, mecenas Szantarek, najbardziej ze wszystkich narażony i trzymający na wszelki przypadek w pogotowiu w kieszeni paszport zagraniczny na imię Mikołaja Szalbierskiego, zaopatrzony we własną fotografię.
— Mecenas chce powiedzieć...
— W tych dniach nikomu nie można wierzyć.
— Mrajski sam jest zaangażowany. Mrajski...
— A jego Francuzi spod ciemnej gwiazdy? A konszachty z Pińdziukiem? A akcje „Włóczkopolu”? Zwyczajny złodziej...
— Panie mecenasie! Nie pozwalam wyrażać się w podobny sposób o człowieku tak zasłużonym... Tak poważnym... Jednym słowem, o jedynym człowieku, który może nas jeszcze uratować! — dyrektor Krach aż powstał z fotela.
— Tak jest! Absolutnie solidaryzuję się z dyrektorem! Jak pan śmiesz w takiej chwili.
— Powtarzam: zwyczajny złodziej! Wiecie o tym równie dobrze jak ja.
Dyrektor Krach opadł bezsilnie na fotel. Prezes Marłamski po raz pierwszy pomyślał poważnie o niezwłocznym wyjeździe za granicę. Któż może zaręczyć za władze polskie? Dziś biorą łapówki, a jutro pakują do kozy jakby nigdy nic...
Zapadło ponure milczenie. Hrabianeczka Wicia na niższym tarasie uroczo skakała przez sznurek. Mademoiselle Génisse opalała się rozpostarta w omdlałości na ławce, jakby się oddawała słońcu. W dole czerwone dachy, zieleń drzew, błogość zacisza i pogody. Na horyzoncie góry, miły bracie — wieczne i nieśmiertelne. Krzyż ze szczytu Piwontu błogosławił pokojowi świata i ludziom dobrej woli. Nic nie widzieli. Siedzieli jak ociemniali. Na wieży hotelowej majestatycznie uderzyła druga godzina, a z nią odchodziła ostatnia nadzieja, jeszcze dźwięczało echo jej nielitościwych kroków. Już zamknęła za sobą drzwi. Cisza, śmierć, grób. O, ironio! W głębi hotelu elektryczny gong indyjski zagęgał tajemniczo, lubieżnie, kusząco, zapraszając gości na obiad.
Nagle z daleka, skądś z dołu, rozległ się głos nieprzyjemny, jakby lepki.
— Halo! Halo — Krach!!
Trzej panowie spojrzeli po sobie w popłochu i szukali, rozglądali się, gdzie, skąd i kto pozwala sobie tak obcesowo...
— To ktoś do pana...
— Co? Nie dosłyszę... Do mnie?
— Woła wyraźnie: Krach!
— Halo, Szantarek, mecenasie! Halo, mecenasie!!
— Co to jest?!
Wreszcie prezes Marłamski na samym dole, za stylową kratą odgradzającą teren hotelowy, pod nędzną drewnianą ruderą skleconą z samych przybudówek, a wznoszącą ku niebu na dwóch drągach deskę z wielkim napisem: „Pensjonat «Meluzyna»” — odkrył sprawcę tych krzyków. Mały łysy człowieczek machał ku nim słomianym kapeluszem i wciąż coś wrzeszczał, ale dosłyszeć było nie podobna, bo jednocześnie oszczekiwał go pies i wymyślała mu kucharka z „Meluzyny”, wywieszona z okna.
— To Mrajski!
— On!!
— On sam! Zwariował czy co?!
— Boże, musiało się stać coś strasznego — jęknął prezes chwytając się za chore serce — kiedy on się już boi do nas przyjść. Przyjaciele, ratujcie mnie!...
Mecenas pomacał się po kieszeni, gdzie miał paszport, pomacał się po gorsie, pod którym wypuszała się wiązka studolarówek, cała gotówka banku, depozyty wdów, sierot i wielu innych idiotów, obejrzał się jak tygrys, porwał kapelusz Kracha i runął w dół, zeskoczył z dolnego tarasu, ześliznął się ze stromej pochyłości i ciężko uderzył o kratę.
— Co się stało?!
— Już się nic nie stało... Do widzenia!
— Gadaj! Co? Jak? Co Amerykanie!?
— Co znaczy cała Ameryka, kiedy mnie od godziny nie chcą do was dopuścić...
— Jak to nie chcą? Kto? Już policja?
— Co za hałasy pod oknem?! Tu są chorzy...
— Jaka policja? Bzika pan masz?
— Gadaj pan raz, co jest, bo Marłamski dostanie ataku...
— Won mi stąd, bo pomyjami zleję...
— Dwa razy mnie wyrzucali za drzwi...
— Ale zgodzili się?
— Co się mieli zgodzić?! Musiałem obchodzić dokoła, przełaziłem przez płoty, pies mi oberwał palto... A pani milcz, do ciężkiej cholery!
— Co? Co? Ty parchu...
— Lepszy ja katolik od ciebie, parzygnacie, bom świeży. Zachciało wam się hotelu z wyższą elegancją. A Żydów nie puszczają nie tylko na próg, ale nawet w bramie parku już sterczy drab i zastępuje drogę. Mówi, że od pół godziny zaszły wielkie obostrzenia.
— Ale my tu właśnie tylko dla Amerykanów... Sam pan kazałeś...
— Ja kazałem... A licho was wiedziało, że tu takie obyczaje. Amerykany strasznie obrażone; ani gadania.
— Co?! Co?! Byli tu?! Byli?!
— Pół godzinyśmy się dobijali. Zwymyślano nas ostatnimi słowy, najgorzej, że jeden jeszcze rozumie trochę po polsku, bobym tę rzecz jakoś jeszcze wykręcił.
— Fatum mnie ścigal Więc i to Żydzi?!
— Wszyscy trzej. Jakich się panu zachciało Amerykanów? Tych prawdziwych, z kinematografu, na srokatych koniach, z piórami na głowie? Jacy są, tacy są — dolary mają. Strasznie oburzeni na Polskę, ja się tam nie obrażam, bom sam Polak i katolik, ale im nikt nie nakaże znosić czegoś podobnego.
— Więc cóż z nami będzie? Mamy już drałować za granicę? A honor? A nasze żony? Dzieci? Mrajski, ratuj!
— Nic nie obiecuję, ale zaraz trza do nich gnać z przeprosinami. Już trzeba iść! Wymyślać na Polskę ile wlezie! Natychmiast wyprowadzajcie się z tej budy, z awanturą. Wszyscy trzej machnijcie listy otwarte, piętnujcie itd. Ameryka musi mieć zadośćuczynienie!
— Wszystko, wszystko będzie zrobione! Co trzeba jeszcze? Zaraz sypiemy. Gdzie oni stanęli?
— W pensjonacie Koszermana na Pościeliskiej, bo to, z przeproszeniem, ortodoksy.
— Czy nie byłoby to dobrze widziane, gdybyśmy się tam przenieśli wszyscy trzej?
— Owszem! Owszem! To wcale nieźle pomyślane. A za dopłatą Koszerman się zgodzi.
— Ach, co za ulga... I będziemy wszyscy razem!
— Ja nie, mnie żadną miarą nie wypada. Zresztą do mnie niedaleko, stoję w refektorium o.o. stołowników, bardzo mi tam dobrze. Jeszcze jedno. Ja ich buntuję, żeby kupili ten głupi hotel z całą pańską paradą. Jeden się już zapalił. Tanio kupią. „Cykorianum” ledwie zipie. Trzeba hałasu w prasie, listów od gości, skarg, zażaleń — pójdzie za pół darmo, zarobimy i my.
Już było brak mieszkań. Pomimo gorączkowego ruchu budowlanego od trzech lat miejscowość nie mogła podołać wzmożonej frekwencji. I tu objawiła się błogosławiona prężność i zdumiewający rozrost nowego polskiego życia. Cud dziejowy rozpłodził się w niezliczonym mnóstwie cudowności i cudactw codziennego życia. Powstało kilkadziesiąt nowych pensjonatów, z tych „Łakoć Wielkopolska”, „Mizdrzele”, „Bulionówka”, „Przyrodzenie” i „Matrona” murowane i urządzone z nowoczesnym komfortem, ale była to kropla w morzu, które dwukrotnie w ciągu dnia, dwoma pospiesznymi pociągami zalewało góry potężnym przypływem, odpływu zaś nie było. Masa gości rosła, wypiętrzała się, zwierała się, ściskała się, jak mogła, dusiła się, nocowała po werandach, po strychach, po łazienkach, na bilardach, w piwnicach. Wskutek ciśnienia masy krzywa cen szła ku górze, wznosząc się z godziny na godzinę. Prawo natłoku miażdżyło żywioły mniej zasobno-odporne, odrzucając je z powrotem na niziny i padoły, lub też wypierało je z dziedziny komfortu daleko w pierwotne pustacie podgórskie, gdzie po dzikich wąwozach, na urwiskach, na młakach, na kamieniskach, na malowniczych Cierpisówkach, na Pijawkach, na Dokuczyskach, Chamówkach i Wałówkach, na Głodowniach i Mordowniach czyhały na nich zgraje prymitywnych zdzierców w postaci zdrowych, potężnie rozmnożonych familii Hapczaków, Łapczaków, Łupieżników, Drzyjów, Ryjów i wielu innych potomków rodu Sabałajdów. Ci nosiciele prakultury górskiej, w wiecznych, niezdartych cyfrowanych portkach, przechowali nam wiernie prastary język, muzykę, malarstwo, rzeźbę, architekturę, legendy i podania, przysłowia i wierzenia, bez których dawno nie zostałoby się z nas już nic. Lud do tego stopnia uduchowiony i genialny... Ach, czyż i teraz jeszcze trzeba?... Nie trzeba! Wiemy, znamy to dobrze i wierzymy niezłomnie, a kto jeszcze nie wie, niechże spędzi między nimi lato.
Zresztą... Nie jest znowu tak źle, jak się to mówi, jest znacznie gorzej, jeżeli nie można dostać wolnego kąta nawet na Śmierdziałówce ani na Dręczarni, ani na Marach, ani na Kirach, ani wreszcie na Złodziejskim Groniu. W tym roku zapowiadało się właśnie coś podobnego.
Za tym razem rząd kategorycznie zaniedbał swego prymitywnego obowiązku uregulowania rozkładu i przydziału letnisk. Odnośny urząd repartycyjny, zależny od Ministerium Zdrowia (zdrojowiska), od Ministerium Spraw Wewnętrznych (kresy), od Ministerium Opieki Społecznej (letniska podmiejskie), od Departamentu Marynarki (morze i letniska nadrzeczne) i od Ministerium Rolnictwa (równiny i pustkowia, jak Otwock, Radość i Kaczy Dół), i Dóbr Państwa (góry i lasy), nie zdołał się uzgodnić z nikim ani z samym sobą. W rezultacie odnośne tabele wyrównawcze nie zostały na czas dostarczone z centrali województwom, a cóż mówić o starostwach! Rady miejskie, sejmiki, towarzystwa krajoznawcze i sportowe określiły i zaraz po Wielkiej Nocy przysłały do Głównego Urzędu Repartycyjnego zapotrzebowania odnośnych kontyngentów. Organizacje społeczne spełniły swój obowiązek. Wielka próba wprowadzenia ładu w chaos letni, doniosła reforma, której nam zazdrościła zagranica, utknęła nie z winy społeczeństwa. Martwy biurokratyzm wypaczył wielką ideę, co gorzej, nawałą okólników, pozwoleń, wzbronień, uzupełnień, odwołań, urgensów i nonsensów oraz rzuconą w ostatniej chwili szarańczą nadzwyczajnych inspektorów letnich puszczonych na kraj, z których każdy od połowy czerwca latał po kraju jak kot z pęcherzem, i wplątaniem wreszcie w to wszystko Ministerium Kolei, podciął i skompromitował powagę ogłoszonego prawa, i rozpętał anarchię masowej jazdy na niepewne i na przepadłe, znakomicie wzmożoną przez tych szczęśliwców, którzy przez osobiste stosunki, za specjalne zasługi i za łapówki zdołali uzyskać legalne karty upoważniające do obranego, ogłoszonego i potwierdzonego przydziału. Ci biedni zatruwali sezon bieżący wszczynaniem dochodzeń, rekursami i napastowaniem policji, a z policją całej reszty w istocie niewinnych letników, władz miejscowych i właścicieli pensjonatów, jeżeli ci ostatni w ogóle mogą bodaj w najdrobniejszej mierze i w najsłuszniejszej sprawie zasłużyć na miano niewinnych.
W rezultacie zostało, jak było, a za całe zadośćuczynienie podrażnionej opinii musiało starczyć, że prezes Głównego Urzędu zawiesił czterdziestu dziewięciu komisarzy letniskowych z całego etatu pięćdziesięciu, gdyż tylko jeden jedyny powiesił się sam.
